31 sty 2011

Myśleć po rusku

Nie lzja, nie nada”, takie motto powinni sobie w redakcjach wywiesić pracownicy mainstreamowych, polskojęzycznych mediów - od długiego już czasu (na pewno jakąś widoczną cezurą jest 10 Kwietnia) mają oni myśleć i mówić to, co każe w tej materii Kreml. Jak widzimy zresztą, znakomicie się z tym czują i upatrują w wiernym realizowaniu kremlowskich historii swój dziennikarski profesjonalizm. Przypomina on wprawdzie relacjonowanie przez stalinowskich „dziennikarzy” rozmaitych pokazowych procesów dotyczących „agentów imperializmu”, ale to chyba żaden wstyd, skoro ta tradycja służby systemowi kłamstwa wciąż jest żywa, a w dobie nowoczesnych technologii nabrała autentycznego rozmachu. Nie żyjemy przecież w czasach transparentów o przewodniej roli partii oraz wiecznym sojuszu Polski z ZSSR skleconych z paru desek i pociągniętych odpadającą farbą – wprost przeciwnie, o przewodniej roli partii oraz tymże sojuszu (w nowej, udoskonalonej postaci) przekonują nas media w blasku drogich reflektorów, ludzie ubrani w najmodniejsze garnitury, wypucowani przez ekskluzywne „salony piękności”. Promoskiewska propaganda nie jest publikowana na szaroburym papierze, lecz na lśniących kartkach, na których wydrukowane są także wysokiej jakości fotografie wykonane aparatami wysokiej klasy.


Neokomunizm nie ma już pszenno-buraczanych tradycji dawnego komunizmu, w którym twarze ludzi, na których wypisany był analfabetyzm od paru pokoleń, pojawiały się całymi dniami. Neokomunizm to już nie bełkocące marksistowsko-leninowsko cepy. Neokomunizm to totalitaryzm wyższego rzędu, mający się tak do poprzedniego reżimu, jak dawna rejonowa przychodnia na wsi do nowoczesnej rządowej kliniki, w której słychać łagodny szum najnowocześniejszej medycznej aparatury, a pracownikami nie są ludzie świeżo oderwani od pługa, lecz bardzo zadbane panie i niezwykle eleganccy panowie.


Skąd się wzięły te luksusy? Ano, nie zasypiało się gruszek w popiele podczas „transformacji”. Kiedyś J. Darski spytał mnie, dlaczego odwilż musiała trwać te dobre 20 lat, dlaczego wszystko nie potoczyło się szybciej. Odpowiedź jest prosta: ludzie establishmentu (a do nich należy zaliczyć nie tylko czerwoną i różową nomenklaturę, lecz także błyskawicznie od pierwszych lat „przemian” doszlusowujących do niej „ludzi mediów”) musieli zebrać pieniądze na, by tak rzec, swobodną działalność. Nawet bowiem w warunkach republiki bananowej, ustawianych umów, państwowych dotacji wydzieranych na prywatne cele i lewych, sitwiarskich interesów, to jednak potrzeba trochę czasu, by „awangarda rewolucji” (czyli agentura, mówmy wprost) się wzbogaciła, czyli uzyskała taki ekonomiczny status, który pozwoli jej kontrolować sytuację w kraju bez konieczności utrzymywania kosztownego i niewydolnego (jak się okazało w bloku sowieckim) aparatu terroru. Wystarczy bowiem (przy całym oligarchicznym, patologicznym ustroju) terror medialny oraz „lokalne podtopienia”, jakim się poddaje co bardziej aktywne, antysystemowe środowiska opozycyjne - by „społeczny chaos” był sterowalny.


Piszę to wszystko w nawiązaniu do świetnego felietonu p. Zuzanny Kurtyki, która zadała sobie trud wczytania się w „refleksje smoleńskie” T. Lisa w tygodniku prowadzonym przez niego (http://www.wpolityce.pl/view/6657/Zuzanna_Kurtyka___Pan_Lis__pamietam__byl_dlugo_w_USA__Jak_to_jest__ze_niczego_sie_od_Amerykanow_nie_nauczyl__.html). Figura Lisa jest wzorcowa dla całego środowiska ludzi oddanych duszą i ciałem neokomunistycznemu reżimowi. Przed tragedią smoleńską to oddanie było także widoczne, ale można odnieść wrażenie, że dopiero mord na polskiej delegacji z Prezydentem L. Kaczyńskim na czele, pozwolił temu środowisku nareszcie podnieść przyłbicę i przemówić otwartym, promoskiewskim głosem, jakby całymi latami czekali na możliwość wyrażenia swojej „obywatelskiej postawy”. To tak jakby nareszcie partia odzyskała swoją przewodnią nie tylko rolę, co MOC.


10 Kwietnia był egzaminem sprawdzającym „polską klasę polityczną” (tego egzaminu oczywiście gabinet ciemniaków nie zdał, gdyż nawet przez moment nie usiłował się zachowywać suwerennie), lecz i właśnie, a może przede wszystkim, „ludzi mediów”. Przez pryzmat 10 Kwietnia dopiero widać, jak chory, jak destrukcyjny dla polskiego państwa, polskiego narodu i polskiej kultury jest właśnie neokomunizm. Widać to właśnie na przykładzie tej przeolbrzymiej machiny masowych mediów. Każdy z nas co jakiś czas zagląda do salonów prasowych czy empiku, każdy wie, jak wiele jest kanałów informacyjnych, stacji radiowych, portali gazetowych itd. Ileż tego wszystkiego jest! Iluż ludzi w tej machinie pracuje! Ile tych czasopism kolorowych, portali plotkarskich, ile roboty mają i jak się sprawnie uwijają polscy papparazzi!


I zestawmy sobie teraz tę machinę z przekazem ze Smoleńska z 10 Kwietnia. Gdzie się podziali papparazzi? Ci co potrafią robić z ukrycia kompromitujące zdjęcia gwiazdom, czatując godzinami w krzakach czy na dachach, nie byli w stanie dotrzeć do Smoleńska, by wdrapać się na jakieś drzewo i natrzaskać migawek dla polskiej prasy? Ci operatorzy dzielni od filmowania w hotelowych pokojach tajnych neogocjacji ze schowanej kamery albo od przebieranek za księży i inwigilowania „imperium Rydzyka” - nie mogli się poprzebierać za ruskich funkcjonariuszy i poinwigilować to, co się działo na Siewiernym? Ci korespondenci wojenni, co potrafią dotrzeć w najbardziej zapalne rejony świata, nie mogli dotrzeć przez smoleńskie krzoki oraz wysypiska do wraku samolotu albo do zamachowców? Ci reportażyści, co potrafią z gangsterami, mafiozami czy innymi typami spod ciemnej gwiazdy wywiady przeprowadzać, nie mogli dotrzeć do jakichś podejrzanych gości, co musieli się kręcić w Smoleńsku 10 Kwietnia?


Czy to nie był TEMAT? Czy to nie był MATERIAŁ? Czy to nie był NEWS? Czy nie było KRWI, którą tak media kochają i za którą natychmiast wysyłają swoje ekipy z kamerami, gdy tylko wydarzy się jakiś karambol, jakaś większa katastrofa czy jakieś porachunki gangsterskie? A tu – cała ta machina zatrzymała się, jakby ktoś nacisnął czerwony alarmowy guzik z napisem „Nie lzja, nie nada”. I naraz ci wszyscy „bezkompromisowi”, „krytyczni aż do bólu”, „dzielni” i „twardzi”, „rzucający polityków na deski”, „zadający najcelniejsze pytania”, „drążący najbardziej kontrowersyjne sprawy”, „wywlekający na światło dzienne wszystkie grzechy klasy politycznej” - dziennikarze naraz, gdy dochodzi do największej powojennej tragedii z udziałem najwyższych urzędników i wojskowych, zatrzymują się przed ruskim kordonem i grzecznie ze zrozumieniem kiwają głowami, gdy jakiś żołdak im mówi „nie lzja, nie nada” w krzokach lub przed murem wojskowego lotniska. I nawet nie próbują oni iść dalej. Nawet nie szukają innych dróg dojścia do prawdy o tragedii. Nie wspinają się na drzewa, nie szykują łapówek dla ruskich funkcjonariuszy, by zdobyć jakieś nowe dane, nowe materiały. Wiedzą bowiem ci wszyscy ludzie mediów doskonale, że NIE WOLNO.


Jedno więc tylko jest dziwne – czemu nie zajmują się wyłącznie Dodą czy Szycem, a poważnym ludziom nie zostawią zajmowania się poważnymi sprawami? Choć może nie dziwne, jeśli weźmiemy pod uwagę właśnie to, że neokomunizm to tylko doskonalsza forma komunizmu?

29 sty 2011

Śledztwo raz jeszcze

Przeczytałem krótki tekst n0str0m0 nawiązujący do wypowiedzi J. Kaczyńskiego dla blogpressu (http://n0str0m0.salon24.pl/273655,gps-zestrzela-ten-samolot). Premier Kaczyński uważa, że nie można kwestionować autentyczności miejsca (Siewiernyj) i wraku na wojskowym lotnisku. Z całym jednak szacunkiem dla znakomitego polityka, jakim jest premier Kaczyński (jak też minister Macierewicz), muszę się odnieść polemicznie do tej wypowiedzi. Jak sam on przyznawał wielokrotnie w wywiadach dotyczących 10 Kwietnia, był - co zrozumiałe - w wielkim szoku, po tym, co się stało. Myśmy wszyscy (mam na myśli Polaków przywiązanych do Polski, nie peerelaków przywiązanych do Moskwy) byli głęboko wstrząśnięci wydarzeniami tamtego dnia i właściwie do dziś wciąż je mocno przeżywamy. Będąc jednak w takim szoku, Kaczyński nie był w stanie przecież nawet w najmniejszym stopniu ocenić tego, jak wygląda pobojowisko na Siewiernym (i nawet nikt by tego od niego nie oczekiwał) - poza tym pojawił się przecież na miejscu późnym wieczorem. Co robiono, by pojawił się jak najpóźniej, to doskonale wszyscy wiemy. Bogu dzięki, że nie dał się wciągnąć w tamto diaboliczne przedstawienie Putina i Tuska z ustawianym do kamer obściskiwaniem się na Siewiernym. Kaczyński musi też pamiętać to, iż niedługo po tragedii otrzymał za pośrednictwem Sikorskiego od razu całą ruską „wersję zdarzeń” (z winą pilotów i nieszczęśliwym wypadkiem) – mimo że absolutnie NIC jeszcze nie było i nie mogło być na miejscu zbadane. Skąd więc ten ruski pośpiech? Pisałem już w obszernej analizie dezinformacji okołosmoleńskiej (http://www.polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=792%3Afakt-smoleski-jako-produkt-dezinformacji&catid=304%3Adzielnica-dokumentalistow-i-wiadkow&Itemid=1) – chodziło o kształtowanie odpowiedniego OBRAZU tragedii w umysłach polskich obywateli (kształtowanie także na potrzeby dezinformacji na poziomie międzynarodowym). Jeśli wykształci się w umysłach odbiorców obraz „nieszczęśliwego wypadku”, to w kategoriach nieszczęśliwego wypadku patrzą oni na coś, co na kilometr przecież wygląda jak zamach.


