28 lut 2011

O nieprawdopodobieństwie



Min. A. Macierewicz w Monachium przypomniał, że od 10 Kwietnia było aż 7 katastrof z tupolewem 154m i w żadnej z nich nie doszło do takich zniszczeń, jak te, które widać na Siewiernym (http://gloria.tv/?media=133702). Co więcej, samolot zwykle, bez względu na przyczynę katastrofy, rozpadał się na 3, 4 kawałki - i nie zginęło więcej niż 1/10 ilości osób na pokładzie. Tymczasem na Siewiernym nie ma (poza resztkami) kadłuba, kokpitu, a śródpłacie jest rozerwane na dwie części itd. Samolot, zdaniem Macierewicza, musiał się rozpaść nad ziemią.
Można by roboczo przyjąć takie rozwiązanie i ja sam przez długie miesiące drążyłem właśnie taki scenariusz (biorąc pod uwagę nawet wariant taki, że spowodowano we mgle kolizję z tupolewem (http://freeyourmind.salon24.pl/219683,medytacje-smolenskie)). Pojawiają się tu jednak dwie bardzo poważne wątpliwości. Jeśli samolot zostałby trafiony (zestrzelony) w powietrzu podczas próby podchodzenia do lądowania, to runąłby z wielkim hukiem natychmiast, tworząc lej. Jeśliby zaś wysadzono tupolewa w powietrzu, to wrak i szczątki zostałyby rozrzucone wokół epicentrum wybuchu.

Schemat rozkładu szczątków na Siewiernym (pokazany na zmanipulowanych zdjęciach w „raporcie komisji Burdenki 2”) jest natomiast taki, jakby maszyna twardo przyziemiała i rozpadła się podczas tego manewru. Zwłoki zaś (tu wiarygodnej dokumentacji nie ma żadnej, jedynie niezbyt spójne zeznania świadków (http://freeyourmind.salon24.pl/278778,syrena-ruska)) umiejscowione są w jednym sektorze... bez foteli (M. Wierzchowski twierdzi, że widział... przynajmniej jeden fotel). Zwracam uwagę na kwestię braku fotograficznej, dokładnej (medyczno-sądowej, kryminalistycznej) dokumentacji dotyczącej Siewiernego, właśnie jeśli chodzi o zwłoki, ponieważ taka dokumentacja dostarczyłaby przesłanek, co do przebiegu tragedii oraz przyczyn zgonu ofiar oraz... ewentualnej maskirowki. Ta kwestia braku dokumentacji sygnalizowana jest zresztą w „polskich uwagach do raportu”.

Ale są jeszcze inne kwestie. Na jednym z kadrów z filmu S. Wiśniewskiego widać, że strażak przechodzi obok zupełnie zimnego sporego fragmentu wraku. Czy jest możliwe takie wychłodzenie się części sporej wielkości samolotu, skoro jeszcze chwilę temu cała maszyna była w powietrzu po kilkudziesięciominutowym locie? Nie spadła ona przecież do pokrytego lodem jeziora. Już pomijam fakt, że te szczątki nie płoną ani nie dymią – palą się jedynie jakieś ogniska w okolicy. Albo więc wrak tupolewa pokazany na Siewiernym został błyskawicznie wystudzony przez strażaków (co wydaje się mało prawdopodobne, bo przecież Ruskim zależało na tym, by miejsce wyglądało na „powypadkowe”), albo części zostały tam ulokowane w inny sposób, czyli NIE znalazły się tam w wyniku katastrofy o godz. 8.39/8.41. Ja przynajmniej nie znajduję obecnie innego rozwiązania tego problemu.

To zaś jest tylko wierzchołek góry lodowej. Mamy zmanipulowane zapisy CVR, mamy ogłoszone zagrożenie atakiem terrorystycznym (9 kwietnia o godz. 10-tej wieczorem) na jakiś samolot unijny i (co przecież Macierewicz podkreśla) niesprawdzenie lotniska na Siewiernym przez polskie służby, mamy dziwne roszady na Okęciu rankiem 10 Kwietnia, mamy dyskusje między Siewiernym a innymi ruskimi ośrodkami na temat konieczności odesłania delegacji prezydenckiej na zapasowe lotnisko, mamy też informację na samym Siewiernym, przekazaną czekającym tam polskim dyplomatom, że delegacja została odesłana. No więc te choćby przesłanki nakazałyby jednak poddać w wątpliwość to, co Ruscy usiłują nam od pierwszych minut po „ogłoszeniu katastrofy”, wbić do głowy – a więc, że tam, a nie gdzie indziej, właśnie do katastrofy doszło.
Pragnę jeszcze raz zwrócić uwagę na jedną, najważniejszą rzecz związaną z czekistowską maskirowką: jeśli Ruscy jedynie zainscenizowali katastrofę (a wg mnie wiele na to wskazuje), to osoby badające tragedię smoleńską wyłącznie na podstawie ruskich dowodów, nigdy nie dowiodą żadnego zamachu i nigdy nie dojdą do rzeczywistych przyczyn tragedii. Nigdy. Oczywiście, hipoteza głosząca, że na Siewiernym tylko zainscenizowano katastrofę (po to, by prawdziwy zamach i prawdziwa zbrodnia pozostały tajemnicami), może się okazać fałszywa – problem tylko w tym, że jak na razie coraz więcej znajdujemy przesłanek do jej przyjęcia.

Jeśli jednak min. Macierewicz twierdzi, że jest ona nieprawdopodobna, to powinien wskazać, na ile prawdopodobna jest – biorąc to wszystko, co już wiemy, te wszystkie sprzeczności i znaki zapytania, te brali dowodów, ekspertyz, zapisów itd. – wersja z katastrofą na Siewiernym. Jeśli bowiem argumentem ma być rozpoznanie ciała Prezydenta przez premiera J. Kaczyńskiego, to jest to stanowczo za mało, gdyż jak doskonale wiemy, ciało zabitego Prezydenta mogło zostać na Sewiernyj dostarczone z innego miejsca. To zaś, że doszło wcześniej do telefonów i Prezydenta, i p. Tomaszewskiej i p. Deptuły, wcale nie kłóci się z hipotezą maskirowki. Katastrofę ogłoszono o godz. 8.56 – od godz. 8.20, kiedy były te dwa pierwsze telefony (pora ostatniego jest nieokreślona) jest więc 36 minut. Czy mamy dane dotyczące miejsc, z których telefonowano? Czy mamy bilingi wszystkich telefonów, za pomocą których łączono się z Polską 10 Kwietnia w czasie tragedii?

Gdyby mi ktoś powiedział 9 kwietnia, że następnego dnia będzie drugi Katyń, też bym powiedział, że to nieprawdopodobne, a nawet niemożliwe. Nie mówmy więc p tym, gdy ten drugi Katyń jest od 10 m-cy historycznym faktem, o tym, co nieprawdopodobne, tylko badajmy sprawę, jak bardzo mroczna i tragiczna by ona nie była.



http://gloria.tv/?media=133702
http://www.youtube.com/watch?v=iQ_5PrVDl9g
http://vimeo.com/19046104 (uwaga zdjęcia drastyczne związane z katastrofami lotniczymi w Irkucku; tu widać jak dymią części rozwalonego samolotu)
http://freeyourmind.salon24.pl/281797,oko-zaby-3

25 lut 2011

Oko żaby 3

Z obszernych zeznań S. Wiśniewskiego (w skrócie SW) przed parlamentarnym zespołem A. Macierewicza wyłania się następujący obraz, moim zdaniem, niezwykle ważny z punktu widzenia obywatelskiego, niezależnego śledztwa dotyczącego zamachu przeprowadzonego na polskiej delegacji w dn. 10 Kwietnia. Proszę to, co napiszę poniżej, przeczytać bardzo uważnie.


Po pierwsze, SW ani przez chwilę nie miał świadomości, że „zdarzenie” z godz. 8.38-8.48 (tego czasu, a dokładniej 11-tu minut „zdarzenia” nie uchwyciła kamera SW) dotyczy polskiego tu-154m z delegacją prezydencką.


Po drugie, SW był przekonany (jeśli nie: pewny), że doszło do katastrofy małego, wojskowego samolotu (jeśli nie... śmigłowca; 101' materiału (http://www.polityczni.pl/smolensk,audio,51,5708.html)) i z tego powodu wzdragał się przed wyjściem i sfilmowaniem „zdarzenia” na ruskim, wojskowym lotnisku („Wolę być żywym tchórzem niż martwym bohaterem”, „a jak mnie odstrzelą albo coś”, „człowiek dostaje usztywnienia”, „a jak mi coś się stanie”, planowanie „drogi ucieczki”, przygotowywanie zapasowych materiałów, „rutyna” itd.). Powiedział zresztą wprost, że gdyby wiedział, że to katastrofa z polską delegacją, to „usiadłby i płakał”, „nawet kamery bym do ręki nie wziął”. Mały słup dymu, niewielki ogień itd.


Po trzecie (i najważniejsze), SW nawet przybywszy na pobojowisko, obszedłszy je, obejrzawszy i sfilmowawszy szczątki samolotu, NIE miał świadomości, że to wrak tego statku powietrznego, którym leciała prezydencka delegacja. („Prawie żadnego ognia” i brak zniszczeń w okolicy, a „powinny być zniszczenia na 200 metrach” przynajmniej, jeśliby spadł samolot z dziesięcioma tonami paliwa – tłumaczył w sejmie, odwołując się do swoich wspomnień z Lasu Kabackiego).


Po czwarte, SW NIE miał świadomości, że doszło do katastrofy „prezydenckiego” samolotu, nawet gdy montażystę zwinęło FSB, FSO z Grzegorzem Cyganowskim z polskiej ambasady na czele (ten ostatni już 10 Kwietnia powinien zostać zatrzymany przez polską prokuraturę, a jak znam życie, do tej pory pewnie nawet nie składał zeznań; może nawet spokojnie pełni swoje odpowiedzialne funkcje nadal w ambasadzie?).


Po piąte, SW dopiero będąc przetrzymywanym przez Rusków w aucie miał od znajomej z Polski otrzymać sms-a, który „uświadomił mu”, co się stało, czyli, co SW nie tak dawno „mógł widzieć” na pobojowisku. Tu zresztą intrygujący, ale nie przedstawiony szczegółowo epizod z W. Baterem (mam nadzieję, że ten dziennikarz, skoro tak szybko 10 Kwietnia dowiedział się o „zdarzeniu”, także zostanie dokładnie przesłuchany przez zespół Macierewicza), z którym SW miał zamienić parę zdań po wyjściu z ruskiego samochodu.


