26 lut 2010

W świecie gwiazd


Żyjemy w czasach niezwykłego zamętu pojęciowego, ale to chyba normalne, skoro w naszym kraju ludzie starego reżimu wymieszali się z nuworyszami, a ciotki rewolucji dochowały się godnych następców, a wszyscy oni świetnie się bawią na bachanaliach już od 21 lat, odkąd okazało się, że komunizmu nie było, nie ma i nie będzie. Zamęt zaszedł już tak daleko, iż nie dotyczy tylko pojęć elementarnych, takich jak sprawiedliwość, zadośćuczynienie, praworządność, prawda etc., ale i tak niewinnych zdawałoby się, jak 'gwiazda'. Zwykle określenie „gwiazda” kojarzy nam się z ludźmi showbiznesu, ze słynnymi aktorami, piosenkarzami, muzykami, a tu nagle okazuje się, że gwiazdą może być także komunistyczny dyktator i sowiecki wojskowy. Oczywiście, w czasach komunizmu tego rodzaju podejście do genseka było czymś naturalnym, bo „redaktorzy” komunistycznych mediów za punkt honoru poczytywali sobie całowanie butów pierwszego sekretarza, no ale przecież wiemy od wielu ludzi, którzy dorobili się wielkich pieniędzy po historycznym przymierzu z czerwonymi, że żadnego komunizmu w Polsce już nie ma. Jak to więc wyjaśnić, że tygodnik, który zajmuje się showbiznesem, z niezwykłą wprost czułością pochylił się nad prywatnym życiem Jaruzela? Tak pewnie, że ów tygodnik interesuje się także czerwonymi gwiazdami, a nie tylko, że tak powiem, zwykłymi.

Z ekskluzywnego wywiadu z czerwoną gwiazdą można się dowiedzieć mnóstwa bardzo ciekawych rzeczy, m.in. takiej, że jego (gwiazdy czerwonej) córka ma 16-letniego jamniczka, co się Boluś wabi, że bardzo przeżył (oczywiście Jaruzel, nie Boluś) strzelaninę w kopalni Wujek, że sądził, iż po 28 latach od wprowadzenia stanu wojennego „czas złagodzi emocje”, a tu wciąż mu pod oknami dzicz wrzeszczy o liściach i wiszących komunistach, a na domiar złego, śpiewa se ta dzicz „Tak nam dopomóż Bóg”. Co jeszcze ciekawego? Ano to, że swoją żywotność 87-letni Jaruzel zawdzięcza pobytowi na Syberii i surowemu opierunkowi tamtejszemu, a poza tym, im bardziej jest Jaruzel atakowany, tym więcej obrońców się jego ujawnia, co zresztą jest świętą prawdą. Poza tym na pocieszenie tym kobietom, których bliscy byli kiedyś internowani, Jaruzel „nieskromnie dodaje”, że to dzięki jego decyzji zbudowano Szpital Pomnik Matki Polki. Nie dodaje wprawdzie, tak jak i przeprowadzająca wywiad na klęczkach Alina Mrowińska z redakcji „Gali” nie dodaje, że nie wszyscy w tym szpitalu mogli się wyleczyć, np. ci, których w okresie „stanu wojennego” zarąbano. No ale nie popadajmy w głupkowaty pesymizm.

Zwłaszcza, że jest wiele powodów do radości. Oto M. Jaruzelska, której też wyjątkowo się powiodło w III RP (kto śledził jej karierę, ten wie, sam „towarzysz generał” wspomina, jak to pod koniec lat 80. „Paris Match” zrobił jej sesję zdjęciową; ona zaś uważa, że do świata mody weszła bez pomocy „ojca”), przyznaje, że skończyła polonistykę i nie przeczytała „tej ramoty”, jaką była Sienkiewiczowska Trylogia (o lekturę której „ojciec” ją prosił). Poza tym oboje kochają konie, zaś Jaruzel regularnie ogląda program M. Olejnik (w ten sposób przy okazji dowiadujemy się, jaki jest ideał dziennikarstwa), dowiadujemy się też, co je i w co się ubiera.

Mam nadzieję, że odważna „Gala” pójdzie za ciosem i zamieści teraz wywiady o życiu prywatnym Slobo, Fidela, Chaveza i innych gwiazd, choćby z Korei czy Chin. Jest tyle ciekawych osobowości do pokazania, a ich styl życia warto byłoby nawet naśladować, bo i w dawnych czasach gensecy uchodzili za wzorzec człowieczeństwa. Żal, że nie żyje już od tylu lat Soso, bo przecież z nim to dopiero mógłby być wystrzałowy wywiad do „Gali” - żal też, że „Gali” nie było za Stalina.

http://www.gala.pl/gwiazdy/wywiady/zobacz/artykul/wojciech-jaruzelski-z-corka-monika/
http://www.fronda.pl/news/czytaj/spawacz_jakiego_nie_znacie
http://www.rp.pl/artykul/439553_Krasnodebski__Tak__oni_staja_tam__gdzie_stalo_ZOMO.html

23 lut 2010

Koniec świata, panie dzieju

M. Migalski jeszcze niedawno (7 lutego br.) przekonywał nas, jak to profesjonalne życie polityczne wiąże się nieodłącznie z przedstawieniami typu kabarety polityczne i wyluzowaniem, a tu nagle stwierdza, że ma wszystkiego dosyć, ponieważ jedną z dziennikarek telewizyjnych zwolniono za emisję filmu o Jaruzelu. Godna odnotowania bezkompromisowość. Z kolei T. Sakiewicz, poruszony do żywego tą samą sprawą dziennikarki, uważa, że należy... porzucić spory w „obozie solidarnościowym” i dokończyć dekomunizację, a nawet przeprowadzić lustrację majątkową i „przyłożyć większą wagę do zwalczania zbrodni komunistycznych”.

Wszystko to pięknie, tylko że problem polega na tym, iż „partii solidarnościowej” takiej jak „PO”, bo o niej podejrzewam, mowa, jest o wiele bliżej do czerwonych niż do PiS-u – w stylu rządzenia, nepotyzmie i instrumentalizacji instytucji państwowych „PO” przypomina już do złudzenia PZPR z lat 70. (ma też to samo poczucie bezkarności), zresztą głosy potępienia dla znakomitego filmu G. Brauna, dolatywały także ze strony peokratów (bo o ZSL-owcach i ich chłopskim rozumie nawet wspominać nie warto). Wydawało mi się, że kto jak kto, ale Sakiewicz dostrzega istotę tego problemu, skoro niejednokrotnie krytykował „PO” za to, co wyrabia z polskim państwem za czasów gabinetu ciemniaków. Nie kto inny jak „PO” wraz z komunistami (i innymi ugrupowaniami) tworzyło tęczową koalicję antykaczystowską, gdy PiS był u władzy, i wyło o putinizacji, państwie policyjnym, zagrożeniach dla swobód obywatelskich itd. Nagle więc, ni stąd ni zowąd, mimo afery hazardowej, mimo tego, co wyrabiał Sekuła, Graś i im podobni, mimo Palikota, Niesiołowskiego czy Grupińskiego, mimo paroletniej „wojny z PiS-em”, mimo sympatii Jamajki do posowieckiej wojskówki, rozwiązaniem dla Polski miałoby być negocjowanie porozumienia politycznego z wrogim ugrupowaniem? Tylko dlatego, że jedna z dziennikarek straciła posadę z powodów politycznych?

Załóżmy, że A. Gargas warta byłaby takiej politycznej wolty. Czy jednak tak ciężko jest dostrzec, że problem współczesnej Polski nie sprowadza się wyłącznie do dekomunizacji, lecz także do rozliczenia ludzi, którzy odpowiadają za rekomunizację, a należeli i należą do „obozu solidarnościowego”? Rozliczenie czerwonych to jedna strona medalu. Drugą jest rozliczenie tych, co czerwonych osłaniali i pozwolili im spokojnie egzystować na rynku medialnym, na scenie politycznej, w gospodarce i „prywatnej przedsiębiorczości”. Jeśli więc tak wygląda sytuacja, to rozliczeniem należałoby objąć ludzi, którzy zapoczątkowali rekomunizację najpierw w postaci „grubej kreski” i uwłaszczania nomenklatury (to by dopiero wujek Tadek miał się z pyszna, jakby wylądował na starość na sali sądowej za rekomunizację :)), a następnie w trakcie nocy czerwcowej z 1992 r., owej nocy zaś jawią się nam postaci, które, pech chce, zasiadają także w obecnym gabinecie ciemniaków (a i tańcowały se zbójeckiego na szczytach władzy przez poprzednie lata). Dziwny zbieg okoliczności, prawda? Nie, to raczej konieczność dziejowa.

Polsce potrzebny jest szeroki ruch obywatelskiego sprzeciwu właśnie wobec procesów rekomunizacji, peerelizacji, kulturowej degradacji, w których biorą od lat zgodny udział zarówno czerwoni, jak i różowi – ten ruch jednak nie musi mieć charakteru stricte politycznego, gdyż idea sanacji schorowanego państwa polskiego jest dostatecznie czytelna dla każdego, kto by chciał żyć w normalnym kraju. Jestem pewien, że ludzi nie zgadzających się na obecny stan rzeczy jest więcej i niekoniecznie muszą być sympatykami PiS-u – a ulokowani są w różnych sferach zawodowych. Odwoływaniem się do morale tychże ludzi powinny się zająć te osoby i te media, którym zależy na sanacji Polski (a nie na utrwalaniu się oligarchicznego, patologicznego systemu III RP).

Oczywiście nie uważam, żeby protest w sprawie Gargas nie był słuszny, ale przecież sprawa mediów publicznych, to nie jest kwestia jednej dziennikarki. Media te należałoby zaorać i zbudować od zera, zakazując w nich pracy jakimkolwiek pracownikom z komunistyczno-propagandowym rodowodem (proszę zobaczyć, co się dzieje obecnie w radiowej Jedynce). To jednak wierzchołek góry lodowej – o wiele ważniejsze bowiem sprawy dzieją się w sferze pozamedialnej.


http://www.niezalezna.pl/article/show/id/31198
http://migal.salon24.pl/159066,czy-pis-odpowiada-za-swinstwo-wobec-anity-gargas
http://migal.salon24.pl/155351,crazy-is-my-life

21 lut 2010

Nowe państwo?

Z. Krasnodębski nie ma racji, pisząc o PO, że buduje nowy model polskiego państwa – trzeba powiedzieć, że zachodzi proces dokładnie odwrotny, PO ze wszystkich sił rekonstruuje peerelowski model pseudopaństwa, w którym instytucje publiczne mają charakter fasadowy, zaś realna władza spoczywa w rękach sitw i ma charakter nieformalny, natomiast osłoną sitw zajmują się ludzie służb oraz ludzie reżimowych mediów. Rekonstruowanie peerelu zaczęło się na dobre w czerwcu 1992 r., ale na początku lat dwutysięcznych przyjęło postać nieco zdeformowaną, gdy siły komunistyczne poczuły się tak bezkarne, że zabrały się za dyktowanie warunków środowisku Michnika, to zaś kłóciło się z ideą, zgodnie z którą jednak wujek Bronek, wujek Tadek itd. są gospodarzami w naszym domu, nie zaś kolesie Millera. Wtedy doszło do chwilowego zawirowania w III RP, po którym do władzy doszły najciemniejsze czarnosecinne moce kaczystowskie, wracając, ku zgrozie wesołej ferajny wujków Bronków i kolesi Millera, do pomysłu odcięcia peerelowskiej pępowiny. W tym kontekście okazało się, że o aferze Rywina należy zapomnieć jako o kłótni w rodzinie i zrobić wszystko, by proces budowy nowego państwa trwale zablokować. Tęczowa koalicja była tak przerażona tym, co się dzieje, że chciała doprowadzić do wyłonienia „koalicyjnego rządu” z ciemniakami na czele jeszcze za poprzedniej kadencji sejmu (taką koncepcję popierał LPR i SO po wyjściu z kaczystowskiego rządu), ale, jak wiemy, ciemniakom marzyła się władza absolutna, czyli taka, która nie wymaga wchodzenia w zbytnie, polityczne kompromisy. Oczywiście taką władzę można było otrzymać za cenę jednoznacznego opowiedzenia się po stronie rekonstrukcji peerelu i przywracania pookrągłostołowego status quo.

Jak to jednak zwykle bywa z ciemniakami (bez względu na to, czy noszą czerwone, czy różowe krawaty), poczucie całkowitej bezkarności przekłada się natychmiast na pławienie się w rozkoszach władzy, co w Polsce wyraża się albo procesami prywatyzacji państwa, albo wykorzystywania instytucji publicznych do prywatnych celów. Ciemniaków wszak wyniosła potężna, brudna fala grup interesu, których personifikacją jest wujek Rysiek – grupy te liczyły na wzajemność za udzielone wsparcie i doczekały się tejże wzajemności. Nikt o zdrowych zmysłach nie mógł wierzyć, że ciemniacy faktycznie będą zdolni do zbudowania „Irlandii 2” i dokonania „cudu gospodarczego”. Ja o ciemniactwie partii przejmującej władzę w 2007 r. pisałem od pierwszych dni – wtedy jednak jeszcze część osób sądziła, że trzeba poczekać, że trzeba dać ciemniakom szansę, że „może jednak...” W takim życzeniowym myśleniu jednak nie uwzględniano jednej prostej prawdy, tj. że oligarchiczny system ze swej istoty nastawiony jest wyłącznie na konsumowanie konfitur władzy, na napychanie prywatnych kieszeni polityków i ich rodzin/znajomych etc., nie zaś na modernizację państwa. Największą zdradą „okrąglaka” było właśnie to, że uznano, iż należy poszerzyć beneficjentów (zbudowanego przez przeklętych komunistów) systemu, nie zaś unieważnić system i zbudować normalne struktury państwa, goniąc czerwonych zbrodniarzy do więzień i/lub do robót publicznych. Dogmat o nienaruszalności oligarchicznej struktury władzy w Polsce jest strzeżony przez cały okres III RP pilniej niż oko w głowie Jaruzela (któremu nieustannie śle się „głosy wsparcia” po emisji „jednostronnego filmu”; nawet dziś u Olejnik odprawiane było nabożeństwo przebłagalne) – uderzenie w oligarchię byłoby bowiem jednocześnie uderzeniem w rdzeń systemu.

Z wielkim zainteresowaniem śledzę występy rozmaitych ludzi przed komisją śledczą, wyrażają oni bowiem dość zgodną postawę świadczącą o tym, iż nepotyzm jest czymś normalnym, iż wykorzystywanie procedur publicznych do tego, by wesprzeć tego czy innego znajomego, nie jest zjawiskiem patologicznym, a już na pewno nie korupcjogennym. Oczywiście ludzie ci mają prawo tak myśleć, ponieważ tak właśnie III RP została skonstruowana. Ani przez chwilę „budowniczym III RP” nie chodziło o to, by doprowadzić do upodmiotowienia obywateli i do zapewnienia funkcjonalności i społecznej kontrolowalności instytucjom publicznym. Ci ludzie, którzy wyrośli na III RP i objadaniu się konfiturami władzy (na różnych szczeblach), nie znają pojęcia normalnego państwa, gdyż trwająca ponad 20 lat patologia jest dla nich stanem normalnym. Do złudzenia ta ich postawa przypomina mentalność peerelowskich urzędasów i kacyków, którzy na krzątaninie w bajzlu potrafili się nieźle dorobić. Neopeerel oferuje jednak o wiele większe pieniądze i o wiele większe konfitury.

Krasnodębski ma rację, przestrzegając przed konsekwencją kolejnych wyborów parlamentarnych, które mogą przypieczętować obecny stan rzeczy. Należy jednak pamiętać, że kwestie rekonstrukcji peerelu nie sprowadzają się wyłącznie do warstwy oligarchicznej - spora część Polaków przecież identyfikuje się z wujkiem Rysiem (a może nawet go podziwia?), prowadząc interesy w podobny sposób, choć może nie w tej skali, co on i jemu podobni – i chciałaby też mieć funkcjonariuszy publicznych na posyłki. I woli bajzel od budowy nowego państwa.

http://www.rp.pl/artykul/61991,436805_Krasnodebski__Tusk_buduje_IV_RP.html

20 lut 2010

O ewolucji komunizmu

Jaszczur w swoim komentarzu pod tekstem Rolexa w POLIS MPC łaskaw był napisać tak: „Problem z niezrozumieniem neokomunizmu wywodzi się z niezrozumienia komunizmu. Zarówno przed, jak i po 1989 r. komunizm postrzegany jest (także przez szeroko pojętą prawicę) jako a) dobrotliwe teorie o równości wszystkich ludzi i wyzwoleniu warstw uciskanych, b) ustrój polityczny sprowadzający się do wszechobecnej propagandy, etatystycznej gospodarki itp. Generalnie - jako dobrotliwą utopię, która przemieniła się w antyutopię. Wspólnym mianownikiem wszystkich błędnych ujęć jest założenie, że Marks, Engels, inni współcześni im socjaliści, potem Lenin - (a)chcieli pewnie dobrze, ale (b)im nie wyszło. Co ciekawe, w punkcie (a) zgadzają się zarówno lewica, jak i prawica. W (b) lewicowiec odpowie, że to nie tak miało być, natomiast prawicowiec - że 'lek czasem jest gorszy od choroby'.

I tak: dla przeciętnego antykomunistycznego konserwatysty k. jest nie-konserwatyzmem i nie-chrześcijanstwem, dla liberała komunizm=etatyzm, dla prawoczłowieczego demokraty k. to nie-demokracja. Wedle takich interpretacji - największymi bolszewikami byliby Churchill, Bismarck, Franco, Piłsudski, Pinochet. Natomiast Stalin, Mao, Tito, Ceausescu, Slobo, Putin etc. - to wzorcowi nacjonalkonserwatyści. Aha - do ostatnich trza by dodać Jaruzela ! :D
Kolejny błąd (teraz zapewne zostanę ruskim agentem ;) ) to wiązanie komunizmu z Rosją, Chinami, cywilizacją mongolską, turańską etc.

Tymczasem - komunizm to metoda sprawowania władzy i organizacji społeczeństwa przez wąską grupę interesu, polegająca na sowietyzacji, czyli próbie przebudowania człowieka zgodnie z interesem tejże grupy (niestety, strategia ta w dużym stopniu powiodła się - patrząc z punktu widzenia komunistów). W komunizmie struktura władzy dąży do totalnej kontroli: nad osobą ludzką, interakcjami międzyludzkimi, a także do jak największej kontroli nad jak największym obszarem. Obojętna jest instytucjonalna forma struktur; czy jest to partia, czy jest to bezpieka/wojsko, czy są to nieformalne i zdecentralizowane grupy o charakterze mafijnym.

Wystarczy zrobić taki mały eksperyment: przeczytać uważnie (także między wierszami) choćby 'manifest komunistyczny' Marksa i Engelsa, żeby zrozumieć, że w zasadzie wszystko, co tam głoszono i postulowano, służy jednej sprawie - zdobyciu, utrzymaniu, sprawowaniu i
kontynuacji totalnej władzy. A najlepiej przeczytać od dechy do dechy: Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina, do powiedzmy - Szelepina. Choć niewątpliwie nie należy ta robota do łatwych a tym bardziej nie przyprawia o jakąś szczególną radość.”
- a ponieważ nie mogę się zgodzić z pewnymi stwierdzeniami, postanowiłem wykorzystać ten komentarz do polemicznego posta dotyczącego ewolucji komunizmu.

To nie do końca jest więc tak, jak Jaszczur pisze - nie każda bowiem forma dyktatury jest komunizmem (a przecież dyktatura dąży do zdobycia, utrzymania i sprawowania władzy), nie każda też forma przebudowywania człowieka zgodnie z interesem jakiejś grupy musi być sowietyzacją. Myślę, że dałoby się wyróżnić kilka cech charakterystycznych dla komunizmu - przy czym akurat dążenia do sprawowania totalnej kontroli nie uznałbym za najważniejszą. Komuniści mają obsesję na punkcie kontrolowania obywateli tylko z tego prostego powodu, że się boją, iż brak kontroli spowoduje knucie (a zwykle powoduje), a to z kolei doprowadzi do wariantu budapesztańskiego ('56), czyli linczu na bezpieczniakach (czego czerwoni najbardziej się boją, wiedzą bowiem, że im się należy). Totalna kontrola jest więc odruchem samoobronnym ze strony tychże uzurpatorów.

Istotą komunizmu nie jest jednak kontrola, lecz podporządkowanie człowieka i wszelkiej jego działalności systemowi przemocy i kłamstwa. Komunizm nie bez przyczyny posługuje się ludobójstwem, torturami, nieprawdopodobnym wprost załganiem itd., ponieważ dąży do radykalnego przekształcenia człowieka w posłuszne bydlę. Oczywiście nie jest to tak naprawdę możliwe, bo człowiek nosi w sobie jednak duchowy pierwiastek, który nie ulega redukcji mimo barakowych, koncłagrowych warunków życia – innymi słowy nawet w obozie koncentracyjnym, jakim jest państwo komunistyczne ludzie nie zamieniają się w bydlęta. Komuniści jednak w swym szatańskim działaniu się tym nie przejmują, służą oni bowiem złu z pełnym oddaniem, toteż koszty społeczne wprowadzania komunizmu traktują oni jako nieistotne. Gdzie drwa rąbą, wióry lecą po prostu, jak mawiał Soso.

Z drugiej jednak strony, w swym antychrześcijańskim i zarazem antyludzkim nastawieniu, komuniści potrafią być niezwykle elastyczni. Jeśli zachodzi potrzeba posługują się retoryką narodowowyzwoleńczą (II wojna światowa), jeśli jest to potrzebne, są w stanie nawet w nabożeństwach uczestniczyć (Bierut zaraz po wojnie) – wszystko po to, by umiejętnie zapewniać sobie społeczną legitymizację. Do każdego bowiem działania maskującego stosują bowiem odpowiednią inną nowomowę. Potrafią zmieniać strategię stosownie do zmian warunków, w których muszą działać. Staliniści potrafią się zamieniać w antystalinistów (retoryka odwilży i krytyka „kultu jednostki”), aparatczycy w rewizjonistów (dążenie do „socjalizmu z ludzką twarzą”, „trzecia droga”), neofici w oportunistów itd. („minął bezpowrotnie młodzieńczy zapał dot. budowy raju na ziemi”) - tym niemniej wspólne im wszystkim jest dążenie do sterowania ludźmi, do traktowania społeczeństwa jako mechanizmu, w którym trzeba regulować pewne procesy (fizyczne), do posługiwania się kłamstwem jako środkiem realizacji celów politycznych. Nie ma nic dziwnego w tym, że w III RP nie tylko broni się peerelu i peerelowskiego establishmentu, lecz traktuje się ten ostatni jako środowisko współtwórców „nowej Polski”. Niedawna, szokująca wprost fala wiernopoddańczych gestów wobec moskiewskiego sługusa, Jaruzela, pokazała, czym naprawdę jest III RP. Nie ma nic zaskakującego również w tym, że propaganda III RP tworzona jest nie tylko przez komunistyczną „Politykę” i media komunolubne (które w ogóle nie powinny istnieć w wolnej Polsce), ale i Ministerstwo Prawdy Michnika, które w swej działalności nawiązuje do najlepszych tradycji inżynierii dusz.

O neokomunizmie można mówić nie tylko dlatego, że znowu atakowana jest religia, konstruowany zamordyzm, wszechobecne są „służby” (kraje „postkomunistyczne”; nie tylko Polska), ale i z tego powodu, że odtwarzany jest układ sił charakterystyczny dla systemu sowieckiego z dominującą rolą Rosji (warto zresztą wspomnieć, że właśnie Putin zaczął dokonywać resowietyzacji Rosji i powrotu do symboliki komunistycznej). Dowodzi to, że „pieriestrojka” była kolejnym sprytnym manewrem przepoczwarzania się uzurpatorów, nie zaś żadnym końcem ustroju komunistycznego. Komunizm nie może się skończyć w prosty sposób za pomocą jakiegoś „ogłoszenia” czy czyjegoś widzimisię – ustrój, który pochłonął dziesiątki milionów ofiar, jeśli nie zostaje obalony siłą (niekoniecznie w drodze kontrrewolucji, ale na drodze aresztowań, konfiskat majątków, długoletnich wyroków więzienia, zakazu publicznej działalności ludzi związanych z komunizmem itd.), trwa dalej, przyjmując nowe formy funkcjonowania, wytwarzając kolejne potiomkinowskie wsie, czyli instytucje pozorne i zachowując zdegenerowaną, uzurpatorską strukturę nieformalnej władzy w danym państwie.

http://polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=609&joscclean=1&comment_id=876#josc876

16 lut 2010

Próba mikrofonu


Wystąpienie M. Sobiesiak miało dwie części – wesołą i smętną. Ta druga była nawet ciekawsza od tej pierwszej, bo widać było, że baronessa jest zgaszona, straciła impet, nie ma już siły ani ochoty odpowiadać na pytania, tak jakby w przerwie obiadowej, zarządzonej pospiesznie przez wiernego ciemniakom Sekułę, ktoś zadzwonił do świadka i zrobił mu (jej) reprymendę – albo też, jakby sama M. Sobiesiak odkryła, że ktoś nią pogrywał. Ktoś, kto jest jej ojcem.

Dzisiejsze zeznania uważam za najciekawsze z dotychczasowych z tego względu, że chyba pierwszy raz zeznawała osoba, która do końca nie wiedziała, co się wokół niej dzieje. O ile większość głównych bohaterów afery hazardowej dokładnie wiedziała, o co chodzi, a w zeznaniach przed komisją zasłaniała się lukami w pamięci, o tyle M. Sobiesiak przez długi czas w miarę cierpliwie i wyczerpująco udzielała odpowiedzi na zadawane pytania. Wprawdzie na początku czuła się zbyt swobodnie, a jej przemowa do komisji stanowiła echo wystąpienia samego wujka Ryśka, a poza tym wiele razy dopytywała (zapewne za poradą pełnomocnika), jaki dane pytanie ma związek ze sprawą, tudzież dodawała wymijająco „mogło się zdarzyć”, to jednak kooperowała z komisją, za co chyba w przerwie obiadowej otrzymała burę od kogoś z góry.

Ciekawa była jak zwykle postawa Sekuły, który ja zwykle zachowywał się, jakby był na procesie pokazowym, a nie w komisji śledczej („jeżeli ja się włanczam, to pan powinien przerwać”), ale do jego szaleństw już się przyzwyczailiśmy. M. Sobiesiak stwierdziła na początku (pośród pytań o to, czy Polska jest jeszcze państwem prawa i stwierdzeń typu, że „to są wasze porachunki, wasze spory” i „wasza narracja” (znowu Mistewicz się tu kręci ze swoim tępym leksykonem?)), że nie doszło do nielegalnego załatwiania jej pracy w totalizatorze – i zapewne nie myliła się. Załatwiano jej pracę całkowicie legalnie, za pośrednictwem urzędników państwowych wysokiego szczebla i to nawet bez jej wiedzy („niczego nie załatwiał tato”). W przerwie po tym jej pierwszym wystąpieniu nawet W. Czuchnowski uznał na antenie TVP.info, że załatwiano jej pracę przez znajomości i układy (pomijam wystąpienia takiego mędrca „Trybuny Ludu” jak J. Rolicki). M. Sobiesiak musiała z czasem nabierać przekonania, że albo broni przegranej sprawy, albo ktoś ją zwyczajnie wyrolował. Widziałem, jak stopniowo gaśnie uśmiech na jej twarzy. Może nawet mówiąc, że sama podejmowała swoją niezależną decyzję o wycofaniu swej kandydatury do zarządu Totalizatora, jeszcze w to wierzyła, ale z czasem chyba coraz mniej.

Parę razy wyrwało jej się coś wyjątkowo szczerego (jak to u młodej i wyjątkowo bogatej kobiety, która na fanaberie może sobie pozwolić). Najpierw powiedziała, że branża reprezentowana przez Sobiesiaka nie mogła stanowić konkurencji dla monopolu państwowego, potem zaś przyznała, że wiedziała o konkurencji („moi konkurenci również byli mi znani”), a ponadto że wpływ na pogarszającą się kondycję monopolu państwowego miał właśnie „niski hazard”, który „odebrał rynek Totalizaotorowi”. Najpierw przyznała, że nic kompletnie nie ma wspólnego z aferą hazardową, w trakcie przesłuchania okazało się jednak, że nie tylko znała ustawę starą i nową (projektowaną), ale i opracowywała strategię biznesową dla Totalizatora (i to konsultując się z paroma istotnymi dla afery hazardowej osobami). Zżymała się na hasło Kamińskiego o wrogim przejęciu, ale dopuszczała w swej strategii ewentualność bankructwa Totalizatora. Wprawdzie jej decyzja o niekandydowaniu do zarządu Totalizatora była niezależna i samodzielna, ale po tej decyzji M. Sobiesiak była „pogodzona i ucieszona”, co skomentowała zaraz jako „mieszane uczucia”.

W którejś z przerw facet uchodzący za dziennikarza TVP.info przytomnie dziwował się właściwie, w czym problem, pytając, co jest w tym złego, że „jedna jednostka zna inną jednostkę”, skoro „żyjemy w zorganizowanym społeczeństwie”. Myślałem, że rzucę butem w telewizor, ale stwierdziłem, że w ten sposób nie obejrzę dalszych obrad. Na domiar złego „Jarek” zajmujący się komentowaniem posiedzeń komisji, taki wesołek, który nie wiem, jakimi skosami trafił do telewizji i na wizję w ogóle ze swoimi dość słyszalnymi, fajnymi wadami wymowy, komentował wszystko tak, że robiło się jeszcze weselej aniżeli przy poradach Sekuły skierowanych do Arłukowicza („proszę pytać o fakty, nie o wnioski”). I w pewnym momencie pomyślałem, że ta przesłuchiwana, może nadmiernie arogancka, ale zapewne dość uczciwa, młoda kobieta faktycznie przeżywa na żywo dramat. Być może myślała, że faktycznie jej życie to ciężka praca w ciężkim biznesie, a tu nagle odkrywa, że wszystko jest inaczej. Być może myślała, że przyboczny, rodzinny prawnik radzi jej, jak bronić się „przed oszczerstwami” i „kampanią nienawiści”, a tak naprawdę tenże prawnik broni szemranej sprawy. I zrobiło mi się żal tej kobiety, która chyba teraz dopiero odkryła, na jakim świecie żyje. I tak jak zaczęła wesoło od hasła „próba mikrofonu”, tak schodziła ze sceny, jak ktoś, kto sądził, że występuje solo, a tak naprawdę śpiewa z playbacku i oklaski dogrywa jakiś smętny gostek w reżyserce.

15 lut 2010

Poprę Kaczyńskiego

Walentynki walentynkami, ale bez polityki przy wieczornej kolacji przy świecach z żoną się nie obeszło, ponieważ spieraliśmy się, czy warto ponownie zagłosować na L. Kaczyńskiego, czy nie (o ile on wystartuje, oczywiście, a na razie nic nie wskazuje na to, by miał nie startować). Najśmieszniejsze było to, że moja żona zgłaszała te wszystkie zarzuty, które ja kiedyś stawiałem (podpisanie „traktatu lizbońskiego”, spolegliwość wobec proupowskich władz Ukrainy, dziwaczna postawa wobec Wołyniaków, niepublikowanie aneksu do raportu o likwidacji WSI itp.), dostało się nawet prezydentowej (pewnie i słusznie), za jej ukłony w stronę środowisk feministycznych. Trudno mi wobec tego było polemizować z tym, co sam kiedyś sformułowałem, ale starałem się jakoś sprostać zadaniu. Mówiłem, że jest to pierwszy prezydent bez agenturalnej przeszłości, to już jest coś. Żona machnęła ręką, twierdząc, że jest nijaki. Przekonywałem, że wygrana Jamajki to byłaby katastrofa, bo to zamknie proces rekomunizacji Polski po 1989 r., zważywszy na silne więzy Jamajki z komunistyczną wojskówką, która przecież kręci tym całym cyrkiem zwanym „sceną polityczną III RP”. Żona na to, że jeśli realna władza prezydencka jest dość ograniczona, to Jamajka niewiele zdziała. Ja na to jednak, że tu nawet nie chodzi o realną władzę, lecz o symboliczne zwycięstwo ludzi kultywujących Układ, po którym wprowadzony zostanie znowu zamordyzm i trzeba będzie zbrojnie walczyć o nową Polskę. Na co moja żona, że nie zgadza się na żadną walkę zbrojną, bo nie tylko kłóci się to z Dekalogiem, ale spowoduje, że znowu zginą ludzie najlepsi, jak w II wojnie światowej, a taka walka i tak jest skazana na niepowodzenie, ponieważ Polski naród ma od czasów wojny i komunizmu inną tkankę społeczną niż Polacy z II RP. Na co ja, że jedna osoba była w stanie obudzić Polaków ze śpiączki w 1979 r., to i na dzisiejszy naród nie można patrzeć nazbyt pesymistycznie, bo wciąż mogą tkwić w nim wielkie moce.

I wtedy przeszedłem do kontrataku zgłaszając mój koronny argument za zagłosowaniem na Kaczyńskiego. Otóż powiedziałem, że wyłącznie dla widoku tych wszystkich, co dostają furii na sam dźwięk nazwiska obecnego prezydenta, wyłącznie dla usłyszenia tych potoków wściekłego ryku tych, co nienawidzą Kaczyńskiego - warto na niego zagłosować. Oczywiście znalazłoby się też trochę powodów pozytywnych, jak to, że uhonorował on środowiska antykomunistycznych kombatantów, że w Gruzji przypomniał o imperializmie Rosji itd. - ale samo to, że część ludzi dostałaby białej gorączki po ponownym zwycięstwie Kaczyńskiego, jest dla mnie dostatecznie mocnym argumentem za poparciem jego kandydatury (moja żona poprze M. Jurka). Piszę to w kontekście tego, co sugeruje K. Wyszkowski, który uważa, że należałoby wystawić M. Płażyńskiego i skoncentrować się na wykorzystaniu słabości peokratów przygniecionych własną aferalnością i w ten sposób utorować sobie drogę do przejęcia władzy. Kandydatura proponowana przez Wyszkowskiego nie jest najgorsza, ale problem w tym, że po pierwsze Płażyński zbyt wielkiej charyzmy nie ma, a po drugie, że jeśliby już myśleć o zmianie kandydata, to najwyżej na takiego, który jest w stanie faktycznie „przebić wszystkich”, a nie wiem, czy ktoś taki jest na prawicy.


Wyszkowski zgłasza swoją propozycję w kontekście tego, kto stanąć miałby na czele rządu, gdyby w jakichś przyspieszonych wyborach parlamentarnych wygrał PiS, bo jeśliby został premierem J. Kaczyński, to – jeśli dobrze odczytuję myśli Wyszkowskiego - przy prezydenturze L. Kaczyńskiego czekałaby nas medialna powtórka z rozrywki, czyli gremialne darcie szat przez pożytecznych idiotów i innych bojowników o wolność i demokrację. Tego histerycznego zgiełku się nie da wykluczyć, zwłaszcza jeśli na wokandę wróci kwestia lustracji środowisk naukowych i medialnych, ale warto pamiętać, iż ten zgiełk mamy właściwie cały czas (!). Antykaczystowskie środowiska nie ustają w odprawianiu swoich obrzędów voodoo i rzucaniu zaklęć na braci Kaczyńskich. Chyba więc przyzwyczailiśmy się do tego, że ludzie komunistycznej „Polityki” czy Czerska Brothers trzęsą portkami na wieść, że widmo kaczyzmu wciąż krąży po Polsce. Zresztą premierem można uczynić np. Legutkę i już problem z głowy. Wyszkowski ma rację, nawołując do poważniejszej kontrofensywy w ramach kampanii „antykorupcyjnej i antymafijnej”, wydaje się jednak, że PiS przyjął taktykę polegającą na tym, iż pozwala ciemniakom samym się wystawiać na pośmiewisko, by wpasowali się w ten sposób w przesłanie ze słynnego spota „mordo ty moja”. Ta taktyka nie jest zła, ponieważ ciemniacy nie mają możliwości obarczać winą PiS za swoją aferalność. Na dodatek wujek Rysiek podczas swojego występu dał taki pokaz tego, kto w Polsce naprawdę rządzi, że było to lepsze niż występy Zbycha, Mira, Grzecha i Donka razem wziętych.


http://www.niezalezna.pl/article/show/id/30836

12 lut 2010

Lekcja polskiej demokracji

Wczorajszy dzień przejdzie do historii jako odsłona prawdziwej struktury władzy w Polsce i zarazem lekcja dobrego wychowania skierowana przez ostatniego sprawiedliwego wobec „wszystkich”. Kogóż to bowiem uczciwy przedsiębiorca, którego na podstawie spreparowanych materiałów chorego z nienawiści szefa służb postawiono przed komisją śledczą, nie wymienił w swojej litanii – była mowa przecież nie tylko o Mariuszu K., ale i o samej komisji korzystającej z pseudodowodów, o dziennikarzach, co te pseudodowody nagłaśniają, o urzędasach, o zakłamanych politykach, o głupich i tępych, skorumpowanych urzędnikach, o panu Kapicy „co chciał wysadzić naraz kilkaset tysięcy ludzi i budżet” i o jego dzielnych celnikach co „pilnują, by nic nie uciekło”, o posłach, o funkcjonariuszach państwowych (bezprawnie piętnujących obywateli) i o lobby hotelarzy austriackich i czeskich. Nic dziwnego, że uczciwy przedsiębiorca się rozzłościł, skoro tyle osób naraz wsiadło mu na głowę. Ten podniesiony ton świadczył, iż uczciwy przedsiębiorca chciał przed komisją zadać jedno retoryczne pytanie: KOGO wy wszyscy, chamy, chcecie przepytywać i z czego?

Ale były też rzeczy mniejszego kalibru. Dowiedzieliśmy się, że Polska „przypominałaby Magiduszu, stolicę Somali”, gdyby prawdziwa wizja była „pana K.”. „plującego na tych, którzy składają się na jego pensję”. Zresztą sam Kamiński, przy okazji refleksji uczciwego przedsiębiorcy na temat manii podsłuchiwania wszystkiego i wszystkich, dowiedzieć się mógł, że podsłuchiwanie wulgaryzmów nie uczyni z niego profesora Miodka, zaś „kodeks cywilny a może nawet karny będzie miał zastosowanie” wobec niego (pana K., oczywiście, a nie Miodka). Przy okazji posłowie Wassermann i Kempa dowiedzieli się, że powinni się wstydzić, że mają znajomego z zarzutami prokuratorskimi. Poza tym uczciwy przedsiębiorca uczciwie przyznał, że nie pamięta, co robił każdego dnia swojego życia. Zastanawiał się też na głos, ile można by willi w Kazimierzu kupić i podsłuchów założyć z tych strat, które poniósł uczciwy przedsiębiorca z powodu decyzji „pana Kapicy”. No i było też „parę słów o sobie”, a przy okazji o pisowskiej filozofii, o tym, że prawo jest aby trzymać za pysk, o sytuacji Śląska Wrocław, która się pogorszyła po odejściu z prezesury uczciwego przedsiębiorcy, o hotelu i wyciągu w Zieleńcu, o inkwizycji, o tym, że karanie jest sensem życia urzędników skarbowych, o hienie roku, a nawet o radiu Erewań, a co trudniejsze kwestie ekonomiczne zostały wyjaśnione na zapałce.

Oczywistym więc było, że po tym wszystkim uczciwy przedsiębiorca stwierdził, że nie ma nic więcej do dodania, no bo też nic więcej nie było, czym wprawił komisję śledczą w sporą konfuzję, gdyż słuchać dalej chciała. Nie była to konfuzja taka, jak wtedy, gdy pełnomocnik, pan mecenas, drżącym głosem odczytywał wyrok na Wassermanna (w przerwie po tym wniosku dziennikarze TVP.info całkiem przytomnie przypomnieli jak to żubr białowieski w taki sposób kiedyś wyeliminował pięciu członków komisji orlenowskiej), no ale jednak czego innego się komisja spodziewała. Może się spodziewała tego, że w systemie oligarchicznym, w którym instytucje państwowe działają w interesie oligarchów, jednemu z beneficjentów tego systemu nagle się odmieni i będzie respektował powagę tychże instytucji? Byłoby to jednak nieroztropne zupełnie, ponieważ świadczyłoby to o niezrozumieniu przez polityków istoty polskiej państwowości po 1989 r., czyli o niezrozumieniu prostej prawdy o ich służbie. Politycy w Polsce mają służyć oligarchom, zaś reszta jest przedstawieniem dla gawiedzi, której wujek Tadek kiedyś powiedział, że jest ona w swoim domu, ale już wujek Bronek dodał parę lat później, że nie jest ona jeszcze dojrzała do demokracji. A o demokracji z kolei opowiedział nam wczoraj obszernie wujek Rysiek.

10 lut 2010

O konspiracji

Wbrew temu, co sugeruje Kajka na blogu Aleksandra Ściosa, ja też (tak jak on) sądzę, że dopóki to możliwe, należy głosić na dachach to, co uderza w neokomunistyczny system. Rzekłbym nawet, że tego rodzaju działania doskwierają sternikom tego systemu o wiele bardziej niż gdyby się podejmowało "aktywność konspiracyjną". Jeśli zresztą przypomnimy sobie, jak sami esbecy zakładali drukarnie i infiltrowali solidarnościowe podziemie, to od razu uświadomimy sobie, iż działalność konspiracyjna wcale nie jest łatwa do prowadzenia (ba, ze swej istoty narażona jest na natychmiastową infiltrację). Po drugie taką działalność stosunkowo łatwo dezawuować w mainstreamie na zasadzie "a, coś tam sobie jakieś oszołomy w podziemiu robią, głoszą, ale to nie jest ważne, zresztą, nie wiadomo, kto to, skąd on i o co mu chodzi" itp. Zresztą w sytuacji, gdy blogi konserwatywne są dość licznie odwiedzane i czytane, mijałoby się z celem „chowanie ich” gdzieś i szukanie dróg dojścia do odbiorców na nowo. Oczywiście, jeśli, tak jak pisze Ścios w odpowiedzi Kajce, dojdzie do pełnego zamordyzmu w Polsce, to trzeba będzie zmienić strategię działania (mam nadzieję, że wtedy znowu Kościół włączy się w walkę, tylko że już bez chęci „negocjowania” z zamordystami). Na razie jednak trzeba korzystać z tego, co daje o wiele większe możliwości dla wspólnotowego kontaktowania i komunikowania się obywateli i odbudowywania świadomości narodowej aniżeli działanie podziemne.

Nie byłoby potrzeby uruchamiania tak wielkiej machiny propagandowej (takiej, jaką urządzono za III RP właśnie z kartelem na rynku medialnym, gdzie olbrzymia większość środków przekazu ładuje odbiorcom do głów dosłownie to samo tylko na różne sposoby), gdyby nie sądzono, że właśnie głosy oficjalne, publiczne - nawet jeśli rozproszone i marginalizowane - stanowią istotne zagrożenie dla systemu. Nikt by się nie zabierał za zwalczanie „niszowych pisemek prawicowych”, RM czy blogosfery, gdyby nie płynęły stamtąd głosy celnie uderzające w machinę zakłamania. Jeden tekst Ściosa robi wyrwę w monolicie tak dużą, że funkcjonariusze Ministerstwa Prawdy musieliby rok pracować dzień w dzień, by tę dziurę zabetonować, a i to przy założeniu, że Ścios nic nie pisałby przez 365 dni. Warto zresztą zauważyć, jak znowu na s24 pojawiają się coraz ostrzejsze ataki na konserwatywnych blogerów – nie wiedzieć czemu całkowicie tolerowane przez administrację i red. Jankego (osobiście pisałem o tym do Ephorosa i nic), co widać dobitnie choćby na przykładzie cytowanym na moim blogu przez andy'ego (link poniżej). Tego typu ataki nie biorą się bez powodu. Gdyby adresaci tychże ataków, jak choćby wspomniany Ścios, nie pisali czegoś sensownego, istotnego, prawdziwego i obnażającego zakłamanie III RP, to by nikt sobie nie zdzierał gardła na wycie i zagłuszanie. Mechanika zagłuszania jest dokładnie taka sama jak w czasach peerelu, w których, mimo totalnego władania mediami, czerwoni musieli jeszcze uruchamiać specjalne urządzenia, by utrudniać odbiorcom docieranie do RWE, „Głosu Ameryki czy „bibisyna”.

Należy konsekwentnie poszerzać przestrzeń wolności słowa, ponieważ coraz więcej przesłanek (znowu odwołam się do Ściosa – niedawno pisał o bondaryzacji, teraz pisał o bezpieczniackim zagrożeniu, jakie niesie ze sobą kandydatura Jamajki) przemawia za tym, że proces rekomunizacji naszego państwa wszedł w fazę decydującą i jeśli opozycja się nie obudzi, i nie zacznie aktywizować w formie kontrofensywy w stosunku do tego procesu, to się ocknie w sytuacji dość podobnej do tej, w jakiej była, jeśli chodzi o ostrzał medialny, za czasów kaczystowskich, tylko, że będzie już nie po stronie rządowej, lecz najwyżej na ulicznych wiecach. Konspiracja ma tę zaletę, że się robi coś, o czym wielu nie wie, lecz ma tę podstawową wadę, że mogą się do nas – właśnie ze względu na „tajemniczość” i „skrytość” działań – dołączyć ludzie podający się za antykomunistycznych zapaleńców, a tak jak Maleszka, pracujących dla policji politycznej. Nie wykluczam zatem działań konspiracyjnych, lecz jeszcze nie teraz i nie w taki sposób, jak to robiła pierwsza Solidarność. Może SW ustrzegła się błędów Solidarności, tworząc struktury rozproszone i w dużej mierze impregnowane na inwigilację – tak czy tak jednak czasy dziś mamy inne i samą wizję działań antysystemowych należy do nich dostosować, nie zaś naśladować rozwiązania, które, niestety, okazały się mało skuteczne, jak wiemy, ponieważ system w chwili swej największej słabości przeciągnął na swoją stronę „wybrańców” opozycji i zawarł układ, w którym egzystujemy do dziś – układ udający normalne państwo.


http://cogito.salon24.pl/155907,necandus
http://cogito.salon24.pl/155907,necandus#comment_2193808
http://cogito.salon24.pl/155907,necandus#comment_2193826
http://freeyourmind.salon24.pl/155716,synowie-dziada#comment_2193521

8 lut 2010

Synowie dziada

Można powiedzieć, że kłamstwo podlega w neopeerelu swoistej gradacji: są pospolite kłamstwa, bezczelne/ordynarne kłamstwa i propaganda. Tekst W. Kuczyńskiego, który mógłby się ukazać w „Trybunie Ludu”, ale jakoś trafił na łamy „Rzeczpospolitej”, można z powodzeniem zaliczyć do tego trzeciego rodzaju kłamstw, w przypadku których nagromadzenie nieprawdy jest tak wielkie, że trzeba by chyba użyć jakiegoś mikroskopu elektronowego, by dostrzec jakieś zabłąkane ziarenko prawdy, a i co do tego, że znalazłoby się takie ziarenko nawet przy jakimś mozolnym powiększeniu, nie ma pewności.

Rok, w którym czekają nas procesy beatyfikacyjne Jana Pawła II i ks. Jerzego Popiełuszki, trzeba przyznać, obfituje w nieprawdopodobnie wprost zakłamane teksty i głosy broniące sowieckiego agenta, Jaruzela, przed „nienawistnymi historykami” i inną antykomunistyczną dziczą, co się ośmieliła sportretować tego agenta, przypominając cały zbiór faktów z jego zasłużonego dla Moskwy i ZSSR życiorysu. Podkreślić warto, że cały ten chór obrońców w czerwonych czy różowych togach, broni starego dziada, który przy każdej okazji – jak na starego agenta przystało – inną legendę opowiada, mimo że temu ostatniemu nikt nie grozi ani szubienicą, ani więzieniem. Chór ten broni dziada przed tym, co ów dziad niejednokrotnie przywoływał w ramach swoich „mów obrończych”, czyli „osądem historii” (!). Najwyraźniej chór ten tak się zrósł z owym dziadem, że czuje się jak potomstwo dziada i broni go nawet przed tym, przed czym sam dziad nie chciał się bronić. Ileż to razy słyszeliśmy z ust dziada, że historia go będzie osądzać. No to sądzi go właśnie historia!

No ale wiemy, że w III RP historią mogą się zajmować jedynie potomkowie dziada – inni są albo za młodzi, albo po prostu „pisowscy” - ten ostatni przymiotnik w języku neokomunistycznej nowomowy oznacza coś gorszego od faszyzmu, mimo że to czerwoni i różowi nasyłali pały na przeciwników politycznych wychodzących na ulice. Wróćmy jednak do tekstu Kuczyńskiego, któremu się wyjątkowo nie spodobał dokumentalny, historyczny film o Jaruzelu (dziwna niekonsekwencja, przecież w tymże filmie było sporo materiału nakręconego za peerelu, więc chyba te części, np. opowiadające o tym, jak ideowości w wojsku pilnował Jaruzel, czy jak wojska „Układu Warszawskiego” odnawiały przyjaźń na terenie Czechosłowacji w 1968 r., nie mogły być takie złe). Kuczyński stwierdza, że autorzy filmu przedstawili z jednej strony złych komunistów, a z drugiej zmaltretowany, mordowany naród polski – co oczywiście ma stanowić zarzut, a nie opis. Wygląda więc na to, że komuniści nie maltretowali Polaków ani ich nie mordowali. Możliwe też, że wcale nie byli tacy źli – albo źli w ogóle. I tu akurat, jak to zwykle u piewców neokomunizmu bywa, Kuczyńskiemu się nasunęły skojarzenia z socrealizmem, że niby w taki sposób, jak Braun Jaruzela, tak sowieciarze portretowali Piłsudskiego, Rydza czy Becka. Problem tylko w tym (czym się oczywiście Kuczyński nie przejmuje), że ci trzej to byli polscy patrioci, którzy uważali sowieciarzy za wrogów naszej ojczyzny, nie zaś jak Jaruzel, który sam był sowieciarzem i sowietyzował Polskę. Nic dziwnego zatem, że tamtych trzech (i wielu jeszcze innych) nienawidzili sowieciarze w swej propagandzie. Nienawidzili oni zresztą tego, co naprawdę polskie, dlatego sowieckimi kolbami musieli wprowadzać „idee wielkiego października”, bo inaczej, czyli gdyby sowieciarzy nie wspierała armia czerwona, to Polacy powywieszaliby ich gołymi rękami.

Kuczyński pisze o „manichejskim filtrze”, jaki zastosowali historycy do portretowania Jaruzela i peerelu, ale ponieważ wnet spotka się ze św. Piotrem, to podejrzewam, że ten mu wyjaśni, na czym polega błąd manicheizmu i kto go tak naprawdę popełnił. Najbardziej jednak skandaliczne zdanie tego propagandowego elaboratu jest następujące: „nawet za Stalina Polska Ludowa nie była Generalną Gubernią pod okupacją sowiecką”. Po takim ludobójstwie, jakiego dokonali Niemcy, Ukraińcy i Rosjanie, i przy takim terrorze, jaki zastosowali sowieciarze „budujący kraj węgla i stali”, trudno było oczekiwać, że Polacy zbiorą w sobie tyle sił, by znowu zbrojnie się przeciwstawić okupantom. A przecież i tak się przeciwstawiali w trakcie antysowieckiego powstania, a potem w czerwcu 1956 r.! Czytając takie zdanie, jak to powyżej, można się zastanawiać, ilu jeszcze niewinnych ludzi musieliby stalinowscy oprawcy skatować w więzieniach, ilu rozstrzelać bez sądu, ilu zesłać, upodlić, zgnoić, choćby jak ks. bpa Kaczmarka – by taki Kuczyński uznał, że to, co było za Stalina, to było coś gorszego niż Generalna Gubernia.

Kuczyński chce nam po raz kolejny więc przypomnieć, że ten komunizm w polskim wydaniu zwyczajnie nie był takim strasznym czy złym systemem, a mówienie o jakiejś zdradzie, ludobójstwie, oprawcach, agenturze, to jakiś pisowski manicheizm. Jeśli więc to wszystko miałoby być prawdą, to aż się ciśnie na usta kilka podstawowych pytań. Czemuście bohaterzy nowej „Polski Ludowej”, czyli III RP, tak się orobili po łokcie, „obalając komunizm”? Czy nie wystarczyło się całą gromadą zapisać do PZPR (niektórzy ponownie) i zmieniać socjalizm od wewnątrz? Wtedy takie stalinowskie czy goebbelsowskie (wersja nie została jeszcze ustalona w Ministerstwie Prawdy) filmy, jak ten Brauna, po prostu by nie powstawały, a przecież o to chodzi, no nie? Nikt nie musiałby rzucać legitymacjami, a z kołchoźników słuchalibyście po dziś dzień przemówień umundurowanego dziada, który jest wam bliższy niż polski naród.


http://www.rp.pl/artykul/431122_Kuczynski__Dziela___wnukow_Stalina__.html

Podniesiona ręka i czapka Kamińskiego

Jak można połączyć 20-lecie przepoczwarzenia się partii komunistycznej w „socjaldemokrację”, zwane w pewnych kręgach „samorozwiązaniem się” „PZPR-u” z M. Kamińskim? Wystarczy pokazać zdjęcia czerwonych i ich „zjazdów” tudzież „transparentów” wraz ze zdjęciem protestującego przeciwko nierozliczeniu komuny, NZS-u. W opisie całej galerii są następujące tagi: „historia”, „mariusz kamiński”, „komunizm”, „archiwalne”, „prl”, „pzpr”, „socjalizm”. To wyszczególnienie jest o tyle ciekawe, że – mimo iż na fotografiach pojawia się dużo więcej o wiele bardziej znanych i rozpoznawalnych osób z komunistycznej wierchuszki – akurat Kamińskiego chciano szczególnie wyróżnić. Szczególnie, bo podejrzewam, iż dla kogoś, komu nie podpowiedziano by, że Kamiński to ten „podniesiona ręka i czapka”, to by go w tłumie studentów, którzy przyszli m.in. z hasłem „Komuniści – sracze czyścić” (aktualne do dziś, rzecz jasna, tylko wciąż nie zrealizowane, niestety), zapewne nie wypatrzył. Można nawet sądzić, że chodziło o to, by przy okazji obśmiać Kamińskiego za np. śmiszną czopkę, jaką ma na głowie i tego wzniesionego kułaka, podczas gdy wtedy w salonach warszawskich moda była na obściskiwanie się z czerwonymi, bo byliśmy już „w swoim domu”. ZOMO zresztą pilnowało dzielnie (już za „pierwszego niekomunistycznego rządu z pierwszym niekomunistycznym premierem”), by czerwonym, co się sami rozwiązywali, nic się nie stało.

W ogóle dziwna sprawa z tym Ministerstwem Prawdy. Z jednej strony przypomina o komunizmie i jego zbrodniczości (np. marzec 1968), ale z drugiej strony przecież od samego początku broniło komunistów jak niepodległości. Dziwna sprawa – czy to nie kwalifikuje się pod jakąś psychopatologię? Jeśli uznaje się kogoś za zbrodniarza, a następnie go na wszelkie sposoby broni, to zapewne musi za tym stać jakaś mroczna fascynacja zbrodniarzem? Może jakiś podziw dla jego siły i skuteczności? No, może być jeszcze inne wyjaśnienie – po prostu wspólnota interesów. Ta jednak pojawia się po przełamaniu pierwszych lodów, więc optuję jednak za jakąś mroczną fascynacją tudzież chorym przywiązaniem i uzależnieniem. To tak jak z żoną alkoholika – wie ona, że on się awanturuje, że jest gnojem, chamem, gnidą, ale mówi sobie „innego nie mam”, „dokąd pójdę”.

Inna rzecz jednak jest tu najciekawsza. Pal diabli bowiem to zafascynowanie złem w Ministerstwie Prawdy. Być może jest tak, że jak się już raz z diabłem wódkę wypiło, to już potem się człowiek nie wsłuchuje w głos sumienia i takiemu człowiekowi zwyczajnie „wsio rawno”. Zauważmy natomiast to nieustanne wskazywanie na Kamińskiego jako takiego antykomunistycznego dziwoląga, który już u samego „zarania III RP” nie pojmował konieczności dziejowej i nie włączał się w „zdobywanie” pierwszego miliona, w przesiadanie się z zaporożców do lancii czy merolków, z wyprowadzania się z szarych, betonowych klocków do luksusowych, strzeżonych przez (głównie poesbecką) ochronę, willi czy apartamentowców. Ten dziwoląg wciąż się gdzieś kręci po III RP i nie daje Ministerstwu Prawdy spokoju. Z jednej strony więc funkcjonariusze MP ryją ze śmiechu na widok kułaka i czapki Kamińskiego, z drugiej nie wiedzą, jakie diabli go nadali i czy czasem kiedyś na nowo się nie rozpocznie to cholerne polowanie na czarownice. Te czerwone i te różowe.


http://wyborcza.pl/duzy_kadr/1,97904,7509203,Koniec_PZPR___20_lat_minelo.html

7 lut 2010

Łoj diridi?


Jedna z moich życiowych dewiz jest taka, że są ludzie, z którymi bawić się nie należy, bez względu na to, w jak szampańskim jesteśmy nastroju i jak dobry alkohol krąży w naszych żyłach. Jak to powiada Michalkiewicz, kto z chłopem pije, ten z nim potem pod płotem leży. Słusznie w swym komentarzu Venissa zwraca dr. Migalskiemu uwagę, że należy być ostroznym z „wyluzowywaniem się”, jeśli nie chce się utracić powagi stosownej do sprawowanej funkcji publicznej. Oto bowiem nasz kochany dr Migalski nie kryje podniecenia wynikającego z tego powodu, że koło politycznej fortuny tak się jemu zakręciło, iż z politologicznego zacisznego gabinetu trafił na wielobarwną i błyszczącą scenę teatralno-kabaretową z innymi głośnymi politykami, by sobie wesoło pośpiewać i pokpić z wielu spraw związanych z naszym życiem politycznym.

Migalski jednocześnie tłumaczy swoje podekscytowanie w taki sposób: „To naprawdę signum temporis, że politycy brykają na scenie, przebierają się i robią najgłupsze rzeczy po teatrach. Taka już nasza karma”. Być może. Tak, owszem, być może. Gorzej by było tylko, gdyby wyłącznie do tego, czyli brykania, przebieranek i wygłupów sprowadzała się tak naprawdę „karma” polskiego polityka, bo resztę załatwialiby np. jeszcze weselsi gostkowie z dawnych WSI czy z obecnej ABW. No ale załóżmy, że tak nie jest, to znaczy, iż polscy politycy mogą być samodzielni i realnie oddziaływać na rzeczywistość.

Przyjmijmy też, że politycy mają prawo do „relaksu” po długich dniach wyczerpującej doprawdy pracy w parlamencie czy innych instytucjach oraz po tych wszystkich arcyciężkich, ideowych sporach o „kształt państwa”, o których dowiadujemy się z mediów. Czy jednak to prawo musi się od razu przekładać na wspólne występy z takimi ludźmi jak Senyszyn? Jeszcze 17 stycznia Migalski zapewniał nas, że koalicja rządowa z komunistami nie wchodzi w grę, że różnice aksjologiczne to coś poważnego w polityce, a tu nagle można wspólnie z przedstawicielami ugrupowania komunistycznego urządzać szopkę na teatralnej scenie? Rozumiałbym jeszcze jakieś jajcarskie występy samych przedstawicieli PiS-u gdzieś na deskach jakiegoś kabaretu i natrząsanie się z wszystkich naokoło z własnym ugrupowaniem włącznie, ale czy należy się wspólnie bawić z czerwonymi? Ja rozumiem, że np. J. Kurski może fajnie się czuje w towarzystwie K. Piekarskiej oraz tancerek w bieliźnie, ale czy bierze on i jego koledzy z PiS-u pod uwage to, że sympatyka tej partii może taka zabawa wydać się cokolwiek niesmaczna?

Pal diabli zresztą estetykę, rzecz przecież chodzi o polityczne zasady, które ulegają zawieszeniu, gdy politycy danego ugrupowania zaczynają się fraternizować z przedstawicielami ugrupowania wrogiego. Migalski wspomina o „inforozrywce” i o „karmie”, ale karma może być taka (i inforozrywka także), że któregoś dnia, gdy np. Migalski wejdzie do kaczystowskiego rządu i zostanie np. ministrem edukacji czy szefem MSZ-u, dostanie telefon od koleżanki z szopki, „Joaśki Senyszyn”, która mu będzie klarować ówczesną sytuację „SLD” następująco: „Słuchaj, Mareczku, jakieś gnoje chcą nas zdelegalizować, a przyzwoitych specjalistów od marksizmu-leninizmu wywalać z uczelni. Możesz zadzwonić do Ziutka w MSWiA, by nieco uciszył ciupasów?” I co wtedy „Mareczek” powie? A ściślej, po czyjej stanie stronie?


http://migal.salon24.pl/155351,crazy-is-my-life#comment_2183526
http://migal.salon24.pl/155351,crazy-is-my-life
http://migal.salon24.pl/150430,koalicja-pis-sld-never
http://www.tvn24.pl/26086,1642020,0,1,ale-szopka-politycy-wysmiewaja-afere-hazardowa,wiadomosc.html

6 lut 2010

W kierunku dekomunizacji

21 rocznica rozpoczęcia „rozmów” okrąglakowych skłania do refleksji nad tym, jak uporać się z zaniedbaniami takimi jak niezdelegalizowanie partii komunistycznej, niezablokowanie działalności publicznej środowisk komunistycznych i niedokonanie gruntownego rozliczenia złodziejskiej i zbrodniczej polityki czerwonych na ziemiach polskich. Nie chodzi mi o analizowanie intencji i celów środowisk „lewicy laickiej”, która w sowieckim akcie „podzielenia się władzą” widziała szansę na swój długoletni akces do polityki i pieriekowki, bo te kwestie są znane, zresztą przy okazji niedawnej dyskusji wokół świetnego filmu o agencie Moskwy, Jaruzelu, wyszło na jaw po raz kolejny, iż środowiskom „lewicy laickiej” jest bezwzględnie bliżej do środowisk komunistycznych niż do polskiego społeczeństwa. Nawiasem mówiąc, ta akcja czerwonych broniąca komunistycznego zbrodniarza mogłaby być powodem do wznowienia dyskusji o konieczności delegalizacji partii komunistycznej.

Chodzi mi o rozważenie swego rodzaju pragmatyki postępowania np. w środowisku naukowym, gdyby doszło - w normalnych parlamentarnych warunkach - do formułowania kompleksowej ustawy dekomunizacyjnej (a ściślej, sanacyjnej), w której m.in. ustalano by procedurę eliminowania środowisk komunistycznych z ośrodków akademickich czy szkolnictwa w ogóle. Sądzę, że należałoby tu powołać – tak jak w przypadku komisji zajmującej się weryfikacją ludzi z WSI – zespół ekspertów, którzy dokonaliby przeglądu dorobku (poprawniej byłoby rzec „dorobku”) ludzi związanych z indoktrynacją komunistyczną w polskiej edukacji po wojnie.

Procedurę dekomunizacyjną widziałbym w odniesieniu do następujących dwóch głównych grup „docelowych”: 1) politrucy i funkcjonariusze zajmujący się „inżynierią dusz”, czyli programowaniem procesów edukacyjnych jako dehumanizacyjnych, indoktrynujących, intoksykacyjnych (tworzeniem „człowieka sowieckiego” poprzez marksizację-leninizację szkolnictwa na wszystkich jego szczeblach), 2) „analitycy” i „badacze” marksizmu-leninizmu (funkcjonariusze nie tylko administracyjni, ale i rozwijający destrukcyjną cywilizacyjnie, dehumanizacyjną pseudonaukę marksizmu-leninizmu). Tych pierwszych można by nazwać „funkcyjnymi” (zajmowali się oni sterowaniem procesami edukacyjnymi, np. programową laicyzacją, a zwłaszcza ateizacją szkolnictwa, ale też obciążaniem programów szkolnych pseudowiedzą związaną z marksizmem-leninizmem i komunistyczną indoktrynacją dot. „bratniego obozu socjalistycznego” - tu fałszywe dane dot. gospodarki, kultury krajów sowieckich itd.). Tych drugich „wyrobnikami” - można powiedzieć właściwymi (obok bezpieczniaków i wojskówki) przedstawicielami „klasy robotniczej”, ponieważ stanowiącymi (obok załganych artystów wysługujących się reżimowi) „elitę intelektualną” systemu opresji.

Komisja dekomunizacyjna miałaby doprowadzić do wyeliminowania ze środowisk akademickich, naukowych i szkolnych, „funkcyjnych” i „wyrobników” marksizmu-leninizmu poprzez unieważnianie ich stopni naukowych uzyskanych za prace nienaukowe, związane z krzewieniem totalitarnej indoktrynacji (tutaj należałoby ustalić kryteria unieważniania wartości prac uznanych za marksistowsko-leninowskie). Procedurę tę można by przedstawić szerzej jako nie tylko sanację polskiego systemu szkolnictwa i edukacji, ale i tworzenie setek nowych miejsc pracy.

5 lut 2010

"Dzień dobry"


Ufka słusznie zauważyła, że peokraci sami się załatwili – najpierw pozwalając wczoraj na swobodne opowieści Tuska (dziś nie wypadało Kaczyńskiemu przerywać), a następnie zestawiając te dwie postaci obok siebie w tak krótkim czasie. Kaczyński miał więc nie tylko okazję, by przypominać, iż afera hazardowa dotyczy gabinetu ciemniaków, a nie PiS-u, by wskazywać na prześladowanie Kamińskiego i CBA za ujawnienie afery i by rozśmieszać komisję śledczą, w której nawet zaciskającemu zwykle zęby Urbaniakowi ciężko było utrzymać szczęki na wodzy.

Rozłożył mnie na łopatki jednak przewodniczący Sekuła, który po dwóch z hakiem godzinach przesłuchania (było to gdzieś koło 11.40), po pytaniach Arłukowicza i odpowiedziach szefa PiS-u rzekł „Dzień dobry”, po czym poprawił się za chwilę na „Dziękuję”, no ale śmiech zatrząsł całą salą. Ja się kulałem chyba z 10 minut, rżąc na całe gardło. Jak opowiedziałem to potem żonie, to stwierdziła, że jakbym przesłuchiwał przez 13 godzin Tuska, to sam bym mówił „dzień dobry” w najmniej spodziewanych chwilach. No i coś w tym jest – występy szefa obecnego „rządu” były drętwe i pełne nieprawdopodobnego gadulstwa, natomiast przesłuchanie Kaczyńskiego zamieniło się w niedługim czasie w niemal swobodną dyskusję z zaproszonym do sejmu (i telewizji) prezesem PiS-u. Peokraci zafundowali mu coś w rodzaju „dnia wyborczego”, w którym mógł pozachwalać swój rząd, wskazać na pewne błędy i przy okazji po raz kolejny pokazać jakim jest sympatycznym i inteligentnym człowiekiem. Neumann i Sekuła też przestali być odrętwiali i ciężko im było utrzymać szczękościsk charakterystyczny dla ich codziennej postawy na posiedzeniach komisji. Urbaniak starał się ratować atakami na Wassermanna, ale wychodziło mu to dość blado. Arłukowicz w pewnym momencie się poderwał, jak ZSMP-owiec, walcząc z „ideologią” i twierdząc, że PiS nie walczyło z jednorękimi bandytami, jakby to ustawa wymyślona przez czerwonych nie spowodowała właśnie takiego skutku jak wysyp tego rodzaju maszyn hazardowych, no ale mniejsza z tym. Generalnie atmosfera była jak na pikniku, nic dziwnego więc, że wszystko się zakończyło po kilku godzinach, choć przed przesłuchaniem spekulowali „znawcy”, że na pewno będzie takie długie posiedzenie, jak z Tuskiem.

W „tzw. międzyczasie” jak mawiają medialni eksperci od czasu, doszła nas jeszcze jedna optymistyczna wiadomość, taka mianowicie, że Radek Sikorski zaproponował, by Rosję przyjąć do NATO. O tego rodzaju pomysłach już niejednokrotnie pisałem i krakałem, że w końcu do tego dojdzie, choć nie sądziłem, że akurat w okresie kampanii prezydenckiej, gdy Radek jest wymieniany jako lepszy zmiennik „króla sondaży” od Jamajki (bo ponoć Jamajka aż takiego brania nie ma w „elektoracie”), taka koncepcja zostanie zwerbalizowana. Oczywiście to, że zgłoszono ją na łamach niemieckiej prasy jest jak najbardziej zrozumiałe, skoro to kanclerz Merkel namawiała „króla sondaży” by sobie odpuścił kandydowanie (co też on niezwłocznie uczynił, wiedząc, że w rządzie ma realną władzę, a nie w belwederskiej wieży z kości słoniowej). Z Niemiec zresztą jest rzut beretem nie tylko do Polski, ale i do Rosji, czołowego sojusznika naszego zachodniego sąsiada, a takie dobre wieści muszą się szybko rozchodzić. Czy w związku z tym Radek już ma wygraną w wyborach prezydenckich w kieszeni? Hm, mimo że sprawa nie jest jeszcze pewna, to prorokuję gwałtowny wzrost sympatii dla Radka w sondażowniach, z tego choćby względu, że dla środowisk związanych z socjotechniką w naszym kraju – tak się składa że – to co dobre dla Rosji, jest też dobre dla Polski.

Oczywiście dzień, w którym Rosję przyjęto by do NATO, stanowiłby koniec Paktu Północnoatlantyckiego i początek Układu Warszawskiego-bis (czy ktoś pamięta legendarną koncepcję NATO-bis?). Wiemy bowiem, że kto jak kto, ale nikt tak jak Rosja nie potrafi stać na straży pokoju, praworządności i bezpieczeństwa. Pozostawałby jedynie problem, jak tchnąć nowe życie w starą, ale przecież sensowną „doktrynę Breżniewa”, no ale nad tym już nie będzie się musiał głowić Radek, tylko jacyś rosyjscy generałowie.

I bardzo dobra wiadomość na koniec. „Człowiek honoru”, Jaruzel mianował przedśmiertnie wujka Adasia na generała. Szkoda, że tak trochę nieformalnie, bo taka uroczystość mianowania na pewno przykułaby widzów z Polski i ze świata – może nawet bardziej niż noc Oscarów 2010. Kto by nie chciał zobaczyć Michnika w mundurze? Wprawdzie Jaruzel nie dodał, czy widziałby go jako generała w swoim słynnym WRON-ie czy takiego od czystości ideowej w „ludowym wojsku polskim”, no ale nie bądźmy drobiazgowi, do cholery.

http://ufka.salon24.pl/154940,jarkacz-na-goraco
http://www.tvn24.pl/-1,1641789,0,1,jaruzelski-michnik-mogl-zostac-generalem,wiadomosc.html
http://www.tvn24.pl/12691,1641790,0,1,sikorski-rosja-powinna-byc-w-nato,wiadomosc.html

4 lut 2010

Standardy Tuska


Tusk obrał strategię najgorszą z możliwych, bo polegającą na tym, by obwiniać Kamińskiego i CBA za całą hazardową aferę. Najwyraźniej więc peokraci są przekonani, iż sytuacja została opanowana i nie ma co się bawić w wyjaśnianie afery, której nie ma albo też sądzą, że najlepszą obroną jest kontratak. Jedyna afera bowiem, jaka jest, wiąże się, zdaniem Tuska, z niestandardowym zachowaniem szefa CBA, pod adresem którego premier wygłosił tyle „superlatyw”, że nie ma cienia wątpliwości, iż dzisiejsze przesłuchanie potraktował on jako okazję do kolejnej asekuracji swojego środowiska. Samo przesłuchanie jednak także było zaskakująco miałkie. Pomijam już niekończące się tyrady, jakie wygłaszał premier (nic dziwnego, że nie zdecydował się na swobodną wypowiedź, skoro mógł opowiadać niezwykłe banialuki, kiedy tylko chciał – Sekuła nawet nie próbował go dyscyplinować, bo przecież nie po to został szefem komisji śledczej), ale ani Kempa, ani Wassermann, nie złapali wcale byka za rogi.

Ubawił mnie setnie Urbaniak, który – co wcale nie jest łatwe – intelektualnie przebił dziś samego drewnianego Sekułę, pytając: „ilu zwykłych obywateli było bez zgody podsłuchiwanych przez CBA?”(niestety, stenografiści TVN24 jakoś nie dosłyszeli tej frazy, to też ciekawe). Tu jednak nawet Tusk uznał, że Urbaniak przedobrzył z tym typowym dla siebie cyrkiem przed kamerami (facet z tym swoim spojrzeniem cały czas celującym w bok sprawia wrażenie ochroniarza, a nie absolwenta filozofii), i nieco go zmitygował, choć premier przyznał zarazem (dociskany przez Urbaniaka), że oczywiście, gdyby doszło do tego, że ktoś podsłuchiwał posłów czy ministrów to sprawa nadaje się do prokuratury (swoją drogą, że też prokuratura nie zajęła się dziennikarzami TVN24, którzy robili swego czasu z Begerową materiał podsłuchowy dot. PiS-u, z którego to materiału PO korzystało ochotnie z Jamajką na czele).

Mówiąc już teraz jednak o poważnych sprawach, to trzeba zwrócić uwagę na to, że zastosowana została ta sama strategia, co z okresu wykrycia afery. Tak jak wtedy Kamińskiemu zaraz po jej wybuchu w podskokach postawiła zarzuty prokuratura rzeszowska, a w związku z tym można było mówić od razu (nawet w serwisach „Polskiego Radia” co gorliwsi, proreżimowi lektorzy i lektorki czytali z grozą w głosie „Mariusz K.”) o szefie CBA jako o tym, „przeciwko któremu toczy się postępowanie” – tak teraz i Tusk, i jego przyboczni, zwłaszcza Neumann (wywiad dla TVP.info) zwracali uwagę na audyt dot. CBA. Neumann zresztą nie mógł się nadziwić, że Tusk nie „podziękował takiemu” (szefowi CBA). Niewiarygodny, niekompetentny, niechlujny Kamiński, niewiarygodne, nieprofesjonalne, przeciekające, rozrzutne itd. CBA – cóż trzeba więcej? Wiarygodni zatem muszą być Zbycho, Miro i Rychu, no ale tego jeszcze Tusk, Neumann czy im podobni profesjonaliści, nam nie powiedzieli – na szczęście już wiemy, od tego samego Tuska, że śledczy nie wyjaśniają sprawy. Dobre i to.

Skoro o profesjonalizmie mowa – Tusk rysował sytuację tak, jakby Kamiński zupełnie po głupiemu przyszedł go zawiadomić o podejrzanych działaniach jego kolegów z „rządu” i z „klubu”, podrzucając mu sprawę, której rozwiązanie nie było przewidziane w żadnych „standardowych procedurach”. Podkreślał z naciskiem, że Kamiński chciał od niego, by zastąpił CBA i prokuratora, zaś poczciwina Tusk nie chciał zastępować, a poza tym nawet gdyby chciał, to nie mógł, bo miał na głowie ustawę budżetową, Afganistan, Holandię, katastrofę w kopalni, radę europejską i Eureko. Jednocześnie nie krył swego „ograniczonego zaufania” do szefa CBA, znając jego przeszłość i „temperament polityczny” (później nawet insynuował, że Kamiński zakładał ze swymi ludźmi podsłuchy, by łapać przy okazji polityków „nielubianych przez CBA”). Kamiński zatem zastosował szacha-szecha, dociskając zarówno Tuska, jak i jego hetmańskie zaplecze, sam udając niewinnego, na szczęście jednak czujny premier od samego początku czuł jakimś szóstym zmysłem, co się kroi. Jako przykład standardowego działania wskazał szef gabinetu ciemniaków sytuację, w której ktoś ze służb przychodzi do premiera poinformować, że prezes ZUS-u zostanie aresztowany.

Z tego ostatniego przykładu i z tej logiki rozumowania Tuska wynikałoby zatem, że Kamiński popełnił kardynalny błąd uprzedzając szefa „rządu” o tym, iż jego podwładni zaangażowani są w szemrane negocjacje wokół procesu legislacyjnego, ponieważ powinien był czekać aż dojdzie do popełnienia przestępstwa, a następnie wyaresztować, kogo by się dało z rządzącej partii i najwyżej poinformować o tym Tuska. Już widzę, co by się działo, gdyby się na takie procedury zdecydowało CBA – skoro o „zamachu na rząd Tuska” mówiono w sytuacji, gdy Kamiński poinformował premiera, co jest z działaniami jego kolesi nie tak! Podejrzewam, że mielibyśmy powtórkę z czerwca 1992, kiedy zbiera się grono zbawców ojczyzny, którzy liczą głosy i doprowadzają do opanowania sytuacji poprzez natychmiastową likwidację CBA i postawienie Kamińskiego przed sądem za działanie antypaństwowe mające znamiona „pisowskiego przewrotu politycznego”. Zostawmy więc ten scenariusz, by nie pognębiać biednego Tuska.

Wróćmy do innej jego tezy, którą z naciskiem powtarzał. W związku bowiem z tym, że premier nie chciał zastępować CBA i prokuratora, a niedługo po dramatycznym spotkaniu (14 sierpnia) z Kamińskim miał, jak sam przyznaje, briefing z szefami służb, to czyż naturalnym wyjściem z sytuacji nie było zlecenie czynności operacyjno-śledczych jakiejś innej służbie, np. ABW? Oczywiście, znając z kolei inklinacje i „temperament polityczny” ludzi z ABW, a zwłaszcza ich dość otwartą niechęć do CBA, możemy podejrzewać, że gdyby się oni takiego działania podjęli, to jedną z pierwszych rzeczy, których by dokonali, to delikatnie wyperswadowali podejrzanym, iż „KGB” się nimi interesuje, w związku z tym trzeba sobie na chwilę dać siana. Czy taki wariant jest trudny do wyobrażenia? Absolutnie nie. W kraju, w którym instrumentalnie traktuje się instytucje państwowe, a ciemniacy w tym okazali się nawet lepsi od czerwonych, którzy jednak na tak wiele sobie nie pozwalali (vide choćby komisja dot. Rywina i Michnika), scenariusz, w którym aferę wykrytą przez jedną z niekomunistycznych służb zamienia się w akcję przeciwko tejże służbie jest zupełnie racjonalny. Tusk jednak powinien mieć świadomość, jakie z takiego działania mogą być nie tylko dla jego pokracznego zaplecza, ale i dla niego samego jako premiera odpowiedzialnego za to wszystko i polityka, przyszłe konsekwencje.


http://www.tvn24.pl/-1,1641505,0,1,stenogram-z-przesluchania-donalda-tuska,wiadomosc.html
http://www.tvn24.pl/-1,1641580,0,1,premier-sejmowi-sledczy-nie-wyjasniaja-sprawy,wiadomosc.html

Graj, Cyganie, graj


Nie od dziś wiadomo, że nieszczęśliwie zakochani widzą świat w nieco zdeformowany sposób i np. jeśli osoba, do której wzdycha taki nieszczęśnik, obdarzy go choćby lekkim, uprzejmym uśmiechem, ten zakochany dosłownie mdleje ze szczęścia i tłumaczy sobie, jak bardzo ukochanej zależy na nim. Widziałem zresztą w swoim życiu gości, z których kobiety (zwykle preferujące facetów, co zabierają się za zdobywanie niz tych, co wlepiają maślane gały i jęczą w mękach niespełnienia) robiły po prostu miazgę.

Podobni kochankowie odzywają się teraz zgodnym chórem, odkąd Matka Rassija ustami cara Putina (chwilowo na stanowisku premiera) zaprosiła polskiego premiera do tańca nad grobami polskich oficerów pomordowanych w Katyniu. Owi kochankowie, którzy wzdychali do niej przez 21 lat (niektórzy i dłużej) i którzy karierę robili na „niedrażnieniu Rosji”, tłumaczą nam i sobie owo zaproszenie właśnie w taki sposób, jak nieszczęśliwie zadurzony interpretuje każde - nie tylko przypadkowe, ale nawet najbardziej wyrafinowane - zachowanie „ukochanej” („obejrzała się na mnie – coś musi czuć do mnie naprawdę”). Tymczasem całkiem niedawno przecież Rassija wynegocjowała (no, wynegocjowała to może za dużo powiedziane :), zapewniła sobie) kontrakt gazowy z Polską na dłuuugie lata (czy ktoś pamięta, jak kiedyś Putin przyjechawszy do nas sztorcował naszych dyplomatów za to, jak się w naszym kraju traktuje negocjacje z Gazpromem?), więc ma pełne prawo do swego rodzaju fanaberii na takiej zasadzie jak ktoś, kto dużo zarobił na transakcji i stawia z tego powodu kolejkę kontrahentowi.

Oczywiście, skłamałbym, gdybym powiedział, że w tego rodzaju gestach w przypadku Rassiji nie kryją się jakieś dodatkowe przesłania. Ależ kryją się. Moskwa od lat wysyła nam sygnał dotyczący tego, że zawsze możemy do macierzy wrócić. Przyjaźń braci Moskali jest na wyciągnięcie ręki, rzecz jasna, byleby na proponowanych przez tychże Moskali warunkach sprowadzających się do coraz głębszej podległości Polski wobec Rosji. Wśród przedstawicieli naszego establishmentu, którzy, odkąd to wujek Tadek się spektakularnie przeprosił z kanclerzem Kohlem, już mentalnie przestawili się na wizję naszego kraju jako protektoratu niemieckiego, takie zbyt ostentacyjne wiązanie się z Kremlem byłoby „zawracaniem Wisły kijem” („co nasi przyjaciele Niemcy by na to powiedzieli?”). A ponieważ nie są przyzwyczajeni do samodzielnego myślenia w interesie Polski, to mają zwykle straszny dylemat, niemalże taki jak brzydka panna na wydaniu, jak to swego czasu ujął Bartoszewski. Nie są w stanie bowiem nasi szeroko rozumiani dyplomaci i eksperci rozgryźć białego niedźwiedzia, a nie wiedząc, o co może mu chodzić, perorują, że chce on dla nas najlepiej i odtąd będziemy żyć razem długo i szczęśliwie. Tymczasem Putin po prostu realizuje cele swojej wielkorosyjskiej polityki, zwyczajnie umacniając wpływy Moskwy, gdzie tylko się da. Nawiasem mówiąc, nie tak dawno przecież w polskich mediach pomstowano na to, że w Rosji coraz mocniej prześladuje się opozycję. Teraz zaś uśmiechom, ochom i achom, po zaproszeniu Putina nie ma końca. Wot, myślenie gierojów z polskojęzycznych mediów i okolic.

Najśmieszniejsze jest jednak to, że „strona polska”, zapewne, by nie rozdrażnić Rosji, nawet nie próbuje ugrać coś dla nas w tej sytuacji i np. uzyskać jakieś dokumenty dotyczące zależności władz peerelu od NKWD i armii czerwonej. Samo dossier żywej legendy Jaruzela czy innej, nie mniej żywej, Kiszczaka, to opasłe tomiska akt, jak sądzę, a przecież oni zaledwie otwierają długi poczet zdrajców Polski, którzy egzystują sobie na naszych ziemiach do dziś. Ja nawet byłbym za tym, by podpisywać długie kontrakty gazowe z Rosją właśnie za cenę udostępnienia Polakom dokumentacji dotyczącej powojennej historii. Kontrakt można zawsze wypowiedzieć, nawet płacąc odszkodowania (najlepiej z kieszeni tych, co niekorzystną dla Polski umowę zawarli), a agentury wyzamiatać bez dokładnej jej ewidencji i listy działań na rzecz obcego mocarstwa się tak łatwo nie da. Rosjanom można by to podejście tłumaczyć tak, że jak posprzątamy u siebie agenturę posowiecką, to interesy między naszymi krajami będą szły o wiele lepiej aniżeli gdy sobie symbolicznie zatańczymy w Katyniu.

PS. Szeroko na temat strategii Rosji rozpisuje się Jaszczur w styczniowej odsłonie POLIS MPC (www.polis2008.pl), do lektury której serdecznie zapraszam wszystkich zainteresowanych.

2 lut 2010

O kontrowersjach


Określenia „sowiecki patriota” użył w odniesieniu do Jaruzela B. Musiał w filmie G. Brauna i myślę, że każdy, kto w 2010 r. broni Jaruzela lub domaga się „zniuansowania” jego historii, powinien sobie też to zaszczytne miano gdzieś nad biurkiem czy nad łóżkiem powiesić. Oglądając wczoraj po emisji filmu dyskusję z udziałem W. Mazowieckiego i J. Żakowskiego, Ł. Warzechy i P. Zaremby, prowadzoną przez R. Ziemkiewicza (który już na wstępie został poczęstowany żartem, że jest kolegą J. Urbana, skoro ten ostatni był prezesem telewizji – co z kolei miało być odpowiedzią na docinek Ziemkiewicza pod adresem Żakowskiego), doszedłem do wniosku, że z pewnymi ludźmi nie powinno się w ogóle rozmawiać z jednej prostej przyczyny – ich prawda nie interesuje. To, czy będą mówić półprawdy, ćwierćprawdy czy ewidentne kłamstwa, nie ma znaczenia, najważniejsze jest to, iż debatowanie z nimi jest stratą czasu – i dla rozmówcy, i dla ewentualnego słuchacza.

Rozumiem, że w dyskusjach, zwłaszcza przeprowadzanych na forum publicznym organizatorzy powinni zadbać o to, by reprezentowane były przynajmniej dwa stanowiska w jakiejś sprawie. Błędem jednak jest zapraszanie ludzi, którzy chcą jedynie wygłosić swoje ideologiczne przesłanie, zaś wszelkie stanowiska dotyczące dyskutowanej kwestii uznają za bezsensowne, nieuzasadnione, absurdalne, „niezniuansowane” etc. Dla czystości dyskusji oraz czystości przestrzeni publicznej, jak też dla pewnej higieny intelektualnej (niezaprzątania sobie głowy kłamstwami, dezinformacjami itd.) nie należało (i nigdy nie należy) podejmować dialogu z marksistami-leninistami – analogicznie, z tychże samych względów, nie powinno się debatować z osobami, które marksistów-leninistów bronią. Jeśli bowiem ktoś uważa, że w kłamstwie jest jakieś ziarno prawdy, to niech sobie tego ziarna szuka nawet do końca życia, lecz my nie musimy mu w tym poszukiwaniu towarzyszyć.

To tak mówię gwoli pewnego wprowadzenia i uporządkowania sytuacji, zresztą problem nie dotyczy wyłącznie wczorajszej dyskusji, wiemy wszak doskonale, iż stawianie Jaruzelowi pomnika za życia zaczęło się już w 1989 r. i właściwie trwa do dziś. Nawet w tak zdawałoby się krytycznej wobec III RP i „pisowskiej” „Rz”, pojawia się „zniuansowany” głos K. Feusette, który twierdzi, iż film Brauna będzie uznawany za kontrowersyjny. Słowo „kontrowersyjny” zrobiło wielką karierę za czasów III RP, gdyż za jego pomocą sugerowano „publiczności”, że ma się mieć na baczności i wstrzymać z osądem w jakiejś kwestii, dopóki „znawcy” nie rozsądzą zgodnie ze znawstwem swoim. „Kontrowersyjna” ustawa antyaborcyjna, „kontrowersyjny” projekt ustawy dekomunizacyjnej, „kontrowersyjna” lustracja, „kontrowersyjne” poglądy antykomunistyczne itd. To, co znawcy opatrywali przymiotnikiem „kontrowersyjny” miało pozostawać niejako poza obszarem zainteresowań przeciętnego zjadacza chleba do czasu eksperckiego rozstrzygnięcia, a nawet jeśli z tym rozstrzygnięciem zwlekano, to wbijano ludziom do głowy to właśnie określenie, by wiedzieli z góry, że skoro coś jest „kontrowersyjne”, to coś z tym jest na pewno nie tak i lepiej się o tym nie wypowiadać lub też uważać to za nonsens.

Oczywiście, bywało też inne użycie tego terminu, takie, które zmierzało do osłabienia moralnej oraz prawnej oceny jakiejś decyzji czy czyichś działań. „Kontrowersyjna” była (i jest do teraz) przecież decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego. Podejmując ją Jaruzel musiał się bić z myślami niemalże jak Hamlet, musiał się miotać między dobrem a złem, musiał rwać włosy z głowy położonej między sierpem a młotem – tłumaczono (i tłumaczy się) nam. Jak pamiętamy zresztą S. Chwin, na łamach broniącej Jaruzela od samego początku III RP, gazety Michnika, dokonał swego czasu nieprawdopodobnej wprost manipulacji, twierdząc, że „każdy z nas” postąpiłby pewnie tak samo na miejscu „generała”. Czyli co – każdy z nas, gdyby „konieczność dziejowa” go zmusiła więził, pałował lub strzelałby do swoich rodaków? Niezłe, choć dla tego środowiska intelektualnego bardzo typowe – w końcu przyjąwszy raz kłamstwo za prawdę, brnie się w nie w nieskończoność. Innej drogi nie ma, bo nie może być.

Niezwykle ciekawe jest to, wracając już do dyskusji wokół filmu Brauna, że kontrowersje ma budzić film, a nie sama postać w nim pokazana, no chyba, że „kontrowersyjna” miałaby być w tym drugim znaczeniu, tj. wewnętrznie niejednolita, pęknięta, zmagająca się ze swymi słabościami i z presją sił zewnętrznych - „zniuansowana”. Jeszcze bardziej intrygujące jest to, że tak wielkie wysiłki wkłada się w obronę sowieckiego agenta, oddanego Rosjanom i Rosji sowieckiej bez reszty, odkąd tylko wstąpił w szeregi armii czerwonej, a potem wszedł we współpracę ze Smierszem. Jeśli bowiem ktoś broni tego sowieckiego agenta, który zajmował się m.in. zwalczaniem polskiego, antysowieckiego powstania, to musi konsekwentnie uznać, że owo powstanie należało zwalczać, czyli, że ludzie z AK, WiN-u czy NSZ-u to były faktycznie zaplute karły reakcji. Jeśli ktoś broni tego sowieckiego agenta, to musi też konsekwentnie uznać, że służenie armii okupacyjnej oraz dowodzenie „ludowym wojskiem”, które planowano użyć do ataku na kraje zachodnie – to powód do chwały, zaś godzenie się na to, że Polska zamieniłaby się w nuklearne pogorzelisko, to specyficzna forma patriotyzmu lokalnego. Tego rodzaju jednak moralną gimnastykę pozostawiam kompletnym zaprzańcom.

Moim zdaniem Jaruzel zasługuje na śmierć i powinno się go skazać na śmierć nawet dziś, w podeszłym, starczym wieku – właśnie z tego powodu, że jako zbrodniarz komunistyczny i zdrajca ojczyzny powinien zostać stracony, a wraz z nim ci wszyscy, co zbrodni komunistycznych i zdrady ojczyzny się dopuścili. Tak jak gania się po całym świecie do późnej starości, oprawców hitlerowskich, tak powinno się ganiać i sądzić oprawców komunistycznych. Gdyby za zbrodnie komunistyczne tychże zbrodniarzy spotkała śmierć właśnie nawet w późnej starości, to czerwona zaraza stosunkowo szybko znikłaby z „intelektualnych salonów”. Zdaję sobie jednak sprawę, że proponuję kontrowersyjne rozwiązanie, mimo że czerwoni wymordowali i sponiewierali tyle milionów ludzi. Jaruzel wiedział, że spotka go śmierć, jeśli władzę przejmą ludzie, których gnębił, z tego też powodu ze swoimi czerwonymi pobratymcami zastosował manewr „dzielenia się władzą”. Podzielił się to władzą jednak z ludźmi, którzy zapewnili mu ochronę, nie zaś z polskim społeczeństwem. To też warto przypomnieć tym, co wciąż i wciąż bronią sowieckiego agenta, bo za to i ich rozliczenie wnet czeka.

Mam nadzieję, że nauczyciele historii będą pokazywać film Brauna na lekcjach z dziećmi i młodzieżą. To powinien być materiał obowiązkowy dla każdego, chcącego poznać naszą współczesność, wchodzącego w życie, Polaka.



http://www.rp.pl/artykul/55361,426171_Kim_jest_general.html

1 lut 2010

Na ludową nutę


To, że „ludowcy” się nagle przebudzili, pozornie wiąże się z niedawnym planem kolejnego już cudu gospodarczego „platformy” ogłoszonego przez wesoły tandem Tusk-Rostowski, ale tak naprawdę sprowokowane jest, jak sądzę, proroctwami, że „PSL” może po prostu nie wejść do parlamentu przy najbliższych wyborach. Jeśli taki afront grozi najbardziej obrotowej partii w naszym kraju, która bez kręcenia się przy konfiturach władzy nie wyobraża sobie publicznego życia, to najwyższy czas, by wykazać się jakąś oryginalnością, a nawet opozycyjnością w koalicji w trzecim roku „rządów”. Nie ma w tym miejscu znaczenia, czy „PSL” wystawi po raz kolejny W. Pawlaka na prezydenta, chcąc przypomnieć o swoim istnieniu, ważne jest to, że „ludowcy” mogą całkowicie pokrzyżować śmiałe, bombastyczne plany „urzędu kanclerskiego”, jak niektórzy, co „bystrzejsi” komentatorzy patrzą na stanowisko premiera, odkąd ten uznał po 5 latach kandydowania, że jednak prezydentura to obciach.

Doprowadzenie do przyspieszonych wyborów przerwałoby „znakomitą passę” peokratów, a tych nastawionych na cud gospodarczy (nawet w ramach kreatywnej księgowości) znawców polskiej polityki z przeróżnych salonów, doprowadziłoby do białej gorączki, „PO” bowiem nie mogłoby się wykazać dosłownie niczym, no, może poza mapką z „zieloną wyspą”, jeśli chodzi o jakieś poważne osiągnięcia polityczne i gospodarcze, a jednocześnie wróciłoby widmo „pisowskiej putinizacji”. Owszem, "PO" mogłoby mówić: „dajcie nam jeszcze raz szansę”, ale przecież tego rodzaju zawołanie mogłoby trafiać już wyłącznie do elektoratu pozbawionego rozumu. Oczywiście „ludowcy” mogą tradycyjnie chcieć podbić stawkę i jeszcze coś dla siebie ugrać, kołysząc łódką, bo przecież szansa na bycie w rządowej koalicji może się szybko nie powtórzyć.

Jest to kolejny sygnał, obok tych z ubiegłego tygodnia (jak choćby głos A. Mężydły), świadczący o tym, że sytuacja powoli wymyka się Tuskowi spod kontroli. Wprawdzie znajdują się tacy, którzy wciąż i wciąż dostrzegają niezwykłe blaski Słońca Peru, ale powiedzmy sobie szczerze, nie są to osoby, których głos w tej sytuacji by się liczył. Pytanie pozostaje zatem takie: kiedy i jak to wszystko klęknie? Czy „ludowcy” już się przyszykowali do ewakuacji i nagle staną się partią opozycyjną, tak jak kiedyś LPR i SO zachowywały się w rządowej koalicji w PiS-em, czy też będą chcieli jeszcze przedłużyć agonię gabinetu ciemniaków? Zdrowy rozsądek polityczny nakazuje, by oderwać się od „koalicjanta”, przerzucając wszystkie winy na niego i udając, że się od trzech lat nie było u szczytu władzy, bo inaczej zatonąć można wraz z „koalicjantem”. Przerzucając winy można natomiast startować do wyborów z „wyzerowanym” kontem, a nawet zapewniać, że „chcieliśmy o wiele więcej zdziałać, ale sami widzieliście, ludzie, jaka była sytuacja i jak nas blokowano”. Tak czy tak „PO” ma kolejny problem, z czego bardzo się cieszę, uważam bowiem, że w im bardziej pognębione zostanie to pokraczne środowisko, tym lepiej dla Polski. Najlepiej jednak byłoby, gdyby „ludowcy” mimo swej akcji z robieniem „koalicjanta” na szaro, sami zostali przez wyborców zdyskwalifikowani i znaleźli się poza parlamentem, gdzie uważam jest ich miejsce już od wielu lat.


http://www.tvn24.pl/-1,1640976,0,1,psl-znow-nie-przetrwa-calej-kadencji-w-koalicji,wiadomosc.html