30 cze 2011

Konferencja Zespołu smoleńskiego


Z tego, co mówił premier J. Kaczyński odpowiadając na pytania dziennikarzy (http://www.youtube.com/watch?v=bkQVYXAU2Y8&feature=player_embedded), wynika, iż Zespół już dwa tygodnie temu chciał przedstawić swoje wstępne ustalenia – co dodatkowo wzmacnia moje przekonanie, iż Zespół smoleński postanowił dokonać „ruchu wyprzedzającego” w stosunku do „komisji Millera”, a przedstawiającego niektóre aspekty wydarzeń z 10 Kwietnia, zanim ukaże się „polski raport” (który zapewne będzie twórczym uzupełnieniem ruskiego załganego raportu komisji Burdenki 2). O tym, że ów ruch wyprzedzający się udał, świadczą reakcje ciemniaków oraz wybitnego radzieckiego eksperta E. Klicha, tego od frazy „walnęło-urwało” i od odkrycia, że oni (tj. eksperci na pobojowisku) byli od badania, nie od robienia tyraliery. Ciemniacy bowiem już tak daleko są myślami w obszarze „przyjaźni polsko-radzieckiej”, iż nawet nie są w stanie myśleć w kategoriach innych jak promoskiewskie – natomiast Klich jako ten, który walnie przyczynił się do ugruntowania ruskiej narracji, myślami jest już „po publikacji” owego „polskiego raportu”, który „zamknie sprawę” i „zakończy badania”. Moment, w którym „polska strona” oficjalnie „zamknie sprawę Smoleńska” rozpocznie się proces „wyciszania” wszelkich krytycznych głosów wobec oficjalnej ruskiej narracji i powolnego spychania tragedii na margines, bo, prawda, są ważniejsze problemy niż „grzebanie się w przeszłości” i „polskiej martyrologii” (zresztą jak widać po polskich mediach, które już dawno wróciły do normalnego zagłuszania rzeczywistości i codziennego prania mózgów polskich obywateli – kwestia tragedii smoleńskiej to już prehistoria).


Zespół wykonał ruch, który może skłonić „komisję Millera” do jeszcze jakichś modyfikacji „polskiego raportu”, ale wcale nie musi. Należy mieć na uwadze to, że realizująca polityczne zamówienie ta właśnie komisja, ma nie tylko wsparcie gabinetu ciemniaków, ale i samej Moskwy. Twarde i konsekwentne trzymanie się ruskiej narracji, to spokojna polityczna przyszłość wielu osób – no chyba, że w neo-ZSSR i neopeerelu dojdzie do jakiejś dziejowej zawieruchy (wtedy jednak część winowajców będzie mówić, że dostawali polecenia z góry i „nic nie mogli zrobić”, część zaś będzie twierdzić, że „o wielu bulwersujących sprawach nie wiedziała, a działała w najlepszej wierze”, czyli krótko mówiąc: „nie chcieli, ale musieli”). Jeśli więc Zespół chce poważnie zagrozić ruskiej narracji, to powinien użyć tych dokładnie materiałów, które zostały przedstawione jako „oficjalne” (zwłaszcza przez Moskwę) i wskazać – pokazując ludziom na patelni – gdzie i co jest nie tak. Jeśli więc mowa jest o zafałszowaniach zapisów CVR, to trzeba zaprezentować, w których miejscach słychać cięcia montażowe, które miejsca są zniekształcone, co jest dopowiedziane (a co się nie pojawiło) itd. Nie można natomiast mówić, że są zafałszowania i traktować tego jako coś zrozumiałe same przez się.


Drugie istotne zagadnienie to kwestia właściwego argumentowania. Np. w 4'59'' tego materiału z konferencji http://www.youtube.com/watch?v=1LzpnZTVpK0&feature=player_embedded) mowa jest o tym, że Ruscy nie poinformowali polskiej załogi o tym, że ił-76 odleciał, a więc, że nie ma zapowiadanej dla polskiej delegacji prezydenckiej ochrony ze strony FSB. Owszem, Ruscy nie informowali – ale polską załogę poinformowali przecież... Polacy, czyli załoga jaka-40 (o 10.29 ruskiego czasu): „Ił dwa razy odchodził i chyba gdzieś odlecieli.


Warto właśnie na ten (tj. odwołujący się do polskich źródeł) element ruskiej narracji zwrócić szczególną uwagę, gdyż jest to zrobione w celu uwiarygodnienia smoleńskiego kłamstwa. Co więcej, nie można ruskiego „raportu” demistyfikować i dezawuować za pomocą... ruskich stenogramów z wieży szympansów (A. Macierewicz odwoływał się do tego, co szympansy wyprawiały, domagając się skierowania polskiej delegacji na zapasowe lotnisko etc.) – Ruscy bowiem zawsze mogą powiedzieć, że to są materiały nieformalne, niekompletne, zdobyte w sposób nie do końca legalny itd. Ruski „raport” należy podważać... tymże ruskim „raportem”.


Jak więc skonstruowany jest ów załgany dokument? Po pierwsze, „piętrowo”, tzn. nie mówi on bezpośrednio o faktach, lecz o relacjach, które traktowane są jako faktograficzne. To zaś pozwala autorom tego „raportu” wykorzystywać spreparowane zdjęcia, fałszywe ekspertyzy, kłamliwe zeznania paru świadków (s. 143 „raportu”), wzięte z sufitu dane, przekręcone lub nieistniejące wypowiedzi etc., jako „empiryczny podkład” tego, o czym mówią radzieckie badania dotyczące „katastrofy”. Po drugie, koncentruje się on nie na opisie przebiegu zdarzenia, lecz na rekonstrukcjach „stanu psychicznego załogi” (s. 115, 130, 191) oraz „fatalnego szkolenia w polskich siłach powietrznych”. Po trzecie, ma on zawartość stricte polityczną, wymierzoną przede wszystkim w osobę zamordowanego polskiego Prezydenta (w „raporcie” jest mowa o „sytuacjach naciskowych” w Gruzji, s. 142, etc.).


Po czwarte zaś – i na to Zespół chyba nie zwrócił do tej pory uwagi: „raport” wykorzystuje, jak wspomniałem, POLSKIE relacje, polskie dialogi, polskie doniesienia, a nawet polskie dokumenty jako „faktograficzny podkład” pseudobadań. Jednym wszak z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym dowodem dla autorów załganego „raportu” jest kilkuczęściowa rozmowa załogi jaka-40 z załogą tupolewa. Jest ta konwersacja wielokrotnie przywoływana (choćby we fragmentach na s. 108, 156, 162, 165) w całym tekście i w związku z tym jej waga musi być dla Rusków pierwszorzędna. Będę więc i ja musiał do tej rozmowy wrócić, cytując także jej wulgarne elementy, które, zauważmy, Ruscy także ze sporym naciskiem przywoływali. Tej rozmowy polskich załóg NIE słychać jednak w wieży szympansów (poza tym fragmentem 10:37:01 Як-40 Арек, (фраза на польском языке)./Arek (zdanie po polsku) [w stenogramie CVR: 10:37:01,3 044 Arek, teraz widać 200]). Mamy zatem do dyspozycji zafałszowane stenogramy i zapisy CVR oraz opublikowane w mediach dość niejednoznaczne relacje samej załogi jaka-40, która, nie wiem czemu, nie została dotąd przesłuchana przez Zespół smoleński, a ponadto, zapewne w celu dodatkowego zastraszenia przez „polskie władze”, była stawiana w stan oskarżenia za „złamanie procedur związanych z lądowaniem” na Siewiernym.


