31 lip 2011

Tunel Millera

W „polskiej wersji raportu MAK”, jak to określił min. A. Macierewicz po konferencji „komisji Millera” jest w pewnym momencie fragment, w którym polscy najwybitniejsi specjaliści poszli najlepszym śladem najwybitniejszych specjalistów z Moskwy i odtworzyli – jak można niemalże z całkowitą pewnością sądzić – na gruncie (jak to sami określali na „konferencji”) tzw. głębokiej analizy zapisów CVR: „sytuację psychologiczną dowódcy statku”, Wprawdzie nie mieli oryginałów CVR, wprawdzie wiele z tego, co udawało się „odczytać” ruskim ekspertom i promoskiewskiej telewizji rządowej TVN (tudzież innym agendom Ministerstwa Prawdy), okazywało się potem nieprawdą – w niczym to jednak nie przeszkodziło specom z „komisji Millera”, którzy, jak to ujął na słynnej „konferencji” sam mgr inż Miller, sporządzali „ekspertyzy, które nie raz kosztowały tysiące godzin” - którzy to eksperci od ekspertyz uznali właśnie sfałszowane zapisy CVR jako podstawowy „dowód w sprawie”. Nawet wrak nie był tak ważny, nawet analiza terenu, nawet sekcje zwłok, tylko czarne skrzynki, które, jak kiedyś w przypływie szczerości wyznał inny przewybitny radziecki ekspert, E. Klich, gdy je pierwszy raz zobaczył z kolegami z Polski, sprawiały wrażenie, jakby je w danym miejscu ustawiono właśnie na przybycie wysłanników z naszego kraju.


Nawiasem mówiąc, nawet zawartość czarnych skrzynek okazała się nie w pełni dla „komisji Millera” wiążąca, co właśnie na „konferencji” wyszło na jaw, gdy P. Prus zaczął dopytywać o pewną rozbieżność między wynikami analizy (tzw. polskiej skrzynki) zleconej przez prokuraturę wojskową a tezami stawianymi przez „komisję Millera”. Prus przypomniał, że wg prokuratury nie ma śladu po uruchomieniu procedury odejścia w zapisach polskiego rejestratora, tymczasem „komisja” twierdziła z całą stanowczością, że odejście było, tylko o parę sekund za późno, bo piloci po głupiemu wpadli w pułapkę jaru i nie zorientowali się na czas, że lecą w jarze (swoją drogą, czy komisja w ogóle sprawdzała „jar”?, bo z tego, co pamiętam, nie znaleziono tam żadnych śladów po przelocie samolotu, co napisano nawet wprost w raporcie komisji Burdenki 2). Na dopytywanie Prusa płk Grochowski odpowiedział, że polska załoga tupolewa już na Białorusi planowała odejście znad Smoleńska, a decyzja dowódcy o próbnym podejściu zapadła jeszcze przed połączeniem z „Korsażem”. Skąd Grochowski to wiedział? Oczywiście z niezastąpionych zapisów rozmów w kokpicie, bo skąd? O ile więc jeszcze parę dni wcześniej płk Szeląg trzymając nerwy na postronkach, tłumaczył dopytującym go dziennikarzom, o co chodzi z tym niezarejestrowaniem żadnego odchodzenia przez ATM,o tyle „komisja Millera” powtarzała do upadłego i nawet pokazywała na przeróżnych symulacjach, jak to z tym „uruchamianiem uchoda” oraz „ilsem” jest.


Ale wróćmy do psychologii czy szerzej: psychiatrii radzieckiej, która okazała się dla speców Millera niezwykle pomocna w wyjaśnianiu zdarzeń z 10 Kwietnia – dokładnie tak, jak dla speców MAK, którzy „analizom psychiatrycznym” poświęcili wiele stronic swego g...nego „raportu”. Tam bowiem, gdzie brakowało danych lub gdzie fakty ciężko było ustalić, tam radziecka psychiatria dokonywała cudów interpretacji i rekonstrukcji. No cóż, to całe dekady praktyki z diagnozowaniem, obserwowaniem i zwalczaniem schizofrenii bezobjawowej oraz paranoi o cechach pieniactwa, które to choroby nauka radziecka wykrywała u wrogów władzy ludowej. Do tych chlubnych tradycji nawiązała „komisja Millera” pisząc o „tunelowaniu poznawczym”:


Analiza prowadzonej wówczas korespondencji i rozmów pilotów w kokpicie wskazuje na rozpoczęcie się zjawiska tunelowania poznawczego u dowódcy statku powietrznego, polegającego na silnej selekcji uwagowej, skupionej na danych niezbędnych do realizacji aktualnego priorytetu zadaniowego. Selekcja ta jest tym bardziej wyraźna, im wyższy poziom stresu oddziałuje na pilota. Główne czynniki psychologiczne, które istotnie wpływały na podwyższenie poziomu stresu na tym etapie lotu, to duży poziom nieprzewidywalności sytuacji i konflikt wewnętrzny dowódcy statku powietrznego, rozumiany jednak nie jako dylemat lądować, czy nie lądować (dążenie - unikanie), ale związany z planowaną przez dowódcę statku powietrznego próbą podejścia do lądowania (jak nisko zejść i jaki tryb podejścia zastosować). W tym konkretnym momencie należy więc zakładać istnienie wysokiego poziomu stresu, wynikającego z koncentracji na realizowanym planie działania.” (s. 232; por. ruski raport i opowieści o „starciu motywów” w psychice dowódcy statku; co za baran taką „rekonstrukcję” w polskim pseudoraporcie przeprowadził i na jakich podstawach, nawet nie chcę na razie widzieć)


Ludzie więc sobie całymi miesiącami głowy łamali, dlaczego w ostatnich chwilach zapisu rozmów załogi dowódca milczy, a tu tę właśnie zagadkę rozwiązali psychiatrzy współpracujący z „komisją Millera” - być może ci sami, co pracowali w Moskwie, bo już nie takie cuda na kiju widzieliśmy w przypadku „polskich badań” czy „polskiego śledztwa”. Na „konferencji” zresztą Jedynak tłumaczył to „tunelowanie poznawcze” nawet szerzej, mówiąc o „postrzeganiu tunelowym” dowódcy statku, który „przeciążony pracą” „sam wykonuje pewne czynności”, nie dzieląc się swoimi spostrzeżeniami z kolegami w kabinie. Dowódca jest zajęty zbyt wieloma rzeczami naraz, że nawet „nie słyszy”, jak kontroler z wieży szympansów zaleca zniżanie. Nie tylko nie słyszy, ale i nawet nie potwierdza, że słyszy, no i rzecz jasna, nie reaguje prawidłowo, tzn. nie zniża samolotu po zaleceniu ruskiego szympansa. Załoga jak zahipnotyzowana wgapia się w radiowysokościomierz, no a potem, jak stwierdza Jedynak „nie drzewo było za wysokie, lecz samolot był w tym miejscu, gdzie nie powinien”. Wprawdzie „obraz z radarów” z wieży szympansów „się nie zachował”, lecz to w niczym nie przeszkodziło ludziom Millera zrekonstruować, co na radarach mogły widzieć ruskie szympansy właśnie.


