1 mar 2011

Pierwszy Polak na Księżycu

Mieliśmy już za peerelu pierwszego Polaka w kosmosie, teraz, tj. w neopeerelu czas na pierwszego, co 10 Kwietnia 2010 r. na ziemi księżycowej stanął i zaczął stawiać pierwsze kroki, a nawet wykonywać (charakterystyczne dla osób poruszających się po Księżycu) skoki. Jest nim oczywiście S. Wiśniewski, w którego uśmiechniętą twarz, zatrzymaną w kadrze ze 137-mej minuty i 25-tej sekundy materiału z przesłuchania sejmowego właśnie się z wielką uwagą wpatruję (http://www.polityczni.pl/smolensk,audio,51,5708.html). Może jest to uśmiech kogoś, kto – trzymając się słów SW (124'/125' materiału) – cudem uniknął w Rosji pobicia, zaznania krzywdy, aresztowania czy nawet łagru? A może jest to uśmiech kogoś, kto... wcale nie musi się Rusków bać? Z zeznań samego zainteresowanego (a przesłuchałem je dwukrotnie; niektóre fragmenty wielokrotnie) wiemy, że jego osoba nie tylko nie wzbudziła szczególnego zainteresowania ruskich służb (pomijając to słynne zatrzymanie z Siewiernego), ale przede wszystkim samego MAK-u oraz naszej rodzimej legendarnej komisji Millera, która, jak nas zapewnił sam legendarny J. Miller, nie ma zamiaru obwiniać o cokolwiek Rosjan. Tejże samej komisji, która prezentowała nam swego czasu z nabożną czcią trzy kadry z iłem we mgle z „dwugodzinnego” dokumentalnego smoleńskiego filmu „Mgła 0”.


Najważniejszy świadek ze Smoleńska (chyba co do tego nikt nie może mieć żadnych wątpliwości), najważniejszy więc świadek i nie interesuje się nim ani moskiewska „komisja ekspercka”, ani warszawska? Wiśniewski przecież widział więcej niż wszystkie smoleńskie leśne dziadki razem wzięte, a poza tym dysponował porównawczą wiedzą dotyczącą katastrofy w Kabatach. Co więcej, miał w ręku kamerę, dzięki której sfilmował niedługo po „zdarzeniu” niemal całe „miejsce powypadkowe”, zaś kadry z jego filmu obiegły całą kulę ziemską – tak samo jak migawki z amerykańskiego lądowania na Księżycu. A gdyby i tego było mało, SW przecież miał i wciąż ma dość sporą, jak na zwykłego telewizyjnego montażystę, wiedzę o wojskowości i lotnictwie. Czego chcieć więcej od najważniejszego smoleńskiego świadka?


Może desinteressment owych komisji co do relacji tego właśnie świadka wynika z tego powodu, iż SW korzysta z pomocy enigmatycznych „fachowców wojskowych”, których specjalistyczną wiedzę potrafi on z pełnym przekonaniem przekazać jako... swoją? Może jakimś dodatkowym tropem jest tajemnicza, dawna narzeczona z Rosji, która, jak sam SW wspominał (95'), wprowadziła go w arkana grażdańskiego języka, ale też i w specyfikę działania ruskich specsłużb – za czasów szczytu Gorbaczow-Reagan? Kiedy to było, swoją drogą. Łza się w oku kręci na wspomnienie złotych lat 80. jaruzelszczyzny. Ba, o który szczyt chodzi? Pewnie o ten moskiewski z 1988 r.? SW miał akredytację przy obsłudze tego szczytu z peerelowskiej telewizji?


Może innym jeszcze tropem jest 30-letni staż pracy SW w właśnie TVP? W roku 1981 (bo tak by z prostego rachunku wynikało) był nie tylko trwający jeszcze „festiwal” Solidarności, ale i – w grudniu 1981 – festiwal generała Wrony i jego wroniarzy, którzy swoje rządy, rządy komunistycznej junty, zaczęli m.in. od militaryzacji państwowej telewizji oraz weryfikacji pracującego tam personelu. Myślę, że obejmowała ona także montażystów.


Oczywiście to tylko tropy, które się ciągną od śladów pozostawionych w sejmowych zeznaniach przez samego SW. To rzeczy do zbadania dla dziennikarzy śledczych. Ja te kwestie zostawiam w zawieszeniu, bo może sam SW (co daj mu, Panie Boże) nie ma nic wspólnego z żadnymi wojskowymi, sowieckimi służbami, ani polskimi, ani ruskimi, a ja jedynie czepiłem się paru nieznaczących, przypadkowych szczegółów.


Wróćmy zatem do najważniejszych paru części relacji SW i jego (niemal mistycznych) doświadczeń. Będzie tego sporo, ale by być skrupulatnym, czyli by nie być gołosłownym, wszak chcę twierdzić, że – wedle mojego rozeznania po tych wszystkich miesiącach analiz – o godz. 8.41 NIE doszło do katastrofy polskiego tupolewa na Siewiernym, muszę sięgnąć po te dialogi, jako materiał uzupełniający i dostarczający przesłanek do mojej argumentacji.


Powiem może najpierw pewne rzeczy w skrócie, a potem zostaną one zilustrowane w tychże poniższych fragmentach zeznań. Na pewne najistotniejsze szczegóły będę zwracał uwagę niejako „po drodze”, a wszystko na końcu postaram się podsumować. Po pierwsze, zaskakujące jest to, na co wiele osób zwróciło uwagę (także przesłuchujących SW): gość ustawia sobie w hotelowym pokoju kamerę i przez dwie godziny rejestruje mgłę, nie chcąc przegapić przylotu prezydenckiej delegacji, w pewnej chwili jednak, tj. gdy pojawiają się blacharze, bez słowa zwija sprzęt i mimo iż słyszy jakiś tajemniczy łomot oraz widzi spadający samolot (a ściślej „zarys skrzydła i kawałek kadłuba”), nie uruchamia kamery ponownie, tylko wpada w nastrój medytacyjno-refleksyjny.


Owe legendarne dwie godziny były przedstawiane czasem jako wielki wyczyn montażysty, tak jakby SW osobiście waciował przy obiektywie niczym papparazzi na drzewie czatujący na roznegliżowaną modelkę. Tymczasem warto tu wyszczególnić zupełnie inną, a podstawową rzecz: skoro bowiem tenże montażysta DWIE godziny (jeśli nie dłużej, mówi, że już od 6 rano zaczął rejestrować, a zerwać się miał między 3-cią a 4-tą, czyli nim zakwiliły pierwsze ptaki nad Siewiernym) polował na prezydencką delegację, to po prostu znaczy, że... nie wiedział, kiedy ona przyleci. Skoro zaś tego nie wiedział, a tak wcześnie zaczął „filmować mgłę”, to z kolei znaczy, że musiał przewidywać, iż pojawić się ona może dużo wcześniej aniżeli o feralnej godz. 8.37 (czy 10.37).


Po drugie, gdy już gość przerwał filmowanie w kulminacyjnym momencie („o dwie minuty za wcześnie” wyłączając swoją kamerę), to przecież zachodzi seria cudownych zjawisk, które dostępne są właśnie oczom „pierwszego Polaka na Księżycu”. Otóż najpierw dochodzi do tego, że SW kieruje swój wzrok nie na „podejście do lądowania” (tak jak wtedy, gdy szukał iła-76, słysząc tylko dźwięk jego silników), lecz akurat „prosto na drzewa, które były przed lotniskiem Siewiernyj”. Tak na marginesie, jakie okulary nosi SW i jaką ma wadę wzroku? Przy widoczności ok. 400 m, jeśli nie gorszej, mogło to mieć jakieś znaczenie. Ale mniejsza z tym.


Następnie (a właściwie w tym cudownym momencie) smoleńska mgła, która (jak wiemy od samego SW, co to sprawdził konsultując się u wojskowych fachowców) ani nie była sztuczna, ani nie była sztucznie uzupełniana, a przecież nie pozwalała nawet na dostrzeżenie wielkiego iła (a leśnym dziadkom, jak z kolei opowiadał kiedyś S. Amielin, nie pozwalała na ujrzenie czubka brzozy) – ulega cudownemu rozrzedzeniu. Zachodzi tzw. rozwiewka w mgle, jak to dowcipnie ujęła posłanka E. Kruk, słuchając wywodu SW, który tłumaczył to cudowne zjawisko tymi słowy: „tam, gdzie jest szosa, gdzie jest wiatr, jest większy ruch powietrza, po prostu ta mgła była lekko przewiana.


Wtedy też zachodzi najważniejsze z cudownych zjawisko, które SW opisuje tak: „i mówiąc nieładnie, ten samolot, który niestety spadał, trafił, nazwijmy to, w dziurę w tej mgle”. Rozwiewka, mgielna dziura, a w niej odsłaniający się spadający samolot ze „skrzydłem pionowo w dół” - a wszystko w tych ułamkach bezcennych aczkolwiek cudownych sekund, kiedy to SW medytuje, trzymając wyłączoną kamerę i kiedy dopiero uruchamia się w polskim montażyście (niemalże startuje, jak włączony komputer starszej generacji) mechanizm dokumentalisty. Można by powiedzieć to jest dopiero moment niemal augustiańskiej iluminacji, kiedy przed zwykłym człowiekiem ukazuje się jakaś nowa (chciałoby się rzec nadprzyrodzona, choć w przypadku maskirowki lepiej mówić o iluzorycznej) rzeczywistość.


Montażysta doznaje więc w tych paru sekundach olśnienia, lecz jest to doświadczenie tak silne, iż musi gość najpierw wziąć się w garść, nim, nieco ochłonąwszy i przypomniawszy sobie pewne fundamentalne kwestie (to, że mógł to być wojskowy samolot, że spadł na wojskowe lotnisko, że trzeba wziąć dwie kasety, że trzeba sprawdzić, czy kamera działa itd.), tak jak dziecko w peerelowskiej podstawówce powtarzające sobie w duchu cyrylicę przed wyjściem do tablicy na lekcji ruskiego – zejdzie spokojnie, by jako pierwszy Polak ruszyć na Księżyc. Zauważmy, że SW, mimo że jeszcze chwilę temu (ale cóż chwila znaczy po takim olśnieniu, jakiego zaznał!) tj. po najściu blacharzy, sprawdzał, co kamera zarejestrowała po dwugodzinnym czuwaniu na parapecie – teraz znowu ją sprawdza, tym razem pod tym kątem, czy kamera zapisuje. Perfekcjonista, można rzec. Może to jeszcze stan nieprzytomności po olśnieniu – stan pomroczności jasnej lub ciemnej w zależności od tego, czy przyjmiemy, że mgła bieleje czy czernieje – ale może to przeczucie, że za chwilę będzie rejestrowane coś wyjątkowego, coś nadzwyczajnego. I wcale nie rutynowego.


Posłanka Kruk nie mogła wyjść ze zdumienia, iż SW uparcie powtarza hasło „skrzydło pionowo w dół” i hasło o spadającym samolocie. Przypomniała zresztą SW, że w swych wczesnych wywiadach nieco inaczej opisywał sytuację, której był świadkiem. Zacznijmy od tego, co na pewno już wiemy, jeśli chodzi o fakty i o materiały dowodowe, jeśli ograniczymy się wyłącznie do „zapisu na siatkówce oka żaby”, czyli do materiału zrobionego przez „pierwszego Polaka na Księżycu”: nie ma lejów ani kolein, nie ma akcji ratowniczej, nie ma wielkiej eksplozji ani wielkiego pożaru, nie ma zniszczeń na kilkaset metrów, nie ma foteli ani ciał ofiar (a jedynie fragmenty samolotu i jakieś rozsypane śmieci), nie ma kokpitu, nie ma oparów paliwa (!), słychać ptaki, a części wraku są zimne. Przypomnę też to, na co zwracałem już uwagę w notce (http://freeyourmind.salon24.pl/281797,oko-zaby-3): SW ani przez chwilę, przed „zdarzeniem” i po przybyciu na pobojowisko, nie sądzi, że jest świadkiem katastrofy polskiego tupolewa. Sądzi najwyżej, że rozwalił się jakiś polski samolot. To więc miejsce, na którym SW nakręcił swój film, ta ziemia, po której on z kamerą stąpa, ma być terenem po katastrofie samolotu z delegacją prezydencką, katastrofy, do której miałoby dojść parę/paręnaście (maksymalnie 11', jeśli wierzyć SW mówiącemu o przerwie w nagraniach między godz. 8.37 w hotelowym pokoju a 8.49 na księżycowej ziemi) minut temu?


Teraz moment szczególny wyznań SW, do których tenże świadek był znakomicie przygotowany (odpowiadał ze spokojem – może tylko czasami się nieco spinał i zaczynał pitolić), wsparty ekspertyzami „wojskowych fachowców”. Na nie powoływał się, wyjaśniając, że nie mogło być sztucznej mgły, że nie można było w jeden dzień zamontować aparatury na lotnisku (na czas przylotu Tuska i Putina), że nie zachodziło zagłuszanie/zakłócanie aparatury elektronicznej (wspominał „mercedesika” z pielgrzymki papieskiej) czy że nie można stwierdzić, czy na filmie Koli padają strzały. SW, jak już pisałem, dementował też pogłoski o karetkach bez sygnału i o tym, że jemu ktoś zagroził bronią lub do niego strzelał. Pewne rzeczy jednak z naciskiem powtarzał, co nie mogło być przypadkiem. Powtarzał więc wiele razy o spadającym samolocie i skrzydle skierowanym pionowo w dół, tak jakby to było najważniejsze w całych jego zeznaniach.


I chyba było najważniejsze, co widać nie tylko po rozmowie między SW a posłanką Kruk, lecz i po rozmowie A. Macierewicza na temat „leja”, której fragment teraz sobie pozwolę zacytować, gdyż jest bardzo ważny dla moich rozważań, no i dla całej sprawy autentyczności miejsca, jakim jest Siewiernyj (stenogram robiłem ze słuchu, więc mogą być jakieś drobne niedociągnięcia, gdyż wypowiedzi zachodzą na siebie; starałem się jednak jak najwierniej oddać tę wymianę zdań między SW-AM wspólnie oglądających fragmenty „księżycowego filmu”; od 128' materiału):


SW: ...Idę, powiedzmy, z kierunkiem tragedii. Nazwijmy to nieładnie.

AM: Idzie pan z kierunkiem tragedii, tak? I oczywiście widzi pan ten wielki lej, który został przez ten samolot... no bo on przecież upadł i się przedziera...

SW: No to lej, to...

AM: ...uderza w ziemię...

SW: Raczej to jest wyorane, nie lej. Lej to mi się kojarzy z tym... po jakimś wybuchu.

AM: No ale wielki rów.

SW: No tak no to akurat niestety cały samolot....

AM: A gdzie jest ten rów?...

(cisza)

AM: ...który wyżłobił... Bo ten samolot żłobi przecież w tym miejscu, w tym...

SW: Nie, tu akurat czegoś...

AM: W tym podłożu wielki rów, to jest oczywiste.

SW: No nie nie nie. Tu akurat właśnie nie...

AM: To jest wiele ton, to jest kilkadziesiąt ton.

SW: Chyba z 80.

AM: Właśnie. No to. No to wie pan, jak coś takiego upada w ziemię....

SW: To musi być dziura.

AM: I, i idzie te 100 metrów, przedziera się przez... przez tę ziemię, no to musi wyżłobić wielki rów. On tu na pewno jest.

SW: Teoretycznie tak, powinno być tak jak np. po meteorycie czy po czymś takim...

AM: O właśnie, o.

SW: Coś w tym sensie. Nie... Tu akurat też jest zastanawiające, że nie ma tego, powiedzmy, śladu rycia na tym...

AM: Pan widział ten ślad?

SW: Ja może nawet nie widziałem, ale proszę zobaczyć, że tu jest płasko.

AM: To niemożliwe.

SW: Niestety, ale prawdziwe.

AM: A rozumiem, dobrze, dobrze.


I w tym momencie (129') SW jakby przytomnieje, spostrzegłszy, że sprawy zaszły za daleko, a lądowanie na Księżycu wygląda na mistyfikację niemalże jak z filmu „Zwrotnik Koziorożca” zdobycie Marsa. Zapala się w umyśle SW czerwona lampka i przywołuje on natychmiast „wiedzę fachowców wojskowych” i zaczyna opowiadać – znaną nam doskonale ruską bajkę o „lądowaniu na plecach”:


SW: ...Na pewno samolot z racji tego, że był skrzydło pionowo w dół, nie lądował – to się tak nazywa – na brzuchu. Czyli to, co pan wspomniał, że kadłubem wyrył jakiś odcinek drogi, że wgłębił się w ziemię – nie ma czegoś takiego. (…) Uderzył skrzydłem i po prostu prawdopodobnież on koziołkował (…). Są doły, ale stosunkowo niewielkie. To nie jest typowe, powiedzmy sobie, jak samolot ląduje na brzuchu, tak jak np. miało tmiejsce to w Kabatach czy w jakimś innym miejscu jest to przeorane, powiedzmy, nieładnie mówiąc, wgryzł się w ziemię. Tu nie ma czegoś takiego. Prawdopodobnież samolot koziołkował, dlatego jest tyle, są w takiej odległości, są szczątki od siebie (…) Analizując to, że akurat... Jeśli samolot lądowałby na brzuchu, to przede wszystkim widziałbym kadłub, a że było skrzydło skierowane pionowo w dół, to znaczy, że musiał... (…) Pionowo, pionowo miał skierowane skrzydło, dlatego widziałem zarys skrzydła i fragment kadłuba...


Pamiętamy chyba doskonale, jak w podobny sposób tłumaczył te sprawy E. Klich, zasłyszawszy je od ruskich wojskowych fachowców. Teraz więc lekcja ruskiej logiki, która zawiera się w wańce-wstańce albo kołowaciźnie, jaką jedynie jakiś kremlowski elektronowy mózg może z siebie wyprodukować. Uwaga, bo to powinno się znaleźć w podręcznikach logiki:


Dlaczego nie ma śladów po uderzeniu i ryciu szczątków polskiego tupolewa?

Dlatego, że lądował on na plecach, a nie na brzuchu.

Skąd wiadomo, że polski tupolew lądował na plecach, a nie na brzuchu?

Stąd, że nie ma śladów po uderzeniu i ryciu szczątków polskiego tupolewa.

A dlaczego nie ma śladów po uderzeniu i ryciu szczątków polskiego tupolewa? :)


I tak dalej, bo tak można bez końca. Z fałszywej przesłanki wyciąga się fałszywy wniosek, który następnie służyć może za przesłankę do innego fałszywego wnioskowania.

Proponuję więc, byśmy pozostawili ziemię księżycową za sobą (http://freeyourmind.salon24.pl/279085,poza-ruska-zone) i przestali szukać za wszelką cenę wyjaśnień starających się uzgodnić z ruską hipotezą katastrofy na Siewiernym. Ja po tych 10 m-cach nie znajduję żadnego dowodu, że tam doszło do katastrofy polskiego tupolewa. Jakieś zdarzenie tam zaszło, lecz nie wygląda na to, by była tam ta właśnie katastrofa. Pewne światło dodatkowe (w smoleńskich ciemnościach) rzuca jeszcze jedna wskazówka SW. Powiedział on, że nie widział służb medycznych, lecz (156') byli... saperzy, była grupa rozminowująca, był „wóz pirotechniczny”. Widział ich na płycie lotniska, gdy już siedział zatrzymany przez FSB i FSO w aucie.


Tego dnia na Siewiernym pirotechnicy mieli sporo roboty, rzekłbym. No a potem sporo roboty mieli ruscy specjaliści od fonoskopii, parający się zapisem CVR stanowiącym „koronny dowód wypadku” .




P.S.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110119&typ=kk&id=kk41.txt (wywiad z E. Klichem z 19 stycznia 2011 r.)

Brak komentarzy: