31 lip 2010

Co wie AW?

Tekst L. Szymowskiego w najnowszym „NCz!” jest tak szokujący, że aż trudno uwierzyć, iż podane w nim informacje są prawdziwe i dobrze sprawdzone. Jeśli bowiem rzeczywiście istnieją i są w posiadaniu Agencji Wywiadu zdjęcia pokazujące, że ciało Prezydenta o godz. 14.52 wcale nie było zmasakrowane, to powinny zostać natychmiast opublikowane, gdyż tego wymaga polska racja stanu (już pomijam w tej chwili kwestię tego, że nikt tych zwłok przez kilka godzin nie pilnował, ponieważ uważam, że obecny szef BOR za swe nieprawdopodobne wprost zaniedbania obowiązków już dawno powinien był trafić przed oblicze jakiegoś prokuratora).

Jeśli faktycznie AW dysponuje notatką z przesłuchania (zamordowanego później) Andrieja Mendiereja z 14 kwietnia 2010 r., autora filmu „1,24”, to także powinna być ona upubliczniona, zwłaszcza jeśli Mendierej deklarował współpracę z polską prokuraturą i prosił o możliwość przeniesienia się do naszego kraju i o zapewnienie mu ochrony. Jeśli naprawdę po profesjonalnym odszumieniu ścieżki dźwiękowej jego filmu słychać komendy „strielaj” oraz wypowiedzi „eta żenszczina żywiot” oraz „Nie dobijajcie nas” (oczywiście na te zdania zwracali już uwagę blogerzy analizujący film, no ale oni robili to bez specjalistycznej, laboratoryjnej aparatury), to należy natychmiast podać do publicznej wiadomości stenogramy z odczytaną zawartością filmu, ponieważ mogą mieć one przełomowe znaczenie w dotychczasowym śledztwie. Jeśli w 37. sekundzie widoczny jest mężczyzna w garniturze wyczołgujący się spod wraku, to należy klatkę filmową z rekonstruowaną postacią jak najszybciej pokazać polskim obywatelom.

Przede wszystkim zaś materiały te powinna niezwłocznie obejrzeć grupa posłów z zespołu parlamentarnego zajmującego się tragedią smoleńską, no i pełnomocnicy prawni rodzin ofiar z J. Kaczyńskim na czele. Tekst Szymowskiego nosi tytuł „Dowody matactwa” - należałoby w tym wypadku mówić po prostu o dowodach zbrodni.


„Najwyższy Czas!”, nr 31-32/2010 (31 sierpnia – 7 lipca)), Leszek Szymowski „Dowody matactwa” s. XII-XIII.

Skany z artykułem:
img401.imageshack.us/i/nczas1001.jpg/
img823.imageshack.us/i/nczas1002.jpg/

Przy okazji dziękuję B. Zalewskiemu (pozdrawiam go jednocześnie :)) za zwrócenie uwagi na ten tekst na jego intrygującym blogu (http://www.rmf.fm/blogi/bogdan-zalewski).

30 lip 2010

Wróćmy do Lockerbie

Boeing 747 spadł 21 grudnia 1988 wieczorem (po 19-tej) z 19 tonami paliwa, tworząc olbrzymi krater. Szczątki samolotu (ponad 6 mln kawałków, w tym kokpit), były rozrzucone na przestrzeni ponad 2 tys. km kwadratowych, co dowodziło, że maszyna rozpadła się dużo wcześniej zanim uderzyła w ziemię.

Dochodzenie zaczęto od ustalenia widoku wszystkich szczątków z lotu ptaka i znalezienia takiej części, która podpowiadałaby, co się stało. Analizując urządzenia kokpitu, śledczy stwierdzili, że autopilot był włączony, zaś maski tlenowe nie były wykorzystane przez załogę. Założono więc, że doszło albo do jakiejś poważnej usterki maszyny, albo do sabotażu na pokładzie. Przybyły z USA T. Thurman z FBI uznał, że musiała wybuchnąć bomba i że należy zebrać wszystkie szczątki, by znaleźć ślady eksplozji na którymś z nich. Ten trop potwierdziły dane z podsłuchów, w międzyczasie bowiem kilka grup terrorystycznych deliberowało nt. zamachu terrorystycznego przeprowadzonego na boeingu.

Po kilku dniach (w Wigilię Bożego Narodzenia '88) natrafiono na metalowy kawałek, który nosił na sobie drobne ślady wybuchu. Nazajutrz znaleziono kolejny, podobny kawałek ze śladami eksplozji (Thurman określił to jako gwiazdkowy prezent). Kawałki te położone były w południowej (dalszej) części terenu katastrofy, śledczy uznali więc, że oderwały się one wcześniej od pozostałych fragmentów samolotu. Poddano metal analizie w brytyjskim laboratorium, które potwierdziło, że na kawałkach znajdują się ślady substancji wybuchowych. Po tygodniu od katastrofy ogłoszono na konferencji prasowej, że uzyskano dowód wskazujący na eksplozję bomby.

Badano dalej. Dokonano rekonstrukcji wraku w wojskowym hangarze poza miastem i znaleziono fragment, którego zniszczenie różniło się od zniszczeń innych części samolotu (nie był rozerwany, lecz rozsadzony na kawałki). Ustalono w ten sposób, w którym miejscu samolotu ulokowana była bomba (luk bagażowy), a następnie w którym luku i na jakiej wysokości kontenera bagażowego (a więc gdzie umieszczona była walizka z ładunkiem). Na jednej z części wraku odkryto kawałek obcego materiału, ten zaś był kawałkiem radiomagnetofonu, w którym zamontowano bombę (jak wspomina Thurman w filmie z cyklu „Air Crash Investigation” („Lockerbie. Explosive Device”) - sezon 6 odc. 1), na obudowie była nazwa, jak na ironię, Bombeat Radio).

Znaleziono potem część detonatora – regulatora czasowego. W toku dalszego śledztwa znaleziono speca z libijskich specsłużb, który podłożył bombę (Al Megrahi), a szkocki sąd skazał go (gdy po latach sankcji Libia zgodziła się na jego wydanie) na dożywocie (w 2001 r.) za zamordowanie 270 ludzi (pasażerów oraz mieszkańców Lockerbie). Rząd Libii dwa lata później (2003), uznawszy swą odpowiedzialność za terrorystyczny atak, wypłacił 2,7 mld dolarów odszkodowań rodzinom ofiar. Winą też obciążono Pan Am, ponieważ pasażer, który zgłosił bagaż, nie wsiadł na pokład, a pracownicy linii tego nie zauważyli (odtąd na lotniskach pilnuje się, by żaden z bagaży trafiających na pokład samolotu nie był bez właściciela) - linie Pan Am ogłosiły bankructwo. Wrak boeinga nadal stoi w hangarze koło Woodhall Spa i mogą na nim trenować swoje umiejętności badacze katastrof z całego świata. (Jako ciekawostkę dodam, że niedawno wypuszczono Megrahiego ze względu na stan zdrowia (zaawansowany rak prostaty)).

Jak parlamentarny zespół ws. ustalenia przyczyn tragedii smoleńskiej może wykorzystać śledztwo przeprowadzone ws. katastrofy w Lockerbie? Po pierwsze można się skontaktować z Chrisem Pollardem i Mickiem Charlesem z AAIB (http://www.aaib.gov.uk/home/index.cfm), jeśliby ciężko było dotrzeć do Toma Thurmana z FBI (eksperta zajmującego się zamachami bombowymi) czy Dicka Marquise'a z FBI (eksperta od badań nad terroryzmem), którzy zajmowali się śledztwem w Lockerbie. Po drugie, śledztwo to dowodzi, że zbadanie tylko niektórych części pod kątem noszenia przez nie śladów materiałów wybuchowych może prowadzić donikąd, gdyż ślady te są wyłącznie na tych fragmentach maszyny, które były położone w pobliżu ładunku wybuchowego. Po trzecie, można domagać się odszkodowania od kraju, którego służby specjalne dokonały terrorystycznego zamachu.



http://www.aaib.gov.uk/publications/foreign_reports.cfm (tu pewnie znajdzie się kiedyś raport o katastrofie smoleńskiej)
http://www.fomento.es/NR/rdonlyres/05EF7C87-CF9D-4738-95BA-A4C0FD8C4CC2/2432/1999_054_A_ApendiceA_ENG.pdf (oto jak wygląda profesjonalny raport z wizualizacją przebiegu i okoliczności katastrofy – chodzi o boeinga 757-200 i katastrofę w Hiszpanii 19 września 1999 r.)
http://www.guardian.co.uk/world/2010/jul/27/us-lockerbie-bomber-release-opposed (wieści o Megrahim)
http://www.guardian.co.uk/uk/2010/jul/25/barack-obama-megrahi-release-lockerbie

"Przyszłość języka i wizerunku neopeerelu"

Tak powinna się nazywać debata przeprowadzona w redakcji „Nowego Państwa” z udziałem tak szacownych gości, jak A. Zybertowicz, J. Kwieciński i B. Wildstein, a prowadzona przez J. Darskiego, ku mojemu zdziwieniu bowiem, jednym z wiodących tematów (jeśli nie najważniejszym) było to jak mówić i opisywać „III RP”. Zybertowicz używał wprost terminu „narracja” (a nawet oksymoronu „narracja prawdziwościowa” (!)), wykonując w ten sposób ukłon w stronę języka neomarksizmu, czyli postmodernizmu, który to język, jak sądziłem do tej pory, ma zakaz wstępu do debaty konserwatywno-niepodległościowej.

Wszystko zaczęło się od użycia przez Darskiego określenia „poczucie zaszczuwania” (Polaków przez media). Zybertowicz już na wstępie stwierdził, że „język, który jest niewydajny, odstrasza”, zaś Kwieciński zaczął się zastanawiać, czy chodzi o zdefiniowanie sytuacji, czy o szukanie dróg naprawy – jedynie Wildstein uznał, że można z powodzeniem wskazać grupę Polaków zaszczuwanych przez środki przekazu, mówiąc o audytorium RM i TV Trwam. Dyskusja na chwilę zeszła na temat społecznego znaczenia tragedii smoleńskiej, wnet jednak powróciła znowu do kwestii właściwego języka, gdy Darski sięgnął po sformułowanie „struktury ukryte, mafijne”.

Zybertowicz skwitował to m.in. tak: „To, co się w Polsce dzieje od momentu, gdy PiS uzyskał władzę, pokazuje, że zapotrzebowanie na narrację opartą na argumentach prawdy i fałszu w debacie publicznej jest bardzo ograniczone. Spora część elektoratu nie jest wrażliwa na tę narrację w odniesieniu do zjawisk władzy” - i po chwili dodał - „(...) Inna narracja – roszczeniowa – była bardziej wydajna”. Wildstein natomiast stwierdził, że nie zgadza się z tezą o wzroście tolerancji (w społeczeństwie polskim) na nieprawdę.

Wobec tego, nieco skołowany Darski, zadał pytanie ratunkowe – o to, jakiego języka należy dziś używać. I tu Zybertowicz stwierdził, że mówienie o mafijności już jest oferowaniem komuś jakiegoś punktu widzenia, bo: „Dla jednych mafijne stosunki są jasno widoczne. Ale dla wielu innych nie.” Wildstein zaś stwierdził, że termin „mafijne stosunki” może być nieadekwatny, gdyż „mafia jest gdzieś na obrzeżach” - stąd też lepsze (jego zdaniem) wydaje się pojęcie „oligarchizacji jako zamkniętego układu”. Po czym przetoczyła się dyskusja na temat tego, czy z kolei oligarchizacja jest widoczna czy nie, a jeśli tak, to dla kogo. Zybertowicz więc po chwili tak zdiagnozował sytuację, z perspektywy metajęzykowej: „Przekaz, żeby był nośny, musi odwołać się do doświadczeń tej części elektoratu, do którego zamierza się dotrzeć. Czy środowiska niepodległościowe rozumieją, jakie problemy są w horyzoncie poznawczym 30latka, który przyjeżdża z prowincji, znajduje pracę w Warszawie, zarabia lepiej niż jego rodzice, a jednak napotyka rozmaite bariery zawodowe i życiowe?”

Istota rzeczy rozbija się tedy – jak można sądzić z debaty, w której najwięcej miejsca zajmują wypowiedzi Zybertowicza – o właściwe obrazowanie i wyjaśnianie tego, co się dzieje w neopeerelu, choć przecież sam Zybertowicz przyznaje pod koniec rozmowy: „Ludzie PO, jej nieświadoma i świadoma klientela symboliczna i materialna świetnie czują się w przestrzeni palikotycznych standardów komunikacyjnych, nie wyobrażają sobie prawdziwego pluralizmu w mediach. Pluralizmu, przy którym nie wystarczyłoby rzucić myśl dnia i mieć spokój, że pudła rezonansowe będą ją replikować do wieczora. Ta klientela nie wyobraża sobie wolności badań historycznych (…), niezależnej publicystycznej biografistyki, (…) młodego pokolenia badaczy społecznych, którzy są wolni od mentalności postkolonialnej, którzy nie wstydzą się swoich rodziców i dziadów, bo to w naszej tradycji narodowej znajdują fundament dla krytyki współczesności.” Czytając ten wywód z kolei można by z powodzeniem postawić zarzut używania niewłaściwego języka i „narracji prawdziwościowej”.

Zauważyłem już od dłuższego czasu, że „problem właściwego języka i obrazu” odnoszących się do „III RP” stanowi jakiś gordyjski węzeł dla środowisk konserwatywno-niepodległościowych, tak jakby nieważne były rzeczy i zjawiska, do opisu których „język i obraz” są wykorzystywane. Przy takim punkcie wyjścia podstawowym celem debat staje się metajęzykowa praca u podstaw nad tym, „jak o współczesnej Polsce mówić do ludzi”, a nie nad tym, które sfery rzeczywistości społeczno-politycznej czy ekonomicznej są patologiczne oraz jak te patologie zwalczać. Nie muszę dodawać, że przy takim ujęciu sprawy, mimowolnie zakłada się buty „dyskutantów salonu”, którzy właśnie nic innego od 21 lat nie robią, jak przesuwają sferę problemów realnych (tj. związanych z rzeczywistymi zagrożeniami dla funkcjonowania państwa, zagrożeniami dla obywateli etc.) do obszaru „niewłaściwego języka”. Stąd też biorą się „analizy” językoznawców, pochylających się z ostrożnością radiologa badającego napromieniowaną tkankę nad „mową nienawiści”, „językiem IV RP”, „dyskursem prawicy” itd. Dla „salonowych” ekspertów przecież patologiczne zjawiska we współczesnej Polsce NIE istnieją – istnieją tylko (urojonych zjawisk) patologiczne ujęcia. Ileż to śmichów-chichów urządzała sobie komunistyczna „Polityka”, komunistyczny „Przegląd” i inne tego rodzaju „czasopisma” dla ubogich intelektem, wokół „języka PiS-u”, wokół samych wyrażeń typu „walka z układem” czy „dekomunizacja”.

Wchodzenie w buty „metajęzykowych” salonowców, to jedno. Jest jeszcze drugie niebezpieczeństwo tego rodzaju debat: branie za rzeczywistość tego, co jest (medialną) iluzją obrazu świadomości społecznej i parodią języka debaty publicznej. Wiemy skądinąd, że neokomunistyczne media kłamią, a więc, że zafałszowują, deformują, kreują obraz rzeczywistości. Jeśli to wiemy, to powinniśmy też wiedzieć, że wypaczają one obraz świadomości przeciętnego Polaka oraz wykrzywiają (formując na kształt peerelowskiej nowomowy) język debaty publicznej. Nie możemy zatem przyjmować „obrazu przeciętnego Polaka” – obrazu wytwarzanego w biurach projektów socjotechnicznych – za prawdę (tę uwagę kieruję a propos socjologicznego portretu przeciętności, sporządzonego w tej dyskusji przez Zybertowicza). Nie możemy też neokomunistycznej nowomowy brać na serio i uznawać za normę do prowadzenia zwykłej Polaków rozmowy.

Słowem, nie dajmy się zwariować. Na debatach o tym, jak należy mówić do Polaków, bo określeń „mafia” czy „oligarchia” (czy choćby „złodzieje”) nie zrozumieją lub nie zaakceptują – moglibyśmy spędzić resztę życia, a „salon” by nam tylko przyklaskiwał. Jestem pewien, co zresztą potwierdziło wielokrotnie moje doświadczenie, że zwykli Polacy (sam się do nich zaliczam, nawiasem mówiąc) mają naprawdę bardzo dokładne rozpoznanie stopnia sitwiarskiego spenetrowania przeróżnych struktur – od urzędniczych, poprzez akademickie, na biznesowych kończąc – gdyż o działalności sitw dowiadują się owi Polacy, załatwiając sprawy (mieszkaniowe, budowlane, prawne etc.), studiując lub robiąc interesy (a zwłaszcza uczestnicząc, tzn. usiłując uczestniczyć, w „przetargach”). Problem więc nie polega na tym, by Polakom o sitwach (mafii, oligarchii, złodziejach itd.) mówić za pomocą odpowiedniego, uładzonego języka, tylko by pokazać im, że z tymi sitwami można walczyć – skutecznie, faktycznie, realnie, a nie tylko werbalnie.

I jeszcze jedna uwaga na deser. Gdyby „narracja prawdziwościowa” (przepraszam, że się czepiłem tej frazy Zybertowicza, ale wydaje mi się ona wyjątkowo nietrafiona) była „niewydajna”, to Ministerstwo Prawdy nie posyłałoby swych ciężkich zagonów do medialnego zwalczania, lżenia i wyszydzania na wszelkie możliwe sposoby „niszowych pisemek prawicowych”, „rydzykowców”, „pisowskich dziennikarzy”, „pisowskich naukowców” itd. - tylko pracowałoby spokojnie nad dalszą, neokomunistyczną, inżynierią dusz – tak jak się to robiło za Stalina. Nie należy zatem wzdragać się przed (nawet bardzo ostrym) językiem prawdy – skoro żyjemy w takim systemie kłamstwa, jakim jest III RP. Przeciwnie – trzeba prawdę wykrzykiwać na całe gardło, tak by kłamcy i oszczercy czuli bojaźń i drżenie oraz dostawali zdrowej biegunki.




Nowe Państwo” 7/2010, „Archipelag polskości” (s. 8-13).
http://www.niezalezna.pl/article/show/id/37153 (T. Sakiewicz vs B. Wildstein)
http://www.fronda.pl/news/czytaj/wydarzenie_bez_precedensu (P. Śpiewak o tym, że „prawica chce zrobić zbrodnię” z tragedii smoleńskiej)

29 lip 2010

Co gały widziały

„NDz” publikuje dziś ciekawy wywiad z doc. Siergiejem Amielinem, poprzedzając ten tekst klasyczną dziennikarską wpadką, bo fragmentem skonstruowanym tak, jakby to Amielin należał do bezpośrednich, naocznych świadków katastrofy smoleńskiej: „Strumień gorącego powietrza dosłownie zwalił mnie z nóg i odrzucił na bok. Usłyszałem uderzenie o brzozę, widziałem, jak drzewo się łamie. Pobiegłem na miejsce upadku, ale teren był już obstawiony”.

Taka wypowiedź przecież nie pada w wywiadzie – jest coś zupełnie innego: „Strumień powietrza zwalił go z nóg i odrzucił na bok. Mężczyzna usłyszał tylko uderzenie o drzewo i widział, jak brzoza się połamała. Kiedy już zdołał się podnieść, pobiegł w stronę miejsca, gdzie roztrzaskał się samolot. Myślał, że może pasażerowie będą potrzebować pomocy. Ale od jego działki do miejsca upadku samolotu jest dość daleko, bo ponad 500 m po prostej, a drogą jeszcze dalej. Dlatego znalazł się na miejscu jednocześnie ze strażakami, którzy go tam nie wpuścili” – a więc relacjonowanie doniesień kolejnego leśnego dziadka, który (tak jak dieduszka z filmiku Koli) coś tam widział, ale co, diabli jeno wiedzą.

Amielin, jak już wiadomo z wielu analiz blogerskich, swoich rekonstrukcji przebiegu katastrofy dokonuje od pierwszych dni po 10 kwietnia w taki sposób, by nie było żadnego dowodu zamachu czy celowego działania osób trzecich. W wywiadzie wprawdzie wzbrania się od obwiniania pilotów, ale mówi o „błędnym zadziałaniu automatyki” oraz o tragicznym zbiegu okoliczności. To jednak, co twierdzi Amielin od siebie, jest nieistotne, bo jak sam przyznaje, nie pojechał w dniu katastrofy na jej miejsce – ważne jest to, jaką nową opowieść wrzuca o leśnym dziadku i o samotnej brzozie, która, jak się dowiadujemy, rosła na „działce rolnej” i na „działce letniskowej” (może w Rosji to to samo).

„Opowiadał mi, że tego dnia była tak silna mgła, iż źle widział nawet wierzchołek brzozy.” Można tu powiedzieć: to chwalić Boga, że dziadek w ogóle wiedział, gdzie jest (to znaczy, że jest na działce, a nie np. jeszcze na bimbrowej imprezie u sąsiada). I dalej: „Nie dostrzegł też zbliżającego się samolotu, słyszał jedynie jego dźwięk.” Nie ma w tym nic dziwnego, skoro dziadek ledwie brzozę widział. No i co tam dalej z dziadkiem? „Powiedział, że samolot przeleciał bardzo nisko i że to działo się tak szybko, iż nie zdążył nawet zorientować się, o co chodzi.” Widać, że to był z tych leśnych dziadków, co się spieszą powoli. Także w myśleniu. Coś więc się stało i dziadek musiał zebrać myśli, jak buddyjski mnich kontemplujący rzeczywistość, by w ogóle ustalić, co (ЧТО?). A przecież działo się i to wiele: „Strumień powietrza...” (ten fragment już znamy).

Gdy dziadek zebrał myśli i otrzepał się, to ogarnął w końcu sytuację: „Ten człowiek powiedział mi też, że na jego działce znajdowały się niewielkie szczątki skrzydła, a ziemia była zalana jakimś płynem.” Niewielkie szczątki skrzydła czy jednak skrzydło, które widzieliśmy na zdjęciach? I co za płyn? „Myślę, że pochodził on z układu hydraulicznego. Przy uderzeniu w brzozę nie tylko odłamała się część skrzydła, być może został uszkodzony układ hydrauliczny. Dodatkowo sterowanie częściowo lub całkowicie odmówiło posłuszeństwa i maszyna w sposób niekontrolowany zaczęła się obracać wokół własnej osi ostatecznie upadając podwoziem do góry.” To już opowieść Amielina, bo dziadek nic o korkociągu nie mówił, bo i ledwie brzozę uwidział. Zresztą, jeśli Amielin faktycznie był na miejscu „uderzenia o brzozę” (mówi wszak, zauważmy, że korzystał ze zdjęć innych osób, a nie tylko sam fotografował), to mógł pobrać próbki gleby i poddać je w swoim instytucie biochemicznemu badaniu pod kątem zawartości płynu hydraulicznego lub innych substancji, np. takich do wytwarzania sztucznej mgły.

Z wywiadu wynika, że dopiero od 13 kwietnia można było swobodnie fotografować „trasę” przelotu tupolewa. „Wcześniej nie pozwalali tego robić”. (Podkreślam, „trasę”, nie zaś samo miejsce katastrofy, do którego – mimo przewiezienia części samolotu po dwóch dniach na plac – wedle relacji Amielina, nadal nie było dostępu). Trzy dni to kawał czasu – i na przygotowanie „dowodów”, i na znalezienie „świadków”. Tak to się zawodowo robi w Rosji.


(„Nasz Dziennik” (nr 175, 29 lipca 2010), „Czy śledczy wiedzą, co wyciekło z tupolewa?”)
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100729&typ=po&id=po01.txt

23 lip 2010

Śledztwo parlamentarzystów


Sejmowy zespół zajmujący się wyjaśnieniem okoliczności i przyczyn katastrofy smoleńskiej powinien powołać specjalistyczne podzespoły i nawiązać współpracę z zachodnimi ekspertami, tak by niezależnie od działań rosyjskiej i polskiej komisji/prokuratury, dotrzeć do istotnych rozstrzygnięć dowodowych dla całej sprawy.

Po pierwsze powinno się poddać w jakimś laboratorium fonoskopijnym z najnowocześniejszą aparaturą, dokładnej analizy „filmu Koli”. Potrzebne tu będzie nie tylko „poklatkowanie” całego materiału, lecz i wyodrębnienie ścieżki dźwiękowej, odszumienie zakłóceń (także oddechów filmującego) oraz zaproszenie do współpracy slawistów potrafiących zrekonstruować ze strzępów słów całe wyrazy (zarówno po rosyjsku, jak i po polsku – nie ma bowiem wątpliwości, że w tych dwóch językach wypowiadają się osoby, których głosy są słyszane na filmie). Takiej rekonstrukcji można dokonywać np. dodając brakujące głoski do dających się wychwycić fragmentów słów. Poza tym odmienności w akcentowaniu oraz artykulacji głosek pozwalają z dużą dozą prawdopodobieństwa wskazać, czy ktoś używa polskiego, czy rosyjskiego. Niezbędne jest też ustalenie ilości głosów i przyporządkowanie ich do poszczególnych osób, tak by można było określić – ilu słychać Rosjan, a ilu Polaków. Ponadto, jak wiemy, pojawia się tam też głos kobiecy. Spektrum dźwiękowe należałoby podzielić na czas do uruchomienia syreny (ok. 33 sek.) i po. Gdy bowiem rozlega się alarm, dramaturgia filmu wyraźnie się zmienia, a głosy robią się ostrzejsze i głośniejsze.

Co do obrazu, to po jego rozdzieleniu na fotografie, należałoby dokonać komputerowej rekonstrukcji zamazanych części obrazów, ponieważ, jak zwracali uwagę blogerzy, przynajmniej w kilku miejscach widać jakby ludzkie postaci (chodzi zwłaszcza o okolice skrzydła i tzw. „białą postać” za skrzydłem oraz „siedzącą (być może ciężko ranną) kobiecą postać w pomarańczowym ubraniu” przed skrzydłem na wysokości drzewa). Nie mam tu na myśli tych wszystkich ludzi widocznych wyraźnie, z których część przechodzi za wrakiem, a jeden, jak można to dostrzec wyraźnie na jednym z analizowanych przez internautów ujęć, wyskakuje z ogona samolotu. Stwierdzenie istnienia żywych ofiar na miejscu katastrofy postawiłoby natychmiast pod znakiem zapytania „akcję ratowniczą” na smoleńskim lotnisku, znaczyłoby bowiem, że tymże rannym nie udzielono żadnej, absolutnie żadnej medycznej pomocy.

Pozostaje oczywiście kwestia strzałów i śmiechu. Część blogerów, jak wiemy, mówi o egzekucjach dokonywanych na ocalałych ofiarach katastrofy – by jednak tego rodzaju zbrodnię ustalić w stu procentach, należałoby przynajmniej jedną z takich scen zrekonstruować w taki sposób, że wyrazistość obrazu nie podlegałaby wątpliwościom. Dotychczasowe rekonstrukcje – z powodu braku specjalistycznego sprzętu – nie mogą służyć, niestety, za dowody, każą bowiem więcej się domyślać niż dostrzegać.

Najwięcej trudności może jednak sprawić komputerowa symulacja przelotu tupolewa, ponieważ nie wiemy, tak naprawdę, co się działo w „gęstej mgle” nad lotniskiem przed katastrofą (zeznania i zachowania świadków budzą kolejne wątpliwości). Co robił tak naprawdę Ił, czy oprócz Iła nie było innego jeszcze, małego samolotu itd. W tych kwestiach pomocne byłyby materiały satelitarne i nasłuchowe możliwe do uzyskania od USA. Na ich podstawie można by zrekonstruować działania poprzedzające schodzenie polskiego tupolewa. Tylko w ten sposób (tj. na gruncie materiałów amerykańskich) takiej rekonstrukcji należy dokonywać, traktując wszelkie przekazywane stronie polskiej przez Rosjan relacje jako dezinformację. Ponadto pojawia się kwestia działań po katastrofie. Z ustaleń blogerów analizujących film, wynika że nad pobojowiskiem pojawiają się i przesuwają zawiesia służące do powietrznego transportowania ciężkich materiałów (http://www.bezpiecznytransport.pl/?gclid=COyvs4-0gaMCFRU03wodHwzncQ). Zawiesia te można zaobserwować (oglądając klatka po klatce) między 44 a 46 sek. filmu, kiedy jego autor nerwowym ruchem kieruje obiektyw ku górze, jakby coś intrygującego zobaczył nad sobą. Jeśli udałoby się z całkowitą pewnością ustalić, że zaraz po katastrofie dokonywano czynności transportowych obejmujących poszczególne części polskiego samolotu (lub innej maszyny, która np. brała udział w kolizji lub zakłócaniu lotu), to byłby to kolejny poważny dowód przeprowadzonego zamachu. Trudno bowiem takie działania traktować jako „ratownicze”.

Gdyby to było możliwe, to należałoby zbadać wrak tupolewa pod takim kątem, czy nie ma tam szczątków innej/innych maszyn. To na razie może być trudne zważywszy na fakt, że Rosjanie robią wszystko, by śledztwo opóźnić, a istotnych materiałów dowodowych Polsce nie dostarczyć (nie pozwolono np. na zabezpieczenie przez polskich specjalistów miejsca katastrofy i dokonanie przez nich drobiazgowych oględzin), zresztą doświadczenia ze „stenogramami” rozmów pilotów oraz sekcjami zwłok, w których nie brali udziału polscy patomorfolodzy, pokazują, że na rzetelność strony rosyjskiej nie ma co liczyć. Tym niemniej można znowu dotrzeć do materiałów satelitarnych i po odpowiednim powiększeniu poddać przynajmniej wizualnej analizie szczątki składowane w Smoleńsku.

Ważnym materiałem mogą być bilingi rozmów (ew. sms-y/maile) 1) pasażerów tupolewa, 2) osób z rządu odpowiedzialnych za przygotowywanie przelotu oraz 3) najważniejszych osób w państwie po katastrofie. W sytuacji, w której prokuratura nie chce przesłuchiwać premiera ani „prezydenta-elekta”, przynajmniej drogą okrężną można być ustalić tło decyzyjne związane z działaniami w chwili nadzwyczajnego, tragicznego wydarzenia w dziejach powojennej Polski, tj. śmiercią istotnej części polskiej elity z Prezydentem na czele.

19 lip 2010

Skrzydło

Na stronie Smolensk2010 zwrócono uwagę, że to, co uchodzi za skrzydło tupolewa pozostawione przez niego po uderzeniu w brzozę, skrzydłem tupolewa nie jest. Gdyby okazało się to prawdą, to mielibyśmy pierwszy poważny dowód na to, że 10 kwietnia dokonano przestępstwa, a następnie fałszerstwa na światową skalę. Jeśli ten kawałek jest fragmentem innego samolotu, to świadczyłoby to, że przed smoleńskim lotniskiem doszło do jakiejś kolizji, tzn., że równocześnie z polskim tupolewem rozbiła się inna, lekka maszyna (może np. zdolna do akrobacji lotniczych). Ta ostatnia nie musiała być pilotowana, lecz zdalnie sterowana. To, czy zderzyła się z polską, czy tylko zajmowała się elegancką "ścinką" drzew i została zniszczona, by potem specjaliści ze służb mogli uruchomić "analizę" toru lotu "koszącego masyw leśny tupolewa" - to rzecz jeszcze do ustalenia. (Pomocne tu byłyby ślady pozostawione na drzewach (resztki lakieru), aczkolwiek, z tego, co słyszeliśmy wiele z tych drzew po prostu ścięto po katastrofie).

Na istnienie takiej maszyny wskazywać mogą wspomniane przeze mnie zdjęcia (linki poniżej), a poza tym relacja/e Wiśniewskiego, której/których analizą też się już wielokrotnie zajmowano (http://kisiel.salon24.pl/182180,relacja-wisniewskiego-analiza-watpliwosci ) oraz - na co też zwracano uwagę w blogosferze - nietypowa, nadmierna ilość kół na pobojowisku. Wiśniewski, przypomnę, w pierwszych swych wypowiedziach mówił o "innym silniku", o schodzeniu lewym skrzydłem nisko, tratowaniu czegoś, dwóch błyskach ognia itd., ale też o wybuchu, jakby to uległa zniszczeniu inna maszyna: "ja myślałem, że to jakiś mały samolot" (ok. 3:09 materiału przytaczanego przez Kisiela).

Co ciekawsze, to dziwne skrzydło usytuowane jest przy "rekonstrukcji wraku" wcale nie jako feralne lewe skrzydło tupolewa, którego oderwanie po zderzeniu z brzozą miało być jedną z bezpośrednich przyczyn katastrofy (http://www.samoloty.pl/index.php/artykuly-lotnicze/4986-katastrofa-rzadowego-tupovlewa ), lecz jako prawy statecznik poziomy - kształtem odróżniający się zresztą od lewego (pokazanego z tego co pamiętam, na filmie Wiśniewskiego). Oczywiście, by ostatecznie rozstrzygnąć tę sprawę, należałoby poddać analizie tę część samolotu, ustalenie jednak, czy należy do tupolewa, czy nie - nie powinno być szczególnie trudne ze względu na różnice konstrukcyjne. Poza tym, jeśli faktycznie była tam druga maszyna, to jej szczątki muszą być wymieszane z tymi pochodzącymi z tupolewa, czego wykrycie też nie powinno być skomplikowane.

Pozostawałoby pytanie, dlaczego Rosjanie tego skrzydła nie zniszczyli? Zapewne dlatego, że pełniło ono rolę wizualnego "dowodu" katastrofy, wszak już od pierwszych chwil po niejmówiono o tym, że tupolew zahaczył skrzydłem o drzewo i dlatego doszło do tragedii (http://www.fakt.pl/Ostatnia-godzina-lotu-polskiego-tupolewa,artykuly,68969,1.html ). Mówiono tak podkreślmy, zanim zaczęto w ogóle badać przebieg wszystkich wydarzeń z 10 kwietnia.



http://www.codoh.com/trials/trikatyn.html komisja Burdenki, fabrykowanie dowodów w śledztwie (klasyka fałszowania i dezinformowania; zebrano blisko 100 świadków zeznających, że zbrodni katyńskiej dokonali Niemcy)
http://grypa666.files.wordpress.com/2010/04/a.jpeg zdjęcie tupolewa od dołu
http://www.plastikowe.pl/galerie/tu-154m inne zdjęcia tupolewa
http://mariuszfryckowski.files.wordpress.com/2010/04/tu-154.jpg schemat tupolewa
http://ndb2010.files.wordpress.com/2010/05/budowa-prezydenckiego-samolotu-tupolew-tu-154.jpg budowa tupolewa
http://m.onet.pl/_m/3c382896ee65207a83a9af7c564f02c0,0,1.jpg umiejscowienie "skrzydła"
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80625,7967929,Nowa_analiza_smolenskiego_blogera__Tu_154_schodzil.html Amielin jako wybawca "analityków" salonu
http://fakty.interia.pl/raport/lech-kaczynski-nie-zyje/galerie/prezydent-rp-lech-kaczynski-nie-zyje/wrak-tupolewa-na-lotnisku-w-smolensku/zdjecie/duze,1244933,2,980 zdjęcie jednego ze stateczników poziomych
http://www.allboutaircraft.com/yak%2018t%20info.htm yak18 T produkowany kiedyś w Smoleńsku, służacy do akrobacji
http://www.airliners.net/photo/Yakovlev-Yak-18T/1651159/&sid=e9c40bae8467db697d379da38e40794f yak-18T
http://smolensk2010.cba.pl/dziwna_katastrofa/goscinne_skrzydlo/ nadprogramowe skrzydło, strzeżone przez ros. służby - usytuowane obok wraka jako jeden ze stateczników
http://el.ohido.siluro.salon24.pl/208673,ciekawe-wnioski-ciekawe-dyskusje#comment_2962003 - komentator arturb o dziwnym skrzydle - na blogu El Ohiro Siluro
http://www.rmf24.pl/raport-lech-kaczynski-nie-zyje-2/kaczynski-fakty/news-wrak-tupolewa-jest-juz-na-lotnisku-w-smolensku-zobacz,nId,272994 film pokazujący wrak (także to, co jest tam złożone jako prawy poziomy statecznik)
http://wyborcza.pl/51,105743,7755329.html?i=1 (zdjęcie pokazujące, że to nie jest ani statecznik, ani skrzydło tupolewa)
http://wyborcza.pl/51,105743,7755329.html?i=2 (i jeszcze inne zdjęcie)
http://lotniczapolska.pl/Tu-154M-nr-101,12746
http://samoloty.pl/index.php/rosja-zsrr-hobby-574/tupolev-tu-154-hobby-709

18 lip 2010

Smoleńsk w wersji dla idiotów

O tym, że Polska nie jest krajem ani normalnym, ani zachodnim, ani demokratycznym, ani nawet cywilizowanym, przekonaliśmy się, gdy doszło do smoleńskiej tragedii. Skandaliczne zachowanie „rządu”, uzurpatorskie działania gajowego, cenzura w polskojęzycznych mediach przy uporczywym lansowaniu przez nie (głosami „komentatorów” i „ekspertów”) rosyjskiej wersji wydarzeń już od pierwszych minut po ogłoszeniu wiadomości o katastrofie – to wszystko pamiętamy bardzo dokładnie, szczególnie że wiele z tych zachowań powraca do dziś. W takiej sytuacji ktoś, kto miałby możliwość błyskawicznego (jak na neopeerelowskie warunki) wydania książki na temat katastrofy z 10 kwietnia, mógł – korzystając choćby z przeobfitych materiałów z Sieci, sklecić dzieło od razu „klasyczne” i bestsellerowe. Taką okazję miał Piotr Kraśko, który nie tylko w Smoleńsku w dniu tragedii był, lecz także, jako znany telewizyjny dziennikarz, mógł dotrzeć do wielu świadków, a nawet uczestników tamtejszych zdarzeń. Jego książka zaś z hukiem była zapowiadana właśnie jako pierwsze dzieło na temat katastrofy, a więc poprzedzona była intensywną kampanią reklamową (zresztą miała patronat medialny TVP - pieniędzy na klakę nie brakowało).

Zabierając się za jej lekturę, łudziłem się, że może przedstawia ona jakieś kulisy wydarzeń, że autor szuka, węszy po jakichś zakamarkach, że przepytuje kogoś, drąży sprawę – tymczasem gdzie tam! Kraśko opowiada o straszliwych przeżyciach biegających jak spłoszone zwierzęta, polskich dziennikarzach, o ekscytujących relacjach medialnych, a następnie padłszy na klęczki, o niesamowitym pojednaniu warszawsko-moskiewskim. Pół zawartości książki stanowią zdjęcia – m.in. z miejsca katastrofy, ale przede wszystkim z uroczystości pogrzebowych. Są też oczywiście zdjęcia ofiar, ale też mnóstwo jest fotografii zagranicznych gazet, portali informacyjnych, no i oczywiście polityków (Putin figuruje na nich 7 razy).

Kraśko do tego stopnia wczuwa się w podniosłą atmosferę pojednania, że nawet przez chwilę nie zajmuje się – przypomnę: w książce dotyczącej największej tragedii polskiej po II wojnie - hipotezami dotyczącymi zamachu. Jedyna, doprawdy delikatna wzmianka, że coś może z tą katastrofą smoleńską było nie tak, brzmi następująco (s. 29):

„Tamtego dnia często powtarzano . To nie było dobre sformułowanie, bo tamte wydarzenia były zbrodnią, a to był tragiczny wypadek, ale grały emocje.”

Autor więc nawet pilnuje się, by przez ułamek sekundy nie popełnić zbrodniomyśli. Dodaje też zaraz nieco usprawiedliwiająco w stosunku do tych, którym się we łbach nieco pomieszało od nadmiaru emocji:

„Smoleńsk po prostu kojarzył się z wydarzeniami z czasów wojny. Wszyscy obecni koło miejsca tragedii dojechali z cmentarza polskich oficerów. Katyń był powodem naszego tu przyjazdu. Katyń był powodem przede wszystkim „ich” przyjazdu.”

Składnia zresztą godna uznania. Domyślamy się wprawdzie, że Kraśce nie chodziło o „przyjazd” polskich oficerów na katyński cmentarz, lecz delegacji prezydenckiej, aczkolwiek jasno powiedzieć tego mu się nie udało. No ale jeśliby ktoś chciał poznać jakieś wątpliwości dotyczące przyczyn katastrofy, to niestety, w książce ich nie ma, więc najwyraźniej i sam autor stwierdził, że nie warto było nimi się – choćby „z dziennikarskiego obowiązku”, jak to mawiają dziennikarze – zająć. Wot, zginął w niezwykle tajemniczych okolicznościach Prezydent z Małżonką, członkowie sztabu generalnego, wysocy urzędnicy państwowi, Prezydent Kaczorowski, Anna Walentynowicz... - zaś Kraśko powtarza jedynie za rosyjskimi władzami, że zawinili piloci. Innych pytań do rosyjskich władz, rzecz jasna, autor nie ma. No bo i o co tu pytać, nawet jeśli był na miejscu katastrofy i wiele mógł zobaczyć na własne oczy?

„Przy płocie i przy wozach strażackich było już pełno ludzi: strażacy, milicjanci, ci którzy pracowali albo mieszkali obok. Nie było jednak żadnej z naszych ekip, żadnej z naszych kamer. Wszyscy byli już albo w Katyniu, albo przy filharmonii w Smoleńsku, gdzie miał być później prezydent. Zobaczyłem reporterów z innych stacji, ale wszyscy wiedzieli to samo: - Samolot skrzydłem zawadził o drzewo.
Pewnie po wylądowaniu zjechał z pasa i w nie uderzył. (…)

Nic nie mówiąc do siebie zaczynamy biec. (…) Przed nami stoi zwarty kordon milicjantów, skutecznie powstrzymuje wszystkich, którzy chcą zobaczyć, co się stało. Gdybyśmy zatrzymali się i zaczęli przekonywać, by nas puścili, nic by z tego nie było. Marek [Czunkiewicz – przyp. F.Y.M.] jeszcze w biegu jeszcze w biegu krzyknął: - Ja się na nich rzucę, a wy biegnijcie dalej.
Nie bardzo wiedziałem, co miał na myśli, ale z Radkiem
[Sępem – przyp. F.Y.M.] po prostu przyśpieszyliśmy. Marek rzeczywiście rzucił się na milicjantów. Skoczył, przewrócił chyba trzech, w tym, jak się potem okazało, dwóch pułkowników.

W różnych miejscach świata widziałem przepychanki reporterów z policją i sam w nich brałem udział, ale pierwszy raz byłem świadkiem czegoś takiego. Chyba nawet Marek nie spodziewał się tego po sobie, a już na pewno nie przewidzieli tego milicjanci. Jednak nie mieli żalu [??? - przyp. F.Y.M.]. Przyznawali potem, że na naszym miejscu zrobiliby to samo (s. 8-10)”

Nasi bohaterowie dobiegają na odległość 100 metrów od wraku, gdzie zatrzymują ich już mniej spolegliwi od poprzednich milicjanci:

„Dostałem SMS-a od kogoś z redakcji Wiadomości: - Według naszego MSZ ekipy ratownicze próbują wydobywać pasażerów [! - przyp. F.Y.M.].

Krzyczeliśmy, że to polski samolot, tam są nasi ludzie, nasz prezydent, ale to nic nie dawało. Milicjanci obiecywali, że jak przyjdzie dowódca, to zdecyduje, czy można przepuścić nas dalej. - To nasza tragedia, a wy chcecie pytać naczelnika o zgodę? - krzyczała Basia Włodarczyk, wieloletnia korespondentka TVP w Moskwie, ze zdenerwowania tak głośno, że słyszeliśmy ją z bardzo daleka.

Co jakiś czas przebiegali obok oficerowie, ale wszyscy twierdzili, że to nie oni dowodzą. Przede wszystkim nie chcieli powiedzieć, co się stało. Jeden tylko odwrócił się i zupełnie spokojnie oznajmił: - Roztrzaskał się , kompletnie się roztrzaskał.

Przez drzewa widzieliśmy coś białego. Nie wiedzieliśmy jeszcze co. Byliśmy 100 metrów od miejsca katastrofy. Wciąż nie wierzyliśmy, że może być aż tyle ofiar. Myśleliśmy, że nawet jeśli się samolot rozbił, to większość ludzi się uratowała. Przecież to wielki samolot. Od lat narzekaliśmy, że to wstyd, by najważniejsi ludzie w państwie latali tak starą maszyną, ale chyba czuliśmy się w niej wyjątkowo bezpiecznie. Zawsze wierzyliśmy, że latają nią najlepsi piloci i gdy prezydent czy premier są na pokładzie, nic się nie może stać. Jeśli ten oficer miał rację, „roztrzaskał się” znaczy, że część samolotu jest zgnieciona, ale w kadłubie wciąż są ludzie przypięci pasami (s. 10-11).”

I jeszcze jeden istotny fragment:

„Przy szczątkach widzieliśmy wielu strażaków, milicjantów, ludzi z OMON-u, lecz nikogo w białych kitlach. Z boku stało pięć czy sześć karetek pogotowia, nikt jednak nie biegał z noszami. Wszystkie wozy ratownicze miały włączone sygnały, karetki nie. Dziwne. Nie szukają rannych. Zmroziło nas. Potem obaj mieliśmy podobne skojarzenia. Tak samo było 11 września po zamachu w Nowym Jorku. Lekarze i sanitariusze stali na Manhattanie przed szpitalami, czekając na rannych, ale ich nie było. Byli tylko ci, którzy zdążyli uciec, i ciała tych, którzy zginęli (s. 11).”

Niestety na tychże gorączkowych (ale już uładzonych, jeśli chodzi o portretowanie rosyjskich służb) relacjach kończy się najciekawsza część książki, potem są już tylko długie i nużące opowieści o dzielnych politykach zdających egzamin i o tygodniu żałoby – i właściwie z jednej strony pozostaje nam płakać po utracie tylu ważnych osobistości, ale z drugiej strony możemy płakać ze szczęścia, że doszło do Pojednania (przemowa Miedwiediewa odlatującego po pogrzebie Pary Prezydenckiej w Krakowie przywoływana jest w ostatnich akapitach arcydzieła Kraśki). Na prawdziwą, a nie propagandową książkę o zamachu w Smoleńsku musimy więc jeszcze poczekać. Chyba że będzie wolno jedynie pisać albo o „wypadku”, albo w ogóle.



Piotr Kraśko, „Smoleńsk. 10 kwietnia 2010”, Warszawa 2010.

17 lip 2010

Powrót do Smoleńska

Ja zwykle, gdy prowadzę w jakiejś trasie samochód, stwierdzam, że ilość paliwa maleje – ze „stenogramu” zmajstrowanego przez rosyjskich specjalistów, wiemy jednak, że samolotowi lecącemu do Smoleńska paliwa może przybywać w trakcie przelotu: 10:10:14,9 „Około 11 ton do lądowania” (drugi pilot), 10:18:24,7 „Mamy około 13-12,5 tony” (drugi pilot), 10:23:55,0 „Pozostało 11 ton” (kapitan), 10:33:25,1 „Aktualnie mamy 12 ton” (inżynier pokładowy) (http://bi.gazeta.pl/im/2/7961/m7961942.pdf).

Oczywiście, te nagłe skoki w ilości paliwa można tłumaczyć tankowaniem w powietrzu lub rozregulowanym wskaźnikiem – można też, co wydaje się bardziej prawdopodobne, tłumaczyć po prostu przeklejaniem (w trakcie montażu „materiału dowodowego”) nagranych wypowiedzi członków polskiej załogi z różnych chwil (jeśli nie z różnych lotów) – na co zresztą zwracało już uwagę kilku blogerów. Jest to zarazem ewidentny dowód fałszowania oficjalnych dokumentów dostarczanych Polsce przez Rosjan. Nie zmienia to jednak faktu, że Rosjanie traktują stenogramy jako całkowicie wiarygodne i nawet na ich podstawie przedstawiają w ruskiej telewizji symulacje (http://www.youtube.com/watch?v=XTG3jIMJkjk&feature=related wersja dla znających rosyjski). Jeśli bowiem kłamstwo czy dezinformacja służą wyjaśnieniu zbrodni, to dlaczego by z nich nie skorzystać?

Fakty (pierwsze z brzegu): niezebranie wszystkich szczątków samolotu (o ludzkich nie wspomnę), niezabezpieczenie miejsca katastrofy, zaginięcie sporej części specjalistycznego sprzętu, telefony o 8:19 i 8:20, zwlekanie Rosjan z przekazywaniem dokumentacji, nieuczestniczenie polskich specjalistów w sekcjach zwłok i badaniach DNA, nieubranie niektórych ofiar w rzeczy przesłane do pochówku przez rodziny, niepozwolenie na otwarcie trumien, uznanie filmu Koli za autentyczny, ale niezanalizowanie go (w przeciwieństwie do „analizy” ruskich stenogramów). Nie wiadomo jednak wciąż tak prostych kwestii jak ta, o której wystartował samolot ani o której „lądował” (http://el.ohido.siluro.salon24.pl/208673,ciekawe-wnioski-ciekawe-dyskusje). Ani tej, co dokładnie robił Ił przed „lądowaniem” tupolewa.

Oczywiście kwestii tych nie drąży nikt poza oszołomami z blogosfery, „NDz” oraz „GP”. Zastanawiam się więc, czy nie drąży się ich dlatego, że się uważa za nieistotne, czy też dlatego, że się je uważa za niezwykle ważne. Innymi słowy, czy nie wszczyna się dziennikarskich śledztw właśnie dlatego, że się wie, iż to był zamach (a więc dla względów bezpieczeństwa nie warto się pakować w niepotrzebne kłopoty – nikt chyba nie chciałby iść w ślady Sumlińskiego)? Jedyne śledztwa, jakimi się „dziennikarze” zajmują to te, które dowodzą wersji rosyjskiej (http://www.polskatimes.pl/fakty/kraj/282768,czy-pilot-powiedzial-patrzcie-jak-laduja-debesciaki,id,t.html). Czy oni zatem pobierają już pensje w rublach, czy też chcą je pobierać i dlatego tak się starają?


http://clouds.salon24.pl/207448,kilka-godzin-po-katastrofie-laduje-an-72-od-zachodu
http://smolensk-2010.pl/2010-07-08-andrzej-seremet-to-mogl-byc-zamach.html
http://www.niezalezna.pl/article/show/id/36687

System

31 marca, a więc na 10 dni przed śmiercią prof. Janusza Kurtyki w „Gazecie Polskiej”, ukazał się znakomity wywiad z Nim przeprowadzony przez Józefa Darskiego. Ten wywiad już wielokrotnie był pretekstem do wielu esejów, także moich, ale wciąż żywo staje mi przed oczami ta wymiana zdań z początku rozmowy, kiedy Darski mówi o „okresie przejściowego rozluźnienia kontroli myśli, potrzebnym, by system kłamstwa odzyskał równowagę i powrócił do stanu poprzedniego, z czym mamy teraz do czynienia” („Nowe Państwo” 4/2010).

Kurtyka odpowiada zaś nieco belferskim tonem :): „Pojęcie odnośmy jednak do okresu komunizmu. Teza o systemie kłamstwa kontrolującym obecnie myśli jest przesadna, zakłada bowiem funkcjonowanie dzisiaj sformalizowanej i agresywnej struktury posttotalitarnej. Wątpię, byśmy mieli do czynienia z alternatywnym rewersem oficjalnego państwa.”

Dziś, gdy patrzymy na to, co się od trzech miesięcy dzieje wokół tragedii smoleńskiej, jej ofiar, śledztwa dotyczącego przyczyn katastrofy (http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100717&typ=my&id=my11.txt), na postawy, jak to celnie określił Aleksander Ścios, wielu dziennikarskich kanalii oraz postawy ziejących jakąś patologiczną wprost nienawiścią ciemniaków, można, jak sądzę, z całkowitą precyzją i bez cienia jakiejkolwiek przesady mówić o działającym w Polsce systemie kłamstwa. Jedyne, co pozostało funkcjonariuszom tego systemu, to uruchomić wielopiętrowy, tj. obejmujący różne grupy zawodowe, mechanizm represji, tak by unieszkodliwić najbardziej aktywnych przeciwników systemu. Możemy tego się spodziewać dosłownie na dniach, skoro, jak pisze Ścios, UKE zajęło się „spisem powszechnym” użytkowników Sieci, który może bardzo ułatwić pracę bezpieczniakom bezskutecznie na przestrzeni ostatnich lat próbującym spacyfikować blogosferę i niezależne debaty publiczne.

Zanim więc dojdzie do sytuacji, w której uruchomione zostaną represje w stosunku do obywateli wyrażających swój sprzeciw wobec systemu kłamstwa, należy myśleć o konstruowaniu obiegu alternatywnego, powoływaniu wysp, które będą na potrzeby walki z neokomunizmem tworzyć archipelagi zwartej, antysystemowej opozycji. Zobaczmy, jak błyskawicznie kształt „wyzwolonej z komunizmu” Polski upodobnił się do peerelu, a dawny zamordyzm zastępowany jest nowym. Kto by pomyślał, że – dokładnie tak jak w załganej Polsce Ludowej – głównym zadaniem środowisk dziennikarskich będzie łganie w żywe oczy. Jest tak wiele mediów, a tyle w nich kłamstwa powtarzanego dzień w dzień z niesłabnącym uporem. Ludzi mówiących prawdę w świecie dziennikarskim można policzyć już na palcach i to nie wiem, czy obu rąk.

Wiemy z historii, że system kłamstwa potrafi być bardzo żywotny, potrafi długo funkcjonować, zwłaszcza jeśli wspierają go ościenne państwa, które w osłabianiu Polski widzą swój geopolityczny i ekonomiczny interes. Tym ostrzej więc należy z systemem kłamstwa walczyć.


http://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=719:tu-3-rp&catid=274:dzielnica-publicystow&Itemid=303
http://cogito.salon24.pl/208590,polska-za-zamknietymi-oczami

16 lip 2010

Milczenie nie jest złotem

Człek sobie robi medialną kwarantannę i naprawdę dobrze mu z tym, tak jak za poprzedniego peerelu, gdy zdrowiej się ludzie czuli nie korzystając peerelowskich mediów – aż nagle diabeł człowieka podkusi, wejdzie na stronę rp.pl, przeczyta tekst M. Magierowskiego i widzi, że niewierność prostym zasadom bardzo źle się kończy. Nie tak dawno zresztą prof. A. Dąbrówka nieco mnie mitygował, że „Rz” nie należy wylewać z kąpielą, tymczasem felieton Magierowskiego z powodzeniem mógłby się ukazać w „GW” czy „Przeglądzie”, że o „Tygodniku Powszechnym” czy komunistycznej „Polityce” nie wspomnę. Jeszcze chwila, a w swym doganianiu retoryki salonowej „Rz” prześcignie „GW”, tak jak to robi obecnie pewna gazeta na de z nowym naczelnym. Oczywiście to jeszcze nie ten poziom pluralizmu opinii, jaki panował za poprzedniego peerelu, gdzie wszystkie media mówiły jednym głosem dokładnie to samo, ubierając to w różne słowne ozdobniki, ale na pewno jesteśmy coraz bliżej tego komunistycznego ideału. Mam tylko nadzieję, że B. Wildstein z R. Ziemkiewiczem jeszcze zdążą uciec stamtąd, zanim ich ktoś życzliwy wyprosi.

Czytałem wywiad z J. Kaczyńskim w „GP” i przeżyłem coś zupełnie odmiennego niż Magierowski, który omal nie posiwiał po jego lekturze, według mnie bowiem prezes PiS-u i tak zachował się (nie tylko w tym wywiadzie, ale zwłaszcza w kampanii prezydenckiej) nad wyraz delikatnie i spokojnie wobec tego, co wyrabiał i wciąż wyrabia prorosyjski gabinet ciemniaków. Zdaniem Magierowskiego myślozbrodnią jest doszukiwanie się jakiejś winy w działaniach PO w odniesieniu do tragedii smoleńskiej. Gdyby coś takiego pisał Wroński, Żakowski czy inny Wołek z Paradowską czy Szostkiewiczem razem wzięci, to bym się nie dziwił, ale Magierowski? Czyż nie było wojen samolotowych i robienia na złość L. Kaczyńskiemu? Czy nie było karygodnych zaniedbań, jeśli chodzi o przygotowania do katyńskich uroczystości z udziałem Prezydenta? Czy wreszcie zabezpieczono przelot i zachowano się jak na normalne państwo przystało - po tak wielkiej katastrofie? Od paru miesięcy te kwestie są dla milionów Polaków oczywiste, ale akurat Magierowski dopiero teraz dostrzegł słonia w menażerii. Już sam fakt, że Komorowski dokonał przejęcia władzy zanim oficjalnie potwierdzono zgon Prezydenta, powinien świadczyć o tym, że rola PO w całej tej historii jest więcej niż podejrzana. Magierowski tego najwyraźniej nie dostrzega albo nie chce dostrzec.

Oburza go za to to, iż coraz głośniej ludzie PiS-u zaczynają mówić o całej sprawie „drugiego Katynia”, a także to, że komuś akcja usuwania krzyża kojarzy się z komunizmem (nie wiem, z czym innym mogłaby się kojarzyć – może z faszyzmem?). Najciekawsze jest jednak to, że Magierowski, jak jakiś dobry wujek z Czerskiej, tłumaczy nam i PiS-owi, Kaczyńskiemu w szczególności, że to właśnie milczenie wokół tragedii z 10 kwietnia pozwoliło uzyskać wysokie wyborcze notowania. To dopiero. Pytanie w takim razie, skąd się wzięli ci ludzie na ulicach manifestujący hołd zabitemu Prezydentowi i domagający się wyjaśnienia przyczyn katastrofy. Skąd się wzięli Solidarni 2010? Śmiem twierdzić, że zaszło coś dokładnie odwrotnego – to ulegnięcie strategii ciemniaków, którzy za wszelką cenę chcieli ugasić społeczny ogień wzburzenia i patriotycznego uniesienia, ogień, jaki zapłonął po tragedii, spowodowało, iż Kaczyński nie wygrał (tzn. nie uzyskał tak wielu głosów, by niemożliwe było dokonanie nocnego cudu nad urną).

Magierowski zatem przestrzega na zasadzie wyrażanej kiedyś przez Kwaśniewskiego mówiącego do Saby, „by nie iść tą drogą”. Innymi słowy, dalsze drążenie kwestii przyczyn katastrofy może tylko pogorszyć sytuację. Wygląda więc na to, że już nie tylko nie ma za bardzo czego wyjaśniać, jeśli chodzi o 10 kwietnia, ale przede wszystkim samo obstawanie przy wyjaśnianiu może spowodować drastyczne pogorszenie się wizerunku PiS-u w mediach. Problem tylko w tym, że ten wizerunek był zły i przed otwartym zajęciem się sprawą Smoleńska, jak i po, zaś tekst Magierowskiego znakomicie się w ten trend (ani tak, ani tak) wpisuje. Cokolwiek robi bowiem Kaczyński jest złe. To zresztą wiemy od wszystkich salonowców, bo nawet gdy brat zamordowanego w Smoleńsku Prezydenta milczał, to jego milczenie było złowrogie i straszne. Teraz jednak o tym, że wszystko, co robi Kaczyński jest złe, możemy wyczytać już na łamach „Rz”. OK.

Co w związku z tym wieszczy Magierowski? O, mniej więcej to, co prorokował z mównicy sejmowej Tusk przed katastrofą: jeśli się nie zmienicie, wyginiecie jak dinozaury. Trochę zresztą, pragnę Magierowskiemu przypomnieć, tych dinozaurów trzy miesiące temu wyginęło. Wspomnienia ich przywoływał (1 lipca) w poruszającym programie z udziałem m.in. p. Zuzanny Kurtyki, J. Pospieszalski. Klasę ludzi zabitych pod Smoleńskiem widać zresztą jeszcze wyraźniej na tle przepotwornych miernot, które mają obecnie absolutną władzę i pysznią się tym, jakby na nią wprost zasługiwali. Magierowskiemu nie przeszkadza zmowa milczenia i cenzura, jaka zapanowała wokół zamachu z 10 kwietnia. Przeciwnie, zdaje się on twierdzić, że to był najlepszy sposób na zajęcie się sprawą, choć dodaje, że trzeba „zadawać pytania i domagać się wyjaśnień”. Od kogóż więc tych wyjaśnień się domagać, jak nie od gabinetu ciemniaków? Komu stawiać pytania? Rosjanie już nam pokazali, jak wyjaśniają i jak odpowiadają na pytania. A może Kaczyńskiemu?

Magierowski powinien zorientować się już, że skoro prokuratura wojskowa uznała, że nie ma powodu do przesłuchiwania Tuska czy Komorowskiego, a to, co ci dwaj pożałowania godni politycy prezentowali ws. Smoleńska na konferencjach prasowych czy w publicznych wypowiedziach, warte jest najwyżej jakiegoś ponurego śmiechu – w związku z tym jednak stawianie pytań i domaganie się wyjaśnień w mediach, które jeszcze nie podlegają cenzurze, jest jak najbardziej na miejscu. Publicysta „Rz” ubolewa nad niemal pewną utratą wiarygodności przez Kaczyńskiego, ponieważ nikt już nie uwierzy w jakąś jego przemianę, a poza tym szef PiS-u chce „wdeptać wroga w ziemię”. Magierowskiemu wypadałoby więc przypomnieć, że jak na razie, to wdeptano w ziemię blisko sto wybitnych osób z Parą Prezydencką na czele, zaś gabinet ciemniaków nie tylko temu nie zapobiegł, ale sprawia wrażenie, jakby ta tragedia kompletnie go nie obchodziła.

Niech więc Magierowski przemyśli sobie znaczenie słowa „wróg”. Ja natomiast na tym jego felietonie kończę lekturę jego tekstów. Never again, jak mówi ze śmiechem E. Clapton po jednej z piosenek na koncercie „Unplugged”.


http://blog.rp.pl/magierowski/2010/07/14/od-„przyjaciol-rosjan”-do-„ruskiej-trumny”/

14 lip 2010

Nareszcie księża patrioci


Ledwie człowiek pobożnie westchnie, by w sprawie krzyża postawionego przez harcerzy po katastrofie smoleńskiej odezwali się jacyś dzielni księża patrioci, a tu już są i mówią, a jakże (wspomina o nich ks. T. Isakowicz-Zaleski). Nie wiem, czy nawet doba upłynęła od mojego westchnienia – Pan Bóg jednak wysłuchuje nawet takich jak ja grzeszników. W obliczu powstającego ruchu nowych księży patriotów można jedynie wpaść w niekłamany podziw, że z taką pieczołowitością odtwarzany jest system komunistyczny w Polsce.

Jeszcze chwila, a przy boku gajowego ukonstytuuje się nowa Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego (niektórzy jej członkowie nadal szurają po tej ziemi, ale jest wielu innych ekspertów z ludowych służb mundurowych), a może i nowy PRON? Szefem tego ostatniego powinien bezwzględnie zostać A. Wajda, a jego zastępcą A. Szostkiewicz, choć do komitetu założycielskiego powinni się zgłosić wszyscy ci patrioci polscy, którzy rękami i nogami się zapierali, by - rzecz jasna dla dobra Polski - pary prezydenckiej nie chować na Wawelu. A co z nowym Związkiem Młodzieży Polskiej? Szefem byłby oczywiście S. Sierakowski – człek już może nie taki młody, ale przecież jeszcze nie taki znowu stary (mimo że między przedstawicielami starszego pokolenia go sadzają, by neoleninowską mądrość szerzył, ilekroć coś ważnego w mediach reżimowych trzeba skomentować), a do komitetu założycielskiego włączyłoby się wiecznie młodego K. Skibę, K. Wojewódzkiego i Sz. Majewskiego, patronat honorowy objęliby W. Waglewski wraz z Z. Hołdysem oraz Kora, jako ci, co w peerelu z niejednego pieca chleb jedli, zaś patronat arcyhonorowy J. Owsiak i K. Daukszewicz.

Wróćmy jednak do księży patriotów. Ktoś mógłby się burzyć, że jak to: księża przeciw krzyżowi postawionemu przez polskich harcerzy z prośbą, by należycie upamiętniono ofiary katastrofy smoleńskiej. Nic bardziej błędnego – wsio w pariadkie. Właśnie ruch księży patriotów za „Polski Ludowej” pokazał, gdzie i jakie krzyże należy stawiać. Nieznającym historii wyjaśnię, że właściwe miejsce krzyża było przy portretach J. Stalina i B. Bieruta. Problem jednak w tym, że dziś ani Soso, ani jego wiernego ucznia, Bieruta, nie ma. Warto jednak zauważyć, że jest za to wielka i oby jak najdłuższa przyjaźń warszawsko-moskiewska, no i że mamy prorosyjskiego prezydenta-elekta oraz żałującego rozpadu ZSSR, W. Putina, o którym można powiedzieć, analogicznie do pewnej reklamowej frazy, że jest to „probably the best tzar in the world”.

Historia, jak widzimy, powtarza się i to w coraz ciekawszych odsłonach, a ludzie wydawałoby się swego czasu, stojący po innej stronie barykady, dołączają w podskokach i z uśmiechem na ustach do zamordystów. Skoro więc tyle jest analogii między tym, co było w „Polsce Ludowej”, a tym, co dzieje się teraz, to przypomnijmy, że kiedyś w Nowej Hucie (której czerwoni nie pozwolili odwiedzić Janowi Pawłowi II w czasie Jego pierwszej pielgrzymki do ojczyzny w 1979 r. (http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TH/THW/wojtyla_nhuta.html), był w pobliskiej Mogile w Opactwie Cystersów (http://www.mogila.cystersi.pl/index.php?option=com_content&view=category&layout=blog&id=48&Itemid=150)) ludzie toczyli walkę o krzyż (http://www1.dziennik.krakow.pl/ipn/nowa_huta_miasto_pracy_i_walki/html/wystawa.html). W neokomunizmie najwyraźniej znowu trzeba będzie podobne walki stoczyć. Z nowymi zamordystami.

Powiada się: stat crux dum volvitur orbis, ale chciałoby się, by wraz z tym kręceniem się ziemi, trochę dziadów z niej pospadało. Ziemia jednak łaskawa, jak papier. A Pan Bóg nierychliwy.

http://www.niezalezna.pl/article/show/id/36563

13 lip 2010

Do kasacji

Nic dziwnego, że polska prokuratura wojskowa nie widzi powodu, by przesłuchać premiera Tuska i „wiki-prezydenta-elekta” w związku ze śledztwem ws. katastrofy smoleńskiej, ponieważ ani jeden, ani drugi nie lecieli tupolewem 10 kwietnia 2010 r., a w związku z tym nie mogli tej katastrofy spowodować (tym bardziej dokładnie obejrzeć jej przebieg). Byli wprawdzie w Katyniu parę dni wcześniej, ale co to może mieć do rzeczy? Cóż więc na temat katastrofy mieliby do powiedzenia, skoro i tak wszystko co najistotniejsze pokazano w rosyjskiej telewizji? Dziwię się, że w sytuacji, w której już niemal wszystko zostało też wyjaśnione przez MAK, ktoś jeszcze chce jakieś śledztwo prowadzić – zwłaszcza że nastało 500 dni spokoju.

Nie znaczy to oczywiście, że żadnych poważnych śledztw nie należy wszczynać. Trzeba nareszcie zacząć ścigać choćby tych wszystkich mitomanów i paranoików, co zwęszyli spisek czy zamach i zamiast wziąć się do kładzenia tysiąca autostrad lub przynajmniej niekomercyjnych szpitali, plują dalej na polsko-kremlowskie pojednanie i szczekają na gabinet ciemniaków. Niechby te wściekłe psy chociaż odbudowały ten most na Popradzie, który zerwała powódź, co tyle razy z jakąś szewską pasją pokazywała „przyjazna telewizja” (chociaż może między Nowym a Starym Sączem już nie jest most potrzebny?), niechby trochę dróg naprawiły albo obniżyły ceny paliw – a tu nic, tylko jątrzą i podgrzewają atmosferę.

Jeśli zaś chodzi o ten słynny filmik z lokomotywą, to w Rosji znaleziono już tyle osób, które przyznają się do jego autorstwa, że na pewno któraś z nich musiała go nakręcić, zwłaszcza że dość zgodnie opowiadają one, iż nie widziały nic z tego, co na nim widać, a słyszały jeszcze mniej niż na nim słychać – tak widocznie zajęte były pracą operatorską. W razie czego można oddać filmik do jakiegoś laboratorium fonoskopijnego przy ul. Czerskiej, tam bowiem laborantów jest od groma - istnieją bowiem podejrzenia, że polskie głosy, które się nagrały (typu „Uspokój się”), to wypowiedzi gen. Błasika i prezydenta Kaczyńskiego, którzy tak zwracali się do pilota niechcącego lądować w ciężkich warunkach pogodowych. Głosy te słychać na filmie po prostu dlatego, że w wyniku katastrofy samoczynnie uruchomiła się czarna skrzynka, tak jak włącza się stara pozytywka czy zakurzony patefon w domach, w których straszy.

Myśląc więc o kasacji śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej, trzeba rozwiązać tylko kwestię rodzin ofiar, bo w tym środowisku wciąż pełno niezadowolonych, którzy nie wiedzą chyba, jak się zachować w czasach 500 dni spokoju. Są wprawdzie metody wykorzystane kiedyś przez Rosję wyzwolicielkę, która czyściła pewne tereny z opornej ludności cywilnej urządzając jej bezpłatne wycieczki na Syberię, ale przy obecnym deficycie na kolei ten pomysł mógłby nie wypalić. Od czego jednak są przyjaciele – szczególnie ci, do których z uśmiechem zwracał się w ich języku min. Graś na konferencji prasowej? Kto wie, jaka dziś jest sytuacja na Syberii – podobno Chiny tam zaczynają gospodarować na potęgę, więc czemu by i nie Polacy znowu nie pogospodarowali?

Wielu wyborców prezydenta-elekta mówi czasem ze łzami w oczach „nie ma jak za komuny”, tak jakby coś bezpowrotnie odeszło. No więc spieszę poinformować, że macie teraz taką komunę, o jakiej nawet nie marzyliście. I bądźcie tak szczęśliwi, jak Wajda, który teraz, miejmy nadzieję, nakręci z Kutzem „Pokolenie 2”, bo znowu hydra reakcji podniesie głowę. A gdy głowa zostanie odcięta, to wielki reżyser zrobi monumentalne dzieło pt. „Człowiek z WSI”. Będzie to opowieść o dzielnym oficerze prowadzącym, który wyprowadził wielu błądzących artystów, polityków, dziennikarzy i naukowców na prostą drogę pieriestrojki trwającej do dziś.

http://www.rmf24.pl/raport-lech-kaczynski-nie-zyje-2/kaczynski-fakty/news-wniosek-rodzin-ofiar-katastrofy-odrzucony,nId,288041ofiar-katastrofy-odrzucony,nId,288041
http://www.niezalezna.pl/article/show/id/36521

5 lip 2010

Gdy "wygrywa demokracja"

Jak tam liczono te głosy, tak liczono, grunt, że w końcu policzono je tak, że „polska demokracja wygrała”. Teraz więc, gdy ciemniacy mają władzę absolutną, powinniśmy się spodziewać generalnego sprzątania w przestrzeni publicznej, a więc przede wszystkim pacyfikacji blogosfery, no bo nic tak nie buduje, jak zgoda. Czy akcja pacyfikacyjna będzie poprzez „przypadkowe awarie”, czy nękanie za pomocą „życzliwych” instytucji, to już nieistotny drobiazg.

Po II turze wyborów, kiedy to zobaczyliśmy, kto jest kim i po której stronie, Polsce pozostaje już tylko wariant grecki jako, by tak rzec, optymistyczny scenariusz. Ci z obywateli, którzy w pełni świadomie – po tragedii smoleńskiej, majowo-czerwcowej powodzi i po trzech latach kompromitujących, aferalnych rządów ciemniaków – ponownie na tychże ciemniaków zagłosowali, muszą po prostu dostać lekcję surwiwalu w sytuacji ekonomicznego załamania się państwa. Jeśli ich osobiście kryzys nie uderzy po kieszeniach, po budżetach domowych, to najwyraźniej nie pojmą na czym polega wspólnota – już nie narodowa, bo przecież tej oni właśnie nie czują, ale po prostu wspólnota losów na jednym terytorium należącym do jednego państwa. Polska dla nich nie jest najważniejsza, czemu dali wymowny wyraz. Najważniejsza jest dyktatura ciemniaków – bez względu na to, czy ciemniacy cokolwiek robią, czy nie. A może ze względu na to, że właśnie nic sensownego i pożytecznego dla kraju nie robią? Może tak należy rozumieć „ideowe zaangażowanie” ich sympatyków?

Chyba za bardzo się łudziliśmy, że metodami legalnymi, pokojowymi można doprowadzić do przełomu w Polsce. Po 21 latach transformacji komunizmu w neokomunizm czerwono-różowa nomenklatura, której zjednoczenie widzieliśmy w czasie kampanii prezydenckiej bardzo wyraźnie, nie mogła przecież nagle dobrowolnie posunąć się do „oddania władzy”. Korowód ponurych postaci od sędziwego Jaruzela i sędziwego wujka Tadka, poprzez Urbana i Bartoszewskiego, Cimoszewicza i Kwaśniewskiego, Tyma i Hołdysa, Dukaczewskiego i Miecugowa, po Owsiaka i Michnika – był najlepszą ilustracją tego, dokąd zabrnęło polskie państwo i w jakiej jest kondycji. Zresztą przedsmak tego zjednoczenia nad grobami mieliśmy w okolicach 9 maja 2010 r., gdy na ziemi smoleńskiej stanęli obok siebie gajowy, Jaruzel i Wajda.

Najokropniejsze jest to, że powtórzony został scenariusz z 2007 r. i możemy być pewni, że za chwilę nikt nie będzie wymagał od gajowego, by cokolwiek z tych rzucanych na wiatr słów, tych podwyżek płac niemalże dla wszystkich i ulg dla wszystkich, wzrostu, autostrad, dobrobytu nie z tej ziemi, było realizowane. Nie temu miała zresztą służyć ta żniwna kampania. Miała ona skonsolidować nomenklaturę i zapobiec jakimkolwiek zmianom. Usłyszymy więc, dokładnie tak samo, jak za rządów Tuska, gdy mityczna Irlandia 2 oraz cud gospodarczy zaczęły się oddalać, a nie przybliżać, że tak naprawdę wielu rzeczy się jeszcze nie da, poza tym jest światowa dekoniunktura, a przede wszystkim, trzeba się uzbroić w cierpliwość. W takiej sytuacji jedynym zadaniem ciemniaków będzie doprowadzić do sytuacji, w której głosy sprzeciwu nie będą tak słyszalne jak do tej pory. Zadaniem PiS-u i innych ugrupowań będzie wyraźne artykułowanie tego sprzeciwu, zwłaszcza że władza absolutna ciemniaków na pewno nie będzie sprzyjać rozwikłaniu sprawy przyczyn smoleńskiej katastrofy. Wspominałem zresztą w komentarzu dla „GP” po pierwszej turze wyborów, że jeśli 10 kwietnia nie stanie się głównym tematem kampanii J. Kaczyńskiego w II turze, to szef PiS-u może przegrać. Tak się właśnie stało. Nie popadałbym więc w taki optymizm i samozadowolenie, jak dr Migalski i „młode pokolenie PiS-u” (http://www.rmf24.pl/raport-wybory-2010/wyboryprezydenckie2010najnowszefakty/news-migalski-w-2015-jaroslaw-kaczynski-ponownie-wystartuje,nId,286875), jestem bowiem przekonany, że ta kampania była do wygrania i to z hukiem, a więc w taki sposób, że nie byłoby wątpliwości, kto obejmuje prezydenturę.

Kampania delikatna i łagodna była dobra w I turze, w II natomiast należało wrócić do wyrazistego, jednoznacznego przekazu i nawiązać do największej tragedii polskiej po wojnie – nie ze względu na to, że w katastrofie zginął Prezydent, lecz na to, że zginęło tam w bardzo mrocznych okolicznościach tylu wartościowych Polaków z naszej elity. Na początku swojej kampanii premier Kaczyński całkiem słusznie powiedział, że nasz kraj potrzebuje nowej Solidarności. Być może więc, że znów musimy się spotkać na ulicach.

Szampan Jaruzela, Dukaczewskiego i Grasia

Pijcie panowie, bo taka okazja się nie powtórzy. Nigdy. Gdzie jest Piotr Kraśko w czerwonym krawacie, gdzie są eksperci? Gdzie są ci od winszowania „Bronkowi”? Gdzie „pierwsza dama”, którą Kolenda przepytywała na okoliczność, co zrobi, gdy zostanie pierwszą damą (nagrałem sobie na pamiątkę)? Gdzie spece od wróżenia z fusów? Gdzie ankieterzy i ankieterki? Gdzie relacje na żywo? Gdzie te wszystkie gęby pełne frazesów? Gdzie zwycięstwo demokracji?
Gdzie Paweł Lisicki, znawca problemów, mówiący o święcie demokracji w swoim telewizyjnym komentarzu na rp.pl (nagrałem sobie na pamiątkę)? Gdzie Sierakowski i Niesiołowski (nie nagrywam tych ludzi)? Gdzie Palikot ze swoją wesołą zgrają? Bracia, gdzie jesteście? Gdzie Graś i Ciotka-Klotka? Gdzie bukiety i fanfary? Gdzie Monika Olejnik – znawczyni wszystkiego? Gdzie wy wszyscy specjaliści od prorokowania, którzy z propagandy żyjecie i propagandą jedynie oddychacie? Czy wy macie jakiekolwiek pojęcie o Polsce i Polakach? Śpicie?

Gdzie ta sondażownia, co przed II turą mówiła o wieloprocentowym zwycięstwie gajowego? Gdzie Schetyna z roześmianą michą? Mam nadzieję, że przynajmniej zdajecie sobie sprawę z jednego: ze skandalu porównywalnego z komunistycznymi fałszerstwami wyborów. Odtrąbiliście zwycięstwo temu, który przegrał, ludzie. Odtrąbiliście to, by cały świat o tym się dowiedział. Odtrąbiliście to, co nie zaszło.

Teraz wypadałoby milczeć, ale nie zamilkniecie, bo to nie w waszym stylu. Zapewniam was jednak, że Polska też już nie zamilknie. Będzie mówić coraz głośniej i coraz śmielej. A Bronkowi można powiedzieć to samo, co Donkowi w 2005 r. - nadal jesteś królem sondaży.

http://www.rmf24.pl/raport-wybory-2010/wyboryprezydenckie2010najnowszefakty/news-napieralski-bede-pilnowal-komorowskiego,nId,286855
http://blog.rp.pl/lisicki/2010/07/04/polityczny-przelom-w-polsce/
http://www.rp.pl/artykul/503603.html („Bro-nek! Bro-nek!”)

3 lip 2010

Idea placement

Ileż to ludzie muszą się napracować, by starej, ale wciąż jarej indoktrynacji ponadawać jakieś nowo- i niewinnie, a nawet wyjątkowo fachowo brzmiące imiona, jak np. „idea placement”. Tak jak umieszczanie rozmaitych towarów należących do „sponsorów” czy „patronów medialnych” służy rozmaitym produkcjom filmowym czy rozrywkowym do promowania określonych marek, dóbr czy usług – tak zbawienne, ideologiczne pomysły na lepszy świat, pakowane są do seriali, filmów, słuchowisk, „prasy lub czasopism”, literatury sowicie nagradzanej i obcmokiwanej przez salon, że o zwykłych „publicystycznych programach” z rozmaitymi znawcami od siedmiu boleści, nie wspomnę. Tak np. postąpił zimą tego roku MEN pod przewodem przewybitnej (kto wie, czy nie najwybitniejszej od czasów komunistycznej reformy szkolnictwa w „Polsce Ludowej”) minister K. Hall, wykładając ponad pół miliona złotych na to, by bohaterowie najpopularniejszych seriali emitowanych przez TVP, spontanicznie zachwalali posyłanie pięciolatków do szkół. Pomysł z 5-latkami może idiotyczny i oprotestowany przez rodziców oraz nauczycieli – nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by z tym większym biurokratycznym uporem, rzecz jasna, za pieniądze podatników, go forsować.

Ktoś powie, no bo i cóż złego w indoktrynacji? Oczywiście, że nic, dlatego wiodąca w krzewieniu politycznej poprawności Czerska Brigade nie ustaje i od 21 lat tłucze wielu ludziom do głowy najbardziej postępowe, jakie można tylko z neomarksizmu zaczerpnąć, treści – sama bowiem będąc Instytucją, stanowi jednocześnie awangardę nowego proletariatu, a jej funkcjonariusze w koszulkach liderów, pędzą już nie w przemarszu, ale sprincie „przez instytucje”. Indoktrynacja jednak ma to do siebie, że okazuje się skuteczna wyłącznie w warunkach monopolu medialnego.

Rzecz jasna, Polska, jako twór neokomunistyczny, bliska jest ideału takiego na nowo zmonopolizowanego (pod czujnym i czułym okiem ludzi oświeconych oraz dojrzałych do demokracji) raju na ziemi, gdzie pewnych pytań się już nie stawia, bo wszelkie wątpliwości rozwiewa jakaś czerwona książeczka czy inny podręcznik dla inteligencji pracującej, no ale jak na razie tego ideału nie udało się osiągnąć, bo na tym ponurym świecie rozsiane są oddziały partyzantki elektronicznej, które znienacka i zza węgła strzelają treściami, których nie usankcjonowało żadne zdrowe politbiuro, podkładają brudne bomby jeszcze brudniejszych idei i w ogóle pakują złe pomysły w niewłaściwe miejsca, czyli właśnie do ludzkich głów. Już niby wszystko było po Bożemu, czyli oświeceni wychowywali światłych obywateli, tak by ci dojrzeli w końcu do demokracji, a tu wyłazi z jakichś kanałów jakaś czerń i deklasuje oświeconych.

Skala tego partyzanckiego niebezpieczeństwa narasta, o czym mogliśmy się przekonać z wielu coraz bardziej panicznych wypowiedzi „autorytetów” (część z nich przywołał wczoraj tad9 (http://perlyprzedwieprze.salon24.pl/202875,sukces-zaplecza)), które nie wyobrażają sobie, by ktoś strącił ich z pomników, jakie sobie przez te 21 lat wystawili i zawiózł do Kozłówki. Skoro zaś coraz głośniej się brygadziści od „idea placementu” burzą na buszowanie w Sieci, to znaczy, że już dłużej elektronicznej partyzantki przemilczać nie mogą. Rzecz jest o tyle ciekawa, że brygadziści mają telewizje, radiostacje, gazety, pisma kolorowe, firmy takie i owakie, słowem kokosy robią niesamowite, a tu jakieś polne myszy im w spichlerzu przeszkadzają. Tak więc sobie myślę, że może ten ich domek z kart wcale nie jest taki trudny do rozwalenia?

http://www.rp.pl/artykul/17,434522_Ludzie_ufaja__serialom_bardziej_niz_ministrowi.html

2 lip 2010

Punkt zero

Tusk z Komorowskim nie mają moralnego prawa do rządzenia Polską. Pozbawili się go 10 kwietnia 2010 r., oddając śledztwo Rosji i pozostawiając nasze państwo samopas w chwili tragedii, która powinna była pokazać, że Polska nie jest krajem z przetrąconym kręgosłupem. Nie zdobyli się ani na przeprosiny za parę lat lżenia Prezydenta, ani na odwagę, by przeciwstawić się moskiewskiej samowoli na miejscu katastrofy i dezinformacji w polskojęzycznych mediach, a poza tym wykorzystali sytuację tragedii do brania politycznego łupu. Tchórzliwa postawa wobec Kremla oraz całkowita izolacja od polskiego społeczeństwa kompromitują tych ludzi na zawsze. Nie sądzę, by cokolwiek kiedykolwiek mogło tę hańbę z tych polityków zmyć, zwłaszcza że oni sami do takiego oczyszczenia wcale nie dążą. Jestem pewien więc, że do podręczników historii wejdą oni właśnie jako ci, którzy w dniu największej polskiej tragedii powojennej zachowali się haniebnie.

A przecież mogli wszystko wygrać. Mogli nagle okazać się prawdziwymi mężami stanu. Mogli zwrócić się do natowskich sojuszników, mogli wnioskować o powołanie międzynarodowej komisji śledczej, mogli wreszcie z marszu ogłosić, że polskie władze przede wszystkim podejrzewają zamach na Prezydenta i polską delegację, i w związku z tym będzie prowadzone śledztwo, które ewentualnie tę hipotezę wykluczy. Tak stawiając sprawę, mieliby pełne poparcie społeczne i dowiedliby, że są właściwymi ludźmi na właściwych stanowiskach. No ale oczywiście mówię w tym miejscu o rzeczach niemożliwych - Tusk i Komorowski nie są i nie byli zdolni do takich postaw. Dlatego też powinni jak najszybciej odejść jako ludzie skompromitowani, niewiarygodni, niegodni miana polskich polityków. Odejść wraz ze skompromitowanym Janickim, Klichami, Arabskim, Sikorskim, Grasiem i całą tą potworną hałastrą, która swoją butą urąga polskiemu poczuciu przyzwoitości.

J. Kaczyński ma rację, mówiąc - w odniesieniu do 10 kwietnia - o punkcie zerowym, który w pewnej mierze znosi dotychczasową polityczną rzeczywistość polską, a nawet niektóre podziały. Ja też uważam, że od 10 kwietnia należy liczyć losy nowej Polski, którą dopiero będziemy budować – nawet z ludźmi lewicy, jeśli będą do takiej budowy gotowi. Należy jednak pamiętać, iż smoleńska tragedia nie znosi wszystkiego tego, co stanowiło o patologiach i dysfunkcjonalności III RP - ta katastrofa nie przerwała przecież egzystencji sitw, agentury oraz mafii politycznej. Wobec tego sanacja państwa możliwa jest, owszem, na gruncie pewnego nowego otwarcia, ale też na gruncie pewnej dokładnej inwentaryzacji tego, co jest przestępczą pozostałością po peerelu i neopeerelu. Inwentaryzacji, a następnie poważnego rozliczenia. Ludzie lewicy mogą w tej inwentaryzacji być bardzo pomocni na zasadzie „koronnych świadków”; mogą wskazać mafiozów, tajne konta, pralnie brudnych pieniędzy, skorumpowanych urzędników, sędziów, naukowców etc. - wtedy odzyskają legitymację do legalnego funkcjonowania na scenie politycznej. Wierzę, że również premier Kaczyński tak pojmuje przełom, do którego chce swoją prezydenturą doprowadzić, skoro mówił tyle o fundamencie prawdy.

PS.
Szerzej o tym, co należy zrobić w ramach sanacji piszę w najnowszym „Nowym Państwie”, do którego lektury wszystkich zachęcam.