29 sty 2010

Czeski film

Nikt chyba się nie spodziewał, że tak wielką traumę będą przeżywać zwolennicy „platformy” i że tak komicznie to będzie wyglądać. Trauma jest zrozumiała, ponieważ poparcie dla króla sondaży miało zwłaszcza w ostatnich dwóch latach charakter kompletnie irracjonalny i w dodatku podszyty jakąś nieprawdopodobną wprost nienawiścią do L. Kaczyńskiego. Ludziom rozkochanym w królu sondaży nie przeszkadzało ani to, że nie spełnił on żadnych wyborczych obietnic, że okazał się nijakim, słabym, nieudolnym premierem, że jest lekceważony na arenie międzynarodowej – wprost przeciwnie – można było odnieść wrażenie, iż im bardziej jest niesłowny i beznadziejny, tym właśnie lepiej, bo jego kandydatura „zrobi na złość” zwolennikom PiS-u. Sprawy polskie przestały się więc dla fanatycznych zwolenników „platformy” zupełnie liczyć, nawet afera hazardowa okazała się „pseudoaferą”, indolencja i kompromitacja rządu stały się nieistotne - ważne było tylko i wyłącznie to, by ukochany Tusk zajął wreszcie ten prezydencki tron i zamknął pewien historyczny proces „odzyskiwania III RP”. A tu nagle pyk, jakby się film urwał. Widownia siedzi na sali, a projekcji dalszej nie ma.

Jak więc się zachować w takiej chwili? Oczywiście, udawać, że film wyświetlany jest dalej, śmiać się i klaskać, jakby coś rzeczywiście działo się na ekranie. Jednakże o ile w irracjonalnym poparciu dla, co tu dużo kryć, słabego polityka, jakim okazał się Tusk, można było się jeszcze silić na spontaniczność, tak w akceptacji stanu rzeczy, w którym król sondaży rzeczywiście zamienia się w króla sondaży, a nie kandydata na prezydenta, trudno znaleźć u chwalców Tuska resztki spontaniczności. Chwalcy przypominają odrzuconą kobietę, która przez zęby i łzy zapewnia, że „on nadal mnie kocha”. Oczywiście, miłość niejedno ma imię, jednakże w przypadku poparcia politycznego, to nie jest tak łatwo zachować uwielbienie wyborców, jeśli działa się zupełnie wbrew ich oczekiwaniom. To tylko zupełnie bezmyślni ludzie są w stanie odczytywać w obecnych ruchach Tuska jakąś genialną strategię i wielbić go nadal.

Nie pamiętam już który z dziennikarzy jakiś czas temu, gdy premier dokonywał generalnego remontu w swoim gabinecie ciemniaków, wywalając ministra za ministrem, prorokował, że w drodze do prezydentury Tusk poświęci nawet własną partię, czyli w ostatecznym momencie oderwie się od swojego środowiska, wskazując, że to ono było zepsute, nie on i zostanie po prostu prezydentem, jego partia zaś będzie mogła nawet ulec rozpadowi. Nie chce mi się szukać w Sieci, kto coś takiego twierdził, ale chciałbym widzieć minę tego komentatora dzisiaj. Gdyby bowiem Tusk mógł się oderwać od swojego środowiska, to zapewne by to zrobił, problem tylko w tym, że Tusk bez swojego środowiska nie byłby w stanie zdziałać nic, bo cała jego siła związana jest właśnie z tymże środowiskiem. Brutalnie i przenikliwie aż do bólu, opisuje to w swym najnowszym felietonie K. Wyszkowski. Mówiąc krótko, bez zaplecza Tusk nie byłby nawet królem sondaży, a co dopiero premierem czy „stuprocentowo pewnym wygranej” kandydatem na prezydenta.

Jedyne więc, co mógł on zrobić w sytuacji tonięcia „platformy”, było rzucenie się do ratowania „tego, co się da”. Tylko bowiem kompletnie zamroczeni obserwatorzy (to określenie z pozoru wewnętrznie sprzeczne, ale wyobraźmy sobie np. kogoś, kto jest kompletnie pijany i patrzy na ulicę, trzymając się oburącz ogłoszeniowego słupa) uznać mogli, że to M. Kamiński ze swymi „wściekłymi psami” sprokurował aferę hazardową i „zamach na rząd”. Skoro zatem Tusk faktycznie zaczął „strzelać do swoich”, to w monolicie stanowiącym zaplecze króla sondaży, musiało pojawić się poważne pęknięcie zgodnie z zasadą „nie taka była umowa”. Środowisko platformerskie szło do wyborów jako „partia fachowców” i „cudotwórców”, praktyka ich rządzenia pokazała jednak, iż jest to zwyczajna, brutalna partia władzy, która nawet nie kryje się z tym, że instytucje państwowe i prawo traktuje zupełnie instrumentalnie, co szczególnie widać w pracy komisji śledczych i ich przewodniczących z Bożej łaski. Nawet media publiczne, których pracownicy na głowach stawali, by przychylić „platformie” nieba, zostały przez ciemniaków zdegradowane i spauperyzowane tak, że teraz urządza się akcje składkowe, by te środki przekazu jakoś przetrwały obecny rok, ponieważ zaczyna brakować pieniędzy na wynagrodzenia.

W ramach moszczenia sobie miejsca jako partia władzy, ciemniacy nie przewidywali nie tylko „powrotu kaczystów”, ale i „podzielenia się” tą władzą z innymi ugrupowaniami, ale przede wszystkim nie brali w ogóle pod uwagę tego, że ktoś będzie ich z ich konsumowania władzy rozliczał. Z tego też powodu odradzano Tuskowi pozostawianie Kamińskiego na stanowisku szefa CBA, grożąc, iż jest to bomba z opóźnionym zapłonem. Premier uparł się i szefa CBA nie zmienił, zrezygnował jednak z koordynowania służb specjalnych, pozostawiając im (zwłaszcza ABW) wolną rękę, co być może miało stanowić warunek zapewniający „równowagę sił”, a może było wyrazem naiwnej wiary, iż ludzie „platformy” nie będą aż tak pewni siebie i swej bezkarności, jak Gleb czy Miro. Gdy jednak przyszła chwila próby Tusk natychmiast wywalił Kamińskiego i doprowadził do przejęcia CBA przez właściwych ludzi. Akcja ta, tak jak i bezprecedensowa akcja rzeszowskiej prokuratury, była zupełnie spóźniona, ponieważ szambo przebiło i nie sposób było udawać, że wokół fachowców i cudotwórców, roznosi się bardzo ostry smród. I tak już niestety pozostało do dziś.

Podstawowa kwestia polega więc na tym, czy obecny rząd się utrzyma i jak długo, a więc, czy Tuskowi uda się opanować konflikt wewnątrz PO. Jeśli ktoś jest w stanie uwierzyć w „cywilizacyjne zmiany” po tych wszystkich „zmianach”, jakie widzieliśmy przez ostatnie dwa lata, to życzę szczęścia i jakiegoś dobrego lekarza. Tusk miał życiową szansę na początku swoich rządów (jeszcze w czasach głęboko przedkryzysowych), kiedy faktycznie mógł dokonać śmiałych posunięć przy sporym poparciu społecznym, do których dziś mógłby się odwoływać „odżegnując się” od „pałacowych luksusów”. Jeżeli zaś szykuje się do takich śmiałych posunięć w trzecim roku swoich rządów, to naraża się jedynie na kolejną śmieszność. Prawdziwą swą siłę pozna on właśnie teraz, gdy zobaczy, kto w jego środowisku jest po jego stronie, a kto uznał, że pięć minut króla sondaży bezpowrotnie minęło.

Podejmując taką a nie inną decyzję Tusk faktycznie stchórzył. Podejrzewam zresztą, iż ta decyzja nie była tylko wynikiem obserwacji rozkładu środowiska platformerskiego i narastającego konfliktu, lecz i dobrych rad rozmaitych życzliwców, którzy przetłumaczyli Tuskowi, iż tak naprawdę to on wcale swej stuprocentowo pewnej prezydentury nie potrzebuje. Ci życzliwcy zaś wiedzieli, choć tego Tuskowi nie powiedzieli, iż jego ewentualne poświęcenie się kampanii prezydenckiej i oderwanie się od „platformy” może pozostawić tę ostatnią na pastwę drążących „pseudoaferę” barbarzyńców, gdy tymczasem pozostawienie króla sondaży na stanowisku premiera może pozwolić na ręczne posterowanie wymiarem sprawiedliwości. To sterowanie jest możliwe przy spełnieniu dwóch warunków, o ile Tusk na to pójdzie i o ile nie znajdą się ludzie w wymiarze sprawiedliwości niesterowni. Jeśli więc premier chce jakoś zachować twarz, to pozostaje mu jedynie dokończenie wiwisekcji jego środowiska (na co na razie się nie zanosi) – w przeciwnym razie króla sondaży zmiecie ta sama lawina błotna, która już zabiera jego ludzi z wierzchuszki.

http://www.niezalezna.pl/article/show/id/30237

28 sty 2010

Wyjdźże, żubrze


Otrzyjcie łzy, ludzie, jeśli bowiem nie król sondaży, to Jamajka, a najpewniej żubr słynny białowieski, który o wiele lepiej niż Jamajka mógłby pojednać wszystkie środowiska okrągłostołowe w obliczu wspólnego wroga, jakim jest kaczyzm, stanie do walki. Jeszcze nic nie jest więc stracone, choć, rzecz jasna, trudno tak pokochać kogoś zupełnie innego, gdy miłość życia zawiodła i umknęła sprzed ołtarza. No nic, trzeba zacisnąć zęby, po prostu, tak jak się zacisnęło, gdy się okazało, że żadnych cudów nie ma, zresztą, czy ktoś z głosujących na PO oczekiwał cudów? Już samo odsunięcie kaczystów od władzy było spełnieniem marzeń, potem zaś już mogło być dosłownie wszystko albo i nic.

Ta grobowa cisza, która zapadła zaraz po zapowiedzi króla sondaży, świadczyła, że jednak nie tego oczekiwał świat. Bo przekomarzanie się przekomarzaniem, ale przecież Tusk był kandydatem na prezydenta przez bite 5 lat! „Prezydent Tusk” widniało na słynnych bilbordach z 2005 r. I nagle koniec? W roku wyborczym? Bez biegu przez płotki? Bez kolejnego starcia na szczycie? No, wprawdzie tym razem o ceny jabłek i kurczaków, płace nauczycieli i emigrację zarobkową to można by samego Tuska pytać, ale przecież nie o to chodziło, by króla sondaży z czegokolwiek rozliczać, tylko by przypieczętować „odzyskanie Polski” przez antykaczystów w 2007 r. Oczywiście może być też tak, że za jakiś czas okaże się, iż Tusk tak jak żubr, nie chce, nie musi, ale lud się domaga, by jednak mimo wszystko wystartował, gdyby jednak taki manewr zastosowano, znaczyłoby to, że ludzie „na platformie” miotają się coraz bardziej. Jak zresztą już się dowiadujemy, „Polacy” w większości popierają decyzję króla sondaży. Błyskawicznie to badanie przeprowadzono, jeśliby wziąć pod uwagę to, że decyzję ogłoszono o godz. 11, no ale na tym polega praca twórczego ankietera zwłaszcza w takich instytucjach od majstrowania przy opinii publicznej, jak neopeerelowskie sondażownie. Kto wie, czy te sondażownie w ogóle kogokolwiek przepytują? Może są już tak na bieżąco z diagnozowaniem nastrojów społecznych, że nie muszą ich specjalnie badać, by podać ich stan? Doświadczony lekarz widzi od razu „po gębie” pacjenta, co mu dolega. Doświadczony sondażysta wystarczy, że rzuci okiem na ruchliwą warszawską ulicę i już wie, co ludzie myślą.