Co do załogi jaka, wiemy od niej samej, została zagoniona przez Rusków (którzy twierdzili, że tupolew odleciał) zaraz po „wypadku” do samolotu, gdzie miała siedzieć przez następne godziny. Na marginesie dodam, że A. Kwiatkowski w książce „Mgła” twierdzi (s. 103), że słyszał od załogi jaka, że... była na „miejscu katastrofy” („okazało się, że tak, że poszli tam na piechotę”) - co zupełnie kłóci się z tym, co twierdzili członkowie załogi zapewniający, że nie pozwolono im udać się tam, gdzie „spadł tupolew”. No więc byli polscy piloci, czy nie byli na pobojowisku? Jeśli byli, to czemu o tym nie mówili, a jeśli nie byli, to czemu Kwiatkowski mówi, że słyszał, że byli? Poza tym, jak wyglądał pobyt załogi jaka-40 na Siewiernym, zanim wszczęto alarm i zaczął się cyrk z jeżdżeniem „strażaków” po lotnisku? Co robili, gdzie byli, czy mieli ruskie towarzystwo, czy nie, czy swobodnie rozmawiali z załogą tupolewa, czy też mieli kogoś „do pomocy”?


Zostawiam jednak te kwestie na razie do dalszego wyjaśnienia i wracam do rozmów załóg, zgodnie z tym, co podają zafałszowane stenogramy. Otóż pierwsza ważniejsza wypowiedź, która pada ze strony załogi jaka (wg załganych stenogramów o 10:24 ruskiego czasu) brzmi tak: „No witamy ciebie serdecznie. Wiesz co, ogólnie rzecz biorąc, to pizda tutaj jest. Widać jakieś 400 metrów około i na nasz gust podstawy są poniżej 50 metrów grubo.” Ta soczysta żołnierska fraza z lubością przywoływana była w wielu ruskich relacjach, także jest parokrotnie zacytowana w „raporcie” - pytanie jednak, czy jest to komunikat, który należy do rutynowego języka polskich pilotów, czy jest to jakaś zupełnie nietypowa wiadomość wypowiedziana w nietypowych okolicznościach? Drugi pilot, czyli śp. R. Grzywna pyta wtedy: „A wyście wylądowali już?” - co jest dość zaskakujące, jeśliby tupolew, jak nas przekonuje oficjalna ruska narracja, wyleciał z Okęcia blisko 2 godziny po jaku-40. Co innego bowiem, gdyby samoloty wystartowały o podobnym czasie. No i pada też kluczowa dla ruskiego „raportu” wypowiedź (10:25 rus. czasu): „powiem szczerze, że możecie spróbować jak najbardziej. Dwa APM-y są, bramkę zrobili, tak że możecie spróbować, ale... Jeżeli wam się nie uda za drugim razem, to proponuję wam lecieć na przykład do Moskwy albo gdzieś.”


Ruscy, jak wiemy, na tych paru wypowiedziach załogi jaka – tych dotyczących złych warunków, ale zarazem zachęcających do lądowania, konstruują sobie alibi, iż tak naprawdę, to nie oni tylko sami Polacy wpakowali innych Polaków w tarapaty. Co tam lotnisko, co tam szympansy, co tam nawet mgła, zdaje się mówić „raport” – załoga jaka-40 twierdzi przecież, że można spróbować lądować (więc Ruscy mają „czyste ręce”):


W tym samym czasie, z drugiej radiostacji załoga Tu-154M nawiązała na częstotliwości 123.45 MHz łączność z załogą samolotu Jak-40, znajdującą się na lotnisku. Załoga Jak-40 w emocjonalnych słowach „Wiesz co, ogólnie rzecz biorąc to pizda tutaj jest” przekazała, że według jej oceny pogoda jest zła, widzialność 400 metrów, pionowa widzialność - poniżej 50 metrów, ale także powiedziała, że „… nam się udało usiąść w ostatniej chwili. Ale szczerze powiem, że możecie spróbować, oczywiście, są 2 APM-y, zrobili bramkę”. Po otrzymaniu i ocenie informacji, załoga Tu-154M podjęła decyzję wykonania „próbnego” podejścia do lądowania, a dowódca statku przekazał kontrolerowi o godz. 10:25:01: „Dziękuję, jeśli to możliwe spróbujemy podejście, ale jeśli nie będzie pogody wtedy odejdziemy na drugi krąg”.” (s. 162 „raportu”; soczysta fraza jest w nim podkreślona; por. też odniesienia do rozmów załóg na s. 17-18, zwł. 108, 156, 165, 172, 192, 205, )


Dlaczego jednak Wosztyl mówi „Moskwa albo gdzieś”, skoro powinien był słyszeć chwilę temu z dialogu załogi z „wieżą”, że zapasowe są „Witebsk, Mińsk” (10:24)? Czy to znowu jest typowa wypowiedź, czy nie? Dlaczego Wosztyl proponuje Moskwę, skoro tam NIE ma lecieć tupolew? „Gdzieś”? Jak to „gdzieś”, skoro są w ruskiej przestrzeni powietrznej, w której nie można się przecież swobodnie poruszać i zmieniać sobie trasę w dowolnej chwili? Wosztyl mówi poza tym „jeżeli wam się nie uda za drugim razem”, choć przecież tupolew jeszcze nie zbliżył się do lotniska i żadnego pierwszego razu nie było.


No i na koniec tych moich uwag jest jeszcze jedna ważna kwestia z ruskiego „raportu”, którą mógłby się zająć Zespół tworzący Białą Księgę. Chodzi o przygotowania przeprowadzone przez załogę tupolewa 9-go kwietnia, czyli w przeddzień tragicznej wizyty prezydenckiej delegacji w neo-ZSSR. Jak czytamy na s. 29:


Na zapytanie Komisji o przebieg wstępnego przygotowania załogi przed lotem na lotnisko Smoleńsk „Północny”, strona polska przedstawiła informację, że przygotowanie do tego lotu załoga przeprowadziła samodzielnie 09. 04. 2010. Wyniki przygotowania załoga przedstawiła dowódcy pułku i dowódcy eskadry. Zapisy o przeprowadzeniu przygotowania, rozpatrywanych problemach, wykorzystanych materiałach i wynikach kontroli przez przełożonych gotowości załogi do wylotu nie były dokonywane. Podczas przesłuchania dowódca eskadry oświadczył, że prowadzenie kontroli gotowości podwładnych mu załóg nie należy do jego obowiązków.

