30 kwi 2010

Logika dziejów

Jeśliby spojrzeć z perspektywy czasu, to transformacja komunizmu w neokomunizm wydaje się najgenialniejszym manewrem, jakiego dokonały specsłużby na przestrzeni niemalże całego ostatniego stulecia, a już na pewno w okresie powojennym. Zrzuciły jeden ideologiczny gorset, zastępując go innym („postpolitycznym”, postmodernistycznym, neomarksistowskim), bardziej strawnym dla zachodniego establishmentu, a jednocześnie zachowały pełnię władzy nad kluczowymi dziedzinami społeczno-politycznego życia. Ta władza sprawowana jest albo bezpośrednio za pomocą ludzi wiernych specsłużbom, albo za pomocą (czasowo usypianej) agentury rozlokowanej wszędzie tam, gdzie to potrzebne – od showbiznesu po wyrafinowane dziedziny badań naukowych, zwłaszcza te związane z analizowaniem i kreowaniem nastrojów społecznych. Reszta zaś jest beztroskim przedstawieniem, w którym mogą swoje trzy grosze wtrącić pożyteczni idioci, których z nastaniem bolszewizmu pojawiło się całe mrowie i mnożą się do dziś, widząc łatwy pieniądz w nadskakiwaniu każdej reżimowej władzy.

Trudno określić, w którym momencie w bloku sowieckim odkryto, iż zamaskowanie tworzenia „zachodniej demokracji” jest o wiele lepszym sposobem na udoskonalenie komunizmu aniżeli dalsza „militaryzacja” tego ustroju (czy to były lata 70., czy 80.). Nie jest to zresztą w tej chwili istotne, zwłaszcza że odpowiedź na to pytanie kryje się w moskiewskich archiwach, do których mamy znikomy dostęp. Teoretycy komunizmu musieli uznać, iż od terroru totalnego, bardzo kosztownego w zastosowaniu (pełna kontrola nad wszystkimi dziedzinami życia obywateli), efektywniejszy może być terror wyspowy, tj. stosowany sporadycznie, lecz w stosunku do precyzyjnie wyznaczonych celów osobowych i instytucjonalnych. O ile więc za komunizmu terrorem objęty był dosłownie każdy obywatel (nawet członkowie czerwonej kasty musieli się liczyć z tym, iż terror może się zwrócić przeciwko nim, znając choćby historię czystek stalinowskich i długoletnią tradycję skrytobójczych mordów politycznych, za pomocą których bolszewicy i bezpieczniacy torowali sobie drogę do władzy), o tyle po pieriestrojce (transformacji), tj. w neokomunizmie, terror miał być skierowany wyłącznie na niektóre, starannie wyselekcjonowane grupy ludzi. Ten zaś manewr to było twórcze ukoronowanie wielu ciągnących się dziesięcioleciami marksistowskich dyskusji o „socjalizmie z ludzką twarzą”.

Ludzka twarz socjalizmu ukazywała się wtedy, gdy obywatele w swej większości nie musieli się już śmiertelnie bać sowieta dzień w dzień („dano im żyć”), ponieważ systemową opresję ograniczano do najbardziej niebezpiecznych dla transformacji jednostek czy zbiorowości.
Czerwoni analizowali ewolucję „społeczeństw burżuazyjnych” i musieli uznać, iż wcale nie trzeba ludzi codziennie nękać kolbami ani stukać w okna dla postrachu, by „słuchali się władzy”, wystarczy bowiem takie przeformułowanie kultury, mediów, edukacji, takie skonstruowanie systemu wartości, w którym to, co wiąże się z wolnością, zostanie systematycznie rozmyte na rzecz myślenia kolektywnego i nowego prymatu zbiorowości nad jednostką. Neomarksistowska „droga przez instytucje”, która dokonywała się na Zachodzie od lat 60., dowodziła iż można przejmować władzę „nad masami” bez specjalnego przelewania krwi i bez wyprowadzania dzielnych ludowych wojsk na ulice. Rewolucję można bowiem przeprowadzać „odgórnie”, w białych rękawiczkach, nie zaczynając od koncłagrów, zsyłek i więziennych katowni.

By dokonać takiej transformacji na gruncie sowieckim wojskówka i Bezpieka potrzebowały „podwykonawców”, którzy tak zrekonstruują kulturę, że nie będzie miała ona charakteru leninowsko-stalinowskiego, ale pozostanie nadal kolektywistyczna. Do takiej rekonstrukcji można było włączyć oczywiście byłych sowieciarzy, bo ci zawsze potrafili być elastyczni i w zależności od „mądrości etapu” głosić to, co akurat nakazywało politbiuro (bez względu na to, jak bardzo było to sprzeczne z poprzednią epoką), ale też ludzi „zaufania publicznego”, czyli lokujących się (przynajmniej oficjalnie) w opozycji do komunistycznego systemu. Z tego też względu w Polsce w roku 1989 r. nie pozwolono na prowadzenie nowego dziennika np. Urbanowi, lecz akurat Michnikowi. W proces rekonstrukcji kultury włączyli się też ludzie, którzy potrafili twórczo wspierać zarówno socrealizm, jak i „kino moralnego niepokoju”, na zrywie solidarnościowym i III RP kończąc (ze szczególnym uwzględnieniem „boju o wolność i demokrację” za mrocznych czasów kaczyzmu) – jak choćby A. Wajda.

Przemiany te przebiegały w specyficznym, także ewoluującym, kontekście geopolitycznym. Zachód „zmęczony” był już zimną wojną i z wyraźną ulgą przyjął „pieriestrojkę”, ponieważ natychmiast znikały (i tak dość skromne, jeśli chodzi o finanse) zobowiązania wobec narodów walczących o niepodległość i wyzwolenie spod sowieckiego buta. Na Zachodzie poza tym zaawansowana była zmiana mentalnościowa związana z eurokomunizmem i ponownym „odkryciem” Rosji. Akurat Niemcy mieli za co na nowo przyjaźnić się z Moskwą, to przecież Kreml był w pewnym sensie motorem ich pozimnowojennego zjednoczenia. No ale coś trzeba było zrobić ze sferą buforową, czyli tymi najrozmaitszymi krajami, które (przynajmniej formalnie) poodpadały od bloku sowieckiego. Wymyślono więc czysto formalne przyjęcie do NATO oraz włączenie do „struktur europejskich”, co miało stanowić „dziejową sprawiedliwość” i zarazem dowód westernizacji tychże buforowych państw. Włączenie ich do Paktu nie pociągało żadnych poważnych inwestycji natowskich w tychże krajach, żadnego istotnego dozbrajania, a już broń Boże, instalowania broni jądrowej – wychodzono bowiem z założenia, iż zimna wojna się skończyła, Moskwa się zmieniła, a zagrożenia współczesnego świata nie wiążą się już z Rosją (nawet jeśli 1. przez dziesięciolecia wspierała ona ekonomicznie i zbrojnie terroryzm i różne dyktatury, 2. nie jest krajem „w pełni demokratycznym”, mówiąc delikatnie, 3. rządzona jest przez ludzi posowieckich specsłużb). Włączenie do „struktur europejskich” pociągało za sobą zaś aplikowanie kolektywistycznego systemu wartości związanego z budową eurokomunistycznego superpaństwa.

I wszystko zadziałało naprawdę sprawnie, gdyż w czasie pieriestrojki zadbano o to, by w państwach buforowych utworzyć potiomkinowskie struktury władzy, tzn. by westernizacja i demokratyzacja miały charakter fasadowy – pozbawiony kontrolowalności ze strony obywateli i pozostający pod stałym nadzorem specsłużb. W Polsce (tak jak i w Rosji) uzyskano to poprzez zablokowanie jakichkolwiek (gwarantujących pełne odzyskanie niepodległości oraz pełną podmiotowość obywatelom) procesów desowietyzacyjnych i deubekizacyjnych. Zmiany, jeśli już, miały charakter kosmetyczny a nie fundamentalny i - jak od kilku lat obserwujemy po rekomunizacyjnych działaniach obecnego polskiego rządu, który doprowadził nie tylko demilitaryzacji kraju, ale i stopniowo neutralizuje (rekomunizuje) wszystkie niezależne instytucje państwa – nabrały teraz wyjątkowego przyspieszenia.

Na tych rekomunizacyjnych zabiegach stanowiących wyraz podległości tego rządu wobec specsłużb się historia nie kończy – ten proces rekomunizacji musi przecież mieć szersze uzasadnienie i perspektywiczne cele. Niedawno, na parę dni przed smoleńską katastrofą, sformułowano je jasno i wyraźnie, mówiąc o „polsko-rosyjskim pojednaniu”. Owo pojednanie to nic innego, jak zamknięcie fazy „rekonstrukcji” bloku sowieckiego poprzez ponowne, trwałe uzależnienie Polski od Moskwy. Już nie tylko energetyczne, ale i polityczne. Czy także militarne? Nie jest to konieczne w sytuacji, w której polska armia przez swoją liczebność i uzbrojenie stanowi coś w rodzaju firmy ochroniarskiej bantustanu – ale też nie jest to wykluczone. Pakt wojskowy z Rosją można by przecież przedstawiać obywatelom (w sytuacji, w której USA - jak słusznie przypomina w swym dzisiejszym poście B. Zalewski - 17 września 2009 r. rezygnuje z planów instalowania w naszym kraju tarczy antyrakietowej; czy ktoś pamięta jeszcze te symptomatyczne powiedzonka Komorowskiego w stylu „nie jesteśmy 50 stanem Ameryki”?) jako o wiele lepsze zabezpieczenie Polski aniżeli wiązanie się z kapryśnymi sojusznikami z Zachodu, a szczególnie z USA.

Czy polski rząd podporządkowuje Polskę Rosji z wyrachowania czy ze strachu, nie ma znaczenia, gdyż proces ten posunięty jest już tak daleko, iż wydaje się, że tylko zdecydowane działanie obywateli (na początek choćby w wyborach prezydenckich) może go zatrzymać. Na tle przywołanych wyżej, zachodzących od paru dziesięcioleci, zmian w naszym (szeroko rozumianym) regionie, to, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 r. należy odczytywać, jak sądzę, w kategoriach celowego działania, a nie żadnego, absolutnie żadnego przypadku. Terror wystarczy skierować w jakiś precyzyjnie wymierzony cel i już sprawy nabierają gwałtownego rozpędu i podlegają swoiście rozumianej, posowieckiej normalizacji. Pozostaje tylko pytanie, czy będziemy w stanie umiejętnie rozliczyć tych wszystkich ludzi, którzy najchętniej zapisaliby nas do partii „Jedna Rosja”?

http://www.rmf.fm/blogi/bogdan-zalewski/paneuropa-czy-pan-eurazja,9105
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100430&typ=po&id=po01.txt

29 kwi 2010

To co straszne i straszniejsze

Nie pamiętam już kto pierwszy postawił to pytanie sprowadzające się do „no i co wtedy?”, a dotyczące tego, co zrobimy, gdy się okaże, iż jednak Rosjanie ponoszą winę za smoleńską tragedię. Pewnej odpowiedzi na to pytanie można się doszukać w tym, co rzekł przesłuchujący córkę Z. Wassermanna prokurator rosyjski (M. Wassermann opowiada o tym w wyemitowanym wczoraj wieczorem programie „Misja specjalna”): „na ile pani wycenia to, co się stało?”. Rodziny ofiar - jak słusznie sugerował ów prokurator w haśle: „nigdy nic nie wiadomo” - mogłyby bowiem w ramach zbiorowego pozwu domagać się wysokich odszkodowań od Rosji. Oczywiście obłędnej ideologii warszawsko-moskiewskiego pojednania to by się na pewno nie przysłużyło, no ale wiemy już, że obecnemu rządowi bardziej zależy na dobrych relacjach z Kremlem aniżeli na szybkim i gruntownym wyjaśnieniu przyczyn smoleńskiej tragedii. Jak widać było w trakcie dzisiejszych obrad sejmu, premier już jest coraz bardziej poirytowany tymi szerzącymi się w przestrzeni publicznej „zdumiewającymi hipotezami”, zaś znany nam doskonale z obrad w komisji hazardowej, wesoły dziadunio z PSL-u wprost nawoływał, by rząd zwalczał „teorie spiskowe”.

Tak to jest z rozmaitymi wesołkami (także w s24 widać ich nieraz), którzy weselą się różnymi sprawami, pogwizdują, podśpiewują, ale jak przychodzi czas próby, to dokładnie wiedzą, co robić i jakiego rodzaju teksty „zapodawać” - najlepszym dowodem jest słynna już „piosenka” dzielnych wojaków Wojewódzkiego i Figurskiego, którzy podejrzewam żadnej wesołej przyśpiewki nie wymyśliliby, a już na pewno nie wykonaliby publicznie na temat Putina, Michnika, Bartoszewskiego czy choćby Wajdy – a przecież to takie wdzięczne obiekty do obśmiania, prawda? No ale mniejsza z dzielnymi wojakami młodszego i starszego pokolenia.

W „Misji specjalnej” pokazane sa „w całej okazałości” – jakoś nie wiedzieć czemu nieobecne w większości polskich mediów – i „lotnisko” smoleńskie, i niesławna „wieża kontrolna”. Ta ostatnia przypomina krytą maskującą siatką harcówkę. No a lotnisko, jak słusznie zauważył jeden z dziennikarzy „GP” (P. Ferens: „nie widziałem ani żadnych świateł o wylądowaniu, ani żadnych urządzeń”), wygląda jak stary pegeer. Czy polskie media się jakoś specjalnie zainteresowały standardem tychże usług? Nie zauważyłem. A przecież to cała kopalnia tematów. Także jeśli chodzi o kwestię wojskowego zabezpieczenia przelotu prezydenckiego samolotu. Jak to bowiem wdzięcznie ujął dopytywany przez dziennikarkę TVP T. Arabski, on niczego nie przydziela (jeśli chodzi o samoloty) i „po prostu nie bierze udziału w projekcie PR-owym pana Waszczykowskiego”, który to Waszczykowski ośmielił się przypomnieć o roli kancelarii premiera i MON-u w całej tej sprawie. Pozostaje więc na razie niewyjaśnione to, „dlaczego polskie służby pozwoliły na to, by prezydencki samolot lądował w warunkach stwarzających zagrożenie dla życia głowy państwa”. Jak zresztą słyszeliśmy z wczorajszych zapewnień premiera, nie ma na razie problemu min. B. Klicha ani służb, co więcej, sam Klich uznał, że nagannym jest domaganie się jego dymisji („pomyślenie o mnie jest zbrodnią”, jak mawiał klasyk).

Szef BOR-u mówi z kolei, że zabezpieczenie lotniska gwarantuje gospodarz. Czy było to zabezpieczenie w postaci podejrzanie kołującego Ił-a? Bo jakie jeszcze, skoro nawet oświetlenie lotniska nie spełniało wymogów bezpieczeństwa („żaróweczki... świeciły gorzej niż lampki na naszych kamerach” - M. Pyza, TVP)? Jeśli tego rodzaju skrajne niedbalstwo nie jest powodem do obwiniania strony rosyjskiej, to znaczy, że polska strona nawet nie próbuje się doszukać prawdziwych przyczyn tragedii. Równie dobrze bowiem ktoś, kto zostawił dziurę w moście mógłby twierdzić, iż nie jest winien temu, że ktoś przez tę dziurę wpadł do rzeki, bo ten ktoś mógł zwyczajnie przeskoczyć dziurę.

Może jest tak, że strona polska nie chce zadrażniać bezcennych relacji z Moskwą i na te ewidentne niedbalstwa przymyka oczy, ale też może być tak, że się zwyczajnie boi. Tak, boi. Co nawet byłoby zrozumiałe. W sytuacji, gdy uświadamiamy sobie, iż ktoś mógł przyszykować pułapkę na delegację lecącą z polskim Prezydentem, to zastanawiamy się, czy zbytnio drążąc tę sprawę, sami nie pakujemy się w poważne kłopoty. Ale jeśliby tak było, to niech premier nam to otwarcie powie. I przy okazji niech poda rząd do dymisji. Straszniejsze bowiem są teorie spiskowe aniżeli to, iż rząd polski nie jest w stanie zatroszczyć się o interesy polskich obywateli.

Pochwała oszołomstwa

Nigdy nie przypuszczałem, że we wiodących, komercyjnych stacjach może się uchować coś wartościowego, owe stacje bowiem działają w sposób (przynajmniej dla mnie) nie do przyjęcia: lansują na okrągło albo wyjątkowo prymitywną, albo zgraną do niemożliwości (typu Queen, Tina Turner itd.), prezenterkę oraz serwisy informacyjne mają na zasadzie „nie dla idiotów”, upstrzone jest to wszystko spotami reklamowymi urągającymi ludzkiej rozumności oraz poczuciu jakiejkolwiek estetyki - co w rezultacie daje klasyczną sieczkę. To w ogóle osobliwy fenomen, że w Polsce jest tyle środków przekazu, a tak niewiele nadaje się do oglądania, słuchania, czytania. Jest tak wiele ciekawej i wspaniale zaaranżowanej muzyki (rozrywkowej, rockowej), ale nie ma jej na antenach radiowych, jest tyle intrygujących, mających coś sensownego do powiedzenia, osób, lecz nie są one zapraszane przed mikrofony czy kamery – jest tyle ważnych książek czy tekstów, lecz nie są omawiane w prasie. Czyżby więc za robienie totalnego badziewia i pracę w intelektualnym kołchozie ci wszyscy ludzie mediów dostawali pieniądze? Niewykluczone. Taka bowiem jest i ma być neokomunistyczna Polska.

Celowo używam tego określenia „neokomunistyczna”, ponieważ nie spodziewałem się, iż natrafię na nie np. na blogu Bogdana Zalewskiego. Nie sądziłem, że Zalewski ma taki temperament polityczny i taki wyostrzony zmysł obserwacji tego, co zachodzi w sferze społecznej i politycznej w naszym kraju. Pisze on bowiem tak:

„pozostaję niewzruszony, gdy słyszę pustą przemowę polityka sprawującego funkcję polskiego premiera, który przypomina płaską sylwetkę wyciętą z tektury ukrytą za potiomkinowską fasadą „sprawnego państwa”” (http://www.rmf.fm/blogi/bogdan-zalewski/smolenskretoryka,9103)

Potiomkinowska fasada? To nie wszystko. W jednym z komentarzy pod swym wpisem, o którym wspominałem wczoraj, Zalewski odpowiada jednemu z internautów:

„Możesz sobie kpić z "kółek różańcowych" - wolę taką formułę kontaktów międzyludzkich niż neokomunistyczne sekty spiskujące po to, by przejąć najpierw władzę nad umysłami, opanować teatr i sztukę, zmonopolizować literaturę traktowaną wyłącznie jako wehikuł dla własnej polityki, wykonać lewacki marsz przez instytucje, a potem zdobyć realną władzę, by zamknąć twarze takim ludziom jak ja. Jeśli ktokolwiek wątpi w tym momencie w to co piszę, to zaparszam do lektury takich książek-manifestów tej neo-komunistycznej hydry jak: "Rewolucja u bram" Sławoja Żiżka (RECYDYWA LENINIZMU W STANIE CZYSTYM,PIERWOTNYM, NIESKAŻONYM), "Drżące ciała" Artura Żmijewskiego, czy "Zwrot polityczny" Igora Stokfiszewskiego.”
(http://www.rmf.fm/blogi/bogdan-zalewski/zapytalem-prosto-z-mostu-czy-to-mogl-byc-zamach,9101 )

Neokomunistyczne sekty? Spiskujące? Lewacki marsz przez instytucje? Recydywa leninizmu? Doprawdy, jakbym jakiegoś kompletnego oszołoma czytał z s24. A, a propos oszołomstwa, Zalewski i o tym wspomina nawiązując do propagowanej przez Ministerstwo Prawdy, wersji wydarzeń z 10 kwietnia:

„Oto na pokładzie samolotu jest PONADPARTYJNA delegacja z Jerzym Szmajdzińskim z SLD, z Sebastianem Karpiniukiem z PO, jak powszechnie wiadomo "WIERNYMI PISOWCAMI";), jest generalicja, szef sztabu generalnego. Mimo to Kaczyński z "granatem" w dłoni wbiega do kabiny pilotów - i krzyczy "Ląduj, dziadu! Bo będzie międzynarodowa chryja!" Kurczę, Dziewczyny i Chłopaki z redakcji przy Czerskiej mogliby się bardziej postarać. Znów zupełnie mnie nie przekonali. Ale ja jestem oszołom, spiskowiec, więc oni i tak machnęli na mnie ręką. Mobilizują swój elektorat.”

I jeszcze o cholernym neokomunizmie w innym komentarzu skierowanym do komentującego na blogu Zalewskiego internauty:

„Przeczytałem sporo tekstów Twoich idoli ideologicznych. I powiem wprost - traktowałem to jak radykalną RETORYKĘ. Teraz wiem, że ten leninowski bełkot to nie są słowa. Jesteś zwolennikiem TOTALITARNYCH metod sprawowania władzy, tak politycznej jak duchowej. Na każdym kroku będę powtarzał, że NEOKOMUNIŚCI to bardzo groźna grupa - rodem z "Biesów" Fiodora Dostojewskiego. Mam nadzieję, że polski organizm przetrzyma atak takich wirusów. Polska nie raz w historii (swojej choroby) traciła "przytomność", ale nie umarła. Wierzę w to, że tak będzie i teraz.”

Jakby tego było mało Zalewski w kwestii Jamajki-Komorowskiego w jednym z komentarzy odsyła do bloga... Aleksandra Ściosa, którego, jak wiemy, czytają wyłącznie zwolennicy spiskowych teorii oraz paranoicy węszący wszędzie ślady posowieckiej wojskówki lub Bezpieki. Może to genius loci i ten wstrętny, konserwatywny Kraków tak na Zalewskiego działa, a może punktem zwrotnym była właśnie smoleńska tragedia (http://www.rmf.fm/blogi/bogdan-zalewski/symble,9098)? A może po prostu oszołomów jest o wiele więcej w naszym kraju niż nawet samym oszołomom się wydawało? Tak czy tak dopisuję Zalewskiego do mojej listy elektronicznych lektur, zwłaszcza że ma całkiem niezły literacki talent.

28 kwi 2010

Generał Mgła

W znakomitym filmie Pospieszalskiego i Stankiewicz pada kapitalne stwierdzenie jednego z poruszonych tragedią smoleńską Polaków: „Kiedyś był Generał Mróz, teraz Generał Mgła”. Wygląda na to, że mgła zaległa nie tylko nad lotniskiem smoleńskim, gdy zbliżał się prezydencki samolot, ale i zalega w wielu polskich instytucjach, od laboratoriów ABW (zajmujących się analizą filmu po katastrofie) po kancelarię premiera, który – jak dowiedzieliśmy się z konferencji prasowej – wie, że nic nie wie. Niewiedza była i jest stanem błogosławionym zwłaszcza w sytuacji, gdy wiedza o jakimś zdarzeniu może przysporzyć wiedzącemu poważnych kłopotów. Niewiedza zresztą była wyjątkowo ceniona przez długie lata peerelu w relacjach polsko-rosyjskich, kiedy to władze państwowe nie tylko nie wiedziały, że w Katyniu Rosjanie wymordowali polskich oficerów, ale i że wojska rosyjskie okupują nasz kraj po jego „wyzwoleniu”. No tak, ale przecież znawcy zapewniają nas solennie od 21 lat, że nie żyjemy w peerelu. Czemu w takim razie premier polski mówi tak, jakby nie wiedział ani nie widział, co się dzieje? A bo ja wiem?

Mgła spowija też wyznania płk. Rzepy, który odpowiadając na pytania B. Zalewskiego z RMF-u, nawiązującego do tekstu wrednego Ł. Warzechy, nie tylko nie jest w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy hipoteza zamachu wchodzi w grę, czy nie, ponieważ „musiałby spytać Rosjan” (nawiasem mówiąc wiele ciekawych rzeczy mówi Rzepa o kursowaniu poczty między Polską a Rosją), a przecież to tenże Rzepa (jak sam zresztą przyznaje) jako jedyny (!) przedstawiciel strony polskiej był przy odsłuchiwaniu zapisów czarnych skrzynek. Zaraz jednak dodaje: „nie mogę zdradzać szczegółów tego, co się tam wykonywało przy badaniu tych skrzynek”. Nie wie on też, kiedy Rosjanie udostępnią czarne skrzynki i co właściwie udostępnią. Dla mnie jest to zrozumiałe, bo przysłowie mówi, że co nagle to po diable, a jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy. Podobna zresztą filozofia przyświecała dzisiejszej konferencji prasowej polskiego premiera, który stwierdził ni mniej ni więcej tylko to, że z wyciąganiem konsekwencji za ewentualne zaniedbania w MON-ie należy poczekać do wyborów prezydenckich.

Gdyby tego było mało, to czerwona mgła straszliwa, symboliczna, piekielna spowiła redakcję komunistycznej „Polityki”, która dosłownie oszalała na punkcie teorii spiskowych, którym, co oczywiste, daje odpór w taki sam zdecydowany sposób, w jaki odpierała reaganowski antykomunizm za czasów Rakowskiego. Chodząc dziś po salonie prasowym zatrzymałem się w zadumie, wbiwszy błędny, oszołomski wzrok w okładkę tego zasłużonego dla komunizmu tygodnika (http://www.polityka.pl/spistresci) z wizerunkiem... sowieta z czapką uszanką na łbie, podłym spojrzeniem i krasną zwiezdą nad czołem. Gdyby nie to, że mamy rok 2010, to by można było rzec, że w redakcji komunistycznej „Polityki” stara miłość nie pordzewiała, bo przecież za peerelu jedną z teorii spiskowych było to, że Polską rządzi Moskwa, nie wiedzieć czemu – a tejże teorii zadawał kłam niezmordowany red. (a potem premier) Rakowski w swych bezcennych książkach, ale to przecież jest alegoria mająca chwytać intelektualnie i za pysk wszystkich internetowych cepów, co się doszukują pod Smoleńskiem jakiegoś moskiewskiego czy FSB-owskiego śladu. Zaczynam więc coraz bardziej się martwić o tego typu ludzi – co oni powiedzą, jak się jednak okaże, że mimo nadludzkich wysiłków woli obu prokuratur, jakiś jednak rosyjski ślad się znajdzie, jeśli chodzi o tragedię z 10 kwietnia. Jak oni to wszystko przeżyją? Może nijak, bo zwykle tego typu ludzie nie mają wyrzutów sumienia.

Tak więc jedyne czego dowiedzieliśmy się z tej bardzo ciekawej, wielowątkowej, pouczającej, pobudzającej myślowo konferencji, na której hasło „konwencja chicagowska” padło z ust Donalda Tuska chyba kilkanaście razy, to to, że sprzęt elektroniczny po katastrofie z prezydenckiego samolotu ocalał w całej tej mgle. Dobre i to. Pytanie tylko, czy zapisy z tego sprzętu też są w gestii „naszych partnerów z Rosji”? Bo jeśli nie, to koniecznie tam trzeba im przekazać – najlepiej jakimś wojskowym samolotem, a nie łączami internetowymi. Tam te wszystkie zapisy będą bezpieczniejsze niż u nas.

http://www.rmf.fm/blogi/bogdan-zalewski

Fenomen wścieklizny


Psychologowie społeczni i socjologowie, gdy nastaną już w Polsce normalne czasy, tj. takie, w których naukowcy nie będą przedstawicielami agentury, powinni zbadać to szczególne zjawisko, jakim jest jednoczenie się ludzi we wściekliźnie. Zwykle wścieklizna powoduje, że dany osobnik kąsa i rzuca się z kłami na wszystko dookoła, a tymczasem tu mamy do czynienia z formowaniem się całego stada rozwścieczonych, stada, którego członkowie wcale na siebie nie skaczą z agresją, za to dokładnie wiedzą, kogo i kiedy zgodnie gryźć. Z pewnością to musi być jakaś wyższa forma wścieklizny lub też, co bardziej prawdopodobne w tych ponurych czasach neokomunizmu (mam nadzieję, że po tragedii smoleńskiej wiele osób już ma świadomość, iż neokomunizm to nie są żarty), dowód na to, iż osobniki chore na wściekliznę można wytresować. Niewykluczone, iż sama wścieklizna społeczna nie jest zwykłą formą choroby psychicznej, lecz czymś, do czego można kogoś wyuczyć. Warto zresztą pamiętać, że pierwsze formy wścieklizny społecznej wypracowano za czasów Lenina i Stalina (w ramach walki klas), a twórczo podjęto także (w ramach walki ras) w czasach Hitlera.

Wściekliznę rozpoznaje się po tym, iż dany osobnik reaguje ujadaniem i kąsaniem nawet na zupełnie niewinne, spokojne, pokojowe gesty. Człowiek chce pogłaskać takiego osobnika, a ten by rękę odgryzł. Człowiek przemawia łagodnie do takiego wściekłego, a tamtego to jeszcze bardziej rozsierdza i nawet do gardła by z zębami człowiekowi skoczył. Człowiek się z litością uśmiecha do wściekłego, pochylając się nad jego stanem chorobowym, zaś wściekły by nogę udarł człowiekowi w odpowiedzi.