Po szóste, SW z wyrozumiałością podszedł do ruskiej opieszałości, jeśli chodzi o akcję ratunkową. Jego zdaniem bowiem służby medyczne już przed swoim przyjazdem musiały wiedzieć (tzn. zostać uprzedzone), że „coś się stało potwornego”; „wiedzieli, jaki to samolot się rozbił” i że „nie było już do czego się spieszyć”. Jest to o tyle ciekawe spostrzeżenie, że zarazem sam SW przyznał, iż „karetki nie miały szans podjechania, bo nie ma drogi bitej” (na pobojowisko), a zatem, że służby medyczne nie mogły sprawdzić tego, do jak wielkiej doszło tragedii. Co więcej, w takiej sytuacji (tj. gdy nie można autami dotrzeć na miejsce katastrofy z udziałem blisko stu osób), to narzucającym się logistycznym rozwiązaniem byłoby natychmiastowe wysłanie śmigłowców ratunkowych – czego, jak wiemy, wcale nie uczyniono.


Po siódme, SW sądził, że... delegacja prezydencka wylądowała i gdzieś odleciała godzinę wcześniej (58' materiału). Wrak, jego zdaniem wyglądał, jakby pusty samolot uległ zniszczeniu, stąd też brak nerwowości u strażaków nie wydał się SW podejrzany czy niepokojący.


Po ósme, SW wielokrotnie powtarzał, że (ów niewielki, wojskowy, nieznaczny) samolot spadał.


Jednocześnie SW, nie proszony przez nikogo i nawet nie prowokowany do tego pytaniami, z wyjątkową starannością zajął się - powołując się na wojskowych fachowców - rozmaitymi dementi, które przy różnych okazjach wczorajszego przesłuchania, wygłosił. Zdementował, by była sztuczna mgła, zdementował, by za spotkania Tuska-Putina zainstalowano specjalną aparaturę (choć go tam wtedy na lotnisku nie było!), zdementował meaconing (nie użył tego słowa, lecz dokładnie mówił o możliwych zakłóceniach komórek, Sieci i innej aparatury), zdementował nawet pogłoskę o jeżdżeniu karetek bez sygnału.


A. Macierewicz tę najważniejszą chwilę w hotelu, gdzie był SW i gdzie pojawili się „smoleńscy blacharze”, skomentował tak: „słyszy pan huk samolotu, widzi pan słup ognia i sprawdza pan, co się nagrało (w kamerze – przyp. F.Y.M.), to jasne”. Nawiązywał w ten sposób do tego, że od dwóch godzin SW miał włączoną kamerę i czatował na przylot delegacji, ale akurat w chwili „zero”, nie tylko kamerę wyłączył, ale i zaczął sprawdzać, jakby to było najważniejsze. SW przeszedł nad tym niezwykłym faktem do porządku dziennego, ubolewając, że pierwszy raz w życiu wyłączył kamerę przed czasem. (Siedział sobie zresztą wyluzowany na przesłuchaniu sejmowym, mając nogi swobodnie wypuszczone pod stołem i co chwilę sypiąc uprzejmymi uwagami, a nawet zabawnymi powiedzonkami.)


No ale to nie było przed czasem, bo 11 minut później SW kręci film swojego życia, czyli relację z Siewiernego. Czy jednak nakręcił tam film dokumentujący katastrofę polskiego samolotu z delegacją prezydencką? Sam SW o tym nie wiedział, dopóki mu koleżanka z Polski sms-em sprawy nie wyjaśniła.


Można by tu mówić o tzw. refleksie szachisty, choć zdawałoby się, że szachownica na zabłoconym stateczniku, pokazana na całym świecie, wyjaśniała wszystko i nie mogła budzić niczyich wątpliwości. „Z Rosjanami nie ma dyskusji”, parokrotnie przypomniał SW, pewnie dlatego nie dyskutowano 10 Kwietnia z tym, że na Siewiernym doszło do katastrofy z udziałem polskiej delegacji. Nie dyskutowano też z tym, że komunikat „wsie pogibli” przekazano stronie polskiej, zanim ktokolwiek policzył zwłoki.



http://www.polityczni.pl/smolensk,audio,51,5708.html

24 lut 2011

Efekt motyla

Wydaje się, że największą „zagadką smoleńską” jest czas. Nie chodzi tylko o to, że sami świadkowie mają problemy z dokładnym ustaleniem wydarzeń, lecz także oficjalne instytucje, które powinny mieć zupełnie precyzyjne dane, mają z tym problem. Zagadkę tę usiłuje rozwikłać już od dłuższego czasu kilkoro blogerów (arturb, intheclouds, MMariola, Markowski), lecz wciąż dalecy są od ostatecznych rozstrzygnięć. Dlaczego czas jest taki ważny? Dlatego, że zmiana parametrów czasowych pozwala kontrolować przebieg zamachu oraz (ex post) uruchomić akcję dezinformacyjną pn. „wypadek”.


Zacznijmy od Okęcia. Wiemy, że osoby zaproszone do uczestniczenia w uroczystościach miały tam się zacząć stawiać 10 Kwietnia już o 4 rano. Tymczasem wylot, wedle danych komisji Millera, miał nastąpić niemal 3 i pół godziny później. P. Świąder twierdzi, że był na lotnisku nawet „przed 4 rano”, gdyż mieli odlatywać o 5-tej (http://www.rmf24.pl/opinie/komentarze/pawel-swiader/news-pawel-swiader-boje-sie-powrotu-do-polski,nId,272706). „Dopiero na Okęciu okazało się, że dziennikarze mają lecieć Jakiem, a dopiero godzinę po nas wystartuje Tupolew.” I dopiero na Okęciu, tzn. „tuż przed startem”, jak podaje Świąder, wręczono dziennikarzom książeczkę dotyczącą uroczystości.


Nietrudno więc się domyślić, że wcześniejszy scenariusz był inny, skoro dziennikarze byli zaskoczeni. Na Okęciu rano zaczęły zachodzić dziwne roszady. Jak pamiętamy, dziennikarzy nie tylko nie wsadzono do tupolewa, lecz i po wsadzeniu do jaka-40 grzecznie przeproszono i skierowano do innego jaka-40, podczas gdy, jak twierdzi Świąder, jeszcze trzeci jak-40 czekał w hangarze. Były zatem na warszawskim lotnisku trzy jaki-40 i jeden tupolew. Ciężko uwierzyć, by którykolwiek z nich był przed wylotem polskiej delegacji na tak ważne uroczystości niesprawdzony i niesprawny. Przesiadka dziennikarzy musiała mieć zatem związek z innymi względami aniżeli „brak miejsc w tupolewie”. Po wylocie dziennikarzy nie wiemy niestety dokładnie, co się działo na Okęciu. Dziennikarze przylatują na Siewiernyj i „po godzinie” (relacja Świądra) są w Katyniu – odległym od Smoleńska zaledwie o kilkanaście km.


Teraz kwestia jaka-40. Miał on wylecieć koło 5.30 a wylądować koło 7.20, dlaczego więc blisko godzinę później, tj. o 8.25 (wg ruskiego „oficjalnego” czasu 10:25) miałby drugi pilot tu-154m pytać: „A wyście wylądowali już?” Czy takie pytanie nie byłoby właściwsze o... 7.25 (http://MMariola.salon24.pl/279373,strefa-czasowa-czas-letni-czas-zimowy#comment_3999679)?


„– Rządowe maszyny mają kilka różnych radiostacji, które umożliwiają zarówno łączność z krajem, jak i innymi statkami powietrznymi. Wystarczy ustawić odpowiednią częstotliwość – wyjaśnia Andrzej Kiński, redaktor naczelny „Nowej Techniki Wojskowej”. – Nie dziwi mnie więc, że załogi dwóch samolotów z tego samego pułku, lecąc w to samo miejsce, wymieniały się informacjami.


Jak ustaliła „Rz”, załogi rozmawiały, gdy prezydencki tupolew był w powietrzu, a jak-40 już wylądował na pasie lotniska i następnie z niego odkołował.


Rozmówcy „Rz” twierdzą, że kontakt urwał się 10 minut przed katastrofą Tu-154, która wydarzyła się o godz. 8.56. O czym rozmawiały załogi obu maszyn? Piloci jaka przekazywali kolegom informacje o pogodzie w Smoleńsku. Mówili, że z minuty na minutę się pogarsza – twierdzą nasi informatorzy. Dodają, że załoga samolotu, który już wylądował, ostrzegała kolegów szczególnie przed gęstniejącą mgłą”,


podawała „Rz” kilka dni po „wypadku” (tj. 23 kwietnia 2010), co sugerowałoby, że kontakt między załogami trwał do 8.46, tymczasem wiemy, że ostatni komunikat przekazany przez „Remka”, pojawia się (wedle „stenogramów” CVR) o 8:37.


Rozmowa między polskimi załogami jest jednym z najważniejszych elementów pozwalających ułożyć smoleńskie puzzle, problem tylko w tym, że ktoś wyjątkowo mądry wpadł na to, by zapisy CVR jaka-40 z 10 Kwietnia uległy skasowaniu podczas drogi powrotnej do Polski. Nie wiem, czy to była inicjatywa samej załogi jaka-40, czy ktoś z „wyższych sfer” życzliwie doradził załodze, by nie zawracała sobie gitary tym CVR-em. Bezcenny doprawdy dowód uległ w ten sposób zniszczeniu, a sprawa jest przecież o tyle poważna, że bez tego dowodu nie sposób umiejscowić w czasie właśnie tej rozmowy. Trudne jest więc także ustalenie, czy i w jaki sposób Ruscy dokonali nowej „parametryzacji” czasu w urządzeniach (i na wieży, i tych przypisanych do tupolewa).


Dialogu jak-40-tu-154m nie słychać w zapisach rozmów „wieży” na Siewiernym. Oczywiście można ten fenomen tłumaczyć sobie w ten sposób, że Polacy porozumiewają się na częstotliwości 123,45 w przeciwieństwie do częstotliwości 124,0 używanej przez „Korsaż-a” i załogę tutki, ale przynajmniej w dwóch miejscach, tj. o godz. 8:24:16 („oficjalna” ruska 10:24:16) „Rafał” z jaka-40 zgłasza się poza tą częstotliwością – podobnie „Remek” o godz. 8:37 informujący o widoczności 200 m:


Tak, to jest ostatnie, co w ogóle przez nasze radio do nich wyszło. Nawet nie przechodziłem już na częstotliwość 123,45, która jest taką umowną częstotliwością do pogaduch, zwykle nieokupowaną przez jakiś radar, czy kogoś, kto prowadzi.


(http://www.tvn24.pl/1,1663248,druk.html).



Stenogramy z „wieży” nie tylko nie uwzględniają 1) korespondencji między jakiem-40 a tupolewem, ale też 2) nie obejmują słynnej wymiany zdań dotyczącej „zrzutu”, a przecież powinna być tam słyszalna, skoro samolot (samoloty?) jest (są?) w pobliskiej przestrzeni powietrznej. Po trzecie, stenogramy te pomijają część wypowiedzi załogi tu-154m, które zapisane są na „kopiach zapisów” CVR w ostatnich chwilach „przed wypadkiem”. Po czwarte, jak pamiętamy z relacji Plusnina, „oni nie kwitowali”, a nawet urwała się z nimi (tj. Polakami) łączność w końcowej fazie lotu. Po piąte, o czym już w postach wspominałem, tu-154m dwukrotnie znika z radarów na Siewiernym, co dla „ruskich szympansów” nie stanowi większego problemu. Znika też z radarów jak-40 (o godz. 8:55:38 „Kudat etot Polskij propał?”).