W pododdziale znajduje się dziennik zadań (przedstawienie wyników wstępnego przygotowania i gotowości załogi), wypełniany przez dowódcę statku powietrznego, w którym widnieje wpis tylko o składzie załogi, numerze zadania lotniczego (rozkazu) Nr 69/10/101 i rodzaju lotu. Dalej znajduje się rubryka z podpisem dowódcy statku powietrznego o gotowości załogi.


Jeśli był lot 9-go, to gdzie są jego ślady w zapisach FMS-a, w pracy wieży szympansów (wedle „raportu” - 9-go najwyraźniej NIE pracowała, s. 81), w dokumentacji 36 Pułku? O której się odbył i kto go śledził? Jeśli się odbył, to dlaczego potem został utajniony lub „zniknięty”? Z jednej strony więc należy z całą pewnością szukać ruskich winowajców, ale też nie zapominać, że w „polskiej zonie” też są rozmaite mroczne zakamarki, które powinny być rozświetlone pracami smoleńskiego Zespołu.

29 cze 2011

Białe plamy smoleńskie

1.

Treść słynnego sms-a, którego miał otrzymać moonwalker S. Wiśniewski w momencie, gdy przetrzymywano go w czekistowskim samochodzie, brzmiała – jeśli wierzyć autorom książki „Smoleńsk. Zapis śmierci” - tak: „TVP Info podaje, że w Smoleńsku rozbił się samolot z prezydentem. Jesteś na miejscu?” (s. 13). Musiało być to więc w okolicach ca. 9.30. Tymczasem J. Mróz we wspomnieniowym programie rządowej telewizji podaje, że Wiśniewskiego zobaczył przy bramie i rozmawiał z nim niedługo po „katastrofie”. (http://www.youtube.com/watch?v=ceJMLIa3pwk&feature=related 6'28'') „To był Sławomir Wiśniewski, montażysta z TVP, który w bardzo krótkim czasie po katastrofie zjawił się pod bramą lotniska. Dotarł takimi bocznymi ścieżkami tam i z którym wówczas miałem możliwość porozmawiania i to właśnie on pierwszy zdał mi tą relację, że rzeczywiście widział samolot, który lewym skrzydłem zawadził o drzewo i runął na ziemię. (…) Powiedział mi, że ma nagranie z naszego wraku, że widział leżące pomarańczowe czarne skrzynki w błocie...


Czy więc moonwalker 10-go przesiedział jakiś czas w jakimś aucie – czy nie przesiedział?


2.

Jak pamiętamy, choćby z relacji opublikowanej w „NDz” (http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20101104&typ=po&id=po01.txt), borowców w Katyniu miał o tragedii powiadomić życzliwy Jurij z ruskich służb (podobnie zresztą jak R. Poniatowskiego z TVN24 też jakiś życzliwy Rusek o 8.50 powiadomił http://www.youtube.com/watch?v=6Ck9RvqrU7E&feature=related 05'26''). I ów Jurij się odnajduje w książce M. Krzymowskiego i M. Dzierżanowskiego wraz z drugim życzliwym Ruskiem, Dmitrijem (s. 17):


(...) „Szakal”, czyli BOR-owiec Andrzej Rychlik, szedł w stronę bramy wejściowej cmentarza. Po drodze spotkał Dmitrija Kapustina z Federalnej Służby Ochrony. Kapustin zaczął coś nerwowo do niego mówić, ale Rychlik słabo znał rosyjski.

- Powtórz – poprosił.

- Wasz samolot spadł, wszyscy zginęli – powiedział Kapustin. Mówił też coś o wozach strażackich, ale tego Rychlik już nie zrozumiał (pytanie, skąd więc autorzy wiedzą, że mówił o tych wozach? - przyp. F.Y.M.).



BOR-owcy Cezary Kąkolewski i Krzysztof Szałanek oraz Jurij, funkcjonariusz Federalnej Służby Ochrony, jechali podstawić samochód ewakuacyjny dla prezydenta. Byli już prawie za ołtarzem. Jurij właśnie skończył rozmawiać przez telefon.

- Czarek! - Rosjanin spojrzał na Kąkolewskiego. - Z Waszym samolotem stało się coś złego.

Zanim Kąkolewski przetrawił słowa Jurija, włączyła się samochodowa radiostacja. - Podobno coś się stało z samolotem prezydenta – odezwał się w niej głos Rychlika, który wciąż nie był pewien, czy dobrze zrozumiał Kapustina. To, co powiedział, brzmiało jak echo powtarzające słowa Jurija.

- Spotykamy się przy bramie wejściowej Memoriału – ocknął się Kąkolewski.”


3.

Kwestia dokładnej godziny pojawienia się ruskiej dezy w Katyniu. W książce, o której piszę, jest także rozwiązana (s. 18):


W drodze do bramy Kąkolewski dwa razy wykręcił numer Jarosława Florczaka, funkcjonariusza, który leciał tupolewem. Sygnał był normalny, ale „Florek” już nie odbierał. Chwilę później połączył się z warszawskim Centrum Kierowania BOR.

- Rosjanie mówią, że samolot z prezydentem miał problemy z lądowaniem. Wiecie coś o tym? - spytał.

- Nic nie wiem – odpowiedział zaskoczony Waldemar Tuszyński, oficer operacyjny. Zegar w jego biurze wskazywał 8.55.

- Dobra, jak się czegoś dowiem, to dam znać.”


To znowu ciekawa rzecz, zważywszy na to, co twierdzi M. Janicki („Była sobota, byłem w domu w Krakowie. Wpół do ósmej wyjechałem samochodem na bazarek po zakupy. Nagle zadzwonił telefon. To był oficer operacyjny: - Szefie, jest problem z lądowaniem Tu-154 w Smoleńsku. Coś jest nie tak.


Podziękowałem i poleciłem, by dzwonił, jak będzie miał nowe, szczegółowe informacje. Natychmiast zadzwoniłem do Florka. Telefon milczał.” (http://wyborcza.pl/1,75478,9396354,Chcialbym_sie_dowiedziec__czy_musieli_zginac.html)) oraz na to, że już przed 9-tą polskie służby skontaktowały się z „oficerem łącznikowym FSB” w Warszawie (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/konsultacje-z-fsb.html). Jeśliby prawdą było, że już o 8.55 borowcy z Katynia łączyli się z Warszawą, po uzyskaniu od Rusków „informacji o katastrofie” i o śmierci wszystkich członków delegacji, to by było to kolejne potwierdzenie tezy, iż czekiści uruchomili „akcję Smoleńsk”, zanim jeszcze cokolwiek można było autorytatywnie na „miejscu wypadku” stwierdzić.


4.

Łączność z Polską.


- Tak, słucham – słuchawkę podniósł wojskowy kontroler lotów porucznik Piotr Lauks. Była 8.42. Trzy kwadranse wcześniej służbę przekazał mu kapitan Tomasz Wiak, który mimo że był już po służbie, siedział jeszcze na Okęciu.