Z takimi wściekłymi reakcjami stada mamy do czynienia od paru dni, odkąd J. Kaczyński ośmielił się jednak kandydować na prezydenta, a przecież cała polska zjednoczona partia wykształciuchów miała już swojego najlepszego kandydata, „by żyło się lepiej”, kandydata, który zresztą już 10 kwietnia oznajmił nam z powagą, że nie ma już ani lewicy, ani prawicy, bo „jesteśmy razem”. Wnet jednak okazało się, że może lewicy ani prawicy nie ma, ale jak najbardziej jest wścieklica, której symptomy widzieliśmy na Franciszkańskiej i w mediach w czasie tygodnia żałoby, a której pełny obraz widzimy obecnie, gdy maski już całkiem opadły. Wprawdzie gdyby Kaczyński nie kandydował, to stado też by wściekle ujadało, twierdząc, że stchórzył, że osłabł, że żegna się z polityką, że się skończył, że jego partia tego nie przetrzyma itd., ale na pewno skala ujadania i kąsania byłaby mniejsza, ponieważ stado nie czułoby zagrożenia i urządzałoby spektakl na zasadzie „tryumfalnego finału” czy „ostatniego akordu”. Kaczyński zresztą – poza paroma wystąpieniami na pogrzebach osób poległych pod Smoleńskiem – wcale nie występuje publicznie, nie udziela wywiadów, nie wspomina o żadnej „IV RP”, ale to w niczym stadu nie przeszkadza, które w ramach akcji „bądźmy razem” zwiera szeregi rozwścieczonych do nieprzytomności.

Drugi powód tej wielkiej wścieklizny to słynny film Pospieszalskiego i Stankiewicz, wspaniałe wprost, niezapomniane i bardzo cenne świadectwo budzącej się na nowo polskości i wspólnoty polskiej. Mówiący zwykłym językiem, pokazujący zwykłe, emocjonalne i uczuciowe reakcje na smoleńską tragedię, wzruszeni i wzburzeni, ale po prostu normalni Polacy, ci, co na co dzień ciężko pracują i płacą podatki, by między innymi klasa próżniacza mogła się rozbijać drogimi autami, udając, że polskim państwem rządzi i je chroni - no więc ci właśnie „szarzy Polacy” bezprawnie zabrali głos w debacie publicznej, a na domiar złego, upubliczniła ten głos telewizja. Dopóki bowiem „ludzie gadają” na mieście czy na ulicach, to dla stada wściekłych jest wszystko OK - „mogą se gadać” - gdy jednak czyni się z tego „gadania” przekaz medialny, o, to już koniec świata. Wiemy jednak, że stadu wcale nie chodzi o sam film, lecz o to, by zdusić ogień, który zapłonął – ogień sprzeciwu wobec takiej Polski, którą właśnie owo stado symbolizuje. Polski wścieklizny, którą treserzy wywołują jednym świstem bata w powietrzu, gdy tylko Polacy zaczynają się jednoczyć. Widzieliśmy i słyszeliśmy zresztą te pełne ślepej furii reakcje stada na hołdy składane Parze Prezydenckiej, na zbiorowe palenie zniczy, a nawet na machanie polskimi flagami na rynku krakowskim – tak więc to nie film „Solidarni 2010” jest dla stada problemem, lecz sami Solidarni 2010. Stado bowiem nie chce nowej Polski, chce by był wciąż i wciąż neopeerel.

27 kwi 2010

Ślepa furia

Lada chwila usłyszymy o tym, że w Polsce rozpoczęło się powstanie antyrosyjskie. Może nawet poruszona do żywego agentura zachęcać będzie Moskwę do jakiejś pokojowej interwencji? Doktryna Breżniewa wprawdzie oficjalnie przestała obowiązywać, ale kto wie, skoro „sytuacja jest dynamiczna”, jak mawiają telewizyjni komentatorzy. A jak do tego wszystkiego doszło?

Otóż jeszcze niedawno, bo pod koniec okresu żałoby, „sondażyści” zapewniali nas, iż nic się nie zmieniło, a PO (pojednane z Putinem) znakomicie się trzyma, jeśli chodzi o społeczne poparcie. I naraz od paru dni zaczęły się pojawiać alarmujące sygnały, że to PiS-owi gwałtownie i ostro rośnie owo poparcie, choć, co oczywiste, „sondażyści” uspokajają nas w ostatni dzień zgłoszeń kandydatów do PKW, że lansowany od paru miesięcy Komorowski i tak „wygrywa” z J. Kaczyńskim. Strach pomyśleć, jakie są prawdziwe wyniki badań „opinii publicznej”, skoro tak jednoznaczne sygnały wysyłane są do wszystkich agend Ministerstwa Prawdy i budzą się z uśpienia nawet tacy ludzie, o jakich już zdążyliśmy zapomnieć - dowodząc w ten sposób, że raz porządnie zarejestrowany TW pozostaje na służbie do końca i wystarczy go tylko zmobilizować, by zaczął zachwalać Moskwę od świtu do nocy.

Co to takiego straszliwego się stało, iż naraz tylu ludzi zerwało się na równe nogi i rzucają się w jakimś dzikim szale, jak psy skaczące z pianą w pysku na ogrodzenie na widok spokojnie przechadzającego się kota? Ano lud wyszedł na ulice. Zamiast siedzieć przed telewizorami, zamiast na klęczkach słuchać salonowych autorytetów, zamiast kompletować sobie dzieła zebrane Michnika, Konwickiego, Wajdy, Friszkego, Środy itp., sam zaczął przemawiać, wyrażając swoje zdanie o polskich politykach, mediach, o zakłamaniu, o manipulacji, o domniemanych przyczynach katastrofy, wskazując brudnym palcem na Rosjan jako winnych śmierci i Prezydenta, i wszystkich z Tu-154M. Gdyby lud jedynie snuł się w orszakach żałobnych, jak w mickiewiczowskich „Dziadach”, gdyby jeno świczki palił, wzdychał smętnie i wspominał (wraz z zapłakanymi redaktorami i prezenterami), to wszystko byłoby super. Lud jednak zamiast grobowo milczeć w związku z ogłoszoną żałobą narodową, zaczął głowy podnosić, kłamców nazywać po imieniu i nazwisku, a oszczercom zalecać wycofanie się z życia politycznego. Na domiar złego, gdy już przecież i premier Polski, i sam Adam I Odnowiciel (co zastał Polskę skomunizowaną, a pozostawił zrekomunizowaną) zarządzili Pojednanie warszawsko-moskiewskie, tenże lud zaczął się brudnymi ślepiami rosyjskiej ręki na ziemi smoleńskiej doszukiwać. A przecież nikt z wysłanników polskich mediów takiej ręki tam jako żywo nie widział.
Ani chybi powstanie narodowe i to znowu przeciw Rosji, kiedy ani komunizmu nie ma, ani zimnej wojny, ani Kraju Rad i bloku bratnich republik sowieckich, ani Układu Warszawskiego, ani RWPG, ani KGB, ani NKWD, ani nawet politbiura. No jakże to tak? Nowa solidarność już bez wujka Tadka, wujka Bronka, wujka Adama, a przez to jeszcze gorsza od poprzedniej, bo się wyłoniła nie z żadnych komitetów, nie pod okiem specjalistów, ale zupełnie spontanicznie z polskich domów, w których się słowa „patriotyzm” nie wypowiada z pogardą czy szyderczym uśmiechem. Nie ma doradców z lewicy laickiej, nie ma też moderatorów ze służby bezpieczeństwa – co to w ogóle za ruch? Skąd to rusza i dokąd to, gdy sklepy pełne, a w telewizji setki kanałów? Co wy, ludzie chcecie robić na tych ulicach, kiedy macie wolność, szybkie kredyty, multikina i podpałkę na grilla?

Ci, co wpadli teraz w tę ślepą furię na widok organizujących się spontanicznie Polaków, liczą, że powrót do tej bezprecedensowej kampanii nienawiści, którą urządzali pod adresem i Prezydenta (do ostatnich chwil przed Jego śmiercią), i PiS-u na nowo zantagonizuje społeczeństwo i pozwoli sternikom pokierować nastrojami i emocjami tak, by nie doszło do wygranej Jarosława Kaczyńskiego, ona bowiem napełniłaby zwolenników PiS-u wiarą w możliwe zwycięstwo wyborcze (analogiczne jak Fideszu na Węgrzech). Nawet jeśli ani szef PiS-u ani jego partia nie dają żadnych powodów do urządzania tej wściekłej wrzawy, to nie ma to najmniejszego znaczenia, ponieważ chodzi o zatrzymanie procesu kształtowania się samoświadomej wspólnoty polskiej. Ludzie nienawidzący polskiego patriotyzmu, polskości itd. sądzą, że znowu sięgając po wierutne kłamstwa, obelgi, oszczerstwa i insynuacje wystraszą zwykłych Polaków i zagnają ich z powrotem do domów, by na następne 21 lat z nich nie wychodzili. Mylą się. No, może im też zależeć na tym, by sprowokować Polaków do jakiegoś gwałtownego wybuchu, po to, by wskazać na naród polski jako siedlisko „warchołów i chuliganów” (takich samych jak za peerelu). Zapowiada się wszak bardzo wysoka frekwencja, a gdyby tego było mało, to ponoć nowi zupełnie ludzie zaczęli się zapisywać do partii Kaczyńskiego. Słowem: apokalipsa III RP.

Jeśli ślepa furia nie odniesie rezultatów i nie zatrzyma procesu utrwalania się polskiej wspólnoty, to tej całej koalicji strachu pozostanie już tylko prosić „braci Moskali” o pokojową pomoc. By agentom żyło się lepiej.

http://www.polskieradio.pl/wiadomosci/gosciepolskiegoradia/artykul157718.html

26 kwi 2010

Raport z oblężonego państwa

W potiomkinowskiej wsi wszystko jest potiomkinowskie
naukowcy polityka księgarnie cyrk telewizory szkoła papiery
I wszystko Działa dopóki ludzie nie wyjdą na ulice.
Przez długie lata potiomkinowskie wsie na lekcjach prehistorii łączyliśmy z Matką Rosją
Przez myśl nam nie przeszło że ci wielcy od walki o wolność
zbudują następną potiomkinowską wieś
Mówili na pocieszenie: co z tego, że to taka wieś –
da się w niej żyć. Rozgośćcie się.
Mówili tak
dopóki nie wyszliśmy na ulice i place,
nie wyciągnęliśmy flag z kirem na znak powietrza i krwi zmieszanych z czarną smoleńską ziemią
nie pokazaliśmy że unieważniamy to oblepione rojem trutni państwo.
Odpieramy oblężenie.
Dlaczego walczący z zamordyzmem stali się zamordystami?
Pewnie wiedzieli, iż sami się wybrali.
Sami się mianowali.
Sami się odznaczyli.
Sami się wysoko uposażyli.
Sami się udekorowali.
Sami się uhonorowali.
Sami się splendorem otoczyli.
Sami.
Widzieli nas zza przyciemnianych szyb limuzyn.
I czuli pogardę.
Czuli naszą obcość.
Na terytorium uznanym za swoje.
I kiedyś, pewnego razu, dawno dawno temu
albo i niedawno
gdy wielkie ptaszysko zabrało i Prezydenta, i wielu ludzi w podróż
w głąb ziemi,
zza wielkiej potiomkinowskiej wsi zaczęli na nowo wychodzić obywatele –
ze zniczami, z kwiatami, ze łzami, z zaciśniętymi pięściami.
I przemówili.
Głosami.
Jeden obok drugiego
Jeden przez drugiego
Wszyscy
I zaczęła się nowa Polska.
Na nowo.
Bez umundurowanych sowieciarzy zapraszających do podstolika.
Boski Adam Michnik może zaprosić jeszcze diabelskiego Jerzego Urbana na obiad
na kolację.
Na najdroższą wódkę.
Ale czas tych ludzi się skończył. I nigdy nie powróci.
Zaczęły się dzieje Polaków, którzy nie boją się mówić.
Mówić po polsku.

Granice

„Granice mojej wyobraźni są granicami mojego świata”, można sparafrazować słynne powiedzenie Wittgensteina, odnosząc je do tego, co prezentuje nam w swojej analizie posmoleńskiej sytuacji Polski, I. Janke. Oczywiście nie mam o to do Jankego pretensji, bo każdy ma prawo do ustalania granic swojej wyobraźni tak, jak sobie chce. Mogę natomiast protestować przeciwko utożsamianiu granic wyobraźni Jankego z granicami świata, który jest o wiele bogatszy niż wyobraźnia niejednego, nie tylko polskiego dziennikarza.

Co nam bowiem chce Janke powiedzieć? Przede wszystkim, że mu się w głowie nie mieści, iż władze Rosji (służby spec. itd.) mogły stać za tragedią z 10 kwietnia. On po prostu sobie tego nie wyobraża i koniec. No i właściwie po takim stwierdzeniu my również powinniśmy przestać sobie to wyobrażać i skierować myślami, bo ja wiem, może w stronę Placu Czerwonego i szykującej się defilady. Tymczasem, jeśli wczytamy się uważnie w tekst Jankego, dostrzeżemy w nim kilka niekonsekwencji, z którymi powinien się zmierzyć sam jego autor.

Janke zapewnia nas, że Putin nie jest wariatem. Dobrze to wiedzieć, choć warto pamiętać, że wielu przywódców, którzy dopuszczali się zbrodni i na narodach, którymi rządzili i które podbijali, nie było wariatami. Zbrodniarze bowiem wcale wariatami być nie muszą. Szef salonu24 wprawdzie przyznaje, że trochę zbrodni ma na sumieniu rosyjska Bezpieka, z którą obecny premier a niedawny prezydent Rosji jest związany, ale zaraz też Janke dodaje, że aż tak zły, iż dokonałby zamachu na prezydencki samolot, to Putin na pewno być nie może, bo „pojechałby po bandzie”. Jeśli jednak się wspomni na historię służb sowieckich, których tradycje przejęła przecież FSB (vide lektura Litwinienki, Kowaljowa, Politkowskiej), to nie po takich bandach już jeździli przywódcy Rosji. Czy Zachód musiałby reagować jakimś wielkim wstrząsem, jakimś dramatycznym zwrotem w polityce – na wieść o rosyjskim udziale w tragedii smoleńskiej? Absolutnie nie. Zachód wiedział i o ataku sowieckim na Polskę we wrześniu 1939 r., i o zbrodni katyńskiej, i o Gibraltarze, i o komunistycznej agenturze szykującej się do przejęcia władzy po „wyzwoleniu Polski” - i wcale mu to nie przeszkadzało we współpracowaniu z Rosją. Dlaczego więc dziś miałby świat zatrząść się w posadach, gdyby się okazało, iż Rosjanie nieco pomogli polskiemu Prezydentowi i pasażerom Tu-154M? Czy na świecie nie jest żyje się Pojednaniem zachodnio-moskiewskim? Co robi Obama? Co robi Merkel? Co robi Sarkozy? Panie Janke, jeśli ktoś potrzebuje przejrzeć na oczy, to chyba szczególnie Pan, a nie otumanieni blogerzy. To jest inny świat niż (nie tylko) Panu się wydaje.

