29 gru 2010

Bez państwa

Jak się żyje Polakom, gdy nie mają państwa? Wielu Polakom żyje się zupełnie normalnie. Chodzą na zakupy, popijają, zajadają, telewizję sobie oglądają, radyjka słuchają. Okazuje się bowiem, że współczesnemu Polakowi państwo do niczego nie jest potrzebne, gdyż aspiracje przeciętnego obywatela zamieszkującego nadwiślańskie ziemie sprowadzają się do paru prostych życiowych potrzeb, a jeśli te potrzeby są zaspokajane, to jest to maksimum bytowego zadowolenia. Niewykluczone zresztą, że takie przeżywanie rzeczywistości przez większość naszych rodaków wiąże się ze zżyciem z kryzysem, a więc z traktowaniem stanu nienormalnego jako standardu. W kryzysie chwile prosperity (nawet, jeśli jest to „szczęście na kredyt”) urastają do niebotycznych rozmiarów, stąd też jak ludziom się przez chwilę ciut lepiej powodzi, to konsumują tak zapalczywie, jakby za chwilę miał być koniec świata. Jeśli zaś ów koniec świata się chwilowo odwleka, to tym bardziej trzeba konsumować, żeby o końcu zwyczajnie zapomnieć. Ale czy faktycznie się odwleka? Ba, czy faktycznie to musi być koniec świata? W peerelu przecież też „jakoś dało się żyć” - dlaczego więc znowu pod kuratelą Moskwy miałoby się źle żyć?


Ten przecież typ postawy i taką służalczą, lokajską mentalność wyrabiały w polskim społeczeństwie „intelektualne elity” komunistyczne, zapewniając, że podbicie naszego kraju przez ZSSR jest definitywne i nieodwracalne, wobec tego należy się nie tylko z tym stanem rzeczy pogodzić, ale i nauczyć dostrzegać w nim pozytywne strony, a nawet czerpać z niego rozmaite korzyści (np. zawodowe, wspierając „socjalizm”). Zapewne za zaborów, a potem w czasach okupacji również pojawiali się tacy „pragmatycy” i „realiści” widzący w uległości wobec przemocy szansę na przetrwanie nie tylko dla siebie, ale całego narodu.


Nie da się jednak przetrwać wspierając zło – nie da się też zbudować żadnego normalnego państwa ani społecznego porządku, wspierając zło. Nie da się jednak żyć w wolności, jeśli się tej wolności zwyczajnie nie chce, a zwłaszcza, jeśli odczuwa się strach przed wolnością. Jeśli człowiek upodobał sobie życie w klatce, to nawet po wypuszczeniu z niej będzie sobie stawiał kraty wokół siebie i rozglądał za strażnikiem, by poczuć się bezpieczniej. K. Kieślowski kiedyś powiedział (co przytaczałem parę razy), że na komunizm się umiera, czyli, że ludzie zarażeni komunistyczną mentalnością są nieuleczalnie chorzy. Tę myśl należy jednak rozwinąć – mentalność komunistyczna, mentalność służalcza wobec zła, jest nie tylko śmiercionośna, ale i zaraźliwa. Młode pokolenie, które przecież nie może znać komunizmu w takim stopniu, jak starsze, porusza się w swym myśleniu, dokładnie tymi samymi koleinami, które wyżłobiono za peerelu. Jak to możliwe, skoro, jak nas zewsząd zapewniają mędrcy z wujkiem Adasiem na czele, peerelu już dawno nie ma? Możliwe to tak, że stare pokolenie, przyzwyczajone do życia w barakach, odchowało w klatkach młode. Skoro większość Polaków woli bieda-państwo w postaci neopeerelu, bo przynajmniej nie trzeba się zabijać w kolejkach za mięsem czy papierem toaletowym, to w takim nastawieniu aprobaty dla dziadowskiego państwa mającego się (zarówno pod względem infrastruktury, jak i praworządności) nijak do zachodnich krajów kształci i wychowuje dzieci i młodzież.


Jeśli więc zaledwie 40 % Polaków uważa, że „smoleńskie śledztwo” to porażka polskiego państwa, to miejmy też świadomość, że większość tak nie uważa. Być może ta większość w ogóle nie widzi potrzeby badania przyczyn katastrofy smoleńskiej, bo są pewnie jakieś ważniejsze sprawy. Już zresztą w czasie tygodnia żałoby pojawiały się „głosy rozsądku” wyrażające autentyczne przerażenie obudzonymi demonami patriotyzmu. To że polski patriotyzm może być demoniczny wiadomo nie od dziś – tego demona obawiali się i zaborcy, i okupanci. Tego demona jednak obawiają się już w swej większości sami Polacy, oswojeni z klatkami, do jakich wpakowali ich najpierw czerwoni, a potem w ramach „transformacji” czerwono-różowi ciemniacy.


Kiedyś, gdy komunistyczne buraki ośmielające się nazywać „polskim rządem” ogłaszały podwyżki cen żywności, Polacy potrafili wychodzić na ulice i palić czerwone komitety. Dziś po 21 latach nieustannie rosnących kosztów życia naszym rodakom żadne już podwyżki nie przeszkadzają. Nawykli oni też do wszechobecnej korupcji, bezprawia, sitwiarstwa i zakłamania. Gdy więc zabito im Prezydenta oraz blisko sto innych niewinnych osób, które po prostu leciały złożyć hołd poległym za Polskę, zamordowanym przez Rosjan jeńcom wojennym, to większość Polaków przeszła nad tym faktem do porządku dziennego i żyje „jakby nigdy nic”. Ba, nie widzi też żadnego problemu w powrocie pod ruskie opiekuńcze skrzydła. Białego orła można zamienić na czarnego z dwiema głowami. Bo co dwie głowy, to nie jedna, prawda?


Mija mroczny rok 2010, krwawo i nikczemnie zapisany w polskiej historii. W Bogu nadzieja i w tych Polakach, którzy słowo „patriotyzm” wiążą z prawdziwą miłością do ojczyzny (nie zaś ze służbą agenturze), że rok 2011 będzie lepszy. Dużo lepszy.



http://www.niezalezna.pl/artykul/sledztwo_smolenskie_porazka_2010_roku/43006/1


P.S. Ruszyła już tłocznia POLIS MPC Independent Records z krążkiem „April 10th PartyCSI 2010, który Strażnicy Miasta będą rozsyłać pocztą od pierwszych dni stycznia 2011. Osoby zainteresowane zdobyciem płyty prosimy o kontakt na adres mailowy POLIS MPC. Album oprócz znanych już dziewięciu utworów zawiera także (niewymienione w spisie na okładce) kompozycje niespodzianki, takie jak “Psychuszka Wolodii” oraz “Dziwna szpula” (do wstępnego odsłuchania tu http://chomikuj.pl/yurigagarin), jak też niezamieszczony dotąd nigdzie “Tu-154M (in memoriam)” oraz wersje instrumentalne paru kompozycji do śpiewania karaoke :). Całość trwa 60 min. Utwory zostały jeszcze zremasterowane, więc są lepszej jakości niż te wersje zamieszczane dotąd w Sieci. Ja tymczasem wyjeżdżam w góry z rodziną i przy tej okazji wszystkim Blogerom, Czytelnikom i Komentatorom życzę radosnego odpoczynku, no i miłego świętowania nadejścia Nowego Roku.

24 gru 2010

24 grudnia 2010 r.


Wiem doskonale, że wszyscy są jeszcze w szale przedświątecznych przygotowań (ja zresztą też), ale pozwolę sobie wszystkim blogerom, przyjaciołom, kolegom, koleżankom, bywalcom Miasta Pana Cogito, jak też P.T. Czytelnikom i Komentatorom moich tekstów złożyć szczere, antykomunistyczne i serdeczne życzenia, by nadzieja, jaką niesie ze sobą corocznie obchodzone przez nas Narodzenie Pana Jezusa, który jest przecież Królem, dała nam siły do przezwyciężenia tej ciemnej nocy, w jakiej obecnie jest Polska – ciemnej nocy, która zdawałoby się nie ma końca, ale koniec mieć musi. Po prostu musi.


Jako że św. Mikołaj przychodzi do nas dwa razy do roku, tak i tym razem, przelatując nad moim domem zrzucił coś dla wszystkich na poprawę humoru, jest to utwór „Psychuszka Wołodii” (dostępny tu: http://chomikuj.pl/yurigagarin), który mam nadzieję, będzie czymś rozweselającym – w końcu jest się z czego cieszyć – Bóg się rodzi, a moc truchleje. Wszelkie ciemne moce więc niech struchleją w te dni ;)


Życzę wszystkim wszelkiej pomyślności, cierpliwości, wytrwałości, odwagi, męstwa, miłości i wiary, że zwyciężymy, że historia Polski nie kończy się na tym mrocznym 2010 roku, w którym tryumf odniosło zło, zaprzaństwo i nieludzka wprost tępota. Pamiętając o poległych w Smoleńsku, wiedzmy zarazem, że oni do dzisiejszej Wigilii zasiadają Tam, przy niebieskim stole. I na pewno nie chcą, byśmy dłużej trwali w bólu i smutku, lecz byśmy wraz z nimi czerpali siły z Jezusa, z Jego Miłości, z Jego Boskiej Mocy. Bo w Bogu się nie umiera. W Bogu się żyje :)


Gloria, in excelsis Deo! Radosnego, błogosławionego Bożego Narodzenia!

18 gru 2010

Gorączka przedświąteczna


Szykuje się nam gorący tydzień i to nie w znaczeniu szału przedświątecznych zakupów. Między niedzielą a wtorkiem mają być wojskowe ćwiczenia Korei Południowej z wykorzystaniem artylerii, na które odpowiedź zapowiedziała komunistyczna Korea Północna w postaci odwetowego ataku. Amerykańscy dyplomaci krążą po Półwyspie, usiłując uspokoić sytuację, ale ta jest daleka od stabilizacji. Co ciekawsze, od jakiegoś czasu militarnie (zwłaszcza w sferze marynarki wojennej) wzmacniają się komunistyczne Chiny (naturalny obok neokomunistycznej Federacji Rosyjskiej) sprzymierzeniec Korei Płn., co nie uszło uwadze Japonii, która zaczęła wzmacniać swoją flotę i także ostrzyć noże. Japonia ma (wymuszony powojennymi ustaleniami aliantów) konstytucyjny zakaz ofensywnego ataku na jakikolwiek kraj, ale jak doskonale wiemy, ma napięte stosunki nie tylko z Chinami i Koreą Płn., ale też i z Rosją (Wyspy Kurylskie) i wcale nie jest wykluczone, że w przypadku poważnej wymiany ognia na Półwyspie Koreańskim, ów ogień nie przeniesie się także na terytorium Japonii, gdzie stacjonuje 50 tys. amerykańskich żołnierzy. Nie wiadomo też, jak się zachowają Chiny, które mogłyby się przecież przy okazji włączyć do konfliktu (tak jak zrobiły to podczas poprzedniej wojny koreańskiej), stając, rzecz jasna, po stronie czerwonej Korei. Zresztą już teraz przedstawiciele Pekinu upominają Seul, by „nie zaostrzał sytuacji”, tak jakby to Północ nie dokonywała od długiego już czasu coraz śmielszych, prowokacyjnych ataków na cele południowokoreańskie. To jednak dla czerwonych typowe, że najpierw atakują, a potem oskarżają ofiarę o to, że się zachowuje agresywnie w akcie samoobrony.

W epoce „posthistorii” i „postpolityki” (w których liczą się już tylko gender studies i prawa mniejszości seksualnych, a Realpolitik to występy w noworocznych szopkach), co widzimy już od paru lat, co agresywniejsze państwa poczynają sobie coraz odważniej, doskonale wiedząc, że skoro Zachód udało się trwale podzielić, odkąd ogłoszona została „wojna z terroryzmem”: na miłującą pokój część prorosyjską (antyamerykańską) i na „kraje imperialistyczne” na czele z największym zagrożeniem dla pokoju, czyli USA – to można spokojnie wrócić do polityki „odzyskiwania rubieży”, co doskonale prezentuje od paru lat Federacja Rosyjska. Moskwa im więcej sobie zagarnia, tym bardziej jest przez tę prorosyjską część Zachodu zagłaskiwana, by się nie rozdrażniała zbyt łapczywym zażeraniem okupowanych terenów. Wspominam o Kremlu nie bez powodu, wybuch zbrojnego konfliktu na Półwyspie Koreańskim, na pewno bowiem przyciągnie uwagę całego świata (anglosaskie media już teraz śledzą tamtejszą sytuację z coraz większym niepokojem, a co dopiero, gdy zacznie się regularne wojowanie z możliwością użycia przez Phenian broni jądrowej), co z kolei może wykorzystać Rosja do własnego ruchu w obszarze „bliskiej zagranicy”. Amerykanie, zajęci z jednej strony „przywracaniem demokracji” w Iraku, z drugiej przeciągającą się i zgoła bezowocną wojną w Afganistanie, wciągnięci, chcąc nie chcąc, w kolejny poważny konflikt na świecie, nie będą mieli nawet czasu, a co dopiero interesu, by zapobiec rosyjskiej ekspansji w środkowej Europie.

Ktoś powie, że Moskwa wcale nie musi dokonywać jakiegoś spektakularnego podboju tej części byłego bloku sowieckiego, skoro i tak gabinet ciemniaków z gajowym na czele, składa się jak scyzoryk, realizując całkowicie prokremlowską politykę. Takie myślenie jednak nie uwzględnia czekistowskiej fantazji, która wyraża się w tym, żeby słabego przeciwnika nie tylko upokorzyć (to już się udało za pomocą zamachu smoleńskiego i „śledztwa” rosyjskiego ws. przyczyn katastrofy tupolewa), ale przeczołgać tak, by nie wiedział, jak się nazywa i co się dzieje. Snuję oczywiście hipotetyczne rozważania, pragnę jednak przypomnieć, że żyjemy w świecie po 10 Kwietnia 2010, a więc niezbędna jest generalna rewizja sytuacji geopolitycznej Polski, co starałem się obszernie nakreślić i uzasadnić w mojej książce. Moskwa bardzo chętnie, sądzę, ulokowałaby w Warszawie taki rząd, który ulepiony byłby całkowicie z czekistowskiej gliny – tak jak to było z „gabinetami” komuchów. Różowi swoją „misję modernizacyjną” spełnili, a jeśli jeszcze nie pojęli, że ta misja dobiegła końca, to pojmą lada chwila, gdy w odpowiedzi na deklaracje Tuska o tym, że raport MAK-u jest nie do przyjęcia, zaczną ukazywać się nowe materiały, tym razem kompromitujące „polski rząd”.

Jak już wspominałem w książce, nie podejrzewam, by ludzie Kremla się obawiali prawdy o zamachu smoleńskim. Czekiści są niezmiernie ciekawi, jak zareaguje Polska, bo wiedzą, że nie jest ona zdolna do reakcji adekwatnej do skali zagrożenia, gdyż ma u swych władz ciemniaków przyzwyczajonych do występów przed kamerami w „zaprzyjaźnionych mediach” i do balowania, nie zaś do realnego sprawowania władzy (co pokazały lata „rządów” PO-PSL). Jakakolwiek ostra reakcja Polski wywoła kolejny agresywny ruch Moskwy (sytuacja poniekąd analogiczna do tej na Półwyspie Koreańskim – im bardziej się Seul będzie chciał stawiać, tym większy konflikt może wywołać). Moskwa potrzebuje destabilizacji Polski po to, by dowieść, że nasz kraj zarazem destabilizuje sytuację w całym regionie. A któż inny jest najlepszym gwarantem stabilizacji i pokoju, jak nie rosyjska armia?

No więc misja stabilizacyjna czy misja pokojowa nad Wisłą Dieduszki Maroza? Kto wie? I może tym razem nie trzeba byłoby toczyć zażartych bojów z jakimiś leśnymi, bo armię czerwoną witaliby gorąco młodzi, wykształceni z wielkich miast, wraz z dziennikarską bracią, odchowaną na niskokalorycznych odżywkach transformacji – chlebem i solą?

10 gru 2010

Związek Sowiecki Putina



Niestety, co przyznaję z zawiścią :), to nie ja wpadłem na pomysł takiego określania współczesnej rzeczywistości polityczno-społecznej w dawnym bloku sowieckim, to Robert van Voren w swojej wydanej w ub. roku książce „On Dissidents and Madness. From the Soviet Union of Leonid Brezhnev to the „Soviet Union” of Vladimir Putin” (Amsterdam 2009). Van Voren zajmuje się między innymi represyjnym stosowaniem psychiatrii przez komunistów (http://www.gip-global.org/p/44/370/robert-van-voren-publishes-new-book-%91cold-war-in-psychiatry%92), dostarczaniem pomocy humanitarnej oraz przestrzeganiem praw człowieka w krajach neokomunistycznych; jego książka na ten temat ukazała się także w języku polskim, ale też, co warto podkreślić, van Voren obserwuje regres, jaki zachodzi w sferze przemian w krajach „młodej demokracji”.


Pisze on o tym regresie we wprowadzeniu do książki o Związku Sowieckim Putina. Van Voren wskazuje na różne świadczące o tymże regresie, negatywne zjawiska, np. na to, że po pierwsze uwaga zachodniej opinii publicznej skierowała się teraz zupełnie na inne kraje, aniżeli na państwa dawnego bloku sowieckiego (instytucje charytatywne wspierają teraz kontynent afrykański itp.), stwierdzono bowiem, że w tychże państwach już powstało społeczeństwo obywatelskie. Po drugie, wraz z włączeniem takich krajów jak Polska do „struktur unijnych” ustały w tychże krajach procesy modernizacyjne, ponieważ uznano, że pewien punkt docelowy został osiągnięty i w związku z tym nie trzeba już nic zmieniać, co zaowocowało stagnacją i społeczną, i polityczną. Po trzecie, fundusze unijne albo są marnotrawione (albo rozkradane, powiedzmy sobie szczerze), albo służą do utrzymywania lub wzmacniania starych struktur. Po czwarte, młodzi ludzie, stanowiący w każdym państwie naturalne środowisko modernizacyjne i wzmacniające zmiany, emigrują najczęściej albo do Zachodniej Europy, albo do USA, nie widząc dla siebie miejsca w krajach „młodej demokracji”. Ze świecą szukać podobnej, szczerej i zarazem dogłębnej diagnozy sytuacji w polskich publikacjach politologicznych. Jak dodaje w swojej przedmowie do książki van Vorena Leonidas Donskis, autor widzi współczesny porządek w Rosji jako demokrację sterowaną, czyli nową formę tyranii i dyktatury, nawiązujących do tradycji ZSSR.


Okazuje się zatem, że neomarksistowskie szaleństwo, o którym sporo pisałem w „Społeczeństwie zamkniętym” (http://chomikuj.pl/yurigagarin), wcale się nie udzieliło wszystkim myślącym ludziom na Zachodzie, czego van Voren jest znakomitym przykładem. Książkę można znaleźć na chomikuj.pl u użytkownika Sarmatian (http://chomikuj.pl/Sarmatian) w folderze z anglojęzycznymi, bardzo ciekawymi (zwłaszcza jeśli chodzi o zimnowojenne reminiscencje) publikacjami, ale ja ją też u siebie pozwoliłem sobie umieścić, bo książka jest warta rozpropagowania. To spojrzenie (van Vorena) bez sentymentu i bez różowych okularów na „transformacyjne” procesy zachodzące w krajach środkowej i wschodniej Europy (a zwłaszcza w Rosji) warto by zaszczepić w naszych realiach, ponieważ to, na co my bywamy ślepi, okazuje się widoczne gołym okiem z zewnętrznej perspektywy. Van Voren osobiście poznał wielu dysydentów, takich choćby jak W. Bukowski (którego nazywa swoim „mentalnym ojcem chrzestnym” :)), a ich losy pośród własnych wspomnień ze spotkań z osobami prześladowanymi przez komunistów i z (humorystycznie opisywanych) podróży po krajach bloku sowieckiego, zbiera w swojej książce. I tak sobie pomyślałem, może by taki Rolex, który się byczy w Albionie, znalazł chwilę i przetłumaczył tę książkę? Może byśmy z van Vorenem nawiązali kontakt, by jej tekst udostępnić w polskim języku polskiemu czytelnikowi? Hę?


Van Voren pisze, że polityczna wykorzystanie psychiatrii przez komunistów, to był tylko wierzchołek góry lodowej (s. 205-206). W 1988 r. dziesięć milionów obywateli sowieckich było w ZSSR umieszczonych w wykazie psychiatrycznym (czyli jakieś 2,5 % populacji), co wiązało się z wykluczeniem z życia społecznego nawet w tak ograniczonych, więziennych warunkach, jakie z poprzedniej komuny były (podobnie zresztą w Chinach miliony ludzi uznawano za chorych psychicznie i rzecz jasna, po komunistycznemu, „leczono” (s. 242-244); w ChRL leczono z „paranoi”, podczas gdy w bloku sowieckim ze „schizofrenii bezobjawowej”). Nie wolno więc było prowadzić samochodu, należało się regularnie meldować w jednostce medycznej, pozbawionym się było praw wyborczych i miało się trudności z uzyskaniem pracy. Sposób traktowania osób umieszczonych za poglądy polityczne w szpitalach psychiatrycznych nie różnił się od tego, jak obchodzono się z pacjentami z ciężkimi zaburzeniami psychicznymi. Po doprawdy szokujące szczegóły odsyłam do („reklamowanego” także w mojej książce) wydania kwartalnika historycznego „Karta” (nr 34 z 2002 r.); jest to jednak lektura dla osób o bardzo mocnych nerwach. Van Voren zresztą opisuje także zawodowe przygotowanie psychiatrów pracujących w bloku sowieckim (i po „obaleniu komunizmu” – nie tylko nie znających angielskiego (ani żadnego obcego języka), ale korzystających głównie z rosyjskich podręczników.


Autor pisze, że sprawa znęcania się w systemie sowieckim nad ludźmi nie ograniczała się, rzecz jasna, wyłącznie do szpitali psychiatrycznych. Zjawisko to także było powszechne w rozmaitych „domach opieki społecznej”. Przy czym, co zaznacza van Voren, sytuacja wcale się radykalnie nie poprawiła po „obaleniu komunizmu”, czyli w latach 90. Jako przykład podaje jeden z ukraińskich domów opieki (pod Kijowem) (z wielu odwiedzanych przez zachodnich wolontariuszy), gdzie na 360 pacjentów, z których połowa nie poruszała się samodzielnie, było siedem pielęgniarek. O płacach i warunkach sanitarnych nawet nie warto wspominać. W czasach „postsowieckich” psychiatria natomiast w krajach bloku zaczęła być używana do celów ekonomiczno-przestępczych, zauważa van Voren - kryminaliści mogą kupować diagnozy świadczące o niepoczytalności, by móc następnie je przedstawiać w trakcie rozprawy sądowej.


Wypada dodać, że ci wszyscy, którzy w czasach komunistycznych głosili tezy, że psychiatria jest wykorzystywana do celów politycznych, uznawani byli za wrogów państwa, no i rzecz jasna, schizofreników lub paranoików. Wspominam o tym, bo w czasach neokomunizmu ten klimat „psychiatryczny” odżył i zamordyści wracają do tej właśnie retoryki. Ale jeszcze słowo o książce van Vorena. W 2002 odwiedził on oddział psychiatryczny w rosyjskim więzieniu Kresti. Woda cieknąca po ścianach, brak wentylacji, po 9 osób w celach 2 na 3 m, niejednokrotnie z 6 łóżkami tylko, brak lekarstw itd. Zdjęcie tego oddziału zamieszczone na s. 257 wygląda jak scenografia z horroru dziejącego się w opuszczonym szpitalu psychiatrycznym. Nie ma w tym skojarzeniu nic nadzwyczajnego, skoro więzienie, jak pisze autor, nie było remontowane od ponad stu lat. Organizacja van Vorena deklarowała finansową i rzeczową pomoc, ale warunkiem jej przyjęcia przez stronę rosyjską, było podzielenie się nią z kilkoma pośrednikami, m.in. z centralą w Moskwie, z gangami i ze służbami specjalnymi (nie mówiąc o oczywistej w tej sytuacji łapówce dla władz więzienia). Rosja XXI wieku. I co ciekawsze, po paroletnich negocjacjach i wręczaniu łapówek (bo gdy nie wręczano, projekt „zamierał”) doprowadzono dzięki uporowi organizacji van Vorena, do gruntownego wyremontowania wspomnianego więzienia (jego zdjęcie jest na s. 260).
I właśnie wtedy autor przeżywa olśnienie, przekonując się, że Rosja Putina to taka sama Rosja, jak za Breżniewa. Skorumpowana, przeżarta gangreną specsłużb, mafii, kryminalistów, bezprawia i totalnej, totalnej patologii (s. 258). Jak pisze: „Stare reguły powracają, reguły z tego samego okresu czasu, kiedy to działania dysydentów prowadzone były w podziemiu, a informacją dzielono się tylko wtedy, gdy to było konieczne”. Cieszy mnie, że takie książki wychodzą na Zachodzie, bo potwierdzają diagnozy wielu sensownych obserwatorów z Europy środkowej. Powinny jeszcze takie publikacje ukazywać się w Polsce.