Rano, gdy Olejnikowa przepytywała Millera, co to będzie, co to będzie, ten przypomniał, iż żubr, w sytuacji, gdy powstanie zagrożenie reelekcją Kaczyńskiego, wróci do gry. Teraz więc „wiekopomna chwila” faktycznie nastała, co wcale nie znaczy, iż „platforma” nie wystawi swojego rezerwowego kandydata. Bez względu na to, czy będzie to Radek czy Jamajka, to cała para znowu pójdzie w sondaże, a w zależności od tego, który kandydat będzie królem sondaży, na tego w ostatniej chwili przerzucone zostaną głosy „ponad podziałami”. Żubr wydaje się wymarzonym kandydatem dla wszystkich organizmów żywych, które skorzystały na „historycznym porozumieniu okrągłego stołu”, ponieważ jest do zaakceptowania i dla różowych, i dla czerwonych, i dla zielonych, jak sądzę. Jego arogancja nie jest tak wielka jak Jamajki i Radka, a poza tym niesie ze sobą ten powiew świeżości (specyficznie rozumianej), którą niósł Ole'Olek. Zapewne nie zatańczy disco polo, ale też i czasy nie są do takiego wesołego tańcowania, gdyż widmo antykomunizmu krąży wciąż po Polsce i nie daj Panie Boże, gdyby się tak zaczęły znowu polowania na czerwone czarownice. A jak ktoś chce zapolować na te różowe?

W ten sposób ponownie zataczamy koło i wracamy do legendarnych czasów (wrzesień 1995 r.), kiedy to wujek Adaś z wujkiem Włodkiem ogłaszali programowy tekst dotyczący przyszłości Polski („O prawdę i pojednanie”), a postulujący zakończenie rozliczeń, których tak naprawdę nigdy w III RP nie przeprowadzono. Była to wprawdzie kontynuacja linii wujka Adasia, który już w grudniu 1991 „w imię przebaczenia” nawoływał do nierozliczania junty Jaruzela, ale nowość stanowiło to maszerowanie ramię w ramię z wujkiem Włodkiem. Później nieco sprawy się pokomplikowały, no ale w czasach kaczyzmu, czyli putinizacji, wszyscy przejrzeli na oczy – teraz więc czas na kolejną historyczną klamrę.

Słyszałem dziś o narodzinach „męża stanu”, który potrafił porzucić osobiste ambicje i wiele innych podobnych bajek. Tego męża stanu widzieliśmy w akcji przez ostatnie dwa lata. To ciekawe, że głoszą owe bajki je ci ludzie, co jeszcze dziś rano daliby sobie ręce uciąć za to, że Tusk będzie prezydentem, wygra w cuglach i w ogóle jest najlepszy. Ta elastyczność dowodzi, że „plan B” rządzący establishment uznał za bardziej atrakcyjny, z tego, jak podejrzewam, względu, iż liczy ów establishment na największe z dotychczasowych porozumienie ponad podziałami, właśnie różowo-czerwono-zielone. Czeka nas więc powszechna mobilizacja Onych w obronie Układu. Bój to będzie ich ostatni.

http://www.permedium.pl/index2.php?option=com_content&do_pdf=1&id=161

O zarażaniu rusofilią


Odkąd poznałem rusofilskie i projaruzelskie poglądy A. Wielomskiego, zacząłem się zastanawiać, czy to monarchizm w Polsce stanowi jakąś światopoglądową aberrację, czy poszczególni monarchiści są przez własny światopogląd skrzywieni. Teraz, gdy czytam K. Jasińskiego zaczynam podejrzewać, iż w grę wchodzi to pierwsze, ponieważ Jasiński wyraża dość często formułowany w pewnych środowiskach (np. upeerowskich) pogląd, iż tylko on i jego koledzy są prawdziwą prawicą w przeciwieństwie do wielu takich, co sobie uzurpują bycie prawicowcami: „histerię wzburzają ludzie dalecy od prawicy, choć na tyle sprytni, że za prawicę powszechnie uchodzący”. Pomijając może poprawność frazeologiczną zwrotu „wzburzać histerię”, uważam, że warto tymże prawdziwym prawicowcom (PP) parę rzeczy unaocznić, no chyba, że naprawdę (a nie na żarty, jak pisze Jasiński) są „ruskimi agentami”, wtedy takie wyjaśnienia są zbędne i ludzi działających w interesie Rosji będziemy po prostu zwalczać. Ponadto warto pewne rzeczy tak czy tak uporządkować, bo od jakiegoś czasu, sądzę, różne, nawet dość odległe środowiska (od lewackich po monarchistyczne właśnie), wytwarzają specyficzną aurę wokół antykomunizmu, co chyba nie jest przypadkiem w dobie coraz poważniejszego zagrożenia związanego z eurokomunizmem, ale o tym za chwilę.

Pierwsza ważna rzecz, o jakiej każdy, kto chce pokochać dzisiejszą Rosję, powinien wiedzieć, że owa Rosja - mimo stosunkowo niedawnego wyprowadzenia swych wojsk z naszego terytorium (1993 r.) - nie tylko ani na chwilę nie zrezygnowała z wpływu na polskie sprawy, ale i wcale się z tym nie kryje, co widać było w przypadku prób militarnego związania Polski z wojskowym potencjałem USA. Polska, jak wiemy, mimo wejścia do NATO, ma status taki, jakby stanowiła strefę zdemilitaryzowaną – to także jest zasługa Rosji, która nigdy się nie zgadzała, by po „zakończeniu zimnej wojny” cały pas krajów środkowoeuropejskich był doskonale uzbrojony (i np. wyposażony w broń nuklearną). To że Niemcy też o to zadbały, to osobna sprawa. To, że jak pisze Jasiński, Rosja nie zgłasza żadnych roszczeń terytorialnych, nie jest żadnym argumentem na rzecz polskiego zbliżenia z tym krajem, bo Moskwa nieustannie traktuje nas jak bliską zagranicę, wprawdzie podlegającą wpływom Niemiec, ale na pewno nie niezależną od Rosji (choćby pod względem energetycznym). Nie muszę chyba przypominać tych wszystkich pogróżek o dozbrajaniu Kaliningradu etc., na wieść o tym, że Polska mogłaby wzmocnić się pod względem militarnym – zresztą sama wyrażona głośno przez któregoś polskiego polityka myśl o takim wzmacnianiu naszego kraju wywołuje na Kremlu reperkusje.

Trudno więc powiedzieć, czy w jakikolwiek poważny sposób (militarny, energetyczny, dyplomatyczny itd., że nie wspomnę o kwestii niezdesowietyzowania służb specjalnych) Polsce udało się „oderwać” od rosyjskiego kolosa - w związku z tym zarażanie rusofilią w stosunku do władz Rosji wygląda na jakąś wyjątkową perwersję, nie tylko światopoglądową. Uzasadnienie do przychylnego podejścia do Moskwy można by znaleźć w jakichś aktach dobrej woli, które na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat Kreml mógł poczynić wobec Polski. Gdyby doszło do otworzenia sowieckich archiwów, wydania dokumentacji KGB czy GRU dotyczącej Polski i polskich zbrodniarzy z Jaruzelem i Kiszczakiem na czele, agentury działającej w naszym kraju – tak byśmy mogli uporządkować wiele naszych spraw po zakończeniu okresu III RP – dokumentacji, której niszczeniem budowniczy III RP tak skrupulatnie się zajmowali w pierwszych latach „bycia w naszym domu”, to już byłoby inaczej. Gdyby Rosja dokonała jakiegoś własnego rozliczenia z przeszłością, urządziła „moskiewski proces”, jaki postulował W. Bukowski, skazując na śmierć sowieckich zbrodniarzy, zrywając radykalnie z tradycją ZSSR i sowieckiego imperializmu, respektując prawa narodów (zwłaszcza tych, które zostały wchłonięte i/lub okupowane przez ZSSR) do samostanowienia – to można by mówić o jakichś podstawach do myślenia o jakimś zbliżeniu. Tymczasem nic takiego nie nastąpiło, a nikt inny jak W. Putin, obecny car Rosji (z kagiebowskim rodowodem), któremu kłaniają się nie tylko „polscy monarchiści”, uznał rozpad ZSSR za jedną z największych katastrof XX w., toteż konsekwentnie neoimperialną politykę prowadzi. O jej szczegółach można poczytać w książkach B. Kowaliowa, A. Politkowskiej czy A. Litwinienki, jeśli do kogoś głos Bukowskiego nie przemawia. Jeśli w tym kontekście jest miejsce i powód do rusofilii, to jest to bardzo niebezpieczna choroba, gdyż współczesna Rosja nie spełnia nawet tych mocno obniżonych (vide „unia europejska”) demokratycznych standardów, które obecnie są dogmatami na Zachodzie.

Chociaż może o to chodzi? Może monarchistom po prostu podoba się rosyjski zamordyzm? Jeśli tak, to niech to napiszą wprost. Za peerelu wielu było publicystów, którzy ten zamordyzm czcili (najsłynniejszy z nich to był T. Kroński), uważając nawet, że jest on znakomitym lekarstwem na polską „skłonność do anarchii” i „pobrzękiwania szabelką”. Ja osobiście nie należę do zwolenników społecznego życia pod rosyjskim butem, lecz jeśli ktoś przejawia takie upodobanie, to może sobie tak egzystować, byle na własny rachunek i w gronie swoich najbliższych. Rusofile mają tak chorą skłonność do Rosji, że nawet nie odróżniają tego, iż czym innym są władze moskiewskie kontynuujące imperialną politykę ZSSR, a czym innym kultura rosyjska oraz naród rosyjski. Można znajdować jakieś wartościowe rzeczy w rosyjskiej (bo chyba nie w sowieckiej, to już byłoby jakieś szaleństwo) kulturze, można nawet przyjaźnić się z Rosjanami, ale przecież nie musi to oznaczać zachęcania do jakiegoś zbliżania się do władz na Kremlu (choć przykład A. Drawicza, który twórczo łączył rusofilię z byciem TW powinien być ostrzeżeniem), a to nam przecież proponują „realiści” z „prawdziwie prawicowym” światopoglądem. Dla przeciwwagi wskazują oni na Niemcy i Ukrainę, tak jakby innych możliwości (związki z krajami nadbałtyckimi, związki ze Skandynawią i krajami na południe od Polski, że o pogłębianiu związków z USA) nie było.