- Tu sto pięćdziesiąt cztery chyba się rozbił – powiedział głos w słuchawce. Nie zdążył dodać nic więcej, bo połączenie się zerwało. To był porucznik Artur Wosztyl, dowódca Jaka-40, który godzinę wcześniej przyziemił na Siewiernym (godzinę? - a zdawało mi się, że o 7.15 – przyp. F.Y.M.).

Lauks odłożył słuchawkę i spojrzał na Wiaka.

- Tu sto pięćdziesiąt cztery chyba się rozbił – powtórzył mechanicznie słowa Wosztyla. Wiak chwycił za telefon i zaczął nerwowo wybierać numer służbowy Jaka-40. Robił to kilkakrotnie, ale cały czas było zajęte. Członkowie załogi jaka nie odbierali, nie odpowiadał też telefon satelitarny tupolewa. Po chwili oddzwonił Wosztyl: tupolew zderzył się z ziemią, nie doleciał do pasa startowego, zabrakło mu około kilometra.” (s. 49)


I teraz najciekawszy fragment korespondujący z tymi powyżej, które świadczą, jak „migiem” roznosiła się wieść o „wypadku na Siewiernym”:


Oficerowie Centrum Operacji Powietrznych i Centrum Hydrometeorologii nie mieli pojęcia, że prezydencki tupolew od kilku minut leży w błocie. Jeszcze o 8.52 (…) zastanawiali się, które z lotnisk zapasowych jest najlepsze (...)” (s. 49) - ale znanej już dość dobrze rozmowy o Briańsku, Witebsku i Mińsku nie będę przypominał, lecz tę późniejszą, odbywającą się o 9-tej:


O 9.01 (ppłk Jarosław – przyp. F.Y.M.) Zalewski połączył się z dowódcą Centrum Operacji Powietrznych, generałem Zbigniewem Galcem.

- No, panie generale tutaj są takie informacje niezbyt … niezbyt optymistyczne, bo... bo ten tupolewa miał lądować o czterdzieści dwie... - jąkał się Zalewski.

- Tak.

- ...w Smoleńsku. No i nijak nie możemy się dowiedzieć. Wiemy, że warunki były bardzo słabe tam. Meteo podaje, że mogło być pięćset metrów albo i mniej. I mgła byłą, bo wilgotność sto procent – kontynuował Zalewski. - I teraz ja jestem na kontakcie cały czas z BOR. I teraz z BOR-u zadzwonił do mnie oficer operacyjny i mówi, że jacyś ludzie tam są na miejscu w Smoleńsku, ale nie z tej wycieczki, nie z tej grupy z prezydentem. Mówią, że otrzymali informacje od rosyjskiej milicji, że... że samolot miał kłopoty przy lądowaniu.

- Mhm...

- No i... no i próbujemy się coś dowiedzieć. Telefon satelitarny na tupolewie nie odpowiada, Okęcie też nie może się dodzwonić do... do załogi jaka.

- No rozumiem.

- Sytuacja jest taka, no... no, niepewna, bardzo niepewna teraz – wydusił Zalewski.

- Rozumiem. Proszę zbierać informacje i proszę o wiadomości. Dowódca jakiem wylądował? - spytał nagle Galec.

- Dowódca.

- Tak. Jakiem wylądował?

- Nie wiem, kto tam prowadził tego jaka.

- Rozumiem, ale prawdopodobnie dowódca był w jaku. Ale nie jestem tego pewien.

- Ale dowódca nasz? Dowódca Sił Powietrznych? - Zalewski cały czas nie dowierzał, że za sterami Jaka-40 mógł siedzieć szef Sił Powietrznych generał Andrzej Błasik.

- Tak, dowódca sił wybierał się w delegację. Tylko nie wiem, jakie było rozłożenie na samoloty. Wcześniej było planowane, że dowódcy będą lecieć jakiem.

- Dobrze, panie generale. Zaraz... zaraz sprawdzam to wszystko.

- Proszę z Raczyńskim wejść w kontakt – polecił Galec. Sądził, że jeśli ktokolwiek może znać skład załogi Jaka-40, to z pewnością będzie to dowódca 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego pułkownik Ryszard Raczyński.” (s. 55-56)



No i Zalewski dzwoni do Raczyńskiego:


- A co z jakiem? A dowódca Sił Powietrznych był... jest tam gdzieś?

- Był w tupolewie – westchnął Raczyński. - Mam informację od jaka, że mają potwierdzone, że się rozbił tupolew i spadł. Nie zapalił się, ale jest rozbity.

- Że rozbity? I od kogo mamy te informacje? Od...? - dopytywał nerwowo Zalewski.

- Od dowódcy jaka.

- A kto to był?

- Porucznik Artur Wosztyl.” (s. 56-57)


Dalej w książce jest powiedziane, że ppłk Mroczek z Dyżurnej Służby Operacyjnej Wojsk Lądowych dowiaduje się o „problemach z lądowaniem” z... telewizji. Wieści telewizyjne docierają wnet też i do COP-u:


W tym samym czasie (tj. koło godz. 9.20 – przyp. F.Y.M.) podobny telefon odebrał podwładny Zalewskiego, major Włodzimierz Sadownik z Centrum Operacji Powietrznych.

- Oglądasz TVN24? - spytał głos w słuchawce. Mówił któryś z oficerów dyżurnych.

- No nie, jeszcze nie.

- Jakieś podają awarie. Nie wiadomo, co z tego...

- No, my nie mamy TVN24. Tylko ten, ewentualnie... - Sadownik nie zdążył dokończyć.

- Polsat News – podpowiedział mu oficer.

- Ale co podają?

- No, awarię przy próbie lądowania.

- My tutaj mamy jakieś informacje, ale cały czas jeszcze potwierdzamy... - relacjonował Sadownik. W rzeczywistości COP nie miał jeszcze wtedy żadnych pewnych ustaleń.” (s. 60-61)

5. Losy J. Mroza. Wg autorów pojechał on z lotniska... do Katynia i dopiero stamtąd został zawrócony. Wynikałoby stąd, że nie był świadkiem żadnych wydarzeń na Siewiernym, tzn. przybył, gdy już maskirowka była uruchomiona:


Informację, że z polskim samolotem jest coś nie tak, TVN24 dostał od Jana Mroza. Dla tego młodego dziennikarza był to drugi pobyt w Katyniu w ciągu tygodnia. Trzy dni wcześniej obsługiwał wizytę Donalda Tuska. Tym razem nie zwrócił uwagi, że jego wiza w paszporcie uprawnia tylko do jednokrotnego przekroczenia granicy Rosji. Początkowo nie zauważyły też tego (?? - przyp. F.Y.M.) rosyjskie służby, więc Mróz bez problemu dotarł do Katynia. Kiedy już dojeżdżał autokarem na miejsce, podszedł do niego opiekujący się dziennikarzami Paweł Koć.

- Janek, dzwonili z lotniska. Masz nieważną wizę, musisz natychmiast wracać do Smoleńska i czekać w naszym samolocie. Tak naprawdę nie miałeś prawa go opuścić – powiedział poważnym głosem radca polskiej ambasady w Moskwie.


Wizja spędzenia całego dnia w jaku była przerażająca, ale ton polskiego urzędnika nie pozostawiał wątpliwości, że Rosjanie nie popuszczą. Po półgodzinnym przymusowym oczekiwaniu w autokarze po reportera przyjechał polski konsul Michał Greczyło i samochodem zawiózł go z powrotem na lotnisko. Kiedy na nie wjeżdżali, minęli samochody straży pożarnej na sygnale. Przy bramie stała grupa polskich dyplomatów, którzy czekali na prezydenta.

- Prawdopodobnie doszło do katastrofy – usłyszeli od jednego z nich. Mróz natychmiast zadzwonił do swojej redakcji. Później nie miał zbyt wielu nowych szczegółów, bo Rosjanie na kilka godzin zatrzymali go w pobliskich koszarach.” (s. 65)


Co Mróz mógł robić w tych ruskich koszarach przez parę godzin? Jeden Mróz wie.


28 cze 2011

Salonik III





Zgodnie z tym programem (u góry) w saloniku III miało być 18 osób. W jaki sposób mogły się zmieścić w 8-osobowym pomieszczeniu na pokładzie tupolewa? To pytanie stawiam za blogerem 154.

27 cze 2011

Ratownicy



























Jeśli większość ciał na Siewiernym była "pod szczątkami samolotu" lub "we wraku", to dlaczego nie wysłano polskich ratowników wyspecjalizowanych w poszukiwaniu osób uwięzionych w rumowiskach? Tych choćby, którzy brali udział w akcji humanitarnej na Haiti w styczniu 2010?

Zdjęcia pochodzą z:

http://www.sadeczanin.info/aktualnosci-rozmowy-sadeczanina/art/1940

http://www.tvp.info/informacje/polska/dary-zbierane-przez-caritas-poleca-na-haiti

http://36splt.sp.mil.pl/aktualnoi/19-z-pomoc-humanitarn-dla-haiti

http://www.jrg4.kmpsp.poznan.pl/?p=756

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100118&typ=po&id=po21.txt

Identyfikacje


Utyskiwałem już wiele razy, że żadne polskie służby medyczne przeznaczone do niesienia pomocy w wypadkach polskich obywateli czy po katastrofach z udziałem tychże obywateli, nie zostały wysłane 10 Kwietnia na Siewiernyj, gdy tylko do Polski dotarła wieść o „rozbiciu się prezydenckiego samolotu” - ten jeden zresztą fakt: niewysłania nikogo z tychże jednostek powinien był zaalarmować polską opinię publiczną i polskie media. Takich specjalistycznych i dysponujących odpowiednim, nowoczesnym sprzętem, służb jest w Polsce parę – (stacjonujące częściowo na Okęciu) Lotnicze Pogotowie Ratunkowe, Powietrzna Jednostka Ewakuacji Medycznej należąca do 25. Brygady Kawalerii Powietrznej (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/ewakuacja.html), a i sam słynny 36 Pułk ma wśród swoich zadań świadczenie pomocy w akcjach humanitarnych na świecie (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/05/w-polskiej-zonie.html).


Utyskiwałem więc, ale chyba nieco na wyrost, bo oto w relacji P. Zołoteńkiego („Mgła”, s. 233-235) pojawia się... szef Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. W jakich okolicznościach? Oczywiście nie 10 Kwietnia, ale na Okęciu. Pozwolę sobie zacytować fragment (przy okazji warto zwrócić uwagę, jaki, celowy, sądzę, bajzel panował w wielu sprawach – nie tylko w neo-ZSSR, ale przede wszystkim nad Wisłą):


Pierwszego dnia nie wiadomo było, co się dalej wydarzy. Następnego dnia, w niedzielę rano przyszliśmy znów do kancelarii. Mniej więcej około godziny jedenastej pojawiła się informacja, że rząd organizuje wylot rodzin do Moskwy, że mogą pojechać, po trzy osoby z każdej rodziny. Pojechaliśmy najpierw po rzeczy i paszporty, potem po Basię (żonę śp. W. Stasiaka – przyp. F.Y.M.), i razem już trafiliśmy do Novotelu – to jest hotel położony niedaleko lotniska Okęcie. Tam był pewien chaos: dużo ludzi, ale dość długo nie mogliśmy ustalić żadnych konkretów: co robimy, kiedy polecimy?


Pamiętam, że żona ministra Stasiaka była kilka razy wpisywana na listę pasażerów ciągle z tej listy ginęła. Najpierw podaliśmy nazwisko przy wejściu, kolejny raz na sali, potem przy wylocie znów pojawiły się problemy, bo nie było jej na liście. Potem przylocie do Moskwy znowu. (…)


Rodziny zebrano w dużej sali recepcyjnej. Po dwóch, trzech może godzinach pojawił się szef LOT-u i minister Cichocki z Kancelarii Premiera. Wtedy poznaliśmy pierwsze konkrety. Minister był dość oszczędny w słowach. Miałem wrażenie, że sam nie do końca sobie radzi z tą sytuacją, że nie ma pełnej informacji (ot profesjonalizm w ciemniackim wydaniu – przyp. F.Y.M.). Kilka razy telefonował. Po jakimś czasie zgodził się podać wstępną listę osób zidentyfikowanych, z wieloma zastrzeżeniami, że jest to lista niepewna.


Pojawił się szef Lotniczego Pogotowia Ratunkowego po to, żeby opowiedzieć, jak wygląda identyfikacja osób po katastrofach lotniczych. Wtedy i wielokrotnie później zniechęcano rodziny do dokonywania osobistej identyfikacji, motywując to tym, że może to być traumatyczne przeżycie, i że jego skutki mogą odzywać się przez lata, że ofiary są w złym stanie (jak to stwierdzono, jeśli 10-go nie wysłano na miejsce specjalistów od medycyny sądowej (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/natychmiast-wszczac-sledztwo.html)? - przyp. F.Y.M.). W każdym razie na zakończenie tego spotkania każdy musiał, przy odczytywaniu listy obecności, podjąć decyzję, czy leci, czy nie leci. My, Basia przede wszystkim, podjęliśmy oczywiście decyzję, żeby lecieć. Zdecydowana większość poleciała. Chociaż były również osoby, które zrezygnowały.”


I Zołoteńki na koniec dodaje:


Myślę, że zniechęcanie rodzin do dokonywania identyfikacji było błędem. Na pewno kontakt, naoczne stwierdzenie śmierci bliskiej osoby jest czymś niezwykle ważnym dla zrozumienia, co się stało i właściwego przeżycia żałoby.


Tymczasem problem jest o wiele poważniejszy, zwłaszcza gdyby zniechęcanie wiązało się z zupełnie inną kwestią aniżeli możliwa trauma rodzin po ujrzeniu zmasakrowanych zwłok. Część rodzin w ogóle nie widziała ciał swoich bliskich po „katastrofie”. Niektóre ciała były zachowane w takim stanie, jakby ofiary nie brały udziału w żadnym wypadku (a opowieści dotyczące „nieidentyfikowalności” niektórych ciał okazywały się zupełnie nieprawdziwe, jak to było choćby w przypadku ciała p. Prezydentowej http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/identyfikacja-2.html). A. Duda przecież opowiada (potwierdzając w ten sposób relację M. Wierzchowskiego):


Na jednym wózku (w prosektorium – przyp. F.Y.M.) leżały zwłoki Kasi Doraczyńskiej, która wyglądała bardzo ładnie, nie było widać żadnych obrażeń. Ciało było przykryte prześcieradłem, twarz była odsłonięta, tak że Kasię rozpoznałem od razu. Natomiast jeżeli chodzi o zwłoki Władka Stasiaka i Pawła Wypycha, to one były zapakowane w czarne foliowe worki, do których przypięte były kartki z nazwiskami; powiedziano nam, żebyśmy lepiej ich nie otwierali...” (s. 164)


Co więcej, nie tylko odwodzono (i w Polsce, i w neo-ZSSR) rodziny czy przyjaciół osób zamordowanych od identyfikacji (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/identyfikacja-2.html), ale też tych, którzy byli zdeterminowani, by jednak obejrzeć ciała bliskich, poddawano w Moskwie w „kostnicy do katastrof” wielogodzinnym przesłuchaniom i swoistym „testom psychologicznym”, nim wreszcie łaskawie zezwolono na jakieś oględziny (a i te bywały nieraz takie, jak wiemy z relacji świadków, że dotyczyły ciała innego martwego człowieka, a nie osoby opisanej przez daną rodzinę).


Zołoteńki opowiada o szczegółach takiego „przesłuchania” (s. 237-238):


Pytania były szczegółowe – o tożsamość, o charakter relacji; o cel wizyty ministra Stasiaka w Rosji; o osoby towarzyszące. Były pytania służące identyfikacji: w co był ubrany, co mógł mieć przy sobie, znaki szczególne. Trwało to bardzo długo, całe przesłuchanie łącznie z identyfikacją zajęło około dziewięciu godzin. Prokurator w każdym razie starał się zadawać pytania chyba w sposób jak najbardziej taktowny i starał się tłumaczyć, czemu to służy (ach ta sowiecka uprzejmość – przyp. F.Y.M.) (…)


Opowiadano dużo o sprawach technicznych, o kwestiach skutków, jakie może wywrzeć osobista identyfikacja, natomiast nie zostaliśmy przygotowani przez polskie władze na to, jak odpowiadać, jak reagować na niektóre pytania. Czy są one ważne, czy nie. Padło na przykład pytanie o zgodę na zniszczenie ubrań. Naturalna odpowiedź, jaka się nasuwała, to „tak”, bo te ubrania były w bardzo złym stanie, ale mogło to być też przyzwolenie na zniszczenie jakiegoś dowodu. Kto wie?


To, że udało się (czy to polskiej, czy to sowieckiej stronie) uniemożliwić część procedur identyfikacji, pozwoliło potem tworzyć Ruskom zupełnie fikcyjne lub niepasujące do medycznych opisów polskich ofiar, dane „sekcyjne”. Zołoteńki zresztą dodaje (s. 240): „powtarzano, że polscy lekarze byli obecni przy sekcjach, tymczasem przy nas nie było ani jednego Polaka oprócz tłumaczki z ambasady. Nie widziałem tam żadnego polskiego lekarza. Może byli wcześniej, może później, ale na pewno nie wtedy, kiedy identyfikowaliśmy Władka”.


Możemy więc z tych wszystkich relacji wysnuć jeden wniosek: tak jak ruscy milicjanci i czekiści powiadali od pierwszych minut po ogłoszeniu „wypadku”, że „wsie pogibli” i w związku z tym nie ma po co wzywać karetek pogotowia, tak w przypadku identyfikacji ciał ofiar stawiano sprawę tak, że wszyscy członkowie delegacji są tak zmasakrowani, że nie ma po co jechać na rozpoznawanie bliskich. A może i nawet dokonywać sekcji zwłok.

26 cze 2011

Cyrk strażacki













Jazda w te i we wte po lotnisku jako przykład wielkiej ruskiej krzątaniny 10-go Kwietnia. Coś w sam raz dla polskich mediów.

25 cze 2011

Witebsk i inne lotniska zapasowe

O Witebsku jako możliwym lotnisku zapasowym mówi dość otwarcie J. Opara w książce „Mgła”: „Z Witebska do Smoleńska, do Katynia kolumną samochodową, kolumną rządową z pełną eskortą milicji i odpowiednich służb federalnych, jechałoby się ze dwie godziny. Niektórzy ludzie (z oczekujących na delegację – przyp. F.Y.M.) czekali przecież na wizytę w Katyniu, na te uroczystości całe życie! Co to są dwie godziny w tej sytuacji?” (s. 185). O tym samym Witebsku też otwarcie, lecz w tonacji nie tyle gdybającej, co spychologicznej, wypowiada się M. Wierzchowski: „Mogliśmy przecież zaplanować lądowanie w Witebsku, jeżeli pułk czy jakieś służby powiedziałyby: przepraszamy, nie wyrażamy zgody na lądowanie samolotu wojskowego w Smoleńsku, bo jego stan techniczny jest zły, bo cokolwiek. Wtedy podjęlibyśmy decyzję, że lądowanie jest na najbliższym lotnisku, w Witebsku (…) skontaktowalibyśmy się z ambasadorem Litwinem w Mińsku, i poprzez oficjalne noty dyplomatyczne lub pisma, prosilibyśmy o zgodę na wylądowanie na terytorium Białorusi. I wtedy lądowalibyśmy, na przykład, półtorej czy dwie godziny wcześniej i byłby czas na przejechanie kolumną. Tak stało się po katastrofie, gdy przyleciał pan premier czy pan Jarosław Kaczyński” (s. 126). Innymi słowy: skoro inni tego lotniska nie proponowali, to i ludzie kancelarii o tym innym lotnisku logistycznie nie myśleli. No ale w ogóle nie myśleli o żadnym zapasowym lotnisku, współorganizując uroczystości?


J. Sasin od siebie dodaje już w zupełnie innej tonacji: „Chcę to raz jeszcze wyraźnie powiedzieć: Kancelaria Prezydenta nie przygotowywała tej wizyty od strony technicznej. Od tego były służby państwowe podlegające rządowi. Potem okazało się, że faktycznie nie przygotowano (to oni, ludzie Prezydenta, nie przygotowywali także? - przyp. F.Y.M.) żadnych wariantów awaryjnych. Jeśli samolot z prezydentem nie lądowałby tam, w Smoleńsku, to właściwie nie bardzo wiadomo, gdzie miałby lądować. Trudno wyobrazić sobie, że samolot ląduje gdzieś w Witebsku czy na jakimś innym lotnisku, gdzie nie ma żadnego przedstawiciela jakichkolwiek polskich instytucji, a prezydent jest skazany na wiele godzin siedzenia i czekania, aż ktokolwiek się nim zajmie. Nikt takiej ewentualności nie zaplanował. Z tego, co wiem, ze strony państwa polskiego nic nie zostało przygotowane na taką możliwość (do tej pory wydawało mi się, że i Sasin je wtedy reprezentuje jako minister prezydencki – przyp. F.Y.M.). Co więcej, jako zapasowe wyznaczono lotnisko w Witebsku, które było tego dnia nieczynne!”.


No więc był ten wariant awaryjny czy nie, skoro „wyznaczono lotnisko w Witebsku”? Trudno powiedzieć, gdyż Sasin tu wpada w jakieś rozdrażnienie. Ta tonacja Sasina jest potrójnie zaskakująca, bo przecież 1) wiemy z innych relacji, że takie przygotowania (dotyczące zapasowych lotnisk) od strony instytucjonalnej 10-go Kwietnia właśnie czyniono, a więc nie byłoby tak, że delegacja wylądowałaby w szczerym polu bez komitetu powitalnego; 2) lotnisko w Witebsku po południu było już „czynne”, skoro przyjmowało delegacje z premierem Kaczyńskim i z Tuskiem, więc chyba aż tak bardzo „nieczynne” 10-go nie było; 3) sam Sasin, gdy – wedle jego relacji, bo akurat u A. Kwiatkowskiego nie ma za bardzo pełnego jej potwierdzenia – dowiaduje się, że polska delegacja poleci do Moskwy z powodu kiepskich warunków pogodowych, to wcale się specjalnie nie przejmuje taką „nieoczekiwaną zmianą scenariusza” uroczystości, do nikogo też nie wydzwania, by dowiedzieć się szczegółów, tylko... zastanawia się, jak zapełnić czas oczekiwania na przybycie Prezydenta i osób mu towarzyszących. „W pewnym momencie podszedł do mnie jeden z moich pracowników p. Adam Kwiatkowski (…) i poinformował mnie, że dostał właśnie taką informację przed chwilą, że może zajść okoliczność następująca, iż samolot nie wyląduje na lotnisku w Smoleńsku z powodu trudnych warunków atmosferycznych. (...) Było pochmurno, ale te warunki były całkiem znośne. (…) Nie spodziewałem się jakichś kataklizmów pogodowych. (…) Jeszcze bardziej zdziwiła mnie informacja, że... którą też dostałem od mojego pracownika, że to lądowanie może nastąpić w Moskwie. No, wydawało mi się to jednak dużą odległością od tego miejsca, gdzie się znajdowaliśmy.


Zapytałem p. Kwiatkowskiego, skąd posiadł tego typu informację. On wskazał na p. Tadeusza Stachelskiego (…). Ja zaniepokojony tą informacją, chociaż (…) nie zaniepokojony jakoś szczególnie bardzo (…) głównie zastanawiałem się, jak zagospodarować te kilka godzin pewnie, (…) w trakcie których Prezydent będzie mógł dotrzeć na cmentarz, ale stwierdziłem właściwie idąc i szukając p. Stachelskiego, stwierdziłem, że to nie jest większy problem, bo przecież ci wszyscy, którzy tu przyjechali, nie przyjechali przypadkowo (...)


Stanąłem obok niego (Stachelskiego – przyp. F.Y.M.) i postanowiłem poczekać, aż skończy tę rozmowę. Ta rozmowa miała dosyć dziwny przebieg, tak jak ja ją słyszałem, bo on się bardzo wyraźnie zdenerwował i prosił, mówił do telefonu, cytuję z pamięci: „To niemożliwe”, „Powtórz jeszcze raz”, „Ale co się naprawdę stało?” (…) To może śmiesznie zabrzmi, nie przypuszczałem, że mogło się stać coś bardziej groźnego, coś gorszego niż to lądowanie w innym miejscu, w związku z czym tak sobie psychicznie zbudowałem taką konstrukcję, że on tak strasznie panikuje z tego powodu, że ten samolot wyląduje gdzie indziej, w związku z czym będziemy tutaj mieli opóźnienie w rozpoczęciu uroczystości.


(…) On skończył tą rozmowę, rozłączył ją i zaczął się tak na mnie badawczo patrzeć. Ja w tym momencie zacząłem właściwie go nawet tak dosyć żartobliwie przekonywać: „Panie Tadeuszu, niech się pan nie martwi”, mówię, „jakoś sobie tutaj tę parę godzin poradzimy”” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/one-moment-in-time.html).


Z kolei G. Kwaśniewski, kierowca formuły jeden na Siewiernym, albo, jak to określiła Joanna Mieszko-Wiórkiewicz, polski Inspektor Clouseau, przypomina, że ambasador J. Bahr już w drodze na Siewiernyj organizował lotniska zapasowe dla polskiej delegacji, m.in. w Moskwie: „Już z samego rana wiedzieliśmy, że pogoda na lotnisku jest nieciekawa. Mówiło się o tym m.in. podczas śniadania przy stoliku ambasadora. W mieście też było tę mgłę widać, choć nie aż tak gęstą. Ostrzegano, że aby nie zawracać samolotu do Warszawy, należałoby przygotować lotnisko zapasowe. W grę wchodziły tylko dwa: Moskwa i Mińsk. W drodze na lotnisko pan ambasador dzwonił z samochodu do Mińska, do ambasadora na Białorusi i do swojego zastępcy w Moskwie, prosząc o przygotowanie zapasowych lotnisk. Z tego, co wiem, w tym samym czasie, kiedy jechaliśmy na lotnisko, w Smoleńsku zastępca ambasadora w Moskwie już jechał na Wnukowo pod Moskwą. To wszystko działo się zanim "tutka" przyleciała nad Smoleńsk”.

http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/polska/smolensk--nieznana-relacja-oficera-bor,68588,1


Do tego dorzućmy jeszcze relację „NDz” na temat organizowania lotnisk zapasowych dla polskiej delegacji, choć tu już dodatkowo pojawia się Briańsk: „Rankiem 10 kwietnia, przed lądowaniem polskiego tupolewa na Siewiernym, pracownicy Ambasady RP w Moskwie otrzymali informację, że ze względu na niekorzystne warunki pogodowe samolot zostanie skierowany na lotnisko zapasowe. Alternatywą miały być: Briańsk lub podmoskiewskie Wnukowo - ustalił "Nasz Dziennik". Informację taką przekazał polskim prokuratorom attaché obrony ambasady gen. Grzegorz Wiśniewski. Wiśniewski, który oczekiwał w Smoleńsku na prezydencką delegację, nawet nie wysiadł z busa, którym przyjechał. Był przekonany o przekierowaniu maszyny. Mówił mu o tym Grzegorz Cyganowski, drugi sekretarz ambasady RP w Moskwie.


Na około półtorej godziny przed planowanym lądowaniem rządowego tupolewa na smoleńskim lotnisku Piotr Marciniak, pełniący obowiązki zastępcy ambasadora RP Jerzego Bahra w Moskwie, który 10 kwietnia nie był obecny w Smoleńsku, otrzymał informację od Grzegorza Cyganowskiego, drugiego sekretarza Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej w Moskwie, że z uwagi na złe warunki pogodowe, jakie panują nad Smoleńskiem, planowane jest lądowanie samolotu Tu-154 na moskiewskim lotnisku Wnukowo. Pod uwagę brano też lotnisko w Mińsku lub Witebsku”.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20110331&id=po01.txt


Na tym wszelako nie koniec. Sami Ruscy zaklinali się zrazu 10-go Kwietnia na wszystkie ruskie świętości niedługo po „katastrofie”, że proponowano polskiej delegacji zapasowe lotniska, ale załoga odmówiła skierowania rządowego tupolewa gdzie indziej (http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20110331&id=po01.txt) jak na zamgloną ruską bagnistą łączkę przed fabryczno-wojskowym lotniskiem w Smoleńsku. Swoim czerwonym sowieckim autorytetem i niebieskim mundurem zaświadczał ten fakt sam gen. A. Aloszyn. Gdyby i tego było mało, to nawet w Centrum Operacji Powietrznych w Polsce, gdzie, jak wiemy, o „wypadku” dowiedziano się dopiero chyba pół godziny „po fakcie”, rozważano czy delegacja nie wyląduje czasem w Witebsku albo w Briańsku (http://www.wprost.pl/ar/215934/Oficerowie-monitorujacy-lot-Tu-154-Witebsk-jest-na-Bialorusi/) (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/briansk-i-okolice.html). Niestety, wątku zapasowych lotnisk nie tykały się za bardzo żadne polskie mainstreamowe media, gdyż przekaz z Kremla i neosowieckich agend typu „MAK”, był taki, iż NIE było żadnego przekierowania, NIE było żadnego przelotu na inne lotniska, a więc NIE ma czego tam szukać.


Pojawia się jednak pytanie: skoro ORGANIZOWANO (vide Bahr i jego współpracownicy) przygotowania do przyjęcia polskiej delegacji i w neo-ZSSR, i na Białorusi (czy też ściślej: w Białoruskiej SSR), to chyba konsultowano je z pilotami, prawda? W jakiż bowiem inny sposób można by przygotowywać ludzi na dole i uruchamiać odpowiednie dyplomatyczne procedury, jeśliby o tychże działaniach nie została powiadomiona załoga (lub załogi)? Gdzie w takim razie są ślady tych rozmów z polskimi pilotami?

24 cze 2011

Diagram





Diagram (wstępnie) opracowany przez blogera 154 – obrażenia ofiar i umiejscowienie tychże ofiar w samolocie - na podstawie tego, co było przekazywane w mediach i przez rodziny ofiar.




Pogoń













Czy ten gość, co się przewraca, to polski dziennikarz czy raczej ruski funkcjonariusz?

Mur





































Jedną z większych ciekawostek architektonicznych Siewiernego jest znikający lub zmieniający rozmiary mur wysokiego budynku widoczny za tym okalającym lotnisko.

Pierwsze telefony

W nawiasach podaję „lokalizację” świadków wedle tego, co oni sami przekazują w danej relacji.


J. Bahr (po dotarciu na pobojowisko): „Uspokoiłem nogi. Powinienem kogoś poinformować. Odruchowo zadzwoniłem do mojej rodziny. Odebrała siostra. Powiedziałem dwa zdania. Że wydarzyła się katastrofa i że to, co widzę, jest przerażające. Usłyszałem jej krzyk. Następny telefon wykonałem do pani Czartoryskiej, mojej sekretarki w ambasadzie.”

http://wyborcza.pl/1,75480,8941828,Startujemy.html?as=5&startsz=x


G. Kwaśniewski (na pobojowisku): „Zacząłem dzwonić do kolegów z BOR w Katyniu. Jeden nie odbiera, drugi nie odbiera. Dodzwoniłem się do mojej żony, która była w Katyniu i grzała się w samochodzie telewizji polskiej. "Nie daj po sobie poznać, spadła tutka, chyba nikt nie przeżył. Znajdź mi kogoś od nas, bo nie mogę się dodzwonić". Potem okazało się, że wszystkie nasze połączenia z tego czasu, z tego miejsca zniknęły z telefonów, zostały wymazane. Nie wiem dlaczego, ani przez kogo.

http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/polska/smolensk--nieznana-relacja-oficera-bor,68588,3


J. Sasin (na cmentarzu w budynku przy wejściu): „Kiedy zamknęliśmy się w muzeum i gdy poprosiłem oficera, aby zorganizował przejazd na lotnisko, postanowiłem zadzwonić do żony. Mimo że wiedziała, że nie lecę samolotem, to obawiałem się, że jak dowie się o wypadku, to będzie zaniepokojona, czy coś mi się nie stało. Powiedziałem jej, że jest jakiś problem, nie wiem, dokładnie jaki, ale że mi się nic nie stało.” („Mgła” s. 44)


J. Sasin (relacja sejmowa – przed cmentarzem w trakcie oczekiwania na zorganizowanie konwoju; 19'46'' materiału): „Trzeci telefon, który wykonałem (po próbach połączenia z Łopińskim i Kasprzyszak – przyp. F.Y.M.) był telefonem do żony mojej informującym o tym, że coś się dzieje i żeby się nie denerwowała, jeśli usłyszy coś w mediach dotyczącego mojej osoby.”


A. Kwiatkowski (w drodze z cmentarza na Siewiernyj): „Na lotnisko jechaliśmy dwadzieścia pięć, trzydzieści minut. Pamiętam, że minister Sasin zadzwonił w tym czasie do swojej matki. Spytałem, po co to robi, przecież poprzedniego dnia informowaliśmy nasze rodziny, że jesteśmy już w Smoleńsku, że wszystko jest w porządku. Jacek powiedział, że nie chciałby, żeby jego mama dostała zawału, jak usłyszy wiadomość o katastrofie. Pomyślałem, że ma rację, i też zadzwoniłem do swojej mamy. Powiedziałem, że wydarzyło się coś strasznego, ale żeby się nie denerwowała, bo żyję i właśnie jadę na lotnisko. Niemal równocześnie odebrałem telefon od mojej żony, która, płacząc, powiedziała mi, że o katastrofie dowiedziała się od Małgosi Wypych. Pytała mnie, czy to prawda, czy tym samolotem leciał Paweł, czy mam jakieś wiadomości na jego temat? Małgosia zadzwoniła do niej, pytając, czy ja leciałem tym samolotem.” (s. 90-01)


M. Wierzchowski (wg jego relacji tuż po telefonie do Sasina; na pobojowisku): „Zadzwoniłem do swojej mamy i odebrał mój tata i powiedziałem: „Słuchaj, jakby się coś w telewizji... to ze mną wszystko w porządku”. No i tyle. I cały czas... płakałem... byłem załamany.” (s. 132)


Osobna kwestia to uspokajające telefony/sms-y dziennikarzy do osób, które sądziły, że i oni „zginęli w katastrofie”. Oczywiście nie ma niczego nadzwyczajnego w tym, że się o tragedii zawiadamia najbliższych – większość jednak przywołanych wyżej wypowiedzi dotyczy także przekazania informacji o tym, że samym dzwoniącym (którzy przecież NIE mieli lecieć z prezydencką delegacją) nic się nie stało.