To oczywiście kwestia nie tylko obrazowania tragedii smoleńskiej, ale też odpowiedniego jej nazywania. Powstała cała lista określeń „zakazanych” w przekazie medialnym. Słowem tabu od samego początku (co oczywiście dziwne w nowoczesnych czasach, w których żadnych tabu, jak nas mędrcy zapewniają, nie ma i nie powinno być) było to słowo, które od razu cisnęło się na usta 10 Kwietnia, czyli właśnie „zamach”. Czy terrorystyczny, czy inny – ale na pewno zamach. Zamach na Prezydenta i prezydencką delegację. Zamach na najwyższych generałów polskiego wojska. Zamach na wielu wysoko postawionych urzędników państwowych. (Takie wypadki lotnicze z samolotami tak wysokiej rangi po prostu się nie zdarzają – nawet, jeśliby jednak jakimś sposobem (tzn. bez sabotażu czy dywersji) doszło do wypadku, to nie zakończyłby się on masakrą, lecz najwyżej obrażeniami paru pasażerów). Co ciekawsze natomiast, słowami tabu stały się też błyskawicznie terminy: „awaria” oraz „awaryjne lądowanie”, mimo że jeszcze w pierwszych relacjach na gorąco się pojawiały. O awarii nie miało być mowy, bo tupolew był po remoncie w najlepszych ruskich rękach. O awaryjnym lądowaniu także, bo nie miał awarii, a debeściaki szarżowali poganiani w ciężkiej mgle przez pijanego szefa wojsk powietrznych i zapalczywego Prezydenta chcącego pogrozić z Katynia przerażonej Moskwie.


Na miejscu nie był wtedy min. Macierewicz. Na miejscu, przypominam, ci wszyscy eksperci, którzy pojawili się z E. Klichem (także wieczorem 10 Kwietnia) mogli zacząć prace dopiero następnego dnia, a więc 11 kwietnia. Proszę przyglądnąć się z wieczornych filmów z 10 Kwietnia, jak wygląda rekonesans polskich ekspertów (z Klichem na czele) po Siewiernym. Snują się za Anodiną i innymi Ruskami jak wycieczka szkolna po obcym mieście. Jak także doskonale wiemy z relacji Klicha, polscy eksperci nie badali takich kluczowych dowodów, jak "brzozowe skrzydło", nie uczestniczyli w oblocie nad Siewiernym. Można więc chyba podejrzewać z dużą dozą prawdopodobieństwa, że nawet nie sprawdzali, czy części wraku należą do TEGO tupolewa, czy nie.


Komuś ta kwestia może się wydać niedorzeczna, ale przecież nawet w przypadku zwykłego morderstwa sprawdza się broń, z której zabito ofiarę, czyż nie? Czy nie została podrzucona przez kogoś? Skąd pochodzi? Czy jest autentycznym narzędziem zbrodni? 10 Kwietnia zginęło blisko sto osób, które w swej większości nie były „zwykłymi ofiarami”, lecz bardzo ważnymi funkcjonariuszami publicznymi i NALEŻAŁO przede wszystkim dokładnie sprawdzić autentyczność wraku tupolewa, skoro można było go potraktować jako „narzędzie zbrodni” (zgodnie z oczywistą i całkiem racjonalną hipotezą zamachu na polskiego Prezydenta i natowskich oficerów). Czy ranga wydarzenia, ranga zbrodni została należycie uwzględniona przez polskich śledczych? Czy w historii Rosji zabijanie polskich przywódców i polskich oficerów nie dokonywało się już wiele razy? Nie trzeba chyba przypominać Katynia, można przypomnieć sobie moskiewski „proces szesnastu”.


Wszystkie, podkreślam, wszystkie "badania" toczyły się pod dyktando Rusków - jak więc wygląda ich ostateczny kształt i wiarygodność to mogliśmy się przekonać z "raportu komisji Burdenki 2" oraz „polskich uwag” do niego, gdzie wymienione są olbrzymie ilości niedostarczonych Polsce dokumentów, ekspertyz, dowodów itd. Czy policja bada crime scene pod kierunkiem seryjnego mordercy, którego w tym miejscu złapano po kolejnym zabójstwie? Owszem, przywozi się czasami mordercę na miejsce zbrodni w celu odtworzenia zdarzeń i skonfrontowania zeznań z materiałem dowodowym – no ale chyba nikt mi nie powie, że w taki sposób wyglądała kooperacja polskich specjalistów z ruskimi w Siewiernym.


Jest mnóstwo bardzo poważnych przesłanek i zeznań świadków (także polskich), przywoływanych w moich ostatnich postach - które nakazują powątpiewać w autentyczność miejsca i wraku z 10 Kwietnia (czy później Ruscy na tym składowisku leżącym pod gołym niebem nie robili dodatkowych przekładanej, to osobna sprawa), w autentyczność całego "wypadkowego przekazu" z tamtego dnia. Jeśli więc są takie przesłanki, to z pełną powagą - nawet jeśliby się miało okazać, że to błędny trop - trzeba całą sprawę spokojnie zbadać. Ja, skłaniając się ku hipotezie dwóch miejsc (konstruowanej zresztą także przez innych blogerów, co uczciwie przyznaję), brałem pod uwagę nasze wielomiesięczne, drobiazgowe analizy materiałów (fotograficznych, filmowych itd.) i wypowiedzi związanych ze Smoleńskiem. Analizowaliśmy każdy szczegół, każde zdanie, każdą sprzeczność, każde niedopowiedzenie.


Każdy, kto mnie czytał, musiał pamiętać też dość długą dyskusję na moim blogu wokół "hipotezy dwóch tupolewów" - krytykowanej przeze mnie (http://freeyourmind.salon24.pl/181169,dwa-tupolewy). Nie było więc tak, że od razu przyjąłem założenie, iż doszło do mistyfikacji czy maskirowki. Zasadność hipotezy dwóch miejsc uznałem dopiero po wielu dyskusjach i wielu przemyśleniach. No i nagle się okazuje, że pojawiają się coraz to nowe przesłanki wzmacniające tę hipotezę. Tę hipotezę, jak już zaznaczałem, dość łatwo sprawdzić: 1) badając autentyczność wraku, 2) badając autentyczność miejsca zdarzenia, 3) sprawdzając, czy w Smoleńsku (czy jego okolicach) nie było dwóch (w podobnym czasie) akcji ratunkowych, 4) sprawdzając, czy polski tupolew po decyzji, że nie ma lądować w Siewiernym (niedawno ta informacja się ukazała), nie został przez Moskwę skierowany na jakieś inne lotnisko (w Rosji lub na Białorusi). Przecież chyba nic nie stoi na przeszkodzie, by te kwestie zweryfikować i się upewnić, na czym stoimy? Potwierdzenie tej hipotezy spowodowałoby całkowity zwrot w sprawie Smoleńska, zaś znalezienie rozstrzygających dowodów, że nie doszło w Siewiernym do mistyfikacji, pozwoliłoby ostatecznie przyjąć, że Ruscy wysadzili polskiego tupolewa w okolicach Siewiernego.


Wydaje mi się, że dla niektórych osób sama myśl, że wszystko jednak mogło być inaczej niż nam się przez wiele miesięcy wydawało, jest nie do przyjęcia. Zaznaczam jednak, że po pierwsze, takie zwroty w każdym sensownym śledztwie się dokonują (podejrzewa się jedną osobę, a prawdziwym sprawcą okazuje się ktoś inny), a po drugie: nam chyba chodzi o prawdę w przypadku 10 Kwietnia, nie zaś o trzymanie się wersji, do której się już „przyzwyczailiśmy”. Proszę bowiem wziąć jedną rzecz pod uwagę: jeśli Ruscy dokonali mistyfikacji, a my tej mistyfikacji nie przyjmujemy do wiadomości, to badając szczątki wraku, pobojowisko, sfałszowaną dokumentację itd. NIE dowiedziemy, że dokonany został zamach na polskiego Prezydenta, bo nie będziemy mieć dowodów. Jeśli czekiści dokonali maskirowki, a my uważamy, że nie, to na nic się okaże całe nasze obywatelskie śledztwo.


Może Ruscy nie dokonali maskirowki (co byłoby do nich nie podobne, jeśli weźmiemy np. pod uwagę zamachy terrorystyczne w Rosji, które wyniosły Putina do władzy). Może. Upewnijmy się jednak najpierw, że nie, zanim zaczniemy wyrokować.


I jeszcze jedno. Może komuś się wydaje, że przyjęcie hipotezy dwóch miejsc (lub hipotezy „maskirowki katastrofy”) „umniejsza” jakoś tragedię z 10 Kwietnia, „bagatelizuje” skalę wydarzenia. Jest to czysty nonsens. Hipoteza dwóch miejsc głosi, że tragedia była straszliwsza niż nam się zrazu wydawało. Nie dokonano bowiem, zgodnie z tą hipotezą, zamachu „za pomocą katastrofy”, lecz zamachu terrorystycznego na delegację prezydencką. Jest to kwalifikowane jako zbrodnia przeciw ludzkości i może być z miejsca ścigane przez międzynarodowy trybunał. To nie jest wtedy jakaś „sprawa między Polską a Rosją”.



http://clouds.salon24.pl/235982,tu-154-i-jak-40-czas-przelotu-do-smolenska

http://www.tvn24.pl/12690,1689919,0,1,zobacz-stenogramy-z-rozmow-kontrolerow,wiadomosc.html


28 sty 2011

Jak Oni skończą?

Tym tytułem nawiązuję do „sondy” jaką komunistyczna gadzinówka Goebbelsa stanu wojennego urządziła z radosnym udziałem ludzi, których nazwiska nigdy nie powinny pójść w zapomnienie na polskiej liście hańby (http://www.wpolityce.pl/view/6466/Elita_lewicy_i_PO_w_skandalicznej_sondzie_urbanowego_brukowca___Jak_skonczy_Kaczynski___Kutz_i_inni_prorokuja_mu_smierc___.html). Chodzi mi jednak nie tylko o tych „uczestników sondy”, którzy najwyraźniej nie mogą odżałować, że J. Kaczyński nie został przez czekistów zamordowany 10 Kwietnia, lecz o tych wszystkich ludzi mediów, którzy w sposób świadomy i z pełnym zaangażowaniem - albo jako agenci wpływu, albo jako prowadzeni przez ruską agenturę rezydującą w Polsce – od tego właśnie dnia uczestniczą w kampanii osłaniającej zamach dokonany na prezydenckiej delegacji. Kampanie ta swoim rozmachem i skalą stosowanej dezinformacji wielokrotnie przewyższa kampanię związaną z kłamstwem katyńskim, tamta bowiem dość szybko się „urwała” i zakończyła zmową milczenia wokół ludobójstwa dokonanego przez NKWD. Samo słowo „Katyń” trafiło zaś do zbioru wyrażeń zakazanych w komunistycznym „piśmiennictwie”, a takie wydarzenia, jak sowiecki atak na Polskę 17 września, pakt Ribbentrop-Mołotow, wywózki Polaków na Wschód etc. po prostu nie istniały w powojennych czerwonych „podręcznikach historii”. Tym razem zbrodni przemilczeć się nie da, bo i zamach nie do końca się udał tak, jak czekiści sobie zaplanowali, wobec tego ludziom, którym los czekistów wyjątkowo leży na sercu, nie pozostaje nic innego, jak z zajadłością wściekłych psów, ujadać i bronić kłamstwa smoleńskiego na wszelkie sposoby i za wszelką cenę.


