31 sie 2011

Śledztwa smoleńskie 2

W obliczu oszczerczych tekstów rozmaitych ludzi, których nicków nawet nie będę wymieniał, zostałem postawiony w bardzo dziwnej sytuacji. Napisałem przecież dziesiątki, jeśli nie setki notek dogłębnie analizujących materiały Zespołu smoleńskiego, zwłaszcza przesłuchania świadków, a przed zamachem z 10-go Kwietnia (jak i po, rzecz jasna) wielokrotnie, prowadząc bloga od 2006 r., dawałem w moich tekstach wyraz mojego uznania i sympatii dla min. A. Macierewicza. Nie sądzę więc, by ktokolwiek z czytających mojego bloga od lat miał wątpliwości co do tego, jak ważnym wg mnie jest politykiem Macierewicz, nie wspominając już o J. Kaczyńskim. Tymczasem oszczercy, ludzie godni najwyższej pogardy (wydaje się, że już złodziej jest mniej ohydnym typem człowieka aniżeli oszczerca), z maniackim uporem, jak monoman czepiony jednej idei, starają się dorobić mi gębę „wroga Macierewicza”, „wroga Zespołu smoleńskiego”, a nawet, żeby było jeszcze śmieszniej, „wroga PiS-u”. I ci podli, mali ludzie nie ustają w powtarzaniu wciąż i wciąż tego rodzaju oszczerstw.



Oczywiście nie mam najmniejszego zamiaru wchodzić w polemiki z oszczercami – ich ujadanie mnie nie interesuje. Piszę te słowa teraz dla osób, które znajdują czas na śledzenie mojego bloga i widzą w tych naszych tu dyskusjach jakąś wartość. Spróbuję pewne rzeczy uporządkować. To właśnie bowiem z sympatii oraz szacunku dla Zespołu smoleńskiego parokrotnie sygnalizowałem (oczywiście drogą moim publikacji) takie czy inne wątpliwości, jakie rodzą się w trakcie blogerskiego śledztwa, którego postępy zapewne w niedoskonałym wymiarze dokumentuje mój blog. Można tu wskazać kilka moich tekstów, powiedzmy, krytycznych, opublikowanych na przestrzeni lutego-sierpnia bieżącego roku:

http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/08/woko-hipotezy-15-m.html

http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/08/podstawowe-problemy-zwiazane-z.html

http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/konferencja-zespou-smolenskiego.html

http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/zamach-tak-ale-czy-na-siewiernym.html

http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/02/o-nieprawdopodobienstwie.html

http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/02/poza-ruska-zone.html (tekst wprowadzający w hipotezę dwóch miejsc)

http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/01/z-punktu-widzenia-zamachowca.html





Nie widzę absolutnie nic złego w poddawaniu racjonalnej krytyce jakiejś koncepcji, gdyż tylko w ten sposób można wyeliminować błędy i znaleźć właściwe, dające się obronić, nie zaś podważać, rozwiązania. O wiele gorsza, niebezpieczniejsza i wprost destrukcyjna jest postawa zupełnie bałwochwalcza wobec jakiejś koncepcji, w istocie rzeczy uniemożliwiająca jakąkolwiek wokół tej koncepcji dyskusję. A już najgorsza jest postawa ludzi, którzy daną sprawą się w ogóle nie zajmują, za to znajdują siły, czas i okazję do oszczerczego atakowania osób, które daną koncepcję poddają racjonalnej krytyce. Takich ludzi powinno się wywalać z blogów jako wieśniackich troli.





W ostatniej, specjalnej (także w dużej mierze poświęconej tragedii z 10-go Kwietnia) odsłonie POLIS MPC napisałem jeszcze jeden „syntetyczny” tekst zatytułowany „Śledztwa smoleńskie” (do znalezienia tu http://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=864&joscclean=1&comment_id=1438) wskazujący na to, że można mówić o 4 śledztwach ws. „Smoleńska”: 1. pseudośledztwo ruskie, 2. pseudośledztwo polskie – czyli oficjalne podejścia związane z moskiewską narracją, 3. śledztwo blogerów, „NDz”, „GP”, Macierewicza, 4. (wyłonione z tego 3-go) śledztwo blogerów stawiających hipotezę maskirowki). Zwracałem też uwagę, że o ile pierwsze śledztwo blogerskie znalazło rezonans w niezależnych mediach i pracach Zespołu smoleńskiego, o tyle drugie śledztwo nie, co nie tylko mnie, lecz i innych blogerów napawało niepokojem skłaniającym niektórych komentatorów do różnych krytycznych uwag (które to uwagi stały się zaś pretekstem dla oszczerców). Na pewno sytuacji nie polepszało to, że p. A. Gargas w ogóle uznała blogerskie śledztwo 2. za, powiedzmy oględnie, science fiction, a min. Macierewicz (prezentacja „Białej Księgi” w kinie Palladium) określił koncepcję związaną z tymże śledztwem za „zupełnie błędną”, choć „przynoszącą ciekawe rezultaty” (cytat z pamięci).





Na szczęście zaczął się w końcu rysować pewien przełom. Zupełnie niedawno, bo 11 sierpnia br. w Radiu Maryja i TV Trwam ukazał się trzyczęściowy program z udziałem J. Jaskólskiej i P. Jakuckiego (http://www.radiomaryja.pl/audycje.php?id=26925) odnoszący się do blogerskiego śledztwa nr 2 i do wielu kwestii stawianych w ramach hipotezy dwóch miejsc. Książka Jaskólskiej i Jakuckiego ma się ukazać, dodam, we wrześniu. Hipoteza 2M, podkreślam, wyłoniona po krytycznej analizie hipotezy głoszącej, że do zamachu doszło na Siewiernym, głosi (mówiąc w telegraficznym skrócie), iż Ruscy dokonali mistyfikacji wypadku na Siewiernym, zaś polska delegacja została skierowana na inne lotnisko, gdzie akcja zamachowców mogła wyglądać tak jak na „antyterrorystycznych ćwiczeniach” w Sankt-Petersburgu (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/czy-tak-to-wygladao-10-kwietnia.html), zwłaszcza że Ruscy się w ostatnich dniach przed zamachem przygotowywali na „akcję ratunkową” w przypadku... katastrofy tupolewa (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/7-kwietnia-2010-pukowo.html).





