Skwieciński w swym tekście, który jest tak mądry (a już tytuł jak z „Trybuny Ludu”, słowo daję), że natychmiast na wyścigi zaczęli go cytować mądre chłopaki z „Sygnałów Dnia” i to jeszcze zanim zdążyłem dopić poranną kawę, cały swój tekst poświęca kwestiom wizerunkowym – zarówno jeśli chodzi o to, jak nas widzą i piszą „na świecie”, jak i o to, jak na prezydenta Kaczyńskiego patrzą peerelacy, czyli ludzie uznający wciąż „Ludową Polskę” za ojczyznę, a Jaruzela za męża opatrznościowego – konkluduje zaś, odwołując się do kwestii „naszych realnych interesów”. Tym interesom zaś nie poświęcił ani jednego akapitu, można więc sądzić, że albo traktuje je jako coś związanego z zabiegami wizerunkowymi, albo jako tak oczywistego, że każdy młot, taki także jak ja, domyśla się, o co może chodzić.
Nie mogę sobie odmówić porównania właśnie z ludową ojczyzną peerelaków, kiedy to odwoływanie się do tego „jak nas widzą/piszą na świecie” (pech chciał, że wybierano zwykle prasę komunistyczną lub lewicową) należało do kanonu strategii argumentacyjnej propagandystów wszelkiej maści – Passentów i innych mędrców ówczesnego świata, których nazwisk może nawet nie warto przywoływać, by nie zapadły w pamięć młodszego pokolenia – w zależności więc od tego, czy nas „widziano/pisano” pozytywnie, czy też negatywnie, sypały się pochwały pod adresem „polskiego społeczeństwa” lub nagany i nawoływania do opamiętania i zaprzestania „pobrzękiwania szabelką”. Tymczasem już dziecko wie, że to, jak nas „widzą/piszą”, jest elementem oddziaływania na opinię publiczną danego (opisywanego) kraju i bardzo rzadko wiąże się z jakimś obiektywizmem, częstokroć stanowi wyraz jakiś pokracznych doprawdy stereotypów na temat danego kraju. Nie szukając daleko, niedawno natknąłem się na jednym z amerykańskich portali informacyjnych, na taki news dnia z naszego biednego kraju (
http://www.mail.com/intl/Article.aspx/world/europe/APNews/Europe/20100305/U_EU-Poland-It-s-Raining-Boots?pageid=1 ).
Czy nie przypomina to wiadomości z obszaru Trzeciego Świata? Kolorowe gumioki dla dzieci i nauczycieli z jednego z polskich miast ze względu na paromiesięczne roboty wodociągowo-drogowe. Brakuje tylko zdjęcia chłopów sunących w błocie furmankami. No ale mniejsza z tym.
Chcę tylko powiedzieć, że to, jak nas „widzą/piszą” może mieć niewiele wspólnego z rzeczywistością. W związku z tym wcale w naszym interesie nie musi być dbanie o to, jak nas będą życzliwi na świecie portretować, bo tak Bogiem a prawdą, nie mamy na to wielkiego wpływu. Zresztą nawet gdybyśmy mieli, to i tak istota rzeczy polega na tym, by nasze państwo było powodem do dumy dla polskich obywateli, a nie źródłem zgryzot i życiowych frustracji (tej dumy nie zapewni poklepywanie po plecach przez sąsiadów). Wtedy bowiem śmiać się będziemy z tego, jak nas „widzą/piszą”. Skwieciński natomiast wychodzi z założenia, iż „wizerunek przede wszystkim”, bo to jest jakiś klucz do sukcesu. Tak też zresztą myślą o polityce przedstawiciele gabinetu ciemniaków, co zęby już zdążyli zjeść na „polityce wizerunkowej”, a sami obywatele z tego wszystkiego mają jedynie zapowiedzi, że szykuje się kolejna podwyżka VAT-u w Irlandii 2, które to wieści, mam nadzieję, wyjątkowo ucieszą wyborców PO-PSL, którzy przecież hojną ręką będą wspierać swoich wybawicieli z kaczyzmu. No, nie ma zmiłuj, za cud gospodarczy trzeba przecież zapłacić – dokładnie tak, jak za balowanie za czasów pierwszej pięciolatki Gierka. Fajnie żyje się na kredyt, gorzej, gdy za ów kredyt trzeba jednak któregoś z dnia z nawiązką bulić. Na tym jednak polega socjalizm z ludzką twarzą, który nastał po 1989 r. Najpierw bal, a potem obowiązkowa i powszechna składka na biednego dziadka.
Ze świętowaniem końca II wojny światowej jest tak, że kto jak kto, ale Rosja ma się czym szczycić. Nie tylko bowiem z militarną i żywnościową pomocą USA pokonała gitlerowców, ale i przy okazji zajęła sporą część Europy, urządzając sobie blok sowiecki z całą plejadą agenturalnych „rządów” wykonujących w podskokach wszystko, co Moskwa zarządzała, z torturowaniem i zabijaniem „wrogów ludu” włącznie. ZSSR zapewniło sobie więc status „supermocarstwa” i w tym sensie 9 maja 1945 to dzień sowieckiego zwycięstwa. Dla naszego kraju jednak był to dzień klęski, co tu dużo kryć, bo już było pozamiatane i powstawała na dobre i na złe „Polska lubelska”, gdzie promoskiewska agentura urządzała się z pomocą NKWD, wprowadzając komunistyczne porządki w na nowo okupowanym kraju. Do ludzi, co ochoczo się włączyli w te działania, należał młody Jaruzel, należy wspomnieć.
Stary Jaruzel natomiast został ponownie zaproszony na tegoroczne majowe uroczystości na Placu Czerwonym i zaproszenie (jakżeby inaczej) przyjął, co całkowicie zmienia kontekst ewentualnego wyjazdu prezydenta Kaczyńskiego, który, gdyby nie to zaproszenie, mógł spokojnie jechać. Zewsząd dobiegają nas głosy (w tym chórze także Skwieciński), że obecność Jaruzela to właściwie nic złego ani szczególnego – autorom tychże poglądów proponuję, by za swojego reprezentanta właśnie potraktowali Jaruzela, było nie było prezydenta i peerelu, i neopeerelu, i nie domagali się wyjazdu Kaczyńskiego. Jeśli bowiem traktujemy Polskę i polskie interesy serio, to głoszenie tezy, że obecny prezydent powinien brać udział w uroczystościach niemalże u boku Jaruzela, stanowi wyraz wyjątkowej ślepoty.
To że dla Rosji „Polsza nie zagranica” i wobec tego można z niej robić sobie jaja, nie znaczy, że i my powinniśmy patrzeć tak na nasz kraj. Nikt inny, ale właśnie Rosja ingeruje nieustannie w nasze interesy i ekonomiczne, i militarne, i polityczne, mimo że wojska sowieckie zostały w 1993 r. wyprowadzone znad Wisły. Rosja nie zgadza się na wzmacnianie naszego kraju przez zachodnich sojuszników, Rosja uzależnia nas energetycznie (to że z pomocą tutejszych, jak to mówi Michalkiewicz „mężyków stanu”, to osobna sprawa), Rosja straszy nas co jakiś czas swoją bronią nuklearną. W tej sytuacji zaś nasi rodzimi mędrcy uważają, że właśnie trzeba jeszcze bardziej się zginać, by rosyjska koza na nasze drzewo wyżej wskakiwała. Ciekawe, co by powiedzieli, gdyby zaproszono Jaruzela także do Katynia.
http://www.rp.pl/artykul/454122.html
30 mar 2010
27 mar 2010
Kolejny transport baranów

Mało kto już pewnie pamięta mój tekst „Transport baranów na Jamajkę” opowiadający o tym, jak to ciemniacy przez długie miesiące lansowali Wałka na wszelkie możliwe sposoby, obwożąc się nim i obnosząc po to, by podbijać do plus nieskończoności poparcie dla „PO”, aż nagle Wałek zaczął się afiszować z poparciem dla irlandzkich eurosceptyków i nagle cały salon z ciemniakami na czele, po prostu klękł ze zdumienia. I wtedy Wałek okazał się znowu takim jak go przedstawiano w czasach wyborów prezydenckich, kiedy to kandydatem białego człowieka był (w pierwszej kampanii) wujek Tadek, a w drugiej już wujek Olek.
Podobne klęknięcie nastąpiło wczoraj, kiedy to po paru miesiącach bębnienia dzień w dzień od świtu do nocy i zarazem zachwalania rewelacyjnej „piarowskiej zagrywki” przez rozmaitych smakoszy marketingu politycznego, czyli „prawyborów”, „prekampanii” oraz „pradebaty” czy wprost „debaty” (w której, jak się później dowiedzieliśmy i tak najważniejsze były nogi posłanki Muchy – wcale nie takie rewelacyjne, jak na mój gust :P, choć debaty, co oczywiste nie śledziłem wcale), no więc po całym tym cyrku dla ubogich, po podgrzaniu nastrojów, jakby to chodziło o starcie w amerykańskiej partii Demokratów, nie zaś w polskiej partii ciemniaków, rządzącej od paru lat, która szła z hasłami cudu gospodarczego i Irlandii 2, naraz większość członków tejże partii olała całą tę szopkę i zwyczajnie nie wzięła udziału w „prawyborach”, nie popierając ani dobrotliwego wujka Bronka, ani nieco młodszego i nieco narwanego przez to, wujka Radka.
Oczywiście dziś ta klęska wizerunkowa zostanie przekuta w sukces, ale dla nas, ludzi żyjących poza propagandą ciemniaków, ta historia jest dowodem tego, iż owa propaganda przestaje być skuteczna nawet wobec tak zdawałoby się pewnych (jeśli chodzi o postawę ideową) ludzi, jak członkowie „PO”. Słyszałem nawet, jak ciocia Hania na gorąco komentowała, że ci, co nie zagłosowali po prostu bardziej się interesują lokalnymi sprawami, co miało zapewne świadczyć, że są „bliżej człowieka” – doprawdy jednak trudno byłoby, zwłaszcza będąc członkiem partii rządzącej, nie zauważyć i nie dosłyszeć całej tej wrzawy wokół „prawyborów”. Tak więc lokalne sprawy lokalnymi sprawami (choć dalibóg dziury w drogach jak były, tak i są, ale nic to), lecz spora część członków partii władzy zwyczajnie pokazała politbiuru wała, co ja odczytuję jako jednoznaczną odpowiedź na wycofanie się Tuska z kandydowania na prezydenta. Król sondaży miał się przecież nie wycofywać, a jego trwająca nieprzerwanie od połowy lat dwutysięcznych kampania, miała się zakończyć zajęciem stanowiska w pałacu z żyrandolami. W trakcie tej kampanii nawet mysz nie pisnęła o jakimś kontrkandydacie dla Tuska i jakichś „prawyborach”, jedynie deliberowano, kto przejmie schedę w partii i w rządzie po Słońcu Peru. Gdy jednak nastąpiło tąpnięcie w postaci afery hazardowej i trzeba było powywalać trochę luda z owego rządu, Słońce musiało zajść, nastała głucha noc i think tanki w pocie czoła pracowały, jak tu uchronić ugrupowanie, które psychicznie na żadną klęskę nie było przygotowane, przed totalną kompromitacją i katastrofą. Wtedy wymyślono „prawybory”, w których, żeby oczywiście zamordystycznej tradycji stało się zadość, gdy się okazało, że przewagę w sondażach ma wujek Radek, zaczęto na pewniaka lansować wujka Bronka i dawać wszystkim (łącznie z ciemnym ludem słuchającym radia, czytającym gazety i oglądającym telewizję) do zrozumienia, że tak naprawdę poza wujkiem z Jamajki żadnego innego kandydata nie ma i się nie przewiduje. Pojawiły się, jak pamiętamy, nawet głosy, że wujek Radek to kandydat PiS-u w ogóle, co stanowiło niezły wymiar propagandowego nonsensu, w jakim uwielbiają się pławić ciemniacy. Sądzę, że ów wybór bez wyboru był dodatkowym czynnikiem, który powstrzymał dużą część członków „PO” przed udziałem w całej tej komedii pomyłek. No ale tak czy tak pozostaje kwestia: czy wujek Bronek może wygrać w cuglach w wyborach prezydenckich skoro w swej małej ojczyźnie, jaką był i jest matecznik „PO” trzeba było tak podkręcać sprężynę, a i to niewiele dało?
Oczywiście wszystkie ręce zostaną rzucone na pokład i Czerska, nie Czerska, kto żyw, kto kłapać potrafi i kto nie tylko łeb, ale i jęzor ma nie od parady, wszyscy będą zachwalać od porannych zórz po nocne pijackie śpiewy na ulicach polskich miast i wsi, że nie ma innego prezydenta i króla sondaży poza wujkiem z Jamajki – nie zmienia to jednak faktu, że stado baranów maleje, tzn. że nawet w szeregach „PO” zaczyna ludziom wracać rozum i przestają się zgadzać na uczestnictwo w błazeństwach wierchuszki. Czy Słońce Peru może jeszcze opanować sytuację? Mogłoby pod warunkiem, gdyby nagle mu się odwidziało i wróciło do kandydowania na prezydenta. Wtedy, jak się możemy domyśleć, natychmiast by się okazało, iż to znakomita decyzja (tak jak znakomite było wycofanie się z kandydowania), a ci sami, co ostatnio rozcmokali się wprost niemiłosiernie nad zaletami wujka z Jamajki, natychmiast by sobie przypomnieli, że tych zalet wujek Donek ma o wiele wiele więcej. Wtedy też prawybory uznano by za genialną „piarowską zagrywkę” pozostawiającą wszystko po staremu i kto wie, może by czy nawet zawiedzionym niekandydowaniem króla sondaży nie wróciłby uśmiech na twarz. Wujek Bronek wprawdzie widzący się już w Belwederze zostałby z ręką w nocniku, ale przecież nikt nie ratuje róż, gdy płonie las.
Taki scenariusz jednak, pomijając konieczność jakiegoś propagandowego odwrócenia Donkowych słów o pałacowych żyrandolach (Żakowski z Wołkiem załatwili by to raz-dwa) ani nie gwarantowałby wygranej (nowemu-staremu) królowi sondaży, ani opanowania sytuacji w łonie partii rządzącej. Skoro wszak „prawybory” odniosły zgoła odwrotny skutek od zamierzonego i to w środowisku zdawałoby się zupełnie zdyscyplinowanym i przekonanym, to co dopiero może się dziać, gdy znowu ktoś wajchą pokręci i zacznie się kołomyja od początku? Czy nie będzie zawrotu głowy od sukcesów, przed czym już Soso za najświetniejszych czasów walki o pokój przestrzegał? Nie jest też wiadomy finał śledztwa w sprawie afery hazardowej, a szatanów niej, jak wiemy, sporo i jeszcze niejeden może powyłazić w nieodpowiedniej chwili. Jakby tego było mało, pogarszają się nastroje konsumenckie w naszym kraju, w eurolandzie trzęsienie ziemi i znikąd nadziei dla zielonej wyspy, co się oparła kryzysowi. Co pozostaje w takim razie? Moja propozycja jest prosta: powtórzyć prawybory. Przeżyjmy to wszystko jeszcze raz.
http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2009/05/transport-baranow-na-jamajke.html
Podobne klęknięcie nastąpiło wczoraj, kiedy to po paru miesiącach bębnienia dzień w dzień od świtu do nocy i zarazem zachwalania rewelacyjnej „piarowskiej zagrywki” przez rozmaitych smakoszy marketingu politycznego, czyli „prawyborów”, „prekampanii” oraz „pradebaty” czy wprost „debaty” (w której, jak się później dowiedzieliśmy i tak najważniejsze były nogi posłanki Muchy – wcale nie takie rewelacyjne, jak na mój gust :P, choć debaty, co oczywiste nie śledziłem wcale), no więc po całym tym cyrku dla ubogich, po podgrzaniu nastrojów, jakby to chodziło o starcie w amerykańskiej partii Demokratów, nie zaś w polskiej partii ciemniaków, rządzącej od paru lat, która szła z hasłami cudu gospodarczego i Irlandii 2, naraz większość członków tejże partii olała całą tę szopkę i zwyczajnie nie wzięła udziału w „prawyborach”, nie popierając ani dobrotliwego wujka Bronka, ani nieco młodszego i nieco narwanego przez to, wujka Radka.
Oczywiście dziś ta klęska wizerunkowa zostanie przekuta w sukces, ale dla nas, ludzi żyjących poza propagandą ciemniaków, ta historia jest dowodem tego, iż owa propaganda przestaje być skuteczna nawet wobec tak zdawałoby się pewnych (jeśli chodzi o postawę ideową) ludzi, jak członkowie „PO”. Słyszałem nawet, jak ciocia Hania na gorąco komentowała, że ci, co nie zagłosowali po prostu bardziej się interesują lokalnymi sprawami, co miało zapewne świadczyć, że są „bliżej człowieka” – doprawdy jednak trudno byłoby, zwłaszcza będąc członkiem partii rządzącej, nie zauważyć i nie dosłyszeć całej tej wrzawy wokół „prawyborów”. Tak więc lokalne sprawy lokalnymi sprawami (choć dalibóg dziury w drogach jak były, tak i są, ale nic to), lecz spora część członków partii władzy zwyczajnie pokazała politbiuru wała, co ja odczytuję jako jednoznaczną odpowiedź na wycofanie się Tuska z kandydowania na prezydenta. Król sondaży miał się przecież nie wycofywać, a jego trwająca nieprzerwanie od połowy lat dwutysięcznych kampania, miała się zakończyć zajęciem stanowiska w pałacu z żyrandolami. W trakcie tej kampanii nawet mysz nie pisnęła o jakimś kontrkandydacie dla Tuska i jakichś „prawyborach”, jedynie deliberowano, kto przejmie schedę w partii i w rządzie po Słońcu Peru. Gdy jednak nastąpiło tąpnięcie w postaci afery hazardowej i trzeba było powywalać trochę luda z owego rządu, Słońce musiało zajść, nastała głucha noc i think tanki w pocie czoła pracowały, jak tu uchronić ugrupowanie, które psychicznie na żadną klęskę nie było przygotowane, przed totalną kompromitacją i katastrofą. Wtedy wymyślono „prawybory”, w których, żeby oczywiście zamordystycznej tradycji stało się zadość, gdy się okazało, że przewagę w sondażach ma wujek Radek, zaczęto na pewniaka lansować wujka Bronka i dawać wszystkim (łącznie z ciemnym ludem słuchającym radia, czytającym gazety i oglądającym telewizję) do zrozumienia, że tak naprawdę poza wujkiem z Jamajki żadnego innego kandydata nie ma i się nie przewiduje. Pojawiły się, jak pamiętamy, nawet głosy, że wujek Radek to kandydat PiS-u w ogóle, co stanowiło niezły wymiar propagandowego nonsensu, w jakim uwielbiają się pławić ciemniacy. Sądzę, że ów wybór bez wyboru był dodatkowym czynnikiem, który powstrzymał dużą część członków „PO” przed udziałem w całej tej komedii pomyłek. No ale tak czy tak pozostaje kwestia: czy wujek Bronek może wygrać w cuglach w wyborach prezydenckich skoro w swej małej ojczyźnie, jaką był i jest matecznik „PO” trzeba było tak podkręcać sprężynę, a i to niewiele dało?
Oczywiście wszystkie ręce zostaną rzucone na pokład i Czerska, nie Czerska, kto żyw, kto kłapać potrafi i kto nie tylko łeb, ale i jęzor ma nie od parady, wszyscy będą zachwalać od porannych zórz po nocne pijackie śpiewy na ulicach polskich miast i wsi, że nie ma innego prezydenta i króla sondaży poza wujkiem z Jamajki – nie zmienia to jednak faktu, że stado baranów maleje, tzn. że nawet w szeregach „PO” zaczyna ludziom wracać rozum i przestają się zgadzać na uczestnictwo w błazeństwach wierchuszki. Czy Słońce Peru może jeszcze opanować sytuację? Mogłoby pod warunkiem, gdyby nagle mu się odwidziało i wróciło do kandydowania na prezydenta. Wtedy, jak się możemy domyśleć, natychmiast by się okazało, iż to znakomita decyzja (tak jak znakomite było wycofanie się z kandydowania), a ci sami, co ostatnio rozcmokali się wprost niemiłosiernie nad zaletami wujka z Jamajki, natychmiast by sobie przypomnieli, że tych zalet wujek Donek ma o wiele wiele więcej. Wtedy też prawybory uznano by za genialną „piarowską zagrywkę” pozostawiającą wszystko po staremu i kto wie, może by czy nawet zawiedzionym niekandydowaniem króla sondaży nie wróciłby uśmiech na twarz. Wujek Bronek wprawdzie widzący się już w Belwederze zostałby z ręką w nocniku, ale przecież nikt nie ratuje róż, gdy płonie las.
Taki scenariusz jednak, pomijając konieczność jakiegoś propagandowego odwrócenia Donkowych słów o pałacowych żyrandolach (Żakowski z Wołkiem załatwili by to raz-dwa) ani nie gwarantowałby wygranej (nowemu-staremu) królowi sondaży, ani opanowania sytuacji w łonie partii rządzącej. Skoro wszak „prawybory” odniosły zgoła odwrotny skutek od zamierzonego i to w środowisku zdawałoby się zupełnie zdyscyplinowanym i przekonanym, to co dopiero może się dziać, gdy znowu ktoś wajchą pokręci i zacznie się kołomyja od początku? Czy nie będzie zawrotu głowy od sukcesów, przed czym już Soso za najświetniejszych czasów walki o pokój przestrzegał? Nie jest też wiadomy finał śledztwa w sprawie afery hazardowej, a szatanów niej, jak wiemy, sporo i jeszcze niejeden może powyłazić w nieodpowiedniej chwili. Jakby tego było mało, pogarszają się nastroje konsumenckie w naszym kraju, w eurolandzie trzęsienie ziemi i znikąd nadziei dla zielonej wyspy, co się oparła kryzysowi. Co pozostaje w takim razie? Moja propozycja jest prosta: powtórzyć prawybory. Przeżyjmy to wszystko jeszcze raz.
http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2009/05/transport-baranow-na-jamajke.html
26 mar 2010
Uroki nowoczesnego zamordyzmu


Kataryna przywołała dwie bezcenne doprawdy wypowiedzi, o których zapewne wszyscy zdążyliśmy zapomnieć, a które trzeba przypominać bez końca, ponieważ pochodzą od ludzi „utytułowanych” i „zasłużonych”. Obie te wypowiedzi charakteryzują się taką kondensacją zamordyzmu, że sam się zastanawiam, czy – hipotetycznie zakładając – gdyby ludzie, mówiąc górnolotnie, tacy jak my, czyli totalne oszołomstwo antykomunistyczne, które zbiera się w takich sotniarskich miejscach jak Miasto Pana Cogito, no więc, gdybyśmy my zasiadywali na jakichś decydenckich stanowiskach i gdyby od nas zależało to, czy taki J. Winiecki czy M. Król mają prawo wykonywać swój zawód i uczestniczyć w debacie publicznej, to należałoby tego prawa im udzielić, czy jednak tego prawa tym ludziom odmówić. Jak się powinien zachować wolnościowiec i konserwatysta (i jeszcze w dodatku katolik) wobec zamordysty? To poważny problem etyczny – czy zamordystę można brać za twarz?