Na konferencji prasowej, zorganizowanej wedle najlepszych sowieckich wzorców, otworzyły ją przecież pytania od przedstawicieli rządowej telewizji TVN, potem zaś „dopytywali” ruscy żurnaliści, w stylu typowym dla załganych neosowieckich mediów – zabrakło paru poważnych kwestii. Pytania jakichś sensownych dziennikarzy (typu Gmyz, Misiak, Falkowski etc.) i tak tonęły w morzu łgarstw czy to promoskiewskich dziennikarzy, czy to samych przedstawicieli „komisji” z mgr. inż. Millerem na czele, który przecież w pewnym momencie stwierdził (z tymi charakterystycznymi dla jego sposobu przemawiania teatralnymi pauzami pasującymi do wystąpień na zebraniu pezetpeerowskiej egzekutywy), że „dysponent lotu uniemożliwił pilotom odejście na zapasowe lotnisko”. Załoga zwróciła się do „dysponenta lotu”, a ten nie podjął decyzji. Kiedyś więc zarzutem były „naciski” na załogę, teraz zaś zarzutem okazał się brak nacisków na załogę ze strony śp. Prezydenta. Za ten jeden skandaliczny wprost fragment swych kłamliwych wypowiedzi, Miller powinien natychmiast stracić swoje stanowisko, ale mam nadzieję, że zdoła jeszcze ponieść odpowiedzialność nie tylko za swoje urągające resztkom przyzwoitości słowa, ale za karygodne czyny.


Jakich pytań zabrakło? Np. takich: 1) czy „komisja” porównywała przypadki lądowania w podobnych warunkach innych samolotów o podobnej konstrukcji? (zwłaszcza „lądowania na plecach”), 2) czy eksperci widzieli rozkład ciał ofiar?, 3) kogo „komisja” przesłuchała? 4) dlaczego w pseudoraporcie nie ma zeznań świadków?, 5) dlaczego nie ma stenogramu CVR jaka-40, 6) dlaczego nie ma stenogramów z COP-u? 7) dlaczego „komisja” zakończyła prace, skoro nie uzyskała dostępu do wielu dokumentów? 8) jakie były polityczne naciski na „komisję”?


Tunel Millera to można by powiedzieć są końskie klapy na oczach, choć ściślej byłoby określić to jako ruskie klapy na oczach. Jak wiadomo ruskie klapy są dużo większe od końskich, bo nakrywają całą głowę.

29 lip 2011

"Raport"

„Raport Millera” niesie ze sobą kilka cennych dla obywatelskiego śledztwa informacji, na które poniżej pragnę zwrócić uwagę. Pominę milczeniem w tej notce kwestie podobieństwa dokumentu sygnowanego przez „komisję Millera” do ruskiego raportu komisji Burdenki 2 (np. kwestie „psychologiczne”), bo będzie jeszcze czas na zestawienie podobieństw tych dokumentów (metodologicznych, terminologicznych, propagandowych, dezinformacyjnych etc.).

Po pierwsze: niemal całkowity brak zdjęć z pobojowiska (jest ich raptem kilka), a przecież przedstawiciele „komisji” mieli być na miejscu przez kilka dni i zapewne było mnóstwo okazji do udokumentowania tego, jak wyglądało „miejsce wypadku”, zwłaszcza jeśli po to, do cholery się na Siewiernyj, przyjechało w imieniu polskiego państwa. Fragmenty wraku są fotografowane głównie w tej części lotniska, gdzie został on złożony i po rusku „zrekonstruowany”. Zdjęcia te zawiera, rzecz jasna „załącznik” do przydługawego „raportu”.

Po drugie: wykorzystanie zdjęć ruskich lotniarzy oraz zdjęć satelitarnych, a więc brak jakichkolwiek zdjęć „oblotowych” znad Siewiernego. Takie zdjęcia można było zlecić komuś chociażby 11 kwietnia 2010 podczas transportowania ciała Prezydenta CASĄ.

Po trzecie: potraktowanie jako „materiału dowodowego” zdjęć z filmów moonwalkera Wiśniewskiego (jest też montaż kadrów z filmiku Fomina), mimo że filmy te budzą wiele wątpliwości i mimo że „komisja Millera” nie przesłuchiwała najważniejszego świadka smoleńskiego, czyli właśnie polskiego montażysty.

Po czwarte: na s. 51 „raportu” podane są trzy godziny połączeń z telefonu satelitarnego: 5:15, 5:46:59, 6:21:40 (UTC). Nie jest zatem uwzględnione telefonowanie śp. I. Tomaszewskiej z godz. 6:19 (UTC) – nie dzwoniła zatem z tego telefonu, lecz z innego. Czy była zatem w tym samym samolocie? http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/telefon-satelitarny-z-tupolewa-zniknal-rozmawiali-_139196.html

Po piąte: jest mowa o „salonkowym cudzie”, tzn. o przerobieniu 6 kwietnia 2010 jednej z salonek na 18-osobową. Ciekawe, czy jest jakaś dokumentacja na ten temat z 6.04.2010, czy też powstała ona ex post „wypadku”. Jeśliby jednak prawdą było, że w 36 splt specjalnie przerabiano naprędce wnętrze rządowego samolotu (zamiast przyszykować samolot dodatkowy), by upchać w nim dowódców (łamiąc prawo i świadomie narażając ich na niebezpieczeństwo), to już dziś powinny się zacząć zatrzymania w tymże pułku osób odpowiedzialnych za takie decyzje.

Po szóste: na s. 51 pojawia się jeszcze jedna ważna informacja o następującej, bardzo lakonicznej, treści: „Uruchomienie radiostacji awaryjno-ratunkowych nie zostało zarejestrowane”, a do niej jest przypis 35: „Zabudowana radiostacja awaryjno-ratownicza była wyłączona z powodu zakłóceń, jakie wprowadzała do pracy innych urządzeń pokładowych. Decyzję taką podjął Szef Sekcji Techniki Lotniczej 36 splt.”

To zaledwie pierwsze kwiatki wychwycone przeze mnie w „raporcie Millera”, czyli glossie do raportu komisji Burdenki 2.

27 lip 2011

"Natowscy oficerowie" konferują

Pamiętamy, jak swego czasu (wtedy jeszcze) płk Parulski błysnął niezwykle inteligentym spostrzeżeniem: „Byliśmy przecież umundurowanymi oficerami NATO i mogliśmy być po prostu deportowani w momencie postawienia stopy na rosyjskim gruncie. A zostaliśmy przyjęci jako partnerzy do rozmów.” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/osobliwosci.html). Było ono inteligentne między innymi dlatego, że wychodziło ono z założenia, iż w sprawie tak wielkiej tragedii, która wydarzyła się na terenie neo-ZSSR, Ruscy mogliby po prostu odmówić polskim prokuratorom wjazdu w celu prowadzenia śledztwa. Z podobnie inteligentnymi spostrzeżeniami mieliśmy do czynienia na wczorajszej konferencji prokuratury wojskowej. Po tej konferencji doszedłem do następującego, zapewne wcale nie oryginalnego wniosku: otóż obraz rysuje się taki, że prokuratura zna już przebieg zdarzeń i zbiera dowody pod kątem wykazania tego przebiegu zdarzeń. Nie działa ona więc tak, że na podstawie materiału dowodowego ustala pewien ciąg faktów, które doprowadziły do tragedii. Jest to niezwykłe doprawdy prowadzenie śledztwa, nie chodzi bowiem o ustalenie: jak było, ale o utrwalenie ruskiej narracji, co do czego nie pozostawił najmniejszych wątpliwości właśnie Parulski, mówiąc o utracie skrzydła, „położeniu plecowym” samolotu oraz „rozciąganiu po ziemi”, jak też o tym, że po urwaniu skrzydła „samolot był skazany na zderzenie z ziemią”. To oczywiście dużo więcej niż na konferencji MAK-u, gdzie Morozowowi wyrwało się w pewnym momencie, że samolot skazany był na zniszczenie nawet, jeśliby nie było uderzenia w brzozę. No ale najwyraźniej tego fragmentu ruskiej narracji Parulski nie wychwycił.