Po obaleniu neokomunizmu ludzie ci powinni nie tylko zniknąć z polskiego życia publicznego i środków masowego przekazu (dożywotni zakaz wykonywania zawodu dziennikarskiego – tak jak recydywiści-piraci drogowi dostają zakaz prowadzenia auta), ale też powinni stanąć przed sądem za działalność na szkodę polskiego państwa, a jeśli okaże się, że pracowali jako ludzie zatrudnieni w specstrukturach wrogiego nam, ruskiego państwa, powinni być też osądzeni za współudział w zbrodni smoleńskiej. To nie są żarty – sprawy zaszły już za daleko i faktycznie w polskie państwo uderzają coraz mocniej jego wrogowie. W nowej ustawie prawo prasowe powinien być jasno i wyraźnie sformułowany zakaz pracy agenturalnej kogokolwiek, kto zawodowo ma do czynienia z mediami – na osoby zaś ukrywające ten fakt i pracujące dla obcego wywiadu lub innych spescsłużb agresywnie penetrujących nasze państwo, powinny być nałożone surowe kary (nie sprowadzające się do wydalenia z pracy, lecz do wieloletniego więzienia). Media, które dopuściły się publikowania agenturalnych materiałów, powinny być – w zależności od skali zjawiska – obciążane drakońskimi karami finansowymi lub zamykane (np. gdyby się okazało, że w ich strukturach pracuje wielu ludzi związanych z wrogimi służbami specjalnymi).


Piszę o tym w kontekście kolejnej akcji dezinformacyjnej uruchomionej przez „znanego redakcji „Komsomolskiej Prawdy” polskiego dziennikarza”, a związanej z rzekomym tajnym rozkazem śp. Prezydenta L. Kaczyńskiego dla 36 Spec. Pułku. Deza ta miała najprawdopodobniej „skorygować” przekaz związany z opublikowaną niedawno wiadomością mówiącą o tym, że polski tupolew w związku z gwałtownie pogarszającymi się warunkami pogodowymi NIE miał lecieć na Siewiernyj, lecz do Moskwy. Informacja ta, jeśliby się okazała prawdziwa, miałaby bowiem przełomowy charakter dla sprawy (badania zamachu smoleńskiego), ponieważ świadczyłaby nie tylko o całkowitym sfałszowaniu stenogramów zapisów VCR, ale też o tym, że polski samolot w pewnym momencie został skierowany na INNE lotnisko, zaś w Siewiernym doszło do inscenizacji katastrofy.


Najwyraźniej więc narracja wypadkowa weszła w fazę, by tak rzec, agonalną. Drgawy rozmaitych promoskiewskich propagandystów są coraz bardziej paniczne, jakby za chwilę cała załgana kampania okołosmoleńska miała się tymże propagandystom zawalić. Zastanawiam się jeszcze nad jedną kwestią: czy zbadane zostały przez prokuraturę bilingi S. Wiśniewskiego z godzin porannych (lokalnego czasu) 10 Kwietnia. Czy np. nie konsultował się z kimś, zanim rozpoczął swoje filmowanie na Siewiernym?

27 sty 2011

Lotnisko

Zabezpieczeniem lotniska, kolumną samochodową, wsparcie ochrony osobistej, gwarantuje gospodarz, gwarantuje gospodarz.

M. Janicki, generał.

(dlatego też, gdy do Polski przylatuje prezydent USA lub FR to chronią go polskie służby)



Zostawmy dzielnego i genialnego Janickiego. Zacznijmy od pewnej wiadomości z września ubiegłego roku: „Szef Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie płk Ireneusz Szeląg podkreślił w czwartek, że nie każdy dostarczony kawałek blachy w rzeczywistości jest częścią Tu-154. Dodał, że dlatego zawsze osoba, która w Smoleńsku znalazła element wyposażenia samolotu lub szczególnie - szczątki ludzkie - jest przesłuchiwana.” (podkr. F.Y.M.)

http://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/453605,na_miejscu_katastrofy_smolenskiej_wciaz_sa_znajdowane_szczatki_ludzkie.html


Jak pamiętamy bowiem, przez wiele miesięcy po 10 Kwietnia przeróżne rzeczy cudownie „odnajdywały się” na Siewiernym. A to godło z salonki, a to wieniec, a to fragmenty wraku, a to czyjeś dokumenty (jak paszport śp. G. Zych), a to wreszcie ludzkie szczątki. Ruscy przez długi czas pozostawiali „miejsce katastrofy” niezabezpieczone nie tylko z tego powodu, by po raz kolejny upokorzyć Polskę i Polaków. Nie tylko po to, by okoliczni mieszkańcy brali sobie pamiątki (smoleńskie dzieci zabierały sobie np. ludzkie zęby leżące w ziemi – relacja w pierwszej majowej „Misji specjalnej”) i w ten sposób „sprzątali pobojowisko”. Także po to, by można było na to miejsce swobodnie dorzucać rozmaite rzeczy, podtrzymując napięcie związane z inscenizacją. Wprawdzie nasza prokuratura wojskowa, jak czytaliśmy wyżej, wiedziała, że część szczątków z Siewiernego (przywożonych do Polski), to NIE szczątki tupolewa, lecz nie skutkowało to żadnymi poważnymi krokami prawnymi zmierzającymi do przejęcia i zbadania innych lotniczych fragmentów składowanych pod gołym niebem na Siewiernym.


Wróćmy więc na chwilę do samego Siewiernego i wypowiedzi dziennikarzy, którzy byli na miejscu 10 Kwietnia, a nawet parę dni wcześniej. Cytuję znowu za „Misją specjalną” (kwietniową i pierwszą majową); wszystkie podkreślenia są moje, jak zwykle:


Największym zaskoczeniem było, że w ogóle to lotnisko tam jest, bo my mieszkaliśmy przez tydzień w hotelu, który znajduje się tuż obok lotniska i nie mieliśmy pojęcia, że to jest lotnisko. Po prostu po drugiej stronie drogi do hotelu był jakiś niewysoki mur, jakaś stara zardzewiała brama, ale tam nie lądował żaden samolot. Nie było jakby żadnego śladu, który mógłby wskazywać, że to jest lotnisko.” (04'04'', Paweł Prus TVP Info)


Któregoś dnia zauważyłem w telewizji zaczęli pokazywać, jak Rosjanie naprawiają, wkręcają żarówki do jakichś opraw tam do jakichś reflektorów. Ja nie wiem, do jakich wkręcają, ale na fotografiach, które ja robiłem trzy i pół godziny po wypadku, nie było żadnych reflektorów ani żadnych opraw na tym lotnisku. Tak że to jest arcydziwna sytuacja.” (kwietniowa 05'06'', Piotr Ferens „GP”)


Na trzech betonowych słupach o wysokości mniej więcej 2,5 m były żaróweczki – widzieliśmy jak one świecą w ciągu dnia, potem już była ładna pogoda. Ale one świeciły gorzej niż lampki na naszych kamerach.” (kwietniowa 05'59'', Marek Pyza „Wiadomości” TVP)


Widzieliśmy lądowanie rosyjskiego samolotu. Dosłownie było to 100 m od miejsca, w którym staliśmy. Ten samolot zniżył się, już był tuż nad pasem, chyba metr nad betonową płytą. Przechylił się lekko na lewą stronę i no chyba w ostatnim momencie wzbił się w powietrze” (majowa 05'44'' Jerzy Kubrak „Fakt”)


I jeszcze wymiana zdań między dziennikarką a „kontrolerem” Plusninem z pierwszej czerwcowej „Misji specjalnej” (04'20''):


A dlaczego on odmówił? (lotu na drugie lotnisko – przyp. F.Y.M.)”

Trzeba by jego spytać.

Ta kwestia „odmowy” lotu na drugie lotnisko należała do jednego z leitmotivów ruskiej dezinformacji okołosmoleńskiej 10 Kwietnia i w następnych dniach. Podkreślano bowiem (tak twierdził i rzecznik/sekretarz gubernatora Smoleńska, tak utrzymywał Bastrykin (http://premier.gov.ru/eng/events/news/10179/)), że kupa luda namawiała jeden przez drugiego, by polska załoga odpuściła sobie lądowanie na Siewiernym, bo nie ma pogody, sprzętu, warunków, diabli mgłę nadali itd., a załoga, jak ta banda kołków nie tylko uparła się na lądowanie, ale ignorowała czynione w najlepszej wierze zalecenia „braci Moskali”, bo, jak się możemy domyślać, polski Prezydent za wszelką cenę chciał zdążyć na antyrosyjską manifestację w Katyniu i jakby nie zdążył, to byłby wielki dyplomatyczny, międzynarodowy skandal, przed którym cała Moskwa wprost drżała i truchlała. Stąd te nerwowe Rosjan rozmowy między „wieżą” a „Logiką” - wszyscy bowiem, od Kremla po budy w Siewiernym, nad którymi wrony zawracają, dostawali palpitacji serca na wieść, że straszliwy, mściwy L. Kaczyński ze swoją groźną świtą przybywa. No więc całe to przerażone towarzystwo za wszelką cenę, prośbą i groźbą usiłowało odwieźć szaloną załogę od lądowania, ta załoga jednak, jak ta husaria z ruskiego filmu „1612”, klnąc na czym świat stoi, pchała się na przepadłe, nie zważając na przyrządy, na alarmujące komunikaty, tylko szukając wzrokiem ziemi.