Ktoś, kto może od niedawna czyta mojego bloga, mógł do tych materiałów znalezionych przez blogerów (podkreślam, różne osoby dokonują takiego bezcennego researchu) podczas przeczesywania ruskich stron (por. historię medialną manewrów w Lipiecku http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/manewry-z-lipiecka.html, o której parę słów powiem niżej), nie dotrzeć, więc je teraz przypominam, gdyż są niezwykle ważne. Specnaz ruski od lat ćwiczy się w „antyterrorystycznych atakach” na samoloty (na lotniskach) (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/08/doktryna-putina.html), zaś w kwietniu 2010 r. w różnych obwodach neo-ZSSR („Kommiersant” 14-go kwietnia 2010 wymienia obwody: moskiewski, smoleński, kałuski, briański, lipiecki, tambowski, woroneski i kurski http://2.bp.blogspot.com/-wlvhDDqSaB0/Ta01u-yDmtI/AAAAAAAABoA/gzFEiNDqU-I/s1600/Lipeck16042010o2.png) wewnętrzne wojska ruskie odbywały intensywne ćwiczenia, m.in. takie jak w Lipiecku, z... przejmowaniem pasażerów samolotu. Przypomnę, o co chodziło, gdyż było to, uważam, jedno z najważniejszych (oprócz tych związanych z wrakiem, dezinformacją medialną czy sprzecznościami w zeznaniach świakdów) odkryć blogosfery:





przez media w Rosji przetoczyła się fala oburzenia na telewizję w Lipiecku, która w jednym z reportaży poinformowała o rozpoczęciu się już 12 kwietnia 2010 (a więc dwa dni po „wypadku na Siewiernym”) specyficznych ćwiczeń bezpieczniacko-wojskowych mających związek z odpowiedzią na atak NATO na Białoruś. Atak miał być przeprowadzony z terytorium Ukrainy, zaś na lotnisku w Lipiecku (w trakcie tych ćwiczeń) miał awaryjnie wylądować samolot z wojennymi uciekinierami (60 osób). Te antyterrorystyczne manewry (jak się bowiem miało okazać: wśród pasażerów ukryli się też terroryści) i ewakuacja „bieżeńców” połączone były też z gaszeniem samolotu, który podczas awaryjnego lądowania miał zapłonąć (pożar w wyniku eksplozji materiałów wybuchowych na pokładzie). Wszystko jednak miało przebiec sprawnie, zaś na uciekinierów czekały polowe namioty z pomocą medyczną, opieką psychologiczną oraz jedzeniem. Manewry planowano powtórzyć następnego dnia.





Skąd się wzięła fala medialnego oburzenia na lipiecką telewizję? Po pierwsze stąd, iż telewizja ta pokazała w swym porannym reportażu „wirtualną wojnę NATO z Białorusią” i, używając słowa „wojna”, przestraszyła ludzi (porównywano tę historię ze słynnym reportażem w gruzińskiej telewizji, kiedy to mówiono o kolejnym ataku Rosji na Gruzję). Tymczasem chodziło, jak wyjaśnił płk Wasilij Panczenkow, o zwykłe taktyczne ćwiczenia wojsk wewnętrznych (zaplanowane na 13-17 kwietnia 2010) przeprowadzane zresztą nie tylko w obwodzie lipieckim, ale też w smoleńskim, kałuskim, moskiewskim, briańskim, tambowskim, tulskim, woroneskim i kurskim (http://kommersant.ru/Doc/1354269) (http://kp.by/daily/24473/631724/) (http://lipetsknews.ru/today/?id=13313) (http://www.nr2.ru/incidents/279051.html). Po drugie stąd, że telewizja ta nadała swój reportaż w poniedziałek 12 kwietnia rano i, co więcej, użyła w relacji słowa „siegodnia”, czyli „dzisiaj”. W ten sposób dziennikarze „oszyblis'”. Nie tylko oni się oczywiście pomylili; wprowadzili też przecież w błąd samych telewidzów, gdyż, jak wyjaśniali przedstawiciele wojska, w innych ruskich mediach, manewry zaczęły się dopiero 13 kwietnia, a nie 12-go (http://www.newsru.com/russia/14apr2010/lipetsk.html).





Za przedwczesne podanie informacji o manewrach zwolniono natychmiast z telewizji lipieckiej kilka osób: dyr. Jelenę Deprynową, red. Irynę Jakowlewą i korespondentkę Aidę Gustowałową (http://grani.ru/War/m.177128.html). Po tych zwolnieniach i wyjaśnieniu nieporozumień w ruskich mainstreamowych mediach, telewizja lipiecka skorygowała swój przekaz i swoją relację umieściła we właściwych ramach czasowych, czyli 13 kwietnia (http://www.lipetsktime.ru/news/2010-04-13/4433.htm); niestety tego ujęcia z fotografii ze strażakami gaszącymi samolot z uciekinierami nie ma w materiale wideo, pokazana jest akcja z psami goniącymi „terrorystów”. Przy okazji też zapewne wyczyszczono jakiekolwiek doniesienia z 10-go i 11-go, gdyż w archiwum online nie ma śladu po jakichkolwiek wydarzeniach z tamtych dwóch dni, choć można by podejrzewać, że skoro cały świat wiedział o „wypadku na Siewiernym w Smoleńsku” i osobistej wizycie cara Putina oraz jego świty na tamtejszym pobojowisku, to i telewizja lipiecka telewizja by coś wiedziała (tak czy tak śladu po „wypadku na Siewiernym” nie znalazłem (...)).





Naiwnością byłoby sądzić, że lipieckie manewry z 12 kwietnia stanowiły np. przykrywkę do przewiezienia osób z polskiej delegacji prezydenckiej, zaś ochotnicy odgrywający role „bieżeńców” to byli członkowie tejże delegacji. Sam jednak fakt, że tego rodzaju niezwykłe (jak na „smoleński kontekst”) ćwiczenia przeprowadzano właśnie wtedy w tylu obwodach w FR i że całej sprawie z „przedwczesną informacją z Lipiecka” nadano taki rozgłos (artykuły m.in. w „Komiersancie” czy „Komsomolskiej Prawdzie”), a parę osób zwolniono z telewizji, świadczyć może o czymś zgoła innym. Ruscy nie są aż tak głupi, by niespełna dwa dni po „lotniczym wypadku”, o którym informowały wszystkie agencje prasowe świata, urządzać manewry z gaszeniem samolotu, w sytuacji, gdy na całej Ziemi pokazywano „wstrząsające zdjęcia” z „gaszeniem prezydenckiego tupolewa na Siewiernym”. Tym razem musiało chodzić o manewry odciągające uwagę od prawdziwej akcji z uprowadzeniem polskiej delegacji i zaatakowaniem jej na jednym z ruskich lotnisk (czy w Lipiecku, tego jeszcze nie wiemy). Te szeroko zakrojone, bo w wielu ruskich obwodach, manewry miały dać do zrozumienia każdemu bałwanowi, który jakimś sposobem zapałętałby się jednak w okolicach jakiegoś lotniska i byłby świadkiem działań specnazu czy OMON-u wyciągającego pasażerów z jakiegoś uszkodzonego samolotu, że to były tylko antyterrorystyczne ćwiczenia – nawet jeśli ten samolot miał jakieś nietypowe, zagraniczne, np. biało-czerwone, oznaczenia.



http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/ruscy-antyterrorysci-z-kwietnia-2010.html





Informacja z „Kommiersanta” dotyczy (oficjalnie, a więc bierzmy poprawkę na ruską tendencję do łgania) okresu 13-17 kwietnia, ale „akcje ratunkowe” związane z... tupolewem i to z wynoszeniem zwłok pasażerów (!) ćwiczono, jak sygnalizowałem, PRZED 10-tym Kwietnia (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/7-kwietnia-2010-pukowo.html). Oczywiście, ktoś mógłby powiedzieć, że takie manewry „strażacko-medyczno-antyterrorystyczne” to jakiś zbieg okoliczności w kontekście tragedii polskiej prezydenckiej delegacji. Jeśli jednak nie? Czemu akurat 7 kwietnia ćwiczono na tupolewie, a nie np. na ile czy boeingu? Czy terroryści tupolewami zwykle do neo-ZSSR latają?