Wczoraj obiegła media wieść, że Polska podpisała z Rosją kontrakt gazowy na długie lata. Ciekawe, czy nagłe przyspieszenie tych ciągnących się miesiącami negocjacji miało związek ze świeżymi i głośnymi odkryciami złóż energetycznych w naszym kraju, czy nie. Tak czy tak monarchiści powinni się cieszyć, jesteśmy tak przyspawani do Rosji, że na razie nic nie wskazuje na to, byśmy wybili się na niezależność. Oczywiście pełnią szczęścia byłaby pewnie dla konserwatystów takich jak Jasiński może jakaś unia personalna Polski z Rosją, ale z tym pomysłem trzeba poczekać do dnia, gdy Putin znowu zostanie prezydentem.

http://karoljasinski.salon24.pl/152912,rusofilski-antykomunizm

27 sty 2010

85 lat Polskiego Radia?


W Polsce tak się jakoś składa, szczególnie w III RP, że wydarzenia poważne nabierają komicznego charakteru, zaś sprawom komicznym oraz błaznom, nie wiedzieć czemu, dodaje się wielkiej powagi. Od jakiegoś czasu więc z pełną powagą, niemalże co pół godziny nadawane były w Jedynce i Trójce komunikaty o konieczności płacenia abonamentu, choć nie dodawano o tym, że to obecnie urzędujący premier ze swoimi kolegami z „platformy” nawoływał do niepłacenia abonamentu. Swoją drogą władze Polskiego Radia nigdy nie wystąpiły na drogę sądową właśnie przeciwko tym, co działali na rzecz doprowadzenia do bankructwa mediów publicznych, tylko najpierw zapraszały ciemniaków, by wygadywali do mikrofonów swoje groźne zapewnienia o tym, że należy zlikwidować abonament i zostanie on zlikwidowany, a teraz zapraszają ciemniaków udających, że to nie oni doprowadzili do stanu przedagonalnego właśnie Polskie Radio. Mnie oczywiście to bardzo cieszy, ponieważ uważam, że przy tym poziomie intelektualnym, jaki prezentuje obecnie Jedynka czy Trójka (tej ostatniej nie uratuje nawet powrót Niedźwieckiego), to nawet lepiej będzie, jak to wszystko klęknie raz na zawsze. Żałować jedynie można, że klęknie tak późno, a nie np. już w 1989 r.

W tymże radiu szykuje się wielka pompa związana z obchodami 85-lecia – pompa typowa dla III RP, w której celowo i systematycznie zaciera się różnice między Polską przedwojenną, a tym, co było powojnie. W związku z tym zacieraniem, przerzuca się sztuczne pomosty między czasem II RP a współczesnością, udając, że pomiędzy tymi okresami historycznymi też było fajnie. Może nie super, ale na pewno fajnie. W PR zatem emitowane są już od wielu dni materiały archiwalne sprzed wojny, materiały archiwalne z okresu III RP, no i – pech chce – jakieś starannie wybrane materiały archiwalne z okresu peerelu. Tworzy się w ten sposób obraz instytucji, która normalnie informowała, wzmacniała polską kulturę, dostarczała Polakom tego, co najlepsze (dla ducha i dla ciała) przez pełne 85 lat. Jest to wyjątkowo perfidne kłamstwo, typowe dla peerelu (ale jak się okazuje, w neopeerelu stosuje się te same standardy), ponieważ instytucja, która przez kilkadziesiąt lat służyła propagandzie komunistycznej, indoktrynacji, pieriekowce, teraz się podpiera archiwaliami przedwojennymi oraz materiałami współczesnymi, chcąc zamazać prawdziwy obraz. Wspomnienia w PR dotyczą wielu rzeczy, ale już nie sięgają czasów transmisji zjazdów partii bolszewickiej, wizyt „bratnich towarzyszy”, relacji z pochodów pierwszomajowych, obchodów „wielkiego października”, wielogodzinnych przemówień czołowych cepów „PZPR-u”, relacji z procesów pokazowych, egzekutyw, plenow, weryfikacji dotyczącej pracowników radia po wszczęciu wojny przez Jaruzela z Polakami, walki z „reakcją” itd. A przecież to wiele antenowych roboczogodzin, wiele taśm, wiele pracy, wysiłku, pieniędzy. Ciekawe, prawda?

Okazuje się więc, że nawet 20 lat po „obaleniu komunizmu”, taka instytucja jak Polskie Radio, udająca z wdziękiem medium publiczne, nie jest w stanie sprostać pełnej prawdzie o swoim funkcjonowaniu w służbie komunizmu i zachowuje się wobec swoich słuchaczy tak, jakby okres peerelu to było „Lato z Radiem”, wesołe piosenki Boney M (oczywiście bez zakazanego na antenie „Rasputina”) czy Eruption i ewentualnie praca redakcji sportowej. Jest to tak żałosne, że można podziwiać, iż w tym wszystkim ci wszyscy ludzie, którzy się jakoś uchowali, bo żadnej poważnej dekomunizacji czy lustracji w mediach nie było, zachowują wciąż znakomite samopoczucie i tę wypiętą do orderów pierś, jakby realizowali jakąś cholernie ważną misję. Największą ich misją był kult peerelu i pezetpeeru – oni zaś o tym wciąż zapominają. Dzisiaj słyszałem mrożące krew w żyłach archiwalia związane z obradami „okrągłego stołu” i obsługą dziennikarską tejże imprezy. I padła tam jedna istotna rzecz związana z „ustaleniami” okrąglaka. Otóż jednym z postulatów było powstanie jednego, opozycyjnego dziennika. Domyślamy się, jakiego, oczywiście, bo zagadka nie jest to trudna. Ów dziennik błyskawicznie wystartował po okrąglaku, przechodząc szybko przez urząd przy ul Mysiej.

Zauważmy jednak w tym kontekście najważniejszą rzecz: już wtedy, a więc u zarania „konstruowania” nowego porządku w polskim państwie, nie wprowadzono zdrowego systemu medialnego, lecz przeciwnie, od razu system koncesjonowania, co w rezultacie sprowadza się do (kontrolowanego) wentylowania nastrojów społecznych. Dlaczego nie uznano, że może od razu działać wiele dzienników opozycyjnych, a nie tylko jeden? Dlaczego nie uznano, że można uruchamiać stacje radiowe i telewizyjne, tylko musiano poddać to skomplikowanej procedurze „wydawania pozwoleń”? Z prostej przyczyny – by przypadkiem nie wytworzyła się sytuacja, w której oficjalna wersja „obalenia komunizmu” nie zostanie z marszu zakwestionowana, a „głos oszołoma” nie zacznie przebijać się przez zgiełk medialny obwieszczający to, że „jesteśmy w swoim domu” i „odkreślamy grubą linią” to, czego odkreślać nikt nie miał prawa. Polskie Radio przez długie lata III RP też miało wkład w ten stan rzeczy.

Stan bezpieczeństwa państwa


Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, gdy jednak oko co nieco widzi, to dopiero żale się zaczynają. W ostatnich tygodniach odsłania się zaś obraz dość makabryczny, potwierdzający najczarniejsze wizje antykomunistycznych oszołomów, takich jak A. Macierewicz, że Polską rządzą po prostu środowiska mafijno-przestępcze. Pozostaje tylko odpowiedź na pytanie, w jakich relacjach do tychże środowisk pozostają poszczególni politycy.

Mamy cały splot zdarzeń, które pokazują, w jakiej kondycji jest nasze państwo. Zdarzenia te dotyczą instytucji, które z definicji i pełnionych funkcji w całym systemie bezpieczeństwa naszego kraju, powinny być szczególnie pilnowane i z niezwykłą wprost dbałością ochraniane przed wpływami świata przestępczego. Słyszymy o tym, co się działo z tajną dokumentacją przechowywaną związaną z czołowymi śledztwami w Polsce (zabójstwo Papały, Rywin-Michnik-gate itd.), słyszymy o tym, jakie katastrofalne zaniedbania poczyniono w śledztwie ws. zabójstwa Olewnika (kiedyś głośno było o zalaniu dowodów zawartością rur kanalizacyjnych), słyszymy o tym, jak traktowani są „ludzie Kamińskiego” w „odzyskanym” przez PO Centralnym Biurze Antykorupcyjnym, możemy też w tym kontekście przypomnieć sobie, co wyrabiano w służbach, gdy ciemniacy przejęli władzę i zajęli się „ludźmi Macierewicza”. To wszystko więcej mówi niż jakiekolwiek wystąpienia przed komisją śledczą, choć i te nie są bez znaczenia.

Oczywiście bulwersujące jest to, że zarówno Ćwiąkalski, jak i Staszak, gdy kontrolerzy wykazali nieprawidłowości w podległych ministrowi sprawiedliwości i prokuratorowi generalnemu instytucjach, udawali, że nic się nie dzieje, a nawet dochodziło do wywalania z pracy kontrolerów. Bulwersujące także z tego powodu, że świadczy jak dalece sięgają wpływy środowisk przestępczych w Polsce. Warto jednak podkreślić fakt, iż pojawili się ludzie, którzy te nieprawidłowości wykryli i zgłosili. Znaczy to bowiem, że są w wymiarze sprawiedliwości jeszcze tacy pracownicy, którzy są uczciwi, a więc tacy, których będzie można, gdy dojdzie do przełomu w Polsce, postawić na czele wymiaru sprawiedliwości, gdy zacznie się generalne wietrzenie tychże instytucji i posyłanie do więzień tych wszystkich, co niszczyli polskie państwo u samego jego rdzenia, jakim są kwestie bezpieczeństwa i walki z przestępczością.

Neopeerel od peerelu różni się skalą przestępczości. O ile w peerelu przestępcy zasiadali na szczytach władzy, w ministerstwach, w służbach itd., mając pod sobą setki tysięcy ludzi gotowych stosować przemoc wobec cywilów, o tyle w neopeerelu przestępcy kryją się zwykle w drugim szeregu, wystawiwszy na czoło, polityków z gumy, którym wystarczy to, że mogą się nachapać i powystępować przed kamerami, oklaskiwani przez cepów z reżimowych mediów. W związku z tym neopeerel zachowuje pozory państwa praworządnego, a na zapleczu majstrują rozmaici przestępcy, których wpływy sięgają ministerstw, tajnych kancelarii, procesów legislacyjnych, a nawet monitorowanych przez 24 godziny, cel więziennych. Jest to oddziaływanie silne, ale nie takie, jak za peerelu, w którym przestępcy kontrolowali wszystkie państwowe instytucje, obsadzając je albo zbrodniarzami, albo pożytecznymi idiotami i kiedy można było w dowolnej chwili sprawić, by kogoś uciążliwego albo nazbyt dociekliwego spotkał po prostu nieszczęśliwy wypadek.

W neopeerelu, co już wiele razy sygnalizowałem, przestępcy nie mogą po prostu wyprowadzić wojska na ulice, by strzelało do przechodniów, tak jak to robili w chwilach kryzysowych czerwoni. Jest zatem nadzieja, że uda się znaleźć ludzi, których będzie można zatrudnić do procesów oczyszczania zgniłych instytucji polskiego państwa. Potrzebne będzie tylko rozbudowanie systemu penitencjarnego, bo szybko się zapełnią więzienia.


http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,7498127,CBS_bierze_CBA.html
http://www.polskieradio.pl/wiadomosci/kraj/artykul133743.html
http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-odkryli-nieprawidlowosci-wyrzucono-ich-z-pracy,nId,235597
http://www.bankier.pl/wiadomosc/Cwiakalski-wiedzial-o-nieprawidlowosciach-i-nic-nie-robil-2083387.html

26 sty 2010

Śmiech na sali


Ponieważ dolnośląscy przedsiębiorcy (przynajmniej paru, o których rozpisuje się ostatnio prasa) słyną z zaradności, to mam nadzieję, że nowy budynek „parlamentu europejskiego” we Wrocławiu będzie budować Sobiesiak z kolegami, choć, znając życie, może się okazać, iż tu – z racji pewnych sentymentów, by tak rzec historyczno-terytorialnych - już wejdą niemieccy inwestorzy. No ale najważniejsze, że „parlamentarzyści” będą bliżej obywatela, niemalże na wyciągnięcie ręki. Będzie można przyjechać do Wrocławia i pomachać im przez okna, tak jak czasami po meczach piłkarskich młodzież się ustawia za odpytywanym przez sportowego sprawozdawcę zawodnika, i skacze, i rękami lub szalikami wywija do kamery.

Z innych dobrych wieści to te, że być może niczego się nie dowiemy z przesłuchań komisji hazardowej – być może nikt „nie zostanie złapany za rękę” i nie da się dowieść nikomu przecieku ani korupcji. Tak mniej więcej streszcza sytuację red. I. Janke, wobec tego nie ma co się kataryna, 1maud, rosemann, gw1990 czy choćby Brygida Grysiak wysilać, bo i tak „wszyscy utoniemy w zupie”, tj. w szumie medialnym. Pocieszające jest jednak to, dodaje Janke, że i tak się co nieco dowiedzieliśmy o mechanizmach polskiego państwa. Tymczasem z mojego punktu widzenia wygląda to tak, że z czasem dowiadujemy się coraz mniej, ponieważ ludzie związani (czy to służbowo, czy ideowo) z gabinetem ciemniaków, robią wszystko, by właśnie te mechanizmy nie zostały w pełni odsłonięte. Ba, zostawiając na chwilę aferę hazardową, rzekłbym, że o wiele więcej dowiedzieliśmy się z niedawnego skandalu (którego to już z kolei?) wokół sprawy Olewnika. Wiele też można się dowiedzieć o owych mechanizmach, gdy się obejrzy dokumentalny film BBC o „łowcach skór”, dostępny na youtube (link poniżej).

Nie wiem, skąd Janke wie, że wszystko może się rozejść po kościach. Może jest po prostu zmęczony wolnym tempem prac komisji i np. dzisiejszymi drętwymi mowami Boniego, który z detalami opowiadał o procedurach, regulaminach, biegu urzędowym spraw urzędowych i innych niezwykle poważnych i odpowiedzialnych działaniach gabinetu ciemniaków, przewalając papiery z miejsca na miejsce na swym biurku, chcąc w ten sposób pokazać skalę profesjonalizmu reprezentowanego przez Boniego rządu. Może Janke wychodzi z założenia, że skoro „żyjemy w Rywinlandii”, to nie ma szans na to, by wyjaśniono mechanizmy prowadzące do patologii. A może po prostu samo środowisko dziennikarskie nie do końca jest w stanie sprostać tej całej sytuacji i to, że mamy patologiczne mechanizmy w państwie traktuje ono tak, jak kierowcy jeżdżący krajowymi szosami traktują zrytą, nierówną i podziurawioną nawierzchnię.

Dzisiaj, kiedy słuchałem popołudnia z Jedynką, spotkała mnie rzecz znamienna: D. Wydrych, gdy jedna z reporterek sejmowych opowiadała o historii ze zwolnieniem dla Mira, co chwilę ostentacyjnie pokasływał i odchrząkiwał, co w końcu rozbawiło reporterkę. Wniosek z tego dla mnie był taki, iż dziennikarze sobie urządzają „śmichy-chichy”, podczas gdy tu tak naprawdę nie ma się z czego śmiać. Owszem, postać np. Sekuły jest jakoś tragikomiczna, ale przecież, jak słusznie ktoś powiedział, w szaleństwach Sekuły jest metoda – szef komisji skutecznie ją kompromituje, jeśli już jej prac nie może całkiem storpedować. Dzieje się to w świetle kamer, a dziennikarze w porannych komentarzach znowu rozkładają ręce, pukają się w czoło, a nawet się śmieją. Ten śmiech jednak byłby uzasadniony, gdyby nie chodziło o sprawy dotyczące wszystkich nas.


http://www.tvn24.pl/-1,1640063,0,1,wroclaw-wyprzedzil-krakow,wiadomosc.html
http://www.tvn24.pl/1404234,47,,,,,brygida-grysiak,kilka-slow-o-zeznaniach-jerzego-jaskierni,blog.html
http://kataryna.blox.pl/2010/01/Kluczenie-Kapicy-wskazuje-wazny-watek.html
http://1maud.salon24.pl/152605,boni-sekula-i-zagarek
http://jankepost.salon24.pl/152585,polska-lwa-i-rycha
http://www.youtube.com/watch?v=dHXMILwtQTg

25 sty 2010

Imponderabilia Michalskiego


Sądziłem, że nieco więcej upłynie w Wiśle wody, nim C. Michalski wróci do przestrzeni publicznej, ale najwyraźniej uznał, iż odczekał swoje (rzecz się odleżała) i po przeprowadzonej wedle najlepszych zamordystycznych wzorców, rozprawie z kataryną, może uznać się za pełnoprawnego uczestnika debaty w Polsce i jakby nigdy nic zabrać się za „imponderabilia”, czyli np. za wytykanie „katolickim fundamentalistom”, takim jak M. Jurek czy T. Terlikowski, że są bardziej po stronie Boga niż „człowieka”. To wszystko zaś na łamach komunistycznej „Krytyki Politycznej”, która, jak wiemy, komunistyczna nie jest, tak jak nie jest komunistyczna komunistyczna „Polityka”, bo i – jak wiemy skądinąd – w Polsce nie było żadnego komunizmu, choć gdyby tak wziąć to twierdzenie ze śmiertelną powagą, to i obalenia komunizmu nie było (to ostatnie zaś głoszą z kolei antykomunistyczne oszołomy, więc coś z tą logiką nie tak). Lepszego miejsca Michalski znaleźć sobie nie mógł, bo „GW” jest już gwiazdą schodzącą z rynku medialnego, zaś „KP” tą wschodzącą, dlatego ta pierwsza gwiazda różowym światłem emanuje, zaś ta druga czerwonym jak się patrzy. A gdzie jak nie w środowisku zdrowych, młodych, krzepkich neomarksistów się lepiej o imponderabilia zawalczy? Wprawdzie „KP” to ostatnio czepiło się mocno nowego proletariatu, tj. „mniejszości seksualnych” wykluczanych wciąż i wciąż przez polskiego kołtuna, w związku z tym Michalski taką tematykę powinien podjąć, no ale może zdoła to zrobić następnym razem. Nie żądajmy od razu wszystkiego.

Może jest tak, że Michalski nie uważa, iż zrobił cokolwiek złego? No bo że uważa, iż zrobił coś dobrego, to byłoby mi ciężko uwierzyć. Może też Michalski nie pamięta? Więc ja mu przypomnę. Michalski wraz z paroma jeszcze kolesiami z „branży medialnej” strzelił z armaty do wróbla, co uznał za wielkie bohaterstwo. Jeśliby patrzeć od strony zasług dla zamordyzmu w Polsce, tego zamordyzmu, na rzecz którego pracują dniem i nocą funkcjonariusze Ministerstwa Prawdy już od 20 lat, to faktycznie Michalski ma nieocenioną zasługę. Odstrzelić bowiem zwykłego obywatela wyłącznie za to, że zabrał krytyczny głos w debacie publicznej, to jest nie byle co i żywię graniczące z pewnością przekonanie, że za poprzedniego reżimu, to Michalski mógłby nawet order za to dostać „za ofiarność i odwagę”, jaki przyznawano co dzielniejszym oficerom MO. Ze swoim strzelaniem jednak Michalski się nieco przeliczył i spóźnił, ponieważ akurat kataryny (wtedy gdy urządzono z nią wojnę) nikt z głową na karku (no może poza jakimiś kompletnymi matołami, tych wszak w Polsce znajdzie się w każdej sferze) za wroga publicznego nie uważał. W ten sposób zatem dokonał Michalski symbolicznego „desantu” na zupełnie zdemilitaryzowany obszar.

Tym samym jednak wykazał, że bliżej mu do zamordyzmu aniżeli do jakiegokolwiek porządnego światopoglądu. Ta lekcja historii pozostanie bezcenna dla wszystkich, którzy śledzą rozwój polskiego konserwatyzmu, ponieważ dowiodła, iż w jego kręgach kryją się częstokroć ludzie, którzy nie powinni w tychże kręgach nigdy być. Ktoś może być inteligentny, przenikliwy i nawet oczytany, ale zarazem zwyczajnie podły i bezwzględny. Taki zaś człowiek na miano konserwatysty w żaden sposób nie zasługuje, ponieważ konserwatysta nie tylko głosi pochwałę pewnych zasad dotyczących międzyludzkiego porządku, ale i sam te zasady stara się w swoim życiu kultywować. Nie chodzi mi o to, że konserwatysta musi być osobą świętą (choć dążenie do świętości każdy katolik ma wpisane w swoje credo; nie każdy jednak konserwatysta jest katolikiem, jak wiemy), ale o to, iż dokładnie wie, że pewne rzeczy zwyczajnie nie uchodzą – zaś gdy zdarza mu się popełniać błędy, to umie je naprawiać i dokonywać zadośćuczynienia. Jeśli ktoś łamie zasady, a jednocześnie nie widzi w tym najmniejszego problemu, to nie zasługuje na jakiekolwiek poważne potraktowanie i trzeba się od takiego człowieka trzymać jak najdalej, jako kogoś pozbawionego twarzy i honoru. Za takiego uważam Michalskiego, który, jak pokazuje czas, ani nie poczuwa się do żadnej winy, ani też żadnej skruchy nie wyraża. Przeciwnie, włączył się w prace neomarksistów i z nowej, tym razem, czerwonej ambony nowe homilie chce wygłaszać. Jest to dla mnie tak żałosne, że aż wstrętne.

http://krytykapolityczna.salon24.pl/152312,michalski-czlowiek-przebrany-za-boga

Odebrać prawo głosu

Prof. Z. Krasnodębski popełnia błąd podejmując próbę polemiki z ludźmi z Ministerstwa Prawdy. Im wcale nie zależy na rzeczowej debacie, tylko na zmonopolizowaniu wpływu na opinię publiczną, wobec tego jedynym ich zadaniem jest stałe „wypieranie” z przestrzeni społecznej jakichkolwiek środowisk, głosów czy nawet idei, które godzą w ten konstruowany od 20 lat salonowy monopol. Poza tym uznanie, że ludzie z MP mogą być uznani za prawomocni uczestnicy takiej debaty, zupełnie bezzasadnie legitymizuje tychże ludzi po dwóch dekadach ich destrukcyjnego działania socjotechnicznego, które wymierzone było w kształtowanie się polskiej świadomości narodowej i odbudowywanie się więzi narodowych. Budowa „społeczeństwa obywatelskiego” lansowana przez MP miała na celu transformację nie tylko stosunków własnościowych i podstaw ustrojowych (od komunizmu do neokomunizmu, czyli kapitalizmu politycznego), ale transformację świadomości Polaków, tak by wyzbyli się przywiązania do katolickiej, narodowej, a szczególnie antykomunistycznej tradycji i stali się z jednej strony „ludźmi bez ziemi”, „mieszkańcami euroregionu”, „tubylcami”, „obywatelami unii”, „obywatelami świata”, z drugiej zaś, zbiorowiskiem osób pozbawionych etycznego i narodowego kośćca, myślącymi w kategoriach relatywistycznych, dostosowywanych do aktualnego salonowego zapotrzebowania na klisze pojęciowe.