Jak ograniczyć działanie zamordystów i nie zostać posądzonym o zamordyzm – oto dylemat, którego, jak podejrzewam, nawet Aleksander Ścios, nie licząc Rolexów i innych z czarnej sotni, nie jest w stanie w prosty i szybki sposób rozwiązać. Przyjrzyjmy się argumentacji Winieckiego (było nie było, specjalisty od prawa) oraz Króla (było nie było historyka idei i teoretyka myśli liberalnej, co niby z wolnością ma mieć coś wspólnego). Co nam powiadają ci dwaj mędrcy świata, monarchowie?:
„Tylko piana z ust i typowe pomówienia charakterystyczne dla wszystkich bolszewików: od premiera do szeregowego dziennikarza inkwizytora, takiego jak Pani. (...) Pani ma teraz, jak rządzący PiSuariat, swoje pięć minut i jak oni zniknie Pani z grona tych, na których zwraca się uwagę. (...) Tak więc, nie wykluczałbym, że wcześniej jeszcze, nim PiS przegra wybory, po "Rzepie", a w każdym razie "Rzepie" w jej obecnym kształcie ideologicznym, nie zostanie nawet ślad i powróci Pani tam, gdzie jest Pani właściwe miejsce - to znaczy do jakiejś egzotycznej niszy (czy jaskini) jak "Gazeta Polska"”
Zauważmy, że Winiecki przede wszystkim kobietę traktuje jak śmiecia. Jego pogarda jest nieskrywana i można powiedzieć „krystaliczna”. Przypomina to słynną sentencję Wałka o śmieciu, który ośmielił się pomyśleć, że Wałek jest TW Bolkiem – tym „śmieciem”, gwoli przypomnienia był G. Braun w filmie „Plusy dodatnie, plusy ujemne”. Na tym jednak nie koniec, bo Winiecki za śmieć uważa jeden z ogólnopolskich dzienników i jeden z ogólnopolskich tygodników. Ciekawe, jak w tej hierarchii bytów sytuowałyby się takie wykwity (wydzieliny?) ludzkiej myśli, jak „NIE” czy legendarny „Zły”? Może nie byłyby to śmiecie?
Przyjrzyjmy się teraz elukubracjom Króla:
„Nie chciałbym nikogo obrażać, ale odnoszę wrażenie, że blog jest czymś – proszę darować to określenie – idiotycznym. Pozwala każdemu wygłaszać opinie na tematy kompletnie dowolne.”
Mędrzec nie precyzuje nam, o jaki blog chodzi, ale podejrzewać możemy, że wcale nie o jakieś „różowe blogaski” czy jakieś wyzewnętrzniania się o modzie, sponsorowane przez Czerską, lecz o blogi polityczne.
„Tymczasem wcale nie uważam, że tak być powinno. Bo jedni mają opinie, inni - wyrobione jedynie ich zalążki, a pozostali - nie mają ich wcale. (...)”
Święta prawda. Domyślamy się, że Król ma opinie, a buraki na blogach nie. Można jedynie dziwić się, że tych buraków ktoś jeszcze czyta.
„W internecie można znaleźć więc anonimowe blogi, anonimowe wypowiedzi i anonimowe komentarze, które zamieszczane są również w internetowych wydaniach dzienników pod artykułami. Dla mnie jest to bardzo ponure i niebezpieczne zjawisko, które w przyszłości zaowocuje negatywnymi skutkami. Mówię to dlatego, że dotychczas cała upowszechniona kultura pisana opierała się na możliwości skrytykowania nawet największych głupstw, najbardziej marnych książek, których autorzy byli znani. Tymczasem w internecie opinie są anonimowe – a ich autorstwo nie niesie za sobą żadnej odpowiedzialności.”
Ba, ale tu Król zakłada, że sam jest znany, ale czy to pewne? Trzeba by się przejść ulicami i popytać, kto ostatnio jakąś książkę lub artykuł Króla czytał? Kto wie też, czy jakby Król bloga założył, to nie potraktowano by jego imienia i nazwiska jako ANONIMOWEGO nicka?
„Oceniam to jako złe zwycięstwo demokracji, bo każdy idiota ma dzięki temu takie same prawa do wygłaszania swoich sądów jak wybitni myśliciele, publicyści, czy prawdziwi dziennikarze.”
Tu oczywiście nie mamy najmniejszych wątpliwości, że Król sytuuje się po stronie tych wybitnych, a nie idiotów. No więc tak się zastanawiam, łamię sobie głowę, co tak naprawdę wybitnego Król napisał czy powiedział i jedyne, co mi przychodzi do głowy, to to, jak prorokował, że gdy nie wejdziemy do „UE”, to Polska zamieni się w białoruski skansen, a to nieszczególnie odkrywcza myśl była; poza tym ja ten skansen polski widzę obecnie, mimo że od paru już lat w „UE” jesteśmy, no ale mniejsza z tym, nie bądźmy małostkowi, do cholery, nie czepiajmy się szczegółów, jeszcze wszystko przed nami, jak w Grecji, tylko euro trzeba jak najszybciej przyjąć.
Tak się zastanawiam, czy Król głosząc, to, co powyżej nie wyraża tej staropeerelowskiej (choć on przecie z tymi tradycjami w ramach swojej legendarnej „Res Publiki” nigdy nic nie miał wspólnego) zamordystycznej tradycji, by ciemny lud siedział cicho i powtarzał (jak za panią matką) to, co podsuwa mu oświecona awangarda proletariatu. Nie sądzimy chyba, że Król mówi coś nonsensownego i nieprzemyślanego, więc właściwie wypadałoby nam wyuczyć się na pamięć tej argumentacji i recytować, tak jak dziecko, przepisujące za karę po sto razy jakieś zdanie wymyślone przez nauczyciela. Zwłaszcza że dalej nasz wolnościowiec i historyk idei powiada w ten deseń:
„Tymczasem anonimowa opinia nie pomaga w kształtowaniu życia publicznego, a psuje je. Anonimowość pozwala ludziom na swobodę, która bywa niebezpieczna. Niegdyś wielu filozofów politycznych uważało, że tego rodzaju swobody powinny być ograniczone. Więcej, przez całe lata rozumni ludzie uważali, że cenzura powinna być dopuszczalna i to nie tylko z powodów obyczajowych, ale też zgodnie z zasadą, że „poważne pytania głupim ludziom mącą w głowie”.”
No i czy to nie jest zamordyzm w czystej, nieskazitelnej, wyrafinowanej postaci? Poważne pytania głupim mącą w głowie. Jak dobrze, że mądrym nie mącą, prawda? Mądrzy bowiem na poważne pytania dają mądre odpowiedzi, a głupi – głupie. W pełni uzasadnione zatem jest, by mądrzy pilnowali, by głupota się nie szerzyła. Od tego właśnie w peerelu był urząd z mędrcami przy Mysiej, który, jak co niektórzy pamiętają, rzeźbił także w co głupszych tekstach publikowanych w „Res Publice” zanim jeszcze cenzurę zniesiono.
„Nie jestem zwolennikiem tego, by każdy mógł wyrażać swoją opinię publiczne w sposób nieograniczenie swobodny. Nawet gdy do redakcji – i to każdej, jaką znam – przychodzą listy, ta nie decyduje się na publikację najgłupszych z nich, a wybiera najbardziej interesujące. Dlaczego? Po prostu dlatego, że sfera publiczna to nie śmietnik.”
No więc po cholerę było znosić cenzurę ustawowo w kwietniu 1990 r.? Ileż to problemów by zniknęło i o ileż spokojniej spałby Winiecki, Król, Skalski, Bratkowski i wielu wielu innych mędrców tego świata, monarchów, gdyby zwykły buraczany obywatel nie mógł podnosić ani ręki ani głosu na władzę, co mu wolność po „obaleniu komunizmu” darowała? Ale jeszcze nic straconego. Prawo prasowe opiera się wciąż na ustawie z 1984-go (symbolicznego) roku. Nieco przykręcić śrubę ciupasom, co się rozplenili po Sieci i będzie wolność jak ta lala. Wtedy Król z Winieckim, Bratkowskim, Skalskim, Pacewiczem, Żakowskim, Wołkiem i kogo jeszcze płodna polska ziemia porodziła pod postacią wolnościowca z krwi i kości, będą mogli zatańczyć „ole olek”. Disco polo nie ma co się wstydzić, bo to jest wybór przyszłości – z tą samą zamordystyczną twarzą.
http://kataryna.salon24.pl/165827,prawo-do-debaty
Jak ograniczyć działanie zamordystów i nie zostać posądzonym o zamordyzm – oto dylemat, którego, jak podejrzewam, nawet Aleksander Ścios, nie licząc Rolexów i innych z czarnej sotni, nie jest w stanie w prosty i szybki sposób rozwiązać. Przyjrzyjmy się argumentacji Winieckiego (było nie było, specjalisty od prawa) oraz Króla (było nie było historyka idei i teoretyka myśli liberalnej, co niby z wolnością ma mieć coś wspólnego). Co nam powiadają ci dwaj mędrcy świata, monarchowie?:
„Tylko piana z ust i typowe pomówienia charakterystyczne dla wszystkich bolszewików: od premiera do szeregowego dziennikarza inkwizytora, takiego jak Pani. (...) Pani ma teraz, jak rządzący PiSuariat, swoje pięć minut i jak oni zniknie Pani z grona tych, na których zwraca się uwagę. (...) Tak więc, nie wykluczałbym, że wcześniej jeszcze, nim PiS przegra wybory, po "Rzepie", a w każdym razie "Rzepie" w jej obecnym kształcie ideologicznym, nie zostanie nawet ślad i powróci Pani tam, gdzie jest Pani właściwe miejsce - to znaczy do jakiejś egzotycznej niszy (czy jaskini) jak "Gazeta Polska"”
Zauważmy, że Winiecki przede wszystkim kobietę traktuje jak śmiecia. Jego pogarda jest nieskrywana i można powiedzieć „krystaliczna”. Przypomina to słynną sentencję Wałka o śmieciu, który ośmielił się pomyśleć, że Wałek jest TW Bolkiem – tym „śmieciem”, gwoli przypomnienia był G. Braun w filmie „Plusy dodatnie, plusy ujemne”. Na tym jednak nie koniec, bo Winiecki za śmieć uważa jeden z ogólnopolskich dzienników i jeden z ogólnopolskich tygodników. Ciekawe, jak w tej hierarchii bytów sytuowałyby się takie wykwity (wydzieliny?) ludzkiej myśli, jak „NIE” czy legendarny „Zły”? Może nie byłyby to śmiecie?
Przyjrzyjmy się teraz elukubracjom Króla:
„Nie chciałbym nikogo obrażać, ale odnoszę wrażenie, że blog jest czymś – proszę darować to określenie – idiotycznym. Pozwala każdemu wygłaszać opinie na tematy kompletnie dowolne.”
Mędrzec nie precyzuje nam, o jaki blog chodzi, ale podejrzewać możemy, że wcale nie o jakieś „różowe blogaski” czy jakieś wyzewnętrzniania się o modzie, sponsorowane przez Czerską, lecz o blogi polityczne.
„Tymczasem wcale nie uważam, że tak być powinno. Bo jedni mają opinie, inni - wyrobione jedynie ich zalążki, a pozostali - nie mają ich wcale. (...)”
Święta prawda. Domyślamy się, że Król ma opinie, a buraki na blogach nie. Można jedynie dziwić się, że tych buraków ktoś jeszcze czyta.
„W internecie można znaleźć więc anonimowe blogi, anonimowe wypowiedzi i anonimowe komentarze, które zamieszczane są również w internetowych wydaniach dzienników pod artykułami. Dla mnie jest to bardzo ponure i niebezpieczne zjawisko, które w przyszłości zaowocuje negatywnymi skutkami. Mówię to dlatego, że dotychczas cała upowszechniona kultura pisana opierała się na możliwości skrytykowania nawet największych głupstw, najbardziej marnych książek, których autorzy byli znani. Tymczasem w internecie opinie są anonimowe – a ich autorstwo nie niesie za sobą żadnej odpowiedzialności.”
Ba, ale tu Król zakłada, że sam jest znany, ale czy to pewne? Trzeba by się przejść ulicami i popytać, kto ostatnio jakąś książkę lub artykuł Króla czytał? Kto wie też, czy jakby Król bloga założył, to nie potraktowano by jego imienia i nazwiska jako ANONIMOWEGO nicka?
„Oceniam to jako złe zwycięstwo demokracji, bo każdy idiota ma dzięki temu takie same prawa do wygłaszania swoich sądów jak wybitni myśliciele, publicyści, czy prawdziwi dziennikarze.”
Tu oczywiście nie mamy najmniejszych wątpliwości, że Król sytuuje się po stronie tych wybitnych, a nie idiotów. No więc tak się zastanawiam, łamię sobie głowę, co tak naprawdę wybitnego Król napisał czy powiedział i jedyne, co mi przychodzi do głowy, to to, jak prorokował, że gdy nie wejdziemy do „UE”, to Polska zamieni się w białoruski skansen, a to nieszczególnie odkrywcza myśl była; poza tym ja ten skansen polski widzę obecnie, mimo że od paru już lat w „UE” jesteśmy, no ale mniejsza z tym, nie bądźmy małostkowi, do cholery, nie czepiajmy się szczegółów, jeszcze wszystko przed nami, jak w Grecji, tylko euro trzeba jak najszybciej przyjąć.
Tak się zastanawiam, czy Król głosząc, to, co powyżej nie wyraża tej staropeerelowskiej (choć on przecie z tymi tradycjami w ramach swojej legendarnej „Res Publiki” nigdy nic nie miał wspólnego) zamordystycznej tradycji, by ciemny lud siedział cicho i powtarzał (jak za panią matką) to, co podsuwa mu oświecona awangarda proletariatu. Nie sądzimy chyba, że Król mówi coś nonsensownego i nieprzemyślanego, więc właściwie wypadałoby nam wyuczyć się na pamięć tej argumentacji i recytować, tak jak dziecko, przepisujące za karę po sto razy jakieś zdanie wymyślone przez nauczyciela. Zwłaszcza że dalej nasz wolnościowiec i historyk idei powiada w ten deseń:
„Tymczasem anonimowa opinia nie pomaga w kształtowaniu życia publicznego, a psuje je. Anonimowość pozwala ludziom na swobodę, która bywa niebezpieczna. Niegdyś wielu filozofów politycznych uważało, że tego rodzaju swobody powinny być ograniczone. Więcej, przez całe lata rozumni ludzie uważali, że cenzura powinna być dopuszczalna i to nie tylko z powodów obyczajowych, ale też zgodnie z zasadą, że „poważne pytania głupim ludziom mącą w głowie”.”
No i czy to nie jest zamordyzm w czystej, nieskazitelnej, wyrafinowanej postaci? Poważne pytania głupim mącą w głowie. Jak dobrze, że mądrym nie mącą, prawda? Mądrzy bowiem na poważne pytania dają mądre odpowiedzi, a głupi – głupie. W pełni uzasadnione zatem jest, by mądrzy pilnowali, by głupota się nie szerzyła. Od tego właśnie w peerelu był urząd z mędrcami przy Mysiej, który, jak co niektórzy pamiętają, rzeźbił także w co głupszych tekstach publikowanych w „Res Publice” zanim jeszcze cenzurę zniesiono.
„Nie jestem zwolennikiem tego, by każdy mógł wyrażać swoją opinię publiczne w sposób nieograniczenie swobodny. Nawet gdy do redakcji – i to każdej, jaką znam – przychodzą listy, ta nie decyduje się na publikację najgłupszych z nich, a wybiera najbardziej interesujące. Dlaczego? Po prostu dlatego, że sfera publiczna to nie śmietnik.”
No więc po cholerę było znosić cenzurę ustawowo w kwietniu 1990 r.? Ileż to problemów by zniknęło i o ileż spokojniej spałby Winiecki, Król, Skalski, Bratkowski i wielu wielu innych mędrców tego świata, monarchów, gdyby zwykły buraczany obywatel nie mógł podnosić ani ręki ani głosu na władzę, co mu wolność po „obaleniu komunizmu” darowała? Ale jeszcze nic straconego. Prawo prasowe opiera się wciąż na ustawie z 1984-go (symbolicznego) roku. Nieco przykręcić śrubę ciupasom, co się rozplenili po Sieci i będzie wolność jak ta lala. Wtedy Król z Winieckim, Bratkowskim, Skalskim, Pacewiczem, Żakowskim, Wołkiem i kogo jeszcze płodna polska ziemia porodziła pod postacią wolnościowca z krwi i kości, będą mogli zatańczyć „ole olek”. Disco polo nie ma co się wstydzić, bo to jest wybór przyszłości – z tą samą zamordystyczną twarzą.
http://kataryna.salon24.pl/165827,prawo-do-debaty
25 mar 2010
Niepodległość?
K. Morawiecki problematyzując dość nieskomplikowaną, według mnie, kwestię niepodległości, mimowolnie wpisuje się w ten nurt komentatorów naszej współczesnej historii, z którym, jak sądzę, nie chciałby być łączony, czyli piewców III RP. Ja uważam, że niepodległość nie tylko nie jest stopniowalna, ale i nie da się podzielić na zewnętrzną i wewnętrzną (tak jak to czyni Morawiecki), podobnie zresztą jak wolność. Albo się ją ma, albo nie. Owszem, można mówić o stopniowalności, a nawet dokonywać jakiejś stratyfikacji i klasyfikacji zniewolenia, dokładnie tak samo, jak przeprowadza się skomplikowane podziały dotyczące tego, co uchodzi za przestępstwo, zbrodnię, czyn karalny, moralne zło itd. Jest bowiem różnica między kieszonkowcem, seryjnym mordercą oraz komunistycznym czy hitlerowskim ludobójcą, mimo że każdy z nich popełnia zło. W przypadku jednak kwestii wolności nie możemy mówić, że ktoś jest bardziej wolny od kogoś innego i nie ma też sensu twierdzić, iż jakieś państwo jest bardziej niepodległe od innego. Należy raczej badać różnice w stopniu zniewolenia stosownie do zakresu ograniczeń swobód obywatelskich – inaczej bowiem żyje się ludziom w kraju okupowanym, a inaczej w kraju jedynie satelickim. Różne także mogą być rodzaje okupacji, co widać było na przykładzie powojennych Niemiec – część okupowana przez ZSSR stanowiła komunistyczny obóz koncentracyjny w przeciwieństwie do części okupowanej przez zachodnie siły alianckie.
Oczywiście zagadnienie tego, czy Polska jest krajem niepodległym, jest bardzo ważne i warte dyskutowania, wydaje się jednak, że w sytuacji, gdy co jakiś czas to pytanie sobie zadajemy (a przynajmniej niektórzy z nas sobie je stawiają), odpowiedź nasuwa się sama i to bez jakiegoś długiego deliberowania: Polska niepodległa po prostu nie jest. Gdyby bowiem była, tego rodzaju wątpliwości czy pytania zwyczajnie nie przychodziłyby nam do głowy. Należy zatem zastanowić się, na czym polega zniewolenie Polski oraz jaka jest skala tego zniewolenia.
Morawiecki uważa, że możemy dziś mówić jedynie o tzw. niepodległości zewnętrznej, tj. na poziomie międzynarodowym, tak jakby zależność Polski od eurokratów brukselskich i absurdalnego, neosocjalistycznego „prawa unijnego”, jak też forsowanie na siłę „unii walutowej”, nie były dostatecznymi dowodami na to, jak bardzo jesteśmy podlegli strukturom międzynarodowym (w przypadku „UE” z decydującym, jeśli chodzi o nasze sprawy, głosem Niemiec). Morawieckiemu nie przeszkadza też najwyraźniej liczebność i stan polskiej armii, która wnet stanie się czymś w rodzaju firmy ochroniarskiej pilnującej polskiej zony w superpaństwie. Pomijam już notoryczne wtrącanie się krajów „starej unii” oraz Rosji w nasze sprawy i służalczość przedstawicieli polskiej „partii zagranicy”. Jeśli w takich warunkach można mówić o niepodległości na poziomie międzynarodowym, to chyba tylko z dużą nutą szyderstwa.
Problem najważniejszy polega jednak nie na tym, że polskie, pożal się Boże, elity, nie wiedzą (i nie chcą wiedzieć), czym jest i czym ma być niepodległość, ale że sami, zwykli, płacący podatki Polacy tego nie wiedzą. Dzieje się tak po pierwsze dlatego, że idea niepodległości została dwukrotnie skompromitowana po wojnie - raz za peerelu, drugi raz za neopeerelu - i właściwie więcej kompromitowana być nie musi, ponieważ Polacy sobie najwyraźniej odpuścili myślenie w kategoriach obywatelskiego, podmiotowego patrzenia na własne państwo. Wystarczy im bowiem teraz pobliskie centrum handlowe jako „mała ojczyzna”, w której mogą się swojsko poczuć, zwłaszcza jak są jakieś fajne promocje. Za peerelu wmawiano Polakom, że „Ludowa” to jak najbardziej normalny, wolny, no, wprawdzie związany sojuszem z bratnim „Krajem Rad”, ale niepodległy kraj, w którym przecież działają polskie szkoły, biblioteki, teatry, muzea, uczelnie itd. Za neopeerelu powtarza się także, że mamy zupełnie normalny, wolny, niepodległy kraj, mimo nierozliczenia komunizmu, mimo czerwonej pajęczyny, mimo starej i nowej nomenklatury, mimo cywilizacyjnego zacofania i mimo wszechobecności sitw na wszystkich szczeblach państwa, biznesu, nauki, kultury.
