31 maj 2010

Szelesty i jęki

J. Potocka z Ruchu 10 Kwietnia powiedziała wczoraj w programie B. Wildsteina, że Rosja to to lotnisko smoleńskie – słabe państwo z silną władzą na Kremlu. Nie chciałbym, by to porównanie umknęło w debacie publicznej, gdyż jest niezwykle celne. Nawiasem mówiąc tak wiele ujawniło się ostatnio dzielnych kobiet (M. Wassermann, E. Kochanowska, B. Gosiewska, Z. Kurtyka itd.), iż wygląda na to, że tragedia smoleńska wyzwoliła nowe zupełnie pokłady odwagi w naszym społeczeństwie. I bardzo dobrze. Tego właśnie nam trzeba – niczego bowiem nie boją się zamordyści tak, jak odważnych obywateli, którzy są w stanie stawiać czynny opór zamordyzmowi. Widać ten strach zamordystów było szczególnie w reakcjach na „Solidarnych 2010” - nie daj Boże bowiem, by zwykli polscy obywatele zabierali głos w sprawach ogólnonarodowych i by ten głos był inny niż to, co sufluje Czerska czy bratnia komunistyczna spółdzielnia zwana „Polityką”.

A propos wsłuchiwania się w głos obywateli. Warto zwrócić uwagę na to, co będzie stanowiło gwóźdź do trumny D. Tuska, otóż polityk ten przez ostatnie lata był niezwykle wyczulony (zresztą wraz z całą swoją ciemniacką partią) na to, jakie są nastroje społeczne - tymczasem ani w dniu tragedii smoleńskiej, ani w następnych dniach nie był w stanie tym nastrojom sprostać. Pozwolił całą sprawą zająć się Kremlowi, tchórzliwie powtarzał wszystko to, co przekazywała Moskwa, nie chciał słyszeć o żadnym powoływaniu międzynarodowej komisji, zlekceważył zupełnie to, czego domagali się w olbrzymiej większości polscy obywatele - i głuchy pozostaje na protesty rodzin Ofiar. Nawet niedawny list rosyjskich dysydentów Tusk skwitował w typowym dla siebie, krotochwilnym stylu, że „nie będzie się formułowało zaleceń dotyczących działalności polskiego rządu”. Oczywiście, że „nie będzie się formułowało”, skoro już te zalecenia sformułowała grupa czekistów. Nie ma co dublować kompetencji. W tej przynajmniej materii premier jest konsekwentny i za to też będzie rozliczany, gdy padnie jego gabinet śmiechu.

Tusk jednak nie tylko w kwestii Smoleńska zwyczajnie stchórzył, wystraszył się posowieckiego kolosa, którego potęgę mogliśmy widzieć, oglądając nie tylko zdumiewające w swej nowoczesności wyposażenie lotniska Siewiernoje z budą przypominającą raczej skup butelek kryty siatką maskującą aniżeli wieżę kontrolną, tych strażaków ubranych w jakieś stroje z lat 60. (w najlepszym wypadku), ale i tych zaciągających się ruskimi papierochami tajniaków stojących na pobojowisku i gapiących się w dal. Tusk nie potrafił stanąć na wysokości zadania, gdy przyszła powódź (kto wie, czy nie nadchodzi jej kolejna fala) i zamiast natychmiast uruchomić wojsko, posyłając sprzęt i kilkadziesiąt tysięcy ludzi do pomocy zagrożonym miejscowościom, to najpierw twierdził (niedziela rozpoczynająca tydzień potopu), iż „to nie jest jeszcze katastrofa”, potem zaś z uporem powtarzał (a za nim tacy ponurzy mędrkowie jak Graś, że o gajowym w gumiokach nie wspomnę), że nie ma powodu, by ogłaszać stan klęski żywiołowej.

Takich rzeczy się nie zapomina i PO ma wielkie szanse, by spłynąć z wodami nie tylko do Bałtyku, ale i do niebytu takiego, w jakim wylądował AWS. Na tle tej całej klęski, jaką ponoszą i zarazem symbolizują ciemniacy, „pokojowa strategia” J. Kaczyńskiego okazała się tak skuteczna, że doprowadziła do białej gorączki frontmenów gerontokracji wspierającej gabinet ciemniaków i gajowego Jamajkę, ale wprawia w stany przedbiegunkowe samych czerwonych, którzy zaczynają trząść portkami tak głośno, iż sam zaczynam wierzyć, że nadchodzi Sturm und Drang (http://matejczyk.salon24.pl/188437,kaczor-klamie), jakiego Polska długo nie widziała. W przyrodzie, gdy zbliża się solidna burza, to nie tylko narasta szelest liści i traw, lecz zaczyna się niespokojne ganianie zwierzyny i odzywają się paniczne jęki. Nie miałbym nic przeciwko takiej potężnej nawałnicy, po której Polska będzie mogła nareszcie zacząć wydostawać się z bagna, w jakie ją wciągnęli czerwoni z różowymi.

30 maj 2010

Ludowa rewolucja technologiczna

Premierowi Pawlakowi coś się chyba pomyliło – wbrew pozorom, to że JK tak jak on kandyduje na najwyższy urząd w państwie, nie znaczy, że się do Pawlaka upodabnia, ten ostatni bowiem prowadzi, jak słusznie zauważył T. Skory z RMF-u, kampanię reklamową iPada, natomiast szef PiS-u kampanię prezydencką. Oczywiście, czuwająca nad polską praworządnością J. Pitera nie dostrzega słonia w menażerii i nie bada tak zdawałoby się ciekawej sprawy coraz nachalniejszego pod względem komercyjnym przekazu Pawlaka, ale to jest zrozumiałe, ponieważ legenda powiada, iż Temida widzi niewiele.

Różnic między Pawlakiem a JK dałoby się znaleźć więcej – ten pierwszy (w przeciwieństwie do tego drugiego) brał udział, jak sam to ujął, w gangsterskim chwycie, jaki zastosowano 4 czerwca 1992 r. i był to znakomity aktorski debiut na „polskiej scenie politycznej” (choć jak wiemy zaczęło się jeszcze w ZSL-u za późnego Jaruzela – to były czasy!), ze względu choćby na dobitną, hamletowską frazę „czyszczę sobie UOP”. Ponadto ten pierwszy brał udział w rządowych koalicjach z komunistami, w których „ludowcom” żyło się jak u Pana Boga za piecem, jeśli chodzi o możliwość konsumowania konfitur władzy. No i potem za kaczyzmu „tęczowa koalicja” oraz teraz gabinet ciemniaków, Irlandia 2, rewelacyjny kontrakt gazowy z Rosją. Żyć, nie umierać. Wprawdzie zielona wyspa pozostała wspomnieniem – nie tylko z tego względu, iż statek szaleńców nie zdołał do niej dopłynąć, ale i dopłynąć nie mógł, ponieważ program „by żyło się lepiej” dotyczył Mira, Zbycha i innych kumpli z ferajny, i niestety został ujawniony przed czasem przez mściwego M. Kamińskiego z dawnego CBA – no ale nic nie stoi na przeszkodzie, by przynajmniej włączyć się w rewolucję technologiczną, która przecież zmieniła cały świat. Nawet jeśli ta rewolucja znowu dotyczyć będzie nielicznych.

Chociaż, jak sobie tak teraz na gorąco myślę, to w ramach rozdawania środków zapomogowych powodzianom można by od razu wręczać iPady i w ten sposób, nieco na skróty, lecz jak skutecznie, zmieniać Polskę w drugą Koreę Południową. Do realizacji jednak takiego modernizującego tereny popowodziowe programu niezbędne byłyby wcześniej jakieś spore rządowe zamówienia u jednej firmy, tak by iPady można było w miarę szybko sprezentować. Potem by się, rzecz jasna, podpięło odpowiednie sieci, dałoby się zasięgi itd., grunt, że ludzie mieliby już coś konkretnego w ręku, a nie tylko te bidne 6 tysięcy złotych na otarcie łez, wieść gminna bowiem niesie, że jakieś horrendalne, biurokratyczne trudności piętrzą się przed tymi, co chcą uzyskać obiecywane przez premiera Tuska, stutysięczne odszkodowania. Jak się możemy spodziewać, lada chwila w gumiokach pognają do tych urzędów szef rządu oraz gajowy Jamajka, by gonić biurokratów z posad i przychylać nieba obywatelom, biegali wszak (Tusk z Komorowskim) po wałach, to i po urzędach czy bankach mogą chwilę pobiegać. Kto wie zresztą, czy te trudności z biurokratami nie wynikają z tej prostej przyczyny, że nie mają oni iPadów właśnie i toną w papierach zamiast korzystać z nowoczesnych technologii.

http://www.rmf24.pl/opinie/blogi/tomasz_skory/news-pawlak-chowa-jabluszko,nId,280577
http://www.tvn24.pl/-1,1658465,0,1,jestem-taki--a-kaczynski-taki-chce-byc,wiadomosc.html

29 maj 2010

Mściciel i mściciele

Terminu „mściciel” użyła nieoceniona J. Paradowska w jednym ze swych proroctw, ujmując rzecz w te słowy: „Czy Jarosław Kaczyński jako prezydent, będzie kontynuatorem polityki łagodniejszego brata, czy raczej bezkompromisowym mścicielem szukającym winnych jego śmierci?” Pomijając może składnię tego zdania, która najwyraźniej odzwierciedla bliski histerii stan emocjonalny słynnej propagandzistki komunistycznej „Polityki”, warto przyjrzeć się temu sformułowaniu z tego choćby względu, by podziwiać autorkę za zdolności do kondensowania kłamstwa w tak krótkich formach. Zaznaczam od razu, że tę sentencję wytrzasnąłem z artykułu dr. D. Wincetego („Nowe Państwo” 5/2010, s. 24), bo niestety, takich ludzi jak Paradowska, Passent itp. już nie czytam i uważam nawet – z racji ich konsekwentnego zamiłowania do neokomunistycznej propagandy - iż nie powinni mieć oni prawa do wykonywania zawodu publicysty, dziennikarza czy kogokolwiek związanego z mediami w Polsce. No ale mniejsza z tym, na dokładne bowiem analizy propagandy neokomunistycznej jeszcze przyjdzie czas, gdy powstaną sążniste opracowania dotyczące „języka III RP”.

Wróćmy do tego, co powiedziała swym otwartym tekstem Paradowska. Widzimy, że mściciele dzielą się na kompromisowych i bezkompromisowych, to po pierwsze. Ciekawe, kogo do tych kompromisowych by zaliczyła (kogoś z WRON-u?), lecz nie będziemy tej kwestii drążyć, zauważmy bowiem, że - wedle linii rozumowania Paradowskiej - szukanie winnych śmierci Prezydenta jest po prostu bezkompromisową zemstą. W leksykonie propagandzistki komunistycznej „Polityki” słowo „sprawiedliwość” najwyraźniej nie figuruje, a jeśli już to w zbitce „Prawo i Sprawiedliwość”, z którą nieodłącznie kojarzony jest dla całej pożal się Boże „spółdzielni”, faszyzm (no bo przecież nie „putinizacja” - to słowo, wpuszczone swego czasu do publicznego obiegu przez wujka Adasia, który, jak wiemy, w latach 2005-2007 bał się porannych mleczarzy, nagle zniknęło z „debaty” lwów salonowych i lwic, a przecież nawet miłujący pokój J. Onyszkiewicz przed grozą putinizacji przestrzegał (http://fakty.interia.pl/tylko_u_nas/wywiady/news/o-tym-co-jest-sprawiedliwe-decyduje-pis-rozmowa,973581,766)). Wyglądałoby więc na to - trzymając się tej żelaznej logiki promoskiewskiej - że nawet, gdyby jacyś winni śmierci Prezydenta i pozostałych 95 osób z delegacji katyńskiej, rzeczywiście byli, to nie należałoby ich ścigać, bo byłaby to bezkompromisowa zemsta, a nie wymierzanie sprawiedliwości. Jest to bardzo ciekawe odkrycie, które może zrewolucjonizować sądownictwo.

A co do ciekawych odkryć, to J. Kalinowski powiedział dziś w Trójce u innej słynącej z obiektywizmu dziennikarki, B. Michniewicz, że niedawno odkryto, iż ponad połowa Polaków nie chce przyjmować ankieterów. Szkoda, że tylko połowa – ja uważam, że każdy rozsądny człowiek w naszym kraju nie powinien udzielać żadnych wypowiedzi żadnym ankieterom, dopóki się nie upewni, iż nie ma do czynienia z ludźmi wysłanymi przez „instytuty” wysłane do sterowania opinią, a nie badania opinii publicznej. Byłaby to niezła pomsta za te wszystkie „cuda sondażowe”, którymi nas raczono przez 21 lat. W ten sposób sondażownie utraciłyby jakiekolwiek podstawy do uwiarygodniania swoich manipulacji, bo po prostu nie mogłyby mieć żadnych liczących się materiałów pochodzących z ankiet, wywiadów itd. Oczywiście solidni socjotechnicy zwłaszcza ze stażem w komunistycznej machinie są w stanie w ciągu paru chwil zmajstrować „wyniki badania”, no ale mimo wszystko nie jest to to samo, co jednak jakieś podpieranie się poglądami obywateli.

Gdy czerwoni zaczęli za peerelu badać opinię publiczną, to nie robili tego, by publikować jakieś rzetelne dane, lecz by mieć orientację w nastrojach społecznych, chcieli bowiem wiedzieć z wyprzedzeniem, czy czasem się nie zbiera na wiosenne wieszanie komunistów zamiast liści. Podobnie ciemniacy z Tuskiem i gajowym Jamajką na czele, którzy z czerwonymi już się zżyli do tego stopnia, iż zaczęli być bardziej promoskiewscy od SLD, co stanowi nie lada wyczyn w XXI w., nawet jeśli chcieliby mieć potiomkinowską wieś w najlepszym sowieckim stylu, to przecież muszą mieć jakieś „rozpoznanie terenu” społecznego, by przypadkiem i ich kiedyś gniew ludu nie zaskoczył. To jednak nie wszystko – sondażownie bowiem z jednej strony służą socjotechnice, ale przecież zarabiają na analizach nastrojów konsumenckich i badaniach rynkowych o charakterze komercyjnym – jeśliby więc firmy zlecające takie badania gremialnie uznały, iż „instytuty” zajmują się po prostu publikowaniem danych „z czapki” i wycofały się z tychże zleceń, to sondażownie zaczęłyby padać jedna po drugiej jak czerwoni przed mauzoleum Lenina. Ciemniacy utraciliby kompas i runęliby w ciemność. Czego oczywiście im szczerze życzę.

A gdyby tego wszystkiego było mało, to rosemann odkrył nagle, że nie ma mitologii, na którym mógłby się on oprzeć w swym politycznym wyborze (http://rosemann.salon24.pl/187786,koniec). No więc rosemannowi chciałbym powiedzieć, że on 10 kwietnia 2010 r. wszystko jest inaczej. I nie tylko do IV RP, ale i do III RP nie ma powrotu, ponieważ państwo polskie trzeba zbudować od nowa, wrzucając pod fundament spory fragment zakrwawionej ziemi przywiezionej ze Smoleńska.


http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2009/11/kiedy-wroci-dieduszka-maroz.html

28 maj 2010

Młócka

Co to się stało, że słynny tandem, ten od skandalicznego tekstu „Katastrofa 36. pułku”, na który się mogła się potem powoływać „strona rosyjska”, odkrył nagle, że Rosjanie mogą być winni wielu zaniedbań w związku z tragedią smoleńską? Podejrzewam, że odpowiedź jest prosta – MAK i putinowskie służby specjalne nie panują nad wszystkimi wątkami śledztwa, wrzucane w niezwykłej obfitości dezy nie spełniają swego zadania (zbyt szybko są neutralizowane w niezależnych mediach) i zbyt wiele osób włączyło się w prowadzenie własnego dochodzenia (z rodzinami Ofiar włącznie), co skutkuje m.in. tym, że powstaje alternatywna w stosunku do oficjalnej (czyli moskiewsko-warszawskiej) wizja tego, co się wydarzyło 10 kwietnia. Z wizją tą coraz trudniej jest walczyć współczesnej „komisji Burdenki” z tego banalnego powodu, że środki przekazu nie są tak sterowalne jak za komunizmu. Wprawdzie akurat w neopeerelu ludzie reżimu starają się jak najszybciej dokonać „normalizacji sytuacji”, czyli doprowadzić do pluralizmu medialnego a la późny Gierek czy wczesny Jaruzel i dla niektórych szczytem marzeń byłoby gdyby „kadry” wykute właśnie w tych dwóch epokach, a które dziś „rządzą” na rynku medialnym, zawiadywały wszystkimi środkami przekazu – sprawy jednak nie idą tak gładko jak mogłyby iść, ponieważ nie ma zbyt wielu bagnetów, na których reżim mógłby się oprzeć, zaś kadra sowieckiej wojskówki i bezpieczniaków nieco została przerzedzona na przestrzeni czasu (co nie znaczy, że istotnie osłabła). W związku z tym rozmaici paranoicy z Sieci i spoza niej pchają się na współczesne agory i rozpowiadają z coraz większym przekonaniem o mataczeniu Rosjan i wzajemnym dezinformacyjnym rezonowaniu centrali moskiewskiej i agentury w Warszawie.

Reszka z Majewskim po ponad miesiącu (nie tylko blogerskich) debat na ten temat odkrywają, iż mogła szwankować radiolatarnia na lotnisku Siewiernoje. Czy nie za późno na to odkrycie? Ktoś powie: lepiej późno niż wcale. Problem jednak w tym, że tego odkrycia dokonuje się już po „oficjalnym” oskarżeniu i skazaniu załogi oraz śp. gen. Błasika, oskarżeniu, które najpierw „delikatnie” sformułowała Moskwa, potem powtarzano do upadłego u nas, a teraz – opierając się właśnie na tych powtórzeniach (tu E. Klich oraz T. Hypki wykazali się wyjątkową gorliwością) – rosyjskie media mogą wprost huczeć od oskarżeń formułowanych bez żadnych zahamowań, o czym już pisałem (http://freeyourmind.salon24.pl/186786,ruski-kociol). Ta kolejność zatem nie jest przypadkowa, ponieważ po „ustaleniu” winy w/w osób nawet wykazanie, iż podawanie błędnych danych przez wieżę, niesprawność sprzętu, niezamknięcie lotniska itd. będzie „przykrywane” twierdzeniem, iż te wszystkie dodatkowe okoliczności są bez znaczenia, ponieważ polska załoga i tak szarżowała. Przypomnę, że tego rodzaju głosy ekspertów „przykrywające” już się odzywały od pierwszych dni po katastrofie, kiedy tylko pojawiły się w Sieci słynne zdjęcia i wizualizacje S. Amielina. Czy za jakiś czas Reszka z kolegą „odkryją” Iła, tzn. zaczną drążyć jego temat? Dotrą do Koli? Zobaczymy.

Na tym reżimowo-dezinformacyjnym tle intrygująco prezentują się spostrzeżenia byłego doradcy Putina, A. Iłłarionowa, opublikowane także w „Rz”, który mówi: „Wbrew obietnicom śledztwo w sprawie katastrofy nie jest ani transparentne, ani dynamiczne. Polska strona nie ma pełnego i swobodnego dostępu do dokumentów i zgromadzonych dowodów. Polakom późno udostępnia się czarne skrzynki, choć niemal od razu było wiadomo, że są one w dobrym stanie i można odczytać ich zapis” i przypomina o przejściu kontrolera lotu na emeryturę oraz o wielu kłamstwach, jakie wrzucała do obiegu strona rosyjska. Nawiasem mówiąc, polscy śledczy nie przesłuchali jeszcze nikogo z pracowników wieży – no ale po co, skoro Rosjanie już wszystko wiedzą? Choćby z artykułów Reszki czy wypowiedzi Klicha.

Spostrzeżenia Iłłarionowa, list rosyjskich dysydentów to za mało w obecnej sytuacji, w której gabinet ciemniaków oraz gajowy Wiki Error Jamajka zwyczajnie bagatelizują wagę sprawy, jeśli nie sabotują śledztwa w subtelny sposób (np. nie dopuszczając do parlamentarnej dyskusji na jego temat). Powinna się wyłonić niezależna, obywatelska, komisja związana z prawnikami reprezentującymi rodziny ofiar i ekspertami krajowymi i międzynarodowymi (nie związanymi z promoskiewską agenturą, oczywiście).

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100528&typ=po&id=po01.txt
http://www.rp.pl/artykul/2,479922_Katastrofa_w_36__pulku_.html
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,7945336,Hypki__Za_glupote_pilotow_odpowiada_szef_MON.html

26 maj 2010

Czerwone światło


Prostym ludziom trzeba proste sprawy tłumaczyć w prosty sposób. Nie pamiętam już kto użył określenia „jazda na czerwonym świetle” jako „figury retorycznej” mającej chwytać sens tego, co zrobili piloci tupolewa, widzę jednak, że do nagonki na tychże zmarłych pilotów dołączyli się już nie tylko promoskiewscy agenci (których wybudziła z uśpienia najwyraźniej ta sama trąba jerychońska, którą słychać na półtoraminutowym filmie Koli), ale i inni piloci. Nic tylko pogratulować bohaterom, którzy potrafią skakać po grobach. To nie tylko wiesiołyje riebiata, ale i druzja.


Toyah ma rację i w jego znakomitym, pełnym szewskiej pasji, poście, wszystko jest powiedziane tak, jak powinno być powiedziane. Owszem – to jest dokładnie tak, że „System” broni się przed ujawnieniem prawdy o tym, co się wydarzyło 10 kwietnia, a ujawnienie tej prawdy doprowadzi do jeszcze większej katastrofy. Ja sądzę nawet, że ujawnienie tej prawdy będzie prawdziwym początkiem końca komunizmu (i neokomunizmu) – być może doprowadzi to jedynie do zmiany na szczytach władzy w Rosji, jak twierdzi T. Sakiewicz w rozmowie z G. Braunem i R. Kaczmarkiem, ale w Polsce doprowadzi do totalnego trzęsienia ziemi. Toyah jednak nie mówi wszystkiego. Istota rzeczy polega po pierwsze na tym, że tragedia smoleńska jest dla sowieciarzy (zarówno w Moskwie, jak i w Polsce) znakomitym wprost pretekstem do ubliżania polskiemu lotnictwu i polskiej armii – polskiemu żołnierzowi, a więc temu wszystkiemu, czym Polska zawsze się szczyciła. Ubliżanie polega na przedstawianiu polskich żołnierzy i oficerów jako kompletnych idiotów, samobójców, awanturników i ludzi zupełnie nieodpowiedzialnych. To nie dzieje się przypadkiem – armia należąca do NATO ma się stać pośmiewiskiem, ponieważ dopiero pod skrzydłami armii czerwonej można mówić o prawdziwym polskim orężu. Ta defilada na Placu Czerwonym miała być tego przypomnieniem.


Po drugie, te wszystkie moskiewskie (ale i polskie przecież!) insynuacje są taką podłością wobec nie tylko wobec samych Zmarłych, lecz wobec Ich Rodzin, że te ostatnie powinny wreszcie powiedzieć: basta! i zwyczajnie zacząć prawnie bronić dobrego imienia zabitych pod Smoleńskiem braci, mężów, synów, ojców itd. To, co się dzieje przerasta ludzkie pojęcie – po prostu z tak haniebnymi działaniami, kipiącymi od szyderczego łgarstwa, mieliśmy do czynienia ostatnio za czasów zamordowania G. Przemyka czy ks. Jerzego – wtedy jednak rodziny zamordowanych były bezradne wobec potęgi bolszewickiej machiny terroru i kłamstwa; teraz jednak można krzyczeć na cały świat na temat tego, jak oszczercy i zbrodniarze hańbią cześć prawych Polaków. Teraz nawet należy dochodzić praw ludzi hańbionych! Bo właśnie zapaliło się czerwone światło – czerwone światło zakłamania i nowej opresji.


Czerwone światło to dla nas, zwykłych obywateli, alarmowy sygnał zdrady – najcięższej zbrodni jakiej dopuszczają się ci, co nie bacząc na bezczeszczoną pamięć poległych, nie bacząc na piekielną, zbrodniczą tradycję służb rosyjskich, nie oglądając się nawet na Katyń, oddają Polskę Moskwie, jakby Polska tylko tego była warta. Czy dokonują tego ze strachu, z wyrachowania, z chciwości – to już nieważne. Grunt, że robią to naprawdę. Oni naprawdę chcą poddać Polskę – tę Polskę, tę tradycję, tę rzekę krwi, której my chcemy bronić. Trzeba powiedzieć im wszystkim: dosyć, łajdacy!


http://www.tvn24.pl/0,1658058,0,1,samobojstwo--gra-w-totka-piloci-gania-zaloge-tupolewa,wiadomosc.html
http://toyah.salon24.pl/186849,sledztwo-skonczone-po-reszte-informacji-do-kuby-wojewodzkiego

Ruski kocioł


Tak jak kiedyś moskiewską „Prawdę” cytowała peerelowska komunistyczna „prasa”, tak w III RP rosyjskie gazety cytowane są przez prasę neokomunistyczną, dziś więc dowiadujemy się nie tylko o tym, że gen. Błasik był w kabinie, ale i pewnie pilotował tupolewa 10 kwietnia. Spieszę donieść, że są to informacje niepełne. Gen. Błasik siedział na tupolewie, tak jak jeden z amerykańskich oficerów w filmie „Dr. Strangelove...” na bombie jądrowej, która miała spaść na ZSSR. Tupolew zaś kierował się na Kreml i jako samolot wojskowy został w ostatniej chwili na Okęciu wyposażony w kilka pocisków nuklearnych, którymi miał zmieść z powierzchni ziemi Moskwę, tak by z Putina i Miedwiediewa nie było co zbierać. W Katyniu cała delegacja zamierzała tylko odprawić seans nienawiści do Rosji („doładować rusofobiczne akumulatory”). Na szczęście wszystkim tym zamiarom przeciwstawiła się mgła („tuman”), która stanęła w obronie Matki Rosji. W ten sposób nadludzkie, nadprzyrodzone siły natury powstrzymały piekielne zapędy rusofobów, którym mało było balowania Polaczków na Kremlu w 1612 r.

Wot i cała historia, którą można teraz już upowszechnić, zresztą zwłoka z upublicznianiem zawartości czarnych skrzynek z tupolewa wiąże się z tym, iż eksperci rosyjscy wsłuchujący się w te przerażające rozmowy, porażeni ze strachu nie chcieli ukazywać pełnej prawdy o szaleństwie polskich wysokich wojskowych i dygnitarzy – eksperci ci zadawali zresztą pełne troski pytania swoim polskim kolegom: „czy polskie społeczeństwo zdaje sobie sprawę ze skali rusofobii w Sztabie Generalnym i Kancelarii Prezydenta?”. Długo jednak tej prawdy nie da się ukryć, więc najwyższy czas, by ją ujawnić.

Piszę to w kontekście refleksji Aleksandra Ściosa, jak też cytowanych przez „Gazetę Polską” analiz M. Strassenburga Kleciaka i H. Dodela. Należy bowiem pamiętać (na co zwracałem uwagę już w pierwszych dniach po katastrofie smoleńskiej), że rosyjska dezinformacja nie miałaby żadnego poważnego skutku w naszym kraju, gdyby nie wspierała ją tu od samego początku dezinformacja ze strony tutejszych wojskowych (należących do stałej grupy medialnych komentatorów) i znawców. Gen. Czempiński już 10 kwietnia sugerował winę pilota. Ta (od pierwszych godzin po tragedii) koordynacja „legend” czy „historii” nie wygląda mi na przypadkową, nigdy bowiem nie jest dziełem przypadku mówienie jednym głosem przez środki przekazu w Rosji i w Polsce.

Rewelacje z gen. Błasikiem wyszły na jaw akurat teraz, tj. gdy bateria patriotów pojawiła się w Morągu (co, jak wiemy z naszych neokomunistycznych mediów, już jest niepokojące dla rosyjskiego MSZ-u – gdyby bowiem to była bateria rosyjskich pocisków, to nie byłoby powodu do niczyjego niezadowolenia). Wprawdzie – zgadzam się tu z prof. R. Szeremietiewem – jest to instalacja trochę na otarcie łez, ale nawet taka symboliczna obecność amerykańskich sił zbrojnych na naszych ziemiach jest dla Moskwy czymś nie do zniesienia. Jestem pewien zresztą, że Kreml będzie dążyć do zmiany tego stanu rzeczy – może wnet w Morągu pojawią się dzielni pacyfiści zatroskani o bezpieczeństwo kraju lub też bezkompromisowi zieloni broniący jakiejś ścieżki żab lub unikalnego ekosystemu – a może zaczną się klasyczne (nie tylko moskiewskie, ale i „unijne”) naciski na Polskę, by nie drażniła Rosji, która przecież wykazuje tyle dobrej woli. Gdy nastanie normalny polski rząd i zacznie się rozliczanie Targowicy, należy – co sugerowałem (w niezamieszczonym niestety) pytaniu do premiera J. Kaczyńskiego – pomyśleć, w ramach modernizacji polskiej armii (po jej gruntownym zdesowietyzowaniu i po rozprawie z agenturą w wielu środowiskach z medialnym na czele) o zamieszczeniu w Polsce broni nuklearnej (jej części chcą się od jakiegoś czasu pozbyć Niemcy, więc możemy ją przejąć). Jeśli tego nie dokonamy, Rosja stopniowo nas zgniecie, jak w imadle.

http://www.salon24.pl/news/7380,ekspert-nie-ma-przepisow-dot-przelotu-najwazniejszych-osob
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,7753464,_Doradzano__by_ladowac_w_Minsku____Samolot_nie_wystarczy_.html
http://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=679:koniec-kadencji&catid=265:dzielnica-katyska&Itemid=294 („Koniec kadencji”)
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100526&typ=po&id=po31.txt
http://stankleskirozumu.salon24.pl/186769,10-000-amerykanskich-zolnierzy-do-niemiec (ciekawa informacja o planowanym wzmocnieniu amerykańskiego kontyngentu wojskowego w Niemczech)
http://autorzygazetypolskiej.salon24.pl/186740,to-byl-zamach-mowia-eksperci-polski-i-niemiecki

25 maj 2010

Odkurzcie szturmówki, towarzysze


Co tu dużo kryć, pieriestrojka u nas nie została dopracowana we wszystkich szczegółach, bo nie wiedzieć czemu w 1993 r. wyprowadzono przyjazne wojska rosyjskie, a teraz aż się prosi, by wróciły. Na szczęście min. Sikorski, który nareszcie po długich latach szamotaniny zrozumiał, że w naszym regionie geopolityka sprowadza się do wspierania interesów Moskwy, dwoi się i troi, by sytuacja uległa normalizacji. W tym też celu od wielu już miesięcy z wielką determinacją forsuje on rozmaite inicjatywy (głównie „rozbrojeniowe”) wzmacniające Rosję (pisałem o nich parokrotnie w POLIS MPC), z których najnowszą jest ta dotycząca utworzenia „grupy przyjaciół” „Partnerstwa Wschodniego” - tak jakby pracował nie tylko na stanowisku szefa polskiego MSZ-u, ale i jako wolontariusz rosyjskiego.

Skoro już się z Rosją pojednaliśmy i na katyńskich grobach, i na smoleńskim pobojowisku, to nic dziwnego, że następnym krokiem jest przyjaźń. Znakomicie wpisuje się ona w ogólny klimat euforii promoskiewiskich środowisk w naszym kraju, euforii związanej z Kremlem, armią czerwoną itd., a nawet otwiera wspaniałe możliwości dla zasłużonych dla przyjaźni polsko-sowieckiej artystów. W. Szymborska może teraz wydać tomik poezji ku czci Putina (oczywiście jej stalinowskie poematy też można by wznowić, skoro i w Rosji Stalin jest wciąż wielbiony), A. Wajda może nakręcić znowu śmiały, rozliczeniowy „Popiół i diament” tym razem jako „Popiół i diament 2”, gdzie rzecz jasna straconym pokoleniem byłoby to, co szło na pasku rusofobów opłacanych przez CIA, zaś wybawcami Polski znowu byliby poczciwi komuniści jeśli nie z jakiejś cementowni, to przynajmniej z Bezpieczeństwa. Iluż satyryków mogłoby znaleźć zajęcie, ile książek socjologicznych o wielkim mentalnościowym przełomie społeczeństwa polskiego, odkrywającego na nowo swoją przyjaźń z Moskwą można by napisać! To wszystko przed nami.

A co przed tzw. rządem naszego kraju, tj. zielonej wyspy? Oprócz dwustronnych umów z Rosją – w kwestii bezpieczeństwa, rzecz jasna (A. Macierewicz wspomniał w rozmowie z T. Sakiewiczem, że już Wiki Jamajka ze swoimi ludźmi zaczął nad tym pracować 9 maja podczas pobytu w stolicy Rosji), należałoby zaproponować naszym przyjaciołom - po wspólnej defiladzie na Placu Czerwonym - wspólne manewry z wojskami rosyjskimi. Niektórzy oficerowie starszego pokolenia w „ludowym wojsku” odświeżyliby kontakty i znowu przepłukaliby gardła z braćmi Moskalami w oficerskich mundurach dawnej krasnej armii. Oczywiście, sam poligon dla porządnego żołnierza to nie wszystko – wojsko sprawdza swą siłę bojową w boju, nie na fajerwerkach. Z tego też względu wypadałoby dokonać wspólnej inwazji na Gruzję, żeby choćby zatrzeć to niemiłe wrażenie, jakie zarówno w Moskwie, jak i w Warszawie pozostawiła eskapada Prezydenta Kaczyńskiego wśród ślepych snajperów. Tym razem snajperzy nie byliby ani ślepi, ani nie strzelaliby ślepymi nabojami, a na pierwszej linii frontu mogliby się w mundurach polowych pokazać od najlepszej strony i min. Sikorski, i min. Klich, i sam marszałek polny Komorowski z porządną, załadowaną dwururką. Już widzę nawet zdjęcie na okładce komunistycznej „Polityki” całej tej trójki na jakimś dymiącym kawałku frontowej ziemi, jak stoją umorusani, ale uśmiechnięci, za nimi żołnierze polscy i rosyjscy, a pod spodem na czerwono napis: „Brothers in Arms”.

To wszystko jest tak piękne, że aż dziw, iż trzeba było czekać 21 lat. Czy nie można było tak od razu? W czerwcu 1989 poszerzyć PZPR o wszystkich ochotników (nie tylko z lewicy laickiej)? Mniej byłoby i hałasu, i wydatków. Ba, gdyby o tym pomyślano jeszcze w 1981 r., to nawet stan wojenny nie byłby potrzebny, Jaruzel rządziłby po dziś dzień jak przez długie lata Fidel Castro czy Erich Honecker, no i nie przeżywałby tych cholernych dylematów, iż musiał posłać niewinne czołgi na uzbrojonych, dzikich ludzi. Może nawet i „Gazeta Wyborcza” by mogła się ukazywać dużo wcześniej – tylko pewnie pod jakimś zgrabniejszym tytułem.

http://www.rp.pl/artykul/484674_Kolejna_polska_inicjatywa.html
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100525&typ=sw&id=sw01.txt
http://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=639:aktualno-antykomunizmu-reagana&catid=258:dzielnica-publicystow&Itemid=292

22 maj 2010

Problem agentury

Polska miała problem z agenturą (jak np. KPP) już przed wojną, ale wtedy przynajmniej się agentów ścigało i osądzało, pakowało do więzień i zwalczało jako zdrajców, jako ludzi służących obcemu państwu. Po II wojnie sytuacja się odwróciła, gdyż to agentura przy czynnej pomocy Rosji Sowieckiej utworzyła państwo zwane „Polską Ludową” i zaczęła ścigać, osądzać, pakować do więzień i zwalczać patriotów oraz ludzi związanych z tradycją niepodległościową. Równocześnie, na wzór sowiecki, agentura ta zaczęła konstruować i obsadzać wszystkie instytucje państwowe, naukowe, kulturalne etc., by w niedługim czasie uzyskać kontrolę nad wszystkimi przejawami życia społecznego. I stan ten trwa do dziś, mimo że środowiska niepodległościowe oraz spora część społeczeństwa wytworzyły pewne zauważalne swoje reprezentacje (polityczne, medialne itd.) w związku z tzw. transformacją, czyli procesem przekształcania komunizmu w neokomunizm, a więc kolejną falą „demokratyzacji” powojennego, sowieckiego systemu.

Problem sowieckiego porządku i jego specyfiki nie do końca jest w naszym kraju rozumiany z tej przyczyny, iż istotę rzeczy na wszelkie sposoby usiłuje zamazać właśnie agentura. Istota ta polega na tym, że z żelazną konsekwencją 1) wprowadza się bezprawie i 2) wykorzystuje się terror, przemoc, gwałt, zastraszanie oraz kłamstwo do zarządzania obywatelami. Instalowanie sowieckiego porządku można by porównać do celowego zatruwania jakiegoś organizmu i systematycznego podtrzymywania (przez kogoś) stanu zatrucia, tak by nie doszło do regeneracji ani wyzdrowienia tego organizmu. Zatruty organizm nie jest w stanie się w pełni bronić przed tym, kto go zatruwa, a poza tym cały swój wysiłek ów organizm kieruje na walkę z toksynami.
Terror i kłamstwo są bardzo skutecznymi narzędziami politycznego działania, co widać było w trakcie rewolucji bolszewickiej, a następnie podczas budowania piekielnego sowieckiego imperium. Narzędzia te nie wymagają żadnych nużących, długotrwałych negocjacji, żadnego dochodzenia do konsensusu społecznego – wprowadzają „porządek” natychmiastowo, tak jak się to robi za pomocą rozkazów w wojsku lub ostrzału na froncie. To porównanie z rzeczywistością „koszarowo-militarną” nie jest przypadkowe, w istocie bowiem sowietyzm jest implementacją wojennych realiów do świata codziennych relacji międzyludzkich. Nie może być zresztą inaczej, skoro „walka klas” i „walka z kontrrewolucją”, czyli nieustanne podsycanie nienawiści jednych grup osób wobec innych, permanentny antagonizm społeczny stanowi „mechanizm” napędzający w sowieckim państwie wszystko.

Zwróćmy jednak uwagę, iż o ile pieriestrojka zrezygnowała z „walki klas” w dawnym, marksistowsko-leninowskim rozumieniu, to wcale nie odstąpiła od walki z „kontrrewolucją”, a więc z próbami restytucji naturalnego, tradycjonalistycznego, konserwatywnego (i związanego z religijnością) – słowem: niesowieckiego porządku (w Polsce przyjęło to postać walki z „państwem wyznaniowym” i „prawicowymi oszołomami”). Jest to jeden z najważniejszych argumentów (oprócz np. argumentu o uwłaszczeniu nomenklatury) na rzecz tezy, iż od połowy lat 80. mamy do czynienia z transformacją komunizmu w jego doskonalszą, neokomunistyczną wersję – nie zaś z jakąkolwiek formą desowietyzacji i zanikania sowieckiego systemu. Już pomijam to, jak skrajną głupotą byłoby sądzenie, że agentura sama na sobie dokona jakiejś desowietyzacji.

Jakiś dowcipniś kiedyś powiedział (co powtarzali za nim inni dowcipnisie), że komunizm się rozlazł jak stare gacie. System sowiecki jednak nigdy nie był starymi gaciami – czerwoni wymordowali dziesiątki milionów ludzi, a warunki bytowe setek milionów sprowadzili do poziomu bydlęcego. Tego rodzaju kilkudziesięcioletnia akcja pacyfikacyjna to nie było byle co – wymagała ona gigantycznych nakładów sił i potężnej determinacji. Owszem, agentura sprawiła, iż „komunizm rozlazł się jak stare gacie” dla tejże agentury. Agenci moskiewscy (pomijając zgoła nieliczne wyjątki jak Causescu) nie zostali posłani ani do ziemi, ani do więzień, zaś ich ewentualne (ciągnące się latami) procesy zamieniły się w autoparodię oraz szyderstwo z ofiar bolszewizmu (vide choćby proces Humera i innych czerwonych gnid). Sowieccy agenci stali się nie tylko czynnymi i wpływowymi politykami, wielkimi byznesmenami, miliarderami, znakomitymi mecenasami kultury, potentatami medialnymi, bywalcami salonów, „Europejczykami”, autorytetami naukowymi etc., ale i czynnymi uczestnikami „struktur bezpieczeństwa” w „nowym porządku” - słowem podstawowymi graczami w pieriestrojkowej rzeczywistości, co widać szczególnie na przykładzie Polski i Rosji. Przez wszystkie lata pieriestrojki, której celem było i jest zreformowanie bloku sowieckiego na nowych, udoskonalonych zasadach, agentura pilnowała przede wszystkim (oprócz swoich politycznych i ekonomicznych interesów), by w żaden sposób nie doszło do jej odsunięcia od życia społecznego.

Wspomniałem, że bezprawie, terror, kłamstwo stanowią podstawowe narzędzia służące do sprawowania i utrzymywania władzy przez agenturę sowiecką, mimo iż jest to tajemnica poliszynela. Należy bowiem dogłębnie zrozumieć, czym stosowanie takich narzędzi skutkuje. Czemu może służyć kłamstwo? Nieustannemu ukrywaniu prawdy i zarazem oswajaniu obywateli z nieprawdą. Czemu może służyć bezprawie? Przyzwyczajaniu obywateli do tego, iż praworządność jest niemożliwa, nieosiągalna, a zarazem - deprawowaniu ich. Terror służy zastraszaniu, podporządkowywaniu i upokarzaniu. Niby są to rzeczy oczywiste, ale powinniśmy mieć świadomość jednej podstawowej cechy sowieckiego porządku – w tymże porządku ani przez chwilę nie chodzi o dobro wspólne, o tworzenie się wspólnoty, o pokojową koegzystencję obywateli. Przeciwnie, motorem działania jest eskalowane w różnych miejscach zło. Nie należy zatem oczekiwać, iż nagle agentura zacznie funkcjonować na zasadach takich, jak instytucje państwa cywilizowanego, niesowieckiego i zacznie dochodzić prawdy, tępić korupcję, ścigać zbrodniarzy itd. (przypominam o tym choćby w kontekście pseudośledztwa w sprawie przyczyn tragedii smoleńskiej).

Kłamstwo ma to do siebie, iż jest „elastyczne” - można je bez ustanku przerabiać, ugniatać na różne sposoby – natomiast prawda jest jedna i nie dopuszcza żadnych „nowych, lepszych wersji”. W tym też kontekście kłamstwo może być (dla komunistów, zamordystów, agentury) wydajniejszym środkiem politycznym niż prawda, ponieważ pozwala na urabianie świadomości społecznej wciąż i wciąż, zapisywanie społecznej pamięci i wymazywanie jej, tak jak się to robi z taśmą magnetofonową. Kłamstwo pozwala na nieustanne improwizowanie w dezinformowaniu, na tworzenie coraz to doskonalszych technik manipulowania, na granie na emocjach i niewiedzy, na podszczuwanie ludzi – kłamstwo jest więc „naturalnym” sposobem komunikowania się zamordystów z poddanymi (no bo nie z obywatelami, ci bowiem powinni mieć jakąś podmiotowość). Z punktu widzenia zamordysty im więcej kłamstwa w rzeczywistości społecznej, tym lepiej, ponieważ zakłamanie to najlepsze środowisko do stosowania opresji. Kłamstwo jest elastyczne także w tym aspekcie, iż – nawet wykryte czy zdemaskowane – pozwala na sformułowanie jakiejś swej nowej wersji (widzimy to znowu wyraźnie w przypadku wspomnianego pseudośledztwa).

Jeśli regułą naczelną sowietyzacji jest więc kłamanie, zafałszowywanie rzeczywistości, deformowanie jej, to przecież logiczną konsekwencją musi być takie działanie instytucji sowieckich, które stosuje się właśnie do tej reguły. Prowadzi się więc badania, zbiera ekspertyzy, sięga po fachowców takich lub siakich, szuka „świadków” i „dowodów” po to, by kłamstwo zatryumfowało. Tu znakomitym przykładem jest komisja Burdenki, ale przecież w przypadku sprawy śmierci Pyjasa czy Przemyka (i w wielu innych sprawach) było podobnie. Nie bez powodu mówi się o sowietyzmie jako „systemie kłamstwa” - system, ponieważ sprzężone są instytucje i przepisy służące właśnie kłamstwu. Szkoli i wychowuje się ludzi, by kłamali, fałszowali, preparowali dowody, obciążali, dezinformowali, podsycali antagonizmy itd. Tacy wyszkoleni tworzą właśnie agenturę.

Agentura stanowi strukturę feudalną, hierarchiczną, tak jak mafia. Są agenci niższego szczebla, wyższego i najwyższego (rezydenci KGB w Polsce stanowiący koordynatorów działań agenturalnych na daną prowincję sowieckiego imperium). Po czym rozpoznać agenta? Od kilkudziesięciu lat po tym samym. Jednym z najbardziej rozpoznawalnych jego zachowań bowiem jest stawanie w obronie rosyjskiego a nie polskiego interesu w dowolnej kwestii (od polityki i spraw społecznych, poprzez kulturę, na nauce i ekonomii kończąc). W tekście „Tu 3-RP” (link poniżej) jako jeden z fundamentów ładu i praworządności nowego polskiego państwa wskazałem definitywne uporządkowanie problemu agentury w sferze publicznej. Nie sprowadza się on wyłącznie do kwestii dekomunizacyjnych, ponieważ w sytuacji, w której – w ramach pieriestrojki – tworzono służby o charakterze neokomunistycznym, należałoby dokonać wyrugowania agentury także obecnie reprezentującej służby i – co też ważne – zapobiec werbunkowi w przypadku (oczyszczonych już) służb nowego państwa. Problemem bowiem są nie tylko współpracownicy czy funkcjonariusze UB/SB/WSW etc., lecz i ci, co współpracują ze specsłużbami lub wprost są w nich zatrudnieni obecnie. Co więcej, ktoś z racji wieku (jakiś dziennikarz, naukowiec, polityk etc.) mógł się „nie załapać” do zaciągu komunistycznego, ale mógł dziarsko wstąpić do służb „zweryfikowanych”, czyli „przetransformowanych”.

Proces rugowania agentury z życia publicznego wymagałby, rzecz jasna, utworzenia wydziałów (policyjnych) do walki z agenturą. Mogą bowiem zaistnieć sytuacje, gdy – zakładając, że powstałaby ustawa np. zakazująca pracy w mediach i posiadania mediów przez agenturę – ktoś będzie zwyczajnie ukrywał swoją przynależność do agentury. Wtedy trzeba będzie przeprowadzać śledztwo dotyczące takiej osoby i po wykazaniu jej agenturalności, czyli pracy na rzecz obcego państwa, skazywać wyrokiem stosownym do skali przestępczego procederu.

http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=1632
http://www.rp.pl/artykul/483584_Rosjanie__Zbudujmy_elektrownie_atomowa.html (jak pojednanie to pojednanie – proszę zwrócić uwagę na głos polskiego eksperta, który z pełnym zrozumieniem wychodzi naprzeciw rosyjskiej inicjatywie)
http://lukaszwarzecha.salon24.pl/185176,szkola-agentow-wplywu-na-uw
http://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=719:tu-3-rp&catid=274:dzielnica-publicystow&Itemid=303

21 maj 2010

Czwarty scenariusz

W kancelarii premiera telefon terkotał, a właściwie wył niemiłosiernie, podczas gdy Donald Tusk, oszołomiony nocą biegania po wałach przeciwpowodziowych, starał się twardo zdrzemnąć i choć na chwilę oderwać od rzeczywistości nie do zniesienia. Zerwał się w końcu z łóżka polowego, które tuż przed powrotem z czuwania nad alarmowym stanem Wisły, rozłożył w kancelarii wierny Paweł Graś; doskoczył do słuchawki i posłyszał znajomy głos Władimira:
- Śpicie, Donaldzie? Szósta rano. Pewnie nie śpicie, pewnie na nogach, jak znam życie.
Premier, który z wszystkich języków najbieglej władał rosyjskim, odrzekł ochrypłym głosem:
- Da, da. A szto słucziłos'?
Powiódł wzrokiem w kierunku zabłoconych gumiaków stojących pod drzwiami. Ociekały wciąż brudną wodą. Oblepione były zielskiem.
- Wiem, że w Polsce ciężko. Pokazywali u nas w telewizji – ciągnął rosyjski premier. - U nas też nie za wesoło, mnóstwo ludzi pije, przestępczość ostatnio wzrosła, a z kolei wielu milicjantów ma depresję lub inne zaburzenia...
- Da, da, ja czitał w gazietie...
- Ale ja nie w tej sprawie dzwonię...
Tusk wyprostował się do postawy zasadniczej, czując, że będzie mowa o czymś ważnym. Może znowu jakiś wariat znalazł coś na pobojowisku w Smoleńsku i zrobił chryję wokół tego z tymi piekielnymi paranoikami z Sieci? Ale przecież tam przed lotniskiem już wszystko zaorane, ziemia nowa dowieziona, trawa posiana, drzewa wyrąbane – co by tam jeszcze mogło na wierzch wyleźć?
- Widzicie, Donaldzie, chciałem wam pewne sprawy wyjaśnić, jak kolega koledze.
Premier odkręcił stojącą butelkę wody mineralnej i zaczął chłeptać, spoglądając przez okno na Warszawę. Z cicho ustawionego radia słychać było dyżurnych redaktorów „Sygnałów Dnia”, którzy z tą samą troską, jak za Gierka, opowiadali o skomplikowanej sytuacji społecznej kraju.
- Otóż... Możecie się dziwić, że tak wolno postępuje to nasze, wasze, hm, przez nas wszystkich prowadzone śledztwo. Jako były pułkownik KGB..., wiecie, co to było KGB...
- Da, da, towariszczu...
- Donaldzie, nie tak oficjalnie. Jesteśmy kolegami – przypomniał mu Putin nieco strofującym tonem. I dodał łagodniej: - Jako były pułkownik z jednej strony mam obowiązek o pewnych, nawet trudnych kwestiach was poinformować, z drugiej, z nielekkim doprawdy sercem to czynię.
Tusk oblizał usta i odstawił wodę.
- Da, ja was słuszaju... - rzekł.
- Wiecie, rozumiecie... To śledztwo idzie tak wolno, tak się trochę mota, bo... co tu dużo kryć, istnieje czwarty scenariusz wydarzeń z 10 kwietnia.
Premier docisnął słuchawkę głową i zaczął pięściami trzeć zaspane oczy.
- Jaa pooniiaał – odparł, wydłużając samogłoski, bo chciało mu się ziewać. - Wy nam prisłali wsie rozpiski. Pakaziwał mienia Pawieł Grasjowicz, moj...
- Nie, Donaldzie, nie rozumiemy się – wtrącił się Putin, odchrząknąwszy głośno. - Nie chodzi o tamte wersje, lecz o tę prawdziwą. To znaczy, tamte też były prawdziwe, lecz ta jest najprawdziwsza. Dlatego i najtrudniejsza do ogłoszenia. Stoicie?
- Konieszno! - wyprostował się Tusk i nawet odruchowo strzelił butami.
- Nie trzeba, Donaldzie – odezwał się nieco zmęczonym głosem rosyjski premier. - Jak stoicie, to sobie siądźcie, żebyście mogli spokojnie posłuchać tego, co mam wam do powiedzenia.
Tusk przysiadł na parapecie okna. Przetarł dłonią nieogoloną twarz. Westchnął i potrząsnął głową.
- Otóż tak naprawdę to był początek wojny.
- Szto? Szto wy skazali?
- No z tym Smoleńskiem – dodał cierpliwie Putin. - Wedle wskazań naszych służb delegacja prezydenta Kaczyńskiego w ostatniej chwili odbiła w stronę Moskwy i chciała wylądować na Placu Czerwonym. Widać to było na radarach i na satelitarnym podglądzie. Mieli zamiar przejąć władzę na Kremlu jak w 1612 roku, stąd też tylu generałów wzięli. Na miejscu katastrofy jeden z naszych śledczych znalazł ponadto ulotkę z napisem: „Katyń pomścimy”, która mówi sama za siebie. Takimi ulotkami chciano w trakcie puczu zasypać całą naszą stolicę. My... my, zrozumcie, Donaldzie, musieliśmy jakoś tej awanturniczej akcji zapobiec. Co by świat o nas powiedział?
Tusk zamknął oczy, gdy rozmowa dobiegła końca. Odłożył słuchawkę. Pilotem włączył telewizor. Ku jego zdumieniu ubrany w polowy mundur, zaczesany w ząbek Tomasz Lis zapowiadał w specjalnym wydaniu wiadomości orędzie naczelnika Bronisława Komorowskiego do narodu, które zaczynało się od słów:
- Jako naczelnik, znaczy namiestnik, znaczy prezydent, znaczy pełniący obowiązki prezydenta, ogłaszam stan wojenny z powodu haniebnego ataku na stronę wikipedii, który nie pozwala mi kompetentnie działać. Przy okazji zablokowane zostają do odwołania strony wszystkich psychopatów szkalujących w Sieci naczelnika, namiestnika, prezydenta, pełniącego obowiązki, znaczy Mnie, a samych tych psychopatów zaczęły z samego rana szukać ludzie generała Bondaryka. Pozostali obywatele zobowiązani są do pomagania przy sypaniu wałów. Zgoda buduje!
Komorowski ubrany w mundur galowy oderwał wzrok znad kartki i odchylił się, by wyciągnąć coś z szuflady biurka, przy którym siedział. Był to biało-czerwony szalik z napisem „Polsza”. Zamachał nim zawadiacko do kamery i dodał z uśmiechem:
- Polska! Biało-czerwoni! Polska!

20 maj 2010

Państwo polskie zdało egzamin


„Chaos”, to słowo, które w najlepszy i najdobitniejszy sposób oddaje stan polskiego państwa. Doszliśmy do ściany, za którą nie ma już nic. Można najwyżej dokonać rozbiórki budynku, który i tak się nadaje do wyburzenia.

„Trzeba”, to słowo, które nie schodzi z ust znawców od siedmiu boleści, przekonujących nas od 1989 r. o przeróżnych pilnych sprawach. „Trzeba” pobudować autostrady, „trzeba” podnieść płace, „trzeba” poprawić stopę życiową obywateli, „trzeba” obniżyć poziom bezrobocia itd. wreszcie – jakżeby inaczej - „trzeba” dokonać inwestycji „hydrotechnicznych” (jak to się wypowiedział dziś namiestnik Wiki Komorowski vel Sun of Jamaica). A do tego najlepsza jest „specustawa”. (Jak wiadomo, specustawa, to nie to samo, co jedna ze zwykłych ustaw, których setki zaklepuje polski parlament po to, by je wnet nowelizować, a następnie dokonywać nowelizacji nowelizacji albo i pisać nowe ustawy od nowa – tak w kółko Macieju, bo przecież na tym polega neopeerelowski parlamentaryzm. I praworządność.)
Wprawdzie o tym, że coś TRZEBA było zrobić, to słyszeliśmy już w 1997 r., a nawet w ubiegłym roku, gdy różne części kraju zalewała woda. Czy jednak zainwestowanie w poprawę infrastruktury przeciwpowodziowej było jakimś priorytetem gabinetu ciemniaków? Wolne żarty. „Orliki”, to było coś. Zwłaszcza te, które dziś toną wraz ze wsiami i miastami.

Poza tym, czy nie chodziło wyłącznie o TYLKO ADMINISTROWANIE? Czy nie na tym zasadzał się dla wielu salonowych publicystów (nie tylko z komunistycznej „Polityki”) ideał rządzenia Tuska i jego kolegów z boiska? Było to zresztą zrozumiałe – skoro Polska nie ma żadnych większych już problemów (kaczyści zostali odsunięci od władzy, a to oni rujnowali kraj i narażali go na pośmiewisko – szczególnie „międzynarodowe”), to przecież wystarczy administrować. No i administrowali, administrowali, aż się doadministrowali najpierw kryzysu ekonomicznego (z którego Polska wyszła zwycięsko jako zielona wyspa, której skoku gospodarczego zazdrościł nam cały świat, jak nas przekonywali pożyteczni idioci), wielkich interesów z „katarskim inwestorem”, gigantycznego zadłużenia publicznego, aż zakończyło się to wszystko katastrofą smoleńską i powodzią, o skali zniszczeć której na razie nawet nie warto myśleć, by nie osiwieć z dnia na dzień. Czy to, w jaki sposób zachowały się władze Polski w obliczu smoleńskiej tragedii i wydarzenia ostatnich dni, kiedy to zapanował niemal całkowity chaos, jeśli chodzi o pomoc udzielaną powodzianom, nie są prawdziwym świadectwem ruiny polskiego państwa i czy nie narażają nas na rzeczywiste pośmiewisko?

Zwykle ludzie, którzy sobie z czymś nie radzą, zwracają się o pomoc do osób bardziej gramotnych, sprawnych, silniejszych, bogatszych, lepiej wyposażonych itd. Gabinet ciemniaków jednak, jak na ciemniaków przystało, oczywiście, jest do tego stopnia przekonany nie tylko o swojej nieomylności, lecz i o tym, że „wszystko siam” da radę, że w obliczu wydarzeń katastrofalnych (jak Smoleńsk czy powódź) zwyczajnie nie ogarnia ogromu grozy sytuacji. W przypadku 10 kwietnia rząd zachował się, jak już pisałem, ale warto to powtórzyć, tak, jakby Polska nie należała ani do NATO, ani do wspólnoty europejskiej i po prostu zdał się na „braci Moskali”, którzy skwapliwie skorzystali z okazji, by przypomnieć Polaczkom, gdzie jest ich miejsce i uczynić sobie wielkie szyderstwo z polskiego lotnictwa wojskowego ku uciesze ulokowanej w Polsce w wielu sferach promoskiewskiej agentury. W przypadku powodzi gabinet ciemniaków zdał się zwyczajnie na „ślepy los” i postanowił wziąć żywioł zaklęciami („to nie jest jeszcze katastrofa”, „nie mówmy o powodzi, lecz podtopieniach”) oraz klasycznym dla ciemniactwa wszelkiej maści – przeczekiwaniem. Dopiero dantejskie sceny zatapianych miasteczek i miast, tonące osoby i zwierzęta (o domostwach, zakładach, polach uprawnych itd. nie warto nawet wspominać) oraz alarmujące sygnały o bałaganie, sprawiły, że ciemniacy na wyścigi rzucili się do objeżdżania zalanych terenów wzorem Putina, co wpada do supersamu i ruga obsługę za zawyżone ceny.

Skalę ciemniactwa polskiego niby-rządu potęguje fakt, że uporczywie nie ogłaszano (nawet na apokaliptycznie zalanych terenach) żadnego stanu wyjątkowego, co w rezultacie spowodowało to, iż ludzie musieli z żywiołem radzić sobie... sami, albo nie radzić w ogóle, gdy pomoc nie docierała na czas. Na domiar złego mogliśmy zobaczyć scenki rodzajowe w postaci pogaduszek premiera z jakimiś lokalnymi bonzami, co zapewniali, że pieniądze (na zabezpieczenia czy na pomoc – w tej chwili to już nieistotne) nie docierały, co Tusk na miejsc czy inny Pawlak w stolicy kwitował inteligentnym spostrzeżeniem na temat „przeszkód biurokratycznych” i decyzyjnego młyna. Młyn ten przecież należy do rutynowych działań tzw. polskiej administracji, namnożonej (do niemożliwości) od wiekopomnej reformy z czasów AWS-u, dzięki której zdublowane są kompetencje, gabinety, papióry, pieczątki, służbowe auta, delegacje, sekretarki, asystenci i Bóg wie jeszcze co w tej całej próżniaczej menażerii, w tym piekielnym parku maszynowym, w którym liczy się wszystko tylko nie dobro wspólne obywateli. Na tym jednak nie koniec, bo przecież Tusk odegrał największą komedię swego życia, tj. zaczął podpowiadać zrozpaczonym powodzianom, by zapamiętywali tych, co coś spieprzyli w zabezpieczeniach, tak jakby najwięcej nie spieprzył sam rząd do cholery!, dzięki swemu TYLKO ADMINISTROWANIU.

Nie ogłaszając stanu klęski żywiołowej, nie posłano więc natychmiast do wszystkich zagrożonych regionów wojska, gdzie się da – z helikopterami, z ciężkim sprzętem, z pontonami itd., tylko udawano, iż tak naprawdę „za niedługo” sytuacja się „ustabilizuje”. Potem zaś już było za późno. Jak zwykle.

Nie ma więc państwa. Przyjmijmy to do wiadomości. I zacznijmy budować je od początku – uprzednio postawiwszy przed wymiarem sprawiedliwości tych, co do takiego stanu to państwo doprowadzili. I to za nasze pieniądze tego dokonali.

Szczurki


Wizyta na wałach


Analitycy




19 maj 2010

"A nam wsio rawno"


„Rzepę” kiedyś kupowałem w latach 90., regularnie czytując ją do śniadania w weekendy, ale potem przestałem, gdy się okazało na jej łamach, iż nie ma dla Polski innej drogi niż „UE”, a ci, co są przeciwko eurokracji są matołami i Białorusinami. „Rz” nieco się zrehabilitowała potem w moich oczach za czasów PiS-u, ale też była to jakaś taka ideowa walka o prawdę momentami udawana. Dopiero w okresie rządów gabinetu ciemniaków jakoś „Rz” zaczęła wychodzić publicystycznie na prostą, paląc zwyczajowo Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek, czyli trzymając się „pluralizmu” (jak za czasów, kiedy w Plusie-Minusie można było przeczytać znakomitego G. Herlinga-Grudzińskiego (który mimo że był socjalistą, to trzymał się twardo antykomunizmu i dekomunizacji), ale też dennego S. Bratkowskiego (no comments at all)), tj. publikując i Wildsteina, i np. (sic!) Wołka, Żakowskiego czy Kuczyńskiego (jakby ci ostatni nie mieli trąb jerychońskich nagłaśniających ich szaleństwa) – no ale przynajmniej starając się (nieco po omacku, ale zawsze) dotrzeć do jakiejś prawdy. No i ja, jak to człowiek naiwny, więc głupi, mimo że sobie robię prasówkę elektronicznie, zacząłem od jakiegoś czasu kupować „Rz”, aż ostatniego weekendu dostałem takiego lewego sierpowego od dziennikarzy „Rz” między oczy, że natychmiast poczułem odrazę do samego siebie, że złamałem własne postanowienie, by na „Rz” jednak nie wydawać pieniędzy. Nie ma bowiem nic gorszego, jak sytuacja, w której człowiek nie słucha głosu serca, tylko podąża za jakimś chwilowym, mętnym nastrojem.

Czemu o tym wszystkim piszę? Pewnie dlatego, iż nie sądziłem, że „Rz” dołączy się do lansowania rosyjskiej wersji tego, co się wydarzyło 10 kwietnia (chociaż, czy człowiek może być dziś pewny czegokolwiek na tym polskim łez padole?). Okazuje się jednak, że nie tylko ja czytuję weekendowe wydania „Rz” z tekstami takich specjalistów od wojskowości jak P. Reszka (tego od handlowania aneksem do raportu o likwidacji WSI, demistyfikowania „pisowskiego” SKW, tropienia „przestępstw” Macierewicza etc.) na temat domniemanych przyczyn katastrofy smoleńskiej, ale i wczytuje się w nią z uwagą posowiecka komisja zajmująca się katastrofami lotniczymi (MAK), która swoją wersję wydarzeń najwyraźniej na tym artykule oparła (http://www.tvn24.pl/12691,1656955,,,mak-samolot-i-lotnisko-bez-zarzutu-zaloga-bez-cwiczen,wiadomosc.html).

Czy jest to możliwe? W takiej przyjaznej korelacji, jaka zachodzi między neopeerelem a Moskwą, to wprost naturalne. Zwłaszcza jeśli w przyjazny dialog wchodzą ze sobą sojusznicze służby, no bo nie podejrzewam, by Reszka z czapki wziął te dane, którymi sypie w swoim śledczym artykule, tylko raczej jakiś poczciwiec w mundurze najpewniej jeszcze „ludowego wojska polskiego”, podzielił się bezcenną wiedzą. Ta wiedza bywa bezcenna zwłaszcza wtedy, gdy pochodzi ze sprawdzonych, sowieckich źródeł, wtedy bowiem, gdy zostanie upubliczniona, inne sowieckie instytucje mogą się na nią powoływać na zasadzie klasycznego, sowieckiego błędnego koła, które nigdy ale to nigdy nie prowadzi do prawdy. Nie wiem i chyba nawet nie chcę wiedzieć, czy P. Lisicki jako naczelny „Rz” miał świadomość, kto i jak pogrywa gazetą, czy nie, tak czy tak bowiem chyba wiedział, jak szkodliwy i zarazem nikczemny tekst na łamach „Rz” puszcza. Moskwa bowiem od pierwszych minut po smoleńskim zamachu nie robi nic, tylko lansuje tezę o idiotach za sterami, którzy we mgle wyrypali samolotem w ziemię. Ktokolwiek zaś dołącza się do lansowania tej tezy, zwyczajnie pracuje na rzecz Rosji. Jeśli tego rodzaju tezy lansują takie promoskiewskie ośrodki jak komunistyczna „Polityka” czy neokomunistyczna „Gazeta Wyborcza”, to nikt się temu nie dziwi, ale jeśli czyni to „Rz”, uważana za gazetę jakoś wiarygodną, to jest to coś więcej niż dramat. Jest to coś z pogranicza sabotażu i samobójstwa.

Gdzie są śledczy, co szukaliby „Koli” od słynnego filmiku? Gdzie są spece, którzy by zbadali, co zrobił Ił przed polskim tupolewem? Gdzie drobiazgowe wywiady ze świadkami zdarzeń z 10 kwietnia ze Smoleńska? Gdzie reporterzy, co sfilmowaliby chwile, jak Ruscy buldożerami wałkują ziemię po pobojowisku? Gdzie śmiałkowie od grzebania się w tej ziemi i drążenia ruskiej dezinformacji? Gdzie ci detektywi, co zbadaliby przebieg remontu tupolewa w Samarze? Gdzie ci wścibscy, co zbadaliby, jak przebiegały sekcje zwłok ofiar ze Smoleńska? Gdzie ci analitycy, co – jak mec. Hambura – przypomnieliby o tym, iż prok. J. Czajka to ten sam, co się zajmował śledztwami w sprawie Chodorkowskiego, Politkowskiej czy Litwinienki? Czy nie jest to „najlepsza” rekomendacja dla rosyjskiego śledczego? Może jest, ale na pewno nie dla Reszki.
Powiem szczerze. Mnie ruskie wersje nie przerażają, bo znam sowiecką filozofię kłamstwa. Mnie zastanawia to, jak wielką determinację w uwiarygodnienie ruskich kłamstw wkładają ludzie piszący po polsku do polskich mediów. Może wyznają oni światopogląd „zajca” ze słynnej sowieckiej bajki, który śpiewał wesoło „a nam wsio rawno?”, bo nie bał się wilka? A może są po prostu po stronie wilka?

http://www.rp.pl/artykul/481242_Hambura__Prokurator__Putina.html
http://www.wyszkowski.com.pl/index.php/artykuy/35/335-poufne-12
http://www.abcnet.com.pl/node/4580
http://www.rp.pl/artykul/2,479922_Katastrofa_w_36__pulku_.html
http://www.rp.pl/artykul/68342,480582__Manipulacje_generala_Czabana.html
http://www.tvn24.pl/-1,1657040,0,1,tu_154-schodzil-do-ladowania-na-autopilocie,wiadomosc.html
http://www.tvn24.pl/12691,1656955,,,mak-samolot-i-lotnisko-bez-zarzutu-zaloga-bez-cwiczen,wiadomosc.html

18 maj 2010

Świat, który nie może zaginąć


Zapamiętamy nie tylko „kto co spieprzył”, jak nam radzi premier Tusk, który jeszcze wczoraj zapewniał nas, że to nie jest jeszcze katastrofa (tak samo jak pani z instytutu meteorologii przekonywała w serwisach radiowych, by nie używać słowa „powódź”), ale i kto co mówił, kto jak się bawił w rządzenie, a przecież szedł z podkasanymi rękawami do władzy, kto udawał głupiego, głuchego, ślepego lub niemego, kto jak się zachowywał w chwilach próby. Zapamiętamy, kto co zdziałał i w kwestii zabezpieczeń przeciwko powodzi, jak i co zrobiono w kwestii wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej. Musimy to wszystko zapamiętać, bo inaczej się pogubimy w naszych światopoglądowych wyborach.

Wiemy już wiele o tym, że woda ma to do siebie, że spływa (chciałoby się w odpowiedzi rzec: płyń, człowiecze, płyń). Tego rodzaju mądrość należy wrzucić do skarbca z takimi aforyzmami, jak „mowa powinna być krótka, a kiełbasa długa” oraz „gdzieś znaleziono kawałek ubrania - to nie jest wielki problem” czy też - z innej skarbnicy mądrości - „Polacy chcą wybierać politycznie, a nie powodziowo” (zapewne tak jak w 1997 r.). No bo też powiedzmy sobie szczerze, co ma lub może mieć jakaś powódź (czy jakaś katastrofa) do pewnych wyższych, nienaruszalnych wartości, z którymi nieodłącznie związany jest gabinet ciemniaków, którym się zdawało, iż uprawianie polityki, to występowanie przed kamerami TVN-u lub mikrofonami ukochanej zetki? Poza tym, czy możliwe jest zapobieżenie powodzi, skoro niezbadane są wyroki boskie? Najtrudniej zresztą zapobiec takiej powodzi, której nie ma. Jak obecna.

Ale jeśli już przyszła, to może wypadałoby w jakiejś żółtawej (porządnej, chińskiej produkcji) łodzi podwodnej wysłać Palikota, Bartoszewskiego, Wajdę, Olbrychskiego, Maternę, Korę, Michnika, Kuczyńskiego, Żakowskiego, Kutza, Wołka, Chyrę i tylu innych chętnych pod przewodem namiestnika Komorowskiego (w jakimś galowym, przyjaznym Rosji, mundurze koniecznie i z biało-czerwonym, bezcennym szalikiem premiera), by podpłynęli swym statkiem szaleńców do powodzian lub ludzi uwijających się od paru dni na wałach, wynurzyli się i powiedzieli chóralnie tym wszystkim nieszczęśnikom, że to wszystko się stało i dzieje dlatego, że urok rzucił na Irlandię 2 pewien hodowca kotów. Bezdzietny i okrutny. I niech ostrzegą powodzian, że jeszcze chwila, a na terenach zalanych przez brudną wodę pojawi się policja polityczna udająca mleczarzy. I wtedy dopiero się zacznie armagedon.

http://www.rp.pl/artykul/5,90126.html (link od Jareckiego, tekst z lutego 2008 na temat wycofania się ciemniaków z finansowania inwestycji przeciwpowodziowych na południu Polski)
http://www.fakt.pl/Tusk-poirytowany-Przeklina-,artykuly,72298,1.html
http://www.tvn24.pl/0,1656877,0,1,woda-ma-to-do-siebie--ze-splywa,wiadomosc.html
http://www.tvn24.pl/0,1656891,0,1,strazacy-walcza-o-krakowski-most,wiadomosc.html
http://www.youtube.com/watch?v=yjO2EVieAj4&feature=player_embedded (wieniec atakuje Janukowycza – scena, która aż się prosi o jakiś remake w naszym kraju)

15 maj 2010

Ocalony

Kto by się spodziewał – 10 kwietnia zginął pod Smoleńskiem J. Palikot, wybitny polityk polskiej filii partii Jedna Rosja, zasłużony dla odbiurokratyzowania neopeerelu, najdzielniejszy z bojowników o wolność, demokrację i swobodne spożywanie alkoholu na placach i skwerach. I co się stało po tej więcej niż symbolicznej śmierci? Ani premier D. Tusk ani namiestnik B. Komorowski, który po obejrzeniu migawek z telewizji rosyjskiej przejął władzę w republice polskiej (zgłaszającej coraz śmielszy akces do WNP), nie urządzili żadnego pogrzebu temu wielkiemu politykowi. Nie było ani odprawy honorowej, ani marsza żałobnego, nawet kur nie zapiał. Co więcej, zwłoki wybitnego męża stanu jakimiś niesamowitymi kanałami wróciły do kraju i pojawiły się na spotkaniu z namiestnikiem Komorowskim, który ze zrozumiałym dla nas zdziwieniem, spytał „Janusz, to ty?”

Właściwie to powinniśmy się cieszyć, że Palikot zginął, ale najwyraźniej w jakiś trudny do wyjaśnienia sposób (może MO, tj. M. Olejnik potrafiłaby to wytłumaczyć) żyje dalej – w kolejnym wcieleniu, jednakże czy nie wymaga to zjawisko jakiegoś specjalnego wyjaśnienia ze strony choćby rosyjskiego Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych? Jeśli nie to ministerstwo, to może wyczulony na bicie serca czerwonego S. Ciosek by coś nam wyjaśnił, a jeśli nie on, to może słynny Dziewul, co widział nie jedno? W ostateczności ktoś z dawnego WSI powinien nam wyjaśnić, bo ludzie z wojskówki dokonywali już najprzeróżniejszych cudownych przemian w historii: zmienili np. czerwonych buraków w eleganckich socjaldemokratów, komunizm wojenny w neokomunizm pokojowy, a straszliwy dla cywilizowanego świata ZSSR w przyjazną Ziemi WNP. A może ten cud to jest tzw. uskorienie? Co mniej pamiętliwi może przypominają sobie hasła takie, jak głasnost' czy pieriestrojka. Ale oprócz nich było uskorienie, które oznaczało, iż historia przyspiesza, tak jak dociśnięty pedałem gazu moskwicz. A kiedy historia przyspiesza? Gdy kierowca historii kładzie ciężką stopę na pedale gazu właśnie.

W związku z uskorieniem jedni ludzie w przyspieszonym tempie, tj. przed czasem, giną w błocie, mgle i smoleńskich krzokach, zwłaszcza jeśli są prezydentami lub natowskimi generałami, ale za to inni, co zdawało się, iż zginęli, w nadzwyczajny, tak jak nadzwyczajnie działa rosyjskie ministerstwo takie czy owakie, wracają cali i zdrowi z pola boju, uśmiechnięci, gotowi do służby, jeśli nie Polsce, to właśnie Matce Rosji, bo z niej soki ozdrowieńcze czerpią proletariusze wszystkich krajów. Ten powrót jest jednak jakiś bez rozmachu, bez polotu, bez fanfar i wojskowej dekoracji. Namiestnik Komorowski wraz z premierem Tuskiem powinni bowiem urządzić wielki spektakl na Okęciu, kiedy z samolotu CASA żołnierze wynoszą przywiezioną ze Smoleńska czerwoną trumnę z Palikotem w środku, paru co słynniejszych aktorów deklamuje wiersze ku czci Putina, zaś parę piosenkarek śpiewa prastare pieśni sowieckie, a następnie ta trumna na jakiejś lawecie, sunie przez Warszawę – tak by mieszkańcy i rodacy z całej Polski mogli złożyć zmarłemu należny mu hołd.

Ten cały przejazd powinna transmitować (a następnie wiele razy powtarzać) telewizja TVN oraz wszystkie rozgłośnie, które wiernie służą namiestnikowi od świtu do nocy. Wiedząc oczywiście, że Palikot cudownie przeżył, rządowi organizatorzy uroczystości pogrzebowych powinni trumnę – po kilku rundkach po różnych cmentarzach z Powązkami na czele - skierować do polskiego parlamentu, gdzie witałby ją sam namiestnik wraz ze swym orszakiem, namiestnik wszak jest nie tylko już prezydentem, marszałkiem i kandydatem, ale po prostu naszym ojcem. „Polska zasługuje na cud”, powiedział przed paroma laty inny wybitny mąż stanu. Miesiąc po katastrofie smoleńskiej taki cud ze wstającym z trumny Palikotem u wejścia do polskiego parlamentu wydaje się sprawą niecierpiącą zwłoki. W ostateczności można ten spektakl urządzić wtedy, gdy tenże parlament będzie obradował wspólnie z rosyjską Dumą. Palikot powinien mieć wtedy na sobie koszulkę z napisem "Ni ch...a siebie".

http://www.tvn24.pl/-1,1656440,0,1,palikot--ktorego-znacie--zginal-z-prezydentem,wiadomosc.html

14 maj 2010

Piraci, terroryści i czekiści


Dwa nieodległe od siebie wydarzenia: 1) rosyjscy komandosi odbijają tankowiec z rąk piratów, a następnie wsadzają ich do łódki bez silnika i każą płynąć (albo też rozstrzeliwują po drodze), 2) oficerowie FSB namierzają terrorystów współodpowiedzialnych ponoć za niedawne zamachy w Moskwie, i zwyczajnie odstrzeliwują. Tzn. gwoli ścisłości - jak to elegancko ujął obecny szef FSB A. Bortnikow - nie tyle odstrzeliwują, co stwierdzają: „Niestety, nie udało nam się zatrzymać ich żywych”. To tak jak piratom – niestety – nie udało się dopłynąć do brzegu. Nie dopłynęli i zginęli, jak stwierdził rosyjski MON.

Oczywiście, może się ktoś znaleźć, kto w dzisiejszej dobie (tj. nie tak, jak chciał zwolennik kary śmierci, śp. Lech Kaczyński), czyli odchodzenia od ostatecznego rozprawiania się z przestępcami, znajdzie jednak pełne zrozumienie dla rosyjskich sposobów radzenia sobie ze zorganizowaną przestępczością, nawet jeśli te sposoby przypominają porachunki gangsterskie lub zwyczajną odwetową akcję mafii. Jak wiemy bowiem, Moskwa cieszy się w naszym kraju (od lat 40. ub. wieku) wybitnym wprost zrozumieniem i darzona jest wielką empatią, zwłaszcza jeśli ta Moskwa rozwiązuje problemy społeczne za pomocą bagnetu. To zrozumienie dotyczy też działań w skali makro. Kreml zwyczajnie „ma prawo” podbijać cudze terytoria i pakować w kierat narody. Nonsensem jest więc nie tylko sprzeciwianie się tymże działaniom Kremla, ale i odmawiania kremlinom tego prawa. Dopóki chodzi o jakieś odległe nacje, o jakichś Czeczenów, ludy kaukaskie, Gruzinów itd., dopóty nic się specjalnego nie dzieje, ponieważ dla najświatlejszych ludzi zachodu problemy poważne to np. czy pary homoseksualne mogą adoptować dzieci, czy nie oraz w którym momencie można rozpocząć eksterminację starców lub osób terminalnie chorych, ewentualnie, czy prawo do zmiany płci powinno być przyznawane nastolatkom, czy już parolatkom. Co jednak, gdy zaatakowane jest NATO? Czy może być poważniejszy problem dla Zachodu, jak zaatakowanie NATO?

Diabeł, gdy chce w coś lub kogoś uderzyć, wybiera najsłabsze ogniwo. Czekiści, którzy niemal od stulecia są z diabłem za pan brat, także zwykli stosować tę metodę uderzania. Celuje się w bezbronnych lub nieuzbrojonych, niewinnych lub fałszywie oskarżonych, słabych lub pozbawionych poważnej ochrony, wziętych do niewoli lub poddających się – słowem zwalcza się wroga wtedy, gdy nie może stawić zbrojnego oporu stosownego do użytych czekistowskich sił. Oczywiście dla czekisty, który w swym dążeniu do nadczłowieczeństwa, w takim niepohamowanym okrucieństwie upatruje siłę i wzmocnienie, to normalka, dlatego też diabeł czekistom sprzyja, jako ojciec zabójców, sadystów i psychopatów. 17 września 1939 r. to nie była przypadkowa data, ale na zimno wykalkulowana chwila uderzenia, gdy wróg nie dysponuje siłami do odparcia bolszewickiego ataku. Czy podobnie będzie z 10 kwietnia 2010 r.?

B. Gertz we wczorajszym „Washington Times” (http://www.washingtontimes.com/news/2010/may/13/inside-the-ring-86422687/) (tu mój ukłon w stronę chojny – dzięki za linka) pisze o tym, iż katastrofa smoleńska, oprócz swego wymiaru humanitarnego, ma też wymiar militarny, w postaci przechwycenia przez Rosjan (czyli czekistów, nie oszukujmy się) ściśle tajnych danych Paktu Północnoatlantyckiego. Gertz twierdzi, że w ręce rosyjskie mogły się dostać efekty pracy sięgające nawet nie miesięcy ale lat, włącznie z planami obrony, listami agentów lub innych cennych szpiegowskich źródeł.

Nie mówmy więc wyłącznie o zamachu na polską elitę z Prezydentem na czele. Mówmy po prostu o ataku na NATO. Rosjanie dzięki temu atakowi zyskali przecież więcej, niż gdyby prowadzili zmasowaną działalność szpiegowską przez pół wieku, zaś sam Pakt w ten sposób został osłabiony w trudny na razie do oszacowania sposób. Mówmy o ataku na NATO nie tylko z tego powodu, że niektórym ludziom łatwiej będzie pojąć, co się naprawdę miesiąc temu wydarzyło, lecz też z tego powodu, że NATO powinno podjąć jakieś kroki zaradcze w tej sytuacji. Sytuację jednak komplikuje fakt, że polski rząd zamiast zwrócić się do sojuszników z NATO o natychmiastową pomoc, rzucił się w objęcia „braci Moskali”, poddając w ten sposób w wątpliwość to, czy Polska chce być w NATO, a nawet, czy jeszcze w NATO jest. Może o czymś nie wiemy, a już zostaliśmy włączeni do WNP? Albo ze ZBiR-a zrobił się ZBRiRP? To by tłumaczyło i czołobitność gabinetu ciemniaków wobec Moskwy, jak i wylewność kremlinów w przekazywaniu Warszawie „pozytywnych wibracji”.

http://www.tvn24.pl/0,1656175,0,1,rosjanie-zabijaja-za-zamachy-w-metrze,wiadomosc.html
http://www.tvp.info/informacje/swiat/piraci-nie-doplyneli-do-brzegu/1785889

12 maj 2010

Dwa tupolewy?

Hipoteza przywoływana przez niektórych blogerów, wedle której 10 kwietnia w Smoleńsku doszło do totalnej mistyfikacji (na niewyobrażalną skalę), tzn. że wszystkie zdjęcia z miejsca katastrofy nie pokazują polskiego tupolewa, lecz rosyjską wydmuszkę, a prawdziwa katastrofa/zestrzelenie itd. samolotu z delegacją prezydencką zaszły gdzie indziej, zaś niektóre ciała zostały dostarczone na miejsce rzekomej katastrofy - wydaje mi się bardzo trudna do obronienia. Jestem przekonany, że dostatecznie mocnym i mrożącym krew w żyłach scenariuszem jest ten, w którym polski tupolew jest błędnie naprowadzany przez wieżę (lub przez ruchome radiolatarnie i/lub w wyniku działań Iła), a w dodatku dochodzi do jakiegoś wybuchu na pokładzie, który robi miazgę i z większości pasażerów i z kadłuba. Taki bowiem scenariusz, przy założeniu, że zrealizowały go specsłużby rosyjskie i tak po jego udowodnieniu grozi izolacją Moskwy na arenie międzynarodowej i powrotem Zachodu do strategii zimnowojennej, na czym Polska mogłaby tylko zyskać.

Wróćmy jednak do hipotezy dwóch tupolewów i spróbujmy ją wspólnie przemyśleć, wiedząc, że posowieckie, tak jak i sowieckie służby, zdolne są do mistyfikacji na skalę wprost nieprawdopodobną (o czym świadczyła kiedyś choćby słynna komisja Nikołaja Burdenki, dowodząca z pełną powagą, że za zbrodnią katyńską stoją Niemcy). Za tą właśnie hipotezą przemawia rosyjskie mistrzostwo świata w dezinformacji i kamuflażu, zagadkowe relacje świadków, mówiące o tym, że nie można było znaleźć ciał ofiar (montażysta TVP S. Wiśniewski mówił, że wyglądało to tak, jakby spadł pusty samolot) oraz skala zniszczeń tupolewa, który, pomijając ogon, podwozie i jeszcze parę kawałków skrzydeł, wyglądał tak, jakby był zrobiony ze szkła.

Jeśli weźmiemy pod uwagę to, że Wiśniewski (oraz Bahr) dotarł tylko do pewnej części pobojowiska, to ciała mogły być rozsypane nieco dalej. Oczywiście, samo to, że służby rosyjskie nie pozwalały na spenetrowanie pobojowiska przez Polaków, jest wyjątkowo podejrzane – mogły te służby wszak zamykać teren po to, by mistyfikacja została dograna do perfekcji. Wiemy jednak przecież, że można było wleźć na miejsce katastrofy z innych, nieblokowanych przez służby stron, tzn. nie był to teren pilnie strzeżony (np. z wyposażoną w ostrą broń ochroną) jak jakaś sowiecka zona wojskowa, a tym samym służby zwyczajnie nie obawiały się gapiów. Mogły się nie bać właśnie z tego powodu, że „nie było kogo ratować”, czyli faktycznie doszło do masakry. Na migawkach widać zresztą, że goście się już nie spieszą, wałęsają, stoją, palą papierosy i nic szczególnego się nie dzieje, ot, akcja ratownicza po rusku.

Gdyby spadł jakiś drugi tupolew, to cała akcja związana z katastrofą musiałaby być przeprowadzona na dwóch poziomach: zabezpieczenie pierwszej katastrofy (tajnej) i osłona drugiej (tej na pokaz). Pomijam już ilość ludzi, którzy musieliby być wtajemniczeni w taki plan i jego realizację (włącznie z eliminowaniem lub neutralizowaniem przypadkowych świadków), a którzy musieliby trzymać język za zębami (w Rosji oczywiście jest to do wyobrażenia, jeśli wczytamy się w książki znawców rosyjskiej rzeczywistości), ale taka operacja musiałaby być też zabezpieczona od strony „zewnętrznego wyglądu”. Musiano by zabezpieczyć przebieg takiej operacji nie tylko przed przypadkowymi świadkami, ale i przed przechwyceniem przez amerykańskie satelity szpiegowskie (wszak w pewnym momencie lotu pojawiałby się drugi tupolew – skądś startujący i lecący do Smoleńska, a polski tupolew musiałby być zepchnięty gdzieś indziej lub zestrzelony). Poza tym musiano by zapewnić (znowu niezauważalny na satelitach) transport ciał (przynajmniej tych pokazanych Polakom) z polskiego tupolewa w okolice lotniska Siewiernoje. Co więcej, musiano by „zabezpieczyć” łączność między polskim tupolewem a Polską, tak by żaden alarmujący sygnał o ataku/przechwyceniu/zmuszeniu do lądowania przez rosyjskie lotnictwo itd. nie dotarł do kraju czy do polskich służb kontrwywiadowczych (nie wykluczam, rzecz jasna, współudziału polskich posowieckich służb w całej akcji, choć to rzecz do udowodnienia).

Mówiąc krótko, musiano by nie tylko przygotować taki zamach z dużym wyprzedzeniem, angażując mnóstwo ludzi (całkowicie zaufanych, tj. takich, co nie wyjawiliby kulis akcji Zachodowi, a już zwłaszcza polskiej opinii publicznej), ale i musiano by na wszelkie sposoby zabezpieczyć się przed „podglądnięciem” operacji terrorystycznej przez satelity szpiegowskie. To ostatnie zaś wydaje mi się zupełnie niemożliwe. Musiano by bowiem roztoczyć sztuczną mgłę nad wielkim obszarem, musiano by izolować poszczególne miejsca od jakichkolwiek gapiów – słowem, musiano by zastosować totalną strategię ZSSR, a nie Federacji Rosyjskiej. Ba, takie skomplikowane działania przecież także byłyby widzialne. FR działa poza tym punktowo, nie totalnie – co twierdzę, obserwując współczesną Rosję z oddali. Wprawdzie Putin uznał rozpad ZSSR za wyjątkową pomyłkę XX w., ale nie był w stanie postawić glinianego kolosa na żelaznych nogach dawnego imperium. Za jego czasów Rosja nie była już w stanie napadać na wielkie kraje, gnębiła więc słabych i niezdolnych do obrony przeciwników, takich jak Czeczenia czy Gruzja. No i obywateli rosyjskich domagających się prawdy, jak choćby A. Politkowska. Zabijanie słabych i niewinnych nie jest zaś świadectwem siły, lecz niemocy. Pomijam w tym miejscu barbarzyństwo zabójców z piekła rodem, pastwiących się nad bezbronnymi ofiarami, zabójców takich jak Mengele (któremu nawiasem mówiąc, pozwolono dokonać żywota w Ameryce Południowej dopiero w 1979 r.). Jeśli bowiem jakieś służby specjalne urządzają sobie rzeź na ludności cywilnej, to przecież zachowują się dokładnie tak jak terroryści, którzy nie mogąc stanąć do otwartej walki z jakąś armią, tchórzliwie mordują nieuzbrojonych przechodniów lub po prostu cywili, by innym, silniejszym „udzielić lekcji strachu”. Ci silniejsi zaś muszą żywić pogardę do takich „bojców”.

Przy założeniu, że 10 kwietnia doszło do totalnej mistyfikacji, należałoby – i być może taka była przesłanka rozumowania Aleksandra Ściosa, który, znając machinę sowiecką, powątpiewał w możliwość naszego dotarcia do prawdy, jeśli chodzi o przyczyny tragedii – przyjąć, że wszystkie, dosłownie wszystkie, dowody tego, co się wydarzyło 10 kwietnia – poczynając od szczątków, poprzez ekspertyzy, zdjęcia, na filmikach (takich jak Koli) kończąc, są elementami tejże mistyfikacji; czyli że wszyscy brodzimy w smoleńskiej sztucznej, wojskowej mgle. Coś takiego – tzn. totalną mistyfikację – zapewnia prowadzenie śledztwa przez Moskwę, ale przecież nie wszystko jest w jej rękach. Naturalnie, gdyby wszystkie dowody były preparowane, to przecież musiałyby być zrobione w sposób doskonały, wykluczający stwierdzenie mistyfikacji. Nawet przy promoskiewskim, serwilistycznym nastawieniu obecnych władz polskich, przy uaktywnionej agenturze i przy rzeszy pożytecznych idiotów w przeróżnych instytucjach, to nie można przecież założyć, że nikt nie byłby w stanie wykryć mistyfikacji, a tym samym, że nie mogłaby zostać ona upubliczniona, ku całkowitej sromocie Kremla.

Sądzę więc, że dla Rosji w zupełności wystarczył plan minimum (mgła, złe naprowadzanie, wybuch i celowo opóźniana akcja ratownicza). Reszty dopełniły rosyjskie służby na miejscu, które nie tylko przejęły cały natowski sprzęt, ale i zadbały o to, by jego część się nie znalazła. Jak choćby telefon satelitarny Prezydenta, o czym informuje nas beztrosko prokurator generalny Seremet. Zresztą, po co nam dziś jakiś telefon, skoro była defilada polskiego wojska na Placu Czerwonym? Cieszmy się z tego co mamy, a nie szukajmy dziury w całym.

http://www.tvn24.pl/0,1656037,0,1,nie-mamy-telefonu-satelitarnego-prezydenta,wiadomosc.html
http://aspiryna.salon24.pl/181032,smolenska-zmylka
http://www.youtube.com/user/wwwprezydentpl#p/u/22/Dz2TZLIVSn8 (70-lecie Polskiego Państwa Podziemnego; ciężko się to (po Smoleńsku) ogląda, zaznaczam)
http://historicus.umk.pl/modules/wfsection/article.php?articleid=13&page=1

Reset



Wydawać by się mogło, że ponad miesiąc po 10 kwietnia każdy człowiek mający głowę na karku zaczyna czuć rosnący swąd związany z tragedią smoleńską, a tu wydaje się, że nie, bo oto Doktor No naraz zerwał się, by tych wszystkich węszących zmieszać z błotem i wyznać, że go szlag trafia, iż jacyś goście snują „najprzeróżniejsze fantastyczne i dziwaczne” hipotezy dotyczące zamachu. „Pewna grupka”, jak się ładnie wyraził, a więc zapewne chodzi mu o piszących w s24, a nie tych z rosyjskojęzycznych forów (http://www.fronda.pl/news/czytaj/zwyklych_rosjan_ogarnela_mania_spiskowa_wladze_sa_tym_przerazone) (http://gulag.ipvnews.org/new/article20100421.php), z różnych mediów zagranicznych (izraelskich, niemieckich, rumuńskich), amerykańskich ekspertów, przywoływanych przez M. J. Chodakiewicza (http://www.tygodniksolidarnosc.com/2010/19/3d_del.htm ), no i na pewno nie tych, co publikują na „Kavkaz Center” (http://www.kavkazcenter.com/eng/content/2010/05/11/12021.shtml). No bo jak na moje oko, to ta grupka jest całkiem spora. Pomińmy jednak kwestie reprezentatywności grupki.
Doktorowi No chodzi – jak podejrzewam zapewne zupełnie mimowolnie, choć głowy bym za to nie dał – o to, co dobitnie wyraził w pierwszych minutach (!) po ogłoszeniu na antenie TVN24, że doszło do katastrofy, jeden z rosyjskich komentatorów (http://www.youtube.com/watch?v=o2u7UTdYXPQ&feature=related) W. Kirianow (ok. 3'44'' materiału) zaraz po wyrażeniu pochwał pod adresem lotniska oraz kondolencji pod adresem Polski rzekł: „myślę, że Polacy nie będą obciążać tym wydarzeniem rosyjskiej jakiejś tam władzy i tak dalej”. W zlinkowanym wyżej fragmencie relacji telewizyjnej mamy zresztą niepowtarzalną okazję do obejrzenia ludzkiej reakcji W. Olejniczaka – zaznaczam to, ponieważ od niedawna już przedstawiciele SLD wrócili do swoich zachowań sprzed katastrofy i znowu, z Kaliszem na czele (ciekawe, czy powiesił sobie portret śp. L. Kaczyńskiego, tak jak zapowiadał), straszą strasznym PiS-em. Kalisz dziś w radiowej Jedynce powiedział w wywiadzie, że ludzie „boją się pisowców”, oczywiście w kontekście zbliżających się wyborów prezydenckich, co tylko potwierdza starą prawdę, że ludzie z czerwonej formacji nie są w stanie się niczego, kompletnie niczego, nauczyć (tak jak KPP, których członków Stalin katował i zabijał, a nadal był przez nich wielbiony).


Wracam jednak do elukubracji Doktora No. Stawia on zupełnie fałszywą tezę, jakoby mitomani, co węszą spisek 10 kwietnia, za swój główny cel obrali sobie dokopanie Jamajce i PO. Jest to tak wierutna bzdura, że aż nie powinienem jej komentować, no ale co zrobić, skoro nie chcę, ale muszę. Otóż w tragedii smoleńskiej, śmiem przypomnieć, bo nie tylko Doktorowi No, ale i wielu komunistom, a nawet peokratom się to najwyraźniej zatarło w pamięci, zginęli oprócz Pary Prezydenckiej i (natowskiej) generalicji, oraz czołowych polityków PiS-u (i wielu innych wartościowych ludzi, których nazwiska doskonale znamy), przedstawiciele/przedstawicielki koalicji rządzącej oraz SLD. Dochodzenie przyczyn katastrofy jest więc także wyrazem szacunku dla tychże osób, których śmierć domaga się wyjaśnienia. To, że sprawę obecnie lekceważą i PO, i PSL, i SLD, to już sprawa sumień przedstawicieli tychże ugrupowań – ale jest wielu ludzi, którzy czują się zobligowani (przede wszystkim moralnie) do zbadania tego, co się naprawdę w Smoleńsku wydarzyło. I ci ludzie bardziej się przysługują pamięci zmarłych aniżeli ci, co zatykają sobie uszy, oczy i usta, uważając sprawę za zamkniętą albo przynajmniej za „pospolity wypadek lotniczy”.


Takie rzeczy - tj. katastrofy, w których giną prezydenci i wysoko postawieni urzędnicy państwowi (z wojskowymi na czele) - nie dzieją się jednak przypadkiem. Mówi się zresztą – i to nawet na Czerskiej (vide Wroński u Wildsteina ostatnio), że to katastrofa bezprecedensowa w dziejach świata! Owszem, gdyby przed lotniskiem smoleńskim roztrzaskał się polski samolot cywilny ze „zwykłymi pasażerami”, to pewnie można byłoby przede wszystkim założyć, iż doszło do nieszczęśliwego wypadku (choć, tak jak w przypadku katastrofy nad Lockerbie z 1988 r. nie można byłoby wykluczyć zamachu terrorystycznego i nie prowadzić drobiazgowego śledztwa), w takim jednak przypadku, jak ten z 10 kwietnia – rażącą głupotą i zgoła przestępczym działaniem byłoby unikanie od samego początku stawiania i weryfikowania hipotezy o zamachu. Nie muszę przypominać w tym miejscu, że właśnie rosyjscy śledczy z marszu skierowali uwagę opinii publicznej, co agenturalne pudła rezonansowe w mediach w Polsce natychmiast zaczęły wałkować na wszelkie sposoby, na „winę pilota” i/lub „winę Prezydenta”, a broń Boże pracowników wieży kontrolnej czy FSB odpowiadającego ponoć (wedle wiekopomnych słów szefa BOR-u (vide „Misja specjalna”), który powinien już dawno być przesłuchiwany w polskiej prokuraturze, tak jak i B. Klich, T. Arabski itd.) za bezpieczeństwo na terenie Rosji polskiej delegacji.


Doktor No pisze ze swadą godną naprawdę lepszej sprawy o szkodliwości tych (zamachowych, spiskowych) mitów, przestrzega mitomanów przed „ośmielaniem radykałów, polaryzowaniem nastrojów, uniemożliwianiem autentycznego dojścia do prawdy”, ba, w prorokuje nawet, że mogą one być „zarzewiem przemocy”. Matko Boska! Zarzewie przemocy! Już większej niedorzeczności to chyba nie można powiedzieć w kontekście aktu ewidentnej przemocy, jakiej zaznali niewinni polscy pasażerowie tupolewa. Jeśli weźmie się pod uwagę to, że ludzie ci lecieli uczcić pamięć zamordowanych w Katyniu, lecieli z misją absolutnie pokojową (już pomijam słowa pojednawczego pięknego przemówienia Prezydenta), a spotkał ich los taki, jakby byli agresorami – to włos się jeży, gdy się czyta takie sformułowania, w których ktoś ośmiela się imputować osobom dochodzącym prawdy o smoleńskiej katastrofy, potencjalne szerzenie przemocy! Ja uważam, co zresztą już formułowałem niejednokrotnie, że wykazanie winy Rosjan powinno (zgodnie z enigmatycznymi stwierdzeniami prokuratora przesłuchującego M. Wassermann) poskutkować domaganiem się wysokich odszkodowań od Rosji dla rodzin ofiar poległych w drugim Katyniu. Oczywiście, należałoby gruntownie przeformułować polską politykę wschodnią i położyć olbrzymi nacisk na dozbrajanie naszego kraju, ale czy mielibyśmy brać odwet na Moskwie? Zbombardować Kreml? Wysadzić ambasadę rosyjską w Warszawie? Doktor No najwyraźniej nie zna Polaków – my nie działamy tak jak sowieciarze. My nie jesteśmy agresorami. Polacy są narodem pokojowym, który w swej historii zwykle musiał się bronić przed agresywnymi sąsiadami czy okupantami. Polacy są narodem rycerskim, a nie chamskim. Tym niemniej, jeśliby się udowodniło sprawstwo rosyjskich służb przy tragedii smoleńskiej, to z tej rycerskości polski naród musiałby sobie zrobić lekcje powtórkowe.


Oczywiście Doktor No nie jest pierwszym i pewnie nie ostatnim, który tak niedorzecznie stawia sprawę tragedii i jej skutków. Przecież tak naprawdę nie chodzi tu wyłącznie o Polskę. Rozpoznanie bojem za pomocą takiego nikczemnego zamachu jest gruncie rzeczy ciosem w NATO. Polska jako kraj członkowski to jedno. Drugie to natowska elita wojskowa, która zginęła na pokładzie samolotu. Trzecie to bezcenne z punktu widzenia służb rosyjskich, a nie zabezpieczone zupełnie przez stronę rządową w pierwszych chwilach po katastrofie, materiały elektroniczne związane z NATO. Oczywiście NATO ma teraz naprawdę poważny problem, jeśli istnieją już poważne dowody na to, iż doszło do zamachu. Od połowy lat 90.przecież, nie bacząc na to, czy Rosja się demokratyzuje, czy rekomunizuje, forsowano zgubną dla Polski politykę militarnego zbliżenia z Rosją. Teraz taka polityka byłaby legitymizowaniem neoimperializmu w terrorystycznym stylu starosowieckim (zgodnie z którym wrogów politycznych się po prostu likwidowało za pomocą agentury KGB czy GRU rozsianej po całym świecie). Z drugiej jednak strony NATO nie może nagle ogłosić Rosji wrogiem pokoju czy państwem bandyckim, bo w ten sposób 1) przywódcy krajów zachodnich wyszliby przed tamtejszą opinią publiczną na ostatnich idiotów, 2) Moskwa urządziłaby histerię za pomocą swojej agentury, że oto wraca zimna wojna po „polityce resetu i rozbrojenia”. Na razie więc mamy strategię pewnego odsuwania się liderów zachodnich od Moskwy i think tanki biedzą się nad tym, co z nią, tj. Moswą, zrobić (biedzą się tak, by Putin się o tym nie dowiedział, co nie jest takie proste). Sprawy dodatkowo komplikuje promoskiewski rząd w Polsce z namiestnikiem Komorowskim na czele, którzy za punkt honoru postawili sobie - mówiąc krótko - włączenie naszego kraju do WNP. Najpewniej więc, o ile jakieś ewidentne dowody zamachu nie przeciekną do światowej prasy, NATO będzie czekać do wyniku wyborów prezydenckich w naszym kraju, by podjąć jakieś wiążące nasz kraj decyzje i dokonać rewizji dotychczasowej geopolitycznej strategii. No, chyba że Pakt lekką ręką rzuci nas na rosyjską patelnię dla swojego świętego spokoju, lecz to byłoby najgłupsze rozwiązanie z możliwych, gdyż pozwalałoby na kolejną polityczno-militarną ekspansję Moskwy, ekspansję, której tragiczne skutki byłyby trudne do przewidzenia. Tragiczne także dla zachodniej Europy.

11 maj 2010

Brawo, dziennikarze!

Coraz więcej osób, nie tylko blogerzy, domaga się, by dziennikarze zajęli się nareszcie sprawą dochodzenia przyczyn tragedii, ale przecież dziennikarze się nią naprawdę zajmują! Ludzie, uspokójcie się!

Oto przecież wysłannicy „Faktu”, brodzący w smoleńskich błotach i krzokach, 8 mają (szkoda, że nie 10-go, byłaby ładna miesięcznica) znajdują część urządzenia nawigacyjnego (radiokompasu) z polskiego tupolewa, które to znalezisko postawiło wiele osób na równe nogi („Czujemy, że to nie zwykły kawałek blachy”). Jak to się stało, opisuje poniżej zlinkowany tekst, bo napięcie jest dosłownie jak na rybach – domyślamy się, że teren (zapewne z racji pogłębiającego się Pojednania, którego jeszcze głębsze pogłębienie namiestnik Komorowski uważa za najważniejszy cel swojej prezydentury) nie był wcale jakoś szczególnie strzeżony przez milicję: „Nagle rozdzwoniły się telefony. - Skąd to macie? Gdzie to było? - pyta nas gorączkowo pilot. - Na miejscu katastrofy? Teraz? Niemożliwe! - mówi zaskoczony.”

No więc dzielni polscy dziennikarze (nie tylko „Faktu”, jak się okazuje, bo i TVN-owcy też tam byli) co robią? Oczywiście fotografują, przekazują informacje do ekspertów, do „Skrzydlatej Polski” itd., potwierdzających wagę znaleziska, a na koniec oddają ową część tupolewa prokuratorom rosyjskim, za co otrzymują podziękowanie od ministra sprawiedliwości K. Kwiatkowskiego. Teraz można naprawdę tylko bić brawo, ewentualnie włączyć, jak na sitcomach, ścieżkę śmiechu.

Człowiek nawet średnio rozgarnięty, jak na przykład ja, ostatnią rzeczą, jaką by zrobił, to przekazałby rzecz stronie rosyjskiej, w sytuacji, w której właśnie rosyjscy prokuratorzy czy śledczy, penetrujący teren, dopuścili do tego, by tak istotne – jak podkreślają fachowcy – urządzenie przeleżało w krzakach tyle tygodni. Zresztą, przeleżało, czy ktoś je przywiózł, by zostało znalezione? Tak czy tak, skoro na kilometr widać, iż Rosjanie mataczą ze śledztwem, to należy teraz uruchamiać niezależne dochodzenia, nie zaś dalej pozwalać na nie Moskwie. No tak, ale co by na to powiedział namiestnik Komorowski? A jego mentor Jaruzelski?

Poza tym zawsze będziemy mogli się nacieszyć pięknymi fotografiami radiokompasu.

http://www.fakt.pl/Znalezlismy-czesc-tupolewa-Czy-bedzie-przelom-w-sledztwie-,artykuly,71556,1.html
http://www.youtube.com/user/RadioBotswana#p/u/4/H42iaFkD7p8

10 maj 2010

Nie ma speca


Oczywiście nie chodzi mi o speca od śrub czy od nieszczęśliwych wypadków, lecz takiego eksperta, co „minuta po minucie”, a nawet sekunda po sekundzie, klatka po klatce, analizuje przebieg zdarzeń w związku ze smoleńskim zamachem, tzn. wypadkiem, chciałem powiedzieć. Pomijam to, co się dzieje od 10 kwietnia na blogach (bo wiemy, że to dzicz chcąca wywołać III wojnę światową), ale zrobiłem sobie ostatnio przegląd (nie tylko online, ale i w salonie prasowym) fachowej prasy wojskowej, prasy zajmującej się militariami, terroryzmem, specsłużbami, bezpieczeństwem, no i za cholerę znaleźć nie można żadnych drobiazgowych analiz tego, co się wydarzyło 10 kwietnia. Gdy przed laty Amerykanie ruszali z drugą inwazją na Irak, to w „Newsweeku” (kiedy jeszcze ten tygodnik kupowałem, bo teraz już do ręki nie biorę) drobiazgowo opisywano uzbrojenie, osprzęt, planowane manewry itd. - symulacjom i spekulacjom fachowców nie było końca, a przecież z punktu widzenia Polski były to sprawy więcej niż trzeciorzędne. Dziś taka bezprecedensowa „w historii świata” jak mówią niektórzy dziennikarze (np. P. Wroński w ostatnim programie B. Wildsteina) tragedia w żaden sposób nie skłania rozmaitych specjalistów od drobiazgowego analizowania współczesnej historii, od doszukiwania się „drugiego dna”, „zakulisowych działań”, „nieformalnych decyzji”, cieni przemykających się za postaciami pierwszoplanowymi do wgłębiania się w to, co się stało.

Ostatnio nawet pokusiłem się o kupienie czasopisma „Focus Historia”, gdzie wprost kipi od sensacyjnych analiz rozmaitych historycznych zdarzeń – i w najnowszym (już posmoleńskim, majowym) numerze, mamy wiele ciekawych rzeczy, o piekielnym generale MacArthurze, co chińską komunę chciał bombami nuklearnymi gonić, o zagładzie zabytkowego centrum Rotterdamu, o „polskim sztandarze, który w maju 1945 r. zawisł na berlińskiej kolumnie Zwycięstwa”, o Williamie Hitlerze (bratanku Fuehrera), o śmierci A. Hitlera, o orgii w Berlinie przed wejściem aliantów (w kontekście gwałtów czerwonoarmistów na stu tysiącach Niemek – tu najwyraźniej redakcja nie dosłyszała polskich sygnatariuszy nakazujących hołd czerwonoarmistom), o wygimnastykowanej Ewie Braun, ale też o zdrajcach Grota-Roweckiego, o tym, gdzie leżą poszczególne szczątki Marszałka Piłsudskiego, o „polskich traumach narodowych”, o śp. Prezydencie Kaczorowskim, o zasadzkach Vietcongu, o katastrofach lotniczych i teoriach spiskowych (tu B. Wołoszański nadaje) itd., a akurat jakiejś analizy wydarzeń z 10 kwietnia nie ma. Zbyt świeża historia, ktoś powie. Pewnie tak, co zupełnie nie przeszkadza redakcji pochylać się w artykule Michała Wójcika pod wymownym tytułem „Gesty, które tworzą historię” (dział – panie dzieju - „Katyń-Pojednanie”, s. 6) nad tym jak Putin przytulił Tuska a wujek Tadek H. Kohla. Czy świat nie jest piękny? Ależ jest! Jest, wystarczy tylko sięgnąć po kolorową polską prasę.

No ale nie tylko ja widzę świat w biało-czarnych kolorach, ponieważ 'Głos wolny' też się dziwuje, że nikt się nie zabiera za tworzenie symulacji przebiegu katastrofy. Nie ma takich symulacji, które uwzględniałyby bezpiecznie lądującego Jaka z polskimi dziennikarzami i niebezpiecznie krążącego Iła z funkcjonariuszami FSB ani tym bardziej takich, które eksplorowałyby to, co widać na filmiku Koli i dopasowałyby do całej historii. Nie analizują sytuacji eksperci od zamachów terrorystycznych, specjaliści od pozostałości po ładunkach wybuchowych, znawcy skrytobójczych zabójstw wysokich dygnitarzy państwowych. Nie ma żadnych makiet ani wizualizacji. Jedyne, co się nam pokazuje, to to, jak Tu 154M ścina drzewa, traci skrzydło i się roztrzaskuje, tak jakby historia tej tragedii sprowadzała się wyłącznie do tego kilkudziesięciosekundowego epizodu. Na szczęście rozmaite oszołomy niezatrudnione w laboratorium analiz fonoskopijnych ABW grzebią się i grzebią w filmie Koli i z tygodnia na tydzień coraz więcej rzeczy wygrzebują (mnie szczególnie fascynuje postać zeskakującego z resztek kadłuba mężczyzny 1:03-1:05 filmu), powiększając, spowalniając, rozjaśniając, słowem, dokonując obróbki materiału z miejsca katastrofy. Niedawno nawet okazało się, że rosyjscy milicjanci słyszeli strzały – ci milicjanci, o których my słyszeliśmy, gdy tylko film Koli zaczął cyrkulować po blogosferze, że mieli strzelać, by odstraszać gapiów. Wprawdzie mówi się nam wciąż, że to mogą być odgłosy eksplodujących magazynków z amunicją borowców, ale przecież wiemy, że części amunicji tychże borowców nie znaleziono, natomiast oszołomstwo upiera się w teoriach spiskowych, że mogło być tak, iż owi borowcy, co przeżyli katastrofę odstrzeliwali się w obronie przed FSB.

Po miesiącu od katastrofy wiemy jeszcze mniej niż na początku. S. Janecki w programie R. Ziemkiewicza skwitował śledztwo w sprawie tragedii jako przebiegające wedle najlepszych sowieckich wzorców – i coś w tym jest. Jest jednak coś więcej, to śledztwo jako całkowicie profesjonalne zachwala polski premier i polski rząd. Czy nie mamy więc do czynienia ze specyficzną definicją profesjonalizmu? Tak więc, chcąc nie chcąc, znowu więc kłaniają się spece od śrub. Rosyjscy i polscy.

http://gloswolny.salon24.pl/180255,widzieliscie-makiete-terenu-ze-smolenska
http://tommy.lee.salon24.pl/179985,film-1-24-polozenie-operatora
http://cytata.salon24.pl/179817,i-ty-boj-sie-o-swoje-zycie