„Wielu blogerów, a coraz częściej także dziennikarzy, zaczyna z faktu stawiania pytań wyciągać wnioski, do których nie ma dziś podstaw”. Wedle tej logiki, jakiej wykład daje nam Janke, należałoby we wnioskowaniu zatrzymywać się wyłącznie na etapie pytań. Nie muszę jednak dodawać, iż w ten sposób nie dowiedzielibyśmy się zupełnie nic. Poza tym, o wiele łatwiej jest postawić pytania aniżeli znaleźć na nie racjonalne odpowiedzi. Ba, są pytania mądre i bywają pytania idiotyczne. Są pytania dorzeczne i pytania wprowadzające w błąd. Po czym zaś wiemy, które pytania są właściwe, a które nie? No więc chyba same pytania to za mało.

Janke zdaje się twierdzić, iż wystarczy się trzymać faktów, by nie popaść w obłęd pochopnie sporządzanych wersji wydarzeń, jakby nie zauważał, że właśnie od samego feralnego sobotniego poranka nie sposób uzyskać jakiejś jednej i zweryfikowanej listy rzeczywistych zdarzeń, czyli faktów. Strona rosyjska bowiem nie tylko od samego początku wrzuca do mediów najrozmaitsze dezy (skwapliwie komentowane przez agenturę w Polsce aż do czasu pojawienia się nowych dez), ale i pilnuje, by jedynym posiadaczem pełnej wiedzy o tym, co się stało na smoleńskim lotnisku były służby rosyjskie z tamtejszą prokuraturą, której śledztwo nadzoruje Putin. Poniżej przytaczam link do wywiadu z J. Olechowskim (kończący się na wszelki wypadek solennym zapewnieniem, że „nigdy w historii tak blisko nie byliśmy z Rosjanami, jak teraz” (!)), w którym przyznaje on, że milicjanci nie pozwolili wejść polskim dziennikarzom na teren katastrofy (brawo polscy dziennikarze). Jest to jedna z symptomatycznych relacji, bo przecież po dziś dzień nie widzieliśmy żadnego materiału obrazującego spadanie polskiego samolotu. Cały świat niby jest szpiegowany przez 24 godziny i nie znalazła się żadna bidna kamerka, która uchwyciłaby owo dramatyczne lądowanie? Nie ma żadnych satelitarnych zdjęć z wojskowych satelitów? Nie ma żadnego śladu po tym, JAK to przebiegało?

Na tym problemy się nie kończą. Od niedawna wiemy, że do katastrofy doszło kilkanaście minut wcześniej niż podawano nam przez blisko dwa tygodnie. Co więcej, służby ratownicze ruszyły na miejsce po kilkunastu minutach. Dziennikarze opowiadający o tym nawet się tej sytuacji specjalnie nie dziwią, ponieważ przedstawiciele służb rosyjskich, w tym milicjanci, zapewnili ich, iż nie było kogo ani czego ratować. Innymi słowy: polscy dziennikarze NIC kompletnie nie widzieli, a jedyne, co mają nam do przekazania to relacje Rosjan oraz rozdygotane migawki z miejsca katastrofy, z których większość także przez Rosjan została sporządzona. Czy nie jest to stanowczo za mało, by autorytatywnie zabierać głos w kwestiach przyczyn tragedii? To pytanie oczywiście kieruję do dziennikarskiej braci, która tak znakomicie wywiązała się z zadania relacjonowania największej tragedii Polski powojennej i robienia wizji lokalnej na miejscu wypadku.

Pech właśnie chce, że to dopiero ludzie ze Smoleńska zaczęli dokumentować w Sieci (na różnych forach i na youtube) to, co się tam dzieje naprawdę, ponieważ większość dziennikarzy z Polski zajęta była albo dziwowaniem się „żałobnymi tłumami” na ulicach, albo uspokajaniem dziczy, by nie psuła warszawsko-moskiewskiego Pojednania. Ja nawet nie chcę myśleć, co by było, gdybyśmy tych słynnych zdjęć z lotniska i tego legendarnego filmiku nie mieli (materiałów przecież przez kilka dni zupełnie ignorowanych przez mainstream, który po pewnym czasie zaczął się chwalić, że on je pierwszy publikuje!) i gdyby rozmaici eksperci zajmujący się lotnictwem nie włączyli się do internetowej dyskusji. No bo czym dysponowalibyśmy ze strony polskich dziennikarzy? Opowieściami o podwyższonej adrenalinie (vide Olechowski)? Zdjęciami rozwalonego ogona samolotu albo Putina łapiącego słabnącego Tuska?

Powiem więc tak: jeśli panowie dziennikarze nie chcecie się w tym wszystkim babrać, to spokojnie się zajmujcie czymś innym. My zaś dołożymy wszelkich starań by sprawę wydrążyć do spodu. Nawet metodą prób i błędów. Na pewno zaś nie metodą chowania głowy w piasek.

http://www.tvp.info/opinie/wywiady/czulem-zapach-paliwa-lotniczego/1668832 (wywiad z red. J. Olechowskim)
http://www.rp.pl/artykul/9157,466995_Janke__Putin_nie_jest_wariatem.html

Cicho, cicho, cicho!...

Wizja płk-a Molibdena jest jak najbardziej słuszna ale tylko przy założeniu, że mamy do czynienia z normalnym państwem polskim, a nie z potiomkinowską wsią zaklepaną przy okrąglaku z moskiewskimi sługusami Jaruzelem i Kiszczakiem, w której to wsi podstawową zasadą uprawiania polityki zagranicznej jest „cicho, cicho, cicho!...”, czyli niedopuszczanie do tego, by Polska była krajem silnym militarnie, niezależnym od sąsiadów, pozbawionym agentury posowieckiej (i innej), samodzielnie stawiającym sobie cele. Zapewniano nas wprawdzie po drodze (do takiego a nie innego stanu), że polityka „cicho, cicho, cicho!...” jest racjonalna, ponieważ członkostwo w NATO a następnie w „UE” zapewni nam niesamowite wprost bezpieczeństwo, takie, że Rosja nawet będzie się bała palcem w bucie kiwnąć w związku z nami, jednakże wraz z przeprowadzanymi przez wojskówkę i Bezpiekę bloku sowieckiego procesami transformacji komunizmu w neokomunizm, Zachód akurat odszedł od filozofii polityki charakterystycznej dla okresu zimnej wojny. Spowodowało to między innymi katastrofalne dla nas zbliżenie NATO do Rosji i tolerowanie jej neoimperialnej polityki, czyli – co szczególnie widzimy w czasie prezydentury Obamy - uznanie praw Moskwy do zagospodarowywania „bliskiej zagranicy”, tj. zarówno posowieckich republik (takich jak Gruzja czy Ukraina), jak i Polski.

Taka postawa gremiów zawiadujących Paktem Północnoatlantyckim (bo o wierchuszce „Unii” w ogóle nie warto pisać, skoro była w stanie przełknąć wszelkie rosyjskie szantaże gazowe, obozy filtracyjne w Czeczenii, zabójstwa dziennikarzy oraz NordStream uderzający wprost w ekonomiczne interesy niektórych krajów „Unii”) wynikała, jak sądzę, z prostej konstatacji: nowe kraje członkowskie, w tym zwłaszcza Polska, w ogóle nie uporały się z posowiecką agenturą, w związku z tym albo nie chcą wrócić do „sfery atlantyckiej”, albo nie mogą. Postawa establishmentu III RP (z nielicznymi wyjątkami, o których doskonale wiemy – część tych osób zresztą pochowaliśmy niedawno na polskich cmentarzach) świadczyła, że nawet gdyby on mógł, to by wcale nie chciał całkowicie uniezależnić się od Moskwy, czyli przeciąć, że tak powiem „razwiedkową pępowinę” (w tym kontekście znamienna i rokująca dla naszego kraju jak najgorzej jest postawa Komorowskiego). No więc, jeśli ludziom zajmującym się sprawami Polski na tym nie zależało, to dlaczego NATO miało nas traktować jako normalnego, pełnoprawnego członka Paktu?

Z kolei postawa tegoż prorosyjskiego establishmentu (wyrażająca się w formule „cicho, cicho, cicho!..”) przyjmowała przez te 21 lat następujące formy: najpierw właściwie nie widziano potrzeby, by likwidować „Układ Warszawski” i wyprowadzać armię czerwoną z Polski – nie chciano bowiem „drażnić Rosji” tym, że Polska może mieć militarne aspiracje kłócące się z tym, co wypracowała Moskwa w okresie kilkudziesięcioletniego powojennego okupowania naszego kraju. Potem jednak – po likwidacji „Układu Warszawskiego”, pod wpływem narastającego nacisku społecznego („Soviets Go Home”) i w związku z „rozpadem ZSSR” – jednak wyprowadzono wojska posowieckie (jak pamiętamy jednak chciano zapewnić służbom posowieckim możliwość tworzenia agend w byłych bazach armii czerwonej), choć były też tak chore pomysły jak NATO-bis, jak tez pamiętamy. W końcu jednak weszliśmy do Paktu Północnoatlantyckiego, ale na zupełnie innych zasadach niż się spodziewaliśmy, a więc z gwarancjami bezpieczeństwa sprowadzającymi się do poklepywania po plecach i fajnych zapisów na papierze – nieustannie bowiem uwzględniano zastrzeżenia Moskwy i groźby (ze straszeniem bronią nuklearną włącznie) w stosunku do jakichkolwiek prób (zwłaszcza amerykańskiego) dozbrajania czy wzmacniania Polski. Po 10 kwietnia zaś reakcja NATO na katastrofę smoleńską sprowadzała się do minuty ciszy w intencji ofiar.

Problemem Polski – widzimy to wyraźnie nie tylko po tych wszystkich latach, ale szczególnie po „drugim Katyniu” – nie jest wyłącznie Rosja i jej neoimperialne zapędy, których ona wcale nie kryje i przynajmniej jest w tym konsekwentna, lecz: zatrważająca w swej liczbie agentura w polskich mediach, w nauce, w polityce, w kulturze. Są to ludzie, którzy na dzwonek tresera podrywają się i zaczynają mówić jednym prorosyjskim głosem w myśl hasła „cicho, cicho, cicho!...” Rosji bowiem, zdaniem tych wszystkich agentów, szczególnie nie wolno drażnić, gdy jest rozdrażniona.

Usłyszałem niedawno, że straszne „żelazne hufce IV RP widzi” ponoć przewybitny przedstawiciel inteligencji polskiej, Tomasz Nałęcz. Osoby tego właśnie pokroju zagrożenie dla Polski widzą w środowisku ludzi, które jasno formułuje potrzebę wzmacniania gospodarczego i militarnego Polski oraz trwałego uniezależniania od Moskwy. Sumieniami osób takiego jak Nałęcz (czy zlinkowany poniżej Skalski) pokroju tragedia smoleńska nie wstrząsnęła, mimo że zginęło wtedy wiele czołowych osób związanych z ich lewicowym, prorosyjskim obozem. Do osób tych nie przemawia nawet to totalne dziadostwo smoleńskiego lotniska ani wołająca o pomstę do nieba rosyjska akcja ratownicza (bo o dezinformacji nie wspomnę, skoro sam Nałęcz się w nią włączał w tygodniu żałoby).

Można więc z dużą dozą prawdopodobieństwa sądzić, że gdyby w tych właśnie potiomkinowskich warunkach ktokolwiek chciał urządzać akcję militarną związaną ze śmiercią polskiego Prezydenta i całej delegacji lecącej do Katynia, to właśnie partia zagranicy w Polsce pierwsza by wystąpiła ze spontanicznymi protestami przeciwko tego rodzaju działaniom. Na zasadzie: „cicho, cicho, cicho!...” właśnie.

http://molibden.salon24.pl/174643,tak-moglo-byc
http://kajetanskalski.salon24.pl/174756,juz-to-czytalem-pulkowniku-molibden

25 kwi 2010

Trzy scenariusze

- Panie Premierze, strona rosyjska nadesłała przed chwilą kilka wersji pańskiego przemówienia na środową konferencję, sądzę, że warto by się z nimi zapoznać choćby z tego powodu, że nasi przyjaciele w mediach mogą od razu uruchomić odpowiednią kampanię wspomagającą - Paweł Graś położył plik wydruków na biurku i spojrzał na Donalda Tuska wyczekująco.
- Tak szybko? - zdziwił się premier, podnosząc się z fotela.
- Adam Michnik dzwonił przed chwilą, dopytując...
Tusk obszedł biurko i stanął przed oknem, wyglądając na ulicę. Ręce trzymał za sobą i wpatrywał się w lekko zachmurzone niebo nad budynkami.
-...on sugerowałby bowiem wersję numer... - ciągnął nieśmiało rzecznik rządu.
- To Adam też dostał te propozycje? - odezwał się Tusk, marszcząc czoło.
- No tak - wzruszył ramionami Graś. - Strona rosyjska przecież bardzo wysoko ocenia jego wkład w polskie przemiany. To mąż zaufania, można powiedzieć.
Przestąpił z nogi na nogę. Powiódł wzrokiem po leżących na biurku papierach.
- Mogę panu zreferować te rozmaite scenariusze, jeśli pan jeszcze teraz nie ma ochoty czytać, aczkolwiek warto byłoby... - zawiesił głos. Otworzył teczkę z dokumentami, poprzekładał parę kartek i nie czekając na odpowiedź premiera, rzekł: - Wersja pierwsza: prezydent w trakcie kołowania nad lotniskiem, gdy już piloci usłyszeli od wieży kontrolnej, iż nie powinni lądować, wyskoczył ze swojej salonki, wpadł do kabiny i zjechał w najbardziej obelżywych słowach przez mikrofon zarówno obsługę lotniska, jak i premiera Putina, prezydenta Miedwiediewa, powiedział też, że nikt mu nie będzie odradzał lądowania i dodał, tu cytat: „po moim trupie”. Pilotom nakazał posadzić maszynę w przeciwnym razie on sam siądzie za sterami i pokaże, jak się to robi. Ekspertom z rosyjskiego laboratorium udało się to wszystko odtworzyć z zapisu z czarnych skrzynek - prezydent wprawdzie tak wrzeszczał do mikrofonu, iż słychać tylko straszliwy przester, ale na stenogramie wszystkie jego wypowiedzi są dokładnie zrekonstruowane.
Premier westchnął, kręcąc głową. Obejrzał się na Grasia, który na chwilę przerwał czytanie i powiedział:
- Dalszy, fatalny ciąg wypadków znamy. Taka wersja pozwoliłaby rozpocząć kampanię pod hasłami: „Jarosław - dziedzic politycznego szaleńca”, „Czy chcemy by kolejny prezydent sprowadził na nas kolejną tragedię?”, „Oczyścić Wawel”. Rozmawiałem z Bondarykiem, który zapewnia, że jeszcze w środę wieczorem mógłby zaktywizować młodzież do spontanicznych wystąpień w Krakowie i pod domem Kaczyńskiego. Minister finansów mógłby w specjalnym telewizyjnym wystąpieniu pt. „Ile nas to kosztowało?” podać zatrważający bilans całej tej operacji z żałobą, ceremoniami, transmisjami, przestojami w transporcie i pracy itd. Rachunek za to wszystko można by wystawić PiS-owi oczywiście.
- A druga wersja? - spytał po namyśle premier.
- Spisek. Spisek na pokładzie. Zamach stanu.
- Aha.
- Jeden z rosyjskich radioamatorów, który akurat chciał porozmawiać z narzeczoną z Chin, przypadkowo namierzył tajną rozmowę w salonce. Prezydent zwierzył się w niej, że po uroczystościach katyńskich wraz z całą generalicją przejmuje władzę w kraju, wprowadzając stan wojenny i przeprowadzając masowe aresztowania członków rządu, pracowników Agory i innych prorządowych wolnych mediów – słowem przeprowadza zamach stanu, ponieważ strasznie mu spadło poparcie w sondażach i nawet ciotka Klotka może z nim wygrać wybory prezydenckie. Ten przerażający, przepraszam - Graś poprawił się - porażający scenariusz ów radioamator przekazał natychmiast do premiera Putina, który bezzwłocznie zawiadomił polskiego premiera. Ten zaś upoważnił sojusznicze siły rosyjskie...
- Sojusznicze? - powtórzył Tusk.
- No, musimy pamiętać, że od 7 kwietnia mamy Pojednanie, a więc...
- No ale jeszcze żadnej umowy poza gazową nie podpisaliśmy.
Graś zagryzł wargę. Wyjął długopis i na marginesie tekstu dopisał parę znaków zapytania.
- Moglibyśmy powiedzieć, że w ramach powiększania bezpieczeństwa kraju i w obliczu zbliżającego się zamachu stanu, szykowanego przez prezydenta Kaczyńskiego, zawarliśmy tajne porozumienie wojskowe z Moskwą, by w sytuacji nadzwyczajnej wspólnie przeciwdziałać największym międzynarodowym zagrożeniom. Nie muszę dodawać, że taki zamach stanu miałby wielkie międzynarodowe reperkusje. Ba, kto wie, czy nie wywołałby efektu domina i wojskowych, prawicowych przewrotów w innych krajach. Wyobraża pan sobie taką Europę pod wojskowym, prawicowym butem? Nawet nie wiem, czy NATO zdążyłoby zareagować...
- I co tam dalej? - premier wskazał brodą na odczytywany przez rzecznika dokument.
- ...upoważnił sojusznicze siły rosyjskie do prewencyjnego zestrzelenia samolotu w trosce o bezpieczeństwo Polski, Rosji i całego świata.
Tusk cmoknął głośno. Graś podrapał się po głowie.
- No fakt, nie brzmi to najlepiej, ponieważ na pokładzie nie byli tylko ludzie prezydenta, ale i... Hm. Z drugiej jednak strony zaletą tej wersji jest to, że można by tę akcję potraktować jako element globalnej wojny z terroryzmem. Prezydent jako...
- Nie, to nie za bardzo przejdzie - uciął premier. - Jeszcze może wizja zbrojnego przejęcia władzy, tak, ale to zestrzelenie przez Rosjan...
Graś ożywił się nagle, mówiąc:
- To nie musiałoby być od razu zestrzelenie. Można by to ująć jako ustrzelenie, podstrzelenie, przestrzelenie skrzydła, przystrzelenie lekkie, wystrzelenie czegoś... - rzecz można jeszcze docyzelować. Reszty niestety dokonać mógł panikujący pilot i żywioły przyrody. Aerodynamika. Wiry.
- Wiry? - Tusk wrócił wolnym krokiem za biurko. - A co na to Adam?
Rzecznik rządu pokiwał głową tak, jak prezenterzy telewizyjni przebywający na miejscu jakiegoś ważnego zdarzenia i potwierdzający na wizji, że słyszą komendę ze studia:
- Stwierdził, że taki scenariusz uzasadniałby dalsze pogłębienie przyjacielskich więzów z Rosją. Poza tym świetnie by to współgrało ze zbliżającą się wielkimi krokami defiladą na Placu Czerwonym. „Bratnie armie w obliczu śmiertelnego zagrożenia - znowu razem” - taki tytuł na 9 maja na pierwszej stronie „Gazety”. Prezydent Komorowski, znaczy, marszałek, mógłby wtedy stać na trybunie honorowej obok prezydenta Jaruzelskiego. I takie zdjęcie z podpisem: „Porozumienie dwóch pokoleń walczących o Polskę”. Albo jeszcze lepiej „Solidarność ponad podziałami. Polskie pojednanie. Nowa solidarność”.
- No ale Komorowski nie jest ani nie był jakoś szczególnie skłócony z Jaruzelskim - przypomniał premier, nalewając sobie wody mineralnej do szklanki.
Graś zamilkł na chwilę. W gabinecie krążyła mucha.
- Można by przypomnieć czasy, gdy uważał się za antykomunistę. To symboliczne pojednanie na Placu Czerwonym byłoby dopełnieniem tego, co się wydarzyło 7 kwietnia – dorzucił.
- A trzeci wariant? - zaciekawił się premier, popijając.
- Ten jest najdelikatniejszy. Amerykański sabotaż, krótko mówiąc - rzecznik znowu zatopił wzrok w papierach. - System TAWS zamontowany w Tupolewie, którym leciał prezydent, został celowo wadliwie skonstruowany akurat do tego modelu i tego lotu, by doprowadzić do awarii podczas lądowania i by obciążyć tą awarią stronę rosyjską, o której to stronie wiadomo, że dysponuje nieco mniej zaawansowanymi technologiami aniżeli amerykańska, ze względu na staroradziecki etos pracy i nieuznawanie wyścigu szczurów.
- O widzisz. To by korespondowało z tymi zdjęciami, co te ciule w Internecie publikują. Bondaryk mi je pokazywał - premier rozłożył teksty przed sobą. Na jednej z kartek pokazane były pierwsze strony gazet w zależności od wybranego wariantu wydarzeń. „Dlaczego znowu Amerykanie?” - widniało nad zdjęciem szczątków Tu-154M. „Najpierw więzienia CIA w Polsce, teraz prowokacja na skalę ogólnoświatową w Rosji” - nadzwyczajny komentarz L. Millera. „Obama nie chce wojny – to wygląda na akcję amerykańskich kół wojskowych” - specjalny komentarz A. Michnika. „Protesty pod ambasadą USA w Krakowie” - fotoreportaż na gorąco minuta po minucie.
Graś uderzył dłonią w trzymaną teczkę z kartkami:
- Dokładnie! Ubogie technicznie lotnisko. Bieda. Mundurowi wkręcający żarówki, przerażeni tym, do czego zdolni są Amerykanie - spojrzał do wydruku. - O, mam. Strona rosyjska informuje, że mogłaby wrzucić do Sieci materiał nagrany przez przypadkowo nasłuchującego smoleńskiego radioamatora, który wykryłby amerykańskie komendy z TAWS-a „kill all the f...g Russians, kill 'em all” oraz głośny śmiech amerykański przed katastrofą. Zresztą zapis z czarnej skrzynki po dokładnym odszumieniu w laboratoriach moskiewskich informowałby o tym, że ciut wcześniej polscy piloci wykryli sabotaż i mówią: (pilot A:) „...ci przeklęci Amerykanie znowu nas wykołowali tak jak z offsetem i tarczą antyrakietową”, (pilot B:) „...tak, stary, ja od początku transformacji uważałem, że należało się związać z Rosjanami, którzy nas przecież wyzwolili, a nie wyganiać ich z Polski w 1993 r.”, (pilot A:) „...tak należało zrobić, to oczywiste, ale przecież wiesz doskonale, że cholerni Amerykanie by na to nie pozwolili, bo CIA finansowało Solidarność...” (pilot B:) „...także FBI, a poza tym szykowali przed stanem wojennym listy proskrypcyjne na członków PZPR, WRON, PRON, PAX, ZBoWiD i TPPR, nie mówiąc o TKKŚ”, (pilot A:) „...obiło mi się o uszy, że na listach proskrypcyjnych byli też członkowie ZSMP, ZMW, ZSL, SD i KPZR”, (pilot B) „...teraz ta bezcenna wiedza i tak nie jest nam do niczego potrzebna, ponieważ zaraz będzie katastrofa, jak widzisz i zabierzemy wszystko do...”, (pilot A) „...z pewnością, kolego, mam tego świadomość bardzo dokładnie, pokładam jednak nadzieję w tym, że gdy czujne rosyjskie służby przechwycą czarne skrzynki...”, (pilot B) „...daj Boże, by to nie byli ci zakłamani Amerykanie...”, (pilot A) „...to przekażą światu naszą ostatnią rozmowę, zachowają naszą wiedzę i przestrzegą przed zagrożeniem ze strony imperialistycznych kół amerykańskich dążących do III wojny światowej, o jakiej marzył Truman, a potem Reagan i Macierewicz”. No i później już jest tylko dźwięk eksplozji – zakończył Graś.
- W ten sposób ucięłoby się łeb wszelkim cholernym spekulacjom i insynuacjom rozsiewanym przez tych bezgłowych ciuli z Internetu – ciągnął Tusk, pocierając brodę. - Amerykanie dokonując sabotażu odwoływali się do prastarych, atawistycznych resentymentów rusofobicznych w naszym kraju i wiedzieliby, jaką wrogością do Moskwy zapałają Polacy, gdy się winę za katastrofę zrzuci na służby rosyjskie. Co za haniebny plan.
- Zgadza się - rzecznik rządu wyciągnął sobie miętowe tik taki i wsypał pół pudełka do ust. - W ten sposób można by też wyjaśnić ten kretyński filmik dla paranoików z tą lokomotywą - rzekł z pełnymi ustami.
- Z syreną.
- No, z syreną, ze strzałami i rosyjskimi komendami. Autor filmiku to po prostu ktoś na usługach agentury USA, filmik doskonale spreparowany przez CIA, by obciążać właśnie Rosję.
Tusk znowu się napił i rzucił okiem na buczący w kącie telewizor, na ekranie którego ogłaszano w TVN24 konkurs dla dzieci na rysunek na temat: „Za co kochamy W. Putina”.
- Ale czy SLD nie skrewi? - spytał, przenosząc wzrok na Grasia.

23 kwi 2010

"Nikogo nie ma w domu"



Jutro miną dwa tygodnie od „smoleńskiej soboty”, czyli od „drugiego Katynia”, zaś można odnieść wrażenie, że w Polsce nie ma dziennikarzy. Zniknęli. Przepadli jak kamień w wodę. Pełno ich, ale jakby ich w ogóle nie było. Albo raczej są, ale gdy obywatele pukają do ich drzwi, to odpowiadają oni „nikogo nie ma w domu”. Mnie to jakoś szczególnie nie martwi – ostatnie dwa tygodnie przejdą bowiem do historii Sieci w Polsce jako zupełnie niespodziewany przełom w tym, co nazywane bywa zwykle debatą publiczną, jako bezprecedensowy w historii Internetu tryumf blogerów nad... profesjonalistami. Ileż to słyszeliśmy przez ostatnie lata połajanek, jakoby blogerzy żerowali na tekstach i newsach dziennikarzy. Ile razy przypominano nam, że tak naprawdę to jedyne, co robimy, to komentujemy to, czego dowiedzieli się zawodowcy. Ci ostatni zresztą, spędzając mnóstwo czasu na cierpliwym wsłuchiwaniu się w Palikota lub Niesiołowskiego i pochylaniu się nad każdym ich zakłamanym wystąpieniem, gdy akurat wydarzyła się największa tragedia w powojennej Polsce (największa tragedia w powojennej Polsce!), której skutki właściwie ciężko wciąż oszacować – naraz nie wiedzą, że można robić reportaże z miejsca tragedii, że można ganiać za politykami odpowiedzialnymi za ochronę prezydenckiego samolotu, że można szukać świadków lądowania Tu-154M, że można badać materiały pojawiające się w Sieci. Czekają. Na co? Ano pewnie na werdykt braci Moskali, że nic się nie stało. No, a jeśli się stało, to i tak się nie odstanie.


Co bowiem może być tematem dla polskiego dziennikarza zatroskanego o losy świata? Nuuu, na przykład to, czy kolegium IPN-u nie szarżuje, postępując zgodnie z obowiązującą ustawą dotyczącą IPN-u, nie czekając na ruchy kolejnego „wujka Bronka”? IPN jest problemem, dr Fedyszak-Radziejowska jest problemem, a nawet przemawiający w programie Pospieszalskiego prof. Krasnodębski jest problemem, ale na pewno problemem nie jest przejmujący zupełnie bezprawnie władzę Komorowski po dwóch godzinach od smoleńskiej tragedii (i wydający natychmiastowe polecenia rozmaitym dziwnym ludziom), gdy w żaden urzędowy sposób nie została potwierdzona przez stronę polską śmierć Prezydenta RP. Problemem jest to, że dzicz internetowa rozsiewa „teorie spiskowe”, co sprawia, że do programów radiowych i telewizyjnych zatroskani dziennikarze sprowadzają socjologów, psychologów i antropologów (czemu nie psychiatrów takich jak imć Sadurski?), by odczyniali czary tej dziczy – nie zaś to, że od pierwszych chwil po katastrofie służby rosyjskie wysyłają dziesiątki sprzecznych sygnałów powodujących klasyczną dezinformacyjną mgłę i to w sprawie tak ważnej dla milionów Polaków. Problemem są „teorie spiskowe” dziczy, bo zagrażają warszawsko-kremlowskiemu pojednaniu, co do którego padł rozkaz, że ma owo pojednanie być bez względu na wszystko - nie zaś to, że wokół tragedii smoleńskiej snuje się mgła dezinformacji, a ruski bajzel i na lotnisku i w trakcie „akcji ratunkowej” jest wprost przerażający. Problemem dla dziennikarzy jest to, że dzicz zagłębia się w jakieś „filmiki” i dziwne zdjęcia, szuka relacji, dopytuje ekspertów zajmujących się lotnictwem – nie zaś to, że w tych filmikach, dziwnych zdjęciach, ekspertyzach pojawiają się niepokojące elementy rzucające cień na to, co wokół tragedii wyrabia nie tylko strona rosyjska, ale i polska. Problemem nawet jest to, że tylu notabli było na pokładzie polskiego prezydenckiego samolotu 10 kwietnia, tak jakby wielu notabli nie było na pokładzie samolotu z premierem Tuskiem 7 kwietnia.