Hipoteza dot. zamachu przeprowadzonego w INNYM miejscu, a nie na Siewiernym, zamachu poprzedzonego skierowaniem delegacji na zapasowe lotnisko – nie wzięła się znikąd na zasadzie rozwiązania ad hoc, lecz po zebraniu wielu poszlak, śladów, analizie zeznań świadków etc. Pisałem przed paroma miesiącami w tekście „Śledztwa smoleńskie” do zwolenników koncepcji z zamachem na Siewiernym:jeśli delegacja prezydencka została skierowana na inne lotnisko, zaś w Smoleńsku przygotowano makabryczną inscenizację, to nie uda się dowieść, że polska delegacja zginęła na Siewiernym w wyniku sabotażu lub eksplozji na pokładzie tupolewa”. Inscenizacja bowiem ze swej istoty wyklucza pozostawienie bezpośrednich śladów po takim właśnie zamachu. Nie znaczy to jednak wcale, że nie należy badać Siewiernego.





Jeśli zbrodniarz pozoruje miejsce zbrodni, chcąc ukryć to prawdziwe jej miejsce, to i tak nie jest on w stanie całkowicie wykreować fałszywego otoczenia. Zawsze musi się posłużyć jakimiś elementami z prawdziwego miejsca tragedii, jak choćby ciałem ofiary czy jej rzeczami, noszącymi na sobie ślady autentycznej zbrodni. Nawet jeśli ciało czy rzeczy ofiary zostają przez mordercę poddane jakimś dodatkowym procesom związanym z „dostosowywaniem” wyglądu zwłok/rzeczy do fałszywego miejsca zbrodni (żeby śledczych wyprowadzić w pole), to te właśnie wtórne zabiegi mordercy są do wykrycia w ramach kryminalistycznej analizy szczątków. Ślady zaś takich zabiegów pozwalają poznać prawdę o autentycznej zbrodni i zrekonstruować jej przebieg. Tak więc dokładna analiza tego, co było na Siewiernym, może wprawdzie nie dostarczyć dowodów na sabotaż/eksplozję polskiego Tu-154M (z tego względu, że wrak na Siewiernym powstał zapewne w wyniku pocięcia jakiegoś tupolewa, a nie wysadzony (na takiej zasadzie: http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/jak-sie-tnie-samoloty-na-siewiernym.html, http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/tak-sie-tnie-tupolewy.html, http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/tu-154m-pociety-na-pukowie.html), ale pozwoli, sądzę, odkryć maskirowkę.



* * *



Moja generalna prośba do komentatorów jest taka: skoncentrujmy się na samym śledztwie, tak by nie dawać okazji rozmaitym oszczercom do ujadania wokół naszej pracy. Prosiłbym więc, by nie pojawiały się w komentarzach treści, które mogłyby oszczercom posłużyć za pretekst do kolejnych ataków. Mam nadzieję, że w ten sposób sytuacja zrobi się bardziej klarowna. Druga prośba jest zaś taka, by nicki oszczerców nie pojawiały się w komentarzach pod moim blogiem, tak by ci ludzie reklamowali się jedynie w swoim gronie.




http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/07/zamachowcy-informuja-nas-ze-to-wypadek.html

http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/blitzkrieg-z-10042010.html

Problem "grupy roboczej"




Wiemy, że zagadek smoleńskich jest niemal tyle co gwiazd na niebie w pogodną letnią noc, a jedną z nich jest kwestia „rekonesansu grupy roboczej”, która z przeróżnych względów nie mogła dotrzeć na lotnisko Siewiernyj i dokonać jego oględzin. Zacytuję może dłuższy fragment książki „Smoleńsk. Zapis śmierci”, w którym przywołanych jest kilka depesz dyplomatycznych wskazujących nie tylko na zaskakującą wyrozumiałość ambasady w Moskwie wobec stanowiska Rusków, ale wprost na swoistą kooperację ambasady w Moskwie z Ruskami utrudniającymi przygotowania do uroczystości katyńskich z udziałem Prezydenta (s. 187-188; pogrubienia pochodzą ode mnie, oczywiście):



Nieczajew (dyrektor departamentu europejskiego MSZ, Siergiej Nieczajew – przyp. Autorów) poinformował, że według jego wiedzy jakiekolwiek korzystanie z lotniska w Smoleńsku może stanowić poważny problem” - ambasador Bahr relacjonował w clarisie do szefa Protokołu Dyplomatycznego MSZ Mariusza Kazany i dyrektora departamentu wschodniego Jarosława Bartkiewicza. Opór Rosjan musiał być duży, bo w mniej oficjalnych mailach urzędnicy naszej ambasady pisali wprost: jeśli samolot z grupą roboczą ma wylądować na Siewiernym, to potrzebna jest interwencja samego Putina. Bez jego „osobistego zaangażowania” - przekonywali dyplomaci - nikt nie otworzy dla nas tego lotniska. (Teraz oczywiście autorzy starają się czytelnikowi wyjaśnić, o co chodzi – przyp. F.Y.M., he he:) Ta sytuacja najlepiej pokazuje absurdalność rosyjskiej hierarchiczności - premier stuczterdziestomilionowego kraju decydował o tym, czy zapyziałe wojskowe lotnisko w Smoleńsku ma przyjąć samolot z polskimi urzędnikami czy nie.”



Akurat. Chodziło o TO, właśnie TO lotnisko, po prostu. Nie podejrzewam, by Putin decydował o losach innych „zapyziałych lotnisk”, jeśli nie wiąże się z nimi jakaś bardzo ważna militarna akcja. No ale takie rozważania są poza zasięgiem autorów książki „Smoleńsk. Zapis śmierci”. I czytamy dalej (proszę zwrócić uwagę na komunikaty Bahra):



Kłopot z Siewiernym był jednak poważny. Na czym polegał, Bahr wyjaśnił 9 marca w depeszy wysłanej do dyrektora departamentu konsularnego Jarosława Czubińskiego i dyrektora Bratkiewicza: „W związku z likwidacją jednostki wojskowej obsługującej lotnisko w Smoleńsku nie ma technicznej możliwości wylądowania samolotu specjalnego z grupą przygotowawczą wizyty Premiera RP (brak sprzętu zabezpieczenia lotów, w tym cystern paliwowych, mobilnych agregatów prądotwórczych, sprzętu utrzymania pasa startowego)”.



Mimo świadomości tych braków, Rosjanie ostatecznie zgodzili się przyjąć samoloty z polskimi VIP-ami, a Polacy – mimo jednoznacznych ostrzeżeń – postanowili z tej zgody skorzystać.



Przylot grupy roboczej odwlekał się. Ostatecznie został przełożony na 24 marca. Rosjanie jednak nie zgodzili się na lądowanie w Smoleńsku i skierowali polski samolot do Moskwy. Na jego pokładzie byli między innymi Przewoźnik, Kazana i funkcjonariusze BOR.



W złym stanie było nie tylko smoleńskie lotnisko. Równie ponury był obraz stanu polskiego państwa wyłaniający się z claris słanych przez polską ambasadę do Warszawy. Dyplomaci, którzy z należytą gorliwością przykładali się do organizowania premiera, wizytę prezydenta traktowali już jak zło konieczne. Znamienne, że podczas lutowej wizyty w Katyniu Przewoźnik omawiał jedynie plan uroczystości z udziałem Donalda Tuska. O programie pobytu Lecha Kaczyńskiego nie powiedział ani słowa. W depeszy z 9 marca Bahr pisał zaś o „grupie przygotowawczej wizyty Premiera RP”. Nie premiera i prezydenta, ale tylko premiera.



Można by uznać, że to wszystko wypadki przy pracy, gdyby nie claris dotyczący spotkania Bahra z Nieczajewem: „Nieczajew podkreślił, że protokół rządu Rosji będzie zajmował się wyłącznie organizacją spotkania premiera Tuska z Putinem. W kwestii wizyty prezydenta Nieczajew zapytał, czy powinien rozumieć moje słowa o przyjeździe Kaczyńskiego jako oficjalne powiadomienie strony rosyjskiej, gdyż do tej pory strona rosyjska nie otrzymała żadnej oficjalnej wiadomości, że wizyta ta będzie miała miejsce. Odpowiedziałem, że na tak postawione pytanie nie mogę udzielić oficjalnej odpowiedzi, niezależnie od faktu, że z tych materiałów, które posiadam, wynika, że 10 kwietnia do Katynia przybędzie prezydent RP.”



Pomińmy może w tym miejscu dość znany, skandaliczny, stosunek polskiego ambasadora w neo-ZSSR do urzędującego wtedy jeszcze polskiego Prezydenta. Dlaczego tak usilnie pilnowano na Kremlu, by do oględzin Siewiernego nie doszło, skoro znane ono było Polakom ze swojego „standardu”, jeśli chodzi o pas do lądowania, płytę lotniska, osprzęt itd. z przylotów na wcześniejsze uroczystości (np. w 2007 r.). Jaki bowiem może być powód, że się komuś lotniska za żadne skarby nie pokazuje? Taki, że na tym lotnisku może być coś, czego ujrzenie wywołałoby poważną konsternację członków „grupy roboczej”. Czy wywołałaby ją wieża szympansów lub „lampaćki”? Dylatacje między betonowymi płytami? „Stacja meteo”? Powtarzam, Polacy znali „standard” tego lotniska, a skoro przyloty z Polski planowane były w godzinach przedpołudniowych ruskiego czasu, a więc (zakładając dobre warunki pogodowe) przy najlepszej widoczności, to ów „standard” nie miał większego znaczenia.



Moonwalker S. Wiśniewski podczas swej sejmowej relacji wielokrotnie zapewniał, że „od tej strony”, gdzie wystawił swoją czujną kamerę filmującą „pogodę” miały „dwa dni wcześniej”, czyli 7 kwietnia, lądować samoloty Tuska i Putina. Niestety, nie tylko dana „na wabia” taśma „polskiego montażysty” z tymi przylotami się nie zachowała, ale i nie ma za bardzo innych, niezmanipulowanych w ten czy inny sposób (pisali o tym sporo, oprócz mnie intheclouds, arturb oraz 154), filmowych materiałów związanych z tym, co się działo na Siewiernym 7 kwietnia. Jeśliby bowiem przyloty tego dnia były od zachodu, rzecz jasna z aparaturą pomocniczą sprowadzoną specjalnie na tę okoliczność, to rodziłoby się pytanie, dlaczego 10-go ustalono jako jedyny kierunek podejścia – wschodni i to, wedle relacji Wiśniewskiego, z wiatrem. Moonwalker, jak pamiętamy indagowany przez jedną z posłanek, ani instalowania, ani samego sprzętu nie widział 7-go, bo „Rosjanie wszystko zadrzewiają”, a poza tym, jego zdaniem, zgranie wojskowej aparatury pod względem rozpoznania „swój-obcy” wymaga trochę czasu. Na pierwszy rzut ucha to wyjaśnienie brzmi tak, jakby „polskiemu montażyście” pomyliło się przyjmowanie samolotów z delegacją państwową z warunkami na poligonie, ale może w tej marginalnej uwadze coś nam dodatkowo podpowiedział? 7-go kwietnia 2010 przylatywaliby „swoi”, a 10-go „obcy”, na których czekała przygotowana na polance zezłomowana niespodzianka.

30 sie 2011

I jeszcze jedno znalezisko















na tamtym smoleńskim blogu (http://smolensk.ws/blog/222.html ). Proszę przyjrzeć się drewnianym podkładom pod fragmentem wraku z prawej strony fotografii. Na zdjęciu u góry drewniane kloce są sześcienne, na zdjęciu u dołu okrągławe. Pod tą samą częścią wraku.

Takie znalezisko







Bloger Celestyn znalazł na http://smolensk.ws/blog/222.html takie zdjęcie z „Superwizjera”. Jakiej jednak wielkości jest ta część i czy faktycznie można ją uznać za szachownicę pochodzącą ze skrzydła? I dlaczego nie widać jej na „rekonstrukcji” wraku na lotnisku?

Szachownice






































Każdy, kto przeglądał „zdjęcia smoleńskie”, czyli dokumentację sporządzoną głównie przez ruskich fotoreporterów (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/oko-zaby-5.html), przy skromnej współpracy przedstawicieli warszawskiego Ministerstwa Prawdy (pomijam w tym miejscu obfitą dendrologiczną dokumentację radzieckiego docenta specsłużb S. Amielina (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/fotoamator-specjalnego-znaczenia.html)), to uderza w nich, by tak rzec, nadreprezentacja ogona. Ogon tupolewa należy chyba do najczęściej fotografowanych części wraku (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/pobojowisko.html), co tych co złośliwszych zwolenników „teorii spiskowej” mogłoby skłonić do konkluzji, iż na „miejscu wypadku” ten ogon przede wszystkim/głównie był. Na drugiej pozycji w rankingu najczęściej fotografowanych części znalazłyby się pewnie „odwrócone koła” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/odwrocone-koa.html), po wyglądzie których wielu znawców twierdziło, jak pamiętamy, że „nikt nie miał prawa przeżyć” - oraz, być może ex equo, „statecznik Wiśniewskiego” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/kolorystyka.html).





Zdjęć kadłuba jest stosunkowo niewiele (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/koziokowanie.html) (http://1.bp.blogspot.com/_f2ja-S2cOsw/TJ5qR6lJxsI/AAAAAAAAAeA/GB4iqYf67Fs/s1600/untitled+2.bmp), zdjęć kokpitu jak do tej pory w ogóle nie ujrzeliśmy (wszystko może jeszcze przed nami) – no ale przecież są zdjęcia skrzydeł (trzecie miejsce). Skrzydłom się możemy przyjrzeć, skoro innych detali nam wciąż brakuje (http://1.bp.blogspot.com/-8cOdkRGK-V4/TYpu9EcUPoI/AAAAAAAAA3g/uizS6zrt-r4/s1600/bagno.jpg) (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/07/kadry-z-misji-specjalnej-5102010.html).