Druga rzecz, która utkwiła mi w pamięci, to mocowanie się płk. Szeląga z wyjaśnieniem, o co chodzi z „uchodem”, którego nie uruchomiono, a nawet jakby uruchomiono, to i tak nie byłoby śladu w rejestratorach, bo musiałby zainicjować działanie cały system, a tego zainicjowania nie zarejestrowały rejestratory, które rejestrują aktywność lub nieaktywność. Dziennikarze dopytywali, dopytywali, a Szeląg starał się tłumaczyć „język maszynowy” oraz to, na czym polega „rejestrowanie przez system jakiejś danej”, „deszyfracja i analiza danych”, „mnemonik”, jak chłop koniom pod górkę: „system nie zarejestrował działania systemu” (dosłownie takie określenie padło, bo robiłem notatki, rzecz jasna) – po czym w końcu wyraźnie poirytowany tym, że nikt nie może zrozumieć tego, co on opowiada („staram się mówić jak najprościej”; „staram się wypowiadać w miarę precyzyjnie”) wyznał, że on sam nie wie, czy inaczej można uruchomić system odejścia aniżeli za pomocą przyciska „uchod”. Czym, co oczywiste, dał do zrozumienia, że wie, o czym mówi. Przy czym w pewnym momencie bezceremonialnie rzucił hasło „Sami sobie odpowiedzcie na to pytanie”. Tyle to wiemy i bez Szeląga, jeśli chodzi o całe śledztwo i pytanie o tragedię smoleńską.



Tymczasem sprawa braku zarejestrowanego śladu po uruchomieniu systemu odejścia nieco kłóci się z ruską narracją, czego nasi dzielni „oficerowie natowscy” nie zdołali dostrzec, a chyba zaświeciła się w tym względzie jakaś żaróweczka kontrolna nawet w nieco ociemniałych umysłach dziennikarzy – ileż to bowiem opowieści było o tym, że piloci „w ostatniej chwili próbowali poderwać maszynę”, o tym, że dowódca statku „pociągnął wolant na siebie”, „słychać było ryk silników...” (wychodziłoby wszak na to, że piloci wcale nie usiłowali wylecieć „z pułapki jaru”, tylko śmiało parli samolotem do przodu w ruskie krzoki i błota). Szeląg zaś, co do tego „ryku silników” stwierdził ni mniej ni więcej (co też jest warte odnotowania), że „nagły wzrost wibracji silników”, jaki został zarejestrowany ponoć o 8.40.58 spowodowany był tym, że „drzewa ścinane przez samolot się dostały” do tychże silników. Niestety w tym miejscu żaden dziennikarz nie wpadł na pomysł, by spytać: w takim razie, gdzie te drzewa w silnikach, panie pułkowniku (na zdjęciach z Siewiernego)? Choć niewykluczone, że te drzewa zostały wyjęte przez badaczy i przebadane, dlatego ich nie widzieliśmy na fotografiach. Ta wersja z drzewami jest o tyle nowatorska, że kiedyś była jeszcze taka legenda, że jeden z silników przeleciał przez całą kabinę pasażerską, mieląc fotele, stąd też tych foteli za bardzo nie było widać na pobojowisku. Niestety nie pokazywano potem wyjmowania foteli z silników.



Dowiedzieliśmy się już na konferencji paru innych pożytecznych rzeczy: 1) że szykuje się powołanie zespołu biegłych psychologów. To akurat zrozumiałe, skoro nieoceniona psychiatria radziecka miała tyle do powiedzenia w raporcie komisji Burdenki 2, to przecież i polscy specjaliści muszą wrzucić parę groszy w kwestii nacisków, winy oraz konformizmu pilotów. 2) Dane zgrywano w Moskwie, co dodatkowo wzmacnia ich wiarygodność („procesowy zrzut danych”). 3) Prokuratura wykonuje „benedyktyńską pracę” (określenie Parulskiego), a śledztwo przebiega „rytmicznie” (no, można by dodać, że rytm wybija ruski dobosz, ale to chyba zrozumiałe w ramach partnerstwa warszawsko-moskiewskiego). 4) Przekazywanie „wybranych parametrów”, zdaniem Szeląga, „nie przybliża nas do prawdy”, bo powstają „alternatywne wersje zdarzeń” (domyślamy się, że wersję bezalternatywną opracowuje prokuratura).



Podsumowując, prokuratura po kilkunastu miesiącach „benedyktyńskiej”, „rytmicznej” pracy, jest na tym samym etapie „śledztwa”, co 10 Kwietnia. Cieszmy się jednak, że na tym ona nie poprzestaje, a więc, że zapewne śledztwo będzie trwało następne kilkanaście miesięcy, a może lat? Wszystko przed nami.

26 lip 2011

Squawk tupolewa

Transponder (urządzenie odzewowe – ang. skrót od „transmitter-responder”) zainstalowany na pokładzie samolotu wykorzystuje częstotliwość radarową i wysyła zakodowane sygnały będące „odpowiedziami” na sygnały „pytające” („zapytania”) wysyłane z lotniska przez radar SSR (Secondary Surveillance Radar), czyli tzw. radar wtórny. Te sygnały płynące z transpondera pozwalają kontrolerom identyfikować samolot jako „swój” lub „obcy”, jak też ustalać jego wysokość. Do identyfikacji samolotów cywilnych i wojskowych używa się tzw. kodu squawk przydzielanego przez służbę kontroli lotów (tryb 3/A – z angielska „mode 3/A”) – jest to składający się z 4 cyfr (w systemie ósemkowym, tj. ustawia się cyfry od 0 do 7) numer identyfikacyjny danego samolotu. W „stenogramach” CVR skonstruowanych przez moskiewskich specjalistów, a przekazanych Polsce jako dokumenty rozmów polskiej załogi „prezydenckiego tupolewa” oraz tego, co ona słyszała w ostatnich około 39 minutach lotu, słowo „squawk” się pojawia we „wczesnych” fragmentach „stenogramów” podczas dwóch rozmów mińskiej wieży z załogami innych (aniżeli polski) samolotów:



10:14:30 D (niezr.) Dzień dobry, podchodzimy do punktu RATIN na 9600 metrów, na zmianę 3-4-0.

10:14:37 D Białoruski 19-58, kurs ASKIL.

10:14:40 1958 Kurs ASKIL, nabieramy 9100, Bieławija 19-58.

10:14:44 D Aerofłot 258, Mińsk-Kontrola, dzień dobry, kontrola wtórna, kod transpondera 51-31, na zmianę jaki poziom usłyszałeś?

10:14:50 285 3-4-0, jeśli można, Aerofłot 2-8-5.

(...)

10:14:54 D Aerofłot 285-ty, nabierajcie 340.

10:14:58 285 Nabieram poziom 3-4-0, SQUAWK 51-31 ustawiliśmy, gotowi na LETKI.



**



10:18:51 331 Mińsk-Kontrola, dzień dobry, Transaero 331, podchodzę do punktu ASKIL, poziom 9600, na zmianę 3.2.0.

(...)

10:19:02 D Dzień dobry, Transaero 3-3-1, Mińsk-Kontrola, kontrola wtórna, zezwalam kurs na LETKI, nabierajcie poziom 3-2-0, SQUAWK 51-35.

(...)

10:19:15 331 Kurs LETKI, nabieram 3-2-0, SQUAWK 51-35, Transaero 331.



natomiast nie pojawia się ani razu w rozmowach polskiej załogi z żadną z „wież” czy „kontroli” - ani w dialogach z Mińskiem, ani z Moskwą, ani z „Korsażem”. (Za pomocą ustawień transpondera można też, nawiasem mówiąc, sygnalizować porwanie (uprowadzenie) – kod 7500, utratę łączności – 7600 i nagłe wypadki, awarie etc. (7700)).



Z kolei w rozmowach ruskich szympansów na wieży w Smoleńsku nie pada ani razu mowa o kodzie identyfikacji tupolewa. Co więcej, ruskie szympansy parokrotnie zdradzają swoją niewiedzę, co do godziny wylotu „pierwszego Polaka”, jak i trasy, którą leci „prezydencki tupolew”:



09:40:19 Крaсн. Но видимость 500 метров, даже меньше, вот сейчас даже 300 метров вот зашел вообще. Ждать смысла нет, нет, 20 тонн у него остаток, он уйдет на Тверь, Сыпко я позвонил, у меня вопрос какой, по моим данным, Тушка вылетает польская, они к нам не запрашиваются, они летят сами, надо им передать, что нас закрыло./Ale widoczność 500 metrów, nawet mniej, o teraz nawet 300 metrów, o zaszła w ogóle. Nie ma sensu czekać, 20 ton mu zostaje, odejdzie do Tweru, dzwoniłem do Sypki, mam takie pytanie, wg moich danych polska Tutka wylatuje, oni się nam nie meldują, sami lecą, trzeba im przekazać, że nas zasłoniło.

(…)

09:41:00 ОД Я понял, большая Тушка вылетела в 27 минут к вам./Zrozumiałem, duża Tutka wyleciała do was o 27.

09:41:04 Красн. Тушка вышла в 27?/Tutka wyszła o 27?

* *

10:13:56 РП Где-то по трассе идет, я же сказать-то не могу, или в минской зоне, или уже в московскую вошел./ Gdzieś po trasie idzie, nie umiem powiedzieć, albo w strefie mińskiej, albo już wszedł w moskiewską.

10:14;01 РП (нрзб) когда он должен (нрзб)./ (niezr.) kiedy on powinien (niezr.)

10:14:03 РП Ну, по идее должен, он уже должен подходить по идее, вот я вижу, борт идет, но этот на Москву сразу идет, он, не он, трудно сказать./No, w zasadzie powinien, on już powinien w zasadzie podchodzić, o, widzę, samolot idzie, ale ten do Moskwy od razu idzie, on czy nie on, trudno określić.



Pojawiają się jednak fragmenty, jakby jakaś łączność „Korsaża” z jakimś „głównym Polakiem” w międzyczasie była:



09:53:54 РП Плюснин. Нужно как-то выйти на главный центр, чтобы основному поляку, Алло /Plusnin. Trzeba jakoś skontaktować się z głównym centrum, żeby głównemu Polakowi, halo.

09:54:00,5 ОД Да, да, да./Tak, tak, tak.

09:54:01 РП Передал, во-первых, чтобы он был, чтобы он был готов к уходу на запасной, вот, уточнить, сколько у него топлива, потому что он по-русски-то практически не понимает ничего./Przekazałem, po pierwsze, żeby on był, żeby on był gotów do odejścia na zapasowe, sprawdzić, ile ma paliwa, bo on po rosyjsku praktycznie nic nie rozumie.



Chwilę później (po tej rozmowie wyżej) jest też w „stenogramach z wieży” ten przedziwny monolog Plusnina, jakby kogoś odesłano na zapasowe lotnisko:



10:00:15 РП В тот раз он в Минск уходил на запасной, да? Сейчас бы в Минске сел (нрзб)./ Tamtym razem on do Mińska odchodził na zapasowe, tak? Teraz by w Mińsku wylądował (niezr.)

10:02:53 РП Хорошо, что я его на привод не стал выводить, а ко второму сразу на посадку./Dobrze, że go na radiolatarnię nie zacząłem naprowadzać, a na drugi od razu do lądowania.

10:03:02 РП Вот с ним-то мы на***сь, пока его на запасной отправили (смех) как бы по-нормальному./No, z nim się najeb…śmy, zanim go na zapasowe nie odesłaliśmy (śmiech) jakby normalnie.

10:03:23 РП Уже снижались и(нрзб)./ Już się zniżali i (niezr.)...





Co jednak najciekawsze – ruskie szympansy mają problemy z rozpoznaniem polskiego samolotu (jak cytowałem wyżej):



10:14:03 РП Ну, по идее должен, он уже должен подходить по идее, вот я вижу, борт идет, но этот на Москву сразу идет, он, не он, трудно сказать./No, w zasadzie powinien, on już powinien w zasadzie podchodzić, o, widzę, samolot idzie, ale ten do Moskwy od razu idzie, on czy nie on, trudno określić.



I minutę później:



10:15:30 РП Николай Евгеньевич, я вам скажу – не выходил, вот наблюдаю борт, идет по трассе, он – не он, сказать не могу, идет на Москву…/Mikołaju Jewgieniewiczu, powiem wam, nie łączył się, ot, śledzę samolot, idzie po trasie, on – nie on, trudno powiedzieć, idzie do Moskwy



Plusnin zresztą chwilę potem wprost pyta jedną z enigmatycznych instytucji biorących udział w całym tym ruskim cyrku tj. „dyżur operacyjny lotniska”:



10:17:36 РП Мне нужна информация, куда он пошел, или на Внуково, или куда вот, где он сейчас?/Potrzebuję informacji, dokąd on odleciał, czy na Wnukowo, czy gdzie, gdzie on jest teraz?



Czy w takim razie transponder tupolewa nie działał, czy też było jego funkcjonowanie skutecznie eliminowane przez jakiś samolot służący do ataku elektronicznego? Przecież na ruskim radarze powinna być czytelna informacja zwrotna właśnie dzięki działaniu transpondera tupolewa. Czy widziała go tylko wieża na smoleńskim „Jużnym” (najprawdopodobniej działająca pod kryptonimem „Buriełom”)?



10:21:06 Д Павел Валерьевич, звонил «Южный»./ Pawle Waleriewiczu, dzwonił „Jużnyj”.

10:21:08 РП Ну./No i?

10:21:09 Д PLF 101-я рассчитывает в двадцать первую минуту на схему ориентир./PLF 101-szy oczekuje w 21 minucie kierunku na punkt orientacyjny.



Dwie minuty później, w trakcie rozmowy Plusnina z „Jużnym”, „prezydencki tupolew” ma się – wedle stenogramów jednych i drugich – zgłaszać zaskoczonej „załodze” szympansów.



10:23:30 101 «Корсаж» - Старт, польский 101, добрый день./”Korsaż”-Start, polski 101, dzień dobry.



Ale też polski samolot ponadto o godz. 10.28 znika z ruskich radarów „Korsaża” - niedługo po pierwszej wymianie komunikatów:



10:28:27 РП Не проспать его, с курсом 40 идет, чтобы довернуть его вовремя. Где он б...дь сейчас?/Nie przegapić go, na kursie 40 idzie, żeby go zdążyć doprowadzić. Gdzie on k...a teraz jest?

10:29:05 РП Так, так, так, так, так, б...дь, где-то ж должен быть./Tak, tak, tak, tak, k...a, gdzieś powinien być.

10:29:10 А (нрзб)./ (niezr.)

10:29:20 РП Ё... твою мать, все один к одному, б...дь./ K..a twoja mać, wszyscy jeden w drugiego, k..a…

10:29:30 А (нрзб)./ (niezr.)

10:29:31 РП Ответил./Odpowiedział.

10:29:33 А (нрзб)./ (niezr.)

10:29:34 РП Где-то 25 километров, пока не наблюдаю./Gdzieś 25 kilometrów, na razie nie obserwuję.

10:29:38 А Ты его не видишь, да? / Ty go nie widzisz, tak?

10:29:39 РП Да, пропал./Tak, przepadł.

10:29:41 А (нрзб)./ (niezr.)

10:29:43 А Да./Tak.





Jakimi radarami dysponowało lotnisko Siewiernyj? Na ich temat akurat jest najmniej w raporcie komisji Burdenki 2, pomijając jakieś psychodeliczne zdjęcia ze s. 124. Może w polskim raporcie będzie więcej.







http://www.heading.pansa.pl/radar.htm

http://www.heading.pansa.pl/radar5.htm

http://www.radartutorial.eu/13.ssr/sr17.en.html

http://www.radartutorial.eu/13.ssr/sr04.en.html

http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/stenogramy-z-wiezy.html

http://www.aviation.home.pl/old/procedury/sq.html

http://pl-vacc.org/pol3/atc_school/kb.php?p=2

http://MMariola.salon24.pl/250588,plf121-i-plf122-to-loty-techniczne#comment_3584100

http://mmariola.salon24.pl/293678,sasin-i-bahr-godz-09-45-28-w-katyniu

http://www.heading.pansa.pl/stripz.htm

http://www.pasazer.com/radar.php



Zdjęcia goleni zmontowane przez 154

25 lip 2011

Koła pod kokpitem








http://www.skrzydla.org/showphoto.php?photo_id=47133

Dzięki za linka komentatorowi Bravko. Te dwa zdjęcia u góry znalezione przez seaclusion (thx!).

Niewinni

Wiemy, że dosłownie na dniach ma się ukazać zapowiadany dalibóg na luty 2011, jak przypomniała niedawno Julia Jaskólska (http://juliamariajaskolska.salon24.pl/326454,wiarygodni-jak-mak), raport sporządzony przez „komisję Millera”, a tu najważniejsza ze spraw, tj. kwestia ciał ofiar, okazuje się tak skandalicznie zaniedbana, że nawet wyjątkowo opieszała w całej „smoleńskiej analizie” prokuratura, zaczyna powoli gromadzić materiały do przebadania ruskiej „dokumentacji”, bo się okazuje, że trumny z ciałami ofiar ważyły po ok. 80 kilogramów, a braki lub nieścisłości w tejże „dokumentacji” budzą jednak poważne wątpliwości (http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110725&typ=po&id=po02.txt). Kilkanaście miesięcy przeleciało jak z bicza strzelił, bo nie można („nie lzja”) było wcześniej zająć się tymi sprawami, no ale lepiej późno niż wcale.



Oczywiście wspomnianemu raportowi nie wróży to za dobrze, chociaż kto wie? Może właśnie „w porę”, tj. przed ogłoszeniem wyników zleconej przez prokuraturę analizy dokumentacji medyczno-sekcyjnej, pokazany światu raport (jakkolwiek będzie on wyglądał), pozwoli specjalistom z owej komisji powiedzieć, że „nie wiedzieli”, iż „aż takie” są nieprawidłowości dotyczące ciał ofiar? Wtedy nawet będzie można powiedzieć śmiało, że „gdybyśmy wcześniej zostali o wszystkim uprzedzeni, to zawarlibyśmy to w raporcie” albo że raport byłby inny. Podobną strategię będzie można przyjąć także w wielu innych kwestiach. Jeśli się kiedyś okaże, że sfałszowano (tudzież poświadczono nieprawdę) nie tylko w przypadku dokumentacji dot. ciał ofiar, ale i zapisów rozmów w kokpicie, przebiegu lotu delegacji, ilości samolotów startujących z Okęcia, wraku etc., to zawsze przecież można bezradnie rozłożyć ręce i wyznać: na tym pracowaliśmy, co nam „udostępniła strona rosyjska”. Po prostu wina nie leży bynajmniej po stronie „komisji Millera”, nawet jeśli w swych uwagach do ruskiego "raportu" pisała dawno dawno temu, że należałoby wszcząć nowe śledztwo ws. tragedii i jeśli w swoim raporcie będzie finalizowała akurat „stare śledztwo”, a o nowym, jak znam życie, żadnej wzmianki już nie będzie.



Wina nie będzie więc leżała po stronie „komisji Millera”, bo - tak jak kiedyś Wałek tłumaczył powstanie OKP i „rządu Mazowieckiego” słynnym hasłem „tylko takie konie miałem” - komisja ta miała tylko takie ruskie konie, jakie poganiali kowboje z MAK-u, a ściślej, czekiści z Kremla. Wina nie będzie po stronie „komisji Millera”, nawet jeśli drobiazgowo nie przesłuchała najważniejszego świadka z 10 Kwietnia (cokolwiek on tam widział i gdziekolwiek był) moonwalkera S. Wiśniewskiego. Trzeba bowiem przyznać, że komisja ta nie tylko nie dysponowała wrakiem „prezydenckiego tupolewa”, nie dokonała szczegółowych badań terenu, nie miała możliwości sprawdzenia pracy radarów w wieży ruskich szympansów, nie brała udziału w oblocie nad pobojowiskiem, nie miała oryginału CVR, nie uzyskała dokumentacji dotyczącej przestrzeni powietrznej nad Smoleńskiem 10-go itd. itd. (ciężko właściwie ustalić: CO w ogóle miała i ma ta komisja poza słynnym zdjęciem z monitoringu na Okęciu) – co już właściwie w zupełności wystarczyłoby do podważenia sensowności formułowania raportu po pracy „na takich materiałach” - ale przecież nawet nie poświęciła wielkiej uwagi świadkom z 10-go Kwietnia! Myślę, że taki tryb pracy powinien zostać bardzo szczegółowo zbadany i omówiony przez (powołaną w przyszłym sejmie, o ile ten nie będzie ruskim sejmem niemym) komisję śledczą – gdyż jest to chyba przypadek bez precedensu. Wprawdzie nasuwają mi się skojarzenia z pracami różnych instytucji „badawczo-analitycznych” w czasach komunistycznych, no ale przecież żadnego komunizmu już nie ma, prawda? Więc jakimż to sposobem „po komunistycznemu” miałyby działać jeszcze nowoczesne, XXI-wieczne komisje w naszym kraju? Dowodów nie potrzeba, świadków nie potrzeba... To co właściwie jest potrzebne do badania największej tragedii powojennej Polski? Chyba tylko prikaz z góry i odpowiednia ruska bumaga z „wytycznymi metodologicznymi”. No i to właśnie jakoś tak trąci sprawdzoną, dawną (a okazuje się, że jak najbardziej aktualną) rutyną.



Niewinność „komisji Millera” będzie więc „uzasadniana” i „usprawiedliwiana” za pomocą takiej argumentacji, że „więcej zrobić się nie dało” i „tylko takie materiały były do dyspozycji”. Ale będzie to nieprawda, będzie to wyłgiwanie się od odpowiedzialności. Nawet bowiem, jeśli w ostateczności pojawi się (choćby pokątnie) hasło o politycznych naciskach na to „badanie” - to nie będzie to żadne wyjaśnienie tego, jak to się stało, że ci wszyscy ludzie z tej komisji w ogóle pracowali w takim a nie innym trybie. Sprawa wszak jest „arcyboleśnie prosta”: jeśli nie było materiałów dowodowych, jeśli nie sposób było „doprosić się” o odpowiednią dokumentację, jeśli wreszcie stwierdzono poważne braki i nieprawidłowości – to należało zwyczajnie przerwać jakiekolwiek prace badawcze i ogłosić to publicznie. W ten prosty sposób wykazano by nie tylko złą wolę Kremla i uniemożliwianie badań przyczyn i przebiegu tragedii, ale i zachowano by twarz, uczciwość zawodową i poczucie przyzwoitości. Byłyby zarazem podstawy do zainteresowania międzynarodowych instytucji sprawą tragedii polskiej delegacji. Tak się jednak wcale nie stało. „Komisja Millera” pracowała dokładnie na tych „materiałach”, które przekazywała Moskwa, a w związku z tym wzięła na siebie udział w tych matactwach, które po przeprowadzonym zamachu na polską delegację, popełnili Ruscy.



Byłbym jednak niesprawiedliwy, gdybym wskazywał tylko na „komisję Millera” jako jedynego winowajcę obecnego stanu rzeczy. Nieocenione wsparcie przecież uzyskała ona ze strony promoskiewskich mediów, które pilnowały, by bałagan prawny, mataczenia i ewidentne kłamstwa, nie stanowiły powodu do wszczynania rabanu wokół całego „badania”. To właśnie dziennikarze uznawali, że „Polacy nic się nie stało”, jeśli nie ma w kraju dowodów niezbędnych do badania, najważniejszych dokumentów czy nawet podstawowych medyczno-sądowych analiz ciał ofiar przeprowadzonych przez naszych specjalistów, to przecież ci dziennikarze pisali książki wspierające ruską narrację czy na klęczkach przeprowadzali wywiady z czołowymi dezinformatorami smoleńskimi jak Amielin, Koromczik, Safonienko i paru innych. To więc dziennikarze wytworzyli nie tylko wokół samej tragedii, ale i wokół prac „komisji Millera” atmosferę pełnej aprobaty dla ruskiego kłamstwa.



Jak to możliwe? Jak możliwe, że kłamstwo staje się w polskich mediach chlebem powszednim? Jak to możliwe, że dla kłamstwa tak są wyrozumiali ludzie mediów w naszym kraju? Ano tak to możliwe, że nikt tak nie zrozumie kłamcy jak inny kłamca. Polscy dziennikarze mają więc całkowite zrozumienie dla kłamstwa smoleńskiego, bo sami już od wielu lat nie wiedzą, na czym może polegać prawda i o co z tą całą prawdą chodzi. I jest im z tym dobrze. Przecież nikt im nie płaci za dochodzenie prawdy. Nie na dochodzeniu prawdy robi się wielkie kariery i wielkie pieniądze w neokomunizmie.

21 lip 2011

"Z tego, co później widziałem..."

czyli jeszcze jedna wersja zdarzeń autorstwa moonwalkera.



Oto wywiad z 10 Kwietnia (nie wiem, czy publikowany gdziekolwiek; nie wiem nawet, kto zadaje S. Wiśniewskiemu pytania, lecz to bez znaczenia), przeprowadzony zapewne już po wywiadzie telewizyjnym, a więc gdzieś po godz. 10.30 pol. czasu (wywiad w telewizji wyemitowano o 10.47). Materiał w postaci pliku audio uzyskałem mailem (dziękuję tej osobie, która mi go przysłała), natomiast do odsłuchania jest on tu: http://chomikuj.pl/yurigagarin, gdzie go umieściłem w folderze „10-04” (plik mp3 opisany został oryginalnie jako „pierwszy wywiad z 10-04”, ale mnie się wydaje, że jest on drugi z tego dnia ze względu na pojawiającą się frazę: „Tak jak mnie pytali tutaj niedawno”). W tym wywiadzie pojawiają się znowu INNE elementy aniżeli w pozostałych wypowiedziach SW (zaznaczam je pogrubieniami), a ponieważ jest to rozmowa „na gorąco”, warto do niej wrócić:



0'10'' SW: „ja po prostu lubię dokumentować pewne rzeczy. Mam taki dziwny zwyczaj. Pamiętając, że tutaj schodzą samoloty te rządowe, mówię, to zrobię sobie zdjęcia jako dokumentację. Akurat stałem w oknie, mówię: „Kurde, taka mgła, to ja nic nie zrobię, d... blada”. Nagle widzę... znaczy przede wszystkim głównie słyszę, bo to mgła jako gęste środowisko lepiej dźwięk roznosi... Słyszę taki typowy dźwięk lądującego samolotu, ale jak na mój gust, to jest coś nie tak.

Mhm.”

SW: „On jakoś dziwnie leci. Nagle patrzę, widzę przez...”

Ale co, był za głośny?

SW: „...Ja nie jestem fachowcem. Dla mnie to był dziwny dźwięk. Ja pracuję słuchem jako montażysta (…). Widzę, że ten samolot idzie bardzo pod dużym kątem. Z tego, co później widziałem, musiał zahaczyć tutaj o glebę albo o drzewa, że szedł po prostu za nisko. Zarył skrzydłem o grunt, tak jak później widziałem, bo jak pobiegłem z kamerą na miejsce tego zdarzenia. Myślałem, że to jakiś mały samolot, bo ten wybuch, który tam był, jak na samolot tej wielkości, dla mnie był trochę mały. Jakiś mały samolocik, no to za kamerę, biegiem, zobaczymy, co z ciekawości to jest. Wpadam w te krzaki, patrzę, polski samolot. No to już mi się zrobiło miękko (…)... Bo tam informacja jest, że to tam jest osiemdziesiąt ileś osób zginęło... Przyznam się szczerze, ja nie widziałem żadnych zwłok, żadnych szczątków ludzkich...

A jak pan dobiegł na miejsce, to ten samolot płonął? W jakim on był stanie?”

SW: „Nieee, to była jedna... jedna masa gruzu. Płonęły tylko drzewa. Przyjechali szybko strażacy takim tym... Tam się paliły tylko krzaki. Nie było jakiegoś typowego wielkiego pożaru, żeby...”

A on miał skrzydła razem przy kokpicie, czy oderwane?”

SW: „Nie. Wszystko była miazga. (…) Z lewej strony był ogon, zaraz obok ogona leżała czarna skrzynka. Wiem, jak to wygląda, bo trochę tych katastrof w życiu, niestety, montowałem...” (niezły skrót myślowy, swoją drogą – przyp. F.Y.M.)

Czarna skrzynka samolotu?”

SW: „Czarna skrzynka samolotu. Dlatego ja dokumentowałem, bo to tak mnie ktoś kiedyś nauczył. Obok tego leżał w poprzek silnik, później cały kadłub... Gdzieee, to nic nie widać, tam jest, z tamtej strony przekaz... (ostatnia wypowiedź kierowana do kogoś innego – przyp. F.Y.M.)

No dobrze, dobrze, niech pan...”

SW: „I było widać kadłub, rozwalone rzeczy, szczątki i tak dalej, tak, miałem kawałek polskiego samolotu, żeby... jako dowód, ale niestety mi go zabrali. No po prostu zrewidowali mnie, czy nie mam broni, czy nie jestem szpionem i tak dalej.

A służby były szybko?”

SW: „No...

A jakieś ciała?” (to chyba głos J. Olechowskiego z charakterystyczną wadą wymowy – przyp. F.Y.M.)

SW: „Nie, żadnych ciał nie widziałem. Tak jak mnie pytali tutaj niedawno, nie było takiego czegoś, bo ja widziałem akurat katastrofę tą..., co była w Lesie Kabackim.”

Mhm.”

SW: „Tam oczywiście był inny samolot. Ale to nie było na przykład takiego specyficznego zapachu takiej katastrofy, gdzie jest... masa, masa ciał. No to jak tam było osiemdziesiąt dziewięć osób - albo to się rozpadło w drugą stronę, do której nie zdążyłem dojść, bo wpadłem w błoto po kolana... Ale ja nie widziałem, żeby tam było... zwłoki. Myślałem, że to jakiś samolot, który...

A cały kadłub samolotu był w jednym kawałku, czy też był...?”

SW: „Nie. Kadłub był mniej więcej w jednej trzeciej (warto w tym miejscu przypomnieć sobie tę końcową scenę z przesłuchania przed Zespołem smoleńskim, kiedy SW udaje, że nie widzi kadłuba na pobojowisku – przyp. F.Y.M.), bo ogon był z jednej strony, silnik leżał zupełnie gdzie indziej. Mniej więcej z prawej strony, idąc na wprost, leżały kadłub, później kawałek dalej, jakby koło straży pożarnej, bo tam to błąd, (może trzeba – przyp. F.Y.M.) było od drugiej strony podejść. Były szczątki, ale to, żebym widział np. masę ludzkich ciał... No nic takiego nie widziałem. Może po prostu nie zdążyłem dojść, ale wydawało mi się, że to bardziej samolot pusty leciał.”

Ale co, kadłub cały, znaczy tył, ogon, statecznik...?” (znowu chyba Olechowski – przyp. F.Y.M.)

SW: „Ogon był w ogóle z boku (…). Ten samolot był w ogóle cały zniszczony, rozbity, jak to przy takiej sytuacji, ale żeby to... Ja mówię, odnoszę wrażenie, że... jak dostałem informację, że Info podaje, że to prezydencki samolot, ileś, osiemdziesiąt osiem zginęło – ja nie widziałem tyle osób. Nie mówię, że nie... że to nieprawda, nie potwierdzam tego – po prostu nie widziałem. Nie mogę powiedzieć o czymś, czego nie mogę... Mam na zdjęciach różne też fragmenty, szczątki itd. itd., ale żadnych szczątków ludzkich... Oczywiście tam fotele, nie fotele, rzeczy jakieś osobiste, jakieś tam, powiedzmy, zeszyty, kartki, ubrania, to tak.”

To było porozrzucane?”

SW: „Porozrzucane. Ale żadnych ciał nie widziałem.”

A samolot był już poza pasem, czy...?”

SW: „Nie, on w ogóle do pasa nie doszedł. Tu jest zaraz podejście. Pas jest kawałek dalej. On wpadł w drzewa.”

Czyli przed pasem się rozbił?”

SW: „Mówiąc tako tego... Tu mamy ulicę tą zaraz tą główną. Tu jest kawałek drzew, to jest dosłownie 100, 150 m i zaraz po tym, po tym bajorze, już jest wrak samolotu cały rozbity.”

Podobno on krążył nad...”

SW: Bardzo możliwe. Bo ja słyszałem, że... myślałem, że to inny samolot , bo to trudno powiedzieć, ja nie jestem znawca nie potrafię określić po dźwięku silnika, czy to jest ten sam, czy inny (skoro nie potrafi określić, to skąd miałby wiedzieć, że to tupolew? - przyp. F.Y.M.). Bo tu jak podejście do lotniska i mógł, tak jak przedtem leciała CASA, później leciał polski samolot, później rosyjski, jak przylatywał premier Tusk, to myślałem to też taka: dwie-trzy ekipy jadą: najpierw dziennikarze, później ktoś tam i ktoś tam. Dlatego akurat stałem w oknie z ciekawości: który po kolei? Jak to typowy montażysta. No i widzę, samolot leci, huk, ogień. No to, co robię? Biorę za kamerę i biegnę.”



Na co warto zwrócić uwagę? Po pierwsze, na to, że SW mówi tu o lądującym samolocie, a nie o skrzydle pionowym w dół. Po drugie, że to, co się działo podczas tego „lądowania” SW odtworzył na zasadzie „wnioskowania po skutkach”, czyli pobiegł na pobojowisko i tam zobaczył ślady, z których „wywnioskował”, jaki był „przebieg zdarzeń” („z tego, co później widziałem”... - a więc nie widział tego w trakcie zachodzenia). Po trzecie, jest tym razem mowa o fotelach i jakichś rzeczach osobistych ofiar, aczkolwiek SW podkreśla, iż nie widział ciał. Po czwarte jest mowa o CAS-ie, która lądowała na Siewiernym 7-go kwietnia oraz o „trzech ekipach” lecących w delegacji prezydenckiej. Po piąte zaś, co jest chyba najciekawsze, pomijając tę intrygującą wzmiankę o bajorze, które niby było w okolicach lotniska, to SW mówi „bardzo możliwe” w odniesieniu do krążenia tupolewa nad Siewiernym. To jak, NIE słyszał tego? Nie zaobserwował tego swym czujnym uchem dokumentalisty i „montażysty katastrof”?

Dźwig







Oryginał zdjęcia tu:

http://vkononov.ru/wp-content/uploads/2010/12/DSC_0722.jpg

Na detal zwrócił uwagę komentator Rom

http://freeyourmind.salon24.pl/325546,po-odlocie-ila-76#comment_4701786. Dzięki.

20 lip 2011

Piła na Siewiernym



miks zrobiony znowu przez 154.

19 lip 2011

Zapomniany świadek z "Misji specjalnej" (IX-2010)



Oleg Starostienkow: „Ja zwyczajnie wyszedłem odpocząć, pooddychać świeżym powietrzem. Reperowałem samochód. Po prostu chciałem odpocząć, rozumiecie?”

Misja Specjalna: „I co pan wtedy zrobił?”

O: „No nic. Wróciłem do warsztatu i powiedziałem chłopakom, że rozbił się samolot. NIE WIEDZIELIŚMY, rzecz jasna, CO TO ZA SAMOLOT, że to Prezydent Polski.” (podkr. F.Y.M.)

MS: „Poszedł pan zobaczyć, co się stało?”

O: „Nie, nie poszedłem zobaczyć, miałem dużo pracy.”

MS: „Dlaczego pan nie poszedł?”

(Starostienko się śmieje w odpowiedzi)

MS: „To przecież niezwykłe wydarzenie zobaczyć spadający samolot.”

O (śmiejąc się): „Ja już widziałem nie takie rzeczy.”

(poza warsztatem mówi do dziennikarek) „Ja nie katastrofę widziałem, ale inne rzeczy. No ale nie będziemy mówić o smutnych sprawach (śmieje się szeroko).”

MS: „A co pan widział?”

O: „Służyłem w armii.”

MS: „A gdzie? W Afganistanie? W Czeczenii?”

O: „Nie, nie Czeczenia. Co za różnica. Daleko. Kończcie, dziewczynki, nie chcę o tym mówić.”



od 3'48''

http://www.tvp.pl/publicystyka/magazyny-reporterskie/misja-specjalna/wideo/21092010/2632524



Po odlocie iła-76

















1. Relacja TVP:

dziennikarze z Polski, którzy godzinę wcześniej wylądowali na tym samym lotnisku, POTWIERDZAJĄ, ŻE KWADRANS PRZED KATASTROFĄ TUPOLEWA DO LĄDOWANIA WE MGLE SZYKOWAŁ SIĘ WOJSKOWY IŁ (podkr. F.Y.M.).



I tu niby na potwierdzenie tego wypowiedź Świądra z RMF-u:



Usłyszeliśmy huk, widzieliśmy bardzo duży transportowy samolot rosyjski. I on najwyraźniej zrezygnował z lądowania, bo był BARDZO WYSOKO nad pasem – przeleciał nad pasem, poleciał dalej i wzniósł się w górę.”



http://www.youtube.com/watch?v=oWUCO6xLPG0&feature=related 2'49''



2. Relacja TVN:

Andrzej Zaucha (polszczyzna na piątkę):

Fatalne warunki atmosferyczne, być może błąd pilota, a być może awaria urządzeń pokładowych – to wszystko bardzo wstępne, nieoficjalne hipotezy tego, co mogło się tutaj stać. Oficjalnie wypowiedział się tylko szef sztabu rosyjskich wojsk lotniczych, który stwierdził, że polski pilot nie wypełnił poleceń wieży kontroli lotów. W bardzo gęstej mgle polski pilot postanowił wykonać ryzykowny manewr i rozpoczął gwałtowne obniżanie pułapu lotu, rozpoczął GWAŁTOWNE PODCHODZENIE DO LĄDOWANIA (podkr. F.Y.M.) i w czasie tego podchodzenia do lądowania wieża, szef kontroli lotów, powiedział mu, żeby natychmiast wyprowadził samolot na ró... na poziomy lot albo rozpoczął wznoszenie, dlatego, że jego manewr jest zbyt niebezpieczny, ale polski pilot jakby nie słyszał, kontynuował obniżanie się i w końcu uderzył w wierzchołki drzew. Przy tym trzeba powiedzieć, że w takich samych warunkach, w bardzo gęstej mgle CHWILĘ WCZEŚNIEJ (podkr. F.Y.M.) zrezygnował z lądowania na tym lotnisku rosyjski potężny samolot wojskowy transportowy, a jego pilot znał to lotnisko świetnie.”



http://www.youtube.com/watch?v=oWUCO6xLPG0&feature=related 3'54''



3. „Warunki były tak trudne, że po drugim podejściu do lądowania z wykonania manewru zrezygnowała załoga rosyjskiego iła-76. Było to 15 minut przed rozbiciem prezydenckiej maszyny” (na podstawie zeznań stewardessy jaka-40 Agnieszki Żulińskiej; K. Galimski i P. Nisztor „Kto naprawdę ich zabił?”, s. 50.)



4. „Źródła wojskowe podają, że 15 min przed lądowaniem prezydenta służby kontrolne lotniska zabroniły lądować wojskowemu Ił-76 ze względu na złe warunki. On odleciał gdzie indziej. Pilotowi prezydenta też nie zalecali lądować. Ale zabronić mu nie mogli.”

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,105741,7752603,Odradzano_ladowanie.html#ixzz1HzIOY6kf



5. TVP Marek Pyza (godz. 12.02 polskiego czasu – relacja na żywo ze Smoleńska): „Przede wszystkim zdjęcia, które państwo przed chwilą widzieli, to pierwsze zdjęcia z tego miejsca zrobione przez jednego z pracowników TVP. Wszystko się wydarzyło około dwustu metrów stąd za tymi drzewami. Tam runął samolot z prezydentem L. Kaczyńskim na pokładzie około godziny dziesiątej (! - przyp. F.Y.M.). Dwieście metrów w drugą stronę jest hotel, w którym zakwaterowana jest ekipa telewizji. Myśmy jeszcze ten samolot słyszeli, gdy on podchodził do lądowania. Słyszeliśmy wielokrotnie szum silników niemal nad naszymi głowami, ale nic wtedy jeszcze nie budziło niepokoju. To, co my słyszeliśmy później potwierdzali świadkowie, których spotkaliśmy tutaj. Mówią, że czterokrotnie samolot podchodził do lądowania tuż nad drzewami przechylił się pod kątem mniej więcej 45 stopni, lewym skrzydłem zahaczył o wierzchołki drzew, ściął drzewa, wbił się właśnie lewym skrzydłem w ziemię, wyrył spory rów i tam zapłonął.”

http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/zakrzywienie-czasoprzestrzeni.html



6. Polsat News - Paweł Wudarczyk: „Na miejscu informacje są, no, żadne. My jesteśmy w środku lasu. To, co zadzwonił ktoś do tej delegacji, bo tu już jest delegacja, która przyleciała drugim (…) samolotem (…). Ci ludzie, o których wspominałaś, czyli marszałkowie sejmu, pan Prezydent z małżonką, no i wszyscy ministrowie, to był samolot jeden, ale był jeszcze jeden samolot. I jedyna informacja, jaka tutaj dotarła, to tutaj na tym lotnisku była straszna mgła. Jak my lądowaliśmy, to STARTOWAŁ jakiś samolot (podkr. F.Y.M.) i nasz pilot z tego specjalnego pułku powiedział: „hu, duży zuch, jak on to zrobił, w ogóle bokiem, nie wiadomo” – znaczy on był zadziwiony, że on startował, ten samolot (…)

http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/by-jeszcze-jeden-samolot_31.html



Z tych kilku relacji wyłania się obraz czegoś, co działo się nad Siewiernym około godz. 8 pol. czasu – 15 minut po odlocie iła-76, to właśnie przed ósmą, jeśli wierzyć, rzecz jasna, stenogramom z wieży ruskich szympansów, bo czasu „około przed ósmą” nie ma uwzględnionego w stenogramach CVR skonstruowanych w Moskwie, bo ruska taśma w „magnetofonie”, mimo że była ponadwymiarowa, to jednak więcej niż 38 minut nie była w stanie nagrać.



Co to więc za maszyna narobiła tyle huku i zamieszania przed ósmą na Siewiernym?

Tupolew - kwiecień 2010







Kadry z "Misji specjalnej" (5.10.2010)





















http://www.youtube.com/watch?v=z1JlleOQwN8&feature=related

Swoją drogą ciekawe, czy pokazywane w tej "Misji specjalnej" ludzkie szczątki (fragment szczęki, kość) zostały zidentyfikowane w laboratorium kryminalistycznym w Polsce i skorelowane z którąś z ofiar zamachu.

Zdjęcia tupolewa



Miks zrobiony przez blogera 154. Dzięki.

Walka o ogień





















Jak to dobrze, że „strażacy” przybyli te parę minut po „katastrofie”, gdyż ogon samolotu zdążył przez ten czas ostygnąć i dzielny gaśnicowy Wowa (ten pierwszy z prawej) mógł spokojnie paradować przy tymże ogonie, nie narażając się na poparzenie. (Kadry z filmu "10.04.10" oczywiście).


A propos ognia (nie ogona), mam wrażenie, że na filmiku Koli ogniska są w innych zupełnie miejscach niż na księżycowym dokumencie S. Wiśniewskiego, ale to pewnie z tego powodu, że w jednej zonie przygasło, a w drugiej się zapaliło. Ogień pełza po prostu.