A jeśli było zgoła odwrotnie, czyli właśnie tak, jak Ruscy uporczywie zaprzeczali? Jeśli tupolew właśnie ODLECIAŁ na drugie lotnisko i wcale nie próbował lądować na Siewiernym? Wiemy, że rozmowy mające pochodzić zapisów czarnej skrzynki są zmanipulowane w tylu miejscach, że można się zastanawiać, które ich fragmenty (i w jakim stopniu) są autentyczne – i które zdania, słowa w jakim czasie (i przez kogo) są wypowiadane. Wiele do życzenia pozostawiają też „rozmowy z wieży”, które, jak się jeszcze tego samego dnia okazało po ich hucznej prezentacji podczas konferencji komisji Millera (kiedy to pokazano nam plamę we mgle zwaną Ił-76) – mają wersję polską (singlową) i maksisinglową, zremiksowaną, ruską (opublikowaną w reakcji na polską konferencję). Wprawdzie Ruscy zapewniali na swojej z kolei konferencji, że ogłoszenie „raportu MAK” to właściwie ostatnie słowo, jakie mają do powiedzenia w sprawie „przyczyn katastrofy”, ale, jak doskonale wiemy, słowo u czekistów jest warte tyle co rubel transferowy.


W drugiej ze smoleńskich „Misji specjalnych” Andrzej Kiński z „Nowej Techniki Wojskowej”, wspominając śp. mjr. A. Protasiuka, mówił: „najlepiej wyszkolony na Tu 154 M w 36 Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego. Latał tym samolotem do wszystkich możliwych i niemożliwych zakątków świata, łącznie z Irakiem i Afganistanem” - myślę o tym cały czas, rozważając to, jak naprawdę mogły wyglądać ostatnie minuty lotu polskiego tupolewa.



http://www.fakt.pl/Oto-zaloga-prezydenckiego-samolotu,artykuly,69003,1.html

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80625,7845308,Szczatki_samolotu_i_rzeczy_ofiar_walaja_sie_na_miejscu.html

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,9009742,Tu_154_mial_przeczekac_mgle__I_wrocic_na_lotnisko.html

http://www.rmf24.pl/raport-lech-kaczynski-nie-zyje-2/kaczynski-fakty/news-tragedia-w-smolensku-podsumowanie-wydarzen-z-soboty,nId,271978

Identyfikacja


W relacji smoleńskich pielęgniarek, które uczestniczyły w akcji ratunkowej, było, jak pamiętamy, jasno i wyraźnie powiedziane o tym, że w przeciągu pół godziny widziały one na miejscu zdarzenia blisko 90 ciał ofiar. Ciała te więc, musiały być identyfikowalne, skoro tak szybko je policzono. 10 Kwietnia zresztą min. Szojgu oznajmia o godz. 19.39 carowi Putinowi, że wydobyto ciała wszystkich ofiar katastrofy (http://www.rmf24.pl/raport-lech-kaczynski-nie-zyje-2/kaczynski-fakty/news-tragedia-w-smolensku-podsumowanie-wydarzen-z-soboty,nId,271978) (http://www.rmf24.pl/raport-lech-kaczynski-nie-zyje-2/kaczynski-fakty/news-rozpoczal-sie-transport-cial-ofiar-katastrofy,nId,271859 (tu też mało chyba znany Państwu filmik z układaniem czerwonych trumien na ciężarówki)).


Pamiętając o tych właśnie wypowiedziach, wczytajmy się uważnie w przywołane niżej przeze mnie relacje, które pojawiły się w kwietniowym (2010), pierwszym wydaniu „Misji specjalnej”, poświęconym tragedii z 10 Kwietnia. Kwestia obchodzenia się z ciałami ofiar należy do wyjątkowo zagadkowych w całej „sprawie katastrofy” nie tylko z tego względu, że ciał, wedle relacji polskich świadków, zrazu nie było widać na pobojowisku w Sewiernym, a potem się zaczęły stopniowo pojawiać tak jak i wiele rzeczy dużo później po zakończeniu (jak to ujął wybitny fachowiec J. Miller) „badań polowych”. Także z tego względu kwestia ciał jest zagadkowa, że z ich „ewakuacją”, „identyfikacją”, z „sekcjami zwłok” i „badaniami” niezwykle się w Rosji spieszono. Spieszono się tak samo, jak ze sprzątaniem „miejsca zdarzenia” i kończeniem „badań polowych”.


O ile bowiem wyjątkowo opieszale szło Ruskom przekazywanie Polakom jakichkolwiek dokumentów dot. tego, co się miało stać 10 Kwietnia (najważniejszych dokumentów i dowodów nie ma do dziś), o tyle migiem (bo w pierwszych kilkunastu minutach) ustalili oni „przyczyny katastrofy” i zajęli się usuwaniem/niszczeniem wraku, wycinaniem drzew, zasypywaniem etc. W pośpiechu też, dodajmy, przejmowano wakaty w Kancelarii Prezydenta i innych instytucjach w Polsce (już wczesnym popołudniem 10 Kwietnia, medialni eksperci dumali, jak też to zapełnią się puste miejsca po tylu czołowych osobistościach politycznych – przez taki właśnie pryzmat patrząc na to bezprecedensowe wydarzenie w polskiej historii), ale to osobna sprawa.


Wróćmy do kwestii identyfikacji ofiar. Od razu uprzedzam, że to tematyka drastyczna. Oto fragmenty relacji jednego ze świadków (podaję za kwietniową „Misją specjalną” (od 13'54'' materiału); wszystkie podkreślenia w cytowanych tekstach są moje):


Odnieśliśmy takie wrażenie, że wszystkim zależało na takim straszliwym pośpiechu, że tutaj kwestią kluczową były te uroczystości, które miały się odbyć w sobotę w Warszawie. Były nam proponowane, że tak powiem, pewne warianty ubrań... Czyli np. były takie pytania: czy mógł mieć to, czy mógł mieć coś innego, ale nic do siebie nie pasowało i to co my opisywaliśmy, no, ich zdaniem również nie pasowało do żadnej ofiary. Pani minister Kopacz użyła takiego określenia, że: „zeszłam tam do nich na dół”...


My to zrozumieliśmy, że zeszła do nich do prosektorium, tam, gdzie znajdowały się ciała i zobaczyła, że tam jest jeszcze dużo ciał bardzo dobrze zachowanych, które z jakichś powodów nie zostały włączone do procesu identyfikacji. I nakłaniała, mówiła, żeby jeszcze może zostać. Kto może psychicznie podoła jeszcze temu, to niech zostanie, bo Rosjanie mają jeszcze jakieś nowe ciała... Na początku zidentyfikowano ofiarę, później okazywało się, że to był ktoś inny. Stąd właśnie nerwowy przebieg tego spotkania. Były nawet pytania kierowane do ministra Arabskiego (…): co będzie, jeśli się okaże, że ciała przywiezione do Polski tak naprawdę nie będą tymi ludźmi, których zidentyfikowano, że doszło do pomyłek. Czy będziemy te ofiary wykopywać później po pogrzebach?


I jeszcze bardziej zaskakująca wypowiedź M. Wassermann (od 17'48''):


Koło 12-tej (10/11 Kwietnia? - przyp. F.Y.M.) był pierwszy telefon, że tata jest zidentyfikowany w stu procentach i że nie ma takiej potrzeby, żeby lecieć. Później zeszła moja bratowa z aparatem przy uchu, powtórzyła mi to samo. Ja również z tą panią rozmawiałam; ona mi przekazała, że jest stuprocentowa identyfikacja i że to jest tylko kwestia, czy po prostu chcemy lecieć (do Moskwy na rozpoznanie ciała ofiary – przyp. F.Y.M.). Ja mówię, że oczywiście w tej sytuacji, w tych okolicznościach nie chcemy lecieć. W tym przeświadczeniu żyliśmy do poniedziałku. Włączyłam radio, pani minister Kopacz odczytywała listę ciał zidentyfikowanych i na tej liście nie było ojca.


I w zasadzie przez najbliższe kilkanaście bądź kilkadziesiąt minut, bądź być może godziny, nie umiem na to pytanie już odpowiedzieć, dostawaliśmy informację, że jest zidentyfikowany, nie jest, jest – nie jest, to rwało chwilę, dłuższą chwilę. W końcu dostałam taką informację, że na pewno nie jest zidentyfikowany. I wtedy zaczęła się rozmowa, czy trzeba lecieć do Moskwy, czy nie trzeba. (…)


Brało się osobę, która była wolna, wolnego prokuratora tudzież tłumacza czy psychologa i on po prostu szedł z tą rodziną, która wymagała pomocy, do jakiegoś pokoju i tam przeprowadzana była rozmowa, a następnie identyfikacja. Zadawano nam pytania, tzn. pytano nas o rzeczy, które znaleziono przy tym ciele, które typują jako ciało mojego ojca i pytano nas o znaki szczególne. Spisano protokół (…) z naszych zeznań i powiedzieli wtedy Rosjanie, że mają ciało, które by odpowiadało temu, co my opisujemy i że będziemy przechodzić na dół do tego miejsca, gdzie były te ciała przetrzymywane (...)(później zaczyna się, jak pamiętamy, kuriozalne przesłuchanie p. Wasserman).


Czy możliwe jest, że czekiści nawet z ciałami ofiar urządzili iście diaboliczne theatrum, pokazując rodzinom zwłoki innych osób? Czy podsuwano do identyfikacji całkowicie zszokowanym rodzinom lub znajomym zabitych członków delegacji prezydenckiej inne, zupełnie zmasakrowane i nierozpoznawalne ciała? Jak to możliwe, że śp. posła Z. Wassermanna zidentyfikowano najpierw w stu procentach, a potem w stu procentach nie zidentyfikowano? Sama ta procedura identyfikacji, jak widzieliśmy wyżej, miała jakiś osobliwy charakter, słuchano bowiem najpierw dokładnych opisów rodzin, a następnie... szukano ciała odpowiadającego temu opisowi. Czy strona polska nie przekazała zdjęć Ruskom? Czy Ruscy nie mieli takich zdjęć typu czołowych osobistości z Polski? Czy nie przekazano Ruskom, zanim przybyły rodziny, choćby zdjęć paszportowych?


Niektórym rodzinom, jak np. krewnym załogi, ciał w ogóle w Moskwie nie okazano, twierdząc, że zachowały się w stanie niepozwalającym na rozpoznanie. W jaki więc sposób możliwe były ruskie drobiazgowe analizy zachowań, pozycji ciała i ucisku rąk poszczególnych członków załogi, przedstawione w „raporcie komisji Burdenki 2”? Jak to możliwe, że niektóre ciała uległy całkowitej dezintegracji, ale ich ubranie (np. mundur) pozostało nierozerwane? W tymże „raporcie” zresztą, jak już zwracałem uwagę w moich poprzednich postach, w pierwszych godzinach „po katastrofie” przygotowano 100 miejsc w smoleńskiej kostnicy i 5 miejsc w szpitalu klinicznym. Tymczasem, jak wiemy, ciała zabierano od razu z pobojowiska (czy tylko stamtąd?) do Moskwy (w „Superwizjerze” z kwietnia 2010 jest też mowa o... Briańsku) – choć, jak także wiemy, z tym wywożeniem ciał z Siewiernego też było dziwnie, gdyż 14 ciał miało być „dobrze zachowanych”, 10 pofragmentowanych, a potem już, o ile sobie dobrze przypominam, nie było medialnych komunikatów o wywożeniu ciał, tylko o identyfikacji genetycznej, co oczywiście zupełnie kłóciło się z przywołaną na początku i znaną nam doskonale relacją smoleńskich pielęgniarek.