Niedawno komentator Panmaczek61 wyszukał na stronie, nomen omen, skrzydla.pl takie zdjęcie sto dwójki od dołu (http://skrzydla.org/showphoto.php?photo_id=60482&cd=31d36af14b1a28d4b6aace8025a1506a). O ile na Siewiernym kokpit, prawda, 10-go Kwietnia zniknął w celach badawczych, kadłub tupolewa się nie mógł zachować ze względu na „położenie plecowe” i przeciążenie „100g”, jak wieść smoleńsko-gminna niesie, to spróbujmy znaleźć na pobojowisku na północnym smoleńskim lotnisku jakieś zdjęcie, na którym pokazane są szachownice namalowane na spodzie skrzydeł tupolewa. O ile bowiem w jakichś drobnych detalach 102-ka mogła się różnić od 101-ki, to chyba w tym jednym szczególe chyba nie, prawda (http://lh6.ggpht.com/_dgWeKWto6Vk/TOP64CVK-GI/AAAAAAAADLg/VTLbwHzyjt4/745831268_snqnpx.jpg)? Pech chce, że zwykle skrzydła są fotografowane tak, że nie widać ich malowania (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/najstarsza-czesc-na-siewiernym.html), ale może jakiemuś wnikliwemu poszukiwaczowi uda się znaleźć te brakujące dwie szachownice w środkowej części skrzydeł?







http://www.youtube.com/watch?v=fXPV7UxrCME



http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/maskirowka-wybrane-zagadnienia.html

http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/08/ogon-tupolewa.html

http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/08/kwestia-plamy-lakierniczej.html

http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/07/koa-pod-kokpitem.html

http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/glossa-do-smolenskiej-dendrologii.html



29 sie 2011

Jednym głosem

Niestety, dopiero z biegiem czasu z wywiadów czy to z E. Klichem, czy z członkami „komisji Millera” wyłania się pełny obraz prowizorki, jaką było oficjalne, instytucjonalne polskie śledztwo ws. „katastrofy smoleńskiej”. Ciekawym jednak ubocznym efektem tych wywiadów, jest to, iż pokazują się zarazem informacje, które prowokują do kolejnych pytań dotyczących kompetencji osób zajmujących się „Smoleńskiem”, ale też tego, na ile bałagan w ich pracach, nie był celowo „zorganizowany”. W ostatnim weekendowym „Naszym Dzienniku” ukazał się wywiad z W. Targalskim, który wyznaje m.in., że, jeśli chodzi o moskiewskie „zapisy rozmów z kokpitu tupolewa”:



Tak naprawdę Rosjanie tego nie odczytali. Cały materiał, którym dysponowali, jeśli chodzi o deszyfrację nagrań z kokpitu, powstał z tego, co my odczytaliśmy. Oni na tym polegali. To, co nam udało się odczytać, MAK uznał za pełną deszyfrację tego rejestratora CVR. Ich raport mówi, że to oni odczytali. Ja to wiem. Ale było inaczej. Jedynie tłumaczenie weryfikował rosyjski tłumacz przysięgły. Ja brałem w tym udział od początku, od 11 kwietnia 2010 roku, gdy tylko się okazało, że zapis jest zachowany. Co mogliśmy, to odczytaliśmy. Całe dwa tygodnie, które tam spędziłem, i potem następne, pracowaliśmy z ppłk. Michalakiem i płk. Rzepą na odsłuchiwaniu.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110827&typ=po&id=po03.txt



Nie interesuje nas w tym momencie, co mówi ruski pseudoraport, tylko co mówi polski wojskowy. Podkreślam i powtarzam: „Rosjanie tego nie odczytali (…) my odczytaliśmy”. No i teraz zajrzyjmy sobie do niedawnego, sierpniowego wywiadu z innym przedstawicielem „komisji Millera”, R. Benedictem (tym, co osobiście zgrywał taśmy z wieży szympansów), który powiada tak:



Komisja zleciła ekspertyzę odczytu korespondencji radiowej z kabiny Centralnemu Laboratorium Kryminalistycznemu Komendy Głównej Policji. Trwało to bardzo długo i otrzymaliśmy więcej danych niż Rosjanie.”

(NDz): „O jakie kwestie polski odczyt jest bogatszy?

W wersji rosyjskiej nie było w ogóle komendy "odchodzimy", którą wydaje dowódca i którą potwierdza drugi pilot, a także innych fragmentów rozmów zarejestrowanych w kabinie i na bliższym stanowisku kierowania lotami.”

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110805&typ=po&id=po02.txt



Pomijając może fakt, że Targalski i Benedict to członkowie tej samej grupy ekspertów pracujących nad tą samą sprawą, to mamy tu tragikomiczne zestawienie – ten pierwszy twierdzi, że analizy CVR dokonali Polacy, ten drugi natomiast, że była „wersja rosyjska”, w której brakowało niektórych szczegółów, a które zostały odczytane w kryminalistycznym laboratorium w Polsce. Jest to historia podobnego typu, co ta, której arkana wyjawił zresztą tenże Benedict, mówiąc, że to przedstawiciele Polski wydawali Ruskom zgody na cięcia wraku do transportowania lotniczych części z pobojowiska. Sądzę, że Ruscy niczyjej zgody na zabawę ze złomem na swoim terenie nie potrzebowali, ale przy okazji pozwolili nieco „Polaczkom” się „porządzić”, zwłaszcza że w innych kwestiach polscy eksperci zbyt wiele do powiedzenia nie mieli. Mamy więc obraz taki, że jedna polska grupa wojskowych ekspertów odczytuje moskiewskie zapisy CVR, następnie druga polska grupa wojskowych ekspertów te zapisy poniekąd kwestionuje i zleca ich odczytanie na nowo. Szkopuł w tym, że dzieje się to „gonienie króliczka” w jednej komisji pracującej nad wyjaśnianiem jednej z największych tragedii w polskiej historii.



Idźmy dalej. Targalski opisuje chwilę przybycia do Smoleńska, w którym, jak sam dodaje, spędził raptem godzinę (resztę bowiem czasu prac smoleńskich spędził w Moskwie): „Po przybyciu i udaniu się na miejsce wypadku zaprowadzono nas tam, gdzie były rejestratory. Pilnował ich wartownik. Zostały sfotografowane. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem panią Anodinę i pana Morozowa. Rosjanie zapytali, czy rejestratory mogą zostać wydobyte. Po konsultacji z Edmundem Klichem zdecydowano, że tak. Zapakowano je do pudeł, zaplombowano. Ja z ppłk. Sławomirem Michalakiem i panem płk. Zbigniewem Rzepą, rzecznikiem prokuratury wojskowej, na polecenie pana Klicha udaliśmy się z nimi do Moskwy samolotem MCzS [Ministerstwa Sytuacji Nadzwyczajnych]. Zostały one zawiezione do siedziby MAK i tam zdeponowane.”



Jak tę chwilę opisywał kiedyś Klich? Ano tak: „Przyleciałem pierwszym samolotem, na polecenie ministra Grabarczyka. Był ze mną Waldemar Targalski z komisji, którą kieruję. Próbowałem też ściągnąć Bogdana Fydrycha, który doleciał później. Lecieli z nami komendanci Wojskowego Instytutu Medycyny Lotniczej, Instytutu Technicznego Wojsk Lotniczych, szef Żandarmerii Wojskowej, prokuratorzy i inni. Długo trwały różne procedury. W końcu nas zawieźli na miejsce wypadku. Było już ciemno. Podeszli do mnie Tatiana Anodina z Aleksiejem Morozowem. W ogóle nie wiedziałem, kto to taki ta Anodina. A Morozowa przypomniałem sobie z pewnej konferencji ICAO w Montrealu. Oni mnie wtedy zaprowadzili na miejsce katastrofy i pokazali rejestratory.”