Idea niepodległości jest dla Polaków nieczytelna, jeśli nie bezsensowna, także dlatego, że (po drugie) idea narodu została dwukrotnie po wojnie skompromitowana. Za peerelu mówiono o narodzie polskim, mimo że o jego sprawach decydowało komunistyczne, zrzucone przez armię czerwoną (i przez nią strzeżone) politbiuro, a przede wszystkim kremlowskie cepy. Rozwijano „kulturę narodową” ale w taki sposób, by zamieniała się stopniowo w folklor (i była wypierana przez dehumanizującą, rusyfikującą nas „kulturę sowiecką”), nie zaś w europejską potęgę, a już broń Boże, w jakieś środowisko wolnej, śmiałej myśli. Od myślenia wszak byli marksiści od Krońskiego poczynając, poprzez Schaffa, na różnych Wiatrach i Pastusiakach kończąc, choć i ci wszyscy pracowali w życiodajnym cieniu Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina. Naród polski tak naprawdę to była zbiorowość jedna z wielu w „socjalistycznej bratniej rodzinie”, zaś pojęcie narodu wiązane z katolicyzmem, wolnością i heroicznością było wyszydzane jako anachroniczne, anarchistyczne („pobrzękiwanie szabelką”, „liberum veto”), nacjonalistyczne i generujące ksenofobię.
Za neopeerelu tę ostatnią myśl nie tylko przejęto, lecz i systematycznie ugruntowano. Polaka miał zastąpić „obywatel europejski”, rzecz jasna niespecjalnie religijny (jeśli już to nowocześnie religijny, poruszający się w ramach dogmatyki lewicy laickiej a la J. Turnau czy późny L. Kołakowski), nieksenofobiczny i nienacjonalistyczny. Zaczęto wałkować hasło o przestarzałości „państwa narodowego”, co miało być odpowiedzią na zjawisko rozpływania się obywateli poszczególnych „regionów unii” w superpaństwie. To że akurat rozpływać się mieli reprezentanci peryferii, a nie np. dumne narody Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii, polskim kosmopolitom (spośród których wielu jeszcze do niedawna krzewiło i zgłębiało wiecznie młodą myśl Lenina) wcale nie przeszkadzało, w czym zresztą byli oni konsekwentni jako ludzie działający świadomie na szkodę narodu polskiego i polskiej kultury.
Dziś Polacy sprawiają wrażenie ludzi nieprzytomnych, jakby całkowicie pochłonęły ich zakupy i wielokanałowa telewizja. Może boją się wyjrzeć spoza tych zasłon, by dostrzec potiomkinowską wieś zwaną III RP, albo też wiedzą, że żyją w byle jakiej, beznadziejnej Polsce i jest już im to zupełnie obojętne. Można więc to porzucenie przez współczesnych Polaków idei niepodległości i idei państwa narodowego skwitować tak, że „elity” (a ściślej uzurpatorzy) peerelu i neopeerelu odniosły sukces. Ujarzmiły ducha sprzeciwu. Czy na zawsze? Zobaczymy.
http://www.rp.pl/artykul/451366_Morawiecki__Narod_w_polowie_niepodlegly.html
http://www.pb.pl/2/a/2010/03/25/Euro_najnizej_od_maja_2009
Oczywiście zagadnienie tego, czy Polska jest krajem niepodległym, jest bardzo ważne i warte dyskutowania, wydaje się jednak, że w sytuacji, gdy co jakiś czas to pytanie sobie zadajemy (a przynajmniej niektórzy z nas sobie je stawiają), odpowiedź nasuwa się sama i to bez jakiegoś długiego deliberowania: Polska niepodległa po prostu nie jest. Gdyby bowiem była, tego rodzaju wątpliwości czy pytania zwyczajnie nie przychodziłyby nam do głowy. Należy zatem zastanowić się, na czym polega zniewolenie Polski oraz jaka jest skala tego zniewolenia.
Morawiecki uważa, że możemy dziś mówić jedynie o tzw. niepodległości zewnętrznej, tj. na poziomie międzynarodowym, tak jakby zależność Polski od eurokratów brukselskich i absurdalnego, neosocjalistycznego „prawa unijnego”, jak też forsowanie na siłę „unii walutowej”, nie były dostatecznymi dowodami na to, jak bardzo jesteśmy podlegli strukturom międzynarodowym (w przypadku „UE” z decydującym, jeśli chodzi o nasze sprawy, głosem Niemiec). Morawieckiemu nie przeszkadza też najwyraźniej liczebność i stan polskiej armii, która wnet stanie się czymś w rodzaju firmy ochroniarskiej pilnującej polskiej zony w superpaństwie. Pomijam już notoryczne wtrącanie się krajów „starej unii” oraz Rosji w nasze sprawy i służalczość przedstawicieli polskiej „partii zagranicy”. Jeśli w takich warunkach można mówić o niepodległości na poziomie międzynarodowym, to chyba tylko z dużą nutą szyderstwa.
Problem najważniejszy polega jednak nie na tym, że polskie, pożal się Boże, elity, nie wiedzą (i nie chcą wiedzieć), czym jest i czym ma być niepodległość, ale że sami, zwykli, płacący podatki Polacy tego nie wiedzą. Dzieje się tak po pierwsze dlatego, że idea niepodległości została dwukrotnie skompromitowana po wojnie - raz za peerelu, drugi raz za neopeerelu - i właściwie więcej kompromitowana być nie musi, ponieważ Polacy sobie najwyraźniej odpuścili myślenie w kategoriach obywatelskiego, podmiotowego patrzenia na własne państwo. Wystarczy im bowiem teraz pobliskie centrum handlowe jako „mała ojczyzna”, w której mogą się swojsko poczuć, zwłaszcza jak są jakieś fajne promocje. Za peerelu wmawiano Polakom, że „Ludowa” to jak najbardziej normalny, wolny, no, wprawdzie związany sojuszem z bratnim „Krajem Rad”, ale niepodległy kraj, w którym przecież działają polskie szkoły, biblioteki, teatry, muzea, uczelnie itd. Za neopeerelu powtarza się także, że mamy zupełnie normalny, wolny, niepodległy kraj, mimo nierozliczenia komunizmu, mimo czerwonej pajęczyny, mimo starej i nowej nomenklatury, mimo cywilizacyjnego zacofania i mimo wszechobecności sitw na wszystkich szczeblach państwa, biznesu, nauki, kultury.
Idea niepodległości jest dla Polaków nieczytelna, jeśli nie bezsensowna, także dlatego, że (po drugie) idea narodu została dwukrotnie po wojnie skompromitowana. Za peerelu mówiono o narodzie polskim, mimo że o jego sprawach decydowało komunistyczne, zrzucone przez armię czerwoną (i przez nią strzeżone) politbiuro, a przede wszystkim kremlowskie cepy. Rozwijano „kulturę narodową” ale w taki sposób, by zamieniała się stopniowo w folklor (i była wypierana przez dehumanizującą, rusyfikującą nas „kulturę sowiecką”), nie zaś w europejską potęgę, a już broń Boże, w jakieś środowisko wolnej, śmiałej myśli. Od myślenia wszak byli marksiści od Krońskiego poczynając, poprzez Schaffa, na różnych Wiatrach i Pastusiakach kończąc, choć i ci wszyscy pracowali w życiodajnym cieniu Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina. Naród polski tak naprawdę to była zbiorowość jedna z wielu w „socjalistycznej bratniej rodzinie”, zaś pojęcie narodu wiązane z katolicyzmem, wolnością i heroicznością było wyszydzane jako anachroniczne, anarchistyczne („pobrzękiwanie szabelką”, „liberum veto”), nacjonalistyczne i generujące ksenofobię.
Za neopeerelu tę ostatnią myśl nie tylko przejęto, lecz i systematycznie ugruntowano. Polaka miał zastąpić „obywatel europejski”, rzecz jasna niespecjalnie religijny (jeśli już to nowocześnie religijny, poruszający się w ramach dogmatyki lewicy laickiej a la J. Turnau czy późny L. Kołakowski), nieksenofobiczny i nienacjonalistyczny. Zaczęto wałkować hasło o przestarzałości „państwa narodowego”, co miało być odpowiedzią na zjawisko rozpływania się obywateli poszczególnych „regionów unii” w superpaństwie. To że akurat rozpływać się mieli reprezentanci peryferii, a nie np. dumne narody Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii, polskim kosmopolitom (spośród których wielu jeszcze do niedawna krzewiło i zgłębiało wiecznie młodą myśl Lenina) wcale nie przeszkadzało, w czym zresztą byli oni konsekwentni jako ludzie działający świadomie na szkodę narodu polskiego i polskiej kultury.
Dziś Polacy sprawiają wrażenie ludzi nieprzytomnych, jakby całkowicie pochłonęły ich zakupy i wielokanałowa telewizja. Może boją się wyjrzeć spoza tych zasłon, by dostrzec potiomkinowską wieś zwaną III RP, albo też wiedzą, że żyją w byle jakiej, beznadziejnej Polsce i jest już im to zupełnie obojętne. Można więc to porzucenie przez współczesnych Polaków idei niepodległości i idei państwa narodowego skwitować tak, że „elity” (a ściślej uzurpatorzy) peerelu i neopeerelu odniosły sukces. Ujarzmiły ducha sprzeciwu. Czy na zawsze? Zobaczymy.
http://www.rp.pl/artykul/451366_Morawiecki__Narod_w_polowie_niepodlegly.html
http://www.pb.pl/2/a/2010/03/25/Euro_najnizej_od_maja_2009
19 mar 2010
Robić historię
Polskiemu parlamentowi oraz rządzącym nami ciemniakom nie pozostaje już nic innego, jak zamknąć 21-letnie historyczne procesy związane z „wychodzeniem z komunizmu” przywróceniem nazwy państwa „Polska Rzeczpospolita Ludowa”. Myślę, że spora część obywateli, zwłaszcza tych, którzy stale są odpytywani „w sondażach”, odpowiedziałaby, iż jest to pomysł całkiem słuszny, ponieważ peerel kojarzy się ludziom dobrej, socjalistycznej woli nie tylko z wieczną młodością peerelaków, ale i z beztroskimi czasami Gierka, z najpiękniejszymi serialami, z festiwalami, z najlepszymi latami polskiej telewizji i estrady, tanimi wczasami, bezpłatną służbą zdrowia oraz z kiermaszami książki. Ten gest wyszedłby naprzeciw postulatowi zgłoszonemu dziś w porannej Trójce przez niejakiego Arłukowicza, który to stwierdził, iż niech politycy robią politykę, a historycy niech robią historię.
Dzielnemu, bezkompromisowemu Arłukowiczowi chodziło o to, że – jak się możemy domyśleć – za dużo do tej pory było polityków w IPN-ie, a za mało historyków. Przy okazji zresztą wyznał dzielny lewicowiec, że lustrację trzeba było przeprowadzić 20 lat temu, a nie teraz. I jest to jak najbardziej słuszna uwaga, w krystalicznym, załganym stylu neopeerelu, albowiem fundamentem budowania „nowej Polski” było NIErozliczanie agentury i NIEczyszczenie struktur państwa z peerelowskich złogów. Tak się zresztą historyczne porozumienie konsolidowało przy wódeczce w Magdalence. Przez długie lata więc, poczynając od słynnych sejmowych wołań wujka Adama rozdzierającego szaty przed tymi popaprańcami, co chcieli przejmować majątek „PZPR-u” i „walczyć bronią nienawiści”, że o zaczarowanym ołówku i „grubej linii” wujka Tadka nie wspomnę, poprzez noc czerwcową '92, na walkach z listami Wildsteina, strasznymi sędziami Nizieńskimi i innymi IPN-ami i ichniejszymi enkawudzistami kończąc – na lustrację było za wcześnie, bo sprawy były zbyt świeże i rany bardzo zaognione. Zgodnymi głosami przemawiali czerwoni, zieloni i różowi, humanitarnie zapewniając ciemnych obywateli, iż nie ma co się babrać w życiorysach, polować na czarownice i palić ludzi na stosach, że to nieeetyczne, podłe, niskie, bolszewickie, no i zupełnie przedwczesne. Po wielu jednak latach tego zgodnego ględzenia okazało się nagle, że na lustrację jest już za późno i o tym właśnie dowiadujemy się dziś, choć nie jest to myśl szczególnie nowa. Te środowiska, które lamentowały, iż otwierane są świeże groby, naraz zaczynają lamenty, że się już omszałe grobowce chce świętokradczą ręką tykać.
Dialektyka piękna i peerel by się jej nie powstydził. Zwracam jednak uwagę na tę piękną frazę „niech historycy robią historię”. Oczywiście, jak możemy sądzić, chodzi o właściwych historyków na właściwych historycznych miejscach. Nie tylko TW Historyków, ale i magistrów historii, jak obecny premier, co się osobiście ujmował w obronie szkalowanego przez pseudohistoryków z pseudotytułami naukowymi człowieka, co w pojedynkę doprowadził do demontażu bloku sowieckiego i dał Polakom wolność (uwaga, chodzi o Wałka, nie o Jaruzela – na obecnym etapie historii jeszcze nie wstawiono tego ostatniego w miejsce tego pierwszego, ale jesteśmy blisko). Zresztą, już Lenin pisał (i to zanim padły strzały z Aurory) do słuchaczy szkoły partyjnej na Capri: „W każdej szkole rzeczą najważniejszą jest ideowo-polityczny kierunek wykładów. Co decyduje o tym kierunku? Całkowicie i wyłącznie skład osobowy wykładowców [podkr. W.I.L. - przyp. F.Y.M.]. Rozumiecie doskonale, towarzysze, że wszelka „kontrola”, wszelkie „kierownictwo”, wszelkie „programy”, „regulaminy” itd. - wszystko jest pustym dźwiękiem w zestawieniu ze składem osobowym wykładowców. Żadna kontrola, żadne programy itd. absolutnie nie mogą zmienić tego kierunku zajęć, o którym decyduje skład osobowy wykładowców. Toteż nigdy i nigdzie w świecie żadna szanująca się organizacja, frakcja cz też grupa nie podejmie się dzielić odpowiedzialności za szkołę, której kierunek jest już z góry przesądzony przez skład osobowy wykładowców, jeśli jest to kierunek wrogi.” (Lenin, „Wybór tekstów. O oświacie i wychowaniu”, Warszawa 1962, s. 99)
Kadry przede wszystkim, mawiano w latach budowania najlepszego ustroju na ziemi – i ta mądrość marksistowska pozostała aktualna do dziś. Jeśli bowiem w odpowiedniej instytucji zasiądą odpowiedni ludzie, to wtedy człek poczciwy, a od takich przecież roi się establishment neopeerelu, może spać spokojnie i jedynie sprawdzać, jak szybko i pokaźnie rośnie mu konto. Dbałością o skład osobowy zapewniono ciągłość peerelowi po jego „zlikwidowaniu”, ciągłość, jaka nie śniła się w najczarniejszych koszmarach antykomunistów i nawet zwykłych ludzi bydlęconych przez czerwonych zbrodniarzy obozowymi, barakowymi warunkami życia i niewolniczej pracy. Nikt z peerelu za nic nie poniósł kary, nikt też nie poczuwa się do pokutowania za neopeerel. I kto wie – może lepszej Polski już nie będzie?
Dziś rano w Jedynce słyszałem przed siódmą, jak jakaś kobitka zrobiła wesoły reportaż o dziurach w polskich jezdniach i drogach. No i, jak to w Jedynce jeszcze od czasów zjazdów „partii robotniczej” i relacji z pochodów pierwszomajowych, bywa, obywatele wypowiadali się, jak to sobie z dziurami radzą. Jedni narzekali, inni się śmiali, to z kolei jakiś gościu całkiem przytomnie powiedział, że wzorem alei gwiazd, w których odbija się odciski stóp lub rąk wielkich ludzi, tak te dziury należałoby zapełnić w taki sposób, by na pamiątkę kierowcom poodbijali się w nich radni, burmistrzowie itp. Ja bym cały gabinet ciemniaków w takiej alei gwiazd uwiecznił, przy czym te gwiazdy powinny być pomalowane na zielono, zgodnie z kolorem wyspy szczęścia, której kryzys nawet nie liznął i o której, jak słyszeliśmy od samego premiera, mówią w Berlinie, Londynie i Brukseli, jako wyspie wzorcowej. Pomyślałem sobie jednak, że ta historia z dziurami pokazuje indolencję nas, obywateli, jako ludzi, którzy dadzą się łoić złodziejom odpowiadającym za drogi, i dalej jeżdżą, niszcząc swoje auta. Przyzwyczajamy się do dziadowania tak samo jak w peerelu, to kolejny powód, by przywrócić starą nazwę. To by było robienie historii.
Wiele ostatnio mówi się w Europie, jak wiemy, nie tyle o Polsce, co o Grecji. Niedawno Magda Figurska, nawiązując do mojego ubiegłotygodniowego mądrzenia się, zwróciła uwagę na to, że oprócz zagrożeń kulturowych stojących przed naszym krajem, należy jeszcze dostrzegać zagrożenia gospodarcze. Jest w tym sporo racji, rzecz jasna, pod warunkiem, że dałoby się stwierdzić, że Polska ma jeszcze jakąkolwiek samodzielność ekonomiczną czy finansową :), że o poziomie infrastruktury nie powiem. Magda jednak z uwagą śledząc perypetie Grecji, która, nie wiedzieć doprawdy czemu, wszedłszy do eurozony, jakoś podupadła całkowicie, a przecież, jak zapewniali nas prorocy, nikomu nic złego po przyjęciu eurowaluty, stać się nie może - dostrzegla jedną wazną rzecz, o czym za chwilę. Czy ktoś pamięta, co wygadywali mędrcy o konieczności przyspieszonego wejścia do tej strefy przez Polskę? No ale oczywiście, gdzie Rzym, a gdzie Krym. Co tam Grecja, gdy Polska jest Irlandią 2, rzekłby nieomylny Vincenz. Wprawdzie kanclerz Merkel stwierdziła, że być może się zacznie niektórych wypraszać z eurolandu, ale to zapewne miała być wypowiedź mobilizująca Greków do jeszcze solidniejszej krzątaniny wokół zaległych wierzytelności.
Przy okazji jednak deliberowania o losach Grecji („teraz Grecja” :)), wyrażona została, tak nieco pół żartem pół serio, jak to zwykle w niemieckiej kulturze politycznej, ciekawa propozycja odsprzedaży wysp greckich za długi. Sami Niemcy, którzy obok ludobójstwa, to jeszcze uprawiali kradzież na nieprawdopodobną skalę i to zarówno dzieł sztuki, jak i prywatnych rzeczy, mogliby wprawdzie być dłużnikiem wielu narodów przez kilka dekad, aż zapomnieliby o imperialnej przeszłości – no ale jednak nie taki był plan z finałem zimnej wojny i pieriestrojką, więc nie w tym scenariuszu historii bierzemy udział. Zrobiono historię (trzymając się frazy Arłukowicza) nieco inaczej niż się spodziewaliśmy, zrobiono także dzięki naszym wielkim politykom, takim jak wujek Tadek czy zmarły niedawno wujek Krzysiek (kadry przede wszystkim!), który tak zażarcie negocjował z Niemcami, iż Bogu jedynie wypada nam dziękować, że nie wynegocjował, iż Polska ma im jakieś zaległe kontrybucje powojenne płacić. Ta historia z Grecją jest jednak ciekawym preludium. Może by tak wpadł ktoś u naszego zachodniego sąsiada na pomysł, by w ramach ożywiania polskiej gospodarki, nieco finansowo i ekonomicznie wesprzeć Śląsk i Pomorze? Przedstawiciele partii zagranicy w neopeerelu chyba by tylko przyklasnęli ręcami i nogami, na takie dictum, zwłaszcza że Niemcy rozkręciliby te regiony jak mało kto, żywiąc do nich wielki sentyment.
Od czasu, gdy zrzucono z samolotów z czerwonymi gwiazdami „polskich patriotów” na nasze ziemie, z robieniem historii jest niestety u nas tak, że zajmują się tym ludzie, którzy z Polski zrobili burdel i znakomicie się w tym burdelu bawią. Najśmieszniejsze jest jednak to, iż wielu obywateli polskich płaci za to widowisko i sobie je chwali. Może po prostu znakomicie się ogląda peep show z własną ojczyzną w roli głównej? Zresztą, po cholerę ludziom ojczyzna, jak wystarczy centrum handlowe?
http://wing2009.salon24.pl/163194,i-rozbior-grecji
http://www.rp.pl/artykul/447003.html
http://www.rp.pl/artykul/61991,446368_Gontarczyk__Antybiografia_komunisty.html
http://www.pb.pl/2/a/2010/03/17/Merkel_chce_wyrzucac_z_eurolandu
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,105162,7649933,Klapiac_zebami_przed_lustrem.html (szokujący tekst z Ministerstwa Prawdy; tylko dla wytrwałych)
13 mar 2010
Rozregulowany kompas
W. Gadowski, którego do tej pory czytałem z ciekawością, wypalił nagle z takiej armaty, że przestrzelił sufit i teraz wpatruje się w nieboskłon, a ja w Gadowskiego, odkąd stwierdził, że zagrożenie ideologiczne może nadejść ze wschodu. Problem bowiem w tym, że – jeśliby już mówić o tego rodzaju zagrożeniu – to po pierwsze „zachód” serwuje nam cały zestaw tego rodzaju zagrożeń kulturowych w postaci ideologii cywilizacji śmierci (aborcja, eutanazja, deprawacja, propaganda homoseksualizmu, ateizacja etc.), które z wielkim zapałem są krzewione w naszym kraju w ramach nieustającej od 21 lat walki z „państwem wyznaniowym” i „iranizacją Polski”. Po drugie, „wschód”, odkąd mogliśmy poznać jego imperialne zapędy, wcale się nie bawił w ideologiczne dysputy, tylko niósł ze sobą pożogę, rzeź, masowe groby, deportacje ludności i na tak „zaoranej ziemi” zabierał się za ustanawianie nowego porządku.