Owszem, trzeba piętnować kłamstwa MP oraz całą nową inżynierię dusz, w jakiej wyspecjalizowali się funkcjonariusze MP, ale pod żadnym pozorem nie powinno się wchodzić z tymi środowiskami w dyskusję, tak jak nie wchodzi się w dyskusję z czerwonymi. Jak wiemy zresztą doskonale ludziom z MP jest bliżej do czerwonych niż do kogokolwiek innego, więc te różnice między różowymi a czerwonymi się już od lat zacierają, nie tylko ze względu na wspólnotę interesów i na więzy światopoglądowe, lecz i przez podobne, konsekwentnie antytradycjonalistyczne podejście do współczesnej Polski. Z tego też powodu Krasnodębski nie ma co oczekiwać, że ludzie z MP będą nagle wykazywać się z pojmowaniem tego, co piszą konserwatyści, tudzież racji zgłaszanych przez konserwatystów („kłopoty ze zrozumieniem słowa pisanego pojawiają się wśród ludzi pióra”), ponieważ zadaniem funkcjonariuszy MP nie jest zagłębianie się w teksty i idee konserwatystów, lecz ich (i tekstów, i idei, i samych konserwatystów) systematyczne zwalczania lub dezawuowanie (gdy zwalczyć się nie da). Dla tych z MP przekaz konserwatywny to jest coś takiego jak dla komuchów komunikaty nadawane przez „bibisyna”, „Głos Waszyngtonu” czy RWE, w związku z tym jedyną strategią do przyjęcia w sporze z konserwatystami jest zagłuszanie lub dezinformowanie.

Nie znaczy to, rzecz jasna, że środowiska konserwatywne powinny przyjąć podobną postawę wobec ludzi z MP. Przeciwnie, należy precyzyjnie opisywać i dokumentować spektakularne przejawy kłamstwa, głupotę, złą wolę i destrukcyjną działalność tego środowiska (zaznaczam, że nie mam na myśli wyłącznie „GW” i mediów okołoagorowych, bo komunistyczna „Polityka” to także ludzie z MP, choć z dłuższymi tradycjami, jeśli chodzi o dezinformację i wysługiwanie się władzy), uważam jednak, iż nie powinno się wchodzić w debatę z tymi środowiskami, gdyż w ten sposób winduje się je na pozycję, na którą nie zasłużyły. Samo zresztą dostrzeżenie, iż dla ludzi z MP Polska jako bantustan, a ściślej, protektorat niemiecki, to szczyt marzeń, wystarczy, by odmówić owemu środowisku jakiegokolwiek prawa do uczestniczenia w poważnej, sensownej debacie, którą prowadzą od lat Polacy zatroskani o kształt państwa.

http://www.rp.pl/artykul/424413_Krasnodebski__Odpowiedz_laureata.html

24 sty 2010

Brak zainteresowania

Podczas gdy kataryna w swym najnowszym poście wskazuje na to, że to przedstawiciele rządzącej partii kłamią, jeśli chodzi o kulisy afery hazardowej, w mediach reżimowych trwa w najlepsze karnawał pt. „Nic się nie stało i nic się nie dzieje”. Wydawałoby się, że właśnie ten miniony tydzień przyniósł wiele interesujących materiałów do zanalizowania i skomentowania (no i podsumowania), tymczasem gostkowie i kobitki, którzy tygodniami wałkowali „korupcję polityczną” związaną z rozmową kaczystów z Begerową, włosy rwali z głowy, odchodzili od zmysłów z oburzenia (niedawno stenogramy z tej rozmowy przypominał Rolex), teraz nic specjalnego wartego przeanalizowania i skomentowania nie zauważają. K. Durczok pochyla się z uwagą jedynie nad formą wystąpień przed komisją śledczą, tj. kto był lepszy lub gorszy aktorsko, choć akurat skandalicznego zachowania Sekuły nie dostrzega, a całość przesłuchań kwituje tak, że mamy do czynienia z „sensacyjkami” i obrady komisji „rewolucji nie przyniosą”. Oczywiście Durczok wyraża tu bardziej swoje pragnienia aniżeli stan rzeczywisty, ponieważ to właśnie media osłaniające gabinet ciemniaków, robią wszystko, by do żadnej „rewolucji” nie doszło, ale mimo że nie tylko Durczok, ale i wielu innych chciałoby, by obrady zostały już dawno zakończone, rzecz jasna z ogłoszeniem werdyktu, że „żadnej afery nie było”, to tak naprawdę dopiero teraz obrady te mogą się rozkręcić, ponieważ mają dotrzeć stenogramy i bilingi z prokuratury. To, że wniosku o ich przekazanie nie chciał podpisać Sekuła (uczynił to dopiero Arłukowicz) też nikogo nie obchodzi, no bo i po co.

Ciekawe jednak zarazem jest to, że nawet usilne starania ciemniaków, by wykręcić kota ogonem tak, by z korupcji politycznej związanej z PO uczynić korupcję polityczną związaną z PiS-em, nie znajdują jakiegoś szerszego odzewu w reżimowych mediach. Porażające wieści, którymi w tej kwestii dzielił się Gleb, jakoś nie rozpaliły wyobraźni tak skłonnych do konfabulacji i insynuacji, ludzi reżimowych mediów. Problem, jak podejrzewam, polega na tym, że wzmacnianie państwowego monopolu, który następnie służy finansowaniu sportowej infrastruktury, jak choćby było to i jest z Totalizatorem Sportowym, o którym mówił Lipiec w piątek, gdy Mira zabolało gardło, negatywnie kojarzyć się może tylko tym, co chcieliby wzmocnić „przedsiębiorców” (to określenie użyte przez Gleba w odniesieniu do Sobiesiaka), którzy wzmacniają swoje interesy. Przesłuchanie Lipca też zresztą było ciekawe – wyjątkowo ożywił się (oczywiście w ramach swoich możliwości scenicznych, trzymając się nomenklatury Durczoka) Sekuła, który pytał i pytał, i właściwie sam momentami nie wiedział, czy jeszcze chce pytać, czy nie; detektywistyczne skłonności wykazał też dr Neumann oraz przedstawiciel PSL-u, który znowu zelektryzował nas swym intelektem, mówiąc coś takiego: „zatrudnij Malarza, a będziesz miał kolorowe życie”. Pił w ten sposób do zatrudnienia przez Lipca jednego z pracowników ABW na dyrektorskim stanowisku.

Neumann później w wywiadzie na gorąco dla TVP.info stwierdził, że znalazł się ciekawy wątek w postaci zainteresowania się ustawą hazardową ze strony służb specjalnych – oczywiście za czasów PiS-u. Tymczasem warto by ten wątek sprawdzić w odniesieniu do prac nad ustawą w okresie działalności gabinetu ciemniaków. Zwracałem na to uwagę już parokrotnie, a niedawno dorzucił swoje trzy grosze w tej materii bernard na swoim blogu. Cichocki przecież wprost mówił, że i ABW się interesowała ustawą, w czym zresztą nie było nic nadzwyczajnego, wszak specsłużby monitorują rozmaite interesy (jest to obyczaj nie tylko w naszym kraju) związane z obrotami dużymi pieniędzmi. Warto jednak pamiętać, że w III RP obrotami dużymi pieniędzmi zajmowały się same specsłużby (najgłośniejsze afery przecież bezpieczniackie i wojskówkowe zaplecze miały), co się wiązało także z tym, że część „negatywnie zweryfikowanych” pracowników peerelowskiej Bezpieki przechodziła od razu na ciemną stronę mocy, czyli zasilała środowiska gangsterskie. Zresztą, coraz głośniejsza sprawa Olewnika, pokazuje dobitnie, że wymiar sprawiedliwości i organy ścigania (jak to się pięknie zwie) zaczyna być penetrowany i kontrolowany przez mafię, a nie odwrotnie. W związku z tym całym kontekstem należałoby prace komisji śledczej skierować właśnie na ten aspekt całej afery, tj. jaką rolę przy pracach dot. kwestii związanych z hazardem odgrywali ludzie służb, zwłaszcza że ruletka, black jack i inne rozrywki tego typu jednoznacznie kojarzą się z praniem brudnych pieniędzy i półświatkiem.