W obliczu tej sprzeczności (przy stałym założeniu, że pielęgniarki mówiły prawdę) można by wysnuć dwojaki, makabryczny wniosek, co do ciał ofiar zamachu – albo zostały one zmasakrowane później, albo spora część z nich nie została okazana rodzinom i znajomym (prezentowano im zwłoki ofiar jakichś wypadków w FR). Podejrzenie, że ruscy czekiści urządzili sobie makabryczną zabawę ze szczątkami, wcale nie jest nieuzasadnione, zważywszy na fakt, potwierdzony przez wielu świadków, którzy udawali się parę tygodni po 10 Kwietnia na Siewiernyj, że odnajdywały się tam... świeże, tj. ociekające krwią, ludzkie szczątki („Misja specjalna” z relacją świadka z 2 maja 2010), które nie mogły przecież, biorąc pod uwagę procesy fizyczne zachodzące przy umieraniu i rozkładzie zwłok, należeć do ofiar polskiej delegacji (jeśli przyjmujemy, iż wszyscy będący na pokładzie zginęli 10 Kwietnia).


10 Kwietnia nie tylko rodziny ofiar, ale my wszyscy byliśmy w ciężkim szoku, przeżywając straszliwą i mroczną tragedię smoleńską. Czekiści doskonale wiedzą (z psychologii prześladowanych przez siebie ofiar), że człowiek pozostający w szoku nie tylko nie jest w stanie sprawnie działać i błyskawicznie reagować, lecz przede wszystkim: widzieć to, co się dzieje dokoła niego, chłodnym okiem; uważnie obserwować; analizować każdy szczegół. Człowiek w szoku jest po prostu jak ogłuszony i oślepiony, jak nieprzytomny. Ten szok został przez czekistów wykorzystany do wielkiej maskirowki na Siewiernym i terrorystycznego zamachu na delegację prezydencką, dokonanego najprawdopodobniej w zupełnie innym miejscu.



http://smolenskzespol.sejm.gov.pl/images/dokumenty/edmund%20klich%2021.10.2010.pdf

http://www.tvp.pl/publicystyka/magazyny-reporterskie/misja-specjalna/wideo/28042010/1629837 (Misja specjalna 1 (kwiecień 2010))

http://www.tvp.pl/publicystyka/magazyny-reporterskie/misja-specjalna/wideo/05052010/1697595 (Misja specjalna 2 (maj 2010))

http://www.tvp.pl/publicystyka/magazyny-reporterskie/misja-specjalna/wideo/12052010/1698017 (Misja specjalna 3 (maj 2010))

http://www.tvp.pl/publicystyka/magazyny-reporterskie/misja-specjalna/wideo/19052010/1719922 (Misja specjalna 4 (maj 2010))

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,7760165,Rodziny_ofiar_wylecialy_do_Moskwy__by_identyfikowac.html

http://www.rmf24.pl/opinie/wywiady/kontrwywiad/news-ewa-kopacz-rodziny-identyfikuja-zwloki-czterech-ofiar,nId,272085 (12.IV.2010)

http://wyborcza.pl/1,105743,8295149,Znajdz_mi_go_.html

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,7759638,Kopacz__Tylko_w_14_przypadkach_mozliwa_identyfikacja.html

http://www.tvp.pl/publicystyka/magazyny-reporterskie/misja-specjalna/wideo/02062010/1831290 (Misja specjalna (czerwiec 2010))

http://www.pluszaczek.com/2011/01/13/general-andrzej-blasik-–-identyfikacja-zwlok-kontra-promile-alkoholu/

http://fronda.pl/news/czytaj/gdzie_zniknely_odznaczenia_polskich_generalow


25 sty 2011

Pozorny wybór

Kiedyś wspominałem o tym, że stylizowanie zbrodni popełnianych przez sowieckie specsłużby na „nieszczęśliwe wypadki” lub „prawdopodobne zbiegi okoliczności” należy do podstawowego repertuaru działań o charakterze dywersyjnym, działań wymierzonych we „wrogów Kremla”. Jest jeszcze jednak inny sposób kamuflowania zabójstwa (stosowany nie tylko przez czekistów) - pozorowanie samobójstwa. Aranżuje się miejsce zbrodni w taki sposób, że np. zastrzelonej z bliska osobie wkłada się do ręki pistolet lub też w zasięgu ręki ofiary pozostawia się broń z odciskami palców tejże osoby. Jeśli aranżacja jest skuteczna, policja może umorzyć śledztwo i nie szukać prawdziwego sprawcy śmierci.


Wydaje się, że Ruscy, konstruując (i łatając sypiącą się wciąż) narrację dotyczącą tragedii smoleńskiej, zastosowali obie z tych metod naraz. Z jednej strony to, co wydarzyło się 10 Kwietnia miało być „nieszczęśliwym” (mgła, słaba widoczność, niefortunne ukształtowanie terenu) albo wprost „głupim wypadkiem” (kozakowanie „debeściaków” ignorujących dobre rady „kontrolerów lotu”). Z drugiej zaś, zawarte w „raporcie komisji Burdenki 2”, „sowiecko-psychiatryczne analizy” i „rekonstrukcje osobowości” pierwszego pilota, jednoznaczny przekaz o nieodpowiedzialnym i nietrzeźwym generale Błasiku oraz opowieści o innych prezydenckich epizodach z „naciskami na załogi” - miały „dopełnić obrazu” katastrofy, czyli dowieść, że tak właściwie to śmierć przyszła „na własne życzenie” ofiar i dokonała się ich własnymi rękami.


Nawiasem mówiąc, ta wersja z „samobójstwem” wynikającym z niesamowitego pośpiechu śp. Prezydenta L. Kaczyńskiego, by nie było spóźnienia na uroczystości, (ochoczo eksplorowana przez polskojęzyczne mainstreamowe media) była o tyle nonsensowna, że Prezydent, gdzie jak gdzie i kiedy jak kiedy, ale do Katynia 10 Kwietnia nie musiał się wcale spieszyć. I tak by na niego (i na całą delegację z tyloma znakomitościami polskiego życia publicznego) w Lasku Katyńskim z uroczystościami zaczekano. W Katyniu byli bowiem ludzie, którzy Prezydenta szanowali i za niezwykły zaszczyt poczytywali sobie możliwość uczestniczenia w okrągłych rocznicowych obchodach. Ci, którzy pogardzali Kaczyńskim, pojawili się przecież w Lasku Katyńskim tłumnie wraz z gabinetem ciemniaków 7 kwietnia, czapkując carowi Putinowi i cmokając nad „pojednaniem warszawsko-moskiewskim”.


Ruscy, przygotowując zamach, doskonale wiedzieli, że nawet aranżując wszystko na wypadek/(nieumyślne) samobójstwo, pojawią się w mediach „wersje zamachowe”. Neutralizację tych ostatnich miała zapewnić odpowiednia, zmasowana kampania dezinformacyjna i propagandowa, wyśmiewająca albo same „teorie spiskowe”, albo ludzi, którzy je głoszą. Najważniejsze jednak dla czekistów było to, by wybór między „wersją wypadkową” a „zamachową” był jedyny, jaki pojawi się w przekazie medialnym. Oficjalnie katastrofa (rozumiana tu jako „lotniczy wypadek”) miała być spowodowana „wielorakimi przyczynami” (w ostatniej fazie „badań” doszły - dzięki stenogramom opublikowanym przez komisję Millera - w ramach „materiału uzupełniającego”: szaleństwa prostaków w „wieży kontroli lotów”), natomiast „nieoficjalnie”, tj. w wersjach głoszonych przez paranoików smoleńskich, miała być wynikiem zamachu z użyciem (najprawdopodobniej niekonwencjonalnych) środków wybuchowych.


Najważniejsze dla Kremla było jednak to, by fakt zajścia samej katastrofy na Siewiernym pozostał niekwestionowany. Dopiero bowiem przy podważeniu tego właśnie faktu i uznaniu wydarzeń z Siewiernego za maskirowkę, (osłaniająca zbrodnię smoleńską) kampania czekistów okazywała się kompletnie bezużyteczna. Jeśliby bowiem jacyś szaleńcy uznali, że katastrofa na Siewiernym to właśnie (przeprowadzona na niespotykaną dotąd w świecie skalę) maskirowka, to konsekwentnie wychodziłoby im, że wszystkie przeprowadzone w związku z tą katastrofą badania, ekspertyzy itd. to jedna wielka maskarada albo teatr absurdu w iście Beckettowskim stylu. Zestaw kompletnie bezsensownych czynności wykonanych po to, by uwiarygodnić miejsce zdarzenia, zdarzenia, do którego w tamtym właśnie miejscu NIE doszło. Podążając tą myślą – jeśli polscy specjaliści, którzy pojawili się 10 Kwietnia wieczorem na Siewiernym, choć prace zaczęli dopiero następnego ranka, nie sprawdzili (a można podejrzewać, że nie zrobili tego; por. barwne relacje E. Klicha), czy mają do czynienia z autentycznymi szczątkami polskiego tupolewa i uznali ruskie sceniczne rekwizyty za obiekty realne, to dali się wciągnąć w spektakl, o którego istnieniu być może nawet nie mieli pojęcia.


Twarde trzymanie się przez „stronę rosyjską” wersji z Siewiernym jako „miejscem katastrofy” miało wyeliminować jakikolwiek cień podejrzenia, co do skonstruowanej inscenizacji, ale też zapobiec powstawaniu zupełnie alternatywnej wersji wydarzeń, w myśl której np. 1) na wysokości 100 m polski tupolew, tak jak oznajmia pierwszy pilot, odchodzi (i zarazem wymyka się z pułapki) i ląduje gdzieś awaryjnie, a nie spada gwałtownie na „masyw leśny” oraz 2) czekistowska zbrodnia została dokonana gdzie indziej. Takiego bowiem (alternatywnego) przebiegu wypadków nie dałoby się medialnie „wyjaśnić” ciemnemu ludowi, obśmiać w „kabaretach”, zakryć świętym oburzeniem na lekkomyślną załogę i „naciskających na nią zwierzchników”, i przesłonić deklaracjami Brylskiej, Olbrychskiego, Wajdy, Życińskiego i wielu innych zdeklarowanych po tragedii smoleńskiej, przyjaciół Moskwy. Nie byłoby wtedy bowiem mowy o żadnym lotniczym wypadku, lecz o terrorystycznym ataku na samolot z prezydencką delegacją z Polski – ataku, o którym, jak stwierdził kiedyś min. A. Macierewicz (ogólną) informację miały polskie służby na dzień przed wylotem tejże delegacji (http://mypis.pl/aktualnosci/687-zespol-parlamentarny-do-spraw-zbadania-katastrofy-tu-154-ujawnia-nieznane-dotad-fakty). Tu w wykręcaniu kota ogonem i szukaniu jasnych stron tragicznej sytuacji nie pomógłby ani Wroński, ani Żakowski, ani żaden inny mędrzec z Ministerstwa Prawdy.