Gadowski wzdraga się przed analizami typu N. Klein czy N. Chomsky'ego, ale – pomijając już fakt, że żadne z tych dwojga autorów nie zamierzało i nie zamierza przenieść się do Rosji czy do Korei Północnej – ja wolałbym żyć w ciężkawym systemie kapitalistycznego korporacjonizmu czy korporacyjnego kapitalizmu, aniżeli w systemie takim, jaki skonstruowano w Polsce, tj. hybrydy komunizmu i feudalizmu. Dodać zresztą warto – choć zapewne Gadowski to doskonale wie, że komunizm wynaleziono na zachodzie właśnie i przeszczepiono do przedprzemysłowej, postfeudalnej Rosji, gdzie istniały wprost idealne warunki społeczne i mentalnościowe do upowszechnienia marksizmu, co przybrało postać rewolucji bolszewickiej. Należy też pamiętać, że liczono na to, iż ideologia komunistyczna zawojuje także zachód, klasa robotnicza na zachodzie jednak nie wykazała się odpowiednią świadomością klasową. O ile jednak pierwszej, bolszewickiej fali komunizmu, zachód się oparł (nie bez pomocy Polski w postaci bitwy warszawskiej), o tyle potem marksiści z tzw. szkoły frankfurckiej, a szczególnie H. Marcuse, przygotowali grunt pod drugą falę komunizmu w postaci „rewolucji seksualnej” i walki z tradycjonalistycznym, konserwatywnym społeczeństwem poprzez deprawację i niszczenie idei i instytucji rodziny.
Gadowski wspomina o kolektywizmie wschodnim, ale na zachodzie kolektywizm ma się także znakomicie, zresztą wystarczy poczytać lub posłuchać (są jego wykłady na youtube) Edwarda Griffina (link poniżej), jak też wystarczy poczytać i posłuchać ideologów politycznej poprawności, którzy myślenie stadne traktują jako wzorzec obywatelskiej postawy. O zachodzie można było za czasów „przedunijnych” mówić z podziwem, odnosząc się do wolności gospodarczej, stopnia uprzemysłowienia, rewolucji technologicznej itd., od kiedy jednak ideologia neomarksizmu stała się dogmatyką myślenia wielu elit zachodnich, proces westernizacji pociąga za sobą zacofanie kulturowe, a mówiąc dokładniej, barbaryzację kultury, nie zaś jej doskonalenie. W sytuacji, w której 1) wielu ludziom zwyczajnie „w majestacie prawa” odmawia się prawa do życia, 2) życie zwierząt lub roślin ceni się wyżej niż życie lub dobrobyt ludzi, 3) zmusza się nas do akceptowania dewiacji i milczenia w kwestii deprawacji, 4) walczy się z Kościołem z równą zajadłością, jak za czasów bolszewizmu, 5) najnowocześniejsze technologie wykorzystuje się do coraz skuteczniejszego inwigilowania, monitorowania i zastraszania obywateli - współczesny zachód wcale nie niesie jakichś szczególnie intrygujących wartości, lecz wprost przeciwnie, śmiertelne zagrożenie dla narodów i dla jednostek.
Nie znaczy to wcale, że należy się oglądać na jakieś „wschodnie ideały”, bo to, co może nam zaproponować Rosja czy Chiny zabiłoby nas jeszcze szybciej niż „miękki totalitaryzm” idący z zachodu, zwłaszcza jeśli chodzi o „politykę demograficzną”. Ta ostatnia zresztą, w przypadku Chin (czyli populacyjnie patologiczna „nadprodukcja mężczyzn”) musi zakończyć się wojną, choć mam nadzieję, że ta wojna dotknie Rosji czy innych regionów Azji, a nie akurat Europy. Stary Kontynent zresztą ma swój problem z islamizacją, która gdy przekroczy pewien próg krytyczny, będzie nie do powstrzymania. No ale wtedy „elity”, które zwykle składają się z ludzi z gumy, zachwalać będą wyższość Koranu nad innymi tekstami, tak jak dziś na nowo odkrywają Marksa, Gramsciego, Marcusego, Żiżka i im podobnych mędrców od siedmiu boleści.
Polsce pozostaje pracować nad dziedzictwem pozostawionym choćby w perspektywicznej myśli Jana Pawła II, ale kto ma do tego głowę czy czas? Co więcej stopień spauperyzowania edukacji w Polsce (że o fatalnej kondycji polskiej kultury zdominowanej przez agenturę Ministerstwa Prawdy nie wspomnę) jest tak wielki, że być może są znikome szanse na to, by nasz kraj się mógł przed tą presją nowego kolektywizmu obronić, zwłaszcza że tylu pożytecznych idiotów zaczęło w podskokach go zaszczepiać na polskich uczelniach czy w mediach, chcąc z naszego kraju zrobić drugą Holandię (bynajmniej nie pod względem gospodarczym). Ale, z drugiej strony, jeśli my sami, jako naród, nie chcemy się przed tym bronić, to może na taki los zasługujemy?
http://wgadowski.salon24.pl/162972,korporacje-i-przeklenstwo-wschodu
http://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=607:teoria-dwoch-wrogow&catid=241:dzielnica-publicystow&Itemid=281
http://video.google.com/videoplay?docid=6015291679758430958&q=%22an+idea+whose+time+has+come%22&total=17&start=0&num=10&so=0&type=search&plindex=0#docid=-5718628516829763909
(wykład Griffina)
Gadowski wzdraga się przed analizami typu N. Klein czy N. Chomsky'ego, ale – pomijając już fakt, że żadne z tych dwojga autorów nie zamierzało i nie zamierza przenieść się do Rosji czy do Korei Północnej – ja wolałbym żyć w ciężkawym systemie kapitalistycznego korporacjonizmu czy korporacyjnego kapitalizmu, aniżeli w systemie takim, jaki skonstruowano w Polsce, tj. hybrydy komunizmu i feudalizmu. Dodać zresztą warto – choć zapewne Gadowski to doskonale wie, że komunizm wynaleziono na zachodzie właśnie i przeszczepiono do przedprzemysłowej, postfeudalnej Rosji, gdzie istniały wprost idealne warunki społeczne i mentalnościowe do upowszechnienia marksizmu, co przybrało postać rewolucji bolszewickiej. Należy też pamiętać, że liczono na to, iż ideologia komunistyczna zawojuje także zachód, klasa robotnicza na zachodzie jednak nie wykazała się odpowiednią świadomością klasową. O ile jednak pierwszej, bolszewickiej fali komunizmu, zachód się oparł (nie bez pomocy Polski w postaci bitwy warszawskiej), o tyle potem marksiści z tzw. szkoły frankfurckiej, a szczególnie H. Marcuse, przygotowali grunt pod drugą falę komunizmu w postaci „rewolucji seksualnej” i walki z tradycjonalistycznym, konserwatywnym społeczeństwem poprzez deprawację i niszczenie idei i instytucji rodziny.
Gadowski wspomina o kolektywizmie wschodnim, ale na zachodzie kolektywizm ma się także znakomicie, zresztą wystarczy poczytać lub posłuchać (są jego wykłady na youtube) Edwarda Griffina (link poniżej), jak też wystarczy poczytać i posłuchać ideologów politycznej poprawności, którzy myślenie stadne traktują jako wzorzec obywatelskiej postawy. O zachodzie można było za czasów „przedunijnych” mówić z podziwem, odnosząc się do wolności gospodarczej, stopnia uprzemysłowienia, rewolucji technologicznej itd., od kiedy jednak ideologia neomarksizmu stała się dogmatyką myślenia wielu elit zachodnich, proces westernizacji pociąga za sobą zacofanie kulturowe, a mówiąc dokładniej, barbaryzację kultury, nie zaś jej doskonalenie. W sytuacji, w której 1) wielu ludziom zwyczajnie „w majestacie prawa” odmawia się prawa do życia, 2) życie zwierząt lub roślin ceni się wyżej niż życie lub dobrobyt ludzi, 3) zmusza się nas do akceptowania dewiacji i milczenia w kwestii deprawacji, 4) walczy się z Kościołem z równą zajadłością, jak za czasów bolszewizmu, 5) najnowocześniejsze technologie wykorzystuje się do coraz skuteczniejszego inwigilowania, monitorowania i zastraszania obywateli - współczesny zachód wcale nie niesie jakichś szczególnie intrygujących wartości, lecz wprost przeciwnie, śmiertelne zagrożenie dla narodów i dla jednostek.
Nie znaczy to wcale, że należy się oglądać na jakieś „wschodnie ideały”, bo to, co może nam zaproponować Rosja czy Chiny zabiłoby nas jeszcze szybciej niż „miękki totalitaryzm” idący z zachodu, zwłaszcza jeśli chodzi o „politykę demograficzną”. Ta ostatnia zresztą, w przypadku Chin (czyli populacyjnie patologiczna „nadprodukcja mężczyzn”) musi zakończyć się wojną, choć mam nadzieję, że ta wojna dotknie Rosji czy innych regionów Azji, a nie akurat Europy. Stary Kontynent zresztą ma swój problem z islamizacją, która gdy przekroczy pewien próg krytyczny, będzie nie do powstrzymania. No ale wtedy „elity”, które zwykle składają się z ludzi z gumy, zachwalać będą wyższość Koranu nad innymi tekstami, tak jak dziś na nowo odkrywają Marksa, Gramsciego, Marcusego, Żiżka i im podobnych mędrców od siedmiu boleści.
Polsce pozostaje pracować nad dziedzictwem pozostawionym choćby w perspektywicznej myśli Jana Pawła II, ale kto ma do tego głowę czy czas? Co więcej stopień spauperyzowania edukacji w Polsce (że o fatalnej kondycji polskiej kultury zdominowanej przez agenturę Ministerstwa Prawdy nie wspomnę) jest tak wielki, że być może są znikome szanse na to, by nasz kraj się mógł przed tą presją nowego kolektywizmu obronić, zwłaszcza że tylu pożytecznych idiotów zaczęło w podskokach go zaszczepiać na polskich uczelniach czy w mediach, chcąc z naszego kraju zrobić drugą Holandię (bynajmniej nie pod względem gospodarczym). Ale, z drugiej strony, jeśli my sami, jako naród, nie chcemy się przed tym bronić, to może na taki los zasługujemy?
http://wgadowski.salon24.pl/162972,korporacje-i-przeklenstwo-wschodu
http://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=607:teoria-dwoch-wrogow&catid=241:dzielnica-publicystow&Itemid=281
http://video.google.com/videoplay?docid=6015291679758430958&q=%22an+idea+whose+time+has+come%22&total=17&start=0&num=10&so=0&type=search&plindex=0#docid=-5718628516829763909
(wykład Griffina)
11 mar 2010
Dla idiotów właśnie
Idea, by coraz młodsi ludzie byli uwikłani w politykę, wcale nie jest wynalazkiem dzisiejszych oświeceniowców, jak choćby tych, co w Austrii wpadli na genialny pomysł, by nastolatkowie głosowali na równi z osobami pełnoletnimi - tylko na dobre wprowadzona została w życie w krajach totalitarnych, gdzie „organizacje młodzieżowe”, a nawet dziecięce, były obszarem szczególnej indoktrynacji i zarazem przygotowywania „kadr” na przyszłość. Nie należy więc koncepcji ciemniaków w naszym kraju, chcących, by już 16-latkowie byli wyborcami, traktować wyłącznie w tych kategoriach, że młodzi by nabili trochę głosów samym ciemniakom (tu już zakrzątnęłoby się towarzystwo młodzieżowych guru wspierających „platformę”), lecz w o wiele szerszym wymiarze socjotechnicznym, takim, w którym obywatela „hoduje się” na bezkrytycznego, zdezorientowanego, niezbyt rozgarniętego i zahukanego człowieczka, ale zarazem daje się mu potężną iluzję wolności i niebywałego wprost wpływu na rzeczywistość oraz nieustającej, bezstresowej zabawy. Obywatel oświeceniowcom potrzebny jest do dwóch podstawowych celów: 1) by łożył na oświeceniowców, 2) by ich legitymizował właśnie swoimi wyborami.
Cała ta komedia pomyłek wyreżyserowana jest w genialny sposób. Wyborcom „poszerza się granice wolności”, a jednocześnie manipuluje się tymi wyborcami w taki sprytny sposób, by za żadne skarby nie zachowywali się tak (np. w trakcie wyborów), jak zakazuje Ministerstwo Prawdy. Manipulacja społeczna nie jest zresztą zabiegiem wymagającym jakiegoś nadludzkiego wysiłku, jeśli weźmiemy pod uwagę ogłupiający (tj. niedający żadnej sensownej, syntetycznej wiedzy o świecie) system edukacji oraz to, że większość ludzi studiów wyższych nie robi, tylko dalszą edukację po skończeniu szkół średnich odbywa za pomocą mediów. Jeżeli natomiast dodamy do tego to, że w mediach zasiadają zwykle cwaniaczki doskonale wiedzący, jak manipulować odbiorcami, to mamy prostą i skuteczną receptę na to, jak z obywateli robić głąbów.
Do czego otumanienie społeczne jest potrzebne „elitom”? Do spokojnego rządzenia przede wszystkim. Otumanionym obywatelom mówi się, że za nich się rozwiąże wszystkie problemy, ba, ułatwia się tymże obywatelom życie do tego stopnia, iż forsuje się pomysł głosowania online (a może i kiedyś za pomocą sms-ów), tak by obywatelcio sobie nie przerywał pykania pilocikiem przed telewizorkiem i pogryzania czipsików. „My za ciebie wszystko zrobimy, tylko kliknij” :) Społeczeństwo ogłupiałe jest niegroźne, po prostu. Tak jak za komunizmu, kiedy to wszystkiego mogło w sklepach brakować, ale już nie mocnego alkoholu, tak obecnie, głównie za pomocą mediów, utrzymuje się obywateli w stanie zamroczenia, bo to pozwala „elitom” w spokoju konsumować konfitury władzy.
Sprawa jest jednak poważna, ponieważ w tej komedii socjotechnicy od razu sytuują się na wygranej pozycji, skoro otumanionych obywateli przestrzegają przed ludźmi, którzy chcieliby im jakąś wiedzę na temat świata poza medialnym widowiskiem, przekazać. Poza tym „marchewce” w postaci „poszerzania granic wolności” towarzyszy kij, a ściślej policyjna pałka, w postaci „nierozpowszechniania mowy nienawiści”. Tym zakazem zaczyna się już obejmować nie tylko dorosłych, ale i dzieci w wieku wczesnoszkolnym (!), czego dowodzi Wielka Brytania (donosi o tym „NDz”), dzieci mające rzekomo szerzyć „homofobię”. Słowem, możesz się rozwijać, człowiecze, lecz w takim kierunku, jaki wskaże ci hodowca. W tym szaleństwie (by zwalczać ludzkie reakcje na dewiacje, nie zaś same dewiacje) jest metoda - z jednej strony mamy bowiem skomplikowaną socjotechnikę zmierzającą do otumanienia obywateli, z drugiej, szeroko zakrojoną deprawację, która prowadzi do rozkładu społeczeństwa. W naszym kraju też mamy z tymi wzajemnie uzupełniającymi się strategiami do czynienia, zaś ludzie zdrowego rozsądku, zatroskani o Polskę, muszą działać zarówno na rzecz „reedukacji” obywateli, jak i na rzecz odnowy moralnej.
http://www.rp.pl/artykul/444766.html
http://www.economist.com/world/international/displayStory.cfm?story_id=15636231&source=hptextfeature (to tak na marginesie o hodowli ludzi w Chinach)
http://www.fronda.pl/news/czytaj/gadowski_ludzie_handlujacy_bronia_w_prl_dzisiaj_szkola_al_kaide (na deser)
Cała ta komedia pomyłek wyreżyserowana jest w genialny sposób. Wyborcom „poszerza się granice wolności”, a jednocześnie manipuluje się tymi wyborcami w taki sprytny sposób, by za żadne skarby nie zachowywali się tak (np. w trakcie wyborów), jak zakazuje Ministerstwo Prawdy. Manipulacja społeczna nie jest zresztą zabiegiem wymagającym jakiegoś nadludzkiego wysiłku, jeśli weźmiemy pod uwagę ogłupiający (tj. niedający żadnej sensownej, syntetycznej wiedzy o świecie) system edukacji oraz to, że większość ludzi studiów wyższych nie robi, tylko dalszą edukację po skończeniu szkół średnich odbywa za pomocą mediów. Jeżeli natomiast dodamy do tego to, że w mediach zasiadają zwykle cwaniaczki doskonale wiedzący, jak manipulować odbiorcami, to mamy prostą i skuteczną receptę na to, jak z obywateli robić głąbów.
Do czego otumanienie społeczne jest potrzebne „elitom”? Do spokojnego rządzenia przede wszystkim. Otumanionym obywatelom mówi się, że za nich się rozwiąże wszystkie problemy, ba, ułatwia się tymże obywatelom życie do tego stopnia, iż forsuje się pomysł głosowania online (a może i kiedyś za pomocą sms-ów), tak by obywatelcio sobie nie przerywał pykania pilocikiem przed telewizorkiem i pogryzania czipsików. „My za ciebie wszystko zrobimy, tylko kliknij” :) Społeczeństwo ogłupiałe jest niegroźne, po prostu. Tak jak za komunizmu, kiedy to wszystkiego mogło w sklepach brakować, ale już nie mocnego alkoholu, tak obecnie, głównie za pomocą mediów, utrzymuje się obywateli w stanie zamroczenia, bo to pozwala „elitom” w spokoju konsumować konfitury władzy.
Sprawa jest jednak poważna, ponieważ w tej komedii socjotechnicy od razu sytuują się na wygranej pozycji, skoro otumanionych obywateli przestrzegają przed ludźmi, którzy chcieliby im jakąś wiedzę na temat świata poza medialnym widowiskiem, przekazać. Poza tym „marchewce” w postaci „poszerzania granic wolności” towarzyszy kij, a ściślej policyjna pałka, w postaci „nierozpowszechniania mowy nienawiści”. Tym zakazem zaczyna się już obejmować nie tylko dorosłych, ale i dzieci w wieku wczesnoszkolnym (!), czego dowodzi Wielka Brytania (donosi o tym „NDz”), dzieci mające rzekomo szerzyć „homofobię”. Słowem, możesz się rozwijać, człowiecze, lecz w takim kierunku, jaki wskaże ci hodowca. W tym szaleństwie (by zwalczać ludzkie reakcje na dewiacje, nie zaś same dewiacje) jest metoda - z jednej strony mamy bowiem skomplikowaną socjotechnikę zmierzającą do otumanienia obywateli, z drugiej, szeroko zakrojoną deprawację, która prowadzi do rozkładu społeczeństwa. W naszym kraju też mamy z tymi wzajemnie uzupełniającymi się strategiami do czynienia, zaś ludzie zdrowego rozsądku, zatroskani o Polskę, muszą działać zarówno na rzecz „reedukacji” obywateli, jak i na rzecz odnowy moralnej.
http://www.rp.pl/artykul/444766.html
http://www.economist.com/world/international/displayStory.cfm?story_id=15636231&source=hptextfeature (to tak na marginesie o hodowli ludzi w Chinach)
http://www.fronda.pl/news/czytaj/gadowski_ludzie_handlujacy_bronia_w_prl_dzisiaj_szkola_al_kaide (na deser)
9 mar 2010
List do drogiego Rolexa

Rolexie, którego wszyscy uwielbiamy, napisałeś o rozgrywaniu leszcza. Rozgrywanie leszcza rozumiem, jest to OK, na zimno czy na gorąco, mniejsza z tym, OK. Przedstawiasz jednak tylko jedną stronę medalu. Mnie wcale nie interesuje mentalność leszcza, młyny intelektualne leszcza i ewentualna panika leszcza, ale przede wszystkim rzeczywiste intencje i rzeczywiste działania PiS-u. Ja nie piszę o zasłonach dymnych, bo te może PiS wypuszczać, jakie sobie chce. Nie piszę o pogrywaniu. Zresztą, nawet, by z kimś pogrywać, trzeba wiedzieć dokładnie, jak, bo czasami może się trafić cwaniura, który z naszego pogrywania zrobi nam jesień średniowiecza.
JK, przypomnę, otwarcie wczoraj wykluczył polityczny sojusz z SLD, co zapewne stanowiło właśnie reakcję na głosy zaniepokojenia ze strony zwolenników PiS-u, a nie leszczy. I ja tę deklarację traktuję serio. Zdajesz sobie chyba bowiem sprawę, że stan dezorientacji wśród wyborców PiS-u (nie wśród leszczy, podkreślam) wcale by tej partii nie wzmocnił, lecz wprost przeciwnie. Zauważ ponadto, że raz wrzucony szczur i tak zaczyna żyć własnym życiem (jak to zwykle z dezami bywa), więc dyskusja o potencjalnym sojuszu antykomunistów z komunistami wcale się nie zakończyła i PiS-owi dalej się w mediach dorabia gębę, kwestionując w ten sposób jego wiarygodność i polityczną konsekwencję, tak jakby dotychczasowych doklejonych gąb miał PiS mało. A. Hofman, od którego cała zawierucha się ponoć zaczęła, ma zostać wezwany na męską rozmowę z szefem PiS-u, ale według mnie powinien wstąpić w szeregi SLD, a już na pewno żaden z wyborców PiS-u nie powinien głosować na kogoś takiego jak Hofman. Nie chodzi jednak o młodego Hofmana, któremu polityka pomyliła się z politbiurem, ale także o innych członków PiS-u, w tym nieocenionego Gosia (było nie było wiceprezesa, a kiedyś szefa klubu), który też wczoraj, jak wspominałem w poście, chlapnął w Radiu Kielce, że „nie wyklucza”.
