30 lis 2011

O diabłach, co rejestratory sponiewierali

...lub też o sposobach ekspozycji, jak to kapitalnie ujął w swej notce arturb (http://arturb.salon24.pl/258680,inscenizacja), w której to zastanawiał się, jak to było możliwe, że pewne (nieliczne, jak wiemy) części wraku tudzież wyposażenia samolotu ułożyły się „po katastrofie” w tak nadzwyczajnie „medialny sposób”, by mogły potem obiegać w migawkach cały ziemski glob. Chodziło o „czarną skrzynkę samolotu, który się rozwalił” (jak to pamiętamy z niezapomnianej relacji pierwszego Polaka na ruskim księżycu) oraz o statecznik (skwitowany, jak też pamiętamy, „ja p...lę, to nasz”), ale też o wiszącą na gałązce plakietkę (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2011/11/ko%C5%82ki5.jpg) czy o widziany wieczorem czerwony żakiet śp. posłanki G. Gęsickiej (którego dalibóg wcześniej nikt nie uwiecznił na żadnym zdjęciu ni filmie, a przecież ciężko go było „naocznym świadkom”, takim jak moonwalker, nie zauważyć).



Arturb tak skomentował słynne ujęcie najsłynniejszego polskiego montażysty: „Skrzynka została oderwana od reszty rejestratora, więc z pewnością posiadała energię kinetyczną, zanim spoczęła w widocznej pozycji. Podczas koziołkowania uchwyty powinny zostać przygięte do wewnątrz lub rozgięte na zewnątrz. Ostatecznie skrzynka zatrzymała się w pozycji naturalnej, co samo w sobie jest interesujące, zważywszy że po oderwaniu od rejestratora prawdopodobnie pod spodem miała przytwierdzony element w kształcie walca utrudniający przyjęcie takiej pozycji.



Interesującej jest też, że ta skrzynka nie schowała się gdzieś pośród szczątków ani w błotnych głębinach, jak wiele innych rzeczy (jak np. rejestrator K3-63 (http://martynka78.salon24.pl/328567,gdzie-sie-podzial-rejestrator-k3-63-i-inne-zagadki), którego radzieckim ratownikom nie udało się znaleźć, choć przekopali ziemię na „miejscu wypadku” wzdłuż i wszerz), ale akurat szczęśliwie i przypadkiem spadła na księżycową drogę moonwalkera S. Wiśniewskiego, nie ciągnąc za sobą żadnych niepotrzebnych kabli, zwojów czy innej instalacji. Można by też spytać, czy nasi niezawodni eksperci, przybywszy do Smoleńska w te pędy wieczorem 10-go, w ogóle badali uszkodzenia, jakim uległy obudowy rejestratorów, czy od razu (w te pędy) zajęli się analizą „zawartości”. W ten sposób jednak znowu ulegamy paranoi, z której wyleczyłby nas dr E. Klich. Po wojskowemu („walnęło-urwało”). Oczywiście, gdyby arturb nie szukał dziury w całym i nie głowił się, jak to możliwe, że rejestrator ustawił się w pionowej pozycji „po katastrofie”, to by dostrzegł przynajmniej tyle, że jest ów rejestrator nieziemsko wytarzany w błocie, a więc, że widać, iż „przeszedł katastrofę”. I nie ma w co wątpić, wszak to błoto z detalami zostało uwiecznione, o czym jeszcze powiem za chwilę, albowiem akurat co jak co, ale właśnie zdjęcia rejestratorów (oczywiście tych cudownie ocalałych, nie K3-63) należą do najdokładniejszych w całej, że tak ujmę, kolekcji smoleńskiej.



Wróćmy więc jednak do podstaw, zamiast słuchać paranoików smoleńskich, którzy dziwują się tym, czym nie dziwowali się najlepsi (znający lotnicze wypadki jak własną kieszeń) radzieccy eksperci z Moskwy czy Warszawy - i w ten sposób, jak to z kolei pięknie kiedyś podsumowała wiesława w jednym z komentarzy, mieszają ludziom w głowach. Nie dajmy sobie zamieszać w głowie tym, co nam arturb opowiada, mącąc nam w głowie :) i przyjrzyjmy się rejestratorom nieco uważniej. Na zdjęciach powyżej widać jak wygląda rejestrator, o który nam chodzi (http://www.focus.pl/jak-to-dziala/zobacz/publikacje/czarna-skrzynka/). Jest szczelny i żaden diabeł nie ma prawa go tknąć. Taki rejestrator, jak wszędzie w fachowych omówieniach piszą znawcy tematu, ma przetrzymać „wszystko”, co zwykle spotyka samoloty podczas katastrof i z reguły przetrzymuje.



22 sierpnia 2006 doszło na Ukrainie (okolice Doniecka) do katastrofy tupolewa ruskich linii lotniczych, zginęło 170 osób, była to oczywiście wielka, potworna tragedia (http://pl.wikipedia.org/wiki/Katastrofa_lotu_Pulkovo_612) (http://www.msnbc.msn.com/id/14465000/ns/world_news-europe/t/least-dead-russian-jet-crash/). Jeśli jednak chodzi o rejestratory samolotu, który z wysokości wieluset metrów spadł i rozbił się uderzywszy o ziemię, to wyglądały one tak (http://www.iasa.com.au/folders/Safety_Issues/others/excessheightt.html) (http://www.themoscowtimes.com/news/article/black-boxes-from-plane-crash-found/202907.html) (http://news.bbc.co.uk/2/hi/in_pictures/5278854.stm).



Jak więc chyba nikomu tłumaczyć nie muszę, ale mimo wszystko dopowiem, mimo całkowitego strzaskania tego tupolewa oraz mimo eksplozji i pożaru szczątków, rejestratory nie zostały uszkodzone. Nietrudno się zatem domyśleć, że trzeba było naprawdę jakiegoś potężnego ruskiego diabła, by z obudową takiej czarnej skrzynki zrobić to, co widać na zdjęciach „rejestratorów polskiego prezydenckiego tupolewa”. Oczywiście tylko smoleński paranoik mógłby sądzić, że obudowa ta została zniszczona przy innej okazji i za pomocą jakichś innych sił niż smoleński diabeł nazwany fachowo „100g” przez radzieckich ekspertów. Tylko paranoik smoleński mógłby też twierdzić, że diabeł „100g” zamieszkuje np. smoleńską fabrykę SmAZ położoną przy siewiernieńskim lotnisku. I tylko smoleńskiemu paranoikowi mogłoby się wydawać, że rejestratory powinny pozostać nieuszkodzone, jeśliby samolot spadł z wysokości kilkudziesięciu, a nawet kilkunastu metrów oraz siedzieć w części ogonowej, która najlepiej się zachowała „po wypadku”.



Tylko bowiem paranoik smoleński nie rozumie, jak w szczelnych jak diabli czarnych skrzynkach znalazło się po wewnętrznej stronie obudowy błoto. Jak się znalazło? Tak się znalazło, że bagienny diabeł tak kozłował rejestratorami, że w końcu ziemia się do nich dostała; a mówiąc już całkiem fachowo, błoto znalazło się wewnątrz rejestratorów, ponieważ uszkodziła się obudowa. Czy trzeba wyjaśniać więcej? Szczęśliwie jednak (to ten typ szczęśliwego wypadku, jaki miał moonwalker Wiśniewski, idąc sobie księżycową drogą i ot tak, zaraz po włączeniu kamery, odnajdując zabłocony rejestrator u swych stóp), błoto tak się dostało do wnętrza czarnej skrzynki, że nie uszkodziło mechanizmu rejestrującego i słynnej szpuli, co – jak to wiekopomnie ujął legendarny mgr J. Miller pełniący w neopeerelu funkcję „szefa MSWiA” – cofała, gdy dochodziła do końca („szpula dochodzi do końca i cofa”). Diabeł więc był na tyle wyrozumiały dla „powypadkowych badań radzieckich”, że sponiewierał obudowę, błota do środka nawrzucał, ale już mechanizmy i szpule zostawił w spokoju. Za to na pewno ruskiemu diabłu powinni eksperci dozgonnie dziękować. Gorzej by bowiem było, gdyby zapisy się zniszczyły i wtedy nie wiadomo byłoby zupełnie, jak przebiegał „wypadek”.



A niewiele przecież brakowało. Wiemy wszak, że paranoicy mają swoje paranoiczne teorie i hipotezy, ale prawda wygląda tak, że właśnie samej zawartości rejestratorów się nic nie stało, choć, jak głosiła wieść nazajutrz „po wypadku”, jedna z taśm się „przemieściła”. Pisała o tym najlepiej poinformowana w nowym bloku sowieckim, niezawodna „Czerska Prawda”:„Eksperci ustalili, że taśma z zapisem parametrów lotów przemieściła się wewnątrz "czarnej skrzynki", "najprawdopodobniej z powodu wstrząsu" - poinformował komitet w komunikacie. Nie sprecyzował, czy rejestrator został uszkodzony.

Równolegle śledczy badają zapisy rozmów polskich pilotów z rosyjskimi kontrolerami lotu - powiadomiła rosyjska prokuratura.”

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114873,7757743,Sledczy_badaja__czarne_skrzynki__samolotu__Moga_byc.html



Takie przemieszczanie się taśm to rzecz zupełnie normalna w ruskich warunkach, w których np. standardowe taśmy 30-minutowe w rejestratorach, jak pamiętamy, mogą się wydłużać do 40-minutowych, zaś mimo całkowitej destrukcji maszyny, na „miejscu katastrofy” odnajduje się nietknięty wypadkiem wieniec, który wrażliwi Ruscy kładą od razu na wraku, jakby to polski Prezydent sobie samemu chciał go zawieźć, wybierając się na uroczystości katyńskie. Nie dziwota też, że ulegają zniszczeniu „odporne na wszystko” obudowy czarnych skrzynek, ale już np. nie laptopy, telefony czy aparaty fotograficzne pasażerów. „100g” działa po prostu różnie na różne rzeczy.



Jakiś jednak nieusatysfakcjonowany tymi wyjaśnieniami paranoik smoleński mógłby zadać w tym miejscu pytanie: no a czemuż tak ruski diabeł złośliwie wytarmosił i wytarzał w błocie obudowy rejestratorów? Niewykluczone, że było to potrzebne ze względu na „przegląd techniczny”, jakiemu jakiś inny diabeł poddał te rejestratory, wkładając do obudowy to, co potem „komisyjnie” przy przybyłych do „prac śledczych” kolegach z neopeerelu otworzono i wydobyto. Zresztą, nie te sponiewierane obudowy się liczyły i nawet nie to, czy coś do nich było wkładane lub wyjmowane, ale ten uchowany przez te obudowy, bezcenny dla kłamstwa smoleńskiego zapis.


(Wszystkie ilustracje dostępne są tu:

http://fymreport.polis2008.pl/?p=3491)





P.S. Fragmenty dla kolekcjonerów:

http://wiadomosci.dziennik.pl/artykuly/115700,czarne-skrzynki-rozbitego-tu-154-odczytane.html"Samolot leciał dobrym kursem. Piloci byli mistrzami. Problem w tym, że nie powinni lądować przy takiej mgle" - uważa Aleksiej Korocznin.

"Piloci musieli być świetnymi fachowcami. Obniżali maszynę płynnie, wręcz z dokładnością jubilera. Zabrakło im tylko wysokości. Gdyby lecieli 10-15 m wyżej, lądowanie byłoby udane. O ich kunszcie świadczy także to, że maszyna nie runęła od razu, nie rozpadła się natychmiast i nie wybuchła, ale pękała jakby po kawałku" - analizuje pracownik lotniska w Smoleńsku.



http://wyborcza.pl/1,105743,7964603,Czarna_skrzynka_przemowila.htmlPięć minut później, gdy samolot krążył nad lotniskiem, dyr. Kazana powiedział: "Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robić". Nie wiadomo, czy chodzi o decyzję o lądowaniu, czy może o odejściu na lotnisko zapasowe - Mińsk bądź Witebsk. Osiem minut później pada zdanie: "Wkurzy się, jeśli jeszcze ", ale nie wiadomo, kto to mówi ani kto miał się wkurzyć i na co.



Hm, może chodziło o to, że Michnik się wkurzy?

29 lis 2011

Jesień i zima w Mieście Pana Cogito











Nareszcie rusza najnowsza odsłona Miasta Pana Cogito, więc z prawdziwą przyjemnością rekomenduję jej lekturę, dziękując od razu tym wszystkim Autorom i Ilustratorom oraz Adminom, którzy się do powstania tej jesienno-zimowej (2011) odsłony przyczynili. Co i kogo znajdziemy w Dzielnicach Miasta (http://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=category&layout=blog&id=359&Itemid=341)?



Kisiel opowiada o spotkaniu Wata i Miłosza (http://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=899:geografia-braterstwa-geografia-cierpienia&catid=348:dzielnica-krytykow&Itemid=344),

Amelka222 o pracy Michajła Mało (http://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=901:wspolne-czytanie-wieloznaczno-paschy-michaia-mao&catid=348:dzielnica-krytykow&Itemid=344),

Rolex (doprowadzony do szewskiej pasji) z zegarmistrzowską precyzją rozprawia się z kwestią dzisiejszej sytuacji polityczno-kulturowej Polski (http://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=911:wszyscy-bekniemy-za-smolesk-&catid=353:dzielnica-publicystow&Itemid=346), ale niekoniecznie musi mieć rację, bo już jakiś gad z nim polemizuje (http://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=891:czy-to-ju-koniec&catid=347:dzielnica-polemistow&Itemid=345),

J. Jaskólska i P. Jakucki piszą o postępach państwa policyjnego nad Wisłą (http://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=912:chiski-scenariusz&catid=353:dzielnica-publicystow&Itemid=346),

Andrzej Leja zastanawia się w nieco ogólniejszej refleksji nad tym, jakie wynikają konsekwencje z niedawnych „wydarzeń z 11 listopada” (http://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=907:naiwno-czowieka-wieku-dojrzaego-&catid=353:dzielnica-publicystow&Itemid=346),

Martynka zaś nad problemem niepodległości Polski (http://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=910:czy-polakow-sta-na-niepodlego&catid=353:dzielnica-publicystow&Itemid=346),

Bartusiak drąży kwestię współczesnej nowomowy posługującej się określeniem „faszyzm” niemalże na wszystko, co się neokomunistom nie podoba (http://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=904:faszyci-narodowcy-antyfaszyci-czyli-patriotyzm-na-prokrustowym-ou&catid=353:dzielnica-publicystow&Itemid=346), Baterowicz z kolei nie może się pogodzić z tym, co się stało podczas jesiennych wyborów (http://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=909:bojkot-wyborow&catid=353:dzielnica-publicystow&Itemid=346),

natomiast Jaszczur wchodzi na poziom geopolityki (http://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=902:w-obliczu-wielkiej-zmiany&catid=353:dzielnica-publicystow&Itemid=346).

To tak z grubsza i pokrótce. Ja osobiście pokusiłem się o (mam nadzieję, że okaże się interesujące) studium myśli, że tak się wyrażę, wczesnego Miłosza, tj. jego wiekopomnego dzieła „Zniewolony umysłhttp://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=898:the-captive-mindq1-czytany-po-60-latach-omega-&catid=348:dzielnica-krytykow&Itemid=344. Nie ma co kryć, że tekst mój liczy sporo stron, więc jego lekturę należy sobie odłożyć na przerwę obiadową :), ewentualnie na długi podwieczorek. Na pewno przy jednej kawie i ciasteczku się tego eseju nie przełknie.



Z kwestii historycznych to niezawodny Godziemba przypomina (sam się zastanawiam, czy w porę, czy nie w porę, kto wie bowiem, co nas wszystkich wnet czeka?) formułę pokazowych procesów, organizowanych przez czerwonych w czasach zmasowanego terroru (http://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=893:proces-polityczny-jako-komunistyczny-spektakl&catid=351:dzielnica-dokumentalistow-i-wiadkow&Itemid=343).



To oczywiście nie wszystko z tego, co można zastać w jesienno-zimowym Mieście Pana Cogito, bo jest wiele innych tekstów oraz utwory literackie Błaszczyka, Misiewicza, Głosu Wolnego, kacpro i Baterowicza, jak też ilustracje autorstwa laleczki, agi i noblog, zachęcam więc do osobistych spacerów po Dzielnicach.



Przymierzamy się tymczasem coraz poważniej do edycji papierowej POLIS MPC na wiosnę 2012 (i to kolejna dobra wiadomość), jak Bóg da. Niezmordowana Cygnus opracowała już zestaw tekstów przewidzianych do tego drukowanego almanachu, lecz na pewno pozostawimy trochę wolnego miejsca na jakieś teksty nowe i dobre. Życie wirtualne (online) Miasta ma na pewno swoje uroki, ale z drugiej strony, co książka to książka, co „bibuła to bibuła”, zwłaszcza gdyby autentyczna putinizacja naszego kraju weszła w fazę twardego neokomunizmu i zwalczania także swobody myśli i wypowiedzi w Sieci.



Wprawdzie zacny strzalka (długo już nie komentował na moim blogu, bo uważa, że Polska weszła w fazę schyłkową, ale może go namówię w końcu na jakiś dłuższy tekst – kto jeszcze nie zna strzalki może znaleźć sporo jego wypowiedzi w komentarzach na stronie Miasta, ale też artykuły polemiczne np. w Cafe Śródmiejska (http://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=384:dugoterminowe-bolczki&catid=134:bolczki-polskiej-prawicy&Itemid=63)), no więc ów strzalka twierdzi prowokacyjnie, że Internet pozostanie w agenturokracji wentylem bezpieczeństwa, tak jak w czasach jaruzelszczyzny tworzono rozmaite „katalizatory emocji społecznych” w postaci Jarocina, „Trójki”, punk rocka, kabaretów itp., ale ja nie uważam, byśmy z tego powodu mieli siadać z założonymi rękami.



Zwłaszcza że wentyl nieco się „zwęża”, że się tak wyrażę, co spostrzec można nie tylko po tym, iż znikają pewne archiwalne materiały z Sieci, ale i na takiej historii, jak ta, którą teraz opowiem. Oto, jak spostrzegłem niedawno na profilu RadiaBostwany, który zamieścił swego czasu teledyski CSI2010, nie kto inny a... Mosfilm (jak przynajmniej informuje komunikat) zablokował emitowanie jednego z nich (chodzi o sentymentalną, żołnierską niemalże, piosenkę „Znowu na front”), zasłaniając się prawami autorskimi (http://www.youtube.com/user/RadioBotswana#p/a/u/1/CDc9ScaACN4). To, że Mosfilm jest „partnerem YouTube” to dla mnie nowość, choć nie niespodzianka w dzisiejszych postępowych czasach, to zaś że Mosfilm akurat wypatrzył teledysk nieznanego światu zupełnie zespołu CSI2010 i zadał sobie trud zablokowania wideoklipu artystycznie i kreatywnie wykorzystującego migawki z jednego z prastarych sowieckich filmów, a obejrzanego raptem przez niespełna 2000 osób na przestrzeni ostatnich dwóch lat, to już większa zagwozdka.



Zali to o Mosfilm Mosfilmowi chodzi, czy może raczej, za przyczyną jakiegoś życzliwego widza i słuchacza, który wniósł stosowny donos, o tekst dotyczący „dorżnięcia watah”, który w tej piosence się pojawił ze wspamplowanymi wypowiedziami pewnego klasyka z nadwiślańskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz o zabawny fotomontaż zamykający teledysk? O ten załączony do niniejszego posta. Oczywiście nie cały cyberświat należy do Mosfilmu, choć na pewno dla You Tube gratulacje się szczególne należą za wyjątkową czujność rewolucyjną (oby tak dalej, towarzysze) - tak więc, gdyby ktoś szukał, to produkcja CSI2010 jest cały czas dostępna tu: http://chomikuj.pl/yurigagarin/CSI+2010/, ze zdjęciami i teledyskami włącznie (dopóki tam nie zapuka „Mosflim”). Nie tak dawno zresztą lordJim opisywał u mnie na blogu swoje przygody, jak to YouTube wykasowało mu konto związane z materiałami smoleńskimi, tak więc „idzie nowe” także w Sieci, można powiedzieć. No chyba że YT to już własność Gazpromu lub CzeKa, a my jeszcze o tym nie wiemy?



Wracając więc do tego, co powiedział strzalka, nawet jeśli coś w tym czarnowidztwie strzalki jest (tzn. że tylko nam jakiś wentyl pozostanie cieniutki i nic więcej), nie zwalnia nas to jednak z działania, że tak powiem, kontrofensywnego czy kontrrewolucyjnego, tj. by jakoś te polskie wartości, mimo wszystkich przeciwności, utwierdzać, a nie pozwalać neokomunistycznym barbarzyńcom, by zajęli całą przestrzeń publiczną. Tak więc, jeśli będziemy się czuć, jakbyśmy zeszli do podziemia, to tak czy tak warto podtrzymywać ducha wspólnoty – byśmy wszyscy nie stracili nadziei, że nowa i wolna Polska może w końcu nadejść, a nie że jest już tylko „mirażem” wiodącym nas na bezdroża.



Zapraszamy wszystkich ludzi dobrej woli do współpracy z Miastem na stałe. Formuła POLIS MPC jest z jednej strony jednoznaczna (katolicyzm i antykomunizm), ale z drugiej (i przez to, że jest jednoznaczna) pozostaje bardzo otwarta, ponieważ poruszamy się w obszarach i literatury, i nauki, i historii, i sztuk plastycznych, i nawet antropologii kulturowej (z uwzględnieniem analizy pop kultury zarówno w stylu sowieckim, jak i neokomunistycznym). Staramy się zarazem, by to wszystko nie było jakoś „hermetyczne”, choć także, by nie było jakoś płytkie :)



Pod choinkę, a więc niedługo, planowana jest jeszcze jedna (mniejsza) odsłona Miasta Pana Cogito, a w niej, co już mogę zapowiedzieć: Ameryka Miłosza-Omegi (kontynuacja mojego eseju „„The Captive Mind” czytany 60 lat później. Omega” – chodzi o lata służenia na placówkach dyplomatycznych stalinowskiej „Polski Ludowej”; określenie „Omega” wprowadzam nawiązując do konwencji Miłosza ze „Zniewolonego umysłu”, oczywiście: Alfa, Beta, Gamma, Delta) oraz – mam nadzieję, że się to uda, bo robota wre – książka dot. tragedii z 10 Kwietnia.



Ponadto Rolex jak zwykle coś do POLIS MPC upichci w swojej ślepej furii :), Misiewicz też już coś pisze. Czekamy więc na następne prace od dziś (najlepiej przysyłać je na „polisową skrzynkę” (Miasto_Pana_Cogito@polis2008.pl)). Ten apel skierowany jest nie tylko do osób, które już zamieszkały w Mieście Pana Cogito, ale i do tych, które miałyby ochotę zamieszkać i jakiś swój tekst, fotografię, rysunek etc. opublikować.



Myślę, że u progu 2012, a grudzień wszak za pasem, warto sobie postawić pytanie (jako leitmotiv odsłony świątecznej), z jakimi nadziejami wchodzimy/wejdziemy w ten następny rok. Na tle tego, jak zakończył się 2010 rok, a na pewno wtedy nie było powodów do hucznej i beztroskiej zabawy, to koniec 2011 r. chyba stawia nas znowu w obliczu pewnej generalnej niewesołej refleksji: czy Polska zmierza we właściwym kierunku, czy wprost przeciwnie, zmierza w starym i dobrze nam znanym kierunku „na Wschód”, a więc na okołomoskiewską orbitę, odkąd została zajęta we wrześniu 1939 r. Na ile więc jesteśmy w stanie jako Polacy przełamać tę nesowietyzacyjną falę? To jest pytanie, z którym, sądzę, musimy się zmierzyć wspólnie i całkiem na serio.



Raz jeszcze serdecznie dziękując tym, dzięki którym najnowsza odsłona Miasta Pana Cogito powstała, zapraszam wszystkich do odwiedzin na http://polis2008.pl/.



28 lis 2011

W poszukiwaniu źródła jednej informacji

Wszyscy pamiętamy zarówno (nakręcony bodaj rok po tragedii) film „Poranek” opowiadający o mrożącej krew w żyłach szamotaninie ludzi rządowej telewizji zastanawiających się, jak opowiedzieć Zdarzenie i mamy też w pamięci tę chwilę, jak J. Kuźniar po rozmowie z J. Mrozem (przez przełączony na głośne mówienie telefon) oraz z kolegami z „zaplecza”, wchodzi na antenę z newsem tej treści:



Mamy informacje bardzo ogólne o tym, że były jakieś kłopoty z lądowaniem prezydenckiego samolotu jak-40 na lotnisku w Smoleńsku (którym lotnisku? – przyp. F.Y.M.). Polska delegacja wspólnie z osobami, które z p. Prezydentem leciały do Lasu Katyńskiego na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej – wyleciały z Polski o godz. 6.50. Kilka minut temu (w stosunku do 9.19 – przyp. F.Y.M.) te nieoficjalne informacje o tym, że były jakieś problemy z lądowaniem tej prezydenckiej maszyny do nas dotarły. Próbujemy zebrać jak najwięcej jak najbardziej potwierdzonych informacji, tak żeby nie przekręcić niczego (…). Wg tego oficjalnego rozporządzenia to był jak-40” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/byy-dwie-maszyny-ktora-sie-rozbia.html).



Jest to pierwsza wiadomość (rządowej telewizji) o tragedii. Wprawdzie Polsat był szybszy, jeśli chodzi o przekaz, jak jednak wiemy, W. Bater był aż tak szybki, iż wiedział o „nieszczęściu”, jak się wtedy wyraził, zanim doszło do „katastrofy”, więc dopóki nie zostanie dokładnie przesłuchany przez Zespół smoleński, to niewiele więcej będziemy mogli o jego nadprzyrodzonej wiedzy podyskutować (podobną nadprzyrodzoną wiedzą wykazał się ten ruski „dziennikarz” w studiu TVN24: „Pan Władimir”, który od razu zaczął mówić o tupolewie, gdy Kuźniar wałkował jeszcze temat „prezydenckiego jaka-40”).



Wracamy zatem na korytarze rządowej telewizji (10 Kwietnia). Kuźniar, na którego barki spadło przekazanie „Polsce i światu” tego „pierwszego newsa”, w dokumencie „Poranek” (jestem pewien, że za czyjąś dobrą, życzliwą radą) opowiada nam bajkę o tym, jak to go wtedy rano zmyliła oficjalna rozpiska, jak to sobie źle spojrzał i się zafiksował przez chwilę na przekręconych danych. Jest to oczywiście wierutne kłamstwo. Jak bowiem z filmu „Poranek” wynika, pierwsze informacje ze Smoleńska dotarły do rządowej telewizji tuż po 8.50 (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/07/top-secret.html) – było więc pół godziny (licząc do 9.19 i wejścia Kuźniara na antenę) na dokładne sprawdzenie wszystkiego w „niesmoleńskim” (Mróz) czy „niekatyńskim” (R. Poniatowski) źródle i uzyskanie wiedzy o tym, o jaki samolot może chodzić. Pół godziny dla dziennikarzy to wieczność – można przez ten czas wszystkiego, co najistotniejsze, się dowiedzieć.



Kuźniar ze swymi kolegami z rządowej telewizji kłamią, bo mają polecone osłaniać to właśnie źródło informacji (czy to był ktoś z Okęcia, czy ktoś z 36 splt, czy ktoś zaufany z MSZ, czy może ktoś ze specsłużb – na razie trudno ocenić, choć smród wskazywałby na to ostatnie). Taka freudowska pomyłka z „jakiem prezydenckim” byłaby możliwa, gdyby Kuźniar dostał newsa minutę wcześniej, od razu wszedł na antenę bez konsultacji z kimkolwiek z wydawców oraz innych dziennikarzy, i gdyby nie rozmowy wcześniejsze z Mrozem, który przecież „jedynym”, co wedle oficjalnej moskiewsko-warszawskiej narracji, leciał oprócz „prezydenckiego tupolewa”, jakiem-40 przybył do Smoleńska. Nikt w redakcji nie spytał Mroza: „no a ty, Mróz, czym tam się dostałeś – lotnią czy może paralotnią? A może przyjechałeś autem? Gdzieście lądowali? Jak to było?” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/09/medytacje-smolenskie-4-juznyj.html) Nikt z Mrozem nie rozmawiał o tym, jak to było na Okęciu oraz jak było po przylocie do Smoleńska? Przez pół godziny?



Kuźniar kłamie w żywe oczy, bo przecież info właśnie o jaku-40 konsultuje tuż przed wejściem na antenę ze swymi kolegami. Oczywiście w dokumentalnym filmie widzimy tylko to, co nam rządowa telewizja chce pokazać, nie zaś to, co się faktycznie w jej murach w ciągu tych ok. 30 minut do „ogłoszenia wiadomości o prezydenckim jaku-40” działo. Nie ma żadnych zarejestrowanych rozmów z oficjalnymi instytucjami, tak jakby rutyną dziennikarską nie było właśnie sprawdzanie tam, tj. w takich instytucjach, tego, co wyniuchali reporterzy. Kuźniar nie tylko pokazuje na „rozpiskę”, ale też mówi do kolegów o Prezydencie: „przecież ostatnio leciał jakiem” - co ma (w dokumencie „Poranek”) stanowić koronny dowód jego zafiksowania, tymczasem cała redakcja porannego wydania programu rządowej telewizji chwilę temu nasłuchiwała rozmowy z Mrozem, który, jak wspomniałem, właśnie „jedynym” jakiem poleciał. (W TVP Info, nawiasem mówiąc, gdzie jeszcze o 9.40 widnieje na pasku info o jaku40 por. http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/tvp-info-10iv-od-940.html, będzie kilkanaście minut później cyrk innego typu: podczas rozmowy na antenie z jednym z dziennikarzy W. Cegielskim, prowadzący program będzie przedstawiał Cegielskiego, jako tego, który był na pokładzie „tego samolotu”, mając już na myśli „prezydenckiego tupolewa” http://freeyourmind.salon24.pl/318082,wokol-zeznan-bahra; to już po korekcie P. Paszkowskiego, która zostanie w czasie rozmowy z Kuźniarem wprowadzona niedługo przed 9.30). Nikt Kuźniarowi nie mówi: „stary, nie żaden jak-40, przecież Mróz tym jakiem-40 przyleciał”, a przecież Kuźniar wchodzi na antenę z najważniejszą wiadomością dnia!



Kuźniar zresztą wcale nie wycofuje się z tej powtarzanej po wielokroć informacji (przecież nie był nieprzytomny ani pijany), lecz drąży temat choćby z siedzącym w studiu W. Olejniczakiem. Niedługo potem zaś (9.34), kiedy udaje się nawiązać połączenie z Paszkowskim, transmitowane już na antenie, pada to słynne pytanie Kuźniara: „Były dwie maszyny, która się rozbiła? (…) który samolot – jak-40 czy tupolew?(i nie może on mieć na myśli „dziennikarskiego jaka-40”, skoro parokrotnie rozmawiali telefonicznie z Mrozem, a ten wszak nie opowiadał o katastrofie samolotu z dziennikarzami) i wtedy Paszkowski koryguje.



Pa: „Nie. To jest tupolew. Tu 154m.”

K: „Tym, którym leciała Para Prezydencka i jej goście, tak?

Pa: „Niestety tak.

K: „A skąd... (informacja o jaku-40? - przyp. F.Y.M.)”

Pa (ciągnie swój wątek, jakby znowu nie słyszał, choć przecież to tenże sam Paszkowski podawał niedawno sprawdzoną informację o prezydenckim jaku-40!): „...Niestety tak, ale w tej chwili na bieżąco spływają informacje. No, samolot uległ bardzo znaczącemu zniszczeniu. Zapalił się po rozbiciu... (skąd gość wie, o jaki samolot teraz chodzi i co się naprawdę z tymże samolotem dzieje, skoro gościa nie ma na lotnisku, skoro jeszcze niedawno twierdził coś zupełnie innego o innym samolocie i skoro na Siewiernym nie ma żadnej akcji wydobywania pasażerów? - przyp. F.Y.M. - skąd ma te bieżące informacje?). Akcja gaszenia dobiegła końca, natomiast, no, w tej chwili, tak jak mówię, ekipy przystąpiły do próby wydobycia pasażerów z tego bardzo zniszczonego samolotu (...)”



Ale przecież ten sam Kuźniar parę minut wcześniej mówi wyraźnie (na antenie): „Informacja sprzed kilku sekund dosłownie (9.25 – przyp. F.Y.M.). Rzecznik MSZ Piotr Paszkowski potwierdza w rozmowie z TVN24, że wg wstępnych informacji prezydencki samolot jak-40, którym prezydencka para, prezydencka delegacja leciała (…) rozbił się, podchodząc do lądowania niedaleko wojskowego lotniska w Smoleńsku. (…) Maszyna rozbiła się niedaleko lotniska w Smoleńsku. Zapaliła się i została ugaszona. Tak informuje rzecznik MSZ (…), Reuters (…) powołując się na przedstawiciela lotniska wojskowego w Smoleńsku, informuje, że samolot się rozbił. To kolejne potwierdzenie tej nieprawdopodobnej, niewiarygodnej wiadomości. Mamy 2 źródła: Reuter i rzecznik MSZ-u. Prezydencki jak-40 rozbił się niedaleko wojskowego lotniska, na lotnisku w Smoleńsku.



Wychodziłoby więc na to, że rządowa telewizja miała od kogoś newsa o „prezydenckim jaku-40”, a w rozmowie z Paszkowskim (nie zarejestrowanej) tego newsa potwierdziła. Kto i kiedy przekazał rządowej telewizji takiego newsa: „Przypomnę państwu informację sprzed chwili (…), która dotarła do nas ok. godz. 9-tej, ale nie było oficjalnego „tak, potwierdzam” - teraz już wiemy: rządowy jak-40 z prezydencką parą, z gośćmi pary prezydenckiej, rozbił się niedaleko Smoleńska”? Zwłaszcza że Kuźniar przyznaje tak z głupia frant o godz. 9.33 w rozmowie z gośćmi w studiu, że mieli „mnóstwo niesprawdzonych, nieoficjalnych informacji o tym, że coś złego stało się niedaleko lotniska w Smoleńsku”. Mnóstwo? W filmie „Poranek” raptem pokazują tylko dwie – od będącego na lotnisku Mroza (8.51) i od Poniatowskiego (którego informuje jakiś życzliwy Rusek w Katyniu) (8.53) (http://freeyourmind.salon24.pl/323106,spotkanie-mroz-wisniewski). Gdzie się pozostałe podziały?



(Mróz we wspomnianym dokumentalnym filmie opowiada jakoby dowiedział się od dyplomatów na lotnisku, że samolot „zniknął z radarów i prawdopodobnie się rozbił” - co jest kolejnym dowodem na to, że nie było słychać żadnej katastrofy. Nie mówią mu, że samolot spadł i taki był huk, jakby się rozbił, ale że zniknął i prawdodpodobnie...)







http://MMariola.salon24.pl/322629,10-04-2010-burza-czasow-w-tvpinfo#comment_4650014

http://freeyourmind.salon24.pl/311503,milicjanci-przeczaco-kreca-glowami

http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/08/boskie-oko-kamery.html

http://freeyourmind.salon24.pl/346931,w-poszukiwaniu-zeznan-jakubika-i-innych

http://freeyourmind.salon24.pl/296019,ukladanka (relacja Cegielskiego)

http://www.fakt.pl/K-wa-Co-teraz-ze-mna-bedzie-,artykuly,73696,1.html

25 lis 2011

Wokół relacji p. Zuzanny Kurtyki

Zamieszczone na portalu http://www.pomniksmolensk.pl/ odpowiedzi p. Z. Kurtyki (na moje pytania), za które serdecznie dziękuję i Pani Doktor, i Nietoperzowi, który był łaskaw podjąć się trudu wywiadu i zarejestrowania rozmowy, zawierają następujące informacje: 1) p. Kurtyka nie otrzymała telefonu komórkowego męża (nie wiem jednak, czy to samo dotyczy innych rodzin). Ciekaw więc jestem, czy prokuratura to jakoś wyjaśniła, czy po prostu postawiono p. Kurtykę i innych bliskich osób zabitych 10 Kwietnia przed faktem dokonanym („nie ma i nie będzie”, bo rzekomo „trwa śledztwo”). „Nie mam żadnych informacji, gdzie ten telefon się teraz znajduje”, powiada p. Kurtyka, choć przypuszcza, że posiada go ABW. Czy zatem rodziny mogły w ogóle oglądnąć te przedmioty? Czy żądały ich okazania? Mogą być w telefonach zdjęcia osobiste ofiar, do których to (fotografii, filmów) rodziny mają prawo mieć dostęp, choćby po to, by je skopiować do rodzinnego albumu. Zresztą oczywiste jest, że te przedmioty nie są własnością żadnej instytucji, tylko rodzin ofiar, wobec tego nie mogą być zarekwirowane lub skonfiskowane (bez pogwałcenia prawa). Czy wobec tego w ogóle okazywano te przedmioty, czy rodziny są pewne, że telefony przede wszystkim... wróciły do Polski? Jeśli do tej pory nie zostały one okazane rodzinom, to pełnomocnicy prawni powinni się domagać ich okazania, tak by wyjaśnić sprawę do końca (zwłaszcza w kontekście nie tak dawnego skandalu z „ekspertyzami” ABW), niewykluczone bowiem, że „kreatywna analiza materiału dowodowego” rozpoczęta przez towarzyszy radzieckich w Moskwie, kontynuowana jest nad Wisłą.


Jeśli chodzi o kwestie wyjazdu (2. informacja) do Moskwy na identyfikację, to p. Kurtyce nie odradzano wyjazdu (przypominam, że na coś takiego uskarżało się sporo rodzin – oczywiście Ruscy oraz ciemniacy tłumaczyli swoje dobre rady, by nie jechać na identyfikacje, „troską” o to, by rodziny nie przeżyły szoku związanego z widokiem ciał ofiar), ale dodaje ona, że na Okęciu były spotkania rodzin z przedstawicielami MSWiA, „którzy bardzo odradzali i część osób właśnie z tego powodu zrezygnowała; takie osoby znam”. W związku z tym pojawia się pytanie, czy tymże osobom, które nie wyjechały, okazano dokumentację (np. fotograficzną) dotyczącą ofiar, czy jedynie ruskie „świadectwa zgonu”?


Co do procedury identyfikacji (3. informacja), to zaczynała się ona „na podstawie opisów zwłok przedstawianych rodzinom, potem pojawiły się zdjęcia, ale to już było następnego dnia (! - przyp. F.Y.M. - to bardzo ważna wiadomość, którą należałoby potwierdzić w zeznaniach innych osób będących na identyfikacjach: czy ktokolwiek widział zdjęcia zwłok tego dnia, kiedy przyjechał na identyfikacje?) i to były zdjęcia rzeczy, a nie ciał. Z kolei drugiego dnia, późnym popołudniem pojawiły się na jednym ze stołów w prosektorium leżące sobie luzem zdjęcia (to także niesamowita historia, ponieważ zdjęcia powinny być przyporządkowane do konkretnych ofiar i włączone do dokumentacji medyczno-sądowej), nie wiem, czemu miało to służyć, ale każdy, kto miał ochotę sobie pooglądać, mógł podejść i pooglądać. Niemniej jednak wyglądało na to, że zdjęcia były „bezpańskie”. Natomiast potem, jeżeli nadal na podstawie tej procedury nie udało się dokonać identyfikacji, można było prosić o okazanie rzeczy, które były w workach. Każdy worek miał swój numer przypisany numerowi ciała odpowiednio (…) Trzeba było najpierw zapoznać się z opisem tych rzeczy, które były w workach i dopiero wtedy można było wybrać trzy góra worki do oglądnięcia i tych rzeczy, które się w nich znajdowały. I jeżeli na tej podstawie nie udało się zidentyfikować (…) to koniec. To na tym się identyfikacja kończyła – nie okazywano żadnych zwłok. Natomiast jeżeli rodzina na podstawie któregoś z tych źródeł stwierdzała, że być może to jest (…) ta bliska osoba, to wtedy z tych lodówek wywożono ciało na górę i tam w sali prosektoryjnej okazywano je rodzinie i to była już ta identyfikacja ostateczna”.


Zacytowałem dłuższy fragment relacji p. Kurtyki, ponieważ widać w nim wyraźnie, iż Ruscy koncentrowali uwagę rodzin ofiar na językowym opisie ciał i rzeczy, co nie tylko pozwalało ruskim „śledczym” zyskiwać na czasie, ale w sposób swobodny kierować procedurą „identyfikacji”. Jak nietrudno się bowiem domyślić, rodziny były roztrzęsione z powodu tragedii, na pewno nie pamiętano dokładnie, kto z zabitych, jakie posiadał rzeczy przy sobie, co dodatkowo opóźniało chwilę zapoznawania się z wyglądem ciał ofiar. Jeśli zaś, ktoś w bałaganie przedmiotów nie był w stanie rozpoznać tych rzeczy, które należały do ofiary, to „procedura identyfikacji” się „kończyła”. Oczywiście nawet na etapie „ostatecznym” bywało tak, jak mówi p. Kurtyka, że dana rodzina nie rozpoznawała ciała zabitej osoby.


Co do przesłuchań „przy identyfikacjach”, miałem tu na myśli taką procedurę, jaką zastosowano wobec p. Małgorzaty Wassermann (4. informacja – numeruję je, by można było się potem w dyskusji do nich odnieść, nie przywołując całej relacji związanej z daną sprawą), to według p. Kurtyki coś takiego nie zachodziło, jedynie było podawanie danych (przez rodziny, jak się domyślam) podczas, omawianej wyżej, „procedury identyfikacji”. Innymi słowy Ruscy od rodzin wyciągali informacje dotyczące wyglądu ciał oraz ubrań ofiar, a następnie pod tym kątem „znajdowali” zwłoki (o ile dana rodzina dotarła do etapu „ostatecznego”).


Jest to wszystko o tyle zdumiewające, że (i tu ewidentnie ciemniacy dokonali zaniedbania, za które powinni być ścigani przez prokuraturę) do procedury identyfikacji nie wysłano wcześniej polskich lekarzy sądowych, dla których rozpoznanie ciał nie byłoby trudne nie tylko z racji przygotowania zawodowego tychże specjalistów, ale przez to, że spora część osób była publicznie doskonale znana; na pewno też dysponowano w MSZ-ie dokumentacją fotograficzną wszystkich osób będących w prezydenckiej delegacji. Identyfikacja taka dokonana przez ekspertów od rozpoznawania zwłok ofiar katastrof błyskawicznie uprościłaby procedurę, której poddawano rodziny. Po drugie, nie dochodziłoby do pomyłek w rozpoznawaniu ciał. O ile bowiem osoby nieobeznane z medycyną sądową lub niebędące lekarzami można w sposób nieskomplikowany odwieść od procedury identyfikacji (np. okazując zmasakrowane ciało, którego widok dla kogoś wrażliwego może być nie do zniesienia), o tyle specjalistę nie jest łatwo „wyprowadzić w pole”. Tak więc to zaniedbanie poprzedzenia identyfikacji przeprowadzanej przez rodziny ofiar identyfikacją specjalistyczną (polską) powinno być przez pełnomocników rodzin ofiar podstawą do procesowania się z ciemniakami. Jeśli bowiem ci ostatni tak bardzo się „spieszyli” i tak bardzo chcieli, by rodziny mogły pochować swoich bliskich, to tym bardziej należało procedurę identyfikacji uprościć, a więc poprzedzić oględzinami przeprowadzonymi przez polskich specjalistów.


Przedstawicieli MSZ-u przy tych procedurach nie było(inf. 5.), co znaczy, że rodziny nie miały żadnego, nawet urzędniczego wsparcia podczas oględzin. Znowu ciekawa historia, bo przecież, jak nas informowano, co do 10-go (vide zeznania M. Wierzchowskiego), to właśnie jakieś osoby z ambasady (plus jacyś borowcy, rzecz jasna, o ile to, co mówi Wierzchowski, jest prawdą, bo przecież on sam w żadnych poza dwiema identyfikacjach nie brał udziału) dokonywały wstępnych rozpoznań ciał (w namiotach?) na Siewiernym. Te osoby zatem mogły być pomocne dla rodzin w moskiewskim prosektorium. „Wszystkie ciała, które przyleciały w pierwszym i drugim transporcie były w dobrym stanie(inf. 6). I p. Kurtyka dodaje, że „tylko trzeci transport mógł być (…), bo to były ciała niezidentyfikowane (…) Myślę, że większość z nich była w stanie wykluczającym identyfikację, bardzo zniszczonych” - ale czy w takim razie identyfikacji tych ofiar nie było, czy też nie zdołano zidentyfikować tych ofiar po wyglądzie okazywanych zwłok? Czy powiedziano rodzinom tychże ofiar, że „nie mają po co próbować identyfikować”, bo ciała są „nie do zidentyfikowania”, czy też same rodziny nie były w stanie rozpoznać w zwłokach ciał swoich bliskich? Jest to bowiem zasadnicza różnica. Przypominam sobie, jak jeden z krewnych jednej z ofiar opowiadał przed Zespołem smoleńskim, że bodajże po nadpalonym kosmyku włosów i bodajże po kolczyku rozpoznał, że należał do ofiary – pytanie więc, czy widział ciało, czy okazano mu po prostu kosmyk włosów i kolczyk? Jak wiemy z relacji niektórych rodzin – Ruscy nie okazali żadnych zwłok, właśnie twierdząc, iż są „nieidentyfikowalne”. Tu zresztą znowu ciemniacy zadbali o to, by w takiej sytuacji nie wesprzeć tychże w procedurze identyfikacji pomocą specjalistyczną, medyczno-sądową z Polski, tak by nie było wątpliwości, co do tego, że dane szczątki, to zwłoki danej osoby.


Nie przekazano żadnych bilingów” (inf. 7), czy zatem pełnomocnicy prawni nie domagali się tychże danych, czy też domagali się, lecz im (bezprawnie) nie udostępniono? „Nie było żadnego odprowadzania delegatów na Okęcie (…) ze względu na dramatycznie wczesną porę tego lotu (…) Najczęściej wychodzili z domów sami czy też z kierowcą i jechali na lotnisko” (inf. 8) - w ten sposób p. Kurtyka potwierdza te informacje, że delegacja musiała być dużo wcześniej na lotnisku aniżeli niedługo przed siódmą. Co do ewentualnego lotu z Krakowa z planowaną przesiadką na Okęciu: „tego nie wiem, nie mogę powiedzieć na sto procent, ale wydaje mi się, że nie” (ta informacja wymaga zatem dalszego sprawdzenia). P. Kurtyka nie wie też, czyje telefony były czynne „po katastrofie”.


Co do sprawy niszczenia rzeczy należących do ofiar (inf. 9) (na wniosek ruskich lub neopeerelowskich instytucji), to zdaniem p. Kurtyki nie było takich nalegań: „Padło pytanie (prokuratora ruskiego prowadzącego procedurę identyfikacyjną – przyp. F.Y.M.) w Moskwie, czy chcemy ze sobą te rzeczy wziąć, czy zostawiamy je do zniszczenia.” I część rzeczy rodziny zabrały, a część rzeczy na polecenie rodzin, zniszczono. W ten sposób Ruscy sprytnie załatwili sprawę, mogą bowiem powiedzieć, że to sami bliscy zdecydowali o tym, by zniszczone zostały jakieś materiały dowodowe. Prokurator powinien był przecież poinformować, że z względu na toczące się śledztwo odradza jakiekolwiek niszczenie przedmiotów należących do ofiar, nie zaś przerzucać decyzję na zdezorientowane i pozbawione pomocy prawnej, rodziny zabitych. P. Kurtyka zarazem nie jest w stanie powiedzieć, które rzeczy zostały zniszczone (inf. 10). Tymczasem powinien był zostać sporządzony protokół takiego zniszczenia i przekazany rodzinom.


Jak dodaje p. Kurtyka (inf. 11): „W tym momencie w Żandarmerii Wojskowej odbywa się dziwna procedura, bardzo dziwna procedura, która jest jakby oddźwiękiem na nasze nalegania, żeby te rzeczy przeznaczone do utylizacji, które przysłała jednak Moskwa, czyli oni nie zniszczyli ich u siebie, jak rozumiem, a przynajmniej części rzeczy nie zniszczyli u siebie, tylko przesłali do Polski. Mówię o ubraniach. One poszły takich dziwnym szlakiem i w tym momencie decyzją prokuratora, nie wiem, czy wojskowego, czy innej prokuratury, zostały skierowane do zniszczenia i do utylizacji, przewiezione do Rzeszowa, gdzie sobie leżały przez jakiś czas ze względu na oprotestowanie sprawy (…) Te rzeczy wróciły do Mińska (Maz. - przyp. F.Y.M.) (…) Rodziny zostały poinformowane, że mogą do tego miejsca sobie przyjeżdżać i te rzeczy oglądać, dokonując identyfikacji.


Co się stało? Stało się rzecz dramatyczna, mianowicie w Moskwie rzeczy należące do jednej osoby były spakowane do jednego worka, a rzeczy należące do drugiej osoby, były spakowane do drugiego worka , a w tym momencie wygląda na to, że te wszystkie rzeczy wwalono do jednego wspólnego wora (coś nieprawdopodobnego – przyp. F.Y.M. - trudno tu mówić o postępowaniu sprawdzająco-dowodowym, to jest po prostu instytucjonalne, świadome niszczenie materiału dowodowego), ofotografowano je, każda z rzeczy dostała swój numer – i te zdjęcia w tym momencie każdej rzeczy z osobna daje się rodzinom do oglądania, nawet nie dopuszczając do fizycznego obejrzenia danego ubrania (tu znowu powinni działać pełnomocnicy ofiar i zaskarżać te instytucje, które bezprawnie uniemożliwiają dostęp rodzinom do oglądu przedmiotów należących ofiar). (….) Rzeczy (z wyglądu i po wielomiesięcznym składowaniu – przyp. F.Y.M.) nabrały charakteru bardzo brudnej ścierki i nie różnią się od siebie. (…) Efekt jest taki, że one tak naprawdę są wszystkie takie same i teraz konia z rzędem, kto z rodziny rozpozna rzeczy swojego bliskiego (…) Ja te rzeczy widziałam, bo wyciągałam z tych worków w Moskwie trochę, drugiego i trzeciego dnia, w sumie, gdzieś około 6, 7 worków rozpakowaliśmy i identyfikacja tych rzeczy jest, będzie bardzo trudna. Gdyby nie pomoc specjalistów, którzy przylecieli wtedy z Polski, kryminologów z Katowic to my mielibyśmy trudności, gdybyśmy identyfikowali te rzeczy sami bez dokładnego rozpracowania metek, materiałów, gdzie było kupione (…) Tak naprawdę ta procedura identyfikacyjna rzeczy, która teraz odbywa się w Mińsku jest skazana na porażkę, bo... no bo one są nie do rozpoznania (…) W momencie, gdy gros tych rzeczy nie zostanie rozpoznanych przez rodziny, będzie to jakby (…) zezwolenie prawne na to, żeby zostały zniszczone. (…) Nie wiem, dlaczego nie wolno nam zobaczyć tych rzeczy na żywo, tylko pokazuje się zdjęcia (…) żeby zobaczyć te zdjęcia trzeba jechać z drugiego końca Polski do Mińska Maz.”


Co zaś do dostępu do dokumentacji śledztwa, to „prokuratura wojskowa gromadzi kolejne tomu tych dokumentów i za chwilę braknie im pomieszczeń. Jeżeli ktoś ma ochotę je widzieć i zapoznawać się na miejscu z dokumentami, może je widzieć i je sobie czytać, jeśli chodzi rodziny, do upojenia, natomiast nie wolno tych dokumentów ani fotografować, ani kopiować, ani robić sobie notatek – po prostu nic”. W takim razie proponowałbym może procedurę czytania na głos dokumentów i nagrywania sobie tego na dyktafon ulokowany w kieszeni (nie jest to kopiowanie dokumentu, tyko rejestrowanie własnego głosu). Nie wiem, czy taka procedura także jest zabroniona. Co bowiem nie jest zabronione, jest dozwolone :) Mówiąc zaś całkiem serio, pełnomocnicy prawni rodzin w sytuacji takiej obstrukcji ze strony prokuratury, wyspecjalizowani w analizowaniu dokumentacji tego typu, powinni sporządzać (mają na pewno dobrą pamięć) streszczenia postępów śledztwa na potrzeby rodzin. P. Kurtyka dodaje jeszcze, że wydzielono wątek cywilny postępowania (prowadzonego z kolei przez prokuraturę generalną) i do akt tego dochodzenia rodziny w ogóle nie mają wglądu, ponieważ nie zostały uznane (w tej sprawie) za osoby pokrzywdzone.


Mamy zatem niezwykle intrygujący obraz sytuacji, w której kilka nadwiślańskich instytucji robi wiele, ale raczej w kierunku zamotania sprawy aniżeli jej wyjaśnienia. Rodziny ofiar zaś traktowane są jak natrętny klient, który nie wiedzieć czemu awanturuje się, że go źle obsłużono. Zastanawiam się zatem, czy na tym to wszystko się kończy, bo może i inne instytucje włączają się w „dochodzenie” na swój specyficzny sposób? Czy rodziny smoleńskie mają może wrażenie, że np. są od czasu do czasu obserwowane? Czy zdarzyło się, że ktoś im np. odradzał interesowanie się śledztwem, bo „nie ma po co” albo „sprawa i tak już właściwie jest wyjaśniona”? No bo nie wygląda na to, by rodziny dostawały wiadomości o postępach śledztwa. Trudno właściwie mówić tu o postępach, skoro z biegiem dni i miesięcy nie tylko coraz mniej wiadomo, ale i coraz gorzej wygląda sprawa materiału dowodowego. Myślę, że rodziny smoleńskie powinny opracować (z pomocą swoich prawników) raport dotyczący sposobu prowadzenia śledztwa przez instytucje w naszym kraju. Podejrzewam bowiem, że w krajach cywilizowanych ludzie nie mają pojęcia, iż tak może wyglądać dochodzenie w tak ważnej sprawie.


P.S.

Raz jeszcze dziękuję Nietoperzowi i p. Kurtyce za udzielenie odpowiedzi. Na pewno zbiorą się nowe pytania.



http://www.pomniksmolensk.pl/news.php?readmore=936 (relacja p. Kurtyki).

13 lis 2011

Nieznani smoleńscy świadkowie

10 Kwietnia w godzinach popołudniowych na ruskim forum lotniczym pojawiają się posty i zdjęcia zrobione przez komentatora o nicku kmet. Zamieszcza on także wycinek zdjęcia satelitarnego z naniesionym na czerwono (jak można wyczytać z informacji na dolnym pasku koło godz. 13.39 rus. czasu) oznaczeniem „katastrofy” (http://www.sukhoi.ru/forum/attachment.php?attachmentid=108982&d=1270893647 por. też to zdjęcie http://www.sukhoi.ru/forum/attachment.php?attachmentid=109000&d=1270927599). Z tego, co pisze kmet, wynika, że mieszka on w pobliżu północnego smoleńskiego lotniska, a z okna widzi zwykle jego pas startowy (komentarze w oryginale we fragmentach pod postem). Zdjęcia „po katastrofie” mógł zrobić z takiej odległości (powiada), na jaką pozwolili mu się zbliżyć ruscy milicjanci.



Nie interesuje nas jednak to, co gostek na forum powtarza za „agencjami prasowymi”, lecz to, co pisze o samym lotnisku (linki poniżej) i o tamtych kwietniowych dniach. Na ile mówi on prawdę, a na ile jest kolejnym smoleńskim ściemniaczem, trudno ocenić. Wg bowiem jego relacji, iły, jaki i tupolewy często na tym lotnisku przyziemiały („"илы" и прочие "яки" и "ту" садились в СМУ часто”). Kmet mówi też najprawdopodobniej jak wyglądało przedpołudnie, gdy mgła była taka, że z 12 piętra nic nie było widać, a on popijał herbatę i nasłuchiwał: „Зато слышишь как рядышком на посадку "илы" заходят.” Czyżby różne iły podchodziły do lądowania na Siewiernym („рядышком” - dosłownie „obok siebie”, ale może to też chyba znaczyć „jeden po drugim”), czy też kmet wziął dwa podejścia tego samego samolotu za lądowania dwóch maszyn, czy też opowiada ogólnie o Siewiernym, nie zaś o 10-tym Kwietnia? Ale w tym samym poście Kmet wspomina również o 7 kwietnia, ówczesnej pogodzie („lekkie zamglenie”) i lądowaniu tupolewa z Putinem („trzy dni wcześniej”): „тремя днями раньше на "Северный" садился Ту-154 с Путиным на борту. Правда в тот день тумана не было. Так, легкая дымка.” Nie wspomina jednak o lądowaniu innych samolotów 7-go. Może ich nie zauważył, a może nie przyglądał się uważnie?



O 10-tym Kwietnia zaś pisze w kolejnym swym wejściu na forum, twierdząc, że 45 minut wcześniej lądował „jak z reporterami”: „Ага. А за 45 минут до - сел Як-40 с репортерами.” Skąd jednak, jeśli nie z mediów miałby gość wiedzieć, kto był na pokładzie jaka-40? Kmet twierdzi też, że tamtego dnia doszło w Smoleńsku do zderzenia samochodu MCzS i autobusu: „Сегодня в Смоленске в результате столкновения машины МЧС и маршрутки погибло 10 человек.” - słowem jednak nie wspomina, jak wyglądał przebieg zdarzeń przed południem 10-go po podejściach iła/iłów.



Dwa dni później zaś kmet pisze z egzaltacją: „Тело одного из пилотов висело на дереве (!!!) до сегодняшнего утра” - od kogo jednak taką makabryczną wieść wytrzasnął, nie dodaje, jeśli bowiem miał aparat, robił zdjęcia, to z pewnością by sfotografował „ciało jednego z pilotów” na drzewie, zwłaszcza jak miałoby wisieć tyle czasu. Oczywiście wedle raportu komisji Burdenki 2 piloci byli w kokpicie (którego do dziś na zdjęciach ze Smoleńska nie znaleziono), więc tu kmet nie skoordynował opowieści z ruską narracją albo powtarza plotkę za kimś innym.



Nic ciekawego więcej kmet nie pisze (a przede wszystkim o tym, co słyszał, gdy siedział u siebie w bloku, była mgła, popijał herbatę i doszło do „katastrofy”; twierdzi wszak, że dopiero 1-1,5 h „po katastrofie” wyszedł z domu zobaczyć), choć raz po raz się jeszcze na owym lotniczym forum pojawia. Natomiast ono samo http://www.sukhoi.ru/forum/showthread.php?t=61703 , jeśli chodzi o „temat smoleński”, zaczyna się taką informacją przytoczoną za Reutersem, a mówiącą o innym świadku, tym razem polskim, i to z samego Siewiernego, jak można sądzić:



Polish president's plane crashes in Russia: official
SMOLENSK, Russia
Sat Apr 10, 2010
3:34am EDT
(Reuters) - A plane carrying Polish president Lech Kaczynski has crashed on approach to Smolensk airport in western Russia,
a Polish official at the airport told Reuters on Saturday.



Niestety, po kliknięciu na stronę Reutersa: http://www.reuters.com/article/2010/04/10/us-poland-president-crash-idUSTRE6390K120100410, jest już news z godz. 4.06 am EDT (czemu akurat taki czas, a nie czas moskiewski lub warszawski?), a tamtego zacytowanego nie ma:



No survivors in crash of Polish president's plane



WARSAW | Sat Apr 10, 2010 4:06am EDT

(Reuters) - There were no survivors in the crash of a plane carrying Polish President Lech Kaczynski in Russia, Polish state news agency PAP reported, quoting local officials in Smolensk.

The Polish central bank governor Slawomir Skrzypek was also on board the plane, the bank's press office told Reuters.

(Writing by Gabriela Baczynska)



Czy tamta pierwsza informacja była też autorstwa Baczyńskiej i skąd Baczyńska by ją miała? Od Lidii Kelly, która towarzyszyła Baterowi (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/swiadek-bater.html) czy jeszcze z innego źródła na lotnisku? No i to wyszczególnienie śp. S. Skrzypka w tym drugim newsie też jest zastanawiające.



* *

Mniej znane chyba fora o „katastrofie”

http://forum.ixbt.com/print/0054/055245.html

http://www.realatc.ru/index.php?topic=3553.0

http://www.sukhoi.ru/forum/showthread.php?t=61703



Linki i literatura dodatkowa:

http://wyborcza.pl/1,105743,7768258,Wszyscy_jestesmy_winni_tej_tragedii.html

Obsługa lotniska mogła podjąć decyzję o jego zamknięciu i przymusowo skierować samolot na zapasowe porty - na Białorusi w Mińsku czy Witebsku, ewentualnie w Moskwie. Obawiano się jednak, że zostanie to odebrane jako afront wobec prezydenta RP i że zaraz podniosą się w Polsce głosy: "Rosjanie Tuska wpuścili, a Kaczyńskiego już nie". Dlatego pracownicy Siewiernego tylko wielokrotnie rekomendowali pilotom Tu-154, by odlecieli na lotnisko zapasowe. Ci niezmiennie odpowiadali, że mają jeszcze sporo paliwa i że spróbują wylądować. A jeśli się nie uda, polecą na lotnisko zapasowe.

Ładne, prawda? To słowa Marcina Wojciechowskiego. I jeszcze jeden smakowity fragment z jego tekstu:

W smoleńskim hotelu Centralnyj od ponad dwóch tygodni mieszkali ludzie z MSZ i ambasady RP w Moskwie organizujący obie wizyty. - Początkowo było to trudne. Rosjanie nie chcieli uwzględniać wszystkich naszych postulatów, ale potem coś się w nich przełamało - opowiadał mi jeden z dyplomatów (który to dyplomata tak się namieszkał w smoleńskim hotelu? - przyp. F.Y.M.).

Przełom nastąpił tuż przed spotkaniem 7 kwietnia, jakby w Moskwie zapadła wtedy ostateczna decyzja w stylu: Idziemy na autentyczne zbliżenie z Polakami. Efektem było m.in. to, że kilka dni przed uroczystościami pokazano w rosyjskim kanale Kultura "Katyń" Andrzeja Wajdy.

Wbrew standardowym procedurom bezpieczeństwa, jakie obowiązują w trakcie uroczystości z udziałem Putina, rosyjska ochrona nie wyłączyła w okolicy Lasu Katyńskiego przekaźników sieci komórkowych. - Rezygnacja z nakładania kurtyny elektronicznej była naprawdę dużym gestem ze strony Rosjan - mówi nam dyplomata.


Ta informacja jest o tyle ciekawa, że nawet W. Bater mówił o blokowaniu telefonów, a tu się okazuje parę dni „po wypadku”, że „zdjęto elektroniczną kurtynę”. Takie cuda właśnie się działy na korytarzach Ministerstwa Prawdy.



Poniżej wybrane przeze mnie co ciekawsze fragmenty wypowiedzi kmeta (w moim wolnym tłumaczeniu; korygujące uwagi rusycystów mile widziane):

http://www.sukhoi.ru/forum/showthread.php?t=61703&page=3 smoleński świadek (tu opowieść nieco przypominająca sejmowe zeznania moonwalkera)

Только что с места падения. Глиссада у меня из окна видна.
Подошел настолько, насколько дали доблестные милиционеры.
Агентсва пишут, что самолет нашли в километре от ВПП. На самом деле лежит в 200-250 м от торца полосы, уклонился в сторону метров на 100. Еще бы чуть чуть и всадился бы в стоянку Ил-76, там их штук 6 стоит. Первое касание верхушек деревьев было метров за 500 до ВПП. Цеплял плоскостью, судя по всему, т.к. недалеко от места первого касания лежит носок плоскости (первое фото). Ну и схема падения от аборигена.
(...)” (Tylko to z miejsca wypadku. Pas widoczny jest z mojego okna. Podszedłem na tyle, na ile pozwolili dzielni milicjanci. Media podają, że samolot znaleziono kilometr od pasa startowego. W rzeczywistości leży w odległości 200-250 m od pasa, odbił jakieś sto metrów w bok. Jeszcze ciut ciut i wpakowałby się w stojankę iłów-76, których stoi tam 6. Pierwsze uderzenie w wierzchołki drzew nastąpiło jakieś 500 metrów od pasa. Sądząc po wszystkim, samolot... niedaleko miejsca pierwszego uderzenia leży płasko kawałek skrzydła (pierwsze zdjęcie http://www.sukhoi.ru/forum/attachment.php?attachmentid=108981&d=1270893549). No i schemat wypadku od aborygena.)



http://www.sukhoi.ru/forum/showthread.php?t=61703&page=4К суперсовременным точно не отнесешь. Но "илы" и прочие "яки" и "ту" садились в СМУ часто. Ил-76 так вообще "в молоке" - не редкость. Порой сидишь чай с утра пьешь,а в окне 12 этажа - дальше балкона не видно. Зато слышишь как рядышком на посадку "илы" заходят. И не билисьy ведь.
Так что, только на неподготовленность пенять не стоит. Да кстати, тремя днями раньше на "Северный" садился Ту-154 с Путиным на борту. Правда в тот день тумана не было. Так, легкая дымка. Зато наверняка "Северный" готовили к приему ВВП в любых метеоусловиях, если что и растащили за год простоя
. (Ultranowocześnie to tam nie jest. Ale „iły” i inne „jaki” i „tu” lądowały w Smoleńsku często. W ogóle to Ił-76 „w mleku” to nie jest rzadkość. Kiedyś siedzisz, pijesz z rana herbatę, a w oknie z 12 piętra widzisz tylko balkon. Słyszysz natomiast, jak jeden po drugim do lądowania podchodzą „iły”. Bezkolizyjnie.

No tak, tylko, że nie ma tu winy, jeśli chodzi o wyszkolenie. Przy okazji, trzy dni temu rano na Siewiernym lądował Tu-154 z Putinem na pokładzie. Prawda, że tamtego dnia mgły nie było. Lekkie zamglenie jedynie. Na pewno jednak Siewiernyj przygotowywali do przyjęcia ВВП bez względu na pogodę, jeśli coś rozstawiali po roku przestoju.)



http://www.sukhoi.ru/forum/showthread.php?t=61703&page=5

Ага. А за 45 минут до - сел Як-40 с репортерами.” (Aha. A 45 minut wcześniej wylądował jak-40 z reporterami.)



http://www.sukhoi.ru/forum/showthread.php?t=61703&page=5

Наоборот-улучшиться могла. Ухудшиться - вряд ли. В 12-30, когда выходил из дома (спстя 1,5 часа после катастрофы) - светило солнце во всю. На небе ни облачка. Туман рассеялся полностью.
Сели бы в Минске, как им предлагали, подождали в самолете 30 минут, если Батьку так не любят, и обратно на взлет. И не было бы 96 трупов.
Что касается оборудования "Северного". Стоит там вот такая штука -
http://ru.wikipedia.org/wiki/%D0%A0%D0%A1%D0%91%D0%9D
Где-то мелькала инфа, что самолета Качинского приемо-передатчик был, возможно, снят в связи с перенасыщением импортной авионикой. "яшку" ведь посадили без проблем... Может, и вправду так и есть?
(Przeciwnie, słabła mgła. Jej nasilenie mało prawdopodobne. O 12.30, gdy wychodziłem z domu (jakieś 1,5 godz. po katastrofie) świeciło słońce wszędzie. Na niebie nie było chmurki. Mgła zupełnie się rozeszła.

Wylądowaliby w Mińsku, tak jak im proponowali, odczekaliby w samolocie z 30 minut, jeśli Bat'ki (chodzi pewnie o Łukaszenkę – przyp. F.Y.M.) tak nie kochają i z powrotem przelot. Nie byłoby 96 trupów. Co do sprzętu „Siewiernego”. Stoi tam takie coś (link). Gdzieś przemknęła wieść, że samolot Kaczyńskiego posiadał transponder (приемо-передатчик), ewentualnie wycofano go w związku z ogromną ilością importowanej awioniki. Jaczkiem wylądowali bez problemu... Może faktycznie tak jest?)



Беда одна не ходит. Сегодня в Смоленске в результате столкновения машины МЧС и маршрутки погибло 10 человек.” (Nieszczęścia chodzą parami. Dziś w Smoleńsku w wyniku kolizji samochodu MCzS i autobusu zginęło 10 ludzi.)



http://www.sukhoi.ru/forum/showthread.php?t=61703&page=7

Нет там деревьев выше 15 метров. С линейкой не бегал, но глазомером Бог не обделил. Перед полосой вообще кустарник метров 6 максимум, и то только вдоль дороги такой. Перед самой полосой практически голая местность.
Вот судите сами - на фото деревья, которые "тушка" зацепила в самом вначале. И обратите внимание, на какой высоте срублена береза - он явно рубанул не по самому верху, а гораздо ниже макушки
.” (Tam nie ma drzew wyższych niż 15 metrów. Nie biegałem z linijką ani też precyzyjnym okiem Bóg mnie nie obdarzył. Przed pasem wszystkich krzewów jest na 6 metrów i to tylko w dół drogi. Przed samym pasem praktycznie łysy teren. No osądźcie sami – na zdjęciu są drzewa, o które tuszka zahaczyła na początku. I zwróćcie uwagę, na jakiej wysokości ucięta brzoza – on w nią nie rąbnął na samym wierzchołku, a poniżej korony.)



http://www.sukhoi.ru/forum/showthread.php?t=61703&page=7

Ну, экспертам конечно виднее, профессионалы как-никак. Я же рядом с местом первого касания я видел только часть плоскости с механизацией длинной около 2 метров. Перевернулся в воздухе - как вариант. Шасси в выпущенном положении на месте падения лежали вверх колесами. Хотя задраться они могли и в момент удара об землю - скорость приличная.” (No dla ekspertów to jasne, zawodowcy jak nic. Następnie widziałem na miejscu pierwszego uderzenia część skrzydła leżącą płasko i mechanizm o długości około 2 metrów. Oderwane w powietrzu – taki wariant. Wypuszczone podwozie leżało na miejscu wypadku do góry kołami. Chociaż mogło się ono obrócić od uderzenia w ziemię – prędkość przyzwoita.)



http://www.sukhoi.ru/forum/showthread.php?t=61703&page=10

Тело одного из пилотов висело на дереве (!!!) до сегодняшнего утра. Какие-то заморочки следствия. (...)” (Ciało jednego z pilotów wisiało na drzewie (!!!) do dzisiaj rano. Takie ustalenia śledztwa (? - przyp. F.Y.M.))



http://www.sukhoi.ru/forum/showthread.php?t=61703&page=20 (tu na temat „wąwozu”)

http://www.sukhoi.ru/forum/showthread.php?t=61703&page=31 (tu na temat majowych planów wyjazdu polskich archeologów i na temat wyczyszczonego „miejsca katastrofy”)

http://www.sukhoi.ru/forum/showthread.php?t=61703&page=42

http://www.sukhoi.ru/forum/showthread.php?t=61703&page=44

http://www.sukhoi.ru/forum/showthread.php?t=61703&page=45

http://www.sukhoi.ru/forum/showthread.php?t=61703&page=47

http://www.sukhoi.ru/forum/showthread.php?t=61703&page=48



P.S. Tu teraz zamieszczam sporo fotografii: http://fymreport.polis2008.pl/