Można więc zasadnie podejrzewać, iż stenogramy z „wieży” to materiał spreparowany, a nie rzetelny i być może z tego właśnie powodu pozwolono go Polakom „metodą chałupniczą” przegrać. Do wniosku dot. spreparowania skłania też analiza wypowiedzi technika pokładowego jaka-40, który miał twierdzić, że „kontrolerzy” zachęcali załogi jaka-40, iła-76 oraz tu-154m do schodzenia do wysokości 50 m (w stenogramach jest 120 m w przypadku iła-76 oraz 100 m w przypadku tupolewa) oraz że Wosztyl zrazu nie mógł się dogadać z kontrolerem i prosił o powtarzanie komunikatów (tego także nie ma w stenogramach, aczkolwiek padają tam wypowiedzi, że Polacy z jaka-40 nie odpowiadają (8:59:19: „Ja jemu skazał, on nie gawarit”)).


Zwróćmy jednak uwagę na ten, moim zdaniem, bardzo ważny fragment korespondencji między wieżą a „kontrolą” (wytłuszczenia pochodzą ode mnie):


08:39:14 (czyli 6:39 pol. czasu) KL – Podpowiedzcie proszę, macie jakieś informacje na temat Polaków, co?

08:39:20 KL – A zapiszcie taki oto telefon: 231-56-93, to główne centrum Kierowania Ruchem Lotniczym, tam powinni wiedzieć wyleciał, czy nie wyleciał. (na Siewiernym nie ma więc do tej pory jeszcze informacji o wylocie polskiej delegacji - przyp. F.Y.M.)

08:39:36 KL – Zadzwońcie tutaj (niezrozumiałe)

08:42:06 KL – Podpułkownik Plusnin.

08:42:08 KL – Tak.

08:42:10 KL – A jeszcze nie wylatywali?

08:42:16 KL – Jasne.

08:43:13 KL – Odpowiedział/odpowiedziałem.

08:43:15 Dyspozytor – 8:33 Frołow, z Wnukowa.

08:43:19 KL – Zrozumiałem.

08:44:14 A (nierozpoznany) – Zapytałem go o to samo (niezr.).

08:45:42 A – (niezr.)

08:46:00 A – (niezr.)

08:46:08 A – Słucham.

08:46:09 KL – Tak, póki co jest informacja, że tylko IŁ leci. Innych informacji nie ma. Gdzieś dwadzieścia po dziewiątej.

08:46:33 A – A? (Co?)

08:46:41 KL – Bóg wie kiedy. Może zaspał, dziś przecież jest sobota. Pomyślał i powiedział, jaka różnica godzinkę wcześniej, godzinkę później, a może w ogóle (niezr.).”


Coś tu ewidentnie nie gra. Siewiernyj ma być docelowym lotniskiem, a tymczasem, jeśliby wierzyć tej wymianie zdań, „wieża” nie otrzymuje informacji o wylotach (mimo że na Okęciu trwa już krzątanina od 2 i pół godziny). Co więcej, szczątkowe wieści, jakie docierają do Siewiernego, wskazują, że i tak nic konkretnego o czasie wylotów nie wiadomo - „jedna godzina wcześniej, godzinkę później, a może w ogóle”, a to ma niby być za piętnaście siódma polskiego czasu, czyli gdy jak-40 z dziennikarzami wyleciał o godz. 5.30. Na tym nie koniec. Niedługo później, co wynika z tychże stenogramów z „wieży”, załoga jaka-40 zgłasza przecież swoje dochodzenie do ASKIL (godz. 8:52), a Plusnin łączy się z nią, pytając, czy wzywała „Korsaż-a”.


Chwilę wcześniej, na co już zwracano w blogosferze uwagę (http://freeyourmind.salon24.pl/277507,dziwne-szpule-2), odbywa się taka zaskakująca wymiana zdań:


08:50:09 (czyli 6:50 pol. czasu)) Dyspozytor/Kontroler Obszaru – Pawle Waleriewiczu, za 55 minut na ASKIL pierwszy Polak 0-31 PLF.

08:50:16 KL – Zrozumiałem.

08:50:17 D - Spytaj go, czy strefa zezwoliła go nam przejąć?

08:50:20 KL – Zrozumiałem.”


Za 55 minut to nie za 5 minut ani tym bardziej za 2 minuty, w ciągu których do ASKIL podchodzi jak-40 z dziennikarzami. Czy więc nie jest to informacja o tym, że w końcu (tj. po dotychczasowych sprzecznych doniesieniach) wystartował „prezydencki” jak-40? Jeśli jak-40 Wosztyla pokonał trasę z W-wy do ASKIL w 82 minuty (5.30-6.22), to zakładając podobną prędkość w przypadku „prezydenckiego” jaka-40 i biorąc pod uwagę tę podaną wyżej porę „za 55 minut od 8.50”, tj. 9.45 (czyli 7.45 polskiego czasu), to ów drugi jak-40 miałby start z Okęcia o godz. 6.50. To zaś całkowicie zgadzałoby się z tym, co twierdził Paszkowski przekazujący tej treści informację do mediów już w okolicach 9-tej.


Przypomnę za blogerem AlanPolish, który spisał to, co na żywo relacjonował od godz. 9.19 10 Kwietnia J. Kuźniar na antenie TVN24 (http://lubczasopismo.salon24.pl/katastrofa/post/221234,oficjalne-rozporzadzenie):


Wiadomość sprzed chwili dosłownie, mamy informację bardzo ogólne o tym, że były kłopoty z lądowaniem Prezydenckiego samolotu JAK 40 na lotnisku w Smoleńsku. Polska delegacja z osobami, które wspólnie z Panem Prezydentem leciały do lasy katyńskiego na obchody 70 rocznicy zbrodni katyńskiej wyleciały z Polski o godz 6.50 (…) Według tego oficjalnego Rozporządzenia to był JAK 40.... (…) Samolot Prezydencki JAK 40 który wystartował z Warszawy o 6.50 z wojskowego Okęcia nie wylądował, nie przyziemił...


(...)


I przed sekundą dosłownie otrzymałem informację od rzecznika sz... rzecznika polskiej dyplomacji, rzecznika MSZ-u, Pana Piotra Paszkowskiego, który potwierdził, że prezydencki samolot JAK 40 rozbił się niedaleko lotniska wojskowego w Smoleńsku. JAK 40 rozbił się niedaleko wojskowego lotniska w Smoleńsku... (…) Przypomnę raz jeszcze: informacja sprzed kilku sekund dosłownie: rzecznik MSZ-u Pan Piotr Paszkowski potwierdza w rozmowie z TVN24 że według wstępnych informacji prezydencki samolot JAK 40 którym Prezydencka Para, prezydencka delegacja leciała na 70 rocznicę zbrodni katyńskiej, rozbił się podchodząc do lądowania niedaleko wojskowego lotniska w Smoleńsku. Mamy dwa źródła REUTERS i rzecznik MSZ-u: Prezydencki JAK 40 rozbił się niedaleko lotniska, na lotnisku w Smoleńsku. Ta informacja dotarła do nas około godziny 9-tej. Nie chcieliśmy jej Państwu podawać bo nie mieliśmy żadnych sprawdzonych informacji. Nie robimy tego nigdy.


Teraz mamy potwierdzenia z 2 źródeł z agencja Reutera na którą powołuje się także Polska Agencja Prasowa i od rzecznika MSZ-u Piotra Paszkowskiego: maszyna polska Rzeczpospolitej Polskiej JAK 40 z Prezydencką Parą z innymi gośćmi których Para Prezydencka zabrała na pokład i leciała do Katynia na uroczystości 70 rocznicy zbrodni katyńskiej, rozbił się niedaleko wojskowego lotniska w Smoleńsku. (…) 2 źródła potwierdzają, agencja Reutera i rzecznik MSZ: maszyna JAK 40 (...) rozbiła się niedaleko lotniska w Smoleńsku.... (…) Przypomnę Państwu informację sprzed chwili, potwierdzoną już informację, która dotarła do nas około godz 9ej, ale nie było oficjalnego TAK POTWIERDZAM. Teraz już wiemy: rządowy JAK 40 z Prezydencką Parą, z gośćmi Pary Prezydenckiej rozbił się niedaleko Smoleńska.


No i w tym momencie, tj. po wydeklamowaniu wiele razy frazy „prezydencki jak-40”, zaczynają się schody, które odkrywa sam Kuźniar na antenie. Trzyma bowiem w ręku (podaną pewnie przez kogoś ze studia) „książeczkę” dotyczącą obchodów i popada w konsternację:


Wiemy, że... Chociaż ja nie chcę spekulować... bo w tej oficjalnej rozpisce programu udziału Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej jest napisane: (…) o 6.50 ta maszyna w... s... wspólnie z Prezydentem Lechem Kaczyńskim i małżonką, którzy przyjechali jako ostatni na Okęcie miała wystartować i o 7 ten samolot wystartował... y... w... s... wystartował... y... w... w tej rozpisce jest też taka... y... yhm... nie wiem właśnie czy mylna, nie... nie... nie... nie.... nie potwierdzona wiadomość, że o 7 wystartował także Tupolew z Prezydentem Lechem Kaczyńskim, małżonką do Smoleńska...


Jak wiemy zaś z dalszych medialnych doniesień z 10 Kwietnia, ta „autokorekta” Kuźniara wcale nie jest poprawna, gdyż potem zostają zdementowane i informacje o wylocie „prezydenckiego jaka-40”, i o wylocie o godz. 6.50, i o wylocie o godz. 7.00 - wszak „prezydencki tupolew” ma lecieć dopiero o 7.27.


Skąd ten narastający problem z czasem i te nieustające zmiany wydarzeń z przeszłości, niemalże jak na filmie „Efekt motyla”? Przede wszystkim stąd, że pierwsze informacje o „zdarzeniu” pochodzą sprzed godz. 9-tej polskiego czasu. Kuźniar podaje na antenie, że wtedy właśnie dostali wiadomość, zaś niedługo po 9-tej w PolsatNews przekazana jest informacja o „awarii” polskiego samolotu. Nie muszę dodawać, że skoro katastrofa oficjalnie wydarzyła się o 8.56 (wg ruskiego czasu 10:56), to trochę za szybko jak na przekaz medialny, prawda? Zaczyna się więc medialna „podróż w czasie” i godzina „zdarzenia” zaczyna się przesuwać wstecz. Ale do której w końcu?