Obawiam się, że nie tylko ci ludzie z PiS-u, którzy się zaczęli odrywać od rzeczywistości, ale i ci, co takie oderwanie zaczęli wyrozumiale uzasadniać, złapali się na kolejny „wizerunkowy retusz” komunistów, nad którym pracowali oni dość długo od momentu zwalenia ich z hukiem z politycznej sceny po skandalu z Rywinem i taśmami Gudzowatego. Każdy jednak, kto śledzi ewolucję komunizmu (o której i Ty sam wielokrotnie pisałeś), wie, że zmiany wizerunku należą do stałego repertuaru dezinformacyjnych działań komunistów, za którymi kryje się ta sama „morda ty moja” zamordysty, złodzieja, zbrodniarza, agenta, zdrajcy kraju. Analogicznie więc na SLD należy patrzeć nie przez pryzmat „bystrego Arłukowicza” (z tym Arłukowiczem to jakaś komedia, słowo daję, na tle bowiem postaci Stefaniuka, Sekuły czy innych posłów PO naprawdę nie jest wielką sztuką błysnąć intelektualnie) czy innych „młodych”, „niezwiązanych z PZPR-em”, lecz przez facjatę Oleksego, Millera, Senyszyn czy Szmajdzińskiego – ze szczególnym naciskiem na twarz Senyszyn. To bowiem jest prawdziwe oblicze post-pezetpeerowskiej „lewicy”, nie zaś jakiś Arłukowicz czy nawet Napieralski. Czy powinienem ponadto przypominać o postulatach zlikwidowania IPN-u, o obronie esbeków, o związkach środowisk komunistycznych z mafią III RP? Przecież to wszystko doskonale wiesz, a więc wydawałoby się, że nie ma najmniejszych możliwości na zawieranie jakiegokolwiek porozumienia z tego rodzaju ludźmi, tymczasem piszesz:
„Przy czym, żeby było jasne, ja na doraźne sojusze z SLD się zgadzam i to zgadzam się zupełnie cynicznie.
Sojusze, który będą miały na celu zrobienie grubego świństwa wszystkim byłym TW służb wojskowych i cywilnych, który w nieutulonym żalu pogrąży Mira, Rycha i Zdzicha oraz z naszych sojuszników z bratniego Peru.
I który wreszcie zadusi stwora o nazwie SLD, bo stwór i tak ledwie zipie.”
Otóż jest w takim przedstawianiu sprawy pewien istotny błąd: założenie, że wchodząc w grę polityczną z czerwonymi można coś wygrać. Jest dokładnie odwrotnie – wejście w porozumienie z czerwonymi może jedynie opóźnić katastrofę własnego ugrupowania. Wybitnym przykładem tej życiowej i historycznej prawdy jest porozumienie okrąglakowe. Podejrzewam, iż część jego sygnatariuszy po stronie opozycyjnej była takiego właśnie zdania, tzn. że komunistów można jakoś rozegrać. W rezultacie mieliśmy prezydenta Jaruzela i premiera Kiszczaka na starcie, a co było potem i jak ta historia toczy się do dziś, to sam doskonale wiesz, bo wielokrotnie i Ty ją opisywałeś. Jeśli bowiem wchodzi się do szamba, to nie można się spodziewać, że się będzie wyglądać potem jak Bond w nieskazitelnie czystym i wyprasowanym garniturze, prowadzący czołg.
Nie należy jednak sądzić po tych moich słowach, iż z czerwonymi nie należy zawierać jakichś układów. Owszem, należy, ale pod warunkiem spisania wyraźnych, legalnych granic współdziałania oraz wyrażenia przez czerwonych (pisemnej) gotowości poddania się wymiarowi sprawiedliwości. W sytuacji, w której uważam, że SLD (jako spadkobierca PZPR) powinno zostać zdelegalizowane, zaś środowisko komunistyczne prześwietlone śledztwami prokuratorskimi – można by potraktować czerwonych w taki sposób, że złagodzi się dla nich wymiar kary w zamian za współpracę, typu: wskazanie przechowywanych w prywatnych zbiorach archiwów komunistycznych, podanie źródeł nielegalnego finansowania, wskazanie tajnych kont „lewicy”, ujawnienie skali współpracy ludzi posowieckich służb ze służbami innych krajów, zwłaszcza Rosji, podanie nazwisk postkomunistycznej agentury w mediach, na uczelniach, w środowiskach artystycznych i biznesowych itd. Gdyby na tego rodzaju współdziałanie (na piśmie i pod groźbą konsekwencji politycznych i prawnych, gdyby odstąpiono od takiego współdziałania) przedstawiciele SLD się zgodzili, to wtedy można by do kooperacji przystępować.
Nie muszę jednak dodawać, że to zupełnie niemożliwe właśnie w przypadku SLD. W interesie tej pseudopartii może nawet być odsunięcie PO od władzy (na to samo SLD jest za słabe i faktycznie potrzebuje kooperanta), ale przede wszystkim SLD zainteresowane jest ugruntowaniem swojego statusu w „wolnej i niepodległej Polsce”, czyli trwałym, perspektywicznym zabezpieczeniem swojego stanu posiadania. Coś takiego zapewniłoby komunistom porozumienie z tymi, którzy chcieliby rozliczenia komunizmu – w ten wszak sposób zamknąłby się pewien rozdział historii i partia komunistyczna po kilkudziesięciu latach od bolszewickiego najazdu na Polskę, zostałaby zalegalizowana na długie dekady. Czy taki scenariusz Cię, Rolexie, pociąga? Czy większym problemem dla Polski jest PO, a już nie SLD?
Piszesz, że to „stwór i tak ledwie zipie”. Jeśli więc ledwie zipie, to po cholerę byłoby wchodzić z nim w porozumienia? Jeśliby była szansa na to, że czerwoni nie wejdą do parlamentu, to należałoby się zakrzątnąć właśnie wokół tego, by NIE weszli, nie zaś grać na to, by zapewnić im kolejną kadencję wśród konfitur władzy. Sam przecież doskonale wiesz, że praca (nie tylko czerwonych) parlamentarzystów polega na uwijaniu się wokół rozmaitych mniejszych lub większych interesów, „klepaniu spraw”, które ktoś komuś naraja, osłanianiu kolesi itd. Mielibyśmy więc fundować kolejne nieustające wakacje komunistom i ich zapleczu?
Zresztą, sama myśl, że stwór ledwie zipie jest błędna. Czerwoni znakomicie się mają i są bardzo silni – ich wpływy w mediach (nie tylko publicznych), w kulturze, w edukacji, w biznesie, w służbach, to przecież jeden wielki rak zżerający od dziesięcioleci nasz kraj, a sukces wyborczy PO w 2007 r. (tudzież sukces PO jako destrukcyjnej opozycji w czasach kaczyzmu) związany był z poparciem, jakiego tej partii udzieliła właśnie czerwona pajęczyna. To właśnie było niepisane, ale wyraźne porozumienie PO z SLD, którego skutki odczuwamy dotkliwie do dziś. Jeśli natomiast dziś Kwach zaczyna się bawić w otwartego krytyka PO (tenże sam Kwach, który z Olechowskim, Wałkiem, Wajdą i innymi mędrcami, urządzał ruch broniący demokracji przed kaczystami, jak pamiętasz), w krytyka proponowanych przez PO zmian w konstytucji, w krytyka absolutyzacji władzy przez PO etc., to wyłącznie z tego powodu, by (w ramach zmian wizerunkowych SLD) utorować po raz kolejny czerwonym powrót do władzy jako „partii profesjonalistów”.
Podsumowując, gdyby PiS utworzył rząd z antykatolickim SLD (Szmajdziński byłby szefem MON-u, a Senyszyn edukacji?), to - pomijając już te katastrofalne konsekwencje i dla partii Kaczyńskiego, i dla Polski, o których wspominałem w moim poprzednim poście - ja będę pierwszym, który będzie piętnował tego rodzaju zdradę. To byłaby bowiem zdrada - nie tylko zdrada zaufania konserwatywnych (i zwykle katolickich) wyborców - ale zdrada Polski. Ostatnia więc rzecz, jaką można w obecnej sytuacji lansować, to tego rodzaju zabójcze dla PiS-u porozumienie.
http://hekatonchejres.salon24.pl/162095,leszcz-na-zimno
http://kulturaliberalna.salon24.pl/162158,rotfeld-strategia-rosji-wobec-europy-to-finlandyzacja
http://freeyourmind.salon24.pl/161951,w-kacie
8 mar 2010
W kącie?
Jeszcze we wrześniu ub. roku P. Gosiewski zdecydowanie wykluczał sojusz PiS-u z SLD, dziś zaś, na antenie Radia Kielce, stwierdził – na pytanie, czy sojusz z SLD jest niemożliwy, że takiego sojuszu nie wyklucza, choć nie popiera. Co się stało w ciągu tych kilku miesięcy, że obecny wiceprezes PiS-u przyznający się do poglądów antykomunistycznych dokonał takiego poważnego przewartościowania? I jak to przewartościowanie rozumieć? Sprawa jest o tyle intrygująca, że ówczesna wypowiedź Gosiewskiego (wtedy jeszcze szefa klubu PiS) była kontrą na głos A. Kwaśniewskiego dotyczący możliwości takiego sojuszu – dziś zaś także zabrał głos eks-prezydent, jeszcze raz powtarzając swoje i uzasadniając to możliwością pragmatycznego współdziałania oraz „odstawienia kwestii historycznych w kąt”.
Rozmowa z Gosiewskim zlinkowana jest poniżej, więc zainteresowanych odsyłam. Nie chciałbym też wracać do tego, co napisali już Ścios czy Budyń78, choć ten ostatni przytoczył szokującą dla mnie uwagę A. Hofmana o balaście elektoratu antykomunistycznego dla PiS-u (jeśli ta wypowiedź jest prawdziwa, to Hofmanowi proponuję się zapisać do SLD) – chciałbym bowiem dorzucić własne trzy grosze, które, co daj Boże, nie tylko Gosiewski powinien w wolnej chwili przeczytać. Moje rozważania należy traktować jako prowadzone w trybie warunkowo-przypuszczającym, tzn. „jeśliby...” No więc, jeśliby PiS jednak zdecydował się na zawarcie koalicji z SLD, to nastąpią takie a takie wydarzenia.
Po pierwsze, rozpadnie się sam PiS. Część jego członków, tj. te osoby, które nie chcą słyszeć o parlamentarnym (czy może nawet rządowym) mariażu z komunistami, utworzy osobne ugrupowanie polityczne przejmujące tę część wyborców i sympatyków, którzy popierali PiS ze względu na pewną pryncypialność w kwestiach historycznych i moralno-społecznych. Po drugie, część wyborców odejdzie od PiS-u i uzna go za partię, która zdradziła pewne ideały, sytuując ją dokładnie tam, gdzie obecnie jest PO. Po trzecie, PiS utraci wiarygodność, zamieniając się w ugrupowanie „pragmatyków”, czyli tego rodzaju ludzi, którzy za jedyny cel stawiają sobie dążenie do władzy, trzymanie się jej i konsumowanie konfitur z władzą związanych. Oczywiście w tych „pragmatycznych” kwestiach akurat komuniści są specjalistami i rutyniarzami, więc jeśliby się od kogoś uczyć, jak z gęby zrobić cholewę, to akurat od czerwonych przede wszystkim. Po czwarte, cofnięte zostanie poparcie mediów konserwatywnych, które – mniej czy bardziej krytycznie ale – sekundowały PiS-owi w walce o zmiany w Polsce.
Jeśliby doszło do sojuszu PiS z SLD, to by bowiem znaczyło, że braliśmy udział w jakimś gigantycznym i zgoła niewyobrażalnym oszustwie, zaś hasła o walce z Układem, a już szczególnie rozwiązywanie WSI i głoszenie przeprowadzenia konieczności dekomunizacji i lustracji w różnych środowiskach, byłyby kompletnie niezrozumiałe, a nawet nonsensowne. Jednym z uzasadnień ewentualnej koalicji z komunistami miałoby być to, że tylko w ten sposób można by odsunąć PO od władzy, skoro rządy gabinetu ciemniaków są wyjątkowo szkodliwe dla Polski. No ale bez jaj – czymże bowiem różnią się ciemniacy z SLD od ciemniaków z PO? Jednych ciemniaków przeganiać więc za pomocą współpracy z innymi? Przecież to czyste szaleństwo. Istotą polskich problemów nie jest wszak to, że przejmuje ster władzy jedna czy druga partia pookrągłostołowa – czerwona, zielona czy różowa, lecz to, iż system jest skonstruowany jako umożliwiający właśnie tego rodzaju sterowanie Polską. Jeśli system jest złodziejski, to jego reperowania nie można się podjąć wraz ze złodziejami, jeśli system jest patologiczny, to nie można go likwidować z tymi, co za patologiami stali i stoją. To rzeczy wprost elementarne.
J. Brudziński pytany w RM o koalicję czy współpracę z SLD, stwierdził w dzisiejszych „Aktualnościach”, że należy modlić się za tych, co głoszą idee tego rodzaju koalicji czy współpracy i wyznał, że nie dopuszcza do myśli tego rodzaju kooperacji. „Nie jest absolutnie możliwe, by było porozumienie ze środowiskami lewackimi”, wyznał, wskazując na kwestie moralne, ale zarazem dodał, że może sobie wyobrazić współpracę z SLD w walce z biedą czy patologiami społecznymi, jak alkoholizm. Odrzucił jednak zdecydowanie koalicję polityczną i rządową.
Mamy więc ewidentny dwugłos w samym PiS-ie i ten dwugłos narasta. Aż się prosi więc, by sytuację ostatecznie rozstrzygnął prezes partii, w przeciwnym razie zamęt się będzie pogłębiał, a najwięcej straci na tym sam PiS.
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,7013233,Gosiewski__Nie_bedzie_sojuszu_PiS_z_SLD.html
http://www.radio.kielce.pl/page,,Polska-w-grupie-20-najbogatszych-panstw-swiata-cel-PIS,1751498d10c177416f1d9ba0dd4d51d6.html
http://budyn78.salon24.pl/161787,koalicja-pis-sld-bez-sensu
Rozmowa z Gosiewskim zlinkowana jest poniżej, więc zainteresowanych odsyłam. Nie chciałbym też wracać do tego, co napisali już Ścios czy Budyń78, choć ten ostatni przytoczył szokującą dla mnie uwagę A. Hofmana o balaście elektoratu antykomunistycznego dla PiS-u (jeśli ta wypowiedź jest prawdziwa, to Hofmanowi proponuję się zapisać do SLD) – chciałbym bowiem dorzucić własne trzy grosze, które, co daj Boże, nie tylko Gosiewski powinien w wolnej chwili przeczytać. Moje rozważania należy traktować jako prowadzone w trybie warunkowo-przypuszczającym, tzn. „jeśliby...” No więc, jeśliby PiS jednak zdecydował się na zawarcie koalicji z SLD, to nastąpią takie a takie wydarzenia.
Po pierwsze, rozpadnie się sam PiS. Część jego członków, tj. te osoby, które nie chcą słyszeć o parlamentarnym (czy może nawet rządowym) mariażu z komunistami, utworzy osobne ugrupowanie polityczne przejmujące tę część wyborców i sympatyków, którzy popierali PiS ze względu na pewną pryncypialność w kwestiach historycznych i moralno-społecznych. Po drugie, część wyborców odejdzie od PiS-u i uzna go za partię, która zdradziła pewne ideały, sytuując ją dokładnie tam, gdzie obecnie jest PO. Po trzecie, PiS utraci wiarygodność, zamieniając się w ugrupowanie „pragmatyków”, czyli tego rodzaju ludzi, którzy za jedyny cel stawiają sobie dążenie do władzy, trzymanie się jej i konsumowanie konfitur z władzą związanych. Oczywiście w tych „pragmatycznych” kwestiach akurat komuniści są specjalistami i rutyniarzami, więc jeśliby się od kogoś uczyć, jak z gęby zrobić cholewę, to akurat od czerwonych przede wszystkim. Po czwarte, cofnięte zostanie poparcie mediów konserwatywnych, które – mniej czy bardziej krytycznie ale – sekundowały PiS-owi w walce o zmiany w Polsce.
Jeśliby doszło do sojuszu PiS z SLD, to by bowiem znaczyło, że braliśmy udział w jakimś gigantycznym i zgoła niewyobrażalnym oszustwie, zaś hasła o walce z Układem, a już szczególnie rozwiązywanie WSI i głoszenie przeprowadzenia konieczności dekomunizacji i lustracji w różnych środowiskach, byłyby kompletnie niezrozumiałe, a nawet nonsensowne. Jednym z uzasadnień ewentualnej koalicji z komunistami miałoby być to, że tylko w ten sposób można by odsunąć PO od władzy, skoro rządy gabinetu ciemniaków są wyjątkowo szkodliwe dla Polski. No ale bez jaj – czymże bowiem różnią się ciemniacy z SLD od ciemniaków z PO? Jednych ciemniaków przeganiać więc za pomocą współpracy z innymi? Przecież to czyste szaleństwo. Istotą polskich problemów nie jest wszak to, że przejmuje ster władzy jedna czy druga partia pookrągłostołowa – czerwona, zielona czy różowa, lecz to, iż system jest skonstruowany jako umożliwiający właśnie tego rodzaju sterowanie Polską. Jeśli system jest złodziejski, to jego reperowania nie można się podjąć wraz ze złodziejami, jeśli system jest patologiczny, to nie można go likwidować z tymi, co za patologiami stali i stoją. To rzeczy wprost elementarne.
J. Brudziński pytany w RM o koalicję czy współpracę z SLD, stwierdził w dzisiejszych „Aktualnościach”, że należy modlić się za tych, co głoszą idee tego rodzaju koalicji czy współpracy i wyznał, że nie dopuszcza do myśli tego rodzaju kooperacji. „Nie jest absolutnie możliwe, by było porozumienie ze środowiskami lewackimi”, wyznał, wskazując na kwestie moralne, ale zarazem dodał, że może sobie wyobrazić współpracę z SLD w walce z biedą czy patologiami społecznymi, jak alkoholizm. Odrzucił jednak zdecydowanie koalicję polityczną i rządową.
Mamy więc ewidentny dwugłos w samym PiS-ie i ten dwugłos narasta. Aż się prosi więc, by sytuację ostatecznie rozstrzygnął prezes partii, w przeciwnym razie zamęt się będzie pogłębiał, a najwięcej straci na tym sam PiS.
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,7013233,Gosiewski__Nie_bedzie_sojuszu_PiS_z_SLD.html
http://www.radio.kielce.pl/page,,Polska-w-grupie-20-najbogatszych-panstw-swiata-cel-PIS,1751498d10c177416f1d9ba0dd4d51d6.html
http://budyn78.salon24.pl/161787,koalicja-pis-sld-bez-sensu
Lekcja logiki
Nieoceniony W. Sadurski w iście sokratejskim stylu rozwodzi się nad skrajną głupotą ciemnogrodu i polskiego kołtuna, która to wyraża się w twierdzeniu, jakoby legalizacja związków jednopłciowych stanowiła zagrożenie dla rodziny. Il professore przeprowadza następujące rozumowanie:
„Zawsze mnie interesowało, na mocy jakiego procesu myślowego można odmowę prawnego uznania związków homoseksualnych uznać za obronę rodziny, zaś – na odwrót – uznanie takich związków – za zamach na rodzinę. Przecież sam fakt uznania X nie stanowi zagrożenia dla Y – chyba że X samo w sobie stanowiłoby zagrożenie dla Y. Na przykład: uznanie w jakimś kraju buddyzmu jako równoprawnego wyznania religijnego nie stanowi samo w sobie zagrożenia dla np. protestantów, no chyba, że buddyści aktywnie zajmowaliby się prześladowaniem protestantów. Na tej samej zasadzie, o ile członkowie związków homoseksualnych nie zajmują się aktywnie prześladowaniem rodzin heteroseksualnych – a o ile wiem, nie ma takiego problemu, w każdym razie na masową skalę – to uznanie legalności związków homoseksualnych samo w sobie nie stanowi groźby dla rodziny tradycyjnej.”
Następnie zaś (nie wchodzę w szczegóły, każdy bowiem może sobie ten pokrętny wywód poczytać na blogu Sadurskiego), trzymając się tego toku, „dowodzi”, że najwyżej chodzić może o obawy ciemnogrodu o eksodus heteroseksualistów do środowisk gejowskich oraz o spadek rozrodczości. Można z tego wywodu wnioskować, że Sadurski, wzorem innych ludzi postępu, czyli współczesnych oświeceniowców, pewnych rzeczy nie widzi albo nie chce dostrzec, co z kolei potwierdza pewną życiową prawdę, iż najciemniej jest pod latarnią. Może też być tak, że Sadurski doskonale wie i widzi, o co chodzi, ale - wzorem socjotechników marksistowskich i/lub neomarksistowskich, którzy znają prawidła kreowania rzeczywistości społecznej za pomocą języka (zwłaszcza języka prawniczego) – nie chce by ciemny lud to wiedział i widział. Ktoś zaraz spyta, o jakie prawidła chodzi? O takie np., że się wprowadza do języka prawniczego termin „mowa nienawiści”, a następnie się namierza i ściga tych, co tę „mowę” szerzą. Za pomocą języka można czary robić – jeśli używa się określenia „usunięcie ciąży” zamiast „zabójstwo dziecka nienarodzonego”, to kwestia aborcji wcale nie jest taka straszna, jak mogłaby się wydawać. Cały ten problem wymaga, rzecz jasna, szerszego przedstawienia, ale „logika” myślenia i „logika” języka Sadurskiego jest tu niezłym przykładem.
Wbrew temu bowiem, co pisze nasz florencki autorytet, istnieje jeszcze jedna, fundamentalna kwestia związana z korelacją między zalegalizowaniem związków jednopłciowych i destrukcją rodziny (pomijam już zagadnienia psychopatologii, czyli tego, że osoby o nienaturalnych skłonnościach seksualnych utrwalają te skłonności, dokonując dalszego gwałtu na własnej naturze, a nie leczą się z nich). Kwestia ta sprowadza się do uznania homozwiązku za rodzinę, po prostu, a więc ekwiwokacji związanej ze znaczeniem słowa „rodzina”. Proszę zresztą zauważyć, iż sam Sadurski już odnosi to słowo do homozwiązków, co oczywiście nie jest przypadkiem, ale elementem szerszej strategii kulturowej oświeceniowców, którzy „oswajają” ciemny lud z nowomową postępu. Zabiegi przekształcania sfery znaczeniowej doprowadzano do perfekcji w czasach komunistycznych – jak widzimy jednak, w czasach neokomunistycznych mają się one także znakomicie. Dlaczego dokonuje się takich zabiegów? Ano dlatego, że nowomowa, zrazu używana jako środek perswazji, staje się następnie (tj. w wyniku uporczywego powtarzania pewnych fraz w mediach czy w debacie publicznej) narzędziem myślenia zwykłych ludzi, a w ten sposób przyczynia się do zmian mentalnościowych w świadomości społecznej. Czary-mary dokonywane na języku mają więc głęboki sens kulturowy – nieprzypadkowo więc jakiś specjalista skonstruował kiedyś np. terminy „litościwe zabijanie” czy „dobra śmierć” w odniesieniu do eutanazji. Nieprzypadkowo zwolennicy aborcji mówią, że są za „wolnością wyboru”. Gdy bowiem takie określenia się zakorzenią, gdy ludzie zaczną tak etykietować pewne działania, to kwalifikacja moralna tychże działań się zwyczajnie zmieni i zło zacznie być nie tylko bagatelizowane, ale nazywane dobrem. Dokładnie tak jak za komunizmu, gdzie zamordyzm i terror nazywa się „demokracją ludową”.
Na uznaniu homozwiązku za rodzinę (uznaniu mającym konsekwencje mentalnościowe, kulturowe i społeczne opisane przeze mnie powyżej) sprawa się nie kończy, jak wiemy bowiem, następnym krokiem (zgodnie z „logiką” tego rodzaju uznania, czyli zgodnie z tym, iż homozwiązek to „rodzina”) jest „prawo do adopcji”. Zauważmy: prawo. Legalizacja dewiacji skutkuje więc kolejnymi zmianami prawnymi na zasadzie domina (skoro uznało się A, to trzeba uznać B itd.). Nie ma w tym nic dziwnego, uznanie bowiem tego rodzaju związku za rodzinę, de facto pozwala na wychowywanie dzieci. Otwiera się w ten sposób drogę do instytucjonalizacji homozwiązków już nie na zasadzie tolerancji dla czyichś nienaturalnych preferencji seksualnych, lecz na zasadzie stanowienia nowego obrazu rodziny właśnie. Jest to zagrożenie kulturowe, którego skali w tej chwili nie sposób ocenić, choć te doniesienia prasowe, które mówią o molestowaniu zaadoptowanych dzieci przez „homo-rodziców” już powinny być dostatecznie mocnym sygnałem alarmowym. Oczywiście samo to, że jacyś urzędnicy w pełni świadomie przyznają homoparom prawo do adoptowania dzieci (swoją drogą ciekawe, czy ci ludzie zgodziliby się, by ich własne dzieci wychowywane były np. przez dwóch homoseksualistów), już świadczy o poważnej kulturowej i mentalnej patologii w tych krajach, gdzie tego rodzaju chore kompletnie praktyki weszły w życie. Nie muszę dodawać, że te patologie sukcesywnie są przeszczepiane także do polskiej kultury.
Agresja środowisk gejowskich posunęła się ostatnio tak daleko, że zaczęły one wprost atakować Kościół, wysyłając bojówki na nabożeństwa. (Nawiasem mówiąc, ciekaw jestem, czy do meczetów też tak śmiało weszłyby gejowskie bojówki). Tego rodzaju akcje, nasuwające skojarzenia z bolszewickimi bojówkami wymierzonymi w ludzi religijnych (zresztą sympatie gejowskich środowisk do czerwonych i vice versa są powszechnie znane), świadczą o jednoznacznie o ideologicznym nastawieniu środowisk otwarcie dążących do wojny kulturowej. Wcześniej czy później do takiej wojny dojdzie, ale nie chciałbym być wtedy w skórze tych, co tę wojnę sieją.
http://wojciechsadurski.salon24.pl/161779,ochrona-rodziny-przed-homoseksualistami-i-ps-o-red-warzesze
http://www.chrzescijanin24.pl/ze-wiata/news/1188-dzieci-adoptowane-przez-homoseksualistow-bardziej-naraone-na-samobojstwo.html
http://www.pardon.pl/artykul/11015/geje_zrobili_burde_w_kosciele_zobacz
„Zawsze mnie interesowało, na mocy jakiego procesu myślowego można odmowę prawnego uznania związków homoseksualnych uznać za obronę rodziny, zaś – na odwrót – uznanie takich związków – za zamach na rodzinę. Przecież sam fakt uznania X nie stanowi zagrożenia dla Y – chyba że X samo w sobie stanowiłoby zagrożenie dla Y. Na przykład: uznanie w jakimś kraju buddyzmu jako równoprawnego wyznania religijnego nie stanowi samo w sobie zagrożenia dla np. protestantów, no chyba, że buddyści aktywnie zajmowaliby się prześladowaniem protestantów. Na tej samej zasadzie, o ile członkowie związków homoseksualnych nie zajmują się aktywnie prześladowaniem rodzin heteroseksualnych – a o ile wiem, nie ma takiego problemu, w każdym razie na masową skalę – to uznanie legalności związków homoseksualnych samo w sobie nie stanowi groźby dla rodziny tradycyjnej.”
Następnie zaś (nie wchodzę w szczegóły, każdy bowiem może sobie ten pokrętny wywód poczytać na blogu Sadurskiego), trzymając się tego toku, „dowodzi”, że najwyżej chodzić może o obawy ciemnogrodu o eksodus heteroseksualistów do środowisk gejowskich oraz o spadek rozrodczości. Można z tego wywodu wnioskować, że Sadurski, wzorem innych ludzi postępu, czyli współczesnych oświeceniowców, pewnych rzeczy nie widzi albo nie chce dostrzec, co z kolei potwierdza pewną życiową prawdę, iż najciemniej jest pod latarnią. Może też być tak, że Sadurski doskonale wie i widzi, o co chodzi, ale - wzorem socjotechników marksistowskich i/lub neomarksistowskich, którzy znają prawidła kreowania rzeczywistości społecznej za pomocą języka (zwłaszcza języka prawniczego) – nie chce by ciemny lud to wiedział i widział. Ktoś zaraz spyta, o jakie prawidła chodzi? O takie np., że się wprowadza do języka prawniczego termin „mowa nienawiści”, a następnie się namierza i ściga tych, co tę „mowę” szerzą. Za pomocą języka można czary robić – jeśli używa się określenia „usunięcie ciąży” zamiast „zabójstwo dziecka nienarodzonego”, to kwestia aborcji wcale nie jest taka straszna, jak mogłaby się wydawać. Cały ten problem wymaga, rzecz jasna, szerszego przedstawienia, ale „logika” myślenia i „logika” języka Sadurskiego jest tu niezłym przykładem.
Wbrew temu bowiem, co pisze nasz florencki autorytet, istnieje jeszcze jedna, fundamentalna kwestia związana z korelacją między zalegalizowaniem związków jednopłciowych i destrukcją rodziny (pomijam już zagadnienia psychopatologii, czyli tego, że osoby o nienaturalnych skłonnościach seksualnych utrwalają te skłonności, dokonując dalszego gwałtu na własnej naturze, a nie leczą się z nich). Kwestia ta sprowadza się do uznania homozwiązku za rodzinę, po prostu, a więc ekwiwokacji związanej ze znaczeniem słowa „rodzina”. Proszę zresztą zauważyć, iż sam Sadurski już odnosi to słowo do homozwiązków, co oczywiście nie jest przypadkiem, ale elementem szerszej strategii kulturowej oświeceniowców, którzy „oswajają” ciemny lud z nowomową postępu. Zabiegi przekształcania sfery znaczeniowej doprowadzano do perfekcji w czasach komunistycznych – jak widzimy jednak, w czasach neokomunistycznych mają się one także znakomicie. Dlaczego dokonuje się takich zabiegów? Ano dlatego, że nowomowa, zrazu używana jako środek perswazji, staje się następnie (tj. w wyniku uporczywego powtarzania pewnych fraz w mediach czy w debacie publicznej) narzędziem myślenia zwykłych ludzi, a w ten sposób przyczynia się do zmian mentalnościowych w świadomości społecznej. Czary-mary dokonywane na języku mają więc głęboki sens kulturowy – nieprzypadkowo więc jakiś specjalista skonstruował kiedyś np. terminy „litościwe zabijanie” czy „dobra śmierć” w odniesieniu do eutanazji. Nieprzypadkowo zwolennicy aborcji mówią, że są za „wolnością wyboru”. Gdy bowiem takie określenia się zakorzenią, gdy ludzie zaczną tak etykietować pewne działania, to kwalifikacja moralna tychże działań się zwyczajnie zmieni i zło zacznie być nie tylko bagatelizowane, ale nazywane dobrem. Dokładnie tak jak za komunizmu, gdzie zamordyzm i terror nazywa się „demokracją ludową”.
Na uznaniu homozwiązku za rodzinę (uznaniu mającym konsekwencje mentalnościowe, kulturowe i społeczne opisane przeze mnie powyżej) sprawa się nie kończy, jak wiemy bowiem, następnym krokiem (zgodnie z „logiką” tego rodzaju uznania, czyli zgodnie z tym, iż homozwiązek to „rodzina”) jest „prawo do adopcji”. Zauważmy: prawo. Legalizacja dewiacji skutkuje więc kolejnymi zmianami prawnymi na zasadzie domina (skoro uznało się A, to trzeba uznać B itd.). Nie ma w tym nic dziwnego, uznanie bowiem tego rodzaju związku za rodzinę, de facto pozwala na wychowywanie dzieci. Otwiera się w ten sposób drogę do instytucjonalizacji homozwiązków już nie na zasadzie tolerancji dla czyichś nienaturalnych preferencji seksualnych, lecz na zasadzie stanowienia nowego obrazu rodziny właśnie. Jest to zagrożenie kulturowe, którego skali w tej chwili nie sposób ocenić, choć te doniesienia prasowe, które mówią o molestowaniu zaadoptowanych dzieci przez „homo-rodziców” już powinny być dostatecznie mocnym sygnałem alarmowym. Oczywiście samo to, że jacyś urzędnicy w pełni świadomie przyznają homoparom prawo do adoptowania dzieci (swoją drogą ciekawe, czy ci ludzie zgodziliby się, by ich własne dzieci wychowywane były np. przez dwóch homoseksualistów), już świadczy o poważnej kulturowej i mentalnej patologii w tych krajach, gdzie tego rodzaju chore kompletnie praktyki weszły w życie. Nie muszę dodawać, że te patologie sukcesywnie są przeszczepiane także do polskiej kultury.
Agresja środowisk gejowskich posunęła się ostatnio tak daleko, że zaczęły one wprost atakować Kościół, wysyłając bojówki na nabożeństwa. (Nawiasem mówiąc, ciekaw jestem, czy do meczetów też tak śmiało weszłyby gejowskie bojówki). Tego rodzaju akcje, nasuwające skojarzenia z bolszewickimi bojówkami wymierzonymi w ludzi religijnych (zresztą sympatie gejowskich środowisk do czerwonych i vice versa są powszechnie znane), świadczą o jednoznacznie o ideologicznym nastawieniu środowisk otwarcie dążących do wojny kulturowej. Wcześniej czy później do takiej wojny dojdzie, ale nie chciałbym być wtedy w skórze tych, co tę wojnę sieją.
http://wojciechsadurski.salon24.pl/161779,ochrona-rodziny-przed-homoseksualistami-i-ps-o-red-warzesze
http://www.chrzescijanin24.pl/ze-wiata/news/1188-dzieci-adoptowane-przez-homoseksualistow-bardziej-naraone-na-samobojstwo.html
http://www.pardon.pl/artykul/11015/geje_zrobili_burde_w_kosciele_zobacz
7 mar 2010
Dyktatura głupców
Jeśli się stworzyło państwo pozorne, imitujące i to w dość nieudolny sposób, państwo wolne, niepodległe i praworządne, to nie można mieć naraz pretensji o to, że ta potiomkinowska wieś rządzi się własnymi prawami. Ostatnio bowiem pojawiły się dwie ciekawe, choć moim zdaniem niezbyt głębokie, diagnozy sytuacji politycznej Polski, w których zwraca się uwagę generalnie na to, że wciąż u władzy nie nastąpiła jakaś zmiana pokoleniowa (rządzi establishment III RP) oraz na to, że życie polityczne w naszym kraju jest bezideowe. Może i jest w tym sporo racji, ale jakie są powody takiego stanu rzeczy?
Po pierwsze pieriestrojka, która miała na celu przekształcenie wielkiej potiomkinowskiej wsi w stylu sowieckim na taką wieś w stylu posowieckim (a zarazem neomarksistowskim w sensie Gramsciego i Marcusego), a więc zahamowanie jakichkolwiek głębokich przemian niepodległościowych w obszarze państw zagarniętych kiedyś przez bolszewicką Rosję, udała się. Wpływy sił komunistycznych są obecnie (paradoksalnie) większe aniżeli w czasach bolszewizmu. Czerwoni (nie tylko w naszym kraju) dysponują olbrzymimi zasobami finansowymi, mają swoje struktury polityczne, sitwy w gospodarce, służbach i środowiskach przestępczych oraz media. To wszystko zaś mają zupełnie legalnie, już bez konieczności odwoływania się do karzącej ręki czerwonoarmisty i do systemu psychuszek oraz koncłagrów. Co więcej, czerwoni są obecnie w kontrofensywie neomarksistowskiej, zmierzającej do radykalnej transformacji w obszarze obyczajowości, religijności, kultury i edukacji (zgodnie z ideałami Gramsciego i Marcusego) – dowodzi to zarazem, że zbagatelizowanie problemu rozliczenia komunizmu (zwłaszcza poprzez proces analogiczny do norymberskiego i poprzez wyroki śmierci na zbrodniarzach), doprowadziło do faktycznej rekomunizacji całego obszaru państw „postkomunistycznych”, w których, jak to powiadają światli ludzie, zapanowały czasy postpolityki, tj. wesołego administrowania, występowania przed kamerami i nieprzejmowania się poważnymi kwestiami. W niedalekiej przyszłości spodziewać się możemy zatem kolejnego starcia z czerwonymi; widać zresztą gołym okiem, jak środowiska te nacierają na ludzi religijnych, na tradycjonalistycznie pojmowaną rodzinę, na szkołę, na wolności obywatelskie itd.
Po drugie, „elity opozycyjne”, które zajęły się procesem „demontażu komunizmu”, co tak naprawdę miało postać asystowania przy działaniach demontażowych samych czerwonych, miały jedyną naczelną ideę związaną z „nowym państwem”, ideę „jakoś to będzie”. Z początku zresztą te elity tak bardzo się trzęsły przed jakąkolwiek realną władzą, że nie tylko przymykały oczy na to, co wyrabiali komuniści (urządzanie się w nowej rzeczywistości, niszczenie archiwaliów itd.), ale nawet nie chciały demontować „Układu Warszawskiego” ani wyganiać sowietów z Polski. Jako roboczy pomysł ozdrowieńczy na wszelkie bolączki i boleści wymyśliły więc te elity drogę westernizacji kraju, nie przejmując się wcale ani tym, że wprowadzanie potiomkinowskiej wsi do struktur północnoatlantyckich i unijnych, nie może uczynić z niej normalnego państwa, ani tym, że nie zostały uregulowane kwestie powojennych odszkodowań wobec Polski ze strony Niemiec i Rosji. Nie należy się dziwić, że zachodnie elity uznały, iż warto nasz kraj, mimo że jest potiomkinowską wsią, wciągać do zachodnich struktur, zawsze to bowiem kolejne zabezpieczenie przed rosyjską nawałą, a poza tym nawet w potiomkinowskiej wsi da się trochę interesów ubić. Dla Niemców zresztą interes był podwójny, albowiem Polska militarnie słaba, źle rządzona, niepraworządna, zabałaganiona i kulturowo oraz naukowo cofnięta w rozwoju, to kolejny obszar do cywilizacyjnego podboju.
Po trzecie, owi pomysłodawcy westernizacji (wśród których i komunistyczna brać się zaraz pojawiła), przechodzili do porządku dziennego nad procesami ateizacji, laicyzacji, deprawacji, propagowaniem aborcji oraz eutanazji właśnie w obszarze „westernizującym”. To podejście musiało wynikać albo ze słabego rozpoznania rzeczywistości konstruowanego przez oświeconą zachodnią lewicę, superpaństwa, albo ze zwyczajnej głupoty. Obstawiam to drugie. (Pomijam motywację czerwonych, którzy od wczesnych lat 40. stawiają sobie w Polsce za punkt honoru niszczenie polskiej kultury i tkanki narodowej, i będą to robić do końca świata, jako przedstawiciele antypolskiej formacji). Elity więc nie przejmowały się zupełnie tym, że tak naprawdę za fasadą westernizacji kryją się poważne zagrożenia kulturowe, z którymi będą musieli się Polacy borykać, będąc kulturowo osłabionymi po kilkudziesięcioleciu ludobójczego komunizmu.
Po czwarte, Kościół (mam na myśli hierarchów) w swej części zajął w tych wszystkich procesach postawę albo aprobującą (mediowanie między opozycją a czerwonymi, „błogosławienie” okrąglaka, „błogosławienie” akcesji do „unii” etc.), albo defensywną, polegającą na tym, że się zagrożeń kulturowych nie zauważa lub też się je traktuje jako „na razie niegroźne”. Swoją drogą zastanawiam się, czy gdy homoseksualne bojówki (wzorem holenderskich) zaczną wdzierać się na nabożeństwa eucharystyczne w polskich kościołach, to czy wtedy się duchowieństwo obudzi, czy też już na przebudzenie będzie wtedy za późno (mam nadzieję, że przynajmniej sami Polacy się przebudzą). W istocie rzeczy bowiem osławiona westernizacja w dzisiejszym jej wydaniu nie ma nic wspólnego z krzewieniem wolności i szacunku dla godności drugiej osoby, ze zwalczaniem marksistowskiej indoktrynacji itd., ale wprost przeciwnie, jest ekspansją kulturowego marksizmu na skalę wprost niespotykaną. W tym kontekście więc już teraz możemy mówić o kolejnej wojnie kulturowej, którą nam neomarksiści fundują. Wojnie, która na pewno dobrze się nie skończy.
Warto zresztą przypomnieć, że żadnej poważnej wojny z komunizmem do tej pory nie było. Były rozmaite potyczki w różnych regionach świata, była walka propagandowa, była też wreszcie reaganowska polityka rzucania na kolana sowieckiego niedźwiedzia, a nawet sprowadzania go do parteru, ale niestety, niedźwiedzia nie dobito, gdy leżał (to już zasługa G. Busha ojca). Nie wprowadzono opcji zerowej dla czerwonych zbrodniarzy, a w ten sposób pozwolono, by stary niedźwiedź podniósł się z klęczek i nabrał sił.
Po piąte, ideologia całkowitego rozmycia jakichkolwiek sensownych projektów naprawy państwa, ideologia postpolityki właśnie, stanowiła i nadal stanowi zasłonę dymną dla postępującej oligarchizacji, a poza tym jest bezcennym i genialnym w swej prostocie wynalazkiem socjotechnicznym. Postpolityka bowiem sprowadza się we wszelkich debatach do personalizacji tego, co się dzieje na rozmaitych szczeblach władzy. Śledząc od lat programy z udziałem wielu polskich polityków (np. w Trójce czy u Olejnikowej), nie mogę wyjść z podziwu nad tym, że jedynie potrafią oni mówić o... politykach, czyli o samych sobie, o niczym więcej. Zresztą dziennikarze zwykle tak samo patrzą na establishment. Czy nie jest to podobne do myślenia o peerelu w tępych kategoriach „za Gomułki”, „za Gierka”, „za Rakowskiego” etc.? Jest, i dlatego tak wielu specjalistów słyszymy i widzimy w mediach, którzy jedyne, czym się od 21 lat zajmują, to deliberowaniem o tym, który polityk jest jaki, a który siaki, i kto co komu o kim powiedział. Do komentowania tego rodzaju rzeczywistości nawet wyższych studiów nie trzeba. A jakieś idee? Programy? Perspektywiczne projekty? Kto o czymś takim słyszał? I na co to komu? Fakt, w republice bananowej nie ma co strugać wariata jakimś głoszeniem programu politycznego. Poza tym, jeśli istotne decyzje zapadają gdzieś w Brukseli, Berlinie czy Moskwie, to czymże mają się zajmować polskie elity, jak nie samymi sobą?
Pytanie, czy dopiero węgierski lub grecki wariant jest w stanie nas wszystkich postawić na nogi, czy też potrzebna jest już teraz myśl taka, jaką miał Piłsudski w maju 1926 r., pozostawiam otwarte. W obecnym bowiem kształcie polskie państwo nie dysponuje mechanizmami samonaprawy, gdyż skonstruowane jest jako dysfunkcjonalne. No chyba że wszyscy razem zaczniemy przeganiać ludzi odpowiedzialnych za rekomunizację Polski (czerwonych, zielonych i różowych) z polityki, gospodarki, kultury, edukacji i innych sfer naszego życia.
http://antoni.dudek.salon24.pl/161623,nuda-polityki
http://www.rp.pl/artykul/2,440005.html
Po pierwsze pieriestrojka, która miała na celu przekształcenie wielkiej potiomkinowskiej wsi w stylu sowieckim na taką wieś w stylu posowieckim (a zarazem neomarksistowskim w sensie Gramsciego i Marcusego), a więc zahamowanie jakichkolwiek głębokich przemian niepodległościowych w obszarze państw zagarniętych kiedyś przez bolszewicką Rosję, udała się. Wpływy sił komunistycznych są obecnie (paradoksalnie) większe aniżeli w czasach bolszewizmu. Czerwoni (nie tylko w naszym kraju) dysponują olbrzymimi zasobami finansowymi, mają swoje struktury polityczne, sitwy w gospodarce, służbach i środowiskach przestępczych oraz media. To wszystko zaś mają zupełnie legalnie, już bez konieczności odwoływania się do karzącej ręki czerwonoarmisty i do systemu psychuszek oraz koncłagrów. Co więcej, czerwoni są obecnie w kontrofensywie neomarksistowskiej, zmierzającej do radykalnej transformacji w obszarze obyczajowości, religijności, kultury i edukacji (zgodnie z ideałami Gramsciego i Marcusego) – dowodzi to zarazem, że zbagatelizowanie problemu rozliczenia komunizmu (zwłaszcza poprzez proces analogiczny do norymberskiego i poprzez wyroki śmierci na zbrodniarzach), doprowadziło do faktycznej rekomunizacji całego obszaru państw „postkomunistycznych”, w których, jak to powiadają światli ludzie, zapanowały czasy postpolityki, tj. wesołego administrowania, występowania przed kamerami i nieprzejmowania się poważnymi kwestiami. W niedalekiej przyszłości spodziewać się możemy zatem kolejnego starcia z czerwonymi; widać zresztą gołym okiem, jak środowiska te nacierają na ludzi religijnych, na tradycjonalistycznie pojmowaną rodzinę, na szkołę, na wolności obywatelskie itd.
Po drugie, „elity opozycyjne”, które zajęły się procesem „demontażu komunizmu”, co tak naprawdę miało postać asystowania przy działaniach demontażowych samych czerwonych, miały jedyną naczelną ideę związaną z „nowym państwem”, ideę „jakoś to będzie”. Z początku zresztą te elity tak bardzo się trzęsły przed jakąkolwiek realną władzą, że nie tylko przymykały oczy na to, co wyrabiali komuniści (urządzanie się w nowej rzeczywistości, niszczenie archiwaliów itd.), ale nawet nie chciały demontować „Układu Warszawskiego” ani wyganiać sowietów z Polski. Jako roboczy pomysł ozdrowieńczy na wszelkie bolączki i boleści wymyśliły więc te elity drogę westernizacji kraju, nie przejmując się wcale ani tym, że wprowadzanie potiomkinowskiej wsi do struktur północnoatlantyckich i unijnych, nie może uczynić z niej normalnego państwa, ani tym, że nie zostały uregulowane kwestie powojennych odszkodowań wobec Polski ze strony Niemiec i Rosji. Nie należy się dziwić, że zachodnie elity uznały, iż warto nasz kraj, mimo że jest potiomkinowską wsią, wciągać do zachodnich struktur, zawsze to bowiem kolejne zabezpieczenie przed rosyjską nawałą, a poza tym nawet w potiomkinowskiej wsi da się trochę interesów ubić. Dla Niemców zresztą interes był podwójny, albowiem Polska militarnie słaba, źle rządzona, niepraworządna, zabałaganiona i kulturowo oraz naukowo cofnięta w rozwoju, to kolejny obszar do cywilizacyjnego podboju.
Po trzecie, owi pomysłodawcy westernizacji (wśród których i komunistyczna brać się zaraz pojawiła), przechodzili do porządku dziennego nad procesami ateizacji, laicyzacji, deprawacji, propagowaniem aborcji oraz eutanazji właśnie w obszarze „westernizującym”. To podejście musiało wynikać albo ze słabego rozpoznania rzeczywistości konstruowanego przez oświeconą zachodnią lewicę, superpaństwa, albo ze zwyczajnej głupoty. Obstawiam to drugie. (Pomijam motywację czerwonych, którzy od wczesnych lat 40. stawiają sobie w Polsce za punkt honoru niszczenie polskiej kultury i tkanki narodowej, i będą to robić do końca świata, jako przedstawiciele antypolskiej formacji). Elity więc nie przejmowały się zupełnie tym, że tak naprawdę za fasadą westernizacji kryją się poważne zagrożenia kulturowe, z którymi będą musieli się Polacy borykać, będąc kulturowo osłabionymi po kilkudziesięcioleciu ludobójczego komunizmu.
Po czwarte, Kościół (mam na myśli hierarchów) w swej części zajął w tych wszystkich procesach postawę albo aprobującą (mediowanie między opozycją a czerwonymi, „błogosławienie” okrąglaka, „błogosławienie” akcesji do „unii” etc.), albo defensywną, polegającą na tym, że się zagrożeń kulturowych nie zauważa lub też się je traktuje jako „na razie niegroźne”. Swoją drogą zastanawiam się, czy gdy homoseksualne bojówki (wzorem holenderskich) zaczną wdzierać się na nabożeństwa eucharystyczne w polskich kościołach, to czy wtedy się duchowieństwo obudzi, czy też już na przebudzenie będzie wtedy za późno (mam nadzieję, że przynajmniej sami Polacy się przebudzą). W istocie rzeczy bowiem osławiona westernizacja w dzisiejszym jej wydaniu nie ma nic wspólnego z krzewieniem wolności i szacunku dla godności drugiej osoby, ze zwalczaniem marksistowskiej indoktrynacji itd., ale wprost przeciwnie, jest ekspansją kulturowego marksizmu na skalę wprost niespotykaną. W tym kontekście więc już teraz możemy mówić o kolejnej wojnie kulturowej, którą nam neomarksiści fundują. Wojnie, która na pewno dobrze się nie skończy.
Warto zresztą przypomnieć, że żadnej poważnej wojny z komunizmem do tej pory nie było. Były rozmaite potyczki w różnych regionach świata, była walka propagandowa, była też wreszcie reaganowska polityka rzucania na kolana sowieckiego niedźwiedzia, a nawet sprowadzania go do parteru, ale niestety, niedźwiedzia nie dobito, gdy leżał (to już zasługa G. Busha ojca). Nie wprowadzono opcji zerowej dla czerwonych zbrodniarzy, a w ten sposób pozwolono, by stary niedźwiedź podniósł się z klęczek i nabrał sił.
Po piąte, ideologia całkowitego rozmycia jakichkolwiek sensownych projektów naprawy państwa, ideologia postpolityki właśnie, stanowiła i nadal stanowi zasłonę dymną dla postępującej oligarchizacji, a poza tym jest bezcennym i genialnym w swej prostocie wynalazkiem socjotechnicznym. Postpolityka bowiem sprowadza się we wszelkich debatach do personalizacji tego, co się dzieje na rozmaitych szczeblach władzy. Śledząc od lat programy z udziałem wielu polskich polityków (np. w Trójce czy u Olejnikowej), nie mogę wyjść z podziwu nad tym, że jedynie potrafią oni mówić o... politykach, czyli o samych sobie, o niczym więcej. Zresztą dziennikarze zwykle tak samo patrzą na establishment. Czy nie jest to podobne do myślenia o peerelu w tępych kategoriach „za Gomułki”, „za Gierka”, „za Rakowskiego” etc.? Jest, i dlatego tak wielu specjalistów słyszymy i widzimy w mediach, którzy jedyne, czym się od 21 lat zajmują, to deliberowaniem o tym, który polityk jest jaki, a który siaki, i kto co komu o kim powiedział. Do komentowania tego rodzaju rzeczywistości nawet wyższych studiów nie trzeba. A jakieś idee? Programy? Perspektywiczne projekty? Kto o czymś takim słyszał? I na co to komu? Fakt, w republice bananowej nie ma co strugać wariata jakimś głoszeniem programu politycznego. Poza tym, jeśli istotne decyzje zapadają gdzieś w Brukseli, Berlinie czy Moskwie, to czymże mają się zajmować polskie elity, jak nie samymi sobą?
Pytanie, czy dopiero węgierski lub grecki wariant jest w stanie nas wszystkich postawić na nogi, czy też potrzebna jest już teraz myśl taka, jaką miał Piłsudski w maju 1926 r., pozostawiam otwarte. W obecnym bowiem kształcie polskie państwo nie dysponuje mechanizmami samonaprawy, gdyż skonstruowane jest jako dysfunkcjonalne. No chyba że wszyscy razem zaczniemy przeganiać ludzi odpowiedzialnych za rekomunizację Polski (czerwonych, zielonych i różowych) z polityki, gospodarki, kultury, edukacji i innych sfer naszego życia.
http://antoni.dudek.salon24.pl/161623,nuda-polityki
http://www.rp.pl/artykul/2,440005.html
6 mar 2010
Ludzka twarz zamordyzmu

W pradawnych czasach, kiedy to mądrość Stalina zmieniała biegi rzek, jeden błąd któregoś z towarzyszy partia-matka (a raczej maciora), była w stanie wybaczyć, ale dwa błędy były już dowodem tzw. odchylenia od myślenia rewolucyjnego. Te precyzyjne kryteria kwalifikacji rewolucyjnej czujności przypomina w apologetycznym artykule o jednym z najtwardszych komunistów na ziemiach polskich, zmarłym niedawno (styczeń 2010) w wieku niemalże stu lat, K. Mijalu, młody, a jakżeż przecież uzdolniony, Rafał Kalukin (którego już dawno wypatrzyłem jako wiernego ucznia mistrza Adama) w tekście pod klasycznie, jak na nowomowę gazetową przystało, zagiętym tytułem „Człowiek bez odchyleń”.
Tradycja drobiazgowego przypominania życiorysów rozmaitych komunistów, oczywiście w odpowiednim historycznym zniuansowaniu (takim, o jakie chodziło publicystom zbulwersowanym emisją „Towarzysza Generała”), jest w środowisku (a ściślej szkole) mistrza Adama tak długa, że - stosując sprawdzone kryteria komunistyczne - możemy uznać to odchylenie za bardzo trwałe i możemy jedynie dziwować się, iż do tej pory „GW” nie zmieniła się szyldem z legendarną „Trybuną Ludu” (choć jeszcze nic straconego). Tradycja ta mogłaby zastanawiać może tych, co potraktowali na serio zapewnienia, iż w Polsce w 1989 r. obalono komunizm. Jeśli bowiem przez następne lata po „obaleniu”, sentymentalnie wracało się w agorowych mediach do co ciekawszych i co barwniejszych postaci komunizmu, niektóre z nich nawet tytułując „ludźmi honoru”, to można było z tego po głupiemu wnioskować, o ile się nie rozumiało mądrości etapu, iż nie tylko nie było czego obalać, ale i że w szeregach komunistycznych było wielu naprawdę wspaniałych, wielkich, ideowych, prawych i uczciwych ludzi, przeciwko którym nie należało protestować, wychodzić na ulice, czy, nie daj Panie Boże, wobec których nawoływać do wieszania zamiast liści.
Dojrzały jednak czytelnik, a ściślej, ktoś, komu nie tylko serce bije po lewej stronie, ale i kto potrafi się ze wstrzymanym w napięciu oddechem wsłuchiwać w bicia serc mistrzów intelektualnych „Polski powojennej” (czyli peerelu i III RP), tak jak lekarz osłuchujący płuca pacjenta, wiedziałby, że rzucone ciemnemu ludowi określenie „obalenie komunizmu” dotyczy tak naprawdę upragnionego przez lewicę laicką nadania ludzkiej twarzy socjalizmowi vel (wyśnionemu przez wielu ludowych myślicieli) oświeconemu zamordyzmowi, czyli że w istocie komunistyczna pieriekowka wcale się nie zakończyła, lecz weszła w fazę o wiele nowocześniejszą od poprzednich. Wcześniej bowiem potrzebny był sowiecki bagnet, strzał w tył głowy, łagier, zsyłka, policyjna pała, przymus zatrudnienia, głodowe pensje, kołchoźnik, indoktrynacja i permanentne niedobory towarów w sklepach – później jednak odkryto, że jeśli (rzecz jasna w trakcie kontrolowanego przez zaufanych ludzi „transformowania ustroju”) zmieni się warunki bytowe, to socjalizm uzyska nareszcie ludzką twarz i nie będzie potrzebował ani drutów kolczastych, ani grobów masowych. I uzyskał. Uśmiechnięty Jaruzel, uśmiechnięty Kiszczak, uśmiechnięty Urban, uśmiechnięci wujek Tadek, wujek Bronek, wujek Adam, wujek Jacek i wielu wielu innych to twarze współczesnego polskiego socjalizmu, a ich uśmiechy są uzasadnione, no bo też było i jest się z czego cieszyć, skoro eksperyment się nareszcie powiódł. To zaś, że sporo ciemnych ludzi uwierzyło, iż nastąpiła wielka zmiana, tzn. że polski naród odzyskał podmiotowość, to już problem tychże frajerów.
Obecnie weszliśmy jednak w zupełnie nowy i warty odnotowania etap – otóż nie polega on na tym, że po prostu salonowi mędrcy (starsi lub młodsi stażem w inżynierii dusz) wzdychają do złotych lat „Polski Ludowej” i ówczesnej, niedojrzałej (bo bez ludzkiej twarzy) wersji socjalizmu. Teraz komunizm zaczyna być wprost gloryfikowany jako właściwa droga naprawy świata, a słowo „komunista” brzmi znowu dumnie (skoro J. Żakowski tak skomplementował niedawno R. Kapuścińskiego). O jakiego jednak komunistę może chodzić? No, o takiego szczerego, co z jednej strony jest ideowcem niemogącym oka zmrużyć w trosce o sprawiedliwość społeczną, z drugiej o takiego, który jest prowadzony przez ludzi ze specsłużb, a z trzeciej o takiego, który, gdy Rosja da nam rozkaz, chwyta za broń i walczy po stronie marksistowskiej partyzantki, nawet na obcej ziemi, skoro wymaga tego święta sprawa socjalizmu i ogólnoświatowego pokoju. Szkoda, że wujek Soso nie może tego wszystkiego widzieć.
http://wyborcza.pl/1,75480,7592409,Czlowiek_bez_odchylen.html?as=1&ias=8&startsz=x
http://niepoprawni.pl/blog/74/wyjscie-smoka (mój tekst ze wstrząsającymi cytatami z Kalukina)
http://www.polskatimes.pl/opinie/wywiady/227524,zakowski-kapuscinski-byl-bardzo-odwaznym-ideowym-komunista,id,t.html
Tradycja drobiazgowego przypominania życiorysów rozmaitych komunistów, oczywiście w odpowiednim historycznym zniuansowaniu (takim, o jakie chodziło publicystom zbulwersowanym emisją „Towarzysza Generała”), jest w środowisku (a ściślej szkole) mistrza Adama tak długa, że - stosując sprawdzone kryteria komunistyczne - możemy uznać to odchylenie za bardzo trwałe i możemy jedynie dziwować się, iż do tej pory „GW” nie zmieniła się szyldem z legendarną „Trybuną Ludu” (choć jeszcze nic straconego). Tradycja ta mogłaby zastanawiać może tych, co potraktowali na serio zapewnienia, iż w Polsce w 1989 r. obalono komunizm. Jeśli bowiem przez następne lata po „obaleniu”, sentymentalnie wracało się w agorowych mediach do co ciekawszych i co barwniejszych postaci komunizmu, niektóre z nich nawet tytułując „ludźmi honoru”, to można było z tego po głupiemu wnioskować, o ile się nie rozumiało mądrości etapu, iż nie tylko nie było czego obalać, ale i że w szeregach komunistycznych było wielu naprawdę wspaniałych, wielkich, ideowych, prawych i uczciwych ludzi, przeciwko którym nie należało protestować, wychodzić na ulice, czy, nie daj Panie Boże, wobec których nawoływać do wieszania zamiast liści.
Dojrzały jednak czytelnik, a ściślej, ktoś, komu nie tylko serce bije po lewej stronie, ale i kto potrafi się ze wstrzymanym w napięciu oddechem wsłuchiwać w bicia serc mistrzów intelektualnych „Polski powojennej” (czyli peerelu i III RP), tak jak lekarz osłuchujący płuca pacjenta, wiedziałby, że rzucone ciemnemu ludowi określenie „obalenie komunizmu” dotyczy tak naprawdę upragnionego przez lewicę laicką nadania ludzkiej twarzy socjalizmowi vel (wyśnionemu przez wielu ludowych myślicieli) oświeconemu zamordyzmowi, czyli że w istocie komunistyczna pieriekowka wcale się nie zakończyła, lecz weszła w fazę o wiele nowocześniejszą od poprzednich. Wcześniej bowiem potrzebny był sowiecki bagnet, strzał w tył głowy, łagier, zsyłka, policyjna pała, przymus zatrudnienia, głodowe pensje, kołchoźnik, indoktrynacja i permanentne niedobory towarów w sklepach – później jednak odkryto, że jeśli (rzecz jasna w trakcie kontrolowanego przez zaufanych ludzi „transformowania ustroju”) zmieni się warunki bytowe, to socjalizm uzyska nareszcie ludzką twarz i nie będzie potrzebował ani drutów kolczastych, ani grobów masowych. I uzyskał. Uśmiechnięty Jaruzel, uśmiechnięty Kiszczak, uśmiechnięty Urban, uśmiechnięci wujek Tadek, wujek Bronek, wujek Adam, wujek Jacek i wielu wielu innych to twarze współczesnego polskiego socjalizmu, a ich uśmiechy są uzasadnione, no bo też było i jest się z czego cieszyć, skoro eksperyment się nareszcie powiódł. To zaś, że sporo ciemnych ludzi uwierzyło, iż nastąpiła wielka zmiana, tzn. że polski naród odzyskał podmiotowość, to już problem tychże frajerów.
Obecnie weszliśmy jednak w zupełnie nowy i warty odnotowania etap – otóż nie polega on na tym, że po prostu salonowi mędrcy (starsi lub młodsi stażem w inżynierii dusz) wzdychają do złotych lat „Polski Ludowej” i ówczesnej, niedojrzałej (bo bez ludzkiej twarzy) wersji socjalizmu. Teraz komunizm zaczyna być wprost gloryfikowany jako właściwa droga naprawy świata, a słowo „komunista” brzmi znowu dumnie (skoro J. Żakowski tak skomplementował niedawno R. Kapuścińskiego). O jakiego jednak komunistę może chodzić? No, o takiego szczerego, co z jednej strony jest ideowcem niemogącym oka zmrużyć w trosce o sprawiedliwość społeczną, z drugiej o takiego, który jest prowadzony przez ludzi ze specsłużb, a z trzeciej o takiego, który, gdy Rosja da nam rozkaz, chwyta za broń i walczy po stronie marksistowskiej partyzantki, nawet na obcej ziemi, skoro wymaga tego święta sprawa socjalizmu i ogólnoświatowego pokoju. Szkoda, że wujek Soso nie może tego wszystkiego widzieć.
http://wyborcza.pl/1,75480,7592409,Czlowiek_bez_odchylen.html?as=1&ias=8&startsz=x
http://niepoprawni.pl/blog/74/wyjscie-smoka (mój tekst ze wstrząsającymi cytatami z Kalukina)
http://www.polskatimes.pl/opinie/wywiady/227524,zakowski-kapuscinski-byl-bardzo-odwaznym-ideowym-komunista,id,t.html
5 mar 2010
Dziennikarz potrzebny od zaraz
To, że w swej olbrzymiej większości przedstawiciele zawodu dziennikarskiego nie spełniają swojej misji czy funkcji społecznej, nie jest odkryciem Magdy Figurskiej ani nawet Igora Jankego, ale jest czymś, co każdy w miarę rozgarnięty obywatel już po 21 latach istnienia „wolnych mediów” doskonale wie. Magda wspomina o 1) służebności wobec establishmentu, czyli, mówiąc inaczej, o całkowitym spolityzowaniu zawodu dziennikarza i 2) bezmyślności ludzi mediów, ja jednak rzekłbym, że kluczowa sprawa wiąże się z kwestią „wzorców osobowych” polskiego dziennikarstwa oraz wykształcenia ludzi pracujących w tymże zawodzie.
Niedawno rozmawialiśmy z przyjacielem na temat kondycji polskiego dziennikarstwa, oczywiście w kontekście kołomyi, w jaką wpadli salonowcy, odkąd wydano książkę Domosławskiego, ale też w kontekście niedawnej, głośnej wypowiedzi Żakowskiego, który odmówił profesjonalizmu tym współczesnym przedstawicielom dziennikarstwa, którzy nie mają (tak jak on) zawodowego przygotowania w postaci studiów dziennikarskich. Zacznijmy od Kapuścińskiego. W dyskusjach wokół tego, co w swej książce miał wykazać Domosławski, zaczęto, zauważmy, bagatelizować parę istotnych spraw: 1) to, że Kapuściński konfabulował, 2) to, że współpracował ze specsłużbami, jak też to, że 3) był nie tylko „tłumaczem wojennym”, ale brał udział w walkach w Angoli po stronie komunistycznej partyzantki (pomijam już kwestie obyczajowe, bo do ich rozgrzeszania „salonowcy” nas już przyzwyczaili, jeśli chodzi o ich przedstawicieli, rzecz jasna). Ponoć A. Stasiuk pukał się w czoło, odnosząc się do tych młotków, co chcieliby po głupiemu wytykać zmyślanie „mistrzowi reportażu”, a przecież jest to kwestia zasadnicza, jeśli traktujemy pisarstwo Kapuścińskiego (a taki przecież był kanoniczny przekaz hagiografów) jako literaturę faktu. Cóż bowiem bardziej może dyskwalifikować wartość tego rodzaju literatury, jeśli nie konfabulacje? Wiedząc, że ktoś często zmyśla – czy traktujemy serio jego mrożące krew w żyłach opowieści, nawet jeżeli brzmią przekonująco? Osobiste, zawodowe, a nawet fizyczne zaangażowanie się Kapuścińskiego po jednej ze stron światowego konfliktu (zwanego w dawnych czasach „zimną wojną”) ma z kolei być dla salonowców swego rodzaju „drogą ideowca lewicowego”, który tak się włącza w budowanie raju na ziemi, że nawet nie stawia sobie pytania, czy stanął po właściwej stronie barykady. Te miliony pomordowanych, torturowanych czy więzionych w koncłagrach, te miliony żyjące w nędzy pod rządami komunistycznych zbrodniarzy, znikają jakoś za horyzontem i taki lewicowiec podąża sobie po prostu świetlistym szlakiem, zbawiając świat.
To wszystko jest zrozumiałe w kontekście neokomunizmu, jaki zafundowała nam III RP, ale też w dużej mierze uzasadniania, dlaczego ta kondycja polskiego dziennikarstwa jest taka tragiczna, taka katastrofalna. Wzorzec osobowy bowiem to nie jest śledczy, który tropi afery na szczytach władzy, to nie jest ktoś, kto węszy, grzebie na zapleczu, patrzy z podejrzliwością na ręce ludzi władzy, dociera do „niedostępnych” źródeł informacji, odsiewa propagandę od rzetelnego przekazu, naraża się (nie tylko zawodowo, ale i życiowo), by – w imię służby prawdzie i służby obywatelom, w imię ethosu dziennikarskiego – przekazywać sprawdzoną, niezakłamaną wiedzę o rzeczywistości. Wzorcem osobowym jest człowiek, który nie tylko wysługuje się reżimowi, ale osłaniany jest przez specsłużby, a gdy przychodzi „chwila próby”, chwyta za broń i walczy „po właściwej stronie”, czyli z imperializmem, faszyzmem, kontrrewolucją, wyzyskiwaczami etc. Z moim kumplem zastanawialiśmy się w kwestii Kapuścińskiego jeszcze o jednym: dlaczego po 1989 r., gdy w ZSSR (a później Federacji Rosyjskiej) działy się najważniejsze dla świata rzeczy Kapuściński nie rzucił się w wir wydarzeń i nie opisał dokładnie rozpadu „kraju rad”, puczu Janajewa, wojny czeczeńskiej, a następnie dojścia Putina do władzy i następnie neoimperializacji, neosowietyzacji Rosji? Nie było już przecież „gorsetu cenzury”, a sam Kapuściński przecież był ideowcem lewicowym („komunistą”, jak stwierdził Żakowski), mógł więc wojażować po terenach rozlatującego się ZSSR jak król. Tymczasem Kapuściński napisał jedynie miałkie „Imperium”, mające charakter raczej „sentymentalnej podróży” pośród widm aniżeli wstrząsającej reporterskiej wędrówki po zapalnych regionach.