I naraz okazuje się, że zwykli ludzie, nawet ci, co zwykle nie korzystają z Internetu, szukają opinii, analiz, wieści właśnie w Sieci, a nie w mediach. To dopiero jest katastrofa dla polskiego dziennikarstwa. W dziejowej chwili, kiedy trzeba było zbierać dane, szukać, węszyć, grzebać, babrać się w błocie smoleńskiego lasku przed lotniskiem, płacić łapówki ludziom, co się tam kręcili i coś widzieli, dziennikarze zajęli się WAŻNIEJSZYMI sprawami, jeno dzicz internetowa zagłębiła się w całe to bagno. Na tym jednak nie koniec. Okazuje się, że analizy dziczy wywołują taki rezonans społeczny, że zamilczeć ani zignorować (obśmiać też) się nijak nie da (zresztą, Bóg jeden wie, czy za chwilę znowu w Polsce się świat polityczny o 180 stopni nie obróci i nie zaczną rozliczać agentury w mediach już na serio, a nie na pół gwizdka, więc może warto się zabezpieczyć zawczasu), więc profesjonaliści zaczynają sięgać i po „filmiki”, i po „dziwne zdjęcia” (które nagle okazują się weryfikowalne i zweryfikowane), a nawet stawiać te pytania, które dzicz sobie na blogach czy w komentarzach do postów stawiała. Jest to o tyle wygodne rozwiązanie, bo zawsze można się zasłonić wskazaniem na dzicz – „to oni insynuują, nie my”. Gdy zaś okaże się, iż „coś w tym było”, to profesjonalista może oznajmić: „myśmy też to nagłośnili”.


Patrzę na ludzi mediów i tak sobie myślę, że mocni to oni są już tylko w gębie. A wydawało się, że na swych barkach dźwigają cały ten świat, nie?

Rozumieć Polskę


„Po raz pierwszy od dłuższego czasu nasi sąsiedzi pokazali twarz, którą znamy od setek lat. Ci sąsiedzi uważają, że narody wokół nich powinny im podlegać. My mówimy nie! Chciałbym to powiedzieć nie tylko wam, chciałbym to powiedzieć tym z naszej wspólnej Unii Europejskiej, że Europa Środkowa, Gruzja, że cały nasz region będzie się liczył, że jesteśmy podmiotem. I my też świetnie wiemy, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może czas na mój kraj, na Polskę...”, mówił w Gruzji L. Kaczyński i te słowa warto sobie przypomnieć dziś, zwłaszcza że do niektórych ludzi, jak widzę, nie dotarło to, w jakim kraju żyjemy od porannych godzin 10 kwietnia 2010 r. Nawiasem mówiąc, ciekawe jest to, że po paru dniach rozważania na blogach kolejnej podejrzanej kwestii, tj. godziny katastrofy, nagle odkrywają temat media mainstreamowe (to dokładnie tak, jak ze słynnym filmikiem) i okazuje się, że całkiem uzasadnione jest twierdzenie, iż do tragedii doszło o jakieś kilkanaście minut wcześniej niż to oficjalnie podawano, a tak naprawdę to nie wiadomo dokładnie, kiedy. Jak na trwające od ponad tygodnia śledztwo to niezły wyczyn owo nieustalenie godziny katastrofy. Jeśli dzielni śledczy wiedzą „tak wiele”, to co jeszcze „wiedzą”? Co więcej, naraz piloci Jaka-40 przypominają sobie o rozmowach ostrzegawczych z pilotami Tu-154M, tak jakby nie można było stenogramów tychże rozmów opublikować nazajutrz po czarnej sobocie.

No ale jeszcze wszystko przed nami, bo jak zapewne zauważyliśmy, dezinformacja skrupulatnie i elastycznie podąża za coraz to nowymi publikacjami i spekulacjami, falsyfikując poprzednie „oficjalne” (i skomentowane w mainstreamie na sto sposobów z pełną powagą) wersje, a podsuwając nowe, doskonalsze i nie mniej oficjalne od poprzednich. Dezinformacja bowiem twórczo posługuje się takimi elementami, które zapewniają i prawdopodobieństwo („faktycznie, tak mogło być”) i perswazję („to brzmi przekonująco”), a jej celem jest zdyskredytowanie i/lub wyeliminowanie takich analiz, które odsłaniają prawdę i demaskują fałsz. Wprawdzie kto jak kto, ale prokuratorzy powinni być szczególnie wyczuleni na rozmaite sprzeczności, nieścisłości, manipulacje, odwoływanie zeznań, korygowanie relacji ad hoc itd., ale najwyraźniej nie to jest przedmiotem śledztwa. Tym przedmiotem jest to, co już zdołano ustalić jako stuprocentowo pewne – tj. pojednanie warszawsko-moskiewskie. Reszta rzeczy podlega jeszcze ustaleniu, to pojednanie jednak to sprawa pierwszorzędnej, ponadpaństwowej wagi. No a skoro taki jest priorytet, to nic dziwnego, że jakieś tam detale związane z tragedią załogi i pasażerów prezydenckiego samolotu schodzą na dalsze plany i kto wie, czy nie poznamy tych detali (stenogramy z kabiny pilotów też?) właśnie za rok, jak nas uprzedził wielkodusznie prokurator generalny.

Jeśli natomiast prawdą jest, że do katastrofy doszło kilkanaście minut wcześniej, to i możemy się domyślić, iż przez te kilkanaście minut (wedle pamiętnych relacji rosyjskich, składanych w sobotę Putinowi, służby ratownicze miały pojawić się na pobojowisku tuż po 10-tej lokalnego czasu, a więc po 9-tej naszego) Polacy pozostawali bez jakiejkolwiek pomocy. Nic więc dziwnego, że służby po przybyciu na miejsce tragedii stwierdziły, że nie ma kogo ratować. Wróćmy jednak do nieco szerszej perspektywy zarysowanej gruzińskim przemówieniem Prezydenta. Przypomnę, że stwierdził on wtedy jeszcze: „Byliśmy głęboko przekonani, że przynależność do NATO i Unii zakończy okres rosyjskich apetytów, okazuje się, że nie; że to był błąd. Ale potrafimy się temu przeciwstawić, jeżeli te wartości, o które miałaby się Europa opierać mają jakiekolwiek znaczenie w praktyce. Jeżeli mają mieć one znaczenie, to my musimy być tu. Cała Europa musi być tutaj”. Wiemy skądinąd zaś, że Europy nie było tam i wtedy, i nie było, gdy składano do wawelskiej krypty zmarłego Prezydenta. Od czasów „gruzińskiej awantury” (w trakcie której Radek Sikorski gnał „uspokajać” Kaczyńskiego) wiele się zmieniło: Rosja odzyskała Ukrainę (i politycznie, i gazowo, i – jak się dowiedzieliśmy niedawno – wojskowo), USA zaczęły się wycofywać ze Starego Kontynentu (wypychane i przez Rosję, i przez Niemcy), a nawet wchodzić na drogę „odprężenia-rozbrojenia” (żeby Breżniew to widział, eh!), a w naszym nadwiślańskim kraju pojawiła się (po 7 kwietnia, kiedy to Putin obwieścił nam w Katyniu, że zginęli tam i Polacy, i Rosjanie, a więc to nasza wspólna sprawa) idea polsko-kremlowskiego pojednania, czyli weszliśmy w kolejny etap czarnego scenariusza rysowanego przez Prezydenta jeszcze w Gruzji. Co czeka nas teraz? Znowu podpowiada nam historia.

Jeśli chodzi o dzieje powojenne, to rok 1946 można uznać za kluczowy, ponieważ był to rok „manifestacji siły” komunistycznej „władzy” na terytorium Polski, manifestacji polegającej na tym, iż na skalę ogólnokrajową dokonano fałszerstwa wyników „referendum” i ogłoszono te fałszywe wyniki jako prawdziwe, miarodajne i legitymizujące sowiecką uzurpację (wybory z 1947 r. były już tylko doskonaleniem tej „metody” uzyskiwania społecznego poparcia). Metodą faktów dokonanych (zwłaszcza dokonanych w sposób bezprawny, nielegalny, rewolucyjno-bolszewicki) czerwoni posługiwali się przez całe dziesięciolecia „Polski Ludowej”, tworząc fasadowe instytucje państwa obsadzane cepami miernymi, ale wiernymi politbiuru, czyli po prostu Moskwie.

Przypominam to wszystkim tym, którzy w swoich diagnozach sytuacji społeczno-politycznej nieodłącznie powołują się na „sondaże”, na „badania opinii publicznej”, jakby owe „badania” dostarczały empirycznych danych o realiach polskiego państwa. Odkąd bowiem odkryto, że za pomocą socjotechniki można legitymizować bezprawie, to – w sytuacji bantustanu, jakim jest III RP – ta sama metoda może być użyta (i zwykle bywa używana) do „nowoczesnego kreowania nastrojów społecznych”, jeśli jest to metoda skuteczna i niedroga (tańsza niż posyłanie pał na ulice czy urządzanie łapanek „wrogów socjalizmu”). Taką metodę stosowano w 2005 r. kreując na króla sondaży D. Tuska, który miał nawet w pierwszej turze pokonać L. Kaczyńskiego (J. Rokita miał zostać premierem, jak pamiętamy i już się na to szykował). Mimo że wyniki wyborów były inne, nikt z „badaczy społecznych” (bo o analitykach i komentatorach nie wspomnę) nie stracił ani posady, ani twarzy. Od tamtego czasu nie zmieniło się nic. Śmiem twierdzić, że patologia jest wprost udoskonalana na zasadzie: im bardziej odległe są wyniki badań od rzeczywistych nastrojów i postaw obywateli, tym głośniej się o tych wynikach mówi, żeby zwyczajnie zakrzyczeć społeczną rzeczywistość. Oczywiście to chore zupełnie zjawisko (odpowiedzialni za nie powinni stracić prawo do jakichkolwiek badań naukowych i mam nadzieję, że do takich rozwiązań dojdzie za jakiś czas) stanowi wierzchołek góry lodowej, bo przecież III RP jako kraj „trzeciego świata” jest majstersztykiem patologii, jest królestwem sitw i agentury (także w środowiskach akademickich), nienaturalne byłoby więc, gdyby w takim otoczeniu prym wiodły jakieś niezależne instytucje badawcze rzetelnie opisujące to, co się wokół nas dzieje.
Biorąc to wszystko jednak pod uwagę i biorąc pod uwagę „drugi Katyń” oraz zachowania ludzi Komorowskiego noszące znamiona cichego zamachu stanu, należy zdawać sobie sprawę w jak wielkim niebezpieczeństwie jest polskie państwo. To niebezpieczeństwo jest wewnętrzne i zewnętrzne, a przy niesamowitej i szokującej wprost mobilizacji środowisk promoskiewskich w naszym kraju, domaga się ono od nas zimnej jak lód oceny sytuacji, jak też wskazania racjonalnego rozwiązania choćby w obliczu nadchodzących, przyspieszonych prezydenckich wyborów. Czytamy bowiem rzeczy rozmaitych publicystów świadczące, że albo nie wiedzą, co się dzieje, albo nie rozumieją tego, co się stało. I owi publicyści nieodmiennie powołują się „na sondaże”.

Zacznijmy od tego, co pokazali „badani” Polacy w ostatnich burzliwych dniach. Obywatele naszego kraju pokazali 3 rzeczy: 1) że się nie wstydzą swoich politycznych poglądów i patriotycznych oraz religijnych postaw, 2) że wiedzą, jak wielkie było i jest zakłamanie mediów (i „sondaży”), 3) że za tragedią smoleńską może stać Moskwa, więc sytuacja Polski jest naprawdę śmiertelnie poważna. Wymaga ta sytuacja zatem poważnego i zarazem dzielnego polityka na takie czasy. Jego kamienną twarz widzieliśmy i w Smoleńsku, gdy przybył identyfikować zwłoki brata, i później w dniach żałoby na uroczystościach pogrzebowych. Milczenie J. Kaczyńskiego mówiło nam więcej niż nerwowe komentarze mdlejących dziennikarek i zapłakanych dziennikarzy (którzy jeszcze niedawno nawet tonem głosu okazywali swoje salonowe lekceważenie lub pogardę „braciom”).

Widzieliśmy też totalne przerażenie Tuska (obejmowanego przez rosyjskiego premiera), który chyba naraz pojął, iż polityka to nie żarty i „marketing” w ramach mediokracji (czy poczuł jakiś dreszcz śmierci, łącząc w myślach 7 kwietnia z 10-tym?). Widzieliśmy też pozbawioną jakichś głębszych emocji twarz Komorowskiego. Widzieliśmy też i słyszeli tych, których wstrętem i grozą napawa odradzanie się polskiej wspólnoty. Polskie państwo otrzymało śmiertelny cios 10 kwietnia i wymaga teraz na swoim czele polityka mogącego sprostać zadaniu podźwignięcia kraju z całkowitej zapaści. Nie widzę nikogo innego poza J. Kaczyńskim.

Wsłuchiwałem się w jego głos w trakcie mów pogrzebowych. Spokojny, rzeczowy, ale też pełen wzruszenia. I zarazem pełen siły. Polska – mimo tego ciosu, jaki jej zadano – pokazała swą obywatelską, społeczną siłę na ulicach, placach i rynkach. Ta Polska potrzebuje teraz silnego polityka na najcięższe, jakie nadeszły, czasy. Głupcy wprawdzie zaczęli już straszyć „demonami IV RP”, sprowadzając wizję startu Kaczyńskiego do poziomu dawnego sporu politycznego, tak jakby 10 kwietnia definitywnie nie zamknął pewnej epoki właśnie zajadłych, wściekłych, napędzanych przez nienawiść, sporów. Teraz bowiem nie chodzi o żadną numerację przy „RP”, lecz chodzi po prostu o Polskę. Kto tego nie rozumie, niech nie zabiera głosu w tej ogólnonarodowej dyskusji.

22 kwi 2010

Polonofobia maniaków

Powiedzmy sobie wprost: ludzie, którzy żywią wstręt, pogardę do Polaków okazujących patriotyzm czy są śmiertelnie tym patriotyzmem przerażeni – nie są Polakami. Kim są? Trudno powiedzieć – jedni pewnie „ludźmi bez ziemi”, czyli kosmopolitami, tudzież „mieszkańcami salonów”, inni zaś czują może więź z innymi nacjami, ale już nie z narodem polskim. Oczywiście nie ma powodu, by ludzi nieczujących się Polakami i w istocie niebędących nimi, w jakikolwiek sposób piętnować – niech sobie kultywują swoje tradycje, niech pielęgnują obyczaje, które są im bliskie, niech nawet tworzą dzieła sztuki w takim języku, jaki jest im najbliższy – jedyne, co można im radzić, to: niech tylko nie uczą nas polskości i niech trzymają się z dala od tego, na jakich fundamentach ma być odbudowywana wspólnota Polaków.

Piszę to w nawiązaniu do artykułu R. Ziemkiewicza przytaczającego wypowiedzi osób, które na różne sposoby wyrażają swoje całkowite oderwanie od polskości. Te wypowiedzi mogłyby nas szokować, jeślibyśmy ich autorów traktowali jako przedstawicieli polskiej wspólnoty, tymczasem te osoby świadomie sytuują się na zewnątrz tejże wspólnoty i z zewnątrz dokonują też swojej „druzgocącej” oceny. Ziemkiewicz stara się zrozumieć ów fenomen wyobcowania z polskości i nienawiści wobec niej, ale wydaje mi się, że pomija jeden istotny szczegół w swoich rozważaniach. Otóż musimy stale pamiętać, iż ludzie wypowiadający te polonofobiczne sądy, w większości znaleźli się „na szczytach” hierarchii społecznej czy kulturowej w wyniku salonowego mianowaństwa lub też długoletniej wysługi dla salonów, nie zaś ze względu na swoje talenty, wielkie wyczyny, nowatorskie i porywające koncepcje czy jakieś niesamowite arcydzieła. Co więcej, ta wysługa nieodłącznie koncentrowała się wokół atakowania polskości (w żargonie salonowym: nacjonalizmu), wyśmiewania jej, czy wprost wyzbywania się jej na rzecz jakiegoś salonowo rozumianego kosmopolityzmu serwowanego nadwiślańskim tubylcom na zasadzie eliksiru na wszelkie polskie dolegliwości społeczne. Nic więc dziwnego, że ludzie, których „fala wyniosła za wysoko”, teraz odczuwają przerażenie i coś w rodzaju lęku przestrzeni – widzą oni bowiem, iż wokół siebie mają tylko grupkę (nie mniej trzęsących portkami ze strachu przed potwornym polskim kołtunem) klakierów.

Jest zresztą w tym całym zjawisku kulturowej uzurpacji, jaką zafundował nam salon od pierwszych lat po „obaleniu komunizmu”, ciekawy paradoks: salonowcy wszak z jednej strony kontestują przecież polskość, z drugiej zaś, przywłaszczają sobie prawo do kreowania polskości, do redefiniowania jej, a nawet do jej... reprezentowania. Z jednej strony całe to towarzystwo szydzi z „polskich wieszczów” i broń Boże żadnych wieszczów nie chce na świat wydawać, z drugiej przecież nic innego od lat nie robi, jak z maniackim uporem (to wyświechtane określenie pasuje tu idealnie) lansuje swoich niby-wieszczów, pchając ich „dzieła” do programów szkolnych, do analiz akademickich, na deski teatralne, a nawet na ekrany kinowe. A im słabszy jest rezonans kulturowy tychże „dzieł”, tym większy jeszcze upór przy ich zachwalaniu i nagłaśnianiu. Tak właśnie działają maniacy.

Co to znaczy być Polakiem? To przede wszystkim odczuwać więź z polską wspólnotą i żyć jej tradycją, obyczajem i historią. Jeśli ktoś nie odczuwa tej więzi, a tradycję polską uważa za balast, którego należy się jak najszybciej pozbyć (podstawowy warunek inicjacji salonowej), a nawet coś, co należy zwalczać jak jakiś wrogi, niebezpieczny twór – to zwyczajnie nie powinien się za Polaka podawać. Oczywiście Polska pozwala wielu obcokrajowcom zażywać gościny nad Wisłą, jako jednak gospodarze domagamy się, by obcokrajowcy nie posuwali się za daleko i nie próbowali niszczyć naszej wspólnoty i naszej kultury. Jeśli zaś podejmują się oni takich działań, to niech się nie dziwią, że napotkają nasz opór.

http://www.rp.pl/artykul/465048_Ziemkiewicz__Kampania__w_cieniu_pogardy.html

21 kwi 2010

Jednym głosem

Już się wydawało, że te najbardziej idiotyczne wypowiedzi dotyczące straszliwej wieści albo – jak to celnie i szyderczo ujął Budyń78: największej tragedii w Polsce po tragedii z 10 kwietnia – czyli kandydowania prezesa PiS-u na prezydenta, padły z ust M. Olejnik, B. Michniewicz czy tym podobnych postaci, ale okazuje się, że to wcale nie koniec. Przeciwnie, to chyba początek. Już ruszyli do boju T. Wołek ze swym „idealnym kandydatem”, przyjacielem WSI i niezawodny P. Kuczyński, tytułujący się dumnie „wrogiem IV RP” i zapewniający Kaczyńskiego, że „polska nie jest konserwatywno-prawicowa, tylko różna i należy do tej różności”. O ile jednak klasyczne już brednie Wołka czy Kuczyńskiego nie mogą nikogo chyba z głową na karku dziwić (choć może zdumiewać miejsce ich opublikowania, czyli łamy „Rz”, która chyba zechciała ideowo wesprzeć bratnią „GW”, z którą niby toczy ideowy spór), to jednak refleksje naczelnego „Rz”, czyli P. Lisickiego wbijają po prostu w fotel. Za chwilę do nich wrócę, ponieważ hitem dnia powinna być wypowiedź dziennikarki Trójki.

Otóż wspomniana Michniewicz (która, jak pamiętamy, w feralną sobotę ogłaszała łamiącym się głosem po wpół do dziesiątej w swym programie z politykami informację o katastrofie) ideę powołania międzynarodowej komisji ds. zbadania przyczyn katastrofy skwitowała tak: „ja myślę, że to nie jest plucie polskiemu państwu, tylko to jest też plucie rosyjskiemu państwu, któremu część osób nie dowierza”(10'30'' minuta i sekunda wywiadu z Siwcem, link poniżej). W ten sposób Michniewicz przebiła, przelicytowała złotą myśl Siwca, który stwierdził, iż pomysł z tą komisją, to tak jakby: „mojemu państwu napluć w twarz od razu na dzień dobry” (10'10''). Zwróćmy uwagę: domaganie się wyjaśnienia przyczyn katastrofy przez specjalistów o światowej renomie, a nie tylko specjalistów wyznaczonych przez Putina, jest pluciem w twarz Rosji. Tego typu sąd wydaje dziennikarka mówiąca po polsku na antenie polskiego radia, nie zaś na antenie Radia Moskwa.

Czy daleko od tych mądrości sytuuje się naczelny „Rz”? Niekoniecznie. Lisicki stwierdza bowiem z jakimś nieskrywanym smutkiem (co jest zrozumiałe, ponieważ redaktor stara się zrozumieć fenomen bólu i rozpaczy, które odbierają ludziom rozum), że „inni, nie mogąc znieść tragedii, szukają kogoś, kto za to ponosi odpowiedzialność, kto to ukartował.” Sęk w tym, że o odpowiedzialności za tragedię mowa była od samego początku, tylko że wskazywano albo szarżującego pilota albo szarżującego Prezydenta. Może nie było mowy o ukartowaniu, bo to już by był szczyt chamstwa, ale na pewno była mowa o winie. I słyszeliśmy to wyraźnie w wielu mediach. Słyszymy to zresztą po dziś dzień (http://www.tvn24.pl/-1,1653030,0,1,dlaczego-pilot-tu_154-ladowal,wiadomosc.html). Lisicki więc ma chyba na myśli tych, co szukali winnych gdzie indziej, a nie na pokładzie Tu154M, jak sugerowała od pierwszych minut po katastrofie Rosja - ale czy to jest naprawdę tak wielki powód do smutku? Ba, tylko że na tym smutek Lisickiego się nie kończy. Redaktor bowiem smuci się też tym, iż ośmielono się gdzie niegdzie nazwać ofiary katastrofy męczennikami. Rozumiem, że kwalifikowanie śmierci w służbie państwu jako męczeństwa nie spodobało się akurat L. Millerowi, który zajął się komentowaniem mowy pogrzebowej prezesa PiS-u, bo rzecz jasna, ktoś odpór musi zacząć dawać, lecz czy musi się w tę akcję włączać też Lisicki? Temu ostatniemu chodzi o to, że ofiary powinny wiedzieć i zgadzać się ponieść cierpienie - „nie ma nieświadomych i przypadkowych męczenników”. A skąd Lisicki wie, jaką postawę duchową te ofiary zajęły w obliczu nieuchronnej śmierci na pokładzie prezydenckiego samolotu? Skąd wie o ich nieświadomości? Skąd wie o przypadkowości całej tej tragedii, a więc i samych ofiar?

Na tym jednak nie koniec. Lisicki dołącza się do chóru zatroskanych o to, że żałoba, tragedia, ofiary, to wszystko stanie się „elementem kampanii”, twierdzi zresztą: „pomysł, by zdobyć poparcie, odwołując się po prostu do tragicznej śmierci prezydenta i jego współpracowników, by budować poparcie na rozpaczy, wydaje mi się chybiony” - tak jakby taki pomysł w ogóle był, tak jakby właśnie w taki sposób Kaczyński chciał i miał przystępować do kampanii. Lisicki dodaje jeszcze proroczo: „Prosta to droga do przegranej”, ja zaś mam wrażenie, że przegraną powinien ogłosić on sam, naczelny „Rz”, który po tej tragedii, po tym ogólnonarodowym zrywie, po tym wszystkim co widzieliśmy na ulicach polskich miast, na polskich cmentarzach, w polskich kościołach – nie pojął nic. Albo pojął tyle co Michnik i Środa.

http://www.polskieradio.pl/trojka/salon/?id=156224 (skandaliczna wypowiedź Michniewicz)
http://www.rp.pl/artykul/464643_Wolek__Komorowski____kandydat_idealny.html
http://www.rp.pl/artykul/464642_Kuczynski__Prezesie___pogodz_sie_z_III_RP__.html
http://budyn78.salon24.pl/173256,dramat-narodowy-jaroslaw-kaczynski
http://blog.rp.pl/lisicki/2010/04/20/kampania-pod-znakiem-zaloby/

20 kwi 2010

Siwy dym


Takiej mgły dezinformacji jeszcze nie było i mimo że jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że media w Polsce w swej większości albo manipulują, albo kłamią wprost, albo deformują jakieś wydarzenia, to trzeba przyznać, że dopiero tragedia z 10 kwietnia 2010 pokazała pełne spektrum dezinformacyjnych możliwości (naszych?) środków przekazu posługujących się językiem polskim. Jest to sytuacja o tyle szokująca, że pojawiająca się ex post największej tragedii w dziejach powojennej Polski, tragedii bez precedensu, tragedii, która już od pierwszych godzin nasuwała nie tylko mi pytania dotyczące tego: kto za całą tą katastrofą stoi? Czy tylko Rosjanie ze specsłużb, czy też także... Polacy? Obserwacja skandalicznych zachowań rozmaitych środowisk w naszym kraju, zwłaszcza tych, które sympatie do posowieckich służb wyrażały niejednokrotnie słowem i czynem, skłania do rozważenia także współudziału ludzi znad Wisły. Pomijam w tym miejscu bezrefleksyjne oświadczenia ludzi, co z nawyku powtarzają to, co im suflują media (sądząc pewnie, że w ten sposób obiektywni jak „eksperci” TVN-u), a którzy, mam nadzieję, gdy prawda w wyjdzie na jaw, oprzytomnieją.

O tym, że od początku mieliśmy do czynienia z dezinformacją, przekonuje nas nie tylko to, jak wiele z relacji dotyczących katastrofy zostało już zdementowanych, ale też to, jak wiele z materiałów publikowanych na blogach i niezależnych forach rosyjskojęzycznych – zostało potwierdzonych i – po początkowym ich wyśmiewaniu i – trafiło nawet do mediów głównego nurtu, jako materiały, których zlekceważyć czy wyszydzić „jako spiskowe” się nie da. Oczywiście nawet te materiały zostały natychmiast poddane obróbce dezinformacyjnym skrawaniem, bo gdy np. opublikowano fotografie tego kompletnego dziadostwa, które na smoleńskim lotnisku uchodziło za lampy oraz mundurowych wkręcających do nich żarówki, to i tak zaraz pojawiały się głosy, że polskim pilotom i tak takie oświetlenie, nawet jakby działało (!), nie mogło w niczym pomóc. Podobnie bagatelizowano fakt zamontowania i wymontowania dodatkowej aparatury nawigacyjnej na lotnisku na przylot Putina, twierdząc, że samolot prezydencki i tak by z niej nie skorzystał, nawet gdyby ją pozostawiono. Brakowało tylko takich ekspertyz, które by dowiodły, że Tu-154M mógł wylądować po prostu na smoleńskiej szosie i dziw że nie wylądował.

Szczególnie uderzające było to (podszyte nutą szyderstwa, jak zwykle) posądzanie polskiego pilota o „ułańską fantazję”, o „szarżowanie”, o ryzykanctwo, o niedoświadczenie itd., zaś L. Kaczyńskiego (lub jednego z generałów) wprost o zmuszanie załogi do lądowania. Na poparcie przywoływano „akcję z Gruzji”, kiedy to przecież pilot, mimo sugestii Prezydenta, wylądował w zupełnie innym miejscu. Ten incydent właśnie traktowano jako „potwierdzenie” tezy, że Kaczyński nad Smoleńskiem zmuszał pilotów, bo się spieszył na uroczystości – innymi słowy, był tak szalony, że gotów był poświęcić życie blisko 100 osób, by zdążyć. Twierdzono więc, że może w Gruzji pilot się nie ugiął, lecz nad Smoleńskiem, „ze względu na Katyń”, ugiąć się musiał, bo inaczej miałby przechlapane. Tymczasem nawet zakładając, że do takich sugestii by doszło (choć wiemy już z relacji polskich prokuratorów przesłuchujących zawartość czarnej skrzynki, że ich nie było), to przecież pilot odmówiwszy lądowania właśnie ze względów bezpieczeństwa, zostałby nie tylko nagrodzony po powrocie do kraju, ale uznany w mediach za bohatera narodowego i noszony na rękach. Co więcej, Prezydenta poddano by kolejnej, jeszcze ostrzejszej niż po Gruzji krytyce, właśnie za to, że narażał tylu pasażerów samolotu na niebezpieczeństwo. Nie muszę dodawać, jak kompromitujące byłyby to komentarze.

Ta mgła dezinformacji była niewspółmierna w stosunku do ilości faktograficznych materiałów z miejsca tragedii. Niektórzy z komentatorów wskazywali na analogie z 11 września 2001, ale przecież tam było tak wiele zdjęć, filmów, relacji naocznych świadków, wywiadów itd., że można było dogłębnie analizować sytuację. Jak było w Smoleńsku? Dokładnie odwrotnie. Jakieś dosłownie szczątkowe zdjęcia, rozdygotana kamera, bardzo oszczędne migawki, parę rwanych opowieści i masa spekulacji. W niedzielę rano, gdy słuchałem audycji M. Olejnik z udziałem polityków, to, co typowe, z oburzeniem odnosili się oni do wszystkich tych, co mają czelność doszukiwać się jakichś sprawców tej katastrofy (nawet Z. Romaszewski się bardzo irytował), ale przy okazji przyznawali, iż Rosjanie otoczyli kordonem tajemniczości tę katastrofę, choć polscy politycy z pełnym zrozumieniem i takim lekkim uśmiechem tłumaczyli to posowieckimi, standardowymi procedurami obowiązującymi „w takich sytuacjach”. Wyglądało więc na to, że skoro Ruscy są u siebie, to mają prawo zaprowadzać swoje porządki w związku z tragedią polskiej elity politycznej i intelektualnej. I już.

Dziurę informacyjną zaczęto więc naprędce zapełniać dezami o „ułańskiej fantazji” i „nieodpowiedzialności”, jak też wspomnieniami o Parze Prezydenckiej i wielu zacnych osobach, poległych 10 kwietnia, kierując uwagę Polaków na żałobę ogólnonarodową (nawiasem mówiąc, ciało Prezydenta znaleziono, jak wyczytałem po godz. 16-tej, tymczasem Komorowski już po dwóch godzinach od katastrofy „poczuł się p/o prezydenta”). Gorączkowo przypominano, iż nie należy - „skoro nie dysponujemy pełnymi danymi” - pospiesznie i „w sposób nieuzasadniony” stawiać tez dotyczących przyczyn katastrofy – co naturalnie nie przeszkadzało ekspertom zapewniać nas, że to na pewno był tylko i wyłącznie nieszczęśliwy wypadek. Straszny, tragiczny, ale „po prostu” wypadek. Z marszu też zaczęto od czci i wiary odsądzać tych, co drążyli okoliczności „wypadku” i porównywać ich z ludźmi, co posądzali amerykańskie służby o przygotowanie zamachów terrorystycznych na WTC. Tymczasem o ile „spiskowa teoria” dotycząca WTC była kompletnie niewiarygodna, o tyle udział rosyjskich służb w spowodowaniu katastrofy smoleńskiej - jak najbardziej prawdopodobny, jeśli nie wprost pewny (powodów do całej tej akcji wymieniano w debacie wokół przyczyn katastrofy bardzo wiele). Przy tych animozjach, jakie Putin oraz jego ludzie, żywili do proamerykańskiej i antyimperialnej polityki Kaczyńskiego, do polskich aspiracji, by w naszym kraju – dla celów bezpieczeństwa narodowego i terytorialnego - były instalacje i wojska USA, do sprzeciwu wobec gazowych szantaży i budowy NordStream, do wsparcia dla niepodległościowych ruchów na terenie byłych republik sowieckich itd. - można rzec, że Kaczyński i jego środowisko „aż się prosili” o nauczkę ze strony Moskwy. A w jakiż inny sposób Kreml udziela nauczki, jak nie za pomocą takiego terroru, że kamień na kamieniu nie zostaje?

Teraz, widząc, jak silny jest nurt „prorosyjski” w naszych mediach – wykluczający jakiekolwiek próby dochodzenia prawdy (innej niż ta, którą w coraz to nowych wariantach serwuje Moskwa) o tej katastrofie, zastanawiam się, czy nie znajdzie się w naszym kraju ktoś, kto w końcu powie z odwagą charakterystyczną dla agenta obcego mocarstwa: „a jeśli nawet stoją za tym rosyjskie specsłużby, to właśnie dobrze, że to zrobiły, bo w ten sposób rozwiązały wiele naszych problemów”.

http://www.tvn24.pl/-1,1652868,0,1,jak-sie-mgla-rozeszla--zobaczylysmy-koszmar,wiadomosc.html (ratowniczki dostrzegły zaraz po katastrofie 90 ciał, choć zapewniano nas przez następne dni, że wiele osób nie daje się zidentyfikować, a zwłoki są zmasakrowane, pokawałkowane i niekompletne)
http://www.tvn24.pl/-1,1652885,0,1,prokuratura-pyta-rosjan-po-co-wymieniano-zarowki,wiadomosc.html
http://wing2009.salon24.pl/172930,czy-prokuratura-to-udzwignie
http://lukaszwarzecha.salon24.pl/172598,zamach-slowo-tabu

19 kwi 2010

Z Czerskiej na Plac Czerwony


W ramach pojednania A. Michnika z „braćmi Moskalami” proponuję, by siedzibę „Gazety Wyborczej” przenieść do Moskwy, w taki bowiem sposób to pojednanie czersko-rosyjskie można by pogłębiać, nadawać mu odpowiednią, uroczystą odprawę, umacniać, szlifować, cyzelować i pucować. Do takiej przeniesionej siedziby powinni się udać także dziennikarze oraz „eksperci” pojawiający się w mediach publicznych, którzy o tym pojednaniu mówili jeszcze w latach 80., gdy straszliwy R. Reagan chciał świat w powietrze wysadzić za pomocą broni nuklearnej, a gołąbek pokoju z czerwoną gwiazdą na główce, starał się ugłaskać „wuja Sama”. O owym pojednaniu tak wiele mówili podczas uroczystości pogrzebowych polscy politycy, a nawet duchowni, że odniosłem wrażenie, jakby to nasz kraj był coś winien Rosji po Katyniu pierwszym i drugim, nie zaś Rosja nam i jakby w czasie tychże uroczystości i w obliczu żałoby narodowej owo „pojednanie” było o wiele ważniejsze od rozmiaru samej tragedii pod Smoleńskiem. Zresztą, ciekawe, czy jeśliby oficjalnie przyznano, że winę za katastrofę ponosi właśnie strona rosyjska, to owi zwolennicy pojednania przeszliby nad tym faktem do porządku dziennego, twierdząc np., że zmarłym i tak to nie wróci życia?

Ciekawe też, czy gdyby tak - co oczywiście nie daj Panie Boże - rosyjski samolot rozbił się w Polsce z tyloma przedstawicielami elity i prezydentem na pokładzie, to czy sprawy nie badałaby (tak jak w przypadku katastrofy z 10 kwietnia) rosyjska komisja, no i czy wtedy też od pierwszych chwil wykluczono by jakąkolwiek odpowiedzialność gospodarzy za tragedię oraz możliwość czyjegoś celowego działania mającego doprowadzić do tragedii na taką skalę. Ciekawe też, czy wtedy z kolei rosyjskie elity nawoływałyby do pojednania z Polską w obliczu śmierci tylu osób, bo w naszym kraju na pewno by nawoływano.

Ale dość tych gdybań. Jak to zwykle bowiem bywa w tym chóralnym zaśpiewie przeróżnych środowisk łączy się prawda z fałszem i to tak subtelnie, iż na pierwszy rzut oka trudna do oddzielenia. Co jest fałszywe? Ano to, że Polacy potrzebują pojednania z narodem rosyjskim. Ja osobiście nie odczuwam żadnej wrogości wobec zwykłych Rosjan i nawet współczuję im, że przyszło im żyć najpierw w takim kraju jak ZSSR, a teraz jak Federacja Rosyjska pod rządami kagiebistów i wojskówki. W tym więc kontekście prawdą jest, że nie należy tychże Rosjan obciążać jakąś winą za to, co się pod Smoleńskiem stało. No ale jest przecież przepaść między narodem rosyjskim a ludźmi zasiadającymi na Kremlu, którzy przez ostatnie lata grozili Polsce i bronią nuklearną, i szantażem gazowym, i ingerowali w nasze wewnętrzne sprawy, i burzyli się na zbliżenie polsko-amerykańskie, i zaczęli wbrew (nie tylko naszym) protestom budować bałtycki rurociąg, i urządzali nawet z Białorusią manewry „symulujące atak” ze strony naszego kraju. To nikt inny jak Putin zaproponował Tuskowi konkurencyjne uroczystości katyńskie na parę dni wcześniej od organizowanych przez Prezydenta Kaczyńskiego. Ba, czy ktoś pamięta reakcje Putina z Westerplatte na przemówienie Prezydenta?

W trakcie sobotnio-niedzielnych uroczystości pogrzebowych niektórzy z rosnącą niecierpliwością nawoływali do pojednania z Kremlem (już Komorowski przekroczył granice absurdu w swoich przemówieniach – na szczęście Polacy kwitowali to w Warszawie czy Krakowie odpowiednimi reakcjami), odwołując się, żeby było śmieszniej, do słów Prezydenta, mimo że ten silny kładł nacisk na prawdę dotyczącą Katynia. Jeszcze wszak nie znamy pełnej prawdy o tragedii smoleńskiej, a zwolennicy „pojednania” zdają się zupełnie tym nie przejmować. (Nawiasem mówiąc, pojawiają się takie kuriozalne, skandaliczne wprost głosy, jak Cz. Bieleckiego, który w dzisiejszej „Rz” obarcza odpowiedzialnością za katastrofę i samych pasażerów, i nas wszystkich. Bielecki zresztą odważnie zaznacza, że nie należy ofiar katastrofy traktować jak bohaterów.)

Śledziłem uroczystości pogrzebowe (i żałobne) i widziałem niesamowity kontrast między tym, co mieli do powiedzenia politycy z partii rządzącej, a tym, co mówili choćby Łopiński i Śniadek (przemówienie tego ostatniego wielokrotnie na Rynku krakowskim przerywaliśmy oklaskami jako naprawdę wzruszające) i nie mogłem wyjść ze zdumienia, jak nawet w obliczu tej straszliwej tragedii, pewnych ludzi nie stać na żadną, ale to żadną ekspiację, a przecież te dni niosły ze sobą tyle ku niej okazji. Może Tusk przemawiając w tygodniu żałoby parokrotnie na lotnisku nad trumnami, wychodził nieco poza swoją tradycyjną sztampę, ale już Komorowski sprawiał wrażenie człowieka niezdolnego do ekspresji jakichkolwiek uczuć, posługującego się drętwą mową i drewnianym głosem, deklamującego teksty jak na akademii szkolnej. Nieszczerego aż do bólu, można powiedzieć. Nikt z nich, ani nikt z wielkiego grona szyderców, prześmiewców i – co tu dużo kryć – wrogów Lecha Kaczyńskiego nie zdobył się na prośbę o przebaczenie skierowaną i wobec samego Prezydenta, i wobec Jego ciężko doświadczonej tragedią, Rodziny. Wrogowie byli w stanie jedynie chować się za zaimkiem „my” i postulatywnie nawoływać do zmiany języka, do większego wzajemnego szacunku, do skupienia się na najistotniejszych dla państwa kwestiach itd. Sikorski poszedł w tej hipokryzji tak daleko, że w wywiadzie radiowym w Trójce stwierdził beztrosko, że „to były spory w rodzinie”, a nawet, że Prezydent też na jego temat „różne rzeczy mówił”. Otóż to. Z czego bowiem mieliby tacy ludzie czynić rachunek sumienia, skoro wina leży po stronie „nas wszystkich”?

W tym też kontekście łatwiej zrozumieć, dlaczego hasło z pojednaniem polsko-kremlowskim stanowiło świetny zabieg propagandowy przesłaniający niezdolność do pojednania ludzi z PO z tak atakowaną przez nich i ich medialnych sługusów (no bo określenie „dziennikarze” byłoby zupełnie mylące) Rodziną Prezydenta. Ku zgrozie jednak tych, co nie mogli się już doczekać końca żałoby, wciąż nie wróciły do kraju wszystkie ciała ofiar, co niestety, nie pozwala rozpocząć kazaczoka przed cmentarzem i nadal nakazuje wielu Polakom wracać myślami do soboty 10 kwietnia i do pytań o przyczyny katastrofy. Ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by do TPPR się zapisywali wszyscy ci, którym bliżej do Kremla niż do Katynia. Mogą oni nawet pomyśleć o projekcie nowelizacji konstytucji nawiązującym do tradycji gierkowskiej, kiedy to, w jakimś natchnieniu prorockim (jak możemy dziś sądzić), wpisano sojusz z bratnim „Krajem Rad”.

http://www.tvn24.pl/-1,1652398,0,1,8222nie-bylo-pilota--ktory-znalby-lepiej-smolensk8221,wiadomosc.html
http://wyborcza.pl/1,75248,7777196,Cos_drgnelo_w_naszych_sercach.html (tekst Michnika i po polsku, i po rosyjsku!; szkoda, że cała „GW” nie wychodzi w tym ostatnim języku)
http://wespazjan.wielohorski.salon24.pl/171031,szokujacy-tekst-walerii-nowodworskiej-grani-ru-wersja-polska
http://www.niezalezna.pl/article/show/id/33107
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100414&typ=tk&id=tk03.txt
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100414&typ=tk&id=tk04.txt
http://www.kavkazcenter.com/eng/content/2010/04/14/11842.shtml
http://www.rgnpress.ro/content/view/42671/1/#Scene_1
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title,Gruzinska-opozycja-oskarza-wladze-po-filmie-o-ataku-Rosjan,wid,12072972,wiadomosc.html?ticaid=1a000
http://www.rp.pl/artykul/462863_Hipotezy__spekulacje__przecieki_.html (materiały obecne na blogach pojawiają się w mainstreamie)
http://www.tvn24.pl/-1,1652433,0,1,wymieniali-lampy-tuz-po-katastrofie-tu_154,wiadomosc.html
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100417&typ=tk&id=tk22.txt
http://www.rp.pl/artykul/462929_Czy_spiskowe_teorie_utrudniaja_pojednanie_.html
http://www.stratfor.com/analysis/20100412_video_dispatch_russian_opportunity_poland
http://www.glos.com.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1989&Itemid=76 (o zawartości czarnej skrzynki)