S. Wiśniewski zeznając dziś przed „komisją Macierewicza”, jak to w mainstreamie przechrzczono zespół parlamentarny badający tragedię smoleńską, odsłania jeszcze bardziej zagadkowy obraz tego, co się działo w okolicach Siewiernego. Ma on wprawdzie od dwóch godzin włączoną w hotelu kamerę, by zarejestrować przylot prezydenckiej delegacji, ale jakimsik cudem w okolicach tego przylotu, tj. niedługo po 8.30, pojawiają się „na dachu” jacyś „pracownicy”, tudzież „robotnicy”, przestawiając jakieś „blachy”, zaś polski montażysta w trosce o kamerę wyłącza ją „na dwie minuty” przed „zdarzeniem”, czyli o 8.37/8.38.


Okazuje się więc, że nawet jednego drobnego dźwięku „zdarzenia” nie ma na bezcennych materiałach Wiśniewskiego. „Zdarzenie” słyszane jest przez niego, ale reakcja samego montażysty jest zgoła inna niż ta, którą przedstawiał w swych głośnych wywiadach z 10 Kwietnia. Wiśniewski słyszy jakieś dźwięki, ale wcale się nie spieszy z tym, by wystawić kamerę i filmować dalej. Wpada w nastrój wprost refleksyjny: „widzę, słucham, zastanawiam się, o co chodzi”. A o co mogłoby chodzić, skoro na chwilę przylotu prezydenckiej delegacji miał facet czekać aż dwie godziny ze swoją kamerą wystawioną w oknie, niemalże jak astronom amator na powrót komety Halleya? Potem dopiero, jak Wiśniewski stwierdza, uruchamia się u niego „mechanizm dokumentalisty”. Zmienia kasetę, sprawdza, czy kamera nagrywa, ubiera się i schodzi kręcić swój legendarny materiał na pobojowisku. Zastrzega jednak, że do strefy zero nie dotarł, tylko do strefy „technicznej”. Domyślamy się, że o strefie zero dowiedział się już od życzliwych ruskich oficerów. Czy jest tu jakaś gorączkowa gonitwa? Nie wygląda na to. Jeśli więc spokojnym krokiem dociera on na pobojowisko, gdzie filmuje o godz. 8.50, to co tam się dzieje przez dwadzieścia kilka minut od „zdarzenia”? Podejrzewam, że nic.


Jak wiemy, w ramach podróży wehikułem czasu i w wyniku efektu motyla, katastrofa zostaje czasowo umiejscowiona w okolicach godz. 8.40/8.41, czyli 10.40/10.41 ruskiego czasu. Tymczasem na ruskim forum motoryzacyjnym pojawiają się relacje o „zdarzeniu” już od 10.25 (http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100429&typ=po&id=po22.txt). Trudno więc byłoby podejrzewać, iż internauci wiedzą o „zdarzeniu” i deliberują na jego temat, zanim do „zdarzenia” doszło. Czy zatem godz. 10.40/10.41 jest właściwa, czy też w toku dalszych badań nastąpi jeszcze jeden skok w czasie?


Z zeznań „Remka” wynika, że nikt z załogi jaka-40 nie słyszał korespondencji między załogą tu-154m a „Korsaż-em” od godz. 8.37. O tej samej więc godzinie (koincydencja chyba zupełnie losowa) Wiśniewski wyłącza kamerę, zaś cała załoga jaka-40 czeka na lotnisku i nasłuchuje. Co było dalej, wiemy, bo wielokrotnie było to analizowane.


Tymczasem o 8.20 śp. Prezydent dzwoni do swego brata. Rozmowa trwa bardzo krótko (wcześniejszy telefon jest o 6-tej). Nie wiemy dokładnie, o której zadzwonili ludzie Sikorskiego (i sam Sikorski), ale JK twierdzi, że było to niedługo później. Kwadrans? Dwadzieścia minut? Załóżmy optymistycznie, że pół godziny, czyli nieco wcześniej, zanim Paszkowski zawiadomił nieoficjalnie media. No ale skąd od razu ta wiadomość „wsie pogibli”, kiedy jeszcze nie zostało zbadane pobojowisko? Skąd już wtedy wiedziano w MSZ-ie, że wszyscy zginęli, jeśli dopiero o 9.41 pojawia się oficjalna ruska informacja o śmierci 87 osób?


Może stąd, że tragedia nastąpiła w innym czasie niż 8.40/8.41 i miała inny przebieg? Oczywiście o miejscu i przebiegu tragedii musieli wiedzieć czekiści, bo „polskiej stronie” przekazano już wersję „wypadkową”.


http://wirtualnapolonia.com/2010/07/14/prawde-o-smolensku-musi-uslyszec-polska-i-caly-swiat/

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100617&typ=po&id=po11.txt (analiza stenogramów CVR)

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100617&typ=po&id=po01.txt (polscy piloci o stenogramach CVR i o „niestandardowej taśmie” na dziwnej szpuli)

http://clouds.salon24.pl/227577,bedzie-nastepna-tragedia-oni-chca-go-zestrzelic (wywiad z J. Tomaszewskim, krewnym JK i LK)

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100429&typ=po&id=po22.txt (ruscy internauci na forum motoryzacyjnym)

http://www.naszdziennik.pl/zasoby/raport-mak/raport_polski.pdf ,

http://www.tvn24.pl/-2,1689277,0,1,niech-pan-zapyta-szefa--co-bedziemy-robili,wiadomosc.html

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100729&typ=po&id=po01.txt (wywiad z Amielinem, „głównym rekonstruktorem” zdarzeń poruszającym się wehikułem czasu trzy dni po „wypadku”)

http://www.mak.ru/russian/investigations/2010/files/tu154m_101/open_micr.pdf (ruskie stenogramy z wieży)

http://www.tvn24.pl/1,1663248,druk.html wywiad z R. Musiem z Jaka

http://www.rp.pl/artykul/2,465837_Jak_40_ostrzegal_przed_mgla.html

http://mmariola.salon24.pl/279373,strefa-czasowa-czas-letni-czas-zimowy

http://fakty.interia.pl/raport/lech-kaczynski-nie-zyje/news/odpowiedz-rosjan-zapis-rozmow-z-wiezy,1584993,3

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,page,2,title,Ktos-namieszal-ws-nieznanych-nagran-ze-Smolenska,wid,13163957,wiadomosc.html

http://www.rmf24.pl/raport-lech-kaczynski-nie-zyje-2/kaczynski-fakty/news-tragedia-w-smolensku-podsumowanie-wydarzen-z-soboty,nId,271978

http://www.tvn24.pl/0,1657219,0,1,mowilismy-uwazajcie-strasznie-potem-slyszalem-trzask-i-huk,wiadomosc.html

23 lut 2011

Dziwne szpule 3

Gdy się słucha „kopii zapisów CVR” tupolewa, to poza buczeniem ruskiego prądu rzuca się w uszy jeszcze jedna dziwna rzecz – głos śp. mjr. A. Protasiuka prawie w ogóle nie jest słyszalny, w przeciwieństwie np. do głosu „kontrolera” czy nawet innych głosów w kokpicie. Gdyby tak słabym głosem odzywał się dowódca statku, to chyba nikt by jego komunikatów nie mógł wychwycić w kokpicie, sądzę więc, że ów efekt wyciszenia jest rezultatem pracy „realizatora dźwięku”, który obrabiał skrawaniem zawartość rejestratorów, zwłaszcza że rozmowy przez długi czas toczą się spokojnie, a więc bez przekrzykiwania maszyn.


A że do takiej obróbki doszło to więcej niż pewne, skoro ruska taśma nagrała bonusowo ok. 40 minut lotu, a nie 30. To oczywiście absolutny przypadek i nikt nie podejrzewa, żeby „oryginalne nagranie” miało 50 min. lub nawet 60 i stanowiło np. kompilację różnych zapisów różnych kanałów z różnych lotów.


Zadałem sobie zatem, nie podejrzewając, rzecz jasna, braci Moskali, o żadne manipulacje dowodami, trud ponownego przeanalizowania ruskiego „konferencyjnego” materiału (http://www.youtube.com/watch?v=XR6Xg_hJjA4&feature=player_embedded) i tak mi się wydaje, że w 11'08'' słychać „pyknięcie”, jakby po ponownym włączeniu zapisu (każdy, kto miał do czynienia z magnetofonem szpulowym i nagrywaniem na taśmę magnetyczną, wie, o co mi chodzi) – może to być też pyknięcie związane z użyciem jakiegoś przełącznika w kokpicie. Tak czy tak po nim pada (anonimowa) i sprawiająca wrażenie ewidentnie uciętej, wypowiedź:


W Moskwie” (10:27:31)


a po niej, wedle polskiej rekonstrukcji: „Nie da się bliżej?” (10:27:32) (jak na moje ucho, to tam pada jakieś inne zdanie, a potem pojawia się śmiech).

Te wypowiedzi o tyle są zaskakujące w ruskiej „rekonstrukcji” (w której jest wiele niespójnych zupełnie fragmentów, tak jakby ludzie rozmawiali, nie słysząc się lub ignorując się nawzajem), że... nie ma ich w stenogramach (http://www.naszdziennik.pl/tu154m.pdf, s. 23), są tam zakwalifikowane do „niezr.”, a zrekonstruowali je specjaliści współpracujący z komisją Millera (http://www.tvn24.pl/-2,1689277,0,1,niech-pan-zapyta-szefa--co-bedziemy-robili,wiadomosc.html)). Gdyby Ruscy byli tak skrupulatni, że chcieliby uwzględnić wszystkie zrekonstruowane przez polską stronę wypowiedzi, to ich „rekonstrukcja” zaprezentowana na „konferencji MAK” wyglądałaby nieco inaczej (choćby pod względem skali załgania). Ale też nie możemy od kremlinów wymagać zbyt wiele, bo oni posługują się tzw. czekistowskim kryterium prawdy.


Jak na moje ucho to ta wspomniana wyżej fraza brzmi „...i w Moskwie”, i stanowi końcówkę czyjejś wypowiedzi (proszę fragment sobie odtworzyć parokrotnie – intonacja opada w tym zdaniu, jakby zawierało ono jeszcze jakieś wypowiedziane wyrazy; może lordJim wytnie materiał od 11'05'' do 11'15'' i wklei ;)). Oczywiście mogę być przewrażliwiony i nadmiernie wsłuchiwać się w jakiś arbitralnie wyróżniony kawałek rozmów, jednakże, podkreślam, wtedy (tj. w okolicy godz. 10:29) mogła zapaść decyzja o odejściu na zapasowe lotnisko.


Na tym materiale 11'35/11'36 słychać zaraz po „Artur, jesteś tam jeszcze?” najpierw komunikat jednego ruskiego pilota: „Zakończyłem zrzut. Zniżanie na wschód” i – sądząc po stopniu zniekształcenia głosu – odpowiedź innego ruskiego pilota (czy zarazem z innego samolotu?), gdyż jest to inny głos: „Pozwolili” (11'42''). Ta zagadkowa wymiana zdań nie występuje na „stenogramach z wieży”, choć przecież wieża musi słyszeć komunikaty samolotów znajdujących się w pobliskiej przestrzeni powietrznej.


O 13'25'' materiału wcina się ze swoimi „wykładami rzeczy” ruski lektor. Po rozmowie polskich załóg wtrąca on swoje ważne trzy słowa na temat 1) znakomitego i rozsądnego pilota iła-76, który mimo doskonałej znajomości lotniska, zdecydował się odejść na lotnisko zapasowe w przeciwieństwie do polskiej załogi, która, jak doda on za chwilę (14'41''), popada w coraz gorszy stan psychiczny z powodu 2) braku decyzji polskiego Prezydenta, co dalej z delegacją. Ruski lektor nie wchodzi, no bo i po co, w szczegóły dotyczące tego, co ruski ił na „aerodromie” wyprawiał. Z kolei, wspomniany, fatalny stan psychiczny w kokpicie ma się wyrażać w ten sposób, że 3) - jak ruski lektor stwierdza, odwołując się tym razem do enigmatycznych badań „polskich specjalistów” związanych z TVN24 - pada hasło (15'07'') „Ja nie znaju, no jesli my zdies nie siedim, to on budiet k' mnie pristawliat'”. Ono zapewne jest ruską wersją legendarnej frazy „Jak nie wyląduje(my), to mnie zabije(ą)” (http://www.tvn24.pl/0,1664953,0,1,jak-nie-wyladujemy--to-mnie-zabijeja,wiadomosc.html).


To zaś o tyle zabawna i naprawdę warta odnotowania korelacja między „ruską” i „polską” rekonstrukcją, że wydawało mi się do tej pory, iż to raczej TVN24 jako jeden z głównych, obok Czerskiej, filarów Ministerstwa Prawdy pełni funkcję Radia Erewań w Polsce, a nie że Radio Moskwa (czyli tu MAK) się akurat na TVN24 musi w swych arcyważnych badaniach powoływać, ale jak widać człowiek się uczy przez całe życie i komunizmu, i neokomunizmu. Najwyraźniej też oryginały czarnych skrzynek są w posiadaniu (choćby od czasu do czasu) ekspertów z TVN24, no chyba że wszyscy eksperci promoskiewscy pracują zgodnie w jakimś kremlowskim laboratorium.


Od 13'46'' słychać tę wymianę zdań w kokpicie:

Słyszałeś?

Tak.”

Kto tam jest?

U ciebie też?”,


która musi się odnosić do czegoś nietypowego albo w obszarze nasłuchu radiowego (trwający czyjś dialog – kontynuacja wymiany zdań dotyczącej „zrzutu”?), albo w obszarze zakłóceń komunikacji załogi z innymi ośrodkami. Innego dialogu (takiego jak ze „zrzutem”) nie słychać (chyba że został przy studyjnej obróbce skrawaniem „wyciszony”, choć byłoby to bardzo trudne na tle wypowiadanych kwestii przez Polaków), podejrzewam więc, że załoga odkrywa, że ktoś uruchamia jakieś dodatkowe zakłócenia w słuchawkach.


Od 14'15'' słychać znowu „Korsaż-a”.


Zostawmy w tym miejscu tupolewa, skoro zasadnie możemy przypuszczać, że następne części zapisu są pokiereszowane. Markowski w swoim komentarzu zamieszczonym wczoraj u mnie (http://freeyourmind.salon24.pl/280780,teatr-jednego-rezysera#comment_4014449) zacytował jedną z intrygujących „uwag” zamieszczoną w „raporcie komisji Burdenki 2” na s. 153 (wersji polskojęzycznej), która brzmi następująco:


O 09:15 na lotnisku Smoleńsk „Północny” wykonał lądowanie samolot Jak–40 Rzeczpospolitej Polskiej, lecący po tej samej trasie. Start tego samolotu z Warszawy był wykonany o 07:28. Analiza rozmów zarejestrowanych na magnetofonie kontrolera, wykazała, że żadnej informacji o wylocie danego samolotu ani jego locie na lotnisko Smoleńsk „Północny” aż do 8:50 nie było w grupie kierowania lotów lotniska Smoleńsk „Północny”. Pierwsze nawiązanie łączności z kontrolerem lotniska Smoleńsk „Północny”, załoga samolotu Jak-40 wykonała o 08:53.


Markowski interpretuje to tak: „Tak to nie o Jaku Wosztyla rozmawiali na wieży, lecz o innym polskim samolocie. Pytanie o jakim?” - być może jest to całkiem słuszny trop, eksplorowany zresztą przez nas po pierwszym odkryciu Markowskiego (http://freeyourmind.salon24.pl/277507,dziwne-szpule-2).


Pojawiają się tu jednak pewne problemy. Problem pierwszy – co sygnalizowałem już parę razy – Ruscy uniemożliwili Polakom przechwycenie pełnych zapisów rozmów z wieży. Jak wiemy, ludzie związani z komisją Millera, zdołali w dn. 17-20 kwietnia nagrać „metodą chałupniczą” to, co się działo 10 Kwietnia w wieży (czy nagrali to, bo im pozwolono, czy nie, to w tej chwili nieistotne). Zapisy jednak, nie wiedzieć czemu, obejmują czas od 8.38 do 10.45, gdy tymczasem rejestracja uruchomiona była (jeśli wierzyć „raportowi”) już od 7.15. Brakuje więc niemal półtorej godziny materiału. Nie jest to przypadek, gdyż właśnie wtedy na Okęciu rozgrywały się przedziwne roszady, przesiadki i „zmiany planów”. Te działania musiały być obserwowane przez Rosjan nie tylko oficjalnie (w ramach obowiązkowej korespondencji między portem w Wwie a „kontrolą” w Moskwie), lecz i nieoficjalnie, tj. w ramach kontrwywiadowczego rozpoznania przez FR całego lotu polskiego Prezydenta, o czym wspominali kiedyś polscy wojskowi prokuratorzy (a co miało stanowić jeden z czynników podwyższających zagrożenie bezpieczeństwa lotu z 10 Kwietnia (http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20100927&id=po01.txt)).


A skoro tak, to informacje o tym, co się dzieje na Okęciu powinny były być przekazywane także do Siewiernego, zwłaszcza gdyby nagle miało dojść do rozdzielenia delegacji, a szczególnie, gdyby już na Okęciu pojawiła się decyzja o skierowaniu jednego z samolotów (np. „prezydencki jak-40”, o którym zrazu informował Paszkowski) na zapasowe lotnisko lub, gdyby na Siewiernyj miały początkowo lecieć trzy samoloty:


Sześcioosobowa drużyna rosyjskich poborowych zabezpieczających teren lotniska w Smoleńsku miała zakaz używania jakichkolwiek urządzeń rejestrujących. Powiedziano im o tym w trakcie porannej odprawy. Wszyscy żołnierze musieli zdać własne telefony komórkowe do depozytu. Żołnierzy poinformowano, że przylecą trzy samoloty z Polski, w jednym z nich będzie prezydent RP


(http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20101108&typ=po&id=po15.txt).

(http://clouds.salon24.pl/268618,dwa-jaki-i-tupolew-kolejno-5-30-6-50-7-27)


Problem drugi jest taki, że Ruscy po prostu nie mogli nie wiedzieć o tym, co się dzieje na Okęciu, ponieważ to oni mieli być gospodarzami przyjmującymi polską delegację, więc psim obowiązkiem polskiego MSZ-u było ich informowanie o przygotowaniach. Najwyraźniej więc Ruscy znowu zniszczyli albo utajnili jakieś ważne materiały dowodowe związane z 10 Kwietnia. Problem trzeci natomiast (chyba najpoważniejszy) jest taki, że o niszczenie materiałów dowodowych możemy podejrzewać także „stronę polską”. I z tego przede wszystkim musimy zdać sobie sprawę. Do tej pory bowiem nikt nam nie przedstawił z detalami całej procedury, która odbyła się na Okęciu, nie ma też stenogramów rozmów między Okęciem a wylatującymi samolotami ani informacji o tym, co (jakie komunikaty) przekazywano z Okęcia do Rosji drogami dyplomatycznymi.


Niemożliwe wydaje się to, co czytamy w „raporcie komisji Burdenki 2”, tj. że Ruscy NIE byli informowani o wylotach polskich statków powietrznych (kłóci się to zresztą całkowicie z treścią rozmów „na wieży”). Gdyby bowiem założyć (optymistycznie), że polska strona, biorąc pod uwagę ruskie zagrożenie terrorystyczne, dokonała utajnienia i rozdzielenia delegacji, i startu „prezydenckiego jaka-40”, i trasy jego przelotu (włącznie ze zniszczeniem śladów po tychże działaniach) – to tym bardziej nieprawdopodobne byłoby skierowanie takiej maszyny na Siewiernyj.


Czasami spotykam się w debacie wokół Smoleńska z głosami niedowierzania formułowanymi na zasadzie: czemu Ruskom (i ewentualnie współpracującym z nim zdrajcom z Polski) miałoby się chcieć urządzać cały ten dezinformacyjny szum, przygotowywanie fałszywych ekspertyz, powoływanie fałszywych świadków, niszczenie dowodów itd.? To znaczy: czy nie prościej byłoby nam przyjąć, że „mimo wszystko” (tzn. mimo tego, co już wykryto, jeśli chodzi o „ruskie śledztwo” i „ruskie badania”) jednak... doszło po prostu do wypadku? Że sprawa jest „arcyboleśnie prosta”? Czemu miałoby się czekistom chcieć wkładać tyle wysiłku w zadymianie kwestii zamachu?


Odpowiedź jest „arcyboleśnie prosta” - dlatego, by uniknąć odpowiedzialności, kary i zemsty za to, co się stało. Czy złodziej kradnie po to, by wylądować zaraz w więzieniu? Czy seryjny morderca zabija po to, by trafić na krzesło elektryczne? Cały ten zgiełk produkowany przez Moskwę ma naprawdę bardzo głęboki sens i pełne strategiczne oraz logistyczne (w ramach psychologicznej wojny) wyjaśnienie – chroni zamachowców, chroni instytucje fałszujące dokumenty, chroni Kreml.


P.S.

W materiale proszę posłuchać jeszcze między 14'00'' a 14'02'' – tam też zapis jest ewidentnie ucięty.

22 lut 2011

Teatr jednego reżysera

Z lektury "stenogramów rozmów z wieży", które nadludzkim wysiłkiem woli miała zdobyć komisja Millera, wiemy, że polski tupolew znika dwukrotnie z radarów na Siewiernym: 1) zaraz po nawiązaniu kontaktu radiowego przez polską załogę oraz 2) kilkanaście minut później. Jak przypomina zresztą dzisiejszy „NDz” Ruscy nie przeprowadzają nawet procedury radarowej identyfikacji, czyli sprawdzenia prawidłowego funkcjonowania przyrządów (i swoich, i na statku powietrznym) w kontekście mającego się odbyć warunkowego podejścia do lądowania (http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110222&typ=po&id=po14.txt). Taka identyfikacja powinna być tym bardziej przeprowadzona, jeśli właśnie doszło do utraty łączności z naprowadzanym samolotem, załoga powinna być uprzedzona o tym, że pojawiła się jakaś usterka w pracy urządzeń w wieży (http://www.bl.mw.mil.pl/index.php?vhost=blmw&akcja=news&filter=&id=290&limes=).



Ruscy nie opowiadają też załodze tupolewa o problemach z dwukrotnym lądowaniem iła-76, a przecież, biorąc pod uwagę ówczesne okoliczności, wydarzyło się to zupełnie niedawno i byłoby bardzo istotną informacją obok komunikatu o niskiej widoczności. Gdyby jednak tego było mało, to Ruscy tracą nawet radiowy kontakt z załogą dokonującą zniżania do wysokości decyzji – Polacy, jak pamiętamy, mieli nie reagować na zalecenia i komendy wieży, i „nie kwitować”. To zachowanie załogi miało, zdaniem ruskich „specjalistów”, świadczyć nie tylko o jej determinacji związanej z lądowaniem, nie tylko o „naciskach”, lecz – tu najciekawsze – o tym, że samolot nie miał żadnej awarii. Ruscy tę awarię wykluczyli z marszu, nawet bez jakichkolwiek badań szczątków, opierając się właśnie... na rozmowach między załogą a wieżą. Załoga nie zgłaszała żadnych problemów technicznych miał stwierdzić A. Bastrykin (http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100413&typ=tk&id=tk05.txt), zamykając w ten sposób problem ewentualnej awarii.



Zwracam na te wszystkie fakty i zarazem przesłanki uwagę, gdyż można z nich wysnuć jeden podstawowy wniosek. Dla zamachowców to właśnie zapisy CVR stanowiły podstawowy „dowód rzeczowy” wypadku. Jak zresztą doskonale pamiętamy, migawka z czarną skrzynką (z filmu Wiśniewskiego) w ogóle otwiera ruską legendę o nieszczęśliwym wypadku na Siewiernym. W związku z tym, że to zapisy CVR miały być „koronnym dowodem”, to musieli czekiści sporo wysiłku włożyć w odpowiednie spreparowanie zawartości tychże rejestratorów. I włożyli.



Po pierwsze „przejęli” czarne skrzynki z taśmą, „która się przemieściła” (http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,7757743,Sledczy_badaja__czarne_skrzynki__samolotu__Moga_byc.html), w czym Polacy im szczególnie nie przeszkadzali, no bo w końcu Ruscy byli u siebie, na swoim terenie. Po drugie, jak się potem okazało, nie tylko taśma się przemieściła, ale i była niestandardowa, bo zapisująca o wiele więcej minut niż zwyczajowe pół godziny przed ostatnimi wskazaniami przyrządów. Polskiej stronie to niezwykłe odkrycie dziwnej szpuli także nie wydało się niczym dziwnym. Po trzecie, ludzie Putina dokonali rekonstrukcji tego, co rzekomo miało być mówione w kabinie Tu-154M, wcale się nie przejmując tym, że wiele wypowiedzi jest „niezr.”, inne w ogóle nie padają (czego dowiodła potem polska analiza fonoskopijna), zaś niektóre kluczowe, które miały paść, jak choćby komenda śp. mjr. A. Protasiuka dotycząca odejścia na drugi krąg czy ta wypowiedź skierowana do śp. dyr. Kazany, by podjęto decyzję o wyborze lotniska zapasowego, zostały przez ruskich rekonstruktorów „zniknięte” (http://www.tvn24.pl/-2,1689277,0,1,niech-pan-zapyta-szefa--co-bedziemy-robili,wiadomosc.html) – to również polska strona przyjęła niemalże z pełnym zrozumieniem, tak jakby tego rodzaju zniknięcia nie można było zastosować w innych miejscach „zapisów”. Na przykład w takich, w których załoga faktycznie po konsultacjach z kontrolą w Moskwie (których śladu nie ma w „stenogramach” CVR) kieruje się z polską delegacją na zapasowe lotnisko.



Zwróćmy uwagę, że zarówno „rekonstrukcja” zawartości rejestratorów głosu, jak i sam proces ich upubliczniania, poddane były przez ludzi Putina wielomiesięcznej „obróbce skrawaniem” z zachowaniem najważniejszych technik dezinformacji (zwłaszcza w kwestii „rewelacyjnych” przecieków dotyczących tego, co w tychże zapisach miało rzekomo być). Jak wiemy, publikacja „stenogramów” nastąpiła dopiero 1 czerwca 2010 r. (http://www.tvp.info/informacje/polska/zobacz-stenogramy-prezydenckiego-tu154/1875462) i natychmiast została okraszona propagandowymi, promoskiewskimi interpretacjami dotyczącymi szarżowania nonszalanckiej załogi, „wkurzania się” i „nacisków”. Nikogo w mainstreamie nie obchodziło oczywiście to, czy ruskie rekonstrukcje są zgodne z prawdą i czy nie zawierają miejsc zmanipulowanych (http://freeyourmind.salon24.pl/189123,skandal) (http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20101211&typ=po&id=po05.txt – świetny tekst ppłk. dr. T. Augustynowicza rozprawiający się ze znawcami z „Newsweeka”).



Jak się potem okazało z wielu polskich analiz – ruskie rekonstrukcje NIE były zgodne z prawdą (i to nawet w tym zakresie, w jakim spreparowano kopie zapisów CVR), ale to też nikogo nie obchodziło. Nikt sobie również nie łamał głowy tym, że zarejestrowane zostało niemal 40 minut rozmów w kokpicie, a przecież nasuwa się pytanie, skoro niemal 40 min., to czy nie było jeszcze np. dziesięciu dodatkowych minut nagrania? Te dodatkowe 10 min. wcale nie jest jakimś moim wymysłem, lecz nawiązuje do ruskich, oficjalnych wypowiedzi z 10 Kwietnia. Skąd możemy wiedzieć, że zapis CVR naprawdę się urywa o tej godzinie, o której przedstawili Ruscy, skoro ci sami Ruscy mówili o zniknięciu polskiego samolotu z radarów o... 10.50, a godzinę katastrofy podawali z całkowitym przekonaniem jako 10.56? Skąd zatem możemy wiedzieć, że po komendzie mjr. Protasiuka „Odchodzimy na drugie zajęcie” (10:40:47) potwierdzonej przez drugiego pilota, Ruscy montażyści nie wycięli 10 minut materiału, a końcówkę słyszymy z innego lądowania? I najważniejsze: czy sprawdzono w Polsce autentyczność głosów zapisanych na tychże kopiach? Czy porównano z innymi próbkami głosów (pilotów, nawigatora (np. stąd http://www.youtube.com/watch?v=1QN9_LXhX-o&NR=1))?



Ba, pojawiały się po publikacji „stenogramów” dalsze rewelacje o tym, CO JESZCZE można usłyszeć w kokpicie (http://www.tvn24.pl/0,1664953,0,1,jak-nie-wyladujemy--to-mnie-zabijeja,wiadomosc.html) – tak jakby proces rekonstrukcji zawartości CVR nie tylko nie został zakończony, lecz w najlepsze trwał dalej! Albo też, jakby żadnych oryginałów CVR wcale nie było, tylko jakiś reżyser wciąż pracował nad słuchowiskiem, nieustannie zmieniając jego wersje i nie będąc zadowolonym z efektu końcowego. Co więcej, Ruscy konsekwentnie odmawiali przekazania Polsce oryginałów, zaś dźwiękowy zapis „słuchowiska” upublicznili podczas skandalicznej konferencji MAK-u, na której „pokazano”, jak miało dojść do głupiego wypadku spowodowanego przez głupią załogę.



Jeśli przyjmiemy (chyba całkiem zasadne) założenie, że w maskirowce coś udaje coś innego, to powinniśmy też brać pod uwagę to, że „koronny dowód wypadku”, jakim są zapisy CVR, jest także czymś, co tylko udaje autentyczne zapisy tego, co mówione było w kokpicie. Jak już zresztą sygnalizowałem (http://freeyourmind.salon24.pl/277216,bumaga-2) – „stenogramy” z wieży nie zawierają części tego, co jest w „stenogramach” CVR. To już sugeruje, że zapisy CVR mogły zostać, by tak rzec, wzbogacone pod pewnymi względami. Mogło też być tak, że nagrania rozmów na wieży zostały natychmiast „po wypadku” przez czekistów przefiltrowane (Polacy, jak zapewnił J. Miller, mieli je zdobyć dopiero 17-20 kwietnia 2010 (http://www.fakt.pl/Stenogramy-z-wiezy-pograzaja-Rosjan,artykuly,93282,1.html)), choć niewykluczone, że i także uzupełnione (wzbogacone) – takie skojarzenie nasuwa „lekcja angielskiego” w wierzy w godz. 10:06-10.10, a więc tuż przed włączeniem się do akcji tajemniczego Transaero 331, który „na prośbę Moskwy” dopytuje o „faktyczną pogodę” na Siewiernym, choć wcale nie deklaruje zamiaru zniżania się ani lądowania (http://www.mak.ru/russian/investigations/2010/files/tu154m_101/open_micr.pdf s. 28-29). „A wy dla polskiego statku pracujecie?”, pyta Plusnin ni z gruszki ni z pietruszki. Na co załoga Transaero odpowiada na zasadzie, że ona jest tylko przejazdem w okolicy i tak właśnie sobie dopytuje o tę pogodę, bo „Moskwa prosiła”. Jest to o tyle zaskakujące, że 1) wieża z Moskwą jest od początku swej (rejestrowanej od 7.15, choć stenogramy obejmują tylko czas od 8.38 do 10.45, przypominam) pracy jest w kontakcie, zaś swoją „faktyczną” prognozę pogody robi poprzez „analizę na oko” (http://www.fakt.pl/Rosyjscy-kontrolerzy-prognozowali-pogode-na-quot-Indianina-quot-,artykuly,73926,1.html) oraz łączenie się z Jużnym itd. Plusnin „myśląc na głos” i mówiąc do „anonima” siedzącego w wieży (10:12:25), sądzi jednak, że ruski Transaero 331, który wyszedł z Moskwy, dopytywał o pogodę dlatego, że Moskwa chce skierować polską delegację do Mińska lub na Wnukowo. Ów Transaero 331 zbliża się do punktu ASKIL o 10:18:51 (wedle „stenogramów” CVR), co słychać w kabinie pilotów (http://mmariola.salon24.pl/280273,strefa-czasowa-czas-letni-czas-zimowy). Tupolew jest tam parę minut później (10:22:11).



Przypominam w tym miejscu o tej wymianie zdań zrekonstruowanej w Polsce:



10:29:53 Nawigator: „Zanim zdecyduje, to może kartę byśmy zrobili w międzyczasie? Wszystko jedno czy to będzie Mińsk, czy Witebsk.

10:29:57 Kapitan: „Tak, bardzo proszę.



- świadczy ona bowiem o tym, że załoga szykowała się do lotu na zapasowe lotnisko, aczkolwiek wiemy, że moskiewska „kontrola” chciała skierować Polaków na Wnukowo (http://www.rp.pl/artykul/597003.html?print=tak). Tymczasem, wedle „stenogramów” CVR o 10:22:45 „kontrola” przekazuje załodze jedynie częstotliwość „Korsaż-a” i na tym się kończy rozmowa, co jest o tyle dziwne, że przecież minutę później wieża z Siewiernego rozmawia z wieżą na Jużnym na temat tego, że to Moskwa kieruje lotem tupolewa. Gość z Jużnego zapewnia Plusnina, że przekazał Moskwie, iż nie ma sensu, by tupolew lądował w Siewiernym. I w tej samej minucie nawiązana zostaje łączność między Tu-154 M a „Korsaż-em”. Gdy piloci podają, że mają jeszcze 11 ton paliwa, Krasnokutski mówi do Plusnina „Do Wnukowo wystarczy” (10:23:57). O 10:28 polski samolot po raz pierwszy na parę minut znika z radarów na Siewiernym.



Dysponujemy faktami układającymi się w pewną logiczną całość wydarzeń z 10 Kwietnia. Po pierwsze: aparatura w wieży działa wadliwie lub też, co nawet o wiele bardziej prawdopodobne, jest zakłócana od momentu wejścia polskiego samolotu w ruską przestrzeń powietrzną. Czy nie jest więc możliwa podmiana samolotu i maskirowka wypadku? Po drugie, spora część rozmów na wieży (i wieży z „kontrolą”) dotyczy skierowania polskiej delegacji na zapasowe lotnisko, ale – jak wiemy z lektury „stenogramów” CVR – NIE znajduje to niemal żadnego w nich odzwierciedlenia. Nigdzie nie pojawia się polecenie typu „lećcie na takie a takie lotnisko, bo na Siewiernym nie ma warunków do lądowania” (http://www.youtube.com/watch?v=N-2iW1SrOzU) ani też nie ma (wbrew temu, co głosili wielokrotnie Ruscy 10 Kwietnia) ODMOWY polskiej załogi wykonania takiego polecenia (http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80625,7754920,Rosja__Polska_zaloga_nie_wypelniala_polecen_kontrolera.html). Ruski gen. A. Aloszyn 10 Kwietnia (jak podaje „GW”) przekazuje informację, że kontroler lotu „kilkakrotnie nakazał jej (tj. załodze) skierowanie maszyny na zapasowe lotnisko”, co Polacy mieli zignorować. Załoga miała też nie reagować na płynące z wieży „ostrzeżenia, że zbyt gwałtownie podchodzi do lądowania”. To samo miał powiedzieć Bastrykin i Połtawczenko („Z powodu złych warunków atmosferycznych: mgły i fatalnej widoczności, strona rosyjska zalecała lądowanie na lotniskach w Mińsku - poinformował premiera Putina przedstawiciel prezydenta Gieorgij Połtawczenko, który czekał na lotnisku na polską delegację i był świadkiem katastrofy. Powiedział - jak donosi newsru.com, że przy lądowaniu samolotu nie było słychać hałasu silnika, a tylko kilka dziwnych uderzeń”) (http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,7757486,Piloci_ladowali_wbrew_zaleceniom__Potwierdza_to_zapis.html).



Tymczasem już koło godz. 10-tej (ruskiego czasu, rzecz jasna) 10 Kwietnia P. Kozłow na Siewiernym przekazuje stronie polskiej informację, że samolot zostanie skierowany do Wnukowa, a kilkanaście minut później, że do Mińska, co sprawia, że poinformowani zostają przez MSZ (D. Górczyński) pracownicy i w ambasadzie w Moskwie, i w Mińsku mający się szykować do ewentualnego przywitania prezydenckiej delegacji na lotniskach (http://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/443986,katastrofa_smolenska_zapasowe_lotniska_byly_szykowane_w_ostatniej_chwili.html). Ta wiadomość, jak wiemy z relacji J. Sasina, dociera także do Katynia.



Plusnin w swych wczesnych zeznaniach twierdził o załodze: „Oni najpierw informowali, a potem przestali dawać jakiekolwiek informacje (…) Z załogą prowadzi się kontakt radiowy i przez radio powinno się podawać kwit” (od 0'32'' materiału http://www.youtube.com/watch?v=N-2iW1SrOzU). No więc może nie było „podawania informacji” oraz „kwitowania”, bo i samolotu nie było?



A tu jeden z ruskich leśnych mundurowych dziadków (http://www.youtube.com/watch?v=983l9yIIrxY&NR=1), co nie tylko wszystko sam widział na własne ślipia, ale i nawet (już jako „mieszkaniec Smoleńska”) znalazł w błocie cudownie nietknięte godło z salonki (http://www.rp.pl/artykul/467385.html). To by dopiero była historia, gdyby się kiedyś na jakimś amerykańskim zdjęciu z Rosji z 10 Kwietnia, cały tupolew cudownie nietknięty odnalazł. No ale wtedy Ruscy powiedzą, że przecież już 10 Kwietnia informowali nas, że tupolew został odesłany na zapasowe, więc o co nam chodzi?





http://wiadomosci.wp.pl/kat,1347,title,Tych-slow-nie-ma-w-stenogramach-z-wiezy-w-Smolensku-wyciete,wid,13136631,wiadomosc_prasa.html

http://mmariola.salon24.pl/280273,strefa-czasowa-czas-letni-czas-zimowy

http://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/443986,katastrofa_smolenska_zapasowe_lotniska_byly_szykowane_w_ostatniej_chwili.html

21 lut 2011

Telefony

W filmie „Syndrom katyński” jest jeden ciekawy fragment, który być może do tej pory przeszedł nie zauważony. Chodzi mi o migawki z materiału Wiśniewskiego (oryginał jest, przypomnę, tutaj http://www.youtube.com/watch?v=YQUCTbg8rio), które to migawki są o tyle intrygujące, że zawierają dźwięki... telefonów komórkowych. Na filmie Wiśniewskiego nie słychać żadnej komórki – owszem, jest szum, są ptaki, oddech montażysty i jego wypowiedzi, a potem głosy strażaków, klaksony i syreny, ale przecież żaden telefon się NIE odzywa. Natomiast na ruskim filmie, zauważmy, rozdzwaniają się na pobojowisku komórki (http://www.youtube.com/watch?v=1G3GX2eoM80&feature=player_embedded#at=53 od sek. 50-tej materiału do 01'07'').



Proszę sobie ten fragment obejrzeć – robi wrażenie, robi je tym większe, że Wiśniewski, jak pamiętamy, podkreślał, że nie widział ciał, foteli ani żadnych rzeczy pasażerów. I podkreślał, że była „potworna, zwyczajna cisza, jak po katastrofie”. W takiej martwej, głuchej ciszy nie sposób byłoby nie wychwycić dzwoniących telefonów. Montażysta nigdy w żadnym z wywiadów o telefonach nie wspominał (http://www.youtube.com/watch?v=yifz6Se52kE&feature=related). Jak się możemy domyślić, domontowanie dźwięków komórek w „Syndromie katyńskim” do ścieżki dźwiękowej filmu Wiśniewskiego służyło w ruskim filmie uwiarygodnieniu Siewiernego jako „miejsca wypadku”.



Telefony na Siewiernym miał zaś słyszeć pierwszy strażak http://www.fakt.pl/-quot-W-ciszy-dzwonily-tylko-telefony-quot-,artykuly,84175,1.html, A. Muramszczikow, który podzielił się swoimi dramatycznymi przeżyciami z „Moskiewskim Komsomolcem” - ten strażak, co kokpitu nie widział (może niedokładnie się rozglądał, bo przecież kokpit później jednak był?): „– Widzieliśmy tylko dwa duże fragmenty samolotu - skrzydła i część kadłuba z wypuszczonym podwoziem. Silniki leżały oddzielnie. Nie było wiadomo, gdzie był kokpit i salon samolotu – wszystko rozpadło się na drobne fragmenty. Szczątki maszyny i ciała były pokryte zawiesiną - mieszanką popiołu i kurzu – relacjonuje.



Nie było słychać ani krzyków, ani jęków. W złowieszczej ciszy w kieszeniach zabitych dzwoniły tylko telefony komórkowe – słychać było poloneza Ogińskiego, pełnego wigoru krakowiaka – wspomina Muramszczikow. I dodaje, że jako pierwszego zidentyfikowano księdza – po odzieży i pozłoconym krzyżu na szyi”.


Niestety, akurat tych dzwonków nie słychać na filmie „Syndrom katyński”, więc niezbyt dokładnie skoordynowano przekaz, a przecież można było zadbać, by było słychać i poloneza, i krakowiaka, i nawet mazurka Dąbrowskiego. Trudniej może byłoby na filmie znaleźć w tym błocie, w które co chwilę wpada Wiśniewski, te komórki, z których odzywają się te dzwonki, no ale czy wszystko trzeba ludziom pokazywać? Czy nie wystarczy im zasugerować? A nawet zasuflować? Strażak zresztą jasno nam tłumaczy, że komórki dzwoniły „w kieszeniach zabitych”. Można by też przy okazji przeprowadzić eksperyment i np. umieścić jakąś komórkę w kałuży lub właśnie w błotnisku i spróbować się z nią z innego telefonu połączyć. Kiedyś mojemu znajomemu komórka wpadła do wody i nie za bardzo się potem nadawała do użycia, ale może w Rosji jest z komórkami inaczej?



Oczywiście, gdyby komórki w błocie na Siewiernym dzwoniły, to by znaczyło, że pasażerowie zdążyli je przed upadkiem samolotu uruchomić. Jak jednak by im się to udało, skoro nie wiedzieli, że dojdzie do wypadku, a ten miał się wydarzyć w przeciągu paru sekund? Logowali się z pobojowiska? Ale jak, skoro „wsie pogibli”? Tak czy tak dobrze, że przezornie schowali je do kieszeni, by ruscy strażacy potem mogli te komórki usłyszeć.