To, że media ostentacyjnie i konsekwentnie wyrażają desinteressment w kwestii afery hazardowej ma odciągnąć opinię publiczną od zainteresowania tymże tematem. „Oni sobie tam przesłuchują, schodzą się różni ludzie, coś gadają, ględzą, nic z tego sensownego nie wynika” - tak to mniej więcej można by podsumować. W związku z tym „dziennikarze” nie tropią nieścisłości w zeznaniach, nie usiłują sprawdzać miejsc, gdzie się odbywały tajemnicze spotkania, docierać do jakichś dodatkowych świadków, sprawdzać tropy, czy są fałszywe, czy prawdziwe, prześwietlać życiorysy itd. - ponieważ wrażenie ma powstać takie, że „afery nie było i nie ma”. Nawet jeśli ona była i jest (w końcu i prokuratura prowadzi dochodzenie, tego się już ukryć nie da), to nie ma większego znaczenia i raczej całe śledztwo jest burzą w szklance wody aniżeli prawdziwą nawałnicą z piorunami. Ludzie mediów mają w tym swój interes, wszak wspierali ciemniaków w ich drodze do władzy, toteż gdyby naraz zaczęli topić platformę, to jednocześnie torowaliby drogę powrotną do rządowych gabinetów kaczystom, a czego jak czego, ale comebacku kaczystów większość tychże ludzi mediów nie chciałaby przeżywać, bo a nuż by się znowu pojawiła kwestia lustracyjnego prześwietlenia dziennikarzy? A po co to komu?


http://kataryna.blox.pl/2010/01/Kaminski-oklamal-Tuska-Zeznaje-swiadek-Kapica.html
http://www.polskatimes.pl/komentarze/212616,komisja-hazardowa-dostarcza-malych-sensacyjek-ale-nic-nie,id,t.html
http://bernardo.salon24.pl/151744,krzysztof-bondaryk-zagubione-ogniwo-teorii-spisku
http://hekatonchejres.salon24.pl/151738,miary-owsa-i-miary-uczciwosci

23 sty 2010

Alarm

Ministerstwo Prawdy alarmuje, że rolnicy „unijne dopłaty” zamieniają na dobra cywilizacji, kupując sobie mikrofalówki, telewizory, robiąc zakupy itd. Ba, rolnicy na dodatek, domagają się jeszcze większych dopłat – od czego siwieje niejeden funkcjonariusz MP zatroskany o racjonalne wydawanie pieniędzy europodatników. Ja to rozumiem, co innego bowiem, gdy standard życia polepszają sobie eurokraci czy ludzie „zaangażowani w projekty unijne” (tam to dopiero są szybkie, duże i łatwe pieniądze – widziałem, jak się zmieniła „jakość egzystencji” osób obracających się w tej sferze), ale żeby tak rolnik miał sobie w mikrofali bigos grzać i jeszcze oglądać telewizję satelitarną, zamiast w polu własnymi ręcami glebę zasiewać w nadwiślańskim regionie ku chwale „UE”? Najwyraźniej rolnicy nie zrozumieli określeń „modernizacja” oraz „konkurencyjność” i wzięli to zbyt dosłownie, a zamiast inwestować w „park maszynowy”, zainwestowali w wyposażenie domu. Hm, może te pieniądze były takiej wielkości, że na zakup nowoczesnych maszyn już niekoniecznie wystarczało? A może zwyczajnie modernizowanie rolnictwa jest utrudnione z o wiele poważniejszych powodów, takich jak brak dróg (kto jeździ po wsiach wie, jak one wyglądają), brak nowoczesnej infrastruktury, brak Internetu (50% Polaków), dumping stosowany przez zagraniczną konkurencję (wspieraną dotacjami od wielu lat), wakacje podatkowe hipermarketów, import z Chin, biurokracja, nepotyzm, korupcja, mafia itd.?

Najzabawniejsze jest jednak ta socjalistyczna wiara, że jak się ludziom da pieniądze, to oni będą je inwestować, tak jak kapitalista ryzykuje swym kapitałem, pomnażając go w rozmaitych operacjach na rynku. Zgodnie z takim rozumowaniem, im więcej się ludziom da pieniędzy, tym szybciej pojawią się przeróżne inwestycje, a kraj wydźwignie się z dziadostwa w okamgnieniu. Nie muszę chyba dodawać, jak głupie jest to myślenie i jak odległe od jakichkolwiek wolnorynkowych realiów. W „UE” zresztą strategia działania na zasadzie błędnego koła jest doprowadzona do perfekcji – wielkie sieci sklepów stosują dumping, w związku z tym rolnikom przestaje się opłacać produkowanie określonych rzeczy, wobec tego domagają się dopłat, by móc sprostać warunkom nieuczciwej konkurencji. To zaś z kolei prowadzi do tego, że podatnicy z jednej kieszeni płacą za produkty o sztucznie zaniżonych cenach w hipermarketach, ale za to z drugiej kieszeni dofinansowują rolników, tak więc z pozoru podatnicy zyskują (niskie ceny), choć tak naprawdę nic nie zyskują (dotacje), zaś rolnicy z pozoru wychodzą na swoje (dotacje), ale tak naprawdę sieciom nie są w stanie stawić czoła (dumping plus „limity produkcji”, „kwoty mleczne” i inne bzdury). No i tak ganiać się można w nieskończoność. Najlepiej na tym wychodzą oczywiście pośrednicy.

Nic więc dziwnego, że w Polsce, gdzie hipermarketom oferuje się od lat wakacje podatkowe (ja sam chętnie bym na takie wakacje poszedł), rolnikom pozostaje inwestowanie w dobra konsumpcyjne – te przynajmniej jakoś będą się w życiu przydawać, zwłaszcza gdy cała ta „polityka rolna” eurokratów skończy się tym, że w regionach gospodarczo słabszych unijnego superpaństwa, a takim na pewno jest region nadwiślański, zwyczajnie rolnictwo będzie stopniowo upadać. Oczywiście region regionowi nierówny – co innego Polska B, a co innego np. „ziemie tymczasowo pod administracją polską”. Z czasem część ziem służących wcześniej rolnikom posłuży jako tereny pod rozmaite inwestycje, jak nie handlowe, to turystyczne i mieszkaniowe, i już, a żywność będziemy kupować od niemieckich czy francuskich producentów, szczególnie kiedy się okaże, że jest tańsza niż żywność „w nieopłacalny sposób” produkowana w Polsce. Zwolennicy „wolnego rynku” w jego unijnym, socjalistycznym wydaniu, będą nas w swych ekspertyzach zapewniać, że to przecież naturalne, że „chcemy kupować i kupujemy taniej”, nawet jeśli dotacje dla tamtejszych rolników będą pochodzić także z naszych kieszeni. Poza tym bezrobotnym rolnikom czy bankrutom będzie można proponować pracę w branż turystyczno-hotelarskiej albo przy budowie dróg, których wciąż nie ma, lecz przecież kiedyś zaczną powstawać.


http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,7486783,Unijne_doplaty_zabetonowaly_polska_wies.html

Robotnicy satyry

Kiedyś w pierwszej połowie lat 90. w pewnej knajpie na pewnej imprezie spotkałem ludzi z kabaretu Otto, a ponieważ miałem całkiem niezły humor, to postanowiłem z kabareciarzami szczerze porozmawiać i powiedziałem im, jak Polak Polakom, że robią kabaret dla robotnika. Chłopaki nie wiedzieli, czy żartuję, czy ich podpuszczam, czy może jestem aż takim oszołomem, że głębi ich dowcipu, wyrażanego piosneczkami “nie dla idiotów”, zwyczajnie nie łapię, a „przecież każdy musi łapać”. W ramach rekompensaty wyznałem więc, że nie mam im wcale za złe tego, że robią prostacki, tępy do bólu, kabaret i w ten sposób zarabiają pieniądze, chodziło mi wyłącznie o to, że nie powinni się z tym kryć, iż robią coś na zasadzie ruskiego cyrku, gdzie jeden clown drugiego kopnie w tyłek (i to jest właśnie cholernie śmieszne), tylko powinni otwarcie proletariacki charakter swojego kabaretu eksponować, a sprawiają wrażenie, jakby chcieli uchodzić za jakichś intelektualistów silących się dla intelektualistów (garniturki, okularki, elegancja-Francja etc.).

Wspominam o tym, bo przeczytałem arcyciekawy wywiad z innym kabareciarzem z Kabaretu Moralnego Niepokoju (R. Górskim) i tak sobie myślę, że to już 15 lat minęło od tamtej rozmowy, a satyrycy na tym samym poziomie, co wtedy są, aczkolwiek pewien postęp daje się odnotować. To w ogóle bardzo ciekawe zjawisko - z jednej strony w tej samej buraczanej lidze „liryczni satyrycy” Andrus czy Daukszewicz (i im podobni), z drugiej - „młode, dziarskie kabarety”, a raczej „wiecznie młode”. Zwykle, tj. na przestrzeni lat, dobry kabaret kojarzył mi się z pewnym szydzeniem z oficjalnej ideologii (vide Pietrzak czy Laskowik w swych najlepszych latach, bo teraz ten ostatni to już niestety, nie), natomiast nigdy nie kojarzył mi się z aprobowaniem tejże ideologii, innymi słowy satyryk i kabareciarz to był ktoś idący pod prąd reżimu, a nie z prądem. Tymczasem okazuje się, że można robić kabaret właśnie na wspieraniu i szerzeniu określonej ideologii, a przy tym czuć się absolutnie spontanicznym.

Zadanie takiego „pracownika estrady” polega dziś zatem na tym, by odpowiednio się wyedukować w dogmatyce politycznej poprawności, a następnie, wykorzystując zdobytą wiedzę, konstruować „śmichu warte” widowiska, w których pod pozorem dobrej zabawy przemyca się zwykłą indoktrynację, np. tę związaną ze straszliwą homofobią, która dziś jest jednym z synonimów faszyzmu czy tę związaną z „państwem wyznaniowym” i „katolickim fundamentalizmem” (tu wiadomo, księża, mohery, Rydzyk, Kaczory itp. „tematy” dla kabareciarzy; „Ja pierdzielę, ksiądz!”, krzyczy w skeczu „Wizyta księdza” ów Górski, ale też zwraca się per „pan ksiądz”, kupa śmichu, naprawdę – link poniżej). Politpoprawność kojarzy się jednoznacznie z Ministerstwem Prawdy, ale i pracownicy gazet, które aspirują do trzymania się z daleka od MP, wiedzą, że drwiny drwinami, ale swój haracz czasami złożyć diabłu trzeba, toteż półgębkiem przyznają się do postępowości. I tak J. Cieślak z „Rz”, niby specjalizujący się w muzyce i rozrywce, wie, że są granice, których przekroczyć nie wolno (czyli takie np. jak zamienienie się w „polskiego kołtuna” („Podejmuje pan tematy, które są związane z narodowymi obsesjami”) czy, nie daj Boże, homofoba i ksenofoba („Waszym hitem jest skecz „Narzeczony z Niemiec”, o ojcu, którego syn ma niemieckiego kochanka”). Tych granic potrafią się znakomicie trzymać bezkompromisowi polscy satyrycy, ale i tak, mimo że znakomicie wyczuwają mądrość etapu, zdarzają się im mrożące krew w żyłach przygody i to gdzie – w Niemczech, panie, w Niemczech. Tam zaś mieć niemiłą przygodę (vide słynny przelot J. Rokity), to prawdziwe nieszczęście:

„Ostatnio z wielką radością zagraliśmy ten numer w Berlinie, na bis. Publiczność była polska, ale wywołaliśmy wielkie poruszenie także poza widownią. Okazało się, że w Niemczech nie można używać gestów i symboli związanych z faszyzmem. A ja przecież mówię „Heil Hitler!” i podnoszę łapkę. Do tej pory wydawało mi się, że wyszydzam faszyzm, a nie reklamuję, jednak niemiecki akustyk odebrał to inaczej. Na szczęście nas nie zakapował. Polscy organizatorzy uspokoili go, a nawet włożyli coś do kieszeni. Zachował się dokładnie tak jak ojciec z naszego skeczu, który zgadza się na homoseksualny związek syna, przekupiony trzema mercedesami. Wszyscy jesteśmy ideowi, ale nie do końca.”

No tak, gdyby bowiem tak się okazało, że KMN zamiast wyszydzać, to szerzy faszyzm, to dopiero by się z hukiem skończyła kariera młodych i zdolnych satyryków (zniknęliby z maratonów gwiazd w telewizjach) i skończyłaby się także dla nich „historia świata”, którą satyrycznie się zajmują. KMN miałem okazję widzieć ostatnio w „komedii” w reż. O. Lubaszenki („Złoty środek”), stanowiącej coś w rodzaju hołdu reżysera dla środowisk gejowskich (na pewno „polski kołtun się jeży”, gdy słyszy o tego rodzaju filmach). Zresztą na konferencji prasowej związanej z tym filmem był przedstawiciel tychże środowisk, będący nie tylko projektantem kostiumów do filmu, ale i pojawiający się na planie, oprócz przedstawionych w nim jednopłciowych „par” męskich i żeńskich. Naprawdę warto ten film obejrzeć, bo gdybym o nim opowiedział z detalami, to by mi pewnie nikt nie uwierzył, iż takie gnioty można w Polsce kręcić. O ile jeszcze A. Przybylska jakoś się broni jako aktorka pierwszoplanowa, o tyle scenariusz jest tak zrypany właśnie przez te powracające ukłony reżysera wobec homośrodowisk, że ma się poczucie narastającego zażenowania. W finałowej scenie już po wszystkich perypetiach u stóp kościoła stoi m.in. para zakochanych w sobie głównych bohaterów (granych przez Przybylską i Bobrowskiego) oraz para gejów.

Kto wie, może dziś nonkonformiści po prostu realizują się zawodowo i życiowo za pomocą jakichś funduszy unijnych? Czy jest coś w tym złego? Nic, absolutnie nic, oczywiście. Gdyby natomiast tak wicher dziejów zawiał, że mielibyśmy znowu socrealizm, to ci wszyscy satyrycy szydziliby ze szczekaczek imperialistycznych, bibisyna, karłów reakcji, grubych lichwiarzy, militarystów NATO itd. W podobnych rejonach sytuowaliby się nonkonformistyczni literaci i hiphopowcy. Na tym bowiem polega porządna kultura i subkultura. Sam Górski wyraża swoje credo następująco: „Z jednej strony jesteśmy dumni z naszej polskości, z drugiej – ciągle nam polskość przeszkadza”. No, zawsze można spróbować robić kabaret po niemiecku, nie? Tu dopiero otwierają się horyzonty.


http://www.rp.pl/artykul/423591_Zeglarz__sternik_i_okret.html
http://www.youtube.com/watch?v=8EWywzJa-Ew („Wizyta księdza”)
http://www.youtube.com/watch?v=-yMHFYzRXCw („Teczka z IPN-u”)
http://www.youtube.com/watch?v=vjfLWJ0CG8g&feature=related („Mohery” kabaretu Neo-Nówka, gdzie m.in. jest mowa o gazetce „Moher Girl”, a w niej poradnik „Jak rozpoznać Żyda” oraz o Telewizji Trwam Erotica)

22 sty 2010

Struna głosowa

Jeszcze rano reżimowe media ostrzyły sobie zęby na kolejny występ kolejnego niewinnego i podkręcały atmosferę jak przed przedstawieniem, które dał Gleb. O Mirze „Polska” pisała, że był „duszą towarzystwa”, „miał wszędzie znajomych”, płacił rachunki w restauracjach, „zawsze wiedział jak się zachować”, „nawiązywał kontakt ze sportowcami”, zaś podczas przesłuchania miał być „pewny siebie, odmłodzony i przekonujący” (bo „pływał, biegał, ma kondycję”), zaś słynny marszałek o zszarpanych nerwach już zapraszał Gleba z powrotem do PO, tak jakby dalsze posiedzenia komisji śledczej nie miały znaczenia. Być może nie mają dla ludzi tego typu, ale tu ni stąd ni zowąd choroba gardła („a przecież ma mówić”) dopadła doskonale przygotowanego świadka. Najwyraźniej z tym sportem trzeba uważać. Mówią też, że jak ktoś pali, a wiemy, że Miro jest miłośnikiem drogich cygar, to też jest bardziej narażony na infekcję gardła niż osoby niepalące.

Nic więc dziwnego, że żywa legenda komisji śledczej, Sekuła, postanowił uznać przekazane mu lakoniczne pismo za coś w rodzaju zaświadczenia lekarskiego i zwolnić świadka z przesłuchania, by sobie nie nadwerężał ani jednej struny głosowej („ma problemy z krtanią”, stwierdził dr Neumann, a w jednym z wywiadów na gorąco dodał: „nie popadajmy w jakąś paranoję”), no i mimo że Sekuła wykazał się znakomitym wyczuciem sytuacji i poczuciem humoru („listonosz to bardzo piękny zawód”), to tak jakoś się zrobiło, jakby ludzi zaproszono na koncert, ale solisty nie ma. Niby, co się odwlecze, to... ale można odnieść wrażenie, iż odwleka się zbyt często i już nazbyt długo. Tygodnie, w których PO wyczyniała cuda, by posiedzenia komisji sparaliżować, nie dadzą się nadrobić, a gdyby tego było mało, to i prokuratura zachowuje się tak, jakby się specjalnie nie spieszyła z wyjaśnieniem sprawy. Może też i nie ma co wyjaśniać? Wprawdzie niedawno ukazały się kolejne niepokojące (czy aferalne? - marszałek o zszarpanych nerwach powiedziałby pewnie, że nie) doniesienia a to o wyciągach narciarskich, a to o bracie Mira, a to znowu najświeższe o Ministerstwie Środowiska i wtargnięciu CBA, ale czy nie lepiej dostrzegać wyłącznie jasną stronę życia, jak wczoraj Gleb?

Na osłodę można było sobie zamiast startu komisji z Mirem obejrzeć komiczne, bombastyczne występy prof. J. Buzka, który już widzi Polskę jako lidera „UE”, zapewne tak jak liderem była ona za jego niezapomnianych rządów. No ale tak jak śpiewać każdy może, tak i pleść banialuki. Poza tym niewykluczone, że jak się człowiek obraca w nieziemskich kręgach eurokracji i zarabia pieniądze, o których zwykły obywatel może tylko pomarzyć, to dostaje jakiegoś prorockiego natchnienia i widzi rzeczy przyszłe nawet, jeśli one nigdy nie nadejdą, tak jak kiedyś eurokraci widzieli „UE” jako prężniej rozwijającą się od USA – w ramach tzw. strategii lizbońskiej. Szczęście eurokratów polega bowiem na tym, że bez względu na to, czy ich proroctwa się spełniają, czy nie – płaci się im ciężkie pieniądze za samo prorokowanie. Buzek zachwycony był m.in. tym, że bije się mu oklaski od razu, a nie po 20 sekundach - „to jest fajne”, stwierdził, uśmiechając się i do publiczności, i do uśmiechniętego Jamajki stojącego obok. Buzek też cieszył się, że nikt go nie słucha w słuchawkach, ja zaś cieszyłem się, że nie mówi po angielsku.


http://www.polskatimes.pl/fakty/kraj/212621,prawa-reka-tuska-przed-komisja-czy-zatonie-pod-gradem-pytan,id,t.html
http://www.tvn24.pl/-1,1639427,0,1,chlebowski-wroci-niesiolowski-czemu-nie,wiadomosc.html
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,7484220,Kempa__Panie_przewodniczacy__dosc_juz_tego__Sekula.html
http://cameel.salon24.pl/151648,sekula-i-spola-tm-cd

21 sty 2010

Brzytwa II i cud niepamięci


Nareszcie się dowiedziałem, o co chodzi z tą cholerną aferą hazardową – manipulator Kamiński spotykał się z lobbystami PiS-u (Gosiewski, Kaczyński), ale żeby to przykryć, sprokurował dywanowy nalot (obejmujący nawet cmentarze) na paru przedsiębiorców z Dolnego Śląska i najuczciwszego parlamentarzystę, przyjaciela emigrantów i podatników, szefa Komisji Finansów, Gleba Absolutnie Niewinnego, co wykrył porażającą aferę, której początki sięgają nawet 2002 r. („Polskę, polskie miasta i polskie wsie zalała fala automatów o małych wygranych”). Kamiński zaś za pomocą podłych funkcjonariuszy CBA zmierzał do obalenia rządu, ale na szczęście i to mu się nie udało („z sufitu rzucał setkami milionów”; „to, co uczynił Mariusz Kamiński przechodzi wszelkie bariery absurdu”). Teraz już wiemy, na czym stoimy.

Gdy słuchałem o godz. 10. expose Gleba, nie przypuszczałem, że będzie chciał bić rekord premiera Tuska z 2007 r., zwłaszcza że zagłębiał się w przeróżne szczegóły i kwestie, niuanse i subtelności, zawiłości i meandry procesów legislacyjnych i ogólnej działalności Gleba na rzecz poprawy sytuacji ludu polskiego, ale akurat najmniej w te, które mogłyby interesować komisję śledczą. „Polski patent, polska myśl okazała się najlepsza w Europie i na świecie”, przypomniał nam a propos kryzysu ekonomicznego, którego przecież nie było, a przynajmniej nie miało być. „Setki, a nawet tysiące spotkań”. „Setki, a może tysiące rozmów”. A gdyby je podsłuchiwało CBA, to też by zarejestrowało zapewnienia, że Gleb coś załatwi – stwierdził Gleb („moje działania były zawsze zgodne z prawem”). „Tak zachowują się ludzie uczciwi”, przyznał, na wspomnienie słynnej konferencji prasowej, w której był i pot, i łzy.

Były jednak momenty nie tak dramatyczne. „Lubię dobre wino i dobre whisky”, powiedział Gleb wypogadzając się na twarzy. „Życie byłoby zbyt ubogie, gdybyśmy się bali rozmawiać przez telefon”, dodał potem sentencjonalnie, „nie o to bowiem walczyli przywódcy Solidarności”. Pomyślałem sobie po długich obserwacjach występu Gleba, że o to walczyli owi przywódcy, by Sekuła mógł poprowadzić obrady komisji śledczej. Widziałem szefa tej komisji w akcji wczoraj, widziałem i dziś, i z pewnością należy mu się jakiś order. Niestety, mimo że komisja nadal przesłuchuje, to TVP.info nie transmituje, a na stronie tvp.info streaming nie działa, więc można się zacząć bawić w podsumowanie. W tejże telewizji najpierw wykazał się dialektycznym myśleniem nieoceniony prof. I. Krzemiński, który przyznał, że owszem Gleb nie do końca wiarygodny, ale przecież zwracał uwagę na aspekt merytoryczny, czym się nikt prawie nie zajmuje, natomiast nie da się też ukryć, ciągnął Krzemiński, iż CBA z opozycją zmontowało akcję przeciwko rządowi.

Na szczęście dla równowagi zaproszony był też prof. A. Zybertowicz, który zwrócił uwagę właśnie na cud niepamięci Gleba, ujawniający się w najbardziej newralgicznych chwilach przesłuchania, no i na rewelacyjną rolę Sekuły, zajmującego się „filtrowaniem drogi do prawdy”, naginającego regulamin, ułatwiającego sytuację przesłuchiwanym dzięki (idiotycznej, przyznaję) formule zadawania pytań przez parę minut, no i wcinającemu się co chwilę w pytania. Aż się prosi o parę cytatów z Sekuły, co niniejszym czynię: „Świadek udzielił odpowiedzi, proszę jej nie interpretować”, „przywołuję panią do rzeczy” (wielokrotnie), „to nie jest lekcja matematyki z miasta A do miasta B” (gdy Arłukowicz pokazał mapę Glebowi), „nie wolno przekrzykiwać świadka ani na niego pokrzykiwać”, „pan ma głos i pan ma włączony mikrofon – oprócz pana, ja mam włączony mikrofon”, „proszę nie stosować takich uwag” itd.

Od siebie dodałbym w tym miejscu, że nie ma najmniejszych wątpliwości, że tego rodzaju metodyka przesłuchiwania nieustannie rozbija tok dyskusji i dla postronnego obserwatora całe przesłuchanie jawi się jako nużące, rwane widowisko, pozbawione dynamiki i właściwie nie do wytrzymania. Tak właśnie ma być. Ten bajzel jest zamierzony. Przeglądałem dziś stronę „GW”, relacjonującej „minuta po minucie”, co się działo – to, pomijając językowe błędy i nieudolność intelektualną piszącego – opowieść ślizgała się po powierzchni, zaś relacjonujący dodawał od siebie głupawe komentarze, by zapewne rozruszać znudzonych, niekumatych czytelników. Być może taki standard, jeśli chodzi o „komentowanie” prac komisji zapanuje na dobre w mainstreamie. Nikt nic nie wie, każdy ze świadków mówi swoje, „słowo przeciwko słowu”, są nieścisłości, opozycja chce coś tu ugrać, „wszyscy byli umoczeni” itp.

Gleb, który z uśmiechem na ustach paradował przez korytarz w asyście fleszy, oczytany, odświeżony, o wyostrzonym jak brzytwa umyśle, Gleb, który deklamował swoje expose i gromił lobbystów PiS-u, miał przygotowane wszystko – dokumentację techniczną, prawną, ekspertyzy, wydruki, poprawki itd. - ale akurat czegoś takiego jak notes czy terminarz, w którym na pewno zapisuje swoje wszystkie spotkania z ludźmi, nie miał przy sobie. O ile więc nie miał problemu z omawianiem z detalami przeróżnych etapów procesu legislacyjnego związanego z hazardem, o tyle za cholerę nie mógł zrekonstruować szczegółów swoich spotkań i rozmów z szemranymi byznesmenami, pardon, przedsiębiorcami (w żargonie Gleba). Oczywiście obowiązku przyniesienia takiego terminarza, nie miał, lecz gdyby był tak krystalicznie uczciwy, za jakiego się podaje, to przecież mógłby o wszystkim z pomocą takiej ściągi powiedzieć. Sam wszak przyznał, że nie ma nic do ukrycia.

Jedna rzecz szczególnie mnie zachwyciła w zawiłych, zamotanych, pełnych zbędnych dygresji i zwyczajnego pitolenia, zeznaniach Gleba (co chwilę powtarzającego, że już odpowiadał na to pytanie) – jego straszliwie rozdarte serce. Otóż z jednej strony był on wielkim przyjacielem budżetu i dosłownie stawał na rzęsach, by wpływy do budżetu w czasach nieludzkiego kryzysu, w których „wielu Polakom się bardzo ciężko żyje”, rosły, dla naszego, tj. podatników dobra – z drugiej zaś, gdy była mowa o wpływach uzyskiwanych przez monopol państwa w dziedzinie gier hazardowych (kwestia wideoloterii), twierdził, iż o wiele ważniejsze niż nawet „wzgląd fiskalny i to czy budżet będzie miał gigantyczne pieniądze, czy nie” jest „społeczne zagrożenie” (korupcja, przestępczość, dostępność dla dzieci i młodzieży) wideoloterii.

Z jednej strony nigdy nie grał w kasynie ani na automatach, nie wie też dokładnie, jak jest z rozwiązaniami kwestii wideoloterii w innych krajach (np. Szwecja, USA), z drugiej wie doskonale o straszliwych skutkach społecznych wideoloterii („to byłby gigantyczny hazard, kumulację można by urządzać co 15 minut”). Z jednej strony jest przyjacielem i obrońcą budżetu, z drugiej, gdy istnieje możliwość uzyskania właśnie wielkich pieniędzy do budżetu, dzięki loteriom państwowym, to staje mu przed oczyma obraz nałogowych hazardzistów w wieku dziecięcym i młodzieńczym. Z jednej strony jest przeciwko pladze automatów, z drugiej, już w 2002 r. składa ponoć poprawkę (ponoć, bo twierdzi, że nie składał, tylko urzędnicy Min. Fin. sobie to wtedy wymyślili), by było po 7 automatów, a nie po 3. Z jednej strony nie jest lobbystą na rzecz branży hazardowej i w ogóle z branżą hazardową się nie kontaktował („nie utrzymuję i nie utrzymywałem kontaktów”), z drugiej smuciła go kondycja w tejże branży już w początkach prac legislacyjnych nad ustawą i parokrotnie w trakcie przesłuchania z naciskiem wspominał o tym, że w branży tej zatrudnienie ma kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Co więcej, gdy była mowa o wideoloterii, to także westchnął na los tychże tysięcy ludzi, bo na parę miesięcy w związku z przeprogramywaniem maszyn branża musiałaby stanąć „i nie byłoby wpływów do budżetu” (bo oczywiście nie można by takiego przeprogramowania zrobić stopniowo).

Z jednej strony Gleb jest za opodatkowaniem, z drugiej jest przeciwko dopłatom, które przecież też są opodatkowaniem (tylko innego typu). Gleb jest przeciwko dopłatom, bo „obciążyłyby grającego”, tak jakby proponowanego przez niego opodatkowania właściciele gier hazardowych nie mogli także przerzucić na grających. Z jednej strony „nigdy nie śmiałem ingerować w proces legislacyjny ministerstwa finansów”, z drugiej, jego udział w pracach legislacyjnych czy prelegislacyjnych, bo sam Gleb miał tu wątpliwości, od kiedy się proces legislacyjny zaczyna, jest trudny do podważenia. Z jednej strony Gleb wie, że 31 sierpnia miał wiele ważnych spotkań danego dnia, z drugiej nie pamięta, z kim i gdzie. Z jednej strony nie może sobie przypomnieć, z czyjej inicjatywy zorganizowany został sylwester w Zieleńcu, z drugiej doskonale pamięta, jaka wtedy była pogoda („świetne warunki atmosferyczne”). Z jednej strony nikt o podsłuchach Gleba nie informował, z drugiej Sobiesiak mówił mu o podsłuchach od lat („zwykł tak powtarzać”).

Zbierając to wszystko do kupy i biorąc oczywiście za dobrą monetę, można stwierdzić, iż Gleb troszczy się o branżę hazardową dość wybiórczo, czyli właściwie nie troszczy się o całą branżę, co o niektórych jej przedstawicieli. Przyjmując takie rozwiązanie, możemy uznać, że generalnie zeznaje on prawdę, choć może nie do końca ją rozumie. Co do reszty zaś, to niestety, ma dobrą pamięć, ale rzeczy nieistotnych – to zrozumiałe – nie pamięta. Szczególnie intelektem błysnął jednak poseł PSL, gdy zasugerował, że kłopoty z kołem miał Gleb z tego powodu, że zajęło się tym CBA. Funkcjonariusze CBA jako ludzie od śrub w kołach? Tego jeszcze nie przerabialiśmy – dotąd bowiem tego rodzaju ekspertów kojarzyliśmy z SB, a tu się okazuje, iż to mógł być błąd. Na szczęście ludowy poseł zaraz dodał, że żartuje. To tak, jak Arłukowicz, co powiedział półgębkiem do Gleba: „mam wrażenie, że ma pan dłuższy nos od rana”. Ciekawe, czy pojawi się to w stenogramie.

20 sty 2010

Sygnały


W Polsce jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi nie o pieniądze, a o specsłużby tych pieniędzy pilnujące. Dziś urządziłem sobie sjestę z komisją śledczą, ponieważ chciałem skonfrontować to, co się w niej dzieje z tym, co przedstawiają reżimowe media. I nie pomyliłem się. Sekuła zachowuje się jak belfer, który prowadzi tzw. lekcję pokazową (np. z udziałem wizytatora z kuratorium lub z udziałem innych nauczycieli), a w jej trakcie, wyrywają mu się do odpowiedzi nie ci uczniowie, których przewidział belferski scenariusz, toteż trzeba ich, zgrzytając zębami, uciszać i „przywoływać do porządku”. Hasło „przechodzę na tryb włanczania mikrofonu” powinno przejść do historii polskiego parlamentaryzmu a la III RP. To Sekuła właśnie niemogący poradzić sobie z nadmiernie dociekliwymi pytaniami Wassermanna i Kempy. Jak dzisiejsze posiedzenie komisji zrelacjonowała radiowa Jedynka? Jak na peerelowskie standardy, których twardo jej redakcja się trzyma, przystało, podsumowanie obrad zrobił przedstawiciel strony rządowej („opozycja się czepia”), a przy okazji po raz kolejny ukazano Kempę jako tę, która robi obstrukcję w trakcie obrad. Klasyka, zatem.

W relacjach na stronie TVN klimat ściemniania podobny – o tym, co najistotniejsze ani słowa. Przyznam szczerze, że porządnie ubawili mnie przedstawiciele koalicji, którzy nawet nie kryli, iż ostatnią rzeczą, która ich interesuje, to wyjaśnienie całej sprawy. Nawet Arłukowicz sobie odpuścił po spytaniu wprost, czy Cichocki stoi za przeciekiem. Po jakimś czasie zostali na sali tylko Wassermann, Kempa i sekretarz kolegium ds. służb, no i w charakterze czujnego moderatora dyskusji, Sekuła („czy pani pytania zmierzają do dręczenia świadka? Na razie dręczą przewodniczącego komisji”). Cichocki, nawet jak na socjologa i „młodego wilka” polskiej polityki, sprawiał wrażenie nadmiernie wyluzowanego. Momentami miał problemy nie tylko ze skoncentrowaniem się na poruszanych kwestiach i ze zrozumieniem pytań, lecz i z ułożeniem spójnej, sensownej odpowiedzi. Momentami zaś mówił rozwlekle, jakby deklamował fragmenty dobrze opanowanego tekstu. Zapalił się szczególnie, gdy relacjonował swoje oburzenie na „bezpodstawne oskarżenia” sformułowane przez Kamińskiego, kiedy ten pojawił się po przecieku w kancelarii premiera.

Były jednak chwile, kiedy przybierał zasadniczą postawę i stawał się niezwykle wstrzemięźliwy, zaś jego - obecny niemal bez przerwy przez kilka godzin - uśmiech gasł, jakby śledczy wkraczali na teren otoczony zasiekami. To były chwile, gdy pