27 paź 2010

Czerska Girl




video




Ani się obejrzeliśmy, a już jest gotowy kolejny video clip CSI 2010. Tym razem przenosimy się do wyższych sfer żurnalistyki, ale też do świata ludzkich uczuć, takich jak nieszczęśliwa miłość do funkcjonariuszki Ministerstwa Prawdy czy też poczucie głębokiego zawodu, że się w tymże Ministerstwie nie jest zatrudnionym. Iluż to dziennikarzy (prasowych, radiowych, telewizyjnych itd.) w naszym kraju – dziennikarzy nie tylko z Warszawy i okolic, ale z najdalszych województw przeżywa te właśnie wielkie rozterki serca. Z myślą o nich – na otarcie łez – tenże właśnie teledysk, który od godzin przedpołudniowych już był przedpremierowo (w wersji o, niestety, dużo gorszej jakości niż na youtube (http://www.youtube.com/watch?v=FQ5aSIolujM )) dostępny tu (http://w302.wrzuta.pl/film/471U3NvnFiV/csi_2010_feat._s.v._-_czerska_girl_radio_edit).


Trwają jednocześnie prace nad tytułowym utworem z longplaya „April 10th Party” (i innymi kompozycjami także), przy czym jest taka prośba ze strony CSI 2010: o zapis dźwiękowy wypowiedzi gajowego z wiekopomnymi hasłami „nie ma prawicy, nie ma lewicy”, „bądźmy razem” oraz „państwo polskie zdało egzamin”. Nie można ich znaleźć w Sieci, a pilnie przydałyby się do muzycznej obróbki skrawaniem. Jeśliby więc ktoś miał te złote sentencje (najlepiej w formie mp3, ale może to być też plik wideo, z którego się zwyczajnie odcedzi dźwięk), to będę wdzięczny za ich nadesłanie na mój mailowy adres (yurigagarin@op.pl). Jakość dźwięku nie musi być rewelacyjna, bo to i tak w pracy miksersko-masteringowej się „dotrze”.


Okazuje się zresztą, że tytuł „April 10th Party” jest wyjątkowo na czasie, bo będzie co świętować i komu – będzie po ciężkiej robocie zasłużona zabawa; wszak, jak dowiedzieliśmy się od złotoustego J. Millera, na styczeń przyszłego roku planowany jest koniec prac polskich „śledczych” zajmujących się tragedią 10 Kwietnia. Niby to niedługo – jeśliby „paranoik smoleński” chciał porównywać „polskie śledztwo” z paroletnimi dochodzeniami ws. wielkich katastrof lotniczych, prowadzonych np. przez amerykańskie NTSB – ale w gruncie rzeczy to okropnie długo, jeżeli zestawi się ten czasokres z błyskawicznym tempem dochodzenia neosowieckich służb rosyjskich, które w przeciągu godziny od wysadzenia samolotu rozwiązały całą zagadkę jego katastrofy. Dlaczego więc polscy naśladowcy moskiewskich wzorców dopiero na styczeń ustalają sobie deadline, skoro Rosjanie właściwie już dawno zakończyli prace? Po co, dlaczego, skąd to opóźnienie, jeśli już nic do zbadania nie ma? Najwyżej coś trzeba będzie zrobić z tymi szczątkami przywiezionymi przez archeologów, ale tym chyba nikt specjalnie nie będzie sobie zawracał głowy, tak jak nie przejmowano się tym, że kładziono betonowe płyty na miejscu katastrofy, „by ciężki sprzęt mógł wjechać”. Ba, niedawno dowiedzieliśmy się, że legendarny płk. E. Klich, spec nad spece, nie tylko nie brał udziału „w oblocie” dokonywanym po katastrofie, lecz i nawet „nie badał” z ruskimi specami, skrzydła, co go miała biełaja bierioza przepołowić wedle smoleńskich legend, czyhająca na polski samolot. Oczywiście Klich mógł nie uczestniczyć w oblocie, bo i samego oblotu (oblota?) mogło po prostu nie być – tak samo też nie badał skrzydła, bo niewykluczone, że już tylko w Ministerstwie Prawdy przy Czerskiej ostali się najwierniejsi z wiernych bojcy (i te najwierniejsze z wiernych dziewczęta), co w bajkę o brzozie wciąż wierzą. I na pewno do tzw. us...j śmierci będą w nią wierzyć – tak jak czerwoni święcie wierzyli, że pierwszego Katynia dokonali Niemcy, a ZSSR będzie trwał wieczność lub dłużej.


Tym niemniej ostentacyjne traktowanie owego Klicha przez Rusków (sami go sobie przecież obrali na „mediatora” z gabinetem ciemniaków) może świadczyć o tym, że już kompletnie Moskalom „zwisa”, co Polacy o nich i ich „pracach wyjaśniających” katastrofę, sądzą. Zwisało im zresztą chyba od samego początku, ale na początku jeszcze starali się udawać „bolszoje wpieciatlenije”. Warto o tym wszystkim pamiętać w kontekście niedawnych, wiekopomnych słów prorosyjskiego (choć autozdekomunizowanego, jak pamiętamy) min. Sikorskiego, który przypominał nam parę dni temu, by „nie obrażać Rosji”. On już swoją lekcję historii wziął zapewne w trakcie wizyty nadzwyczajnej leciwego, a wciąż dziarskiego, jak stary sowiecki generał, S. Ławrowa pamiętającego czasy Lońki Breżniewa, co po pijanemu dyrygował w sali kongresowej towarzyszami Polaczkami (jak ktoś nie widział, niech sobie poszuka na youtube relacji filmowej z tego zdarzenia). Mam cichą nadzieję, że min. Sikorski powiesił sobie w swym luksusowym gabinecie portret Breżniewa. Ja proponuję taki, jak na załączonym obrazku.


To już do tego więc, panie dzieju, dochodzi, że nie tylko nie wolno drażnić Matki Rassiji (to wiemy od 1989 r., odkąd wujek Tadek jako premier zabrał głos), ale już nawet jej nie obrażać. To ideał rodem z „Polski Ludowej” przecież. Tenże sam, choć w nowym, już nie tak czerstwym jak gęby ćwikłowych buraków z pepeeru, bo lepiej odżywionym i lepiej skrojonym, wydaniu. Pozostaje tylko ustawowo określić „postawę antyrosyjską” jako zarazem „antypaństwową” i gonić tych smoleńskich paranoików po ulicach i lasach – może nawet z pomocą bratniej, rosyjskiej armii, byleby chciała przyjść. Teraz jesień, czas ustaw, to niech ustawiają się posłowie „sejmu smoleńskiego”, jak to genialnie określił KaNo, mając na myśli tych wszystkich „parlamentarzystów polskich”, którzy nie chcieli słyszeć o przejęciu przez nasz kraj i nasze instytucje, (choćby części, nawet nie całości) śledztwa.


Ale przyjdzie kres na to wszystko. Dla całej bandy ciemniaków i „parlamentarzystów smoleńskich”.



P.S.
Nie anonsowałem, lecz chyba wszyscy Bywalcy Miasta Pana Cogito zdążyli się zorientować, że jest już nowa odsłona POLIS MPC (http://www.polis2008.pl/) :) Lepiej późno niż wcale :)

24 paź 2010

Piosenka na niedzielę (i nie tylko)



Na najbliższy tydzień planowana jest premiera video clipu do utworu „Czerska Girl”, ale już teraz można go sobie ściągnąć i posłuchać (http://w798.wrzuta.pl/audio/7a0SB2RWfCE/csi_2010_feat._s.v._-_czerska_girl_-_radio_edit). Poniżej podaję tekst dla wszystkich, którzy chcieliby sobie pośpiewać :). Utwór opowiada o wielkich rozterkach serca młodego polskiego dziennikarza, który zakochał się w dziewczynie z Czerskiej i chciałby zatrudnić się w Ministerstwie Prawdy (by być bliżej niej), tylko że to nie jest takie proste.

PS. Proszę nie pytać o skład zespołu i gościnnie występujących artystów, bo są to dane objęte całkowitą tajemnicą producenta. Dotarły już do mnie głosy od osób zamierzających kupić singla CSI 2010 (longplay powinien się pojawić przed Bożym Narodzeniem jako prezent gwiazdkowy) – będzie on rozprowadzany przez biura Miasta Pana Cogito, oczywiście, ale jeszcze nie jest gotowy (intensywne studyjne roboty trwają).

A tymczasem miłej zabawy przy „Czerska Girl” :)



CSI 2010 feat. S.V. „Czerska Girl” (lyrics)


1. Zobaczyłem cię,
jak szłaś
do Ministerstwa Prawdy przy Czerskiej
ja wiedziałem,
że taka inteligentna i piękna dziewczyna jak ty
musi pracować tam.

Ach, więc to tak,
najlepsze dziewczyny są już zajęte
frontowymi obowiązkami
i ktoś taki jak ja
właśnie taki - jak ja
nie ma szans.

Ref. Nikt nie powie mi, że dziewczyny z Czerskiej są złe
Nikt nie powie mi, że są złe

2. Czasami,
gdy nieśmiało się wałęsam
pod murami twego Ministerstwa,
widzę jak w twym oknie pali się
pochylona analizujesz
mowę nienawiści.

Ja myślałem nawet o tym,
by się zatrudnić przy Czerskiej
by choć odrobinę być bliżej ciebie
odwagi mi jednak brakuje
więc na razie jako wasz parkingowy
się snuję



21 paź 2010

CSI 2010 z singlem „Prosta Oszybka”







(Zamiast manifestu artystycznego)



Nic tak nas nie powinno cieszyć, jak rozwój polskiej kultury. Teraz w dobie powtórnej, tym razem dobrowolnej, a nie wspartej bagnetami armii czerwonej, sowietyzacji naszego kraju, należy śmiało wychodzić naprzeciw kulturze sowieckiej i czerpać z niej całymi garściami. Oczywiście, nie na zasadzie „grab zagrabione”, bo w systemie sowieckim już nie ma społecznej niesprawiedliwości i ucisku domagającego się rewolucyjnego zrywu - lecz tak, jakbyśmy z naszej nadwiślańskiej strony chcieli dorzucić jakiś drobny kamyk do podłoża Placu Czerwonego lub do murów Kremla. Chodzi zatem o twórcze rozwijanie ożywczych idei przyjaźni i pokoju krążących od dziesięcioleci po wciąż zdumiewającej i fascynującej kulturze Kraju Rad.



Wbrew temu, co jacyś złośliwcy u nas w kraju imputowali, zuchwale dopisując dymki do zdjęcia min. J. Millera i gen. Anodiny, na CD przekazanym od generałowej nie było wcale ani „Biełych Roz”, ani „Kalinki”, ani żadnych innych szlagierów zamierzchłych czasów (należy zdementować te sensacjonalistyczne doniesienia). Wprost przeciwnie, na płytce owej generałowa przekazała niepublikowane, garażowe, wybitnie jeszcze bootlegowe nagrania (zupełnie nieznanej) grupy CSI 2010, do których już wtedy dotarli czujni i drobiazgowi rosyjscy badacze polskiej kultury. Kremlowscy wojskowi etnografowie wsłuchując się bowiem 24h na dobę w dźwięki nadwiślańskiej dziczy, wykryli nowy rytm, który ich od razu porwał i zachwycił. Okazało się zresztą, ku ich miłemu zaskoczeniu, że Polacy nie gęsi i rosyjski język znakomicie znają, czego dowodem jest choćby utwór „Prosta Oszybka”, promujący pierwszą płytę CSI 2010. Będzie ona nosić tytuł „April 10th Party” (choć był też pomysł na „Red Square Dancers”). Intensywne prace nad nią trwają, dziś zaś prezentowana jest wspomniana już „Prosta Oszybka”. W najbliższych tygodniach kolejna kompozycja. (Jeszcze żadna wytwórnia nie podpisała z CSI 2010 kontraktu, więc sprawa oficjalnego wydania materiału jest wciąż otwarta).



Pytanie, jak zakwalifikować ten styl? Dla ułatwienia krytykom muzycznym podpowiem od razu, że jest to drum and bass albo szerzej electronica dla autorytetów moralnych. Ale nie tylko dla nich, naturalnie, bo zdrowy ruch, poranna i wieczorna gimnastyka, jak też nocny breakdance są potrzebne nie tylko staruszkom, lecz i szczególnie polskiej zestresowanej młodzieży. Pomysł na CSI 2010 przyniosła sama rzeczywistość, jak się domyślamy. Atmosfera dość powszechnej zabawy (słynny, przezabawny „Tupolej” na juwenaliach, radosne „ukrzyżowanie” Z. Laskowika i inne arcyzabawne skecze na tegorocznej festiwalowej scenie opolskiej, no i oczywiście niejedna happeningowa zabawa na Krakowskim Przedmieściu etc.) po 10 Kwietnia wprost domagała się odpowiedniej oprawy muzycznej. Jeśli nawet nieco darkside'owej, to przecież ewidentnie tanecznej. Można powiedzieć, że jest to specyficzny, oryginalny i zupełnie nowy gatunek: dancefloor na Placu Czerwonym. Na tymże placu od dawna paradowano, skakano, śpiewano i tańczono - ale chyba nigdy w takim tempie.



Na koniec chciałbym oficjalnie wyrazić podziękowania wszystkim osobom, które przyczyniły się do powstania CSI 2010 i prac nad materiałem muzycznym, graficznym oraz nad technikaliami studyjnej roboty (która wciąż trwa, jak nadmieniłem). Dzięki szczególne natomiast przesyłam KaNo (okładka płyty, logo zespołu i in. ilustracje są jego autorstwa), Brandonowi, Chrisowi i RadiuBotswana. Osobno i ze szczególnym uwielbieniem pozdrawiam moją małżonkę, która cierpliwie znosiła intensywne prace CSI 2010 :).



That's all folks!



PS. Zapomniałbym! Osoby, które chciałyby uzyskać „Prostą Oszybkę” jako mp3, proszę o mailowanie do mnie, plik zajmuje ok. 4MB; wnet jednak będzie on do ściągnięcia ze strony POLIS MPC. Poza tym jest już dostępny (w całkiem dobrej jakości) w serwisie wrzuta.pl (http://w486.wrzuta.pl/audio/0FTomIi4zPy/csi_2010_prosta_oszybka_radio_edit), wraz z teledyskiem (http://w430.wrzuta.pl/film/a7Uq6bRuwFn/csi_2010_prosta_oszybka_radio_edit_video_clip) Lepszej jakości dźwięk w klipie jest jednak na youtube (http://www.youtube.com/watch?v=jf7IooYkI-o). Osobom z rozgłośni radiowych, jeśliby były zainteresowane emisją nagrania, mogę dostarczyć utwór w formacie wav. Wideo klip natomiast zajmuje ok. 20MB, a przez to, że jest skompresowany, to obraz w trybie pełnoekranowym może być nieco rozmyty, dlatego zalecam oglądanie w małym youtube'owym formacie. Proszę też bez najmniejszych oporów kopiować, rozpowszechniać ten utwór i przekazywać go innym, jak też głosować na CSI 2010 na listach przebojów :). W końcu mamy chyba wszyscy prawo do zabawy?



PS. 2. Jeśliby ktoś miał ochotę zrobić teledysk do kolejnych, powstających już kompozycji CSI 2010, to proszę o kontakt. Oczywiście niezbędne jest właściwe wyczucie neosowieckiej stylistyki i dynamiki obrazu oraz wysoka wrażliwość na kulturę ZSSR, a nawet całego (odnawiającego się na naszych oczach) Układu Warszawskiego :). Dajmy na to takie NRD – co ktoś jeszcze wie o zdobyczach cywilizacyjnych i o wielkich osiągnięciach tej republiki? To wszystko trzeba nadrobić.
PS. 3 Wideoklip dostępny jest także na MySpace
http://vids.myspace.com/index.cfm?fuseaction=vids.individual&videoid=106865407 (http://www.myspace.com/553649971))

18 paź 2010

Polska XXI wieku

Jakie dziś mogą być najważniejsze zadania opozycji? Pod pojęciem opozycja nie rozumiem wyłącznie PiS-u, ale wszystkich, którzy włączeni są w ruch społecznego sprzeciwu wobec dyktatury ciemniaków – choć, co oczywiste, sam PiS ma najwięcej w tej materii do zdziałania. Otóż jestem przekonany, że przede wszystkim należy stopniowo i systematycznie kompletować materiały do śledztwa, jakie należy wszcząć przeciwko tym przedstawicielom instytucji państwowych w naszym kraju, którzy odpowiadają za zaniedbania i mataczenie w kwestii wyjaśnień przyczyn tragedii smoleńskiej. Takie dochodzenie, jak podejrzewam, będzie „śledztwem stulecia” z tej racji, że – tak jak to bywa we Włoszech, gdy się ściga i sądzi mafię – obejmie wysokich funkcjonariuszy państwowych i ludzi na co dzień osłanianych przez „transformacyjne prawo”, przeróżne „immunitety”, firmy ochroniarskie z esbeckim zapleczem oraz wojskówkę. W obecnej sytuacji, w której można mówić o całkowitym upodabnianiu się neopeerelu (z jego infrastrukturą i „elitami”) do peerelu, nie należy liczyć na to, że którakolwiek z instytucji będzie dążyła do działań wbrew interesom Kremla, którym to interesom okazali się najwierniejsi ludzie obecnej władzy. Opozycja, owszem, może wywierać naciski na rozmaite instytucje, lecz musi się liczyć z tym, że ich przedstawiciele po ponad 6 miesiącach od tragedii smoleńskiej mają poczucie całkowitej kontroli nad sytuacją.


To poczucie nie bierze się oczywiście znikąd. Znakomitym wsparciem, dokładnie tak, jak za poprzedniego reżimu, okazały się neokomunistyczne media, które jak na jeden gwizd peronowego lub milicjanta, ustawiły się w zgodnym szeregu do raportu. Zjawisko to wiele osób dobrej woli i szczerego, polskiego serca, wprawia w jakieś osłupienie lub oburzenie. Mnie zaś ono fascynuje, ponieważ w jaskrawy sposób unaocznia, w jakim kraju żyjemy i z jakimi „ludźmi mediów” mamy do czynienia – i zarazem potwierdza „mroczne wizje oszołomów”. Wiele razy przecież zżymano się w dyskusjach „na prawicy”, że jednak porównywanie neopeerelu do peerelu to pewna przesada. Wskazywano przy tym najczęściej na różnice w infrastrukturze („patrzcie, przecież są lepsze drogi, lepsze auta i pełne sklepy; można też wyjeżdżać za granicę bez problemu”), nie zaś na przykład na różnice w mentalności „elit”, tudzież w sposobie funkcjonowania polskiego państwa. Tymczasem to one są podstawowymi „wyznacznikami” fundamentalnej zmiany. Jeśli bowiem „Oni” myślą, mówią, czują i zachowują się jak w peerelu, zaś „Ich” instytucje funkcjonują wedle starych, sprawdzonych, sowieckich zasad, to nie należy mówić o jakiejkolwiek poważnej zmianie w polskim państwie i zwyczajnie, tj. bez uprzedzeń i upiększeń, dostrzegać ciągłość między powojenną republiką sowiecką zwaną „Polską Ludową”, a tym państwem, które mamy teraz.


Powiedziałem, że to zjawisko mnie fascynuje, ale nie emocjonalnie, lecz, że tak się wyrażę, badawczo. To trochę jak z kimś, kto z pasją obserwuje rzadkie zjawiska przyrody i z czasem odkrywa „prawo” nimi rządzące. Po jego odkryciu zaś, może dokonywać przewidywań dotyczących tego, jak pewne (analogiczne) zjawiska będą się kształtowały oraz – w sytuacji, w której te zjawiska faktycznie występują – znajdować empiryczne potwierdzenie dla swojej teorii. Oczywiście w żadne „prawa społeczne” czy „prawa historii” nie wierzę i sądzę, że K. Popper w swoich świetnych publikacjach dokonał tak miażdżącej krytyki „materializmu historycznego/dialektycznego” i historycyzmów wszelkiej maści, że nikt rozsądnie myślący nie będzie sięgał po te narzędzia myślenia, których dostarcza właśnie marksizm i jemu pokrewne pseudokoncepcje/pseudoteorie. Można jednak – w odniesieniu do rzeczywistości społeczno-politycznej – mówić po prostu o „prawach przyrody”. Nie siląc się na wyrafinowane naukowe konstrukcje można zatem głosić np., że gnijący organizm, jeśli się go trwale izoluje od środków nie tylko leczniczych, ale i ochronnych, nie ma najmniejszych szans na autoregenerację i ulega stopniowej agonii.


Polskie państwo, po Apokalipsie '39 roku, jaką z zachodu i wschodu przyniosły mu niemieckie i sowieckie hordy, zostało poddane procesom gnilnym już w latach 40., gdy w ZSSR formowały się agenturalne „instytucje państwowe”, szykujące swój agenturalny „porządek” i agenturalną „praworządność” na długie dziesięciolecia satelickiego, okołomoskiewskiego funkcjonowania „Ludowej ojczyzny”. Od tamtej pory, zauważmy, istota systemu pozostała niezmieniona, tzn. organizm gnił, gnije i ma gnić dalej, zaś pasożytujące na tymże organizmie „drobnoustroje” w postaci prorosyjskich środowisk znakomicie funkcjonują w warunkach społecznego, moralnego i instytucjonalnego zepsucia. Nie ma żadnych szans na normalne funkcjonowanie (sponiewieranego wojną, a potem bolszewizmem) państwa, gdy nie jest ono poddawane terapii zmierzającej do jego uzdrowienia. Czerwoni doskonale z tego zdawali sobie sprawę, przystępując w latach 80. do konstruowania „nowego porządku” mającego symulować „obalenie komunizmu”.


O ile jednak kwestie instytucjonalnej „zgnilizny” są dość powszechnie znane, o tyle kwestie degrengolady mentalnej ukazały się „w pełnej krasie” dopiero w kontekście zamachu z 10 kwietnia. Dziś, po tych 6 miesiącach, nikt zdrowo myślący nie może mieć wątpliwości co do tego, że nie tylko „stare pokolenie” potrafi w odpowiedniej chwili (na sygnał trąbki zwołującej sforę do leśnej pogoni) myśleć i działać po sowiecku, zaś z „dysydentów” wychodzą zwyczajni zamordyści, ale „młode pokolenie” też. Kto wie zresztą, czy to młode pokolenie nie jest równie gorliwe w służbie systemowi jak stalinięta „zauroczone ideą” na przełomie lat 40. i 50. No więc w tym właśnie zjawisku należy upatrywać istotę neokomunizmu - system sowiecki w swej prostocie wyrażającej się w utrwalaniu przemocy i kłamstwa (zwanych dla zabawy „władzą ludową”) jest w jakiejś mierze „genialny”, bo pozwala się samoreprodukować w dowolnych warunkach. Wystarczy tylko w trakcie ewentualnych „przemian” (mających najczęśćiej charakter „odwilży”, tj. luzowania gorsetu i przewietrzania baraków) zabezpieczyć dwie sfery – sferę przemocy i sferę kłamstwa. Czerwoni, którzy przecież (pod czujnym okiem „braci z Kremla”) przez kilka dekad po wojnie szykowali się do napaści na Zachód, nigdy by się na żadną transformację nie zgodzili, jeśli ta dokonywałaby radykalnej zmiany społeczno-politycznej, tj. przywracaniu praworządności, sprawiedliwości, prawdy i uczciwości w życiu obywateli oraz w funkcjonowaniu państwa. Musiał więc powstać taki system, który będzie imitował „coś nowego” (a więc niekoniecznie pszenno-buraczaną stylistykę „republiki rad”, bo ta była nieco „estetycznie” i kulturowo wypalona), jednakże zachowywał będzie podstawowe cechy komunistycznego chaosu: zinstytucjonalizowane bezprawie i zinstytucjonalizowane kłamstwo. Na takim bowiem gruncie można budować wszelkie potiomkinowskie wsie, z III RP włącznie.


Oczywiście to nagłe odkrycie się „nowych” sowieckich ludzi i tego – znanego nam aż za dobrze – piekielnego, kolektywnego (kołchozowego) myślenia, w ramach którego chodzi wyłącznie o to, by „pewnych pytań nie zadawać”, „pewnych kwestii nie ruszać”, „w pewne obszary nie wchodzić”, jeno powtarzać ze śmiertelną powagą za nadludźmi Kremla to, co jest podawane tłumom do wierzenia – możliwe było dopiero w sytuacji ekstremalnej. Nastała ona w naszym kraju po zamachu z 10 kwietnia. Zauważmy zresztą, że miał on wieloraki wymiar – dokonano masakry na polskiej elicie, dokonano zamachu stanu w naszym kraju i dokonano błyskawicznego włączenia polskiego państwa w neosowiecką sferę wpływów. Tym trzem spektakularnym działaniom towarzyszyła nieprawdopodobna, imponująca w swej sile niemalże jak propaganda za Bieruta, osłona medialna. Długo zastanawiałem się nad znalezieniem właściwej analogii, ale w końcu się jej doszukałem. To pospolite ruszenie pożytecznych idiotów, agentury, TW i kogo się tylko udało z uśpienia wybudzić w „chwili próby” przed jaką po raz kolejny w naszych dziejach postawiła nas Moskwa, przypomina właśnie sytuację powojnia w Polsce, gdy do pracy „na odcinku budowy socjalizmu”, „na odcinku podnoszenia kraju z gruzów” i zarazem tłumaczenia ciemnemu ludowi, że komunizm to postęp, ruszyły „masy intelektualistów, artystów, dziennikarzy etc.” Dokładnie tak, jak wtedy, gdy gwałt uznawano za prawo, a kłamstwo za prawdę, tak działa się i dziś – gdy dokonał się niesamowity gwałt na blisko stu osobach z polskim Prezydentem na czele.


Dokładnie tak jak wtedy, gdy przecież wiedziano, że Katynia dokonali Rosjanie, pracowano zgodnie od świtu do nocy nad tym, co znakomicie ujął J. Mackiewicz w sentencji „nie trzeba głośno mówić”. Bo najlepiej to o pewnych sprawach w ogóle nie mówić. Rzecz jasna, komunizm jako system kłamstwa, dba przede wszystkim o to, by nie mówić o tym, co związane jest z praworządnością i prawdą. Komunizm nie nakazuje żadnego „powszechnego milczenia”. Wprost przeciwnie, zasypuje obywateli poddawanych zniewoleniu tonami papieru, tudzież zagłusza myśli obywateli przekazami radiowymi i telewizyjnymi zawierającymi kłamstwa, tylko kłamstwa i całe kłamstwa. Neokomunizm czyni dokładnie to samo – z jeszcze większym natężeniem. Z uśmiechem „hipereleganckiej” spikerki czy luksusowego prezentera. Ludzi do wynajęcia.


Dążenie do prawdy jest dla funkcjonariuszy takiego systemu (komunistycznego czy neokomunistycznego) kompletnym szaleństwem, chorobą psychiczną. W książce E. Matkowskiej „System. Obywatel NRD pod nadzorem służb” („Arcana”, Kraków 2003) w pewnym miejscu pojawia się kapitalna uwaga zawarta w sprawozdaniu jednego z oficerów STASI, który pisze o inwigilowanej osobie mniej więcej tak: obiekt wykazuje się zaburzeniami psychicznymi, ponieważ uważa, że jest śledzony. W (polecanym przeze mnie w najnowszej odsłonie POLIS MPC) czeskim filmie „Kawasakiho Ruze” (2009) jeden z dziennikarzy rzuca z kolei takie zdanie: z tego, że ktoś ma paranoję wcale nie musi wynikać, że nie jest śledzony.


System bezprawia i kłamstwa ma więc to przede wszystkim do siebie, że „nicuje” rzeczywistość, tzn. wprowadza zgniliznę do najgłębszych obszarów świata społecznego. Można tu mówić o zatruwaniu ludzkiej duszy – tak zresztą przedstawiało istotę komunizmu wielu jego znakomitych krytyków ze wspomnianym już Mackiewiczem na czele. System bezprawia i kłamstwa jest jednak tak dalece wyrafinowany, że nie tylko uniemożliwia wolne działanie jednostek, uniemożliwia komukolwiek dążenie do praworządności i prawdy, ale też osoby dążące do tych wartości, ideałów celów, uznaje za jednostki zupełnie chore. Skoro zaś jest choroba to – z punktu widzenia ludzi tego systemu – należy chorego „chłodnym lekarskim okiem” obserwować lub też - w ostateczności - usuwać z sowieckiego organizmu.


Wspomniałem o tej uwadze z doniesienia oficera STASI nie dlatego, że może ona ilustrować typowe dla sowieckich bezpieczniaków poczucie całkowitej bezkarności i chamskiego szyderstwa z osób represjonowanych. To owszem, był jeden z istotnych rysów zachowań bezpieczniackich. Zarazem jednak mogło być tak, że ludzie pracujący dla systemu – całkowicie oddani bezprawiu i kłamstwu, rzeczywiście zdumiewali się tym, że ktoś może dążyć do „jakiejś wolności” czy „jakiejś prawdy”. Pochylali się nad „osobnikami” domagającymi się wolności, praworządności, prawdy itd. jak nad kompletnymi mutantami, dziwolągami, przedstawicielami wymierającego gatunku.


Dokładnie z taką właśnie mentalnością mamy dziś w Polsce XXI wieku do czynienia. Tak jak kiedyś ścigano i „leczono” schizofrenię bezobjawową – tak obecnie ściga się i „leczy” paranoję smoleńską. System bezprawia (instytucje działające wbrew interesom obywateli i wbrew autentycznym interesom państwa) i system kłamstwa (polskojęzyczne media oraz środowiska „opiniotwórcze”) nie dopuszcza nawet myśli, że można by od 10 kwietnia prowadzić normalne śledztwo ws. katastrofy i można by szukać winnych zamachu. Tak samo jak w przypadku poprzedniego Katynia – nie ma problemu i nie ma winnych. Nie tylko nie wolno głośno mówić, ale wprost chorobą psychiczną jest jakieś dopominanie się o praworządność czy prawdę.


Ks. S. Małkowski powiedział niedawno, że to dobrze, iż tyle osób nagle się odkrywa w swej służbie przemocy i kłamstwu. Ja też uważam, że to dobrze. „Transformacja” bowiem dobiegła końca, system neokomunistyczny dokonał pewnego historycznego zamknięcia. Teraz pozostaje nam, ludziom opozycji, przygotować się do rzeczywistego obalenia systemu i do dokonania gruntownego osądzenia tych wszystkich osób i instytucji, które włączyły się w bezprawie i zakłamanie.

2 paź 2010

Wokół relacji Wiśniewskiego z 10.IV

Fragment 1. Słyszę głos silnika, tylko ten silnik był... jakiś ten dźwięk... trochę inny. Patrzę w mgle idzie samolot bardzo nisko, lewym skrzydłem prawie że w dół. Normalnie słychać taki huk. Miałem otwarte okno. Coś jakby coś było niszczone, tak tratowane. Za chwilę było, wiesz, huk, dwa, proszę ciebie, błyski ognia. Mówię, wywalił się samolot...

Fragment 2. Biegiem. Przeleciałem przez te błoto i patrzę, polski samolot.

Fragment 3. To były dwa takie wybuchy, to nie była kula ognia (…) Ja myślałem, że to jakiś mały samolot. No ale jak pobiegłem już na miejsce, patrzę, a to jest nasz. (…) Wbrew pozorom nic wielkiego nie było. Nie palił się, nie było wielkiego ognia. Takie małe jakby ognisko, powiedzmy sobie. Zaraz chwila przyjechała jedna straż, ale bardzo miernie im to szło. (…) Myślałem, że to jakiś pusty samolot: piloci, obsługa i tak dalej (…) ale chyba raczej nie było tam siedemdziesięciu dziewięć osób. (…) Potworna cisza jak po katastrofie.

Fragment 4. Jakby nie to, że wpadłem w błoto, to bym uciekł i z drugiej strony zrobił zdjęcia. (…) A że była jakaś potworna ilość zwłok czy szczątków jak to przy katastrofach - nic takiego nie widziałem. Może po prostu nie zdążyłem jeszcze tam dojść.

Fragment 5. Jaki tam ogień! Troszeczkę drzew się paliło i potworna, zwyczajna cisza po katastrofie. (…) Coś musiałem im powiedzieć, żeby mnie nie zastrzelili.

Ad 1. Uwaga 1. Wiśniewski na pewno nie widział z okna swego hotelu, że to był polski samolot. O tym dowiedział się dopiero z pobojowiska, na które przybył (por. też fragmenty 2 i 3).
Ad 1. Uwaga 2. Gdy jest burza, to błyskawica poprzedza grzmot. Z fizyki wiadomo każdemu, że światło przemieszcza się szybciej niż dźwięk. Wiśniewski mówi, że dwa błyski ognia zostały poprzedzone przez huk. Z kolei huk drugi poprzedzony był przez odgłos tratowania, niszczenia, czyli huk pierwszy. Zanim samolot został wysadzony, działo się więc coś jeszcze.

Telewizje rosyjska i polska niemal równocześnie (od godz. 10:27 naszego czasu) zaczynają nadawać materiały Wiśniewskiego (w TVP Info po materiałach operatora towarzyszącemu P. Kraśce i przebitkach na Las Katyński (http://www.youtube.com/watch?v=bewl-QtbTZ8&feature=fvw)), zmieniając trochę chronologię ich kręcenia. W ros. TV pokazywany jest od razu statecznik z szachownicą, co dowodzi, że przed emisją materiał został „przeredagowany”. W polskiej pokazany jest statecznik z pewnej odległości, a potem jest „panorama pobojowiska”. Emisja ta jest więc jakieś dwie godziny po samej katastrofie, zauważmy. Wywiad z autorem zaś nadany jest bodaj raz i nikt już do montażysty tego dnia nie wraca, choć zdawałoby się, że jest najważniejszym polskim świadkiem katastrofy (zwłaszcza że wnet jego materiały obiegają cały świat), którego dziennikarze powinni wprost rozchwytywać. Z drugiej jednak strony wiemy, że

Wiśniewski już wtedy momentami konfabuluje. Nie ma żadnego ganiania się z bezpieczniakami („oni mnie a ja ich”). Nie ma też specjalnej gorączki filmowania na pobojowisku. Nie ma też straży pożarnej, która przybywa po Wiśniewskim, lecz to on przybywa w chwili, gdy „strażacy” już od jakiegoś czasu są i smętnie polewają to w lewo, to w prawo. Wszystko to widać też na tzw. trzecim filmie ze Smoleńska, nakręconym najwyraźniej przez jednego z ruskich funkcjonariuszy obserwującego Wiśniewskiego (historia trochę jak z jednej z powieści F. Duerrenmatta, w której ludzie obserwują się nawzajem nieustannie).

Ad 3. Wiśniewski dokładnie nie widział maszyny, skoro myślał, że to mały samolot. Mówiąc ściśle, widział tylko skrzydło. Jak już kiedyś zasugerował El Ohido Siluro – to, co widział Wiśniewski, po prostu mogło być transportowaniem skrzydła. Straż, o której mówi Wiśniewski, już była na miejscu. Oczywiście można się zastanawiać, czy gasiła to, co się paliło po katastrofie, czy raczej to, co podpalili sami funkcjonariusze, by stworzyć wrażenie jakiegoś drobnego pożaru (no bo co to by był za wypadek lotniczy bez pożaru?).

Katastrofa wydarzyć się mogła tuż po 8.20, niedługo po rozmowie Prezydenta z bratem. W jednym z komentarzy postawiłem pytania dot. pracy Wiśniewskiego. Są one następujące:

1) dlaczego Wiśniewski w ogóle filmuje, skoro na terenie już jest bezpieka i "strażacy"?
2) dlaczego pozwala mu się filmować bez przeszkód przez ileśtam minut (do końca nie wiemy, przez ile)?
3) dlaczego jego film trafia od razu do rosyjskiej telewizji? (zrobiłem sobie kadrowanie materiału z ros. telewizji i jestem przekonany, że wycinano poszczególne klatki filmu; większość ujęć jest zresztą wyjątkowo nieostra, rozchwiana, a przecież Wiśniewski spaceruje, zatrzymuje się i filmuje)
4) (i chyba najważniejsze) dlaczego jest to jedyny materiał z pobojowiska (nie licząc "nielegalnego" filmu Koli i innych amatorskich materiałów)?

W związku z tym:

5) czy to faktycznie było miejsce katastrofy, czy tylko jeden z obszarów WYZNACZONYCH DO FILMOWANIA "miejsca katastrofy"?

Z relacji (słownej i filmowej) Wiśniewskiego z 10 kwietnia możemy bowiem przypuszczać, że było w pobliżu jeszcze inne miejsce katastrofy (koło komisu, jak uparcie sugeruje bloger FaktySmoleńsk?). Niestety, nie pokazano go nam do tej pory na żadnym zdjęciu ani filmie. Oczywiście, słyszeliśmy relacje, że ciała były przygniecione częściami samolotu, ale przecież trudno oczekiwać, by pod tymi zgoła drobnymi (jak na masę całego kadłuba tupolewa) kawałkami wraku, które są pokazane na filmie Wiśniewskiego znajdowało się blisko 100 osób. Co więcej nie widać ani foteli, ani żadnych osobistych rzeczy ofiar.

Jeśliby bowiem nie było innego miejsca oprócz tych dwóch, które widać na filmach Koli i Wiśniewskiego, to by znaczyło, że większość ciał ofiar uległo całkowitej dezintegracji w wyniku bardzo silnej eksplozji na pokładzie.

Dwóch Wosztyli w Smoleńsku



Ponieważ rozgorzała na nowo dyskusja wokół dość zagadkowych zeznań por. A. Wosztyla, chciałbym zwrócić uwagę na jedną podstawową kwestię, która z nimi się wiąże. W wywiadzie dla „GW” Wosztyl mówi: „To było słychać. Siedziałem w jaku jakieś 700-800 metrów od miejsca katastrofy”, natomiast w wywiadzie dla TVN na pytanie dziennikarki: „Pan nie był w samolocie, pan był na płycie lotniska?” odpowiada: „Tak, byłem na płycie lotniska i nasłuchiwałem jak tupolew podchodzi do lądowania”. Po chwili zresztą dodaje: „Cała załoga była razem ze mną”. Oba wywiady pochodzą z maja tego roku i jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, czy można podejrzewać (skądinąd sympatycznego porucznika) Wosztyla o mijanie się z prawdą, ma teraz ewidentny dowód. Oczywiście Wosztyl nie jest pierwszym „zagubionym” świadkiem tego, co się działo 10 kwietnia, pamiętamy wszak, jak zmieniały się z wywiadu na wywiad zeznania montażysty S. Wiśniewskiego, który od opowieści o brawurowej ucieczce przed ruskimi bezpieczniakami i przystawianiu makarowa do głowy doszedł do sielskiej atmosfery żartowania przez tychże bezpieczniaków, że do tiurmy pójdzie i ich wyrazów współczucia wobec polskich ofiar.

Wosztyl w wywiadzie dla „GW” stwierdza wyraźnie: „Na lądowanie tupolewa czekaliśmy w jaku, bo musieliśmy dotankować samolot”. Potwierdza trzykrotne łączenie się z jaka z załogą tupolewa i to, że osobiście raz podawał warunki pogodowe drugiemu pilotowi prezydenckiej delegacji. Te łączenia się załogi jaka były ponoć w godzinach 8.25, 8.30 i 8.37, choć sam Wosztyl wyznaje, że „nie patrzył na zegarek”. Trzymając się jednak tych danych czasowych, to o 8.25 widoczność miałaby być 4 tys. metrów, parę minut później 1,5 tys., a chwilę dosłownie później „poniżej minimum”. Oczywiście tak wielkie kroki stawiać może wyłącznie ruski generał Mgła, chadzający zwykle w siedmiomilowych butach ze swymi spec-pododdziałami. Jeśli faktycznie wszyscy z drugiej załogi siedzieli w zamkniętym jaku i – sam Wosztyl to przyznaje – słyszeli rozmowy z wieżą, to jedynie w szczątkowy sposób mogło docierać do nich to, co działo się blisko 1 km dalej od nich. W związku z tym zeznania te trzeba także brać w spory nawias, niestety.

A propos tego, co było słychać, Wosztyl w wywiadzie dla TVN opowiada tak: „O, to jest ciągle trudne, naprawdę, powiem szczerze. Słyszałem pracujące silniki samolotu, który podchodził, zbliżał się do lotniska. Nagle usłyszeliśmy, bo nie tylko ja tam byłem (…) usłyszeliśmy jak dodają obrotów maksymaln... – znaczy inaczej: obroty zaczęły narastać do maksymalnych, następnie po kilku sekundach trzask i huk, a następne kilka sekund... dźwięk...” (i ten uśmiech zagadkowy pilota).


Można by się nawet też uśmiechnąć, gdyby nie kwestia tego, że o tym, co najistotniejsze Wosztyl mówi najmniej. Jaki dźwięk? Co się dokładnie działo? Kiedy to było? Czy to na pewno był dźwięk tupolewa?


Na koniec zagadka lotniczo-logiczna ze szczególną dedykacją dla niezmordowanego, sceptycznego rexturbo :) Proszę znaleźć część z tej fotografii na zdjęciach wraku tupolewa z kwietnia lub z września bieżącego roku.