Należało więc bezwzględnie utrzymywać wersję z katastrofą, nawet kosztem jej niespójności i narastających podejrzeń związanych z 1) zeznaniami świadków, którzy nie widzieli ciał, 2) zdumiewającą, iście apokaliptyczną skalą zniszczeń (proszę zobaczyć, co zostało z samolotu w Lockerbie, którego szczątki spadły z nieporównanie większej wysokości (http://www.youtube.com/watch?v=limPg52ugnw&feature=related; przy okazji warto się zapoznać z tym, jak wygląda praca profesjonalistów badających katastrofy lotnicze), 3) brakiem twardych dowodów zajścia „wypadku”. Co do 3) to schemat rozmieszczenia szczątków („raport komisji Burdenki 2”; wersja polska, s. 96) jest taki, jakby samolot rozpadł się po drodze podczas twardego przyziemiania, natomiast skala zniszczeń jest taka, jakby go wysadził potężny ładunek wybuchowy. Sam ten, sugerujący inscenizację, schemat najpewniej został nałożony na zdjęcie satelitarne z 12 Kwietnia 2010 r. (przez ten czas bowiem Ruscy „sprzątali” na miejscu zdarzenia, wycinali drzewa „pod sprawny transport” itd.), a więc nie jest autentycznym zdjęciem wykonanym po katastrofie, które to zdjęcie w takim dokumencie po badaniach tak poważnego zdarzenia lotniczego, powinno było się bezwzględnie pojawić. Nie ma też, jak to już wiele razy podkreślałem, zdjęcia Siewiernego z helikoptera (z 10 Kwietnia oczywiście).

Wiśniewski, jak pamiętamy, tak opowiada o tym, co to się działo, gdy jeszcze był w hotelu: „Patrzę w mgle, idzie samolot bardzo nisko, lewym skrzydłem prawie że w dół, normalnie słychać taki huk, bo miałem otwarte okno (…) jakby coś było niszczone, tak tratowane, za chwilę było wiesz, huk, dwa (…) błyski ognia, mówię: wywalił się samolot...” (http://www.youtube.com/watch?v=yifz6Se52kE). Zastanawiam się jednak jak on to wszystko widział, skoro – jak pokazano nam na legendarnej prezentacji komisji Millera – potężna machina typu Ił-76, zbliżająca się do Siewiernego o 7.25, na stopklatce to zaledwie plama, nieco ciemniejsza od innych zamglonych plam ((http://www.youtube.com/watch?v=9iwEOMbNivs&feature=player_embedded#!) od 11'52'' materiału)?


Czy Wiśniewski naprawdę coś wtedy widział, skoro kamera z odległości 400 m zarejestrowała tyle co nic - czy raczej oczyma wyobraźni zobaczył (już po fakcie, po powrocie z pobojowiska, w trakcie wywiadu) to, co wtedy w hotelu zaledwie... słyszał? Może tę jego wizję ukształtowały opowieści ruskich funkcjonariuszy, którzy – jak widzieliśmy na różnych migawkach (np. gdy ci opowiadają Tuskowi (http://www.youtube.com/watch?v=rvkvfX5KpOg&feature=related), gdy relacjonują Putinowi (http://www.youtube.com/watch?v=KG2-ChZv91E&feature=related), gdy na pobojowisku sami sobie „wizualizują” itd.) - pokazywali, machając grabiami, co to się z polskim samolotem stało, czyli, że leciał, walnął w brzozę, a potem się obrócił „na plecy”.


W „raporcie komisji Burdenki 2” poświęcono sporo miejsca „podobnym zdarzeniom” (z „naciskami na załogi”), które miały tworzyć pewien fatalny ciąg zakończony smoleńską tragedią. „Epizod gruziński” z 2008 r., który wprawdzie polegał na tym, że ówczesna załoga NIE zgodziła się na lądowanie w jakimś miejscu, potraktowano zgodnie z ruską logiką jako „potwierdzenie” tego, że załoga może ulegać naciskom. Nie wyliczono w bumadze MAK-u ponadto różnych awarii rządowego tupolewa, jak choćby tej styczniowej (2010) na Haiti (http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/196715,Awaria-rzadowego-Tupolewa-ratownicy-utkneli-na-Haiti) ani dziwnych awarii przytrafiających się akurat wtedy, gdy leciał gdzieś polski Prezydent (http://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-prezydent-dotarl-do-japonii-kompletna-klapa-tupolewa,nId,163919) (http://wiadomosci.wp.pl/gid,10629361,title,Tu-154-uziemiony-w-Ulan-Bator,galeria.html?ticaid=1ba9b), które to awarie budziły niezwykłą radość przeróżnych cepów w naszym kraju. W ruskiej bumadze nie wspomina się też o ostrzale skierowanym na kolumnę z prezydenckim samochodem (http://www.polskatimes.pl/fakty/gruzja/62592,prezydent-lech-kaczynski-w-gruzji-strzelali-rosjanie,id,t.html?cookie=1). Ten ostrzał także wielu cepów w Polsce ubawił do łez.


Przyjęcie, że na Siewiernym był złom (dostarczony tam zapewne przez Iła, by inscenizować lotniczy wypadek), pozwala zrozumieć nie tylko „skalę zniszczeń” niewspółmierną do tego, co się nad Siewiernym miało z polskim samolotem zdarzyć – ale też 1) zachowania służb zaraz po ogłoszeniu, że „doszło do katastrofy z winy pilotów” oraz 2) całe to wielkie i pospieszne sprzątanie pobojowiska, z niszczeniem wraku włącznie. Wprawdzie o winie pilotów i o przebiegu zdarzeń Ruscy zawyrokowali zanim cokolwiek zostało na Siewiernym zbadane, a więc w przeciągu pierwszych kilkunastu minut, ale, jak wiemy, władzom w Polsce wcale to nie przeszkodziło w uznaniu tej wersji za wiarygodną i zweryfikowaną. Należy jednak mieć świadomość, że jeśli to, co pokazane było na Siewiernym, to nie są szczątki polskiego tupolewa, lecz właśnie jakiś imitujący te szczątki złom, to – tu uwaga – rekonstruowanie tego, co się wydarzyło na Siewiernym (rekonstruowanie nawet dokonywane przez niezależnych badaczy i ekspertów!) wiedzie zupełnie donikąd. Sądzę więc, że w obliczu tych wszystkich ruskich matactw, oszustw, dezinformacji, uników, braków dokumentów, bajzlu itd. (o upokorzeniach Polski i lżeniu ofiar przez ludzi Putina i Tuska nie wspomnę) – fundamentalną obecnie kwestią jest ustalenie autentyczności wraku i autentyczności miejsca zdarzenia. Jeśliby się okazało, że ani wrak nie jest autentyczny, ani miejsce – całe badanie przyczyn tragedii smoleńskiej należy rozpocząć zupełnie od nowa, a ruskie bumagi wywalić do śmieci.




http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2010/07/tri-babuszki-w-samarie-sek-024.html

http://freeyourmind.salon24.pl/271974,bumaga

http://freeyourmind.salon24.pl/270314,z-punktu-widzenia-zamachowca

http://freeyourmind.salon24.pl/269333,oko-zaby

http://freeyourmind.salon24.pl/270989,gdzie-i-kiedy-doszlo-do-tragedii

24 sty 2011

Bumaga

Jedną z fundamentalnych praktyk systemu sowieckiego i neokomunistycznego jest odwoływanie się do bumagi. Co jest w bumadze, to jest „święte”. Jeśli zaś bumaga mówi jedno, a w rzeczywistości, jak twierdzą jacyś ludzie, zaszło drugie – to znaczy, że coś jest nie tak z tymi ludźmi (mieli zwidy, są chorzy psychicznie, zabobonni, ogłupieni, ciemni itd. - „nasz ekspert jest w stanie wyjaśnić, dlaczego ci ludzie są w tak wielkim błędzie”) i/lub z tą rzeczywistością („nasz ekspert twierdzi, że fakty były zgoła inne”). W agenturokracji, tak na dobrą sprawę, trudno powiedzieć, czy świat realny w ogóle istnieje, ponieważ – bez względu na to, czy mówimy o komunizmie, czy neokomunizmie – mogą w tymże polityczno-społecznym „porządku” znikać poszczególni ludzie, całe grupy ludzi, ludzkie wytwory (dzieła, odkrycia itp.), ludzkie skupiska (wsie, miasta, a nawet państwa), jeśli Centrala tak zarządzi. To zaś, co zniknęło, nie tylko przestaje istnieć, ale też znika z podręczników historii jako to, czego nigdy nie było.


Powstają wtedy tzw. białe plamy, które myśl sowiecka i neosowiecka omija, ponieważ ci, co tę myśl krzewią w ramach międzynarodowej inżynierii dusz, są niezwykle wyczuleni na to, kiedy i co wolno myśleć, a kiedy już nie. I tak np. czas stalinizmu przynosi w historii przecież bardzo obfity, przeogromny plon prac dziennikarskich, literackich, malarskich, rzeźbiarskich, naukowych itd., pokazujących nieziemskie piękno myśli generalissimusa Soso i jej wyższość nad wszystkim tym, co kiedykolwiek na świecie się pojawiło. Potem jednak Centrala stwierdza, że to był bezbożny „kult jednostki” i kieruje serca „ludzi partii” w zupełnie nowym kierunku, zaś obfity plon stalinizmu znika, jakby go nigdy nie było. Niegdysiejsi żarliwi stalinowscy intelektualiści oraz artyści, jakby nigdy nic, szukają „nowych dróg” i na nowo „opisują świat” z perspektywy nieśmiertelnej idei socjalizmu oraz internacjonalizmu, która to idea żywa jest, jak wiemy, do dziś, co widać po pracach funkcjonariuszy wszystkich agend Ministerstwa Prawdy. Ci funkcjonariusze z jednej strony są już, rzecz jasna, zwesternizowani i nie noszą sowieckich kufajek, uszanek i walonków, a hasłem o proletariuszach wszystkich krajów nie wycierają sobie gąb, ale z drugiej strony w tej swej westernizacji zaszli już tak daleko, że wprost prześcignęli zachodnich intelektualistów i artystów w neomarksizmie, i jako nowa awangarda nowej rewolucji (starałem się ją dokładnie opisać w pewnej książce :)) wracają radosnym pochodem na Wschód, skąd wyszli ich dziadowie i pradziadowie. Jeszcze chwila zresztą, a okaże się, że dziadowie/pradziadowie z „KPP” albo i armii czerwonej, albo i z CzeKa to żaden wstyd. No bo już od 21 lat wiemy, że „PZPR” to też żaden wstyd. „SB” to nie wstyd. No, może „UB” trochę wstyd, ale też już nie tak bardzo. Co innego PiS. PiS, panie, to dopiro wstyd.


Ale o bumadze miałem, a się rozgadałem na inne tematy. Zaraz więc będzie o bumadze, jeno jeszcze pewną inną, ważną kwestię chcę poruszyć. Uwaga. Każdy, kto lubi oglądać kryminały, a zwłaszcza thrillery, wie, że do swoistego kanonu przedstawiania świata w filmach należy „wzmacnianie przekazu” poprzez pokazywanie wycinków artykułów (np. związanych z kronikami policyjnymi), pokazywanie zdjęć stojących w ramkach na biurku lub wiszących na ścianie, a nawet pokazywanie „starych”, „amatorsko nakręconych” filmów np. odtwarzających dzieciństwo danej postaci. Takie odwoływanie się do spreparowanych rekwizytów ma służyć nie tylko uzupełnieniu fabuły filmu, ale też „wypełnieniu wyobraźni widza”, tak by widział daną historię przez pryzmat scenografii skonstruowanej na potrzeby danej filmowanej historii. Praktyka tego odwoływania się do medialnych źródeł (wycinków, fotografii itd.) ma swoje uzasadnienie w dość powszechnym zjawisku, jakim jest korzystanie przez tzw. szarego człowieka... z mediów. Szary, zwykły człowiek, który na co dzień boryka się ze swoimi zawodowymi i osobistymi problemami, o ile nie jest jakąś wrażliwą jednostką (zaczytującą się w książkach, szperającą w Sieci itd.) i o ile nie jest jakimś naukowcem, to – tu znowu uwaga – niemal całą swoją wiedzę o świecie czerpie z mediów.


To media zatem swym przekazem są w stanie „wypełnić wyobraźnię” zwykłego człowieka i nadać (w tejże wyobraźni!) kształt rzeczom, które dzieją się poza obszarem codziennego ludzkiego doświadczenia. Do większości miejsc pokazywanych w mediach, nie jesteśmy w stanie dotrzeć, więc naszą wiedzę o tym, co się stało i nasze wyobrażenie o tym, jaki to coś miało przebieg, czerpiemy niemal wyłącznie z tego, co ZOBRAZUJĄ nam media. Czy nie jest to jednak sytuacja, w której pole do dziennikarskiej manipulacji tym, co się RZECZYWIŚCIE gdzieś wydarzyło, jest właściwie NIEOGRANICZONE? Jeśli nie mamy możliwości zweryfikowania tego, co nam oficjalnie i z niezwykłym uporem przekazują ludzie mediów, to w jaki sposób możemy wyjść z tworzonego przez nich labiryntu? Tylko całkowicie odrzucając ten oficjalny medialny obraz danego zdarzenia. I szukając innego, rzeczywistego obrazu.


Ja w jednym z niedawnych mych tekstów posłużyłem się określeniem „oko żaby”. Odnosiło się ono (metaforycznie, rzecz jasna) do bardzo wąskiego doświadczenia, jakim dysponuje pojedynczy człowiek – w tym wypadku chodziło mi o sposób widzenia świata, jaki miał do dyspozycji (i jaki nam przekazał) operator S. Wiśniewski błąkający się 10 Kwietnia na pobojowisku w Siewiernym.


Człowiek, jak wiemy, ma zwykle dość ograniczone możliwości poruszania się – może gdzieś podejść lub podbiec, ale nie jest w stanie w krótkim czasie przeczesać choćby jednego hektara (dlatego korzysta z przeróżnych środków lokomocji, by przemieszczać się szybciej i sprawniej), a zakres tego, co taki człowiek widzi, jest również dość ograniczony (a jeśli taki człowiek jest np. krótkowidzem, to jeszcze gorzej) – w związku z tym ów człowiek korzysta z przeróżnych „technicznych wspomagaczy”, jakimi są okulary, lornetki, lunety, noktowizory, kamery itd., by widzieć szerzej, dalej i więcej.

Wiśniewski pokazał nam to, co sam widział w swojej żabiej perspektywie. Ale czy pokazał nam to, co się rzeczywiście, faktycznie wydarzyło - czy może sporządził materiał, który (tak jak w thrillerach czy kryminałach) jedynie uwiarygadnia historię i „wypełnia wyobraźnię widzów”? Materiały Wiśniewskiego stały się „kanoniczne” dla medialnego przekazu związanego z tragedią smoleńską, stały się „nietykalne” i „niepodważalne” – stały się właśnie BUMAGĄ, do której odwołała się cała ruska narracja. Pokazywano te parominutowe materiały 10 Kwietnia po godzinie 10-tej polskiego (a 12-tej ruskiego) czasu bombardując wyobraźnię widzów dziesiątki razy na godzinę. Czy jednak te właśnie materiały są naprawdę dokumentem smoleńskiej tragedii? Czy możemy być całkowicie pewni, że są one dokumentem?


A jeślibyśmy przyjęli, że nie są? Oczywiście, nie wchodzę tu w ogóle w kwestię, czy Wiśniewski świadomie brał udział w inscenizacji, czy tylko wykonał robotę pożytecznego idioty (podejrzewam, że to ostatnie), na którą Ruscy mu pozwolili, zanim bezwzględnie zamknęli teren dla dziennikarzy. Pragnę tylko zwrócić uwagę, że poza materiałami Wiśniewskiego, poza tą właśnie BUMAGĄ, nie ma, tak Bogiem a prawdą, żadnych, absolutnie żadnych relacji z pierwszej godziny po „katastrofie”. Kadry z tejże zaś BUMAGI tworzą w wyobraźni społecznej i w Polsce, i na świecie, obraz tego, co się 10 Kwietnia miało stać. Spróbujmy więc teraz „wyłączyć telewizor”, zapomnieć na chwilę o materiale Wiśniewskiego i poszukać zupełnie nowego obrazu zdarzenia. Odłóżmy na bok ruską bumagę, którą analizowaliśmy przez 10 miesięcy.


O to mi chodzi w hipotezie dwóch miejsc.

23 sty 2011

Archeologia smoleńska

(w kolejnej odpowiedzi KaNo)



W oficjalnie sformułowanych i opublikowanych „Uwagach” polskiej strony do „raportu komisji Burdenki 2” wśród licznych braków, jeśli chodzi o dokumentację, jakiej Ruscy nie dostarczyli i/lub nie udostępnili, jest wyraźnie powiedziane, że polskie instytucje badające tragedię smoleńską nie mają ani materiału fotograficznego, ani filmowego z miejsca zdarzenia. Czy Ruscy mogli zaniedbać tak podstawową rzecz, jak zebranie tego rodzaju dokumentacji? Czy coś stało na przeszkodzie, by dokumentować? Czy nie mieli na to czasu albo byli zestresowani ogromem tragedii? Czy mieli nadmiar zajęć niecierpiących zwłoki? A może wprost przeciwnie: dokładnie wszystko przez Rusków zostało ofotografowane i sfilmowane, lecz „strona rosyjska” po prostu nie chce przekazać tych istotnych dowodów w śledztwie? Nie. Ruscy, podejrzewam, nie sporządzili tej dokumentacji, bo nie chcieli ułatwiać wykrycia mistyfikacji. Dokładne zdjęcia z 10 Kwietnia (gdy już ustąpiła dziwna mgła) w rękach i pod lupą niezależnych badaczy na Zachodzie i w Polsce pozwoliłyby bowiem stwierdzić, że żadnej katastrofy lotniczej na Siewiernym nie było.


Czekistom nie udało się przeprowadzić zamachu tak jak planowali, pozostało im więc potem jedynie sztukowanie narracji, postawienie „pamiątkowego głazu” i błyskawiczne sprzątanie „miejsca zdarzenia”. Dlaczego w takim pośpiechu musieli wszystko usuwać, niszczyć, wywozić, zasypywać, sprzątać – nie bacząc na kontrowersje, jakie może to wywołać? Dlatego po pierwsze, by ktoś tego nie zaczął dokładnie ofotografowywać i przekazywać poza Rosję do niezależnych badań. Po drugie, by nie wyszło na jaw, że katastrofa na Siewiernym to mistyfikacja. Po trzecie, by rekwizyty znalazły się pod opieką ruskich służb, a nie, by np. zostały przetransportowane do Polski, gdzie analiza specjalistów natychmiast wykazałaby, co jest nie tak, czyli, czy wrak jest autentyczny, czy nie i czy są tam części tylko tupolewa czy po prostu różne szczątki zgarnięte z jakiegoś lotniczego złomowiska w FR, a mające tworzyć (medialną) iluzję zniszczonego samolotu z polską delegacją.


Skąd możemy wiedzieć, że czekistom nie wyszło? Z paru przesłanek. Po pierwsze: nie ma jednej spójnej wersji katastrofy, a każda z oficjalnych ruskich wersji, ochoczo podtrzymywanych przez mainstreamowe media w naszym kraju, sypie się w szczegółach i okazuje się oparta na kłamstwach. Opowieści przewracających się (od straszliwych podmuchów silników) okolicznych leśnych dziadków, co na działki szli albo sobie z działek akurat wracali oraz „rekonstrukcje” Amielina, co wprawdzie nie był 10-go Kwietnia na miejscu, ale po trzech dniach wszystko sobie elegancko ofotografował i na komputerku potem odtworzył - możemy wsadzić między ruskie bajki. Jeśliby blisko stutonowy samolot miał walnąć w brzozę na wysokości paru metrów, to całe śmietnisko pod brzozą byłoby wymiecione, jakby tajfun przeszedł. Tymczasem tak się złożyło, że podmuch tylko dziadków zwywracał, a nie te wszystkie plastiki, tektury, szopę i inne rupiecie leżące pod mitycznym smoleńskim drzewem (http://picasaweb.google.com/118355005473258703478/DropBox?authkey=Gv1sRgCM3S1LTe7LejIQ#5514864016886265986). Dokładne, niezwykle drobiazgowe analizy zniszczeń na drzewach tudzież zniszczeń przewodów elektrycznych, przeprowadzone przez wielu blogerów (m.in. Manka (http://picasaweb.google.com/118355005473258703478/DropBox?authkey=Gv1sRgCM3S1LTe7LejIQ#) i Tommy 'ego Lee (http://tommy.lee.salon24.pl/)), dowodzą, że zniszczenia te mają charakter „nienaturalny”, tzn. stanowią element mistyfikacji, a szerzej aranżowania lotniczego wypadku. Jeśli tak, to zastanawianie się, które z tych zniszczeń spowodowane są przez polskiego tupolewa, mija się z celem, bo w ten sposób dajemy się wciągać w ruski cyrk.


Gdyby czekistom się wszystko udało, to z niczym by się „po katastrofie” nie spieszyli. Absolutnie z niczym. Nawet ciała zostawiliby w tych miejscach, gdzie by były. Nie tknęliby jednego skrawka drzewa, które by odpadło po przelocie polskiego statku powietrznego. Mówiliby: „nam nic do tego, badajcie wszystko sobie dokładnie, róbcie dokumentację, bo to straszna tragedia”. Ruscy tymczasem zachowali się tak jak morderca, który miał już uchodzić z mieszkania ofiary i nagle spostrzegł, że na meblach są ślady jego krwi po walce z tą ofiarą. On musi już uciekać z mieszkania, gdyż zaraz może być policja, ale tego wszystkiego „nie można tak zostawić”.


Gdyby czekistom się udało, to pozwoliliby ekipom telewizyjnym z całego świata filmować miejsce katastrofy. Specjaliści od lotnictwa kręcąc głowami opowiadaliby o tym, jakżeż to mogło dojść do takiego nieszczęsnego, ryzykownego manewru w takich warunkach pogodowych – dokładnie tak jak po aranżacji w Siewiernym, ale tym razem byłyby setki znakomitej jakości zdjęć i migawek z miejsca zdarzenia. Nie pokazywano by palących papieroska bezpieczniaków ani uśmiechniętych mundurowych tworzących kordon ochronny. Nie pokazywano by kłębiących się przed bramą lotniska ludzi z komórkami udających niesamowitą krzątaninę ani wlokących się z wężem gaśniczym strażaków. Nie byłoby żadnych trudności z ustaleniem przyczyn i czasu katastrofy. Nie byłoby żadnych problemów z przeprowadzeniem specjalistycznych oględzin i badań ani obejrzeniem z bliska wraku (por. http://www.polishclub.org/wp-content/uploads/2011/01/image14.png to zdjęcie wziąłem z ciekawego przypomnienia przez K. Cierpisza przebiegu i skutków ubiegłorocznej, grudniowej katastrofy Tu 154M w Dagestanie http://wirtualnapolonia.com/2011/01/11/katastrofa-ktorej-nie-bylo-czesc-ii/).


Archeolodzy polscy, którzy pod ruskim okiem pracowali w Siewiernym i zebrali (by, rzecz jasna, przekazać ruskiej prokuraturze) ponad kilka tysięcy szczątków jesienią ubiegłego roku (http://www.rmf24.pl/raport-lech-kaczynski-nie-zyje-2/kaczynski-fakty/news-archeolodzy-w-smolensku-znalezli-ponad-5-tys-przedmiotow,nId,304446), opowiadają, że w hangarach schowane są inne części tupolewa, m.in. kokpit, ale też fotele etc. Ruscy nie tylko nie przekazali Polsce wraku, lecz nawet nie próbowali dokonać jego rekonstrukcji z tego, co wywieźli z pobojowiska. Nie dokonali jej nie dlatego, że nie było na to czasu, pieniędzy, miejsca i chętnych, lecz dlatego, że zapewne z tych szczątków wcale nie wyszedłby tupolew. Znalezione przez archeologów szczątki ludzkie, żeby już całkiem było śmiesznie, przekazano do badań genetycznych w Moskwie (http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80625,8579323,Zakonczyly_sie_prace_archeologow_w_Smolensku.html). Ciekaw jestem, czy chociaż dokumentację fotograficzną z prac w Smoleńsku przywieziono do Polski, choć znając realia polskiego „śledztwa”, to nasi eksperci zaraz by taką dokumentację na wszelki wypadek odesłali do Rosji.


Rzućmy teraz okiem na http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20101011&typ=po&id=po41.txt wywiad z J. Sasinem, który 10 Kwietnia był dopiero o 9.40 w Siewiernym na „miejscu katastrofy”. Poniżej fragmenty dla przypomnienia:


- Jak ono wyglądało?

- Widok był przerażający. Wrak samolotu był bardzo zniszczony, do tego stopnia, że właściwie nie dało się rozpoznać poszczególnych jego fragmentów. Rozpoznałem tylną część samolotu, fragmenty kadłuba, dlatego że wskazywał na to rząd okien. Nie byłem w stanie dostrzec kokpitu. Moją uwagę zwróciło to, że części samolotu nie były rozrzucone po większej przestrzeni, były one raczej skupione w jednym miejscu. Myślałem wtedy, że samolot spadał pionowo, z dużej wysokości. Tłumaczyłem sobie wówczas, że musiało dojść do poważnej awarii samolotu - czy to awarii silników, czy też blokady sterów. Nie przypuszczałem, że ten upadek nastąpił z tak niewielkiej wysokości, o czym już teraz wiemy.


- Rosjanie w jakiś sposób utrudniali bądź ograniczali poruszanie się po miejscu katastrofy?

- Nie. Byłem tym nawet zaskoczony. Przybyłem tam razem z ekipą funkcjonariuszy BOR oraz kolegą z Kancelarii Prezydenta. Bez żadnego trudu doszliśmy na miejsce katastrofy. Najwidoczniej służby rosyjskie zostały o naszym przybyciu powiadomione wcześniej.


- Co się tam działo? Widział Pan karetki, lekarzy?

- Przybyłem na miejsce godzinę po katastrofie. Uderzyło mnie, że akcja ratunkowa nie była już wtedy prowadzona. Widziałem karetki, które znajdowały się w pewnej odległości od wraku samolotu, przy karetkach stał personel medyczny. Zrozumiałem wtedy, że część medyczna akcji ratunkowej już się zakończyła. Na miejscu katastrofy była jeszcze ekipa strażacka, która dogaszała drobne ogniska pożarów. Nie było żadnych innych służb, które umożliwiłyby służbom medycznym dostęp do ciał. Do części z nich dostęp był łatwy: leżały one obok samolotu. Ale inne były we wraku. Nie wiem, czy podjęto próbę dotarcia do nich. Nie przesądzam, że nie było żadnej akcji ratunkowej. Być może zakończyła się ona przed moim przybyciem na miejsce katastrofy. Ale czy była skuteczna? I czy mogła być taka bez zastosowania odpowiedniego sprzętu, który umożliwiłby odgięcie blach itp.?


- Jak długo pozostał Pan na miejscu katastrofy?

- Około godziny. I jedynym przejawem akcji ratunkowej, jaki widziałem, było dogaszanie pożarów.


- W ciągu tych dwóch godzin nie podjęto próby, by dostać się do wnętrza wraku? Z góry przesądzono, że nikt nie przeżył?

- Ja takich działań nie zaobserwowałem. Być może były one podejmowane, zanim udało mi się dotrzeć na miejsce katastrofy, ale nie mogły być podejmowane skutecznie wobec tych ofiar, które znajdowały się wewnątrz wraku.”


Nie tylko Sasin nie widział kokpitu, który obecnie znajduje się w ruskim hangarze. Nikt tego kokpitu nie widział (poza jakimś leśnym dziadkiem). Nawet strażak, co miał być w pierwszych minutach „po katastrofie” (http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80625,8464287,Wstrzasajaca_relacja_strazaka_z_miejsca_katastrofy.html). No więc był tam ten kokpit, czy nie był? A jeśli nie tam, to gdzie?


O tym, że polski tupolew mógł znaleźć się poza Siewiernym, zaś na Siewiernym urządzono maskirowkę, świadczą więc moim zdaniem następujące przesłanki: zeznania Wosztyla (http://freeyourmind.salon24.pl/270989,gdzie-i-kiedy-doszlo-do-tragedii) (http://freeyourmind.salon24.pl/270314,z-punktu-widzenia-zamachowca#comment_3853862); doniesienia na ruskich portalach oraz doniesienia medialne (w pierwszej godzinie) o innym miejscu upadku samolotu (http://freeyourmind.salon24.pl/271428,drugi-katyn); zeznania świadków dotyczące tego, co się wydarzyło w Siewiernym (brak odgłosu spadającego blisko stutonowego statku powietrznego (http://freeyourmind.salon24.pl/269333,oko-zaby#comment_3834281)); brak materiałów fot. i wideo pokazujących z lotu ptaka Siewiernyj i okolice; brak śladów po upadku na Siewiernym (pomijając wycięte lub przycięte drzewa); bajka o brzozie, przewracających się okolicznych dziadkach i nienaruszonym śmietnisku; bajki Amielina (rekonstrukcja katastrofy od 13 kwietnia; nieobecność na miejscu w dniu katastrofy); doniesienia medialne o awarii oraz lądowaniu awaryjnym (z I godz.); wygląd pobojowiska na Siewiernym (wielokrotnie zgłaszany przez polskich naocznych świadków z pierwszych minut po „zdarzeniu”: brak ciał (http://freeyourmind.salon24.pl/269333,oko-zaby#comment_3832880); dziwny rozkład szczątków (przypominający wysypisko powstałe po jakimś zrzucie); aranżowanie miejsca wypadku (przestawianie części, fałszowanie zdjęć satelitarnych)) oraz „cudowne pojawianie się” różnych „cudem ocalałych” w błotnisku pamiątek (wieniec, godło z salonki itd.) w przeciwieństwie do tajemniczych zniknięć laptopów, satelitarnego telefonu Prezydenta i innych cennych rzeczy; przelot Iła; uwagi śp. E. Wróbla specjalisty od lotnictwa, kwestionującego to, że wrak na Siewiernym to szczątki tupolewa polskiej delegacji; rozwalanie wraku przez Rusków, zasypywanie „miejsca katastrofy”, wycinanie drzew itp. ostentacyjne niszczenie dowodów; postawienie głazu już w parę godzin po tragedii; konsekwentne używanie słowa „katastrofa” nie (jak było we wczesnych doniesieniach) „awaria” oraz pojawianie się telefonów od osób będących na pokładzie tupolewa, a sygnalizujących coś wyjątkowo niepokojącego (Deptuła, Surówka)).


Hipotezę dwóch miejsc można poddać weryfikacji w dość prosty sposób; poprzez 1) stwierdzenie czy w Smoleńsku 10 Kwietnia były dwie (lub więcej) akcje ratunkowe (tu się kłania dziennikarstwo śledcze i rekonesans po smoleńskich szpitalach, pogotowiu itd.) i gdzie one się odbywały, 2) stwierdzenie czy części na pobojowisku należą do TEGO tupolewa, czy nie, 3) dokonanie ekshumacji i ustalenie przyczyn śmierci ofiar oraz czasu zgonów. Powtarzam, potwierdzenie, że w Siewiernym mieliśmy do czynienia z (dość nieudolną) maskirowką, czyli mistyfikacją zmienia zupełnie postać rzeczy i będzie stanowić całkowity zwrot w dotychczasowym śledztwie.


http://freeyourmind.salon24.pl/269333,oko-zaby

http://freeyourmind.salon24.pl/270314,z-punktu-widzenia-zamachowca

http://picasaweb.google.com/118355005473258703478/DropBox?authkey=Gv1sRgCM3S1LTe7LejIQ#5514864016886265986