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110119&typ=kk&id=kk41.txt



Tu Ruscy też sprytnie zorganizowali „przybycie” polskich przedstawicieli i „oględziny miejsca wypadku” w „dniu wypadku”, bo nie dość, że tak się jakoś złożyło, iż Polacy akurat przybyli późnym wieczorem, kiedy kompletnie nic nie było widać, to jeszcze „oględziny” ograniczyły się do „okazania rejestratorów”, przy których „stał wartownik”. Następnie zaś, co wiemy z kolei z wywiadu z M. Grochowskim, 11-go kwietnia „cały dzień, do nocy”, członkowie polskiej komisji pracowali na pobojowisku:



(10 Kwietnia – przyp. F.Y.M.) Wylecieliśmy ok. godz. 16.30 z Poznania do Warszawy. Pogoda w Smoleńsku była nieodpowiednia, wobec czego o godz. 20.00 podjąłem decyzję, że lecimy nazajutrz rano. I tak się stało. Do katastrofy podeszliśmy tak jak do każdego wypadku lotniczego. Zabraliśmy sprzęt pomocny na miejscu: aparaturę pomiarową, geodezyjną, wykrywacze metali, sprzęt fotograficzny. Już pierwszego dnia poszliśmy na miejsce zdarzenia i rozpoczęliśmy czynności pomiarowe. Spędziliśmy na tym cały dzień, do nocy. Obeszliśmy całe miejsce katastrofy, udaliśmy się także jak najdalej po trajektorii ostatniej fazy lotu, szukając śladów, które mogłyby świadczyć, że coś działo się z samolotem w powietrzu. Od razu zwróciliśmy uwagę na brzozę, niedaleko której leżała końcówka skrzydła. Doszliśmy do drzewa przy bliższej radiolatarni, gdzie było widać, że jest ścięcie, i do wąwozu.”



Co z tego wynika? To, że pierwszego dnia, a więc wtedy, kiedy „doszło do wypadku”, NIKT z Polaków nie badał ani specjalistycznie nie dokumentował „miejsca wypadku” (nie biorę tu pod uwagę zdjęć robionych ponoć przez borowców, te bowiem, jak dotąd nie zostały nigdzie upublicznione, a w samym pseudoraporcie Millera roi się wprost od zdjęć radzieckiego docenta specsłużb S. Amielina). Ruscy zatem mieli całą dobę na przygotowanie „terenu katastrofy”, „śladów” etc., skoro badania zaczęły się dopiero nazajutrz w przedpołudniowych godzinach. Ale i to nie wszystko. Targalski zdradza nam jeszcze jedną ważną osobliwość:



(NDz) „Strona polska sporządzała własną dokumentację wideo?

Nie, wszystko robili Rosjanie. My nawet nie mieliśmy aparatów. Całość sprzętu specjalistycznego została dostarczona na miejsce 11 kwietnia w godzinach porannych wraz z przybyciem przedstawicieli Inspektoratu Bezpieczeństwa Lotów. Wtedy oni robili zdjęcia. Ja byłem przekonany, koledzy chyba też, że te materiały zostaną nam przekazane później. Będąc tam, myśleliśmy, że pracujemy wspólnie.



A żeby było śmieszniej, to Targalski dodaje:



Po jakimś czasie dopiero przychodzi refleksja, że może coś można było zrobić inaczej. Jasne, że powinniśmy mieć tę dokumentację. Ale nie wiem, czy pozwoliliby nam na fotografowanie, na wniesienie aparatu w ogóle...



Można by się pokusić o głębszą refleksję aniżeli ta Targalskiego. Niewykluczone bowiem, że analogicznie wyglądała sytuacja na pobojowisku - Ruscy robili zdjęcia, a Polacy „byli przekonani, że materiały zostaną przekazane później” - tylko że NIE zostały. Co jednak robi porządny ekspert, specjalista, fachowiec, pracując nad jakąś poważną sprawą i NIE uzyskując fachowej, niezbędnej do dalszego badania, dokumentacji? Zwykle przerywa swoje badania i domaga się tej dokumentacji, jeśli zaś jej nie uzyskuje, to wycofuje się z badań i oprotestowuje je. Polskim natomiast ekspertom brak dokumentacji wcale nie przeszkodził ani w przeprowadzeniu badań, ani w ich zakończeniu. Tak daleko poszła polska myśl naukowo-wojskowa: „Pewnych rzeczy nie uzyskaliśmy od strony rosyjskiej do dzisiaj. Komisja opierała się na wszystkich możliwych dowodach, jakie były dostępne.” I nieco dalej Targalski przyznaje, że dzięki działaniom Klicha: „No, był utrudniony dostęp do... chyba... do wraku. Fizycznie nie uczestniczyłem w pracach przy badaniu wraku, gdyż byłem w Moskwie. Robili to koledzy, którzy byli w Smoleńsku.



Nie przeszkadza to jednak wszystkim polskim ekspertom mówić jednym głosem, podtrzymując ruską narrację.

28 sie 2011

Co to za relacje?

Intheclouds znalazła przeprowadzony kilka dni po tragedii smoleńskiej dla jednej z amerykańskich stacji wywiad Dicka Gordona (prezentera North Carolina Public Radio) z p. Anną Seweryn, którego najciekawszy fragment brzmi dosłownie tak (od 23' materiału zlinkowanego poniżej):

AS: „And then my mom called me. You can imagine, it's just... I still don't believe.”

Your mother called you with the news of the crash.”

AS: „Yes. She was watching the news. They... probably like most of the people in Poland they prepared to see the whole ceremony in Katyn. So my mom watched from the beginning when they started when the train arrived: „Now, OK, we see the plane, so president's gonna land in few minutes...” Polish anchors, you know, Polish, all the Polish news were there, waiting for the president with the cameras. Then they didn't see the plane, they just saw the flames...”



Intheclouds przypomina, że w filmie „Lista pasażerów” (cz. I http://www.youtube.com/watch?v=gaiqbS3MS1M od. 22'13'') jest też relacja p. Bożeny Strembskiej ciotki śp. S. Karpiniuka: „Czekaliśmy na... jak pokażą, jak wyląduje samolot. I jak było te trrach, to ja strasznie zaczęłam krzyczeć, strasznie krzyczałam. Tak strasznie, że mi mój Zbyszek tak przytulił do siebie i zaczął mi tłumaczyć, że może to jeszcze nie, może poczekajmy...



Ja osobiście o „katastrofie” dowiedziałem się, słuchając Trójki przy sobotnim śniadaniu, koło godziny 9.25, mniej więcej (pognałem wtedy na piętro, włączyć TVP i po chwili krzyczałem do żony, że samolot z Prezydentem się rozbił) – a więc, tak jak zapewne większość Polaków – nie śledziłem ani przez minutę relacji telewizyjnych PRZED informacjami o „katastrofie”. Jeśli bowiem ktoś nastawiał się na oglądanie transmisji z Katynia, to podejrzewam, miał zamiar włączyć telewizor w momencie rozpoczęcia uroczystości, nie zawracał sobie głowy obserwowaniem ględzeń dziennikarzy „rozgrzewających się” przed właściwą transmisją. Nie jestem więc w stanie nic powiedzieć na temat tego, co się w polskiej telewizji działo PRZED 9.30 w sobotę 10-go Kwietnia.



Jak jednak potraktować te dwie cytowane wyżej relacje? Jeśliby ktoś z naszych bliskich miał lecieć w prezydenckiej delegacji na ruską ziemię i miałaby być z tych uroczystości transmisja, to sądzę, waciowalibyśmy przy telewizorach od pierwszych medialnych relacji o osobach przybywających na uroczystości (choćby z obawy, czy wszystko przebiegnie tak, jak należy, czy szczęśliwie dolecą, czy Ruscy nie będą robić problemów etc.). Czekalibyśmy na wieści o wylądowaniu, obserwowalibyśmy przygotowania itd. - dokładnie tak jak zapaleni kibice zniecierpliwieni patrzą na mundialowy stadion i omiataną kilkoma kamerami murawę boiska, i wsłuchują się w pitolenie komentatorów podających (dla zapełnienia antenowego czasu) sportowe statystyki, zanim zacznie się TEN mecz.



Do dziś nie wiemy, czy i jak wyglądała transmisja w Polsat News i TVP SPRZED godziny „ogłoszenia wypadku”. Zwłaszcza z Polsat News jest niezwykły wprost jak na skalę wydarzenia i „wyłączność” na transmitowanie, deficyt materiałów wideo. Z relacji cytowanych powyżej wynikałoby, że była jakaś transmisja z jakiegoś lotniska, podczas której doszło do jakiegoś twardego przyziemiania. Czy to był „prezydencki jak-40”, o którym oficjalnie informowano na początku relacji o „katastrofie smoleńskiej”? Jeśli bowiem zdarzenie pokazywano na długo przed informacjami o „rozbiciu się prezydenckiego samolotu” - to nie mógł to być tupolew, bo tego przecież jeszcze nie było „na miejscu” w neo-ZSSR. Pytanie jednak: gdzie to mogło być?



Zastanawiam się, czy np. po wylądowaniu na Siewiernym dziennikarze polscy (być może paru z nich, nie wszyscy) nie mogli dostać ekstra newsa, że „prezydencka maszyna” poleci z jakichś powodów na Jużnyj. Faktycznie, Siewiernyj wygląda jak opustoszały pegeeer, więc może Jużnyj? Z Siewiernego zaś na Jużnyj jest rzut beretem, więc żurnaliści mogliby się zabrać ze sprzętem, rozstawić i czekać na przybycie takiego samolotu, by mieć „ekstra materiał”. Czekają więc na Jużnym, a tam dochodzi do jakiegoś, powiedzmy, wypadku „prezydenckiego jaka” i robi się sytuacja wyjątkowo nieciekawa. Co robią dziennikarze? Uciekają do Katynia i udają, że nic nie wiedzą, „czekając” na dalsze wieści, ale już wiedzą, że zaczęła się akcja, której nie chcieliby ani widzieć, ani filmować. Zajmują postawę taką, jak człowiek, co spostrzegł, że w ciemnej uliczce kogoś bandyci napadli, ale woli się „nie mieszać” lub też udać, że on i tak nic nie może zrobić, więc „trzyma się na bezpieczną odległość”. Co się dzieje dalej? Pojawiają się w Katyniu informacje, że doszło do katastrofy prezydenckiego samolotu. Zrazu chodzi o jaka, ale z czasem klaruje się, że jednak to tupolew. Dziennikarze wiedzą, że prawda jest inna, ale trzymają się oficjalnej narracji i gnają w te pędy 200 km na godzinę z Katynia, by zdążyć pokazać wrak na Siewiernym. A dalszy ciąg ich gorączkowych relacji opartych na zeznaniach wstrząśniętych naocznych świadków z ruskiej milicji, już znakomicie znamy.



Co bowiem uderza w tych dwóch przywołanych wyżej zeznaniach? To przecież, że NIE było „po katastrofie smoleńskiej” żadnego upublicznionego, powszechnie dostępnego, telewizyjnego materiału z „wyczekiwaniem dziennikarzy na lotnisku”, „wypatrywaniem (przez nich) samolotu” ani z żadnym „trrach!” podczas podchodzenia do lądowania. Czemu Strembska nie mówi np. „jak podali w TVN-ie, że doszło do rozbicia się samolotu” albo „jak podali, że wszyscy zginęli”, tylko mówi o „trrach!”, które widziała, oczekując na relację z lądowania? Czy przypadkiem nie jest tak, że polska telewizja zarejestrowała jednak 10-go Kwietnia coś, co zostało potem zniknięte w ramach oficjalnego badania „lotniczego wypadku na Siewiernym”?











http://clouds.salon24.pl/337073,zdradzeni-o-swicie-smolensk-2010-nie-odpuscimy

http://thestory.org/archive/the_story_1017_Wojciech__Seweryn1.mp3 wywiad po angielsku z p. Anną Seweryn

26 sie 2011

"Superwizjer" o katastrofie CASy























Ciekawe są te zobrazowania radaru w Mirosławcu. Jak wiadomo takich zobrazowań nie udało się zdobyć w przypadku "katastrofy smoleńskiej". Najciekawsze zaś hipotezy na samej górze - nie przewidziano np. celowego uszkodzenia któregoś z układów samolotu, a więc działań osób trzecich.

http://superwizjer.tvn.pl/38487,co-sie-stalo-z-casa_,archiwum-detal.html

Instalacja

















W takim razie czekamy na zapisy ze Smoleńska. O ile monitoring znowu się nie popsuł, jak na Okęciu.

"Im człowiek mniej wie, tym dłużej żyje"





Ładne, wojskowe, motto, prawda? Cały program do obejrzenia tu:

http://superwizjer.tvn.pl/43379,podsluch-swiata-z-mazur_,aktualnosc.html.

Opowieści o górze lodowej



Z opublikowanego dziś artykułu A. Ambroziak wyłania się ciekawy obraz śledczej pracy wojskowej prokuratury, która nie tylko miałaby przymykać oczy na wykryte już 9 lat temu nieprawidłowości w działaniu 36 splt, ale i zignorować kwestię nacisków na pilota za czasów legendarnego L. Millera (http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110826&typ=po&id=po03.txt):



Co najmniej od 2002 r. prokuratura wojskowa dysponowała wiedzą na temat poważnych tarapatów, w jakich znalazł się 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego. To, że specpułk ma problemy z kompletowaniem załóg i przestrzeganiem czasu spoczynku żołnierzy, wyszło na jaw przy badaniu tzw. afery fakturowej. Jeden z przesłuchiwanych wówczas pilotów Janusz M. zeznał, że dochodziło do łamania regulaminu lotów poprzez wykonywanie czynności lotniczych powyżej 12 godzin, bez czasu spoczynku. Rok później, przy okazji innej sprawy, członkowie załóg skarżyli się prokuratorom na naciski cywilnych dysponentów lotu. Co z pozyskaną wiedzą zrobili wojskowi śledczy? Nic.



Prokurator Ireneusz Szeląg, którego podpis widnieje w aktach sprawy zainicjowanej w 2002 r., dziś jest zaangażowany w postępowanie dotyczące katastrofy smoleńskiej. Ale to nie jedyny przykład braku dociekliwości i inercji płk. Szeląga. Po wypadku śmigłowca Mi-8 z Leszkiem Millerem na pokładzie jego dowódca ppłk Marek Miłosz zeznał wprost o naciskach, jakie wywierał na niego były premier, wymuszając ryzykowny lot poniżej minimów pogodowych. O naciskach cywilnych dysponentów mówili też inni piloci eskadry śmigłowców. Jak zareagował prokurator? Zasugerował pilotowi przyznanie się do błędów w pilotażu. W ten sposób wątek naciskowy został zamieciony pod dywan. - Nie posiadam takiej wiedzy. To prokurator, który prowadzi sprawę, ma obowiązek znać każdy protokół. A ja nie prowadziłem tej sprawy - mówi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" płk Ireneusz Szeląg.



Nieprawidłowości nieprawidłowościom nierówne, naciski naciskom też. Warto o tym wspomnieć zwłaszcza dlatego, że L. Miller był bardzo aktywny w komentowaniu przyczyn „katastrofy na Siewiernym”. Materiał w „NDz” nie daje jednak pełnego obrazu, gdyż – na co wskazuje sporo innych przesłanek – mamy do czynienia z wierzchołkiem góry lodowej i to właśnie w kontekście „sprawy smoleńskiej”. W książce „Smoleńsk. Zapis śmierci”, wątek „afery fakturowej” opisany jest dużo szerzej (chodziło głównie o wyłudzanie przez pilotów pieniędzy za pomocą lewych rachunków z zagranicznych delegacji), a w dodatku, co wydaje się szczególnie interesujące, powiązany z pracami instytucji badających „wypadek” z 10-go Kwietnia:



Przełom (w śledztwie ws. afery - przyp. F.Y.M.) nastąpił pod koniec 2008 roku. Wyjście z sytuacji znalazł prokurator wojskowy Tomasz Mackiewicz (dziś zajmujący się katastrofą w Smoleńsku) Były pilot Tu 154: „Wchodzę na przesłuchanie i słyszę: „Jeśli przyzna się pan do wszystkiego i odda wyłudzone pieniądze, to sąd skaże pana bez rozprawy. Odstąpi od wymierzenia kary i każe zapłacić kilkaset złotych na cel charytatywny. Wyrok zatrze się po roku i będzie pan miał z głowy. To co siadamy? Ja już zacznę pisać protokół, szlaki są przetarte. Nie jest pan pierwszy, wszyscy na to idą”. Pomyślałem, że tylko idiota by się nie zgodził. Usiedliśmy i zaczął pisać.



Szlak rzeczywiście został przetarty. W ciągu kilkunastu miesięcy ci, którzy jeszcze do niedawna wszystkiego się wypierali, nagle zaczęli składać identycznie brzmiące zeznania: „Przyznaję się do stawianych mi zarzutów. Bardzo żałuję tego, co się stało. Chcę dobrowolnie poddać się karze (...)” Każde z tych przesłuchań trwało dwadzieścia minut, a niektóre zeznania nie różniły się nawet przecinkami.



Inni dostali jeszcze lepszą ofertę. „Prokurator Mackiewicz powiedział mojemu klientowi, że jeśli przyzna się do winy, to śledztwo zostanie umorzone. Zgodził się” - opowiada mecenas Krzysztof Szwedowski, pełnomocnik jednego z byłych dowódców jednostki. Pułkownik się przyznał i Mackiewicz zamknął sprawę.



Pilot, który zasiadał w komisji badającej katastrofę smoleńską, zgodził się na układ „przyznaj się, a dostaniesz łagodny wyrok”. (…) Sąd skazał go za dziewięć fałszywych faktur i zgodnie z umową odstąpił od wymierzenia kary. (…) Skazanie zatarło się 15 kwietnia 2010 roku, czyli kilka dni po katastrofie w Smoleńsku, ale położenie pilota i tak było dwuznaczne. Kiedyś wyprowadzał pieniądze z pułku, a potem badał przestrzeganie panujących w nim procedur. Kiedyś był oskarżony przez prokuratora Mackiewicza, a później ramię w ramię z nim wyjaśniał przyczyny smoleńskiej katastrofy” (s. 304-305).



Wyłania się zatem wielopoziomowy mechanizm wzajemnych zależności między różnymi środowiskami i swoistej wspólnoty interesów polegającej na tym, by jedne sprawy zamiatać w trakcie lub przy okazji zamiatania innych spraw – taka polska klasyczna „neverending story”. Ale też w ten sposób może będzie nam łatwiej pojąć swoistą zmowę milczenia w polskim wojsku po tragedii z 10-go Kwietnia, niewykluczone bowiem, że wiele środowisk szachuje się wzajemnie za pomocą skrupulatnie przechowywanych „kwitów”. Jak zresztą pamiętamy, „tragiczny” stan 36 splt przez niektórych „byłych pilotów” tłumaczony był tym, że „odeszli najlepsi”, a nie tym, że niektórzy z tych najlepszych, co odeszli, mieli problemy z polskim prawem. Na tym jednak nie koniec, bo przecież w trakcie „śledztwa smoleńskiego” dochodzi do innych przypadków sędziowania we własnej sprawie, na co choćby zwracał uwagę po konferencji millerowców M. Pyza: „Komisja Millera mnóstwo zarzutów skierowała pod adresem 36. pułku i nadzorujących go struktur wojskowych. Usłyszeliśmy o całej serii rażących nieprawidłowości. O złym szkoleniu (w pośpiechu i wbrew programowi) i słabym jego nadzorze przez Dowództwo Sił Powietrznych. Także o za małej liczbie załóg i nieprawidłowych kontrolach sytuacji w pułku (co ciekawe, jedną z nich przeprowadzał w 2008 r. wiceprzewodniczący komisji płk Mirosław Grochowski) („Uważam Rze”, „Błędy Rosjan, wina Polaków” 26/2011, s. 23).



Biorąc to wszystko pod uwagę, likwidacja 36 splt przez ciemniaków w kontekście sygnalizowanych w „Białej Księdze” (już skwapliwie badanej przez prokuraturę) Zespołu smoleńskiego nieprawidłowości w MON dot. braku zakupu nowoczesnego sprzętu dla 36 splt nabiera innego wymiaru, tak jak i fakt, że tupolew o n-rze bocznym 102 po kosztownym remoncie ma naraz wraz z czterema jakami-40 „iść pod młotek”. Czy jednak ten pośpiech ciemniaków w sprzątaniu przeróżnych spraw nie świadczy zarazem o tym, że polski Titanic na górze lodowej się właśnie zatrzymał? Pytanie więc, kto pierwszy będzie się salwował jakąś spektakularną ucieczką (skacząc z pokładu i ściskając dyplomatkę z „kwitami”) i hasłem „łapaj złodzieja!”.





P.S.

Jako ciekawostkę dodam, że gdy się zajrzy do ministerialnych materiałów dotyczących katastrofy w Mirosławcu, to, jeśli dobrze policzyłem, czterej członkowie komisji badającej tamto zdarzenie pojawiają się również przy badaniu „katastrofy smoleńskiej” (http://www.mon.gov.pl/pliki/File/Protokol.pdf) – są to M. Milanowski, B. Biernat, D. Majewski oraz L. Filipczyk.

Kurtka moonwalkera 2







25 sie 2011

Ruska rekonstrukcja









Materiał dezinformacyjny ze stycznia 2011, ale chyba mało znany.

http://www.youtube.com/watch?v=U9ecE487b_Q