Polska prokuratura stwierdziła, że aż 19 telefonów działało, gdy doszło do tragedii – czy jednak ustaliła, GDZIE te telefony zostały uaktywnione? Czy zlokalizowano miejsce ich uruchomienia? Czy też nie warto tego sprawdzać, bo to oczywiste? (http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,19-telefonow-dzialalo-w-chwili-katastrofy-smolenskiej,wid,12757083,wiadomosc.html).



http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110202&typ=po&id=po04.txt

19 lut 2011

Support

Kto by pomyślał, że dwutygodniowy pobyt polskich prokuratorów w Moskwie może podziałać tak ozdrowieńczo i na tychże prokuratorów, i na samo śledztwo. Moskiewska atmosfera, moskiewskie powietrze, moskiewski wyszynk i pewnie moskiewskie towarzystwo sprawiło, że polskim prokuratorom otworzyły się oczy i serca, i zaczęli śpiewać niemal tę samą pieśń, co dzień wcześniej ruscy eksperci od lotnictwa i szympansów. Wprawdzie polscy prokuratorzy szympansami się już nie zajęli, ale lotnictwem, jak najbardziej, pięknie się rozśpiewując na temat ruskich dokumentów, które potwierdzają tezę o przebywaniu śp. gen. Błasika w kokpicie. Z repertuaru ruskich pieśni, który zdążyliśmy do tej pory poznać z moskiewskiej szafy grającej MAK, wiemy, że mnóstwo tez zdołały już potwierdzić ruskie dokumenty, choć niekoniecznie tezy te okazały się prawdziwe. Wygląda jednak na to, że polskiej prokuraturze nie przeszkadza wcale fakt, że tezy mogą być nieprawdziwe, bo grunt, że ruska bumaga je potwierdza.


Teraz więc, skoro tak się sprawy z bumagą mają, zastanawiam się, czy jednak nie byłem niesprawiedliwy wobec Rusków, twierdząc, że powołali oni swoją komisję Burdenki 2, gdyż część członków tej komisji to Polacy, a nie tylko Ruscy. Wydawało mi się do niedawna, że co jak co, ale polska prokuratura nie jest podporządkowana ruskiej, lecz najwyraźniej przeoczyłem ten moment, że tak powiem, scalania struktur. Owszem, na poziomie politycznym do takiego scalenia już doszło, co widzieliśmy po działaniach dzielnego Radka Sikorskiego, jeszcze dzielniejszego gajowego i najdzielniejszego bojownika z zimną wojną, pana premierowego, tak więc teraz ministrem spraw zagranicznych Polski jest np. Siergiej Ławrow, a polskim premierem Władimir Putin, co dla wielu Polaków, zwłaszcza tych przywiązanych do establishmentu III RP szczególnego problemu nie stanowi, bo twarze jakieś znajome, a i język, którym się owe postaci posługują, jakoś taki swojski, przyjazny, doradczy, by nie rzec: radziecki.


No ale skoro już zostały zintegrowane prokuratury, to po jaką cholerę jeszcze jakieś „polskie śledztwo”, jeżeli wszystko już w Moskwie ustalono? Słyszeliśmy zresztą wczoraj z tejże właśnie Moskwy, stolicy w końcu i naszego państwa (Warszawa stanowi filię tej stolicy i tzw. miasto partnerskie), że ruskie śledztwo dobiega końca, więc tym bardziej polscy prokuratorzy nie powinni narażać ruskiego podatnika na dodatkowe koszty, tylko najwyżej zabrać się za pogłębione hermeneutyczne studia ruskiej bumagi, tak by wyczytać z niej jak najwięcej pożytecznych rzeczy dla obecnego pokolenia i dla przyszłych. Jeśli bowiem polskim prokuratorom wystarczają ruskie ekspertyzy, to nie powinni sobie zawracać ani gitary, ani żadnej części ciała jakimś niepotrzebnym śledztwem, a zaoszczędzony w ten sposób czas (i pieniądz) przeznaczyć np. na oglądanie występów Chóru Aleksandrowa, a jakby pozwoliły wokalne możliwości, to nawet na śpiewanie z nim (choćby w formie supportu przed koncertem). Oczywiście support taki powinien być w mundurach ludowego wojska polskiego, jak za dawnych lat w Kołobrzegu, gdzie się śpiewało, że heja. Albo w Zielonej Górze.


Mówią, że muzyka łagodzi obyczaje – i słusznie mówią. Ale dopiero ruska, czerwonoarmijna harmoszka potrafi załagodzić je na zawsze.




http://www.tvn24.pl/-1,1693199,0,1,konferencja-prawie-bez-szczegolow,wiadomosc.html

17 lut 2011

W małpim gaju

Skoro już wiemy od braci Moskali, po dzisiejszej konferencji „ekspertów lotniczych”, że u nich nawet szympansy mogą pracować w wojskowych wieżach kontroli lotów na wojskowych lotniskach, to możemy tylko pogratulować nauce sowieckiej, że tam ewolucja poszła o wiele dalej niż w całym cywilizowanym świecie. No ale nie ma w tym nic dziwnego, wszak w Rosji sowieckiej zmieniało się bieg rzek, nakazywało się roślinom przynosić plony takie, jakie przewidywało moskiewskie politbiuro, to i można było w końcu dojść do sukcesu z uczłowieczaniem szympansów, a następnie wdrażaniem ich w czerwonoarmijną musztrę.


W odpowiedzi na te opowieści o ruskim małpim gaju, zebrali się przedstawiciele „polskiej strony”, którzy wprawdzie, jak solennie zapewniał M. Grochowski, ani myślą o obwinianiu Rosjan, a zwłaszcza o doszukiwaniu się większej ilości przyczyn po stronie rosyjskiej, no ale musieli jednak jakiś głos z siebie wydać i nieco zneutralizować ryki szympansów z Moskwy, co połączyli się telemostem z Warszawą i urządzili ruski cyrk ku autentycznemu zdumieniu przedstawicieli polskiej żurnalistyki.


Czego dowiedzieliśmy się z polskiego briefingu? Po pierwsze tego, że Ruscy z MAK-u nie zamieścili na swojej stronie ruskiej wersji polskich uwag, tylko polską, tak dla ułatwienia, rzecz jasna. Zerwał się wnet czujny dziennikarz, dopytując, czy polskie uwagi dosłano Ruskom po rusku, ale niestety, okazało się, że jednak tak i to w grudniu ub. roku, choć ów dziennikarz chyba był pewien, że nie. Inny z kolei dziennikarz zapytał mądrze: po co ta konferencja? Dobrze, że nie spytał: kiedy była ta konferencja albo co znaczy słowo „konferencja”. No więc w odpowiedzi W. Jedynak stwierdził, że zwołano ją w pilnym trybie i w dziwnym trybie, bo z jednej strony ruskie eksperty, a z drugiej kwiat polskiego dziennikarstwa. Wróciła więc (na briefingu), jakżeby inaczej, kwestia ruskiego szympansa. No to Z. Lasek wyjaśnił cierpliwie polskim żurnalistom, że gdyby w ruskiej wieży siedział ruski szympans, to znaczy ktoś niekompetentny, to lotnisko nie nadawałoby do użytku, nie działałyby systemy. Z kolei W. Jedynak kwestię szympansów wyjaśnił w ten sposób, że Ruscy w ten sposób nie podejmują wątku tego, co się działo z organizacją lotu tupolewa. I wtedy odezwała się wiertarka udarowa – to był wyjątkowo dramatyczny moment briefingu.


Z. Lasek dodał jeszcze później, że Ruscy nie wchodzą w kwestię niesprawnego oświetlenia na Siewiernym ani problemów z lądowaniem Iła. No i wtedy dał głos dziennikarz „GW” i zaćmił salę swoim intelektem, pytając, czy znają członkowie komisji przyjaciół ekspertów z Moskwy. Okazało się, że nie znają, a nawet, że polscy eksperci, co byli w Rosji nie mieli prawa się kontaktować z ludźmi spoza MAK. Ów dziennikarz drążył jednak dalej, dopytując kiedy raport, kiedy raport. Dopytywał z wyraźnym zaniepokojeniem w głosie, więc aż przez sekundę pomyślałem, że może naprawdę go to niepokoi. A tymczasem problem był taki: skoro polska strona nie ma pewnych dokumentów (z naciskiem na słowo „pewnych”), to jak można postawić pewne tezy (z naciskiem na „pewne”) dotyczące ruskiego lotniska i jego kontrolerów. A więc tu cię boli, zaśmiałem się, słysząc to. Troska funkcjonariusza Ministerstwa Prawdy całkowicie była zrozumiała i doprawdy wzruszająca – jak bowiem można braci Moskali oskarżać, choćby nawet szympansów posadzili przed radarami podczas przelotu delegacji prezydenckiej – jeśli się nie ma na tychże braci żadnych kwitów? Wprawdzie Ruscy tych kwitów dotyczących szympansów wcale nie podesłali, ale szympans to trącał – fakt pozostaje faktem, że skoro komisja Millera „nie kwituje” (że użyję sformułowania z języka szympansów), to kwitować nie powinna.


Wreszcie padła sensowna wypowiedź Z. Laska, co do tego, że ruskie prawo zakazuje wydawać zgodę na wlot dyplomatycznego samolotu, jeśli ten nie ma na taki rejs ruskiego lidera. Tymczasem Ruscy taką zgodę wydali – nie tylko 10-go, lecz i 7-go kwietnia ub. roku, i w wielu innych przypadkach też, co przeczyłoby ruskiej tezie (czy raczej dezie), jakoby Polacy nie wzięli „lidera” i przez to się pogubili w pozawijanych korytarzach ruskiej przestrzeni powietrznej. W. Jedynak zresztą dodał, że problem polega na tym, że polski tupolew miał się znaleźć poza przestrzenią sklasyfikowaną, a więc, mówiąc obrazowo, w obszarze białych plam na ruskiej mapie. No więc znowu głowy musiał ostudzić żurnalista z Ministerstwa Prawdy, zadając trudne pytanie dotyczące … intelektualnego przygotowania samolotu i kwestii tego, że „piloci nie wiedzieli, co zastaną”. Oczywiście problem nie polegał na tym, że Ruscy nie dali właściwych map i dokumentów, lecz tego, że tychże pilotów wysłano z „ryzykownym lotem” bez odpowiedniego logistycznego i intelektualnego zabezpieczenia. Grochowski wprawdzie usiłował wytłumaczyć kwestię zabezpieczeń wskazując na taką sprawę, jak choćby ta, że Smoleńsk nie jest w systemie bezpośrednio przekazującym informacje o pogodzie, ale na niewiele się to zdało, bo żurnalista nie ustępował: „Czy dziś jakikolwiek samolot z premierem, prezydentem, premierem na pokładzie wypuścilibyście na lotnisko takie, jak w Smoleńsku?” Na co Lasek odpowiedział, że nie odpowiedzą na to pytanie i briefing dobiegł końca w samą porę.


Wbrew pozorom ryki szympansów z Moskwy przez telemost były bardzo pouczające pod jednym względem. Zwróćmy bowiem uwagę, co chciały ruskie szympansy nam wtłoczyć do głowy. Dokonały osobliwego połączenia: ziemi i trupów („Wszyscy szukali ziemi, nie było ziemi, a potem było pełno trupów”). Czemu te trupy były tak ważne dla Moskwy po 10 m-cach od „wypadku na Siewiernym”, że trzeba było tak gromko o nich przypominać? Podejrzewam, że dlatego iż musiano je 10 Kwietnia dowieźć po zamachu na „miejsce katastrofy”.



http://www.tvn24.pl/0,1693034,0,1,brak-treningow--nieznajomosc-lotniska--nieprzygotowanie-zalogi,wiadomosc.html