Międzynarodowa komisja coraz bliżej

Ciekawe, jak długo trwają zakulisowe ustalenia między gabinetem ciemniaków a Kremlem w kwestii strategii dotyczącej udziału zachodnich (amerykańskich i europejskich) ekspertów w badaniu przyczyn katastrofy smoleńskiej. Co do tego, że trwają, to nie mam najmniejszych wątpliwości, gdyż gabinet ciemniaków z gajowym na czele stanowią obecnie reprezentację Rosji na kraj nadwiślański, nie zaś polskie władze i nawet szczególnie się z tym nie kryją, poczytując sobie taki stan rzeczy za zaszczyt. Prezydent Miedwiediew zresztą wyraził się niedawno jasno, że nadwiślańskie śledztwo ma wyglądać tak samo, jak moskiewskie, ale chyba niepotrzebnie to podkreśla, bo przecież ciemniacy nawet we śnie nie wyobrażają sobie, by mogło być inaczej. Jak znam życie, to w trakcie tych negocjacji Ruscy zachęcają swoich nadwiślańskich kolegów do dwóch rzeczy: odwlekania i utrudniania. Sami Ruscy są oczywiście znakomicie zabezpieczeni: te dowody, których nie zniszczyli lub nie rozkradli i tak są w ich rękach (do badania nawet tego złomowiska, które zostawili na lotnisku też prędko nikogo nie dopuszczą, no chyba, że zechce im się wcześniej oddzielić części tupolewa od innych części), więc jakby co, to jakikolwiek zachodni ekspert musi zapukać do ruskich instytucji, te zaś żadnymi zachodnimi prawami nie są nie tylko związane, ale się nigdy nie rządziły i – dopóki Rosjanie nie obalą czekistów – nie będą się rządzić.

No ale to wchodzenie zachodnich ekspertów na teren Rosji to już ostateczność – wcześniej można ich potrzymać w nadwiślańskim przedpokoju. Jednakże na ruskie, jak i nadwiślańskie nieszczęście, komisja Macierewicza wraz z rodzinami ofiar (tu składam słowa podziwu dla determinacji i odwagi szczególnie dzielnych Pań, takich jak Zuzanna Kurtyka i Ewa Kochanowska; mogłyby swoją odwagą i determinacją obdarzyć wielu polskich wojskowych, którzy albo nie wiedzą, co się dzieje, albo udają, że nie wiedzą) naświetliły tyle bulwersujących zachodnią opinię faktów, że wszystkiego już nie da się zakryć dezinformacją i kremlowską propagandą. Na Zachodzie niestety, czytelnictwo publikacji Ministerstwa Prawdy (i tego znad Wisły, i tego z Moskwy) nie jest obowiązkowe dla ludzi polityki, zaś TVN24 nie należy tam do stacji oglądanych na klęczkach przez ludzi z wyższym, średnim i podstawowym wykształceniem. Tam więc niewiele mogą zdziałać ministerialni funkcjonariusze i politrucy – a sprawy mają się coraz gorzej.

Ja w związku z tym wszystkim mam pomysł dla komisji Macierewicza oraz Stowarzyszenia Katyń 2010 – otóż, znając skalę zdegenerowania w instytucjach rosyjskich, a szczególnie w specsłużbach, proponuję ufundować nagrodę pieniężną (odpowiednio wysoką) dla osoby, która przekaże (bez konieczności ujawniania swoich danych personalnych, by jej w Rosji zaraz nie potrąciła przypadkowa ciężarówka mleczarni z FSB) materiały fotograficzne, filmowe etc. z 10 kwietnia (zarówno sprzed katastrofy, jak i po niej). Taką ofertę można by złożyć oficjalnie, za pośrednictwem mediów, podając sposoby, za pomocą których można materiały do komisji Macierewicza przekazywać lub też, jak się skontaktować z jej przedstawicielami. Oczywiście, gdyby doszło do przekazania takich materiałów, to należałoby je poddać dokładnej eksperckiej analizie (najlepiej na Zachodzie, bo jak wiemy w naszym kraju są od kwietnia 2010 r. straszne problemy z analizą dowodów zbrodni smoleńskiej i im dłużej te dowody są analizowane, tym mniej można z nich wyczytać) pod kątem ustalenia ich autentyczności. Dopiero bowiem po jej ustaleniu nagroda takiemu ofiarodawcy by się należała.

Po drugie komisja Macierewicza, jako ciało parlamentarne, mogłaby też skierować przekaz do pracowników polskich instytucji, by nie obawiali się wyjawić wszelkich nacisków kierowanych na tychże pracowników czy te instytucje ze strony gabinetu ciemniaków, nacisków zmierzających do takiego profilowania śledztwa, by było ono zgodne z wytycznymi z Moskwy. Osoby, które ujawnią takie przypadki, będą mogły też wystąpić w charakterze świadków w procesie stulecia, w trakcie którego na ławie oskarżonych zasiądą między innymi przedstawiciele obecnych „władz Polski”.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20101210&typ=my&id=my01.txt
http://www.niezalezna.pl/artykul/smolensk_w_brukseli/42234/1

6 gru 2010

"Santa Claus has come to town"



„Za poprzedniej komuny krążył wisielczy humor mówiący o tym, że „demokracja socjalistyczna” ma się tak do zwykłej demokracji jak krzesło elektryczne do zwykłego krzesła. Niestety, tego celnego spostrzeżenia nie zastosowano do ujęcia nowej rzeczywistości konstruowanej w latach 80. ubiegłego wieku przez sowieckie „Politbiuro” - rzeczywistości „demokratyzacji socjalistycznej”. Ta „demokratyzacja”, czyli komunistyczna „Przebudowa” (pieriestrojka) zaprojektowana była przecież w tych samych kremlowskich laboratoriach i gabinetach, w których przez dziesięciolecia z najdrobniejszymi detalami planowano nuklearny atak na Zachód.


To jednak wierzchołek góry lodowej, którą chcę opisać w niniejszej książce o sowieckiej demokratyzacji (mającej na celu transformowanie komunizmu w neokomunizm). Publikacja ta, swoim tytułem nieprzypadkowo nawiązująca do dzieła Karla R. Poppera, ma charakter refleksji nad współczesną historią Polski jako pewnego „poligonu przemian”, ale też diagnozy katastrofalnej sytuacji naszego kraju. Ponadto jest próbą zarysowania strategii 1) wyjścia z permanentnego kryzysu polskiego państwa i 2) budowania Polski silnej, sprawiedliwej i niepodległej. Program takiej sanacji jest niezbędny, o ile nie chcemy pozostawić naszego kraju na następne dekady w rękach promoskiewskiej agentury, dla której przeprowadzony przez rosyjskie specsłużby mord smoleński stał się znakiem „generalnego zamknięcia” 21-letniej epoki „socjalistycznej odwilży”.


Ta książka nie jest bezstronna. Czerwoni nigdy nie są bezstronni, różowi nigdy nie są bezstronni – ja też nie mam zamiaru być wobec nich bezstronny. Żywię ponadto nadzieję, że i jedni, i drudzy dobrze mnie po tej książce zapamiętają. Czasy bezstronności bezpowrotnie minęły – Polska została zhańbiona, a „transformację” należy uznać za bezprecedensowy skandal we współczesnej historii naszego kraju.”


- z przedmowy do mojej książki „Społeczeństwo zamknięte i jego sojusznicy. Polska w cieniu nowej rewolucji”.


Książkę można pobierać już stąd: http://chomikuj.pl/yurigagarin, ale będzie też na stronie POLIS MPC.