Wróćmy na koniec jeszcze do Żakowskiego. Otóż, biorąc literalnie to, co stwierdził o profesjonalizmie, należałoby uznać, że całkowicie zideologizowane studia dziennikarstwa w peerelu miałyby być wzorcem zawodowstwa nie tylko w czasach monopolu medialnego trzymanego w ryzach przez monopartię, Bezpiekę i wojskówkę, ale także w III RP. To naprawdę warty odnotowania skok myślowy, nawet jak na kogoś na co dzień chodzącego w intelektualnych siedmiomilowych butach, jak Żakowski. Co by bowiem powiedzieć o współczesnych uczelniach, to na pewno nie prezentują one takiego poziomu edukacyjnego zidiocenia, jak szkoły „Polski Ludowej”, gdzie - częstokroć utytułowany za prace o wyższości młodego Marksa nad starym - cep cepa cepem poganiał, wciskając młodzieży kompletnie bezwartościową lub bezsensowną wiedzę. Jednak jest w tym spostrzeżeniu Żakowskiego jakieś ziarno prawdy. Dla wielu adeptów dziennikarstwa (już nie tych z peerelowskim stażem w kołchoźnikach, lecz tych młodych wiekiem), studia pod okiem takich autorytetów dziennikarskich jak Żakowski, Paradowska, Passent, Olejnik, Turski, Rolicki itp., to normalna droga wchodzenia w zawód, nie zaś patologia przygotowywania się do profesji.
Nie zapominajmy jednak o najważniejszym wzorcu dziennikarstwa i publicystyki w III RP – Michniku. Wzorzec ten wyraża się, jak sądzę, w myśli: „prawda to ja – mnie słuchajcie”. I słuchają. A ponieważ mistrz naznaczył na uczniów wielu swoich najwierniejszych naśladowców, to szkoła rozwija się z roku na rok, nawet, jeśli służba obywatelom i dążenie do rzetelnego przekazu jest ostatnią rzeczą, o którą w niej chodzi. Te ideały szkoły wujka Adama są zresztą całkowicie zrozumiałe. Inżynierowie dusz są stworzeni do wyższych celów, nie zaś do banalnego, dokładnego opisu tego, co się dzieje wokół nas.
http://wing2009.salon24.pl/161211,spotkalam-nawet-szczesliwych-cyganow
http://jankepost.salon24.pl/161172,zalosni-politycy-bezmyslni-dziennikarze
Niedawno rozmawialiśmy z przyjacielem na temat kondycji polskiego dziennikarstwa, oczywiście w kontekście kołomyi, w jaką wpadli salonowcy, odkąd wydano książkę Domosławskiego, ale też w kontekście niedawnej, głośnej wypowiedzi Żakowskiego, który odmówił profesjonalizmu tym współczesnym przedstawicielom dziennikarstwa, którzy nie mają (tak jak on) zawodowego przygotowania w postaci studiów dziennikarskich. Zacznijmy od Kapuścińskiego. W dyskusjach wokół tego, co w swej książce miał wykazać Domosławski, zaczęto, zauważmy, bagatelizować parę istotnych spraw: 1) to, że Kapuściński konfabulował, 2) to, że współpracował ze specsłużbami, jak też to, że 3) był nie tylko „tłumaczem wojennym”, ale brał udział w walkach w Angoli po stronie komunistycznej partyzantki (pomijam już kwestie obyczajowe, bo do ich rozgrzeszania „salonowcy” nas już przyzwyczaili, jeśli chodzi o ich przedstawicieli, rzecz jasna). Ponoć A. Stasiuk pukał się w czoło, odnosząc się do tych młotków, co chcieliby po głupiemu wytykać zmyślanie „mistrzowi reportażu”, a przecież jest to kwestia zasadnicza, jeśli traktujemy pisarstwo Kapuścińskiego (a taki przecież był kanoniczny przekaz hagiografów) jako literaturę faktu. Cóż bowiem bardziej może dyskwalifikować wartość tego rodzaju literatury, jeśli nie konfabulacje? Wiedząc, że ktoś często zmyśla – czy traktujemy serio jego mrożące krew w żyłach opowieści, nawet jeżeli brzmią przekonująco? Osobiste, zawodowe, a nawet fizyczne zaangażowanie się Kapuścińskiego po jednej ze stron światowego konfliktu (zwanego w dawnych czasach „zimną wojną”) ma z kolei być dla salonowców swego rodzaju „drogą ideowca lewicowego”, który tak się włącza w budowanie raju na ziemi, że nawet nie stawia sobie pytania, czy stanął po właściwej stronie barykady. Te miliony pomordowanych, torturowanych czy więzionych w koncłagrach, te miliony żyjące w nędzy pod rządami komunistycznych zbrodniarzy, znikają jakoś za horyzontem i taki lewicowiec podąża sobie po prostu świetlistym szlakiem, zbawiając świat.
To wszystko jest zrozumiałe w kontekście neokomunizmu, jaki zafundowała nam III RP, ale też w dużej mierze uzasadniania, dlaczego ta kondycja polskiego dziennikarstwa jest taka tragiczna, taka katastrofalna. Wzorzec osobowy bowiem to nie jest śledczy, który tropi afery na szczytach władzy, to nie jest ktoś, kto węszy, grzebie na zapleczu, patrzy z podejrzliwością na ręce ludzi władzy, dociera do „niedostępnych” źródeł informacji, odsiewa propagandę od rzetelnego przekazu, naraża się (nie tylko zawodowo, ale i życiowo), by – w imię służby prawdzie i służby obywatelom, w imię ethosu dziennikarskiego – przekazywać sprawdzoną, niezakłamaną wiedzę o rzeczywistości. Wzorcem osobowym jest człowiek, który nie tylko wysługuje się reżimowi, ale osłaniany jest przez specsłużby, a gdy przychodzi „chwila próby”, chwyta za broń i walczy „po właściwej stronie”, czyli z imperializmem, faszyzmem, kontrrewolucją, wyzyskiwaczami etc. Z moim kumplem zastanawialiśmy się w kwestii Kapuścińskiego jeszcze o jednym: dlaczego po 1989 r., gdy w ZSSR (a później Federacji Rosyjskiej) działy się najważniejsze dla świata rzeczy Kapuściński nie rzucił się w wir wydarzeń i nie opisał dokładnie rozpadu „kraju rad”, puczu Janajewa, wojny czeczeńskiej, a następnie dojścia Putina do władzy i następnie neoimperializacji, neosowietyzacji Rosji? Nie było już przecież „gorsetu cenzury”, a sam Kapuściński przecież był ideowcem lewicowym („komunistą”, jak stwierdził Żakowski), mógł więc wojażować po terenach rozlatującego się ZSSR jak król. Tymczasem Kapuściński napisał jedynie miałkie „Imperium”, mające charakter raczej „sentymentalnej podróży” pośród widm aniżeli wstrząsającej reporterskiej wędrówki po zapalnych regionach.
Wróćmy na koniec jeszcze do Żakowskiego. Otóż, biorąc literalnie to, co stwierdził o profesjonalizmie, należałoby uznać, że całkowicie zideologizowane studia dziennikarstwa w peerelu miałyby być wzorcem zawodowstwa nie tylko w czasach monopolu medialnego trzymanego w ryzach przez monopartię, Bezpiekę i wojskówkę, ale także w III RP. To naprawdę warty odnotowania skok myślowy, nawet jak na kogoś na co dzień chodzącego w intelektualnych siedmiomilowych butach, jak Żakowski. Co by bowiem powiedzieć o współczesnych uczelniach, to na pewno nie prezentują one takiego poziomu edukacyjnego zidiocenia, jak szkoły „Polski Ludowej”, gdzie - częstokroć utytułowany za prace o wyższości młodego Marksa nad starym - cep cepa cepem poganiał, wciskając młodzieży kompletnie bezwartościową lub bezsensowną wiedzę. Jednak jest w tym spostrzeżeniu Żakowskiego jakieś ziarno prawdy. Dla wielu adeptów dziennikarstwa (już nie tych z peerelowskim stażem w kołchoźnikach, lecz tych młodych wiekiem), studia pod okiem takich autorytetów dziennikarskich jak Żakowski, Paradowska, Passent, Olejnik, Turski, Rolicki itp., to normalna droga wchodzenia w zawód, nie zaś patologia przygotowywania się do profesji.
Nie zapominajmy jednak o najważniejszym wzorcu dziennikarstwa i publicystyki w III RP – Michniku. Wzorzec ten wyraża się, jak sądzę, w myśli: „prawda to ja – mnie słuchajcie”. I słuchają. A ponieważ mistrz naznaczył na uczniów wielu swoich najwierniejszych naśladowców, to szkoła rozwija się z roku na rok, nawet, jeśli służba obywatelom i dążenie do rzetelnego przekazu jest ostatnią rzeczą, o którą w niej chodzi. Te ideały szkoły wujka Adama są zresztą całkowicie zrozumiałe. Inżynierowie dusz są stworzeni do wyższych celów, nie zaś do banalnego, dokładnego opisu tego, co się dzieje wokół nas.
http://wing2009.salon24.pl/161211,spotkalam-nawet-szczesliwych-cyganow
http://jankepost.salon24.pl/161172,zalosni-politycy-bezmyslni-dziennikarze
2 mar 2010
Przydałby się kilof

W. Gadowski zapowiadając emisję filmu o związkach peerelowskiej wojskówki z terrorystami, mówił o szczerości, z jaką Cz. Kiszczak się wypowiada o tychże sprawach, ale nie ma w tej szczerości nic dziwnego, skoro ten ostatni rysuje obraz sytuacji w taki sposób, że wojskówka handlowała z terrorystami i pozwalała im w peerelu zimować, wypoczywać, leczyć się i bawić („przymykaliśmy oczy na to”), spłacając w ten sposób haracz na rzecz „bezpieczeństwa obywateli” („żeby nie robili brudnej roboty w Polsce”, mówi o terrorystach pierwszy premier po „pierwszych wolnych wyborach z 1989 r.”). Nieco mniej rozmowny jest w filmie Jaruzel, który, co było do przewidzenia, przez swoje czarne okulary nie zauważał w tamtych czasach ani osłanianych przez wojskówkę terrorystów, ani dokumentów dotyczących sprzedaży broni, a trafiających na jego biurko, taki bowiem, jako sam rzecze, „ciężar dźwigał na swoich barkach” sowiecki Atlas o wroniej głowie.
Jak zwykle w sowieckiej dezinformacji jakąś częścią prawdy się manipuluje wyłącznie po to, by przykryć całą prawdę. Ta część prawdy to wspieranie międzynarodowego terroryzmu i osłanianie bezwzględnych zbrodniarzy, zapewnianie im (i ich rodzinom) bezpieczeństwa na terenie peerelu. To, o czym Kiszczak, Urban, jak też indagowani oficerowie zajmujący się „handlem garnkami i kocami” z organizacją Abu Nidala, nie powiedzieli, to to, że ZSSR, a z nim i inne kraje bloku sowieckiego szkoliły oraz wspierały finansowo międzynarodowy terroryzm z powodów ideologicznych, ponieważ destabilizował sytuację w krajach, które nie były pod sowiecką kontrolą. W interesie sowieciarzy zatem (bez względu na ich narodowość) było pogłębianie tej destabilizacji, czyli mówiąc inaczej, szerzenie terroru, potęgowanie strachu wśród ludności cywilnej krajów dotkniętych terroryzmem, po to, by tamtejsza opinia publiczna winą za zamachy obarczała tamtejsze rządy zwykle kooperujące w polityczny czy także militarny sposób z imperialistycznym USA. W tymże kontekście ZSSR miał się jawić jako klasyczny picassowski gołąbek, z nadleceniem którego w danym kraju wraca pokój i bezpieczeństwo. Takie były główne założenia (powojennego) komunizmu wojennego, który powstrzymany został dopiero stanowczą polityką Ronalda Reagana i kto wie, czy gdyby nie tenże śmiały i bezkompromisowy polityk, to byśmy dzisiaj dalej nie słuchali dzień w dzień przemówień Jaruzela i Kiszczaka (teraz słuchamy ich tylko od święta), a może i w języku rosyjskim porozumiewalibyśmy się, gdyby coś z nas zostało po planowanej wojnie „Układu Warszawskiego” z Zachodem, która byłaby III wojną światową.
Kiszczak z uśmiechem opowiada o walizkach dolarów, którymi płacono peerelowskiej wojskówce za zakazany towar, nie dodaje tylko, gdzie się te walizki podziały, no bo wojskówka nie zajmowała się tak modną dziś filantropią. Trudno jednak mieć do niego o to pretensje, skoro nie da się wykluczyć, że grająca główną rolę w pieriestrojce (vel „transformacji”) właśnie wojskówka, z tychże walizek finansowała sobie miękkie lądowanie w „nowym ustroju”. W filmie „Królowie ulic” (2008), skorumpowany oficer policji trzyma w swoim domu w ścianie zapakowane miliony dolarów tajnych transakcji i łapówek, ale też teczki z komprmateriałami na polityków i urzędników oraz wykaz agentów rozpracowujących środowisko przestępcze i uważa się za króla. Ciekawe, co by było, gdyby ktoś tak przebadał ściany u Kiszczaka i paru mu podobnych z wojskówki. Tylko, czy znalazłby się taki badacz z kilofem?
1 mar 2010
W oczekiwaniu na trzęsienie ziemi
Kryzys polskiego państwa, o którym mówi dr B. Fedyszak-Radziejowska w najnowszym „NP”, jest tak naprawdę stanem normalnym dla wszelkich środowisk politycznych, które w uzurpacji władzy dostrzegają sens swojego funkcjonowania. Tylko w państwie, które jest nieuporządkowane, taka uzurpatorska władza może trwać całymi dekadami – w państwie normalnym, uporządkowanym, praworządnym, a więc takim, w którym obywatele mają realny (nie iluzoryczny) wpływ na instytucje władzy - uzurpatorzy (nawet jeśli się pojawią) są dość szybko strącani z piedestału i lądują w więzieniu lub na marginesie życia polityczno-społecznego.
Państwo normalne dysponuje mechanizmami kontrolnymi i zapobiegającymi patologiom władzy, państwo nienormalne (jak peerel oraz neopeerel) działa bez tychże mechanizmów, a więc odcina obywatelom jakiekolwiek „legalne” możliwości powstrzymania uzurpatorów. Komuniści zapewniali sobie trwanie dzięki wsparciu sowieckiego okupanta. Establishment III RP zapewnia sobie trwanie dzięki służbom specjalnym i związanym z nimi instytucjom/środowiskom, ale i dzięki wytwarzaniu iluzji normalnego państwa.
„...na straży establishmentu III RP, który wyłonił się z Okrągłego Stołu, stoi dzisiaj już nie formacja postkomunistyczna, lecz postsolidarnościowa. Ma liderów z solidarnościową przeszłością, deklaruje konserwatywno-liberalny program. Skala poparcia społecznego dla tej formacji i rozbieżność między tym, co mówią i co robią jej liderzy, są ogromne, ale najbardziej zaskakuje skuteczność manipulowania nastrojami i opinią publiczną. Jest znacznie większa – dzięki solidarnościowej legitymacji – niż kiedykolwiek po 1989 r.”, mówi Fedyszak-Radziejowska. Można by tę myśl ująć inaczej: w dziejach Polski powojennej mamy do czynienia z podwójną zdradą – najpierw dokonali jej czerwoni, poddając kraj pod sowiecką okupację, a następnie dokonali jej „ludzie ze styropianu”, dokonując usankcjonowania peerelu, a następnie swojej uzurpatorskiej władzy, jednocześnie nie pozwalając obywatelom na upodmiotowienie się w „nowym państwie” i nie dopuszczając do powstania pluralizmu politycznego z prawdziwego zdarzenia.
„Dramat polega na tym, że po raz pierwszy po 1989 r. istnieje niebezpieczeństwo, że wyrosła z solidarnościowych korzeni partia odtworzy monopol partyjny i zbuduje nam pod pozorem demokracji autokratyczny system władzy”, dodaje Fedyszak-Radziejowska, wydaje się jednak, że cała III RP została właśnie tak skonstruowana, by mechanizm uzurpacji i monopolizacji władzy nie został naruszony (bez względu na to, która z partii wspieranych przez specsłużby sprawuje „rządy”). W związku z tym powstaje pytanie, czy my, jako obywatele, a więc ludzie, którym politycy powinni służyć, a nie których powinno się traktować przedmiotowo, dysponujemy siłami i możliwościami, by dokonać zmiany tego stanu rzeczy. Za czasów powstania antysowieckiego sprawy przez najdzielniejszych Polaków były załatwiane w prosty i zdecydowany sposób – do czerwonych się strzelało, zdrajców wysługujących się sowieckiemu okupantowi posyłało się do diabła. Antysowieckie powstanie zostało jednak stłumione dzięki wydatnej pomocy Rosjan.
Współcześni uzurpatorzy natomiast nie mają w odwodach NKWD ani KBW. Czy dziś nie jest nam coraz bardziej potrzebny ogólnopolski ruch oporu wobec zbratanego z komuną, establishmentu III RP, skupiający ludzi różnych zawodów, w różnym wieku? Aleksander Ścios w swoim tekście „Chłopcy z ferajny” (także w „NP”) stwierdza: „Można się nawet zastanawiać, czemu zawdzięczamy niezwykły fenomen, iż wiedza o związkach ludzi PO z różnej maści gangsterami bądź ubeckimi agentami nie wywołuje w społeczeństwie elementarnego odruchu obronnego”. Niewykluczone, że wyjaśnieniem jest strach przed gangsterami i ubekami. Czy jednak ten strach nie jest zarazem tym, co umacnia wpływy tego rodzaju środowisk w naszym społeczeństwie? Czy nie nadszedł czas, by przestać się bać?
„Nowe Państwo” 2 (2010) s. 35-37,
http://www.rp.pl/artykul/439870_Niezlomni_do_konca.html
Państwo normalne dysponuje mechanizmami kontrolnymi i zapobiegającymi patologiom władzy, państwo nienormalne (jak peerel oraz neopeerel) działa bez tychże mechanizmów, a więc odcina obywatelom jakiekolwiek „legalne” możliwości powstrzymania uzurpatorów. Komuniści zapewniali sobie trwanie dzięki wsparciu sowieckiego okupanta. Establishment III RP zapewnia sobie trwanie dzięki służbom specjalnym i związanym z nimi instytucjom/środowiskom, ale i dzięki wytwarzaniu iluzji normalnego państwa.
„...na straży establishmentu III RP, który wyłonił się z Okrągłego Stołu, stoi dzisiaj już nie formacja postkomunistyczna, lecz postsolidarnościowa. Ma liderów z solidarnościową przeszłością, deklaruje konserwatywno-liberalny program. Skala poparcia społecznego dla tej formacji i rozbieżność między tym, co mówią i co robią jej liderzy, są ogromne, ale najbardziej zaskakuje skuteczność manipulowania nastrojami i opinią publiczną. Jest znacznie większa – dzięki solidarnościowej legitymacji – niż kiedykolwiek po 1989 r.”, mówi Fedyszak-Radziejowska. Można by tę myśl ująć inaczej: w dziejach Polski powojennej mamy do czynienia z podwójną zdradą – najpierw dokonali jej czerwoni, poddając kraj pod sowiecką okupację, a następnie dokonali jej „ludzie ze styropianu”, dokonując usankcjonowania peerelu, a następnie swojej uzurpatorskiej władzy, jednocześnie nie pozwalając obywatelom na upodmiotowienie się w „nowym państwie” i nie dopuszczając do powstania pluralizmu politycznego z prawdziwego zdarzenia.
„Dramat polega na tym, że po raz pierwszy po 1989 r. istnieje niebezpieczeństwo, że wyrosła z solidarnościowych korzeni partia odtworzy monopol partyjny i zbuduje nam pod pozorem demokracji autokratyczny system władzy”, dodaje Fedyszak-Radziejowska, wydaje się jednak, że cała III RP została właśnie tak skonstruowana, by mechanizm uzurpacji i monopolizacji władzy nie został naruszony (bez względu na to, która z partii wspieranych przez specsłużby sprawuje „rządy”). W związku z tym powstaje pytanie, czy my, jako obywatele, a więc ludzie, którym politycy powinni służyć, a nie których powinno się traktować przedmiotowo, dysponujemy siłami i możliwościami, by dokonać zmiany tego stanu rzeczy. Za czasów powstania antysowieckiego sprawy przez najdzielniejszych Polaków były załatwiane w prosty i zdecydowany sposób – do czerwonych się strzelało, zdrajców wysługujących się sowieckiemu okupantowi posyłało się do diabła. Antysowieckie powstanie zostało jednak stłumione dzięki wydatnej pomocy Rosjan.
Współcześni uzurpatorzy natomiast nie mają w odwodach NKWD ani KBW. Czy dziś nie jest nam coraz bardziej potrzebny ogólnopolski ruch oporu wobec zbratanego z komuną, establishmentu III RP, skupiający ludzi różnych zawodów, w różnym wieku? Aleksander Ścios w swoim tekście „Chłopcy z ferajny” (także w „NP”) stwierdza: „Można się nawet zastanawiać, czemu zawdzięczamy niezwykły fenomen, iż wiedza o związkach ludzi PO z różnej maści gangsterami bądź ubeckimi agentami nie wywołuje w społeczeństwie elementarnego odruchu obronnego”. Niewykluczone, że wyjaśnieniem jest strach przed gangsterami i ubekami. Czy jednak ten strach nie jest zarazem tym, co umacnia wpływy tego rodzaju środowisk w naszym społeczeństwie? Czy nie nadszedł czas, by przestać się bać?
„Nowe Państwo” 2 (2010) s. 35-37,
http://www.rp.pl/artykul/439870_Niezlomni_do_konca.html
Subskrybuj:
Posty (Atom)
