30 wrz 2010

Biała flaga

W najnowszym, wrześniowym „Nowym Państwie” opublikowany jest mój obszerny esej dotyczący tego, w jaki sposób rosyjskie, a za nimi bratnie, polskojęzyczne media konstruowały dezinformacyjny opis i obraz tego, co wydarzyło 10 kwietnia i co działo się potem. Odpowiedni dobór słów i ilustracji służył utrwalaniu kremlowskiej wersji zdarzeń, której polska filia partii Jedna Rosja trzyma się do dziś, jak pijany płotu (tę filię należy szeroko rozumieć, bo to wiele środowisk, nie tylko politycznych). Ten opis i obraz, który pozwoliłem sobie nazwać „narracją wypadkową” - nie byłby on jednak możliwy bez udziału rozmaitych protagonistów ówczesnych zdarzeń, a więc osób, które bez wątpienia nadawały bieg rozmaitym sprawom. Oczywiście nadawały bieg wbrew interesom Polski i polskich obywateli, ale nadawały. Są to takie osoby jak D. Tusk, T. Arabski, B. Klich, M. Janicki, B. Komorowski oraz E. Klich, by wymienić pierwsze z brzegu, ale lista ta jest dłuższa (i należy ją dokładnie kompletować, choćby zbierając wystąpienia „ekspertów” czy „dziennikarzy” wzmacniających dezinformacyjną kampanię i realizujących w ten sposób w naszym kraju interesy rosyjskich specsłużb).

Akurat tym ostatnim z wymienionych pragnę się zająć, ponieważ wydaje się, że nie tylko stanowił on „brakujące ogniwo” między Moskwą a Warszawą, ale – jak można wywnioskować z dzisiejszego jego wywiadu dla RMF-u – osobę zabezpieczającą właściwy z punktu widzenia Kremla bieg spraw, a więc kwalifikującą się z polskiego, narodowego punktu widzenia do przesłuchania jako pierwsza w śledztwie, które zostanie wszczęte po pracach zespołu pod kier. A. Macierewicza (interesujący wywiad z nim na stronie „Frondy” (http://fronda.pl/news/czytaj/zbrodnicze_zaniedbania)) dotyczącym działania wielu osób z wysokich urzędów państwowych w Polsce na szkodę polskiego państwa i wbrew polskiemu interesowi narodowemu. Te osoby należy następnie postawić przed sądem i rzecz jasna, po wykazaniu ich winy, skazać po dochodzeniu, które powinno się wszcząć niezależnie od śledztwa międzynarodowej komisji, która zajmie się zbrodnią smoleńską. Jak już sygnalizowałem kiedyś w jednym z postów (http://freeyourmind.salon24.pl/213920,garstang-o-badaniu-katastrof), zakwalifikowanie tego, co się wydarzyło 10 kwietnia, do kategorii wypadków lotniczych pozwoliło tak pokierować badaniem sprawy, by a priori wykluczyć śledztwo ws. zamachu czy jakichkolwiek nieprawidłowości ze strony rosyjskiej i by można było niejako z marszu zająć się niszczeniem dowodów rzeczowych. Wszelkie nieprawidłowości za to „wykrywano” (a raczej ogłaszano jedna po drugiej), jak wiemy, wyłącznie po stronie polskiej, bezprawnie i haniebnie obciążając winą śp. Prezydenta, pilotów czy gen. Błasika.

Otóż z całą mocą należy podkreślić: w takim zakwalifikowaniu sprawy swój wymierny udział miał właśnie E. Klich, „wytypowany” przez Moskwę do „pośredniczenia” między „stroną rosyjską” a „polską” jako „ekspert nr 1”. Na nim (obok wymienionych przeze mnie wyżej polityków-urzędników) więc spoczywa wielka odpowiedzialność za karygodne, szokujące, zbrodnicze wprost zaniedbania związane z prowadzeniem śledztwa. Przypomnijmy (i zarazem miejmy tego jasną świadomość): Rosjanie w ciągu kilkudziesięciu minut od momentu katastrofy ustalili jej przyczyny, przebieg i winowajców. Nie dysponowali ani materiałem filmowym mogącym stanowić zapis wideo przedstawianej przez nich wersji. Nie było żadnych wiarygodnych naocznych świadków. Były też fatalne, jak nas przekonywano, warunki pogodowe, które uniemożliwiały zaobserwowanie składających się na tragedię smoleńską zdarzeń. W takich okolicznościach – pomijam w tym miejscu szeroko komentowane względy prawne i polityczne, jak też rutynę związaną z międzynarodowymi badaniami katastrof lotniczych – nie było absolutnie żadnych podstaw do wyrokowania o tym, CO, W JAKI SPOSÓB i Z CZYJEJ WINY zaszło. Wobec tego należało: 1) niezwłocznie poinformować polskie władze i uruchomić akcję ratunkową (z natychmiastowym ściągnięciem polskich ratowników i lekarzy), 2) wstępnie zabezpieczyć teren i sprowadzić polskie siły specjalne do dodatkowej ochrony, 3) przekazać miejsce katastrofy do badania polskim specjalistom (ewentualnie współuczestniczyć w tych badaniach), 4) nie ingerować w nic, co stanowi element wraku czy martwe ciało jakiejkolwiek ofiary katastrofy, 5) do czasu zebrania pełnej dokumentacji przez polskie grupy śledcze, nie usuwać niczego z miejsca zdarzenia, 6) wstrzymywać się z jakimikolwiek komentarzami do czasu wstępnego ustalenia przez polskich specjalistów tego, co mogło spowodować tragedię i ustalenia dalszych czynności śledczych.

Takiego scenariusza nie było, co jest pierwszym i ewidentnym dowodem smoleńskiej zbrodni. Nie tylko Ruscy z taką ofertą nie wystąpili, ale i „polski”, pożal się Boże, „rząd” nie wyszedł z takimi postulatami. Co gorsza, członkowie tego „rządu” pochowali się po kątach lub szafach przez pierwsze godziny od katastrofy, jakby tych ludzi taki tchórz obleciał, jak nigdy. Może sądzili, że Ruscy rozpoczęli z nami wojnę – i w związku z tym ciemniacy zastanawiali się nad „strategią przetrwania”? Tak czy tak dość szybko wywiesili na wszelki wypadek białą flagę i przekazali bieg spraw w ręce rosyjskie, uniemożliwiając w ten sposób zajęcie się bezprecedensową w historii Polski powojennej sprawą – samym Polakom.

Należy jednak cały czas mieć na uwadze rolę w tym wszystkim E. Klicha. Jego zeznania sejmowe z maja 2010 r. wyraźnie przecież dowodzą, że działał na zlecenie Moskwy, a dopiero „z biegiem czasu” korelował je z wymyślanymi na zasadzie ruskiej prowizorki, rozwiązaniami „polskiego rządu”. W sytuacji normalnej, normalnego kraju to normalny rząd z normalnym premierem na czele (po błyskawicznym zwołaniu sztabu kryzysowego i zaapelowaniu o pomoc międzynarodową) wytypowałby i wysłał natychmiast wojskowo-cywilną ekipę śledczą, nie zaś człowieka, który, jak sam twierdził już w maju, ani nie miał kompetencji do badania tego rodzaju katastrof, ani pewności, co do prawnego uzasadnienia swojej pracy w takich a nie innych okolicznościach. Człowieka, który, jak słusznie zauważył min. Macierewicz, co innego mówi rano, a co innego wieczorem – i sprawia wrażenie nieprzytomnego, po prostu. Ta nieprzytomność jednak obejmuje sfery tego, co jest oczywiste dla każdej osoby z uwagą badającej to, co się wydarzyło 10 kwietnia. Klich wszak całkiem przytomnie relacjonuje (i realizuje) wszystkie zastrzeżenia i zalecenia Rosji, natomiast traci przytomność, gdy chodzi o interesy Polski. Sądzę, że nie jest to przypadek. Rosjanie dokładnie wiedzieli, kogo i kiedy do współpracy powołać, ale biada naszemu krajowi, jeśli takich ma ekspertów w tak newralgicznych sytuacjach.

Jeśli ktoś postawiony tak wysoko jak Klich, w tak poważnej sprawie wygaduje bez mrugnięcia okiem takie skończone brednie o wraku tupolewa (że niszczenie jest bez znaczenia), o tym, że nie składa się wraków, i o tym, że „wszystkie dane są już znane”, to można się już tylko cieszyć, że sam Klich przyznaje, iż jego misja dobiega końca. Niech więc teraz i on, i jego koledzy szykują się powoli do nowego śledztwa, w trakcie którego to oni będą przesłuchiwani ws. tego wszystkiego, co zdziałali wokół największej powojennej tragedii polskiej. Misja ich wszystkich niech dobiegnie końca. I będzie to koniec III RP jednocześnie.


http://fakty.interia.pl/tylko_u_nas/wywiady/news/klich-potrzebny-jeszcze-jeden-eksperyment,1538337,2943

28 wrz 2010

Karetki


„Niezależna” donosi ponownie o trzech karetkach, których odjazd na sygnale miał widzieć po katastrofie tupolewa jeden z polskich borowców. Oczywiście ta kwestia wielokrotnie powracała w licznych analizach tego, co się wydarzyło 10 kwietnia, albowiem wszyscy pamiętamy te komunikaty o trzech osobach, które przeżyły. Problem tylko w tym, że owymi rannymi nie musieli być pasażerowie rządowego samolotu, czyli członkowie polskiej delegacji. Mogli to być uczestnicy „operacji Smoleńsk”, która miała na celu zniszczenie tupolewa i doprowadzenie do śmierci prezydenckiej delegacji. Można oczywiście próbować zbadać ten ślad, dobijając się do smoleńskich szpitali i sprawdzając, kogo przywieziono i w jakim stanie, znając jednak rosyjskie realia, należy się spodziewać, że – bez względu na to, czy byli to ranni zamachowcy, czy polscy pasażerowie – zostali oni przetransportowani do wojskowego szpitala i dostęp do jakiejkolwiek dokumentacji na ten temat będzie niemożliwy.

Jeśliby to byli zamachowcy, to mogliby odnieść rany w trakcie akcji – mogli zostać trafieni jakimiś odłamkami, przygnieceni jakimś fragmentem wysadzanego samolotu lub postrzeleni przez broniących się pasażerów („filmik Koli”). Nawet jeśli przeżyli i zostali przywróceni do zdrowia i fizycznej sprawności, to na pewno nie są uchwytni jako uczestnicy tragicznych wydarzeń. Jeśliby natomiast owa trójka rannych były to jakieś osoby z polskiej delegacji, to sytuacja jest wyjątkowo poważna. Mamy wtedy bowiem całą masę pytań. Po pierwsze, o jakie osoby chodziło? Kto to był? W jakim stanie zostały przetransportowane, jakiej udzielono im pomocy, gdzie jej udzielono i kto tego dokonał? Jakie są medyczne raporty związane z tą pomocą? Czy te osoby mówiły coś i czy zostało to zapisane? Czy zmarły w czasie transportu, czy w szpitalu? A przede wszystkim: dlaczego nie poinformowano polskiej strony o personaliach tychże osób i nie poinformowano rodzin? Dlaczego nie dopuszczono polskich przedstawicieli do tychże osób? Jaki był dalszy los ciał tychże trzech osób?

Osobiście skłaniam się raczej ku wersji pierwszej, czyli że odwieziono rosyjskich rannych, a nie polskich, stąd ten (po wczesnych 10-kwietniowych doniesieniach) całkowity szlaban w mediach na tę informację – w przeciwnym bowiem razie, czyli gdyby rzeczywiście chodziło o trójkę członków polskiej delegacji, którzy ocaleli, a którym pozwolono umrzeć bez kontaktu z krewnymi czy nawet przedstawicielami naszej ambasady, należałoby natychmiast wszcząć zupełnie nowe śledztwo dotyczące wprost szokujących zaniedbań związanych z tym, co się wydarzyło po katastrofie, a obecnych prokuratorów wojskowych bezwzględnie odsunąć od sprawy i przekazać ją zupełnie innemu zespołowi prokuratorskiemu. O tym zaś, że gabinet ciemniaków powinien podać się do dymisji, to już wielokrotnie sygnalizowałem.

http://www.niezalezna.pl/article/show/id/39473

O pożytkach z mechaniki samochodowej

Jak pamiętamy z ostatniej „Misji specjalnej”, w Rosji nawet mechanikami samochodowymi są ludzie będący kiedyś (a może wciąż) na służbie wojskowej, którzy z kolei, jak na osoby obyte z funkcjonowaniem w strukturze zmilitaryzowanej czy w ogóle w zmilitaryzowanym społeczeństwie, wiedzą, że od pewnych rzeczy należy się trzymać z daleka. Tak więc widzieliśmy mechanika („Oleg Starostienkow”), który wiedząc, że doszło do katastrofy (on jakoś między wierszami dodaje, że to było coś innego), zawraca w stronę warsztatu. Widzieliśmy też innego mechanika, który dokonał bilokacji i nie tylko nakręcił „filmik Koli”, ale i krążył wzdłuż ulicy, filmując inne szczątki. W „Misji specjalnej” jako premierowe pokazywano więc inne kadry „z komórki Safonienki”, którego jakoś nadzwyczajnie zżerała ciekawość, jak na sowieckiego cziełowieka. Jak się jednak okazuje po bliższej analizie (dzięki 'beemaja' za komentarz) to, co reporterkom TVP „Safonienko”zaprezentował jako swój kolejny autorski materiał, jest sklejką migawek z reportażu zrobionego w kwietniu br. przez dziennikarzy „Superwizjera” (link poniżej, od minuty 3.00 materiału) – usunięte są tylko przebitki na przygotowywane uroczystości w Lesie Katyńskim. Gąszcz luster zatem jak na ruską dezinformację przystało. Dziwne jednak, że same reporterki nie porównały pokazanego im kitu z tym, co już zostało – w parę dni po katastrofie – nakręcone i wyemitowane w mediach.

Oczywiście jeden rzut oka na facjatę „Safonienki” wystarczy, by stwierdzić, że podejrzewanie go o samodzielne pogrywanie sobie z polskimi dziennikarzami, byłoby grubą przesadą. Ktoś musiał „Safonience” ten kit skleić i do komórki wgrać (lub też dostarczyć od razu komórkę z materiałem po obróbce skrawaniem). Możemy jednocześnie wnioskować, że specsłużby rosyjskie skrupulatnie analizują materiały emitowane w naszym kraju i preparują z nich nowe dezy, ku nie tylko własnej uciesze. Zwracam na to uwagę choćby dlatego, że metoda, jaką obrały osoby tworzące „Misję specjalną” może się okazać nieskuteczna w konfrontacji z przesyconym ludźmi służb obszarem „wokół katastrofy”. Jeśli więc ktoś chce filmować ludzi z ukrytej kamery, to musi się liczyć z tym, że może trafić na takich, co są przeszkoleni do tego, by mówić półgłosem do ukrytej kamery właśnie. Zresztą, jak się ogląda „relacje świadków” przytaczane przez ostatnią „Misję”, to przecież nie odbiegają one w niczym (poza zeznaniami pierwszego mechanika) od „standardu” wyznaczonego przez rosyjskie władze już w pierwszej godzinie po katastrofie. Co więcej, zniknął gdzieś w tych relacjach latający nad lotniskiem przez długi czas Ił (i parokrotnie podchodzący do lądowania przed tupolewem), nie ma kwestii opóźnień z akcją ratowniczą, zaś z nową siłą wyrosła legendarna brzoza. Wprawdzie jeden z anonimowych rozmówców reporterek zapewnia, że w ros. służbach nie ma ludzi przypadkowych, ale chyba twórcy „Misji” nie wzięli sobie tego zbytnio do serca, emitując „relacje świadków” bez krytycznego komentarza.

Na szczęście, jak pamiętamy, gwoździem programu było ostentacyjne niszczenie dowodów przez Rosjan. To rzeczywiście był premierowy i poruszający materiał, jednak został skwitowany przez ciemniaków tak, jakby się nic nie działo. Wobec tego reporterzy powinni już teraz zbierać materiały, które będą przydatne w śledztwie dotyczącym zaniedbań ze strony polskiej i sabotowaniu śledztwa przez przedstawicieli strony polskiej. Warto jeździć z kamerą do Smoleńska, bo tam wciąż, jak się okazuje, wiele ciekawych rzeczy można znaleźć (sam prokurator wojskowy przyznał, że wciąż mogą leżeć ludzkie szczątki, co tylko pokazuje jak daleko dzielni polscy śledczy zaszli), zwłaszcza że, jak znam życie, „przed pierwszymi śniegami” Ruscy jednak nie zdążą „przykryć brezentem” wraku. Warto jednak zacząć grzebać po różnych szufladach i kontaktach w Warszawie, ponieważ obraz udziału wysokich urzędników polskich w skandalicznym prowadzeniu śledztwa w sprawie największej tragedii w naszym kraju po II wojnie światowej jest coraz wyraźniejszy.


http://superwizjer.onet.pl/36815,podchodzil-trzy-razy-do-ciala-brata,aktualnosc.html
http://www.tvp.pl/publicystyka/magazyny-reporterskie/misja-specjalna/wideo/21092010/2632524

24 wrz 2010

Objawy paniki w Ministerstwie Prawdy


Od momentu opublikowania przez „Misję specjalną” szokujących materiałów dotyczących niszczenia dowodów rzeczowych przez Rosjan, można odnieść wrażenie, że Ministerstwo Prawdy zatrzęsło się w swych posadach i teoria spiskowa mówiąca o wypadku lotniczym 10 kwietnia zaczęła się z wolna sypać jak tynk w ruderze. Oto już możemy usłyszeć i przeczytać, że bracia Moskale coś ukrywają, że czegoś nie chcą przekazać, że kontrolerzy nie byli bez winy, że – no kto by pomyślał, po solennych zapewnieniach min. Kopacz – szczątki ludzkie nie tylko są do znalezienia we wrześniu, ale i mogą nadal tkwić w smoleńskiej ziemi. Nowa mądrość etapu? Najwyraźniej. Jeszcze we wczesnych tygodniach po tragedii, część notabli, tu nieoceniony J. Miller, ale przecież i oficerowie z prokuratury wojskowej, grali twarzami, tj. swoimi wyrazami bezgranicznego oburzenia czy straszliwym marsem na czole dawali nam znać, że „samo pomyślenie jest zbrodnią” - jeśli chodzi oczywiście o pomyślenie, iż ci ludzie niewiele w sprawie wyjaśnienia przyczyn katastrofy zrobili i robią. Nigdy nie zapomnę tego zasępionego oblicza Millera, gdy reporterka jednej z majowych (o ile pamiętam) „Misji specjalnych” dopytywała o kwestię ciał ofiar, o szczątki, o sekcje zwłok. I biedny Miller, przyoblekłszy swe dostojne oblicze jakimś takim wyjątkowym marsem, aż słów nie mógł dobrać w odpowiedzi, wykrztusiwszy w końcu, że min. Kopacz naprawdę się napracowała i to w najcięższych, niewyobrażalnych warunkach.

Lada dzień minie pół roku, a naszym dzielnym śledczym już tylko mars na twarzy pozostanie – choć, co tu dużo kryć, mało już przekonujący, zważywszy na to właśnie, co pokazano w niedawnej „Misji”, na to, że Rosjanie nie przekazują istotnych materiałów (z wrakiem włącznie), no i na to, że ludzkie szczątki wciąż mogą na miejscu katastrofy spoczywać. Na szczęście wesoły premierek wyjechał sobie na urlopik, więc tego wszystkiego nie musi widzieć, słyszeć ani czuć. Jeszcze weselszy ministerek Graś w ogóle nie widzi problemu z niczym, bo jedyny problem, jak pamiętamy, to było to, że on biedny bezpodstawnie oskarżył poczciwych omonowców o okradanie zwłok, no i była z tego ino „bolszaja oszybka”.

Niestety, samym (nawet ministerialnym) śmichem się wszystkiego przykryć nie da, no i zapewne na tę ewentualność Ministerstwo Prawdy szykuje jakąś „nową wersję zdarzeń”, która pojęcie błędu ludzkiego rozszerzy na kontrolerów lotu. Lepsze to niż nic, ktoś powie, ale miejmy świadomość, że zamknięcie sprawy na poziomie „winy kontrolerów” wcale niczego nie wyjaśni. Już nie muszę przypominać o tym, że w dziesiątkach, jeśli nie setkach analizach blogerów oraz tych bardzo nielicznych polskich dziennikarzy zajmujących się na serio śledztwem, kwestia nieprawidłowej pracy ludzi z wieży była czymś oczywistym i szeroko komentowanym. Gdyby jednak – jak zamierza Ministerstwo Prawdy zapewne za obojętnym przyzwoleniem Kremla – „wszystko” zwalić na kontrolerów, to nie tylko częścią tego „wszystkiego” można z powodzeniem znowu obciążyć „kozakujących pilotów”, lecz przede wszystkim można zamknąć dochodzenie na temat przebiegu zamachu. Eksperci wyjaśniliby nam, że „zarówno piloci, jak i kontrolerzy” popełnili błędy i w ten sposób „Wania z wieży” trafi może przed jakiś ruski sąd albo wpadnie gdzieś idąc po papierosy do kiosku, pod ciężarówkę i koniec.

Tymczasem, gdyby to miało być wyłącznie niefortunne, awaryjne lądowanie w lesie, to po pierwsze, nie skutkowałoby ono 70/80-procentowym zniszczeniem samolotu, a po drugie, nie zakończyłoby się ono totalną masakrą (wyglądałoby ono prawdopodobnie tak jak na zamieszczonym wyżej zdjęciu po katastrofie w Habsheim z czerwca 1988). Co więcej, gdyby sprawa ograniczała się wyłącznie do błędnego naprowadzania, to znając kunszt polskich pilotów (na jego temat wielokrotnie się wypowiadali oficerowie lotnictwa), zdołaliby oni posadzić maszynę w taki sposób, by straty były jak najmniejsze. Zapewne byliby jacyś ludzie ranni, ale nie byłoby 96 pogrzebów.

Niech nas więc nie uspokajają „pierwsze jaskółki” w mainstreamie, że „może jednak” wieża doprowadziła do katastrofy polskiego tupolewa. Zwróćmy uwagę, że pojawiły się one niejako w odpowiedzi na doniesienia, że – wprost przeciwnie – wieża nie chciała dopuścić do lądowania, lecz nalegała moskiewska „Logika”. Na temat działań tej ostatniej napisał znakomity, analityczny post bloger LogicOnly (http://logiconly.salon24.pl/232144,il-76-zadymka-tumana) - polecam lekturę, jeśli ktoś nie czytał. Teraz należy drążyć sprawę jeszcze bardziej, gdyż zaniedbania kontrolerów są jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Do zbadania jest wciąż wątek Iła-76, no i kwestia rozmaitych zagadkowych szczątków, co do których można mieć wątpliwości, czy należą do polskiego tupolewa. Pisałem o nich ja (http://freeyourmind.salon24.pl/219683,medytacje-smolenskie), pisze też teraz o nich El Ohido Siluro (http://el.ohido.siluro.salon24.pl/231970,dwie-trajektorie-zakopywanie-samolotu) i OHV. Płk E. Klich wspomniał w ostatnim wywiadzie, że różne samoloty były w feralnych godzinach porannych 10 kwietnia nad Smoleńskiem, więc dobrze byłoby ustalić ostatecznie: jakie samoloty, w których godzinach, na jakiej wysokości i w jakiej odległości od polskiego nadlatującego tupolewa. I czy wszystkie figurują w ewidencji wieży kontrolnej.
http://www.niezalezna.pl/article/show/id/39328

23 wrz 2010

Czy faktycznie przełom?

Gdyby nie „Niezależna”, to pewnie bym nie zajrzał do „Polski The Times”, bo – jak już parokrotnie sygnalizowałem – nałożyłem sobie kwarantannę od tego rodzaju mediów. Tym razem jednak poczyniłem wyjątek, by osobiście zapoznać się z materiałami uznanymi przez „Niezależną” za „być może przełomowe”.

Zanim do nich się odniosę, chciałbym jednak zwrócić uwagę na wywiad z płk. E. Klichem, osobą, która wiele razy powracała jako „negatywny bohater” także w moich tekstach. Otóż z tego, co on tym razem mówi, wyłania się dość jasny obraz sytuacji panującej w gabinecie ciemniaków (oczywiście w kwestii „smoleńskiego śledztwa”), dowiadujemy się wszak, że materiały związane z rozmowami „wieży” z załogami samolotów i z „centralą” w Moskwie, mimo iż są w posiadaniu „komisji Millera”, nie są upubliczniane. Sądzę, że tą bulwersującą sprawą powinien się jak najszybciej zająć parlamentarny zespół pod kier. A. Macierewicza, gdyż mamy do czynienia z kolejnym skandalem, a także, ewidentnym działaniem wbrew interesom polskich obywateli. W przypadku gabinetu ciemniaków jest to oczywiście pewien standard – poza zbudowaniem orlików, to chyba nic pożytecznego ten „rząd” przez trzy lata nie zrobił, więc najwyższy czas rozpocząć nie tylko inwentaryzację, ale i przygotowania do postawienia poszczególnych członków rządu przed wymiarem sprawiedliwości – choćby w kwestii coraz wyraźniejszego sabotowania sprawy wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej. Niewykluczone, że ciemniacy bardziej się boją gniewu cara Putina aniżeli polskich obywateli, ale niedługo czeka ich nowa lekcja historii.

Wracam jednak do tego, co można przeczytać na łamach „Polski The Times” (nawiasem mówiąc, jak można tak zatytułować gazetę, jeden czort wie) - płk Klich powiada, że zapewne nie otrzymamy od Rosjan materiałów dotyczących procedur lądowania. Brakuje ponadto dokumentacji dot. stanu „lotniska”, „oblotu technicznego” czy dodatkowych przesłuchań „kontrolerów”. Warto w tym miejscu wspomnieć, iż we wstępnym raporcie MAK (http://fakty.interia.pl/raport/lech-kaczynski-nie-zyje/news/przeczytaj-oryginal-raportu-mak-w-sprawie-katastrofy,1481770) wprost wyznano, że nie dokonano przeglądu infrastruktury lotniska, ponieważ... był na nim zbyt duży ruch. „Skontrolowanie sprawności wyposażenia świetlno-technicznego nie było możliwe ze względu na dużą intensywność lotów do godziny 5.00 11 kwietnia”, czytamy, więc domyślamy się zarazem, że wsio musiało być w pariadkie, skoro tyle maszyn przylatywało i wylatywało. Poza tym to niebezpieczne ganiać po lotnisku i sprawdzać coś, gdy tyle samolotów nieustannie ląduje i startuje. Jest jeszcze jedna istotna rzecz związana z tym wstępnym raportem – mówi się w nim o Ile-76 w kontekście nie tyle tego, co faktycznie robiła jego załoga, lecz tego, co na temat Iła powiedziała pilotom tupolewa ekipa z Jaka („załoga Jaka-40 poinformowała, że...”). W ten sposób ów raport sprytnie unika kwestii, co rzeczywiście robił (i gdzie był) Ił przed przylotem Tu-154M i w trakcie niego. Nie ma też przywołanej żadnej wypowiedzi członków załogi Iła w przeciwieństwie do parafrazowanych wypowiedzi pilotów z Jaka.

Wiele z tego, co mówi płk Klich jest znowu enigmatyczne, tak jakby tajemnic związanych ze „śledztwem” było do tej pory za mało - ciekawe na tym tle jest to, co w osobnym tekście gazeta sugeruje, czyli że nie tyle sami kontrolerzy, co moskiewska (czyt. kremlowska) „centrala” miała wrazić zgodę na lądowanie tupolewa z prezydencką delegacją (http://www.polskatimes.pl/stronaglowna/311110,tajemniczy-glos-ze-smolenskiej-wiezy-moskwa-zezwolila-na,id,t.html). Podchodzę z pewną dozą ostrożności do dowodów, jakimi może dysponować gazeta. Gdyby jednak okazało się to prawdą (czyli gdyby sam Kreml tak się wyłożył, „nakłaniając” polską załogę do posadzenia maszyny), mielibyśmy kolejne potwierdzenie tezy, że w Smoleńsku szykowana była pułapka na prezydencką delegację, czyli – co wydaje się chyba niewątpliwe dla wszystkich osób poważnie badających całą sprawę – decyzja o zamachu zapadła w Moskwie na najwyższym szczeblu.

http://www.niezalezna.pl/article/show/id/39277
http://www.polskatimes.pl/opinie/wywiady/311032,klich-nagrania-ze-smolenska-leza-od-kwietnia-w-komisji,id,t.html#material_1

22 wrz 2010

Ruska statua wolności



Ten obrazek powinien zawisnąć we wszystkich polskich miastach na bilbordach podsumowujących rządy gabinetu ciemniaków – jakiś ruski żołnierz podnoszący kciuka po wybiciu szyby w polskim rządowym tupolewie niedługo po katastrofie z udziałem 96 osób z Prezydentem Kaczyńskim na czele. Ta migawka z wczorajszego materiału zebranego przez „Misję specjalną” jest najlepszym podsumowaniem i półrocznego „śledztwa” („rosyjsko-polskiego”) i tego, co tak naprawdę zdziałał „rząd Tuska-Pawlaka” w obliczu największej powojennej tragedii w Polsce. Już nikt nam nic nie musi tłumaczyć – wszystko widzieliśmy i wszystkiego dowiedzieliśmy się. W przedwojennej Polsce, gdy dochodziło do nieporównywanie mniejszych skandali, ludzie wysokich szczebli potrafili sobie palnąć w łeb – ale to była Polska, w której słowo „honor” miało swoją wagę, wartość i sens. W peerelu, a szczególnie w jego emanacji, jaką jest neopeerel, słowo „honor” związane zostało, jak pamiętamy, z takimi ludźmi jak Kiszczak czy Jaruzel, więc prędzej ziemia sama się otworzy i czeluście piekielne pochłoną głupców i zbrodniarzy, nim którykolwiek z nich poczuje się winny zaistniałego w związku z tragedią smoleńską, stanu rzeczy.


Mnie już nie dziwi to, co wyczyniali i wyczyniają ruscy „funkcjonariusze” po zamachu na polską delegację prezydencką. Wygrali bitwę, wzięli łupy i zwyczajnie oblewają zwycięstwo – na swój, czekistowski czy bolszewicki sposób. Nie dziwi mnie także to, że zwykli Rosjanie chowają się przed kamerami lub też boją się czegokolwiek powiedzieć, zgodnie zresztą z tym, co im po zamachu zalecono. Nie dziwi mnie to, że mechanik samochodowy to były żołnierz i akurat na widok katastrofy zawrócił, jak twierdzi, do warsztatu, bo wolał nie sprawdzać, czy komuś trzeba pomóc. Nie dziwi także to, że w komórce rzekomego autora filmiku Koli znalazły się jeszcze nowsze filmiki, tak jakby "Wołodia Safonienko" robił sobie rundę po całym obszarze katastrofy i „kamerował”, co se chciał. Może przy następnej wizycie reporterów z Polski będzie miał film pełnometrażowy? Na przykład ten dotyczący oględzin wraku, a którego to filmu wciąż polska prokuratura wojskowa nie otrzymała. Na temat tej ostatniej już chyba nie warto się wypowiadać w sytuacji, w której legendarny przystojny płk Rzepa po sześciu miesiącach mówi to samo na temat niszczejącego wraku, co mówił pół roku temu? Ważne przecież jest to, że „rosyjska strona zapewniła”, czyli że „otrzymaliśmy zapewnienie”. Nic bowiem tak nie krzepi duszy jak ruskie zapewnienia.


Wiem, że wciąż są osoby, którym zwyczajnie w głowie się nie mieści, że 10 kwietnia mogło dojść do zamachu, czyli że członkowie polskiej delegacji zostali po prostu zamordowani, że na lotnisku przyszykowana była pułapka, że tupolew nie miał wylądować. Że to nie był żaden ale to żaden wypadek. Dla niektórych osób to po prostu przerasta ludzkie pojęcie. Niedawno moja małżonka przypomniała mi więc w tym właśnie kontekście to, co napisał J. Czapski w „Na nieludzkiej ziemi” - jak wtedy gdy szukali jeńców z obozów sowieckich, szukali, szukali i szukali po Rosji (wysłuchując coraz to nowych zapewnień Stalina i jego sługusów) – i też nie byli w stanie uwierzyć, że tych jeńców zwyczajnie zabito.


My z Rosją jeszcze będziemy wyrównywać rachunki za zbrodnię smoleńską. Najpierw jednak wypada wyrównać rachunki z gabinetem ciemniaków, który powinien jak najszybciej odejść, a kilku jego członków powinno zostać postawionych przed obliczem sądu.

16 wrz 2010

Zwycięstwo prowokacji?

Ulica nie jest miejscem do modlitwy, jak stwierdził w jakimś zapewne wielkim natchnieniu, kanclerz kurii warszawskiej, ks. G. Kalwarczyk, dlatego też corocznie na ulicach polskich miast odbywają się modlitewne procesje na Boże Ciało. Oczywiście poza Krzyżem, który upamiętniał smoleńską ofiarę życia blisko stu osób i wokół którego zbierały się tysiące Polaków, do usunięcia z polskich ulic jest jeszcze wiele innych – nie wiem tylko, czy dzielnych borowców, którzy taką wielką dzielnością wykazali się, by zabezpieczyć życie Prezydenta Kaczyńskiego, wystarczy, by te krzyże powydzierać. Ale może esbecy pomogą wprawieni w walce z duchowieństwem? Może bojówki czerwonych? A może i co gorliwsi w schlebianiu się ciemniackiej władzy księża?

Dożyliśmy osobliwych czasów, w których, tak jak za czasów „rządów” band komunistycznych z sowieckiego nadania, bezkompromisowo i bezwzględnie walczy się z religijnością Polaków. Novum jednak stanowi w obecnej sytuacji to, że do tejże walki włączają się sami księża, nawet niektórzy księża biskupi, co w rezultacie prowadzi do niezwykle egzotycznego sojuszu tychże księży nie tylko z piekielnymi tchórzami stojącymi na czele polskiego państwa (ludźmi wyjątkowej podłości, co pokazały ostatnie miesiące), ale i... z komunistami, którzy już zwietrzyli okazję do nowej, ostrej walki z Kościołem i kują żelazo (pisząc „Kościół” mam na myśli osoby wierzące w Chrystusa i wierne Chrystusowi). Ruch księży patriotów w nowoczesnej odsłonie – no kto by pomyślał jeszcze jakiś czas temu.

Jakież gigantyczne musi być tchórzostwo i jakaż niewyobrażalna głupota tych, którzy podstępem wyrywają Krzyż z miejsca, w którym gromadziło się tylu ludzi dobrej woli, by zwyczajnie modlić się za poległych. Ci tchórze i głupcy bardziej boją się tego, co ten Krzyż ze sobą przyniósł, czyli duchowego jednoczenia się wielu Polaków, aniżeli tego, jak wielką kompromitację tego typu podstępne działania na tychże tchórzy i głupców sprowadzają. Normalni politycy w normalnym kraju – bez względu na „opcję polityczną” – gdyby doszło do takiej tragedii i gdyby taka była reakcja tysięcy obywateli, jak ta, której świadkami była nie tylko Polska, ale i cały świat – pielęgnowaliby tego ducha wspólnoty i na tymże zjednoczeniu, na takiej odnowionej solidarności budowaliby nowy ład. W kraju rządzonym przez tchórzy i głupców jednak tego typu wartości są największym zagrożeniem. Tchórz boi się ludzi odważnych, a głupiec ludzi mądrzejszych od siebie. Tchórzostwo i głupota, idąc zwykle w parze, prowadzą jednak najczęściej do bardzo opłakanych skutków.

Tchórz i głupiec czyniąc coś podstępem i dopinając swego, sądzą, że w ten sposób sprawa została zamknięta. Dla tchórza i głupca – może. Dla ludzi odważnych i mądrych – na pewno nie. Wprost przeciwnie – ludzie odważni i mądrzy mają namacalny dowód, z jakimi to „władzami Polski” mają do czynienia. Ten finał zresztą był do przewidzenia – Krzyż tak mocno kłuł w oczy ciemniaków, iż nie byli w stanie tego wytrzymać – rwali włosy z głowy, tupali, zapluwali się, byleby nareszcie wyrwać Krzyż, byleby zniknął. Czyż ci ludzie w swej skrajnej, uderzającej tępocie sądzą, że Polacy w ten sposób zapomną o zbrodni smoleńskiej i że przestaną oddawać cześć zabitym 10 kwietnia?

I już wiedzą – owi odważni i mądrzy Polacy, którzy mężnie świadczyli o swojej miłości do Ojczyzny i o swym oddaniu Krzyżowi – że te władze trzeba jak najszybciej postawić przed Trybunałem Stanu. Jako władze działające wbrew polskim obywatelom. Ludzi odpowiedzialnych za dzisiejszą akcję i jej „dzielnych” wykonawców powinna natomiast spotkać kara zakazu jakiejkolwiek służby publicznej.


http://www.niezalezna.pl/article/show/id/38988
http://www.rmf24.pl/raport-wojna-o-krzyz/krzyz-fakty/news-krzyz-w-kaplicy-prezydenckiej-komentarze-wideo,nId,297750

14 wrz 2010

Kilka ciekawych kadrów


Link do tego filmiku podesłała mi komentatorka bzik, za co dziękuję. Proszę zwrócić uwagę na pierwsze kadry w sek. o.04-0.07. Wzdłuz czego przechadzają się ci ludzie wgłębi planu?




video




Wożąc chleb

Załóżmy, że wybrałbym się do jakiegoś salonu samochodowego, wziął sobie jakiś wóz dostawczy, a następnie nie chciał za niego zapłacić, twierdząc, że wielu ludzi na nim skorzystało (np. rozwoziłem tym autem chleb) i rachunek za ten towar rozkłada się na nich wszystkich (oni też przecież skorzystali), a nie spada tylko na mnie. W taki sposób Polacy spłacają długi zaciągnięte przez czerwonych złodziei, którzy za doprowadzenie naszego kraju do ruiny ekonomicznej nie odpowiedzieli ani głowami, ani majątkami. Przeciwnie, czerwonym żyje się w III RP jak u Pana Boga za piecem (i chodzi nie tylko o Urbana). Zbigniew Kuźmiuk pisze właśnie, że dopiero parę lat temu spłaciliśmy „długi Gierka” (http://www.niezalezna.pl/article/show/id/38903), zaś „długi Tuska-Rostowskiego” będziemy spłacać z naszymi dziećmi i wnukami. Zgoda, tak to właśnie wygląda, tylko że te długi powinni w pierwszym rządzie spłacać ci, co je pozaciągali!

Zwykle jest tak, że jak ktoś czymś zarządza (zwłaszcza państwową firmą czy publicznym majątkiem) i działa na szkodę danej instytucji, dojąc ją w prywatnych celach albo gospodarując tak, że popada ona w katastrofalne zadłużenie - to przecież nie tylko zaraz interesuje się takim delikwentem wymiar sprawiedliwości, ale też zjawia się skarbówka, komornicy, wierzyciele itd., ba, nawet „żurnaliści” się zjeżdżając, robiąc „gorący materiał” o malwersancie. W przypadku jednak peerelu okazało się, że doprowadzenie do zapaści cywilizacyjnej i życia w nędzy milionów ludzi nie spowodowało żadnych, ale to żadnych konsekwencji materialnych ani prawnych odnośnie do tychże czerwonych cepów, co z moskiewskiego nadania stali przez długie lata „na czele” komunistycznego państwa. Jakże to było możliwe? Ano tak, że ci czerwoni złodzieje – w ramach akcji ratującej ich tyłki (oraz głowy; wtedy jeszcze obowiązywała kara śmierci) – wymyślili sobie „transformację ustrojową”, w ramach której koszty „wyprowadzania państwa z kryzysu” ponownie przerzucono na zwykłych obywateli. (Wracając więc do mojego przykładu z ukradzioną ciężarówką – zjadacze rozwożonego nią chleba musieliby ją, chcąc nie chcąc, sfinansować).

Taki manewr wykonalny był tylko pod jednym warunkiem – takim, że na operacji „transformacja” finansowo skorzysta elita „strony społecznej”, która to (zapewniwszy obywateli, że nareszcie są „w swoim domu”) doprowadzi do „zaciśnięcia pasa”. No bo wiadomo, jak spiżarnia pusta, to trzeba się najpierw wziąć do roboty, by tę spiżarnię zapełnić. Wyjątkowo szybko zaś zapełnia się spiżarnię, gdy się angażuje tłumy ludzi do niewolniczej pracy – no bo znowu „wiadomo” - skoro państwo bidne jak mysz kościelna, to przecież nie może płacić godziwie obywatelom za pracę, tylko musi ono zarobić, by zapłacić. To, że przy okazji tej niewolniczej pracy wyrastają wielkie jak ruskie grzyby po radioaktywnym deszczu fortuny, zamczyska i „parki maszynowe” rozmaitych lokalnych bonzów, to po prostu naturalna kolej rzeczy. Państwo w kryzysie bez odpowiedniego „menedźmentu” przecież nie stanęłoby na nogi. To zaś, że taka sytuacja z tymczasowej („co robić? - pomóż”) zamienia się w permanentny stan rzeczy, czyli obok rzeszy szaraków przechodzących z kredytu w kredyt (obok obowiązkowego spłacania przez nich haraczy za wspomniane, komunistyczne długi) pasą się „panowie szlachta” z kilkoma nieruchomościami pod ręką i regularnym stołowaniem się w drogich restauracjach, już nie tylko czerwonoskórzy ale i różowi - to jakiś taki dziwny zbieg okoliczności.

Ileż to jednak wysiłku cała ta hałastra musi włożyć, by udawać, że oni zajmują się jedynie rozwożeniem nam chleba.

10 wrz 2010

Przełom w parlamentarnym śledztwie?


Wiadomość o tym, że parlamentarny zespół pod kier. A. Macierewicza oficjalnie zwrócił się do amerykańskich generałów lotnictwa w Ramstein o przybycie do Polski i wzięcie udziału w posiedzeniu dotyczącym badania przyczyn katastrofy smoleńskiej, jest bardzo dobra. Już samo to, że nareszcie w naszym kraju moglibyśmy usłyszeć głosy specjalistów (a nie nieustannie lansowane przemowy prorosyjskich ekspertów z Bożej łaski) mogłoby mieć przełomowe znaczenie dla parlamentarnego śledztwa (bo to, co robi prokuratura wojskowa trudno po 5 miesiącach nawet nazwać śledztwem). Poza tym na tle wymagającej osobnego dochodzenia (to oczywiście po zdymisjonowaniu obecnego „rządu”), skandalicznej wprost kwietniowej decyzji D. Tuska o oddaniu śledztwa Rosji, można by zacząć mówić o odzyskiwaniu przez państwo polskie (przynajmniej częściowo) podmiotowości w całej tej sprawie dochodzenia prawdy. Oczywiście to, że dopiero zespół Macierewicza zaczął to dochodzenie na serio (włącznie z uruchamianiem takich właśnie kontaktów, jak te z wojskowymi NATO), może być dla nas sporą pociechą, jednakże powinniśmy stale mieć przed oczami postawę gabinetu ciemniaków, który permanentnie od 10 kwietnia robił wszystko, by kwestię wyjaśnienia przyczyn tragedii zamieść pod moskiewski dywan i najlepiej jak najszybciej o wszystkim zapomnieć. Jedni mogą to tłumaczyć tchórzostwem, inni cynizmem, jeszcze inni prorosyjską prywatą. Jakiekolwiek jednak nie byłyby motywacje ciemniaków, pewne jest jedno – postawa „polskiego rządu” wydatnie przyczyniła się do karygodnych zaniedbań dotyczących miejsca katastrofy, samego wraku, sposobu obchodzenia się z ofiarami i ich rzeczami, no i przede wszystkim – samego dochodzenia. Przy najbardziej więc spolegliwym traktowaniu tego „rządu”, mamy ewidentnie do czynienia z działaniem na szkodę polskiego państwa. Za takie zaś rzeczy trafia się pod sąd, czego ciemniakom szczerze życzę.

Wracając zaś do sprawy współpracy z amerykańskimi specjalistami. Ze swej strony proponowałbym, by wśród nich pojawili się przedstawiciele najbardziej doświadczonej i najlepiej wyposażonej na świecie instytucji zajmującej się wyjaśnianiem przyczyn katastrof lotniczych (także tych spowodowanych kolizjami (w powietrzu lub na lądzie), zamachami terrorystycznymi, uprowadzeniami, zestrzeleniami itd.), jaką jest amerykańska niezależna National Transportation Safety Board (http://www.ntsb.gov/). Należy się, rzecz jasna liczyć z tym, że na wieść o tym, jak udokumentowano pobojowisko, jak Rosjanie (za zgodą „polskiego rządu”!) obeszli się z wrakiem (jak nadal – przez PIĘĆ MIESIĘCY niszczeje on pod gołym smoleńskim niebem), jak wyglądały analizy patomorfologiczne zwłok itd. - Amerykanom staną włosy dęba na głowie, ale też mogą oni z tego powodu (tj. przerażeni skalą zaniedbań) jeszcze uważniej zająć się całą sprawą i włączyć z całym swym profesjonalnym zapleczem w pomoc w wyjaśnianiu przebiegu zdarzeń z 10 kwietnia (i potem). Z dużą dozą prawdopodobieństwa można bowiem mówić zarówno o sabotażu prowadzącym do katastrofy (nie wchodząc tu w warianty zamachu, gdyż te były już wielokrotnie także na moim blogu analizowane), ale – co także warto szczególnie podkreślić – o sabotażu dotyczącym zabezpieczania miejsca, szczątków (lotniczych i ludzkich), śledztwa itd. Wydaje się nawet, że w tym drugim wzięło udział więcej osób niż w tym pierwszym, co również powinno kiedyś posłużyć w formułowaniu aktów oskarżenia (bez względu na to, czy będziemy sądzić polityków działających na szkodę polskiego państwa, czy np. dziennikarzy celowo szerzących fałszywe, spreparowane, przekazywane przez rosyjskie służby, materiały dotyczące katastrofy czy śledztwa).

Jeśli specjalistom wojskowym i pracującym w NTSB przekaże się jak najobszerniejszą dokumentację fotograficzną i filmową dotyczącą katastrofy smoleńskiej, poczynając od zdjęć amatorskich, a na oficjalnych kończąc – uwaga, także z tymi dokumentami, które były zmontowane w celach dezinformacyjnych (słynne już „analizy Amielina”, „zdjęcia zwłok”, „zdjęcia drzew ściętych przez tupolewa” itd.)) – to bez większego problemu (zwłaszcza gdyby do analizy tychże materiałów włączyło się też FBI) wykryliby to, czego za cholerę nie mogą wykryć specjaliści w naszym kraju. Dotyczy to także analizy fonoskopijnej zapisów czarnych skrzynek i ścieżki dźwiękowej filmiku Koli.

Należy się jednak liczyć z tym, że promoskiewska ekipa trzymająca w Polsce władzę, będzie chciała sabotować współpracę polsko-amerykańską w dziedzinie parlamentarnego śledztwa, zaś sami Rosjanie będą chcieli zrobić wszystko, by nie dopuścić np. do zbadania szczątków wraku oraz terenu po katastrofie (gdzie w ziemi jeszcze sporo fragmentów pozostało). Wśród kawałków wraku zapewne są nie tylko te, które świadczą o tym, że wysadzono tupolewa, ale i mogą być (o ile nie zostały „przebrane” na przestrzeni 5 miesięcy) szczątki innej maszyny, z którą doszło do kolizji podczas zniżania się w kierunku lotniska – kolizji, która, jak sądzę, doprowadziła do strącenia polskiego samolotu przed jego całkowitym zniszczeniem (http://freeyourmind.salon24.pl/219683,medytacje-smolenskie). Niewykluczone, że za jakiś czas dojdzie do dziwnego pożaru tam, gdzie składowany jest wrak i się okaże, że w ogóle wszystko jest zwęglone i „nadaje się tylko do przetopienia” w ruskiej hucie. To wszystko jednak powinno wpłynąć na Amerykanów, by pozwolili nam sięgnąć po ich materiały dotyczące katastrofy zwłaszcza dotyczące tego, jak wyglądały ruchy innych maszyn na lotnisku smoleńskim przed przybyciem polskiego tupolewa i w trakcie jego sprawdzania warunków do lądowania. Na zdjęciach satelitarnych powinny być widoczne wszystkie grupy biorące 10 kwietnia udział w „operacji Smoleńsk”.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100910&typ=po&id=po32.txt

9 wrz 2010

Słowo do Rolexa

Rolex właśnie ogłosił, że zamierza starać się o obywatelstwo brytyjskie, a ponieważ zwerbalizował to pod tekstem, w którym odwołuje się także do tego, co ja napisałem, czuję się w obowiązku, by prosić Rolexa, by jeszcze na poddaństwo królowej angielskiej się nie decydował, choćby nie wiem, jak mocne argumenty za tym znalazł. Z prostego powodu, jest on bowiem (tak jak i ja, i sądzę wielu Polaków z krwi i kości) poddanym Maryi, Królowej Polski. O ile zgadzam się z twardą i drapieżną wymową jego posta (http://hekatonchejres.salon24.pl/227349,nie-bedzie-prawa-nie-bedzie-sprawiedliwosci), o tyle sądzę, że zacny Rolex błędnie utożsamia Polskę z tym, co stanowi obecne państwo zwane szumnie „III RP”, zaś obywatelstwo polskie z przynależnością do tejże „III RP”. Co więcej, definicja polskości, jaką zdaje się posługiwać Rolex w tymże swoim rozważaniu, redukuje ją (polskość) wyłącznie do podległości pewnym (zdeformowanym, nie ma co kryć) instytucjom, nie zaś jako trwanie w pewnej tradycji. Polskość więc, którą nosimy w sercach, w umysłach, którą kultywujemy w naszym życiu, której wierni jesteśmy w pracy (gdziekolwiek nas losy rzucą), to coś o wiele szerszego i głębszego niż zwykła administracyjna przynależność. Powiem nawet inaczej – gdyby polskość redukowała się do tejże administracyjnej przynależności, to nie tylko wypadałoby się czuć jakoś związanym (podległym?) gabinetowi ciemniaków czy gajowemu, ale wprost należałoby tego typu ludziom okazywać jakąś cześć. Co więcej, należałoby wtedy dusić w sobie jakikolwiek duch oporu wobec władz bantustanu, bez względu na stopień ich zaprzaństwa i pogardę okazywaną obywatelom.

Polskość od ponad tysiąca lat wiąże się z tradycją i z Chrystusową wiarą. Polskość jest jakoś tajemniczo przeniknięta religijnością i głębokie przeżywanie polskości właśnie z tą religijnością też się wiąże. Wystarczy zresztą o tym poczytać u Prymasa Tysiąclecia czy Jana Pawła II. Albo u zamordowanego przez czerwonych bandytów, ks. Jerzego. Czerwoni, wspierając się sowieckimi bagnetami i rusyfikacją, przez blisko pół wieku usiłowali z Polaków wykorzenić i wiarę i polskość właśnie, pracując nad tym, by naród polski zamienił się w posłuszne moskiewskiemu knutowi stado „ludzi sowieckich”. Owszem, część Polaków zamieniła się w peerelaków i de facto dała się zsowietyzować, czyli zrusyfikować – widać dziś zresztą, że tym ludziom Moskwa jest bliższa sercu niż Warszawa. Ale przecież to nie wszyscy. Na pewno nie większość. Jeśli więc nawet ta prorosyjska mniejszość jest krzykliwa, hałaśliwa, agresywna, chciwa, to wcale jeszcze nie znaczy, że wygrała i że przejęła na własność Polskę, zamieniając ją, jak pisze Rolex, w kolonię rosyjską.

Bez walki nie należy schodzić z placu boju. Rolex musi mieć również świadomość, że toczy się właśnie najcięższy od czasów antysowieckiego powstania w latach powojennych, bój o nasz kraj. Leśni, którzy tłukli czerwonych dopóki starczało sił, nie mieli nawet gdzie się ewakuować, otaczani przez KBW, ubecję, NKWD i wszelką inną swołocz. Walczyli do końca i to oni są bohaterami Polski, a nie swołocz, która ich zabijała czy torturowała, a potem chlała z radości, że pokonała „zaplutych karłów reakcji”. W tym roku zabito nam na wrogiej ziemi kilkudziesięciu ludzi z polskiej elity i wojna z polskością zaczęła się na nowo, a zaprzańcy podnieśli głowy, jakby to był Ich kraj.

Polskość ma charakter egzystencjalny (wiąże się z pewną filozofią życia i obcowania we wspólnocie), ale też imperatywny – nakazuje pewną aktywność. Polskość sprzęgnięta jest wszak z wolnością, z niepodległością i z walecznością. A co do Brytów, to wystarczy im przypomnieć, jak się zachowali, jako nasi sojusznicy, we wrześniu '39 (jak się zachowywali w czasie wojny i po jej zakończeniu to już w ogóle przemilczę) i o tym, że to polscy lotnicy bronili Anglii, a nie brytyjscy Polski. Śmiem nawet sądzić, że swego długu wdzięczności wobec naszego kraju Zjednoczone Królestwo do tej pory nie spłaciło. Więc Rolex'ie nie ułatwiaj Brytom tego zadania :)

O hańbie

Kiedyś śp. K. Kieślowski na jednej z konferencji prasowych, paląc w ten swój charakterystyczny, nerwowy sposób, papierosa, odrzekł na pytanie jednego z dziennikarzy „Komunizm to jest śmiertelna choroba. Na to się umiera” (cytuję z pamięci). Oczywiście po takim dictum część „żurnalistów” wpadła w stan osłupienia, bo przecież Kieślowski mówił to w „wolnej Polsce”, w której już od paru dobrych lat komunizmu żadnego „nie było”. Jak twierdzili zresztą wtedy najstarsi gazdowie (z rozmaitymi marksistowskimi tytułami „naukowymi” lub „redakcyjnymi” za peerelu), nie było go w Polsce w ogóle. Wprawdzie, gdy czerwoni gazdowie pisywali swoje elaboraty o wyższości młodego Marksa nad starym (lub odwrotnie), o „nieuchronności dziejowej socjalizmu”, o zgniliźnie kapitalizmu, konsumpcjonizmu i imperializmu, o wybranych zagadnieniach ekonomii politycznej itp., to śpiewali z innego klucza, ale – jak wiemy doskonale – w „wolnej Polsce” nikt już tymże gazdom zbyt dokładnie do zawodowego życiorysu nie zaglądał i w zbędne szczegóły służbowe się nie zagłębiał. Bo i po co to komu było, skoro i gazdowie swoje archiwalia różne mieli? Startowali oni więc – tak jak i cała „klasa polityczna”, co się z gumioków, walonek, kufajek i uszanek przebrała w garnitury – z „czystym kontem”, a więc i z czystym sumieniem. Dostawali „drugą szansę”, a ściślej, sami sobie ją dawali, no bo Bogiem a prawdą, nikt ich wszystkich od władzy żadnej nie odsuwał, jeno oni nieco się władzą z „demokratyczną opozycją” (a la wujek Tadek, wujek Bronek, wujek Leszek czy wujek Adaś) dzielili.

Trudno było więc oczekiwać, że „nowe państwo” budowane na takim politycznym i moralnym bagnie, jakie niosła ze sobą cała ta czerwona wataha (to określenie należy traktować jako techniczne, a nie jako obelgę), mogło zmierzać do czegoś innego, jak nie do politycznej i moralnej katastrofy. Śmiertelna choroba bowiem, jeśli nie zastosuje się wobec niej ostrej i skutecznej terapii, rozwija się aż do momentu, kiedy dany organizm doprowadzony jest do stanu agonalnego. Nieraz zresztą w naszych „Polaków rozmowach” termin „chore państwo” (przez te wszystkie lata „po przełomie”) stanowił składowy element opisu tego, co doświadczaliśmy - przy czym „chore” oznaczało zwykle zabałaganione, zdezorganizowane, złodziejskie, skorumpowane. Tymczasem patologiczny wymiar polskiego państwa jest o wiele głębszy niż tylko na poziomie funkcji instytucji państwowych, ustroju, systemu edukacji, warunków gospodarowania itd. Polska jest chora na poziomie moralnym. Zepsucie moralne i jakaś taka łajdacka radość z jego powodu stanowi wizytówkę naszego obecnego „establishmentu” oraz, nie bójmy się tego słowa po niezapomnianych widokach z Krakowskiego Przedmieścia, wizytówkę tych, co ten „establishment” popierają.

W znakomity sposób ujął całą tę sytuację Aleksander Ścios w swoim poruszającym eseju „Szczury” (http://cogito.salon24.pl/226662,szczury), pisząc m.in.: „Ci sami, którzy przywlekli dżumę do naszych czasów, korzystając z wielkiej mistyfikacji „transformacji ustrojowej” postępują z nami niczym szczury roznoszące zarazę, gotowe na wszystko, byle tylko zachować prawa własnego gatunku. Ich fałsz, wylewający się z telewizorów, sączony jadem dziennikarskich bredni nie jest niczym innym, jak camusowską dżumą, za którą „umierały z zakrwawionymi pyskami tuż pod stopami ludzi”.”. To sformułowanie „szczury” uważam za najcelniejsze do opisu tego, na czym polega problem współczesnej Polski. Jeśli bowiem pozostajemy na poziomie odniesień typu „choroba”, „patologia”, „chaos”, „mafia”, „Układ”, „neopeerel”, „neokomunizm” czy wreszcie „Ubekistan” (wszystkie one są przydatne, oczywiście), to znikają nam sprzed oczu główni „podwykonawcy” dzieła niszczenia naszego kraju. Tych zaś trzeba widzieć dokładnie w tym, co od wielu już lat robią, a czego wypadkową stała się po części nie tylko smoleńska tragedia, ale przede wszystkim to, jak cała „klasa polityczna” zachowała się w jej obliczu i po niej.

Jeśli były osoby, które do 10 kwietnia wątpiły w zasadność przywołanych przeze mnie wyżej, mocnych określeń dot. współczesnej Polski, to myślę, że w ostatnich paru miesiącach mogły zrozumieć, o co w tych określeniach naprawdę chodzi. Jeśli nie od dnia samej katastrofy tupolewa, kiedy od pierwszych godzina zaczęto łgać o wypadku, to choćby od czasu „walki z pochówkiem na Wawelu” (którego to pochówku Prezydent Kaczyński „nie był godny” - o Jego zmarłej Małżonce w tym kontekście raczej nie mówiono), a już szczególnie od – nakręcanej i przez ciemniaków, i przez czerwonych (a żeby było zabawniej, wspieranej także przez niektórych duchownych) – haniebnej walki z Krzyżem, można było na własne oczy zobaczyć, jakim moralnym bagnem stało się w swej istotnej części polskie państwo.

Na świecie ze szczególną czcią podchodzi się do tych, którzy zginęli w nagłych, gwałtownych okolicznościach (i to nie muszą być osoby szczególnie znane, wystarczy że to zwykli, uczciwi obywatele), właśnie takich jak katastrofy lotnicze, stawia się im obeliski, pomniki, urządza miejsca pamięci – słowem: składa należyty hołd. Z jeszcze większą czcią, oczywiście, podchodzi się do ludzi na ważnych stanowiskach państwowych, którzy giną tragicznie – ba, nawet zmarłych w naturalny sposób prezydentów, wysokich urzędników itd. honoruje się chrzcząc ich imionami lotniska, budynki, uczelnie oraz kręcąc filmy na temat tychże osobistości. W Polsce natomiast, w której tradycja oddawania czci zmarłym należy do kulturowego kanonu (nie tylko do dobrego obyczaju), urządzono iście szczurzą zabawę na grobach, z tańcami, hulakami, pijaństwem, narkotykami, szyderczym śmiechem z ofiar i wypowiadaną (nie tylko przez piekielną gawiedź, ale i przez „czołowych polityków”) kpiną z tragicznej śmierci. (Zwróćmy zresztą uwagę, jak do tego sabatu w podskokach włączyli się czerwoni – ci sami czerwoni, co do których nas zapewniano przez ostatnie 21 lat, że się „ucywilizowali”, że są już „socjaldemokratami”, że są „inni niż komuna”.)

Polska nie tylko została niesprawiedliwie urządzona, rozkradziona, podporządkowana prywatnym interesom mafiozów z czerwonym lub innym rodowodem. Z bałaganu, z mafii, ze złodziejstwa można w każdym kraju po jakimś czasie wyjść, jeśli zaprowadzi się w nim praworządność, a bałaganiarzy, mafiozów, złodziei powsadza się za kratki. Polska została zhańbiona - i tej hańby nie wybaczymy i nie zapomnimy nigdy. A ludzi, którzy zhańbili Polskę rozliczymy, co do jednego. Tak nam dopomóż Bóg.

8 wrz 2010

Optymistyczne wieści z Rosji





Niby Rosja kraj mlekiem i miodem płynący, a tu W. Putin twierdzi, że się spekulanci pojawili. To w związku z galopującymi cenami żywności, które po suszy i pożarach spowodowały prawdziwy run na sklepy. Wprawdzie, jak zapewnia nas „Głos Rosji” (http://polish.ruvr.ru/2010/08/27/17601001.html), zboża braciom Moskalom nie zabraknie – będzie i na chleb, i na pasze, gdyż zapasy są jeszcze z ubiegłego roku, no ale już na stronie BBC pisze się o prawdziwej panice i, by tak rzec, szale zakupów, w nieco odmiennym niż w konsumpcyjnej cywilizacji, znaczeniu (http://www.bbc.co.uk/news/business-11163536). Dla Rosji wprawdzie pocieszające jest to, że np. Pakistan jest już na krawędzi krachu gospodarczego (http://polish.ruvr.ru/2010/09/07/19265462.html), ale wspominając o tym, zwraca się też uwagę, że zadłużenie FR w ostatnich latach wzrosło dwukrotnie i wynosi 105 miliardów dolarów. Ceny podstawowych produktów wzrosły tam w sierpniu o 30%, donosi reporter BBC, toteż ludzie zaczęli wykupywać przeróżne towary w obawie przed brakami zaopatrzenia, co zdaniem „władz rosyjskich” prowadzi (obok działań wspomnianych już spekulantów) do dalszych podwyżek cen. Już w niektórych regionach Rosji myśli się o sprowadzaniu zboża i mleka z Chin i innych krajów.


Oczywiście te wszystkie wiadomości powinny nas tylko cieszyć, gdyż jeśli Moskwa z czekistami padnie, co daj Panie Boże, bo w Rosji tylko głód może do wybuchu społecznego doprowadzić, to Polska odzyska jakieś szanse na podniesienie się z klęczek, ale nie powinniśmy zbyt szybko wpadać w stan euforii, wiemy bowiem z dziejów poprzedniego peerelu, że gdy w Rosji czegoś brakowało, to zwyczajnie darła, co jej było potrzebne, z krajów przez nią okupowanych, tzn. tfu, z nią zaprzyjaźnionych. My zaś, czego należy mieć świadomość, jesteśmy w stanie coraz gorętszej przyjaźni z braćmi Moskalami, więc wypada się raczej nastawić na gospodarcze ratowanie Rosji przez „zieloną wyspę” (nie głupio zresztą kombinują ciemniacy podnosząc podatki, zawsze bowiem z tego jakąś rezerwę się utrzepie). Nie ma w tym ratowaniu Rosji nic dziwnego, kiedyś się od niej pożyczało, teraz można i jej coś pożyczyć, zwłaszcza że promoskiewski gabinet ciemniaków chce w tej dziedzinie prześcignąć nawet czerwonych i zawrzeć taką umowę gazową, która nawet eurokratom nie za bardzo się podobała (http://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/446278,unii_nie_podoba_sie_polski_kontrakt_gazowy_z_rosja.html), ale w końcu jakoś ich przekonano, że w tej umowie nie ma nic zdrożnego (http://polish.ruvr.ru/2010/09/07/19253005.html). Kiedyś, tj. w pradawnych przedakcesyjnych czasach, nam mówiono, że „jak nie Unia to Białoruś”, a tu właśnie „w Unii” Polska zyskuje coraz wyraźniejszy status takiej jakby Białorusi. No ale skoro ma takich „białoruskich polityków”, to przecież jest to naturalna kolej rzeczy.



Grunt jednak, że śledztwo w sprawie tego, co się wydarzyło w Smoleńsku 10 kwietnia, w ekspresowym tempie dobiegło końca. Tę szybkość w dochodzeniu do prawdy można wyjaśnić tylko rosyjskim profesjonalizmem. Właściwie to już 10 kwietnia w przeciągu pierwszych kilkudziesięciu (jeśli nie kilkunastu) minut po katastrofie Rosjanie już wiedzieli, co się stało, no ale te parę miesięcy wytężonej pracy potrzebowali na znalezienie dowodów. To tylko tępaki na Zachodzie potrzebują czasami lat badań i wywracania pod mikroskopem każdego znalezionego kawałka na pobojowisku, by wyjaśnić jakąś lotniczą katastrofę. W Rosji wystarczy rzut oka na drzewa i już wszystko wiadomo – resztę zresztą potrafią dośpiewać eksperci z odpowiednim stażem w służbach, na których to ekspertów potem mogą się powoływać śledczy (a eksperci na śledczych i jakoś to hula). Wprawdzie, jak pisze Niezależna (http://www.niezalezna.pl/article/show/id/38657), dopiero co jakiś rosyjski tupolew 154 awaryjnie wylądował na drzewach i nikomu się nic nie stało (http://www.rian.ru/incidents/20100907/273112504.html), ale nie zapominajmy, że tam nie było prezydenckiej delegacji i kozakujących pilotów. Poza tym dajmy Rosji trochę optymizmu, gdy zaczynają się u niej czasy planowych niedoborów.

3 wrz 2010

Oczyma braci Moskali


Kiedyś się przyznałem, że po 4 lipca br. stosuję się do rygorów kwarantanny i nie korzystam z polskojęzycznych mediów, a jedynie z polskich (zalecam wszystkim tego rodzaju detoksykację), nie znaczy to jednak wcale, że wykluczam korzystanie z mediów rosyjskich. Skądinąd wiemy, że pudła rezonansowe w naszym kraju przekazują to, co już od 10 kwietnia od godzin porannych, ma Polakom do zakomunikowania Moskwa (a pożyteczni idioci i politrucy na klęczkach to komentują) – gdzie więc indziej szukać prawdy o naszej współczesnej sytuacji społeczno-politycznej, jak nie u naszych braci Moskali? Zaglądam więc np. na stronę „Głosu Rosji”, a tam mnóstwo ciekawych rzeczy do poczytania.

Pod nieco koślawym, jak na polski, tytułem (ale też nie żądajmy rzeczy niemożliwych) „Cała prawda, do dna. Polskie śledztwo przeplątało się z polityką” (http://polish.ruvr.ru/2010/08/24/17094251.html) możemy nie tylko przeczytać streszczenie ważnego tekstu z „Wremia nowostiej” napisanego przez Walerija Mastierowa, ale też i zamieszczone w jego artykule, złote myśli legendarnego eksperta Wojciecha Łuczaka z jeszcze bardziej niż on legendarnego pisma „Raport”: „w dochodzeniu „ma miejsce czynnik polityczny”, chodzi przede wszystkim o rozgrywki rywalizujących partii. „Opinie na temat śledztwa stały się obiektem rozgrywek wewnątrzpolitycznych, nie ma w tym nic dobrego”. Ekspert powiedział dalej: „Dochodzenie w takich przypadkach trwa do 15 miesięcy. Zakładam, że obecnie dużo materiałów zgromadziła także strona polska. Na przykład, stronę rosyjską powinny interesować materiały, dotyczące organizacji tragicznego rejsu i przygotowanie załogi. I Rosjanie powinni je uzyskać”. Wojciech Łuczak podkreślił, że strona rosyjska przekazała już dużo materiałów, „które mają być poddane nie emocjonalnej, lecz uważnej i ostrożnej analizie””.

Takie myśli polskich współczesnych mędrców (którymi dobry los nas wyjątkowo obdarował po katastrofie smoleńskiej) należy złotymi czcionkami zapisywać na ścianach pracowni szkolnych, by dzieci wkuwały je na pamięć, no i koniecznie, by zapoznali się z nimi „młodzi, wykształceni z wielkich miast”, zanim sięgną po dopalacze. Oto bowiem śmierć czołowych polskich polityków z dwoma prezydentami i jednym kandydatem na prezydenta, śmierć parlamentarzystów, śmierć członków sztabu generalnego i in. w mrocznych okolicznościach nie ma, jak można sądzić ze zdania Łuczaka, żadnego politycznego kontekstu. Jedynie geograficzny. Ba, ale nawet geografia może być polityczna!, nie mówiąc o ekonomii, co starsi zapewne doskonale pamiętają. Łuczak zresztą też powinien o tym wiedzieć, wszak wsłuchuje się w bicie serc na Kremlu z wyjątkową czujnością i doskonale, tak jak polskie „władze”, wyczuwa puls historii. Bez emocji – po uważnej i ostrożnej analizie.

Skoro już mowa o „władzach” naszego kraju. Oto właśnie, by wygłosić rekolekcje specjalnie dla nich przybył legendarny już za ZSSR Siergiej Ławrow, który – wzorem genseków poklepujących (po plecach czy pustych łbach) ciemniaków od Gomułki, Gierka czy Jaruzela – od razu spotkał się z należytym respektem i to nie tylko ze strony „polityków”, ale i rzecz oczywista „ludzi mediów”, jak donosi jeden z ros. korespondentów z Warszawy: „Konferencja prasowa trwała bezprecedensowo długo. Nawet minister spraw zagranicznych Polski Radosław Sikorski zaznaczył, że taka znaczna liczba dziennikarzy świadczy o tym, że Siergiej Ławrow jest rekordzistą. Podstawowe tematy, omawiane podczas konferencji prasowej – to przyszłość stosunków Polski i Rosji oraz perspektywy współdziałania w ramach Unii Europejskiej. Zarówno Siergiej Ławrow, jak też Radosław Sikorski odnotowali poprawę stosunków oraz to, że Polska i Rosja będą udzielać wzajemnej pomocy w rozwoju” (http://polish.ruvr.ru/2010/09/02/18493258.html). Powiew stachanowszczyzny? Czemu nie? Tekst nosi zresztą znamienny, chwytający za serce, bo przypominający najlepsze czasy „bratniego sojuza”, tytuł „Polska i Rosja usuwają bariery na drodze współpracy” - nie wiadomo tylko, o jakie bariery może jeszcze chodzić, skoro wszystkie usunięto 10 kwietnia br.?

Ale i sam Ławrow wielkodusznie wykazał się zrozumieniem dla wielkości naszych państwowych urzędników, np. dla ambasadora J. Bahra, który, jak się dowiadujemy, otrzymał „znaczek do noszenia na piersi” (http://polish.ruvr.ru/2010/09/02/18412187.html). Okazuje się ponadto, że rozwój bilateralnych stosunków warszawsko-moskiewskich, to najważniejsza obecnie sprawa dla naszego kraju (http://polish.ruvr.ru/2010/09/02/18412187.html). To dokładnie tak jak za czasów Wojciecha I Wielkiego cz Edwarda I Budowniczego Budów. Pozostaje tylko podpisać przez nasze „władze” doktrynę Breżniewa, ale to może nastąpi w czasie niecierpliwie przez nie oczekiwanej wizyty prezydenta D. Miedwiediewa w Polsce „jeszcze w tym roku” (http://polish.ruvr.ru/2010/09/02/18495604.html). Jeden rok, a taki kolorowy zawrót głowy, prawda? I jaka karuzela stanowisk. Wystarczyło tylko jeden samolot posłać do diabła.

2 wrz 2010

Wóz



Intheclouds na blogu El Ohido Siluro zwróciła jakiś czas temu uwagę na duży, biały wóz w materiałach dotyczących Smoleńska. Zainteresowałem się tym wątkiem dosłownie wczoraj, gdy ponownie przeglądając materiały TVP Info z 10 kwietnia, natknąłem się na migawki zrobione przez kamerzystę towarzyszącego P. Kraśce. Wcześniej bowiem, oglądając to zdjęcie z ciężarówką, uznałem, że to kolejna fotografia z lotniska, gdzie przecież różnego sprzętu wojskowego było wtedy sporo (nie mówiąc o transportowym) i jakoś nie uzmysłowiłem sobie, że biały wóz stoi po prostu w okolicach rozwalonej prezydenckiej salonki, a więc także nieopodal skrzydła, przy którym kręcił swój film „Kola”. Migawka z autem wyemitowana jest w TVP Info o godz. 10.20, ale zapewne nakręcona została jeszcze wcześniej (materiał do emisji w telewizji należało jakoś obrobić, przejrzeć, przygotować, poza tym w trakcie emisji słychać relację Kraśki na temat tego, co się dzieje na lotnisku).


Kamerzyście udało się złapać ten wóz przypadkiem, tj. gdy (w drugiej godzinie po katastrofie) usiłował zrobić jakieś zdjęcia wraku, a nie wyłącznie funkcjonariuszy zakazujących dziennikarzom zbliżania się do miejsca katastrofy. Co ciekawsze nawet strażak, a ściślej: gość w stroju strażackim (jakby to powiedział Kisiel), na owym materiale wykonuje jednoznaczne gesty, by operator zabrał kamerę.


Ten interesujący pojazd przypomina wóz do walki radioelektronicznej (http://www.ausairpower.net/APA-REB-Systems.html - inne linki poniżej). Nie sposób go pomylić z samochodem strażackim czy karetką pogotowia, trudno zresztą podejrzewać, by przybył on w ramach akcji ratowniczej. Najprawdopodobniej umieszczony był gdzieś w ukryciu w trakcie operacji „Smoleńsk” i błędnego naprowadzania polskiego tupolewa. Na filmie 1.24 między 0.7 a 0.9 sek. (przy normalnej prędkości odtwarzania) przebłyskuje wprawdzie między drzewami z lewej strony coś białego (później znika z kadru), co może wyglądać jak fragment tego właśnie wozu, jednakże jakość zdjęć nie pozwala tego ustalić ze stuprocentową pewnością. Ale można by tego wozu poszukać na innych zdjęciach czy filmach ze Smoleńska.



http://el.ohido.siluro.salon24.pl/212843,#comment_3025197
http://clouds.web-album.org/photo/314798,nowe-fotki
http://www.youtube.com/watch?v=ypxLebjDSD8&feature=related (od min. 8.47 materiału)
http://www.youtube.com/watch?v=QtNSqC3cBQ8&feature=related (filmik Koli w zwolnionym tempie; tu chodzi o zdjęcia między sek. 26 a 35)
http://www.mak.ru/russian/info/news/2010/files/tu154m_101_pic1.jpg
http://www.ausairpower.net/Efir-R-330T-MV-1S.jpg
http://www.roe.ru/cataloque/air_def/air_def_82-85.pdf
http://warfare.ru/
http://www.ausairpower.net/APA-REB-Systems.html
http://www.ausairpower.net/APA-REB-Systems.html#mozTocId605457
http://www.rwd-mb3.de/pages/spn30.htm
http://milparade.udm.ru/24/112.htm
http://www.ndu.edu/press/lib/images/jfq-57/kopp.pdf
http://arms-tass.su/data/Files/File/6.pdf katalog dot. wojskowej wystawy w St. Petersburgu w 2003 r.
http://www.roe.ru/cataloque/air_def/air_def.pdf inny ciekawy katalog dot. ros. uzbrojenia przeciwlotniczego, oczywiście z uwzględnieniem sprzętu do walki radioelektronicznej
http://www.ausairpower.net/iw.html linki do tekstów dr. C. Koppa nt. rozmaitych sposobów prowadzenia wojny elektronicznej i informacyjnej oraz zastosowania broni elektromagnetycznej
http://www.army-technology.com/contractors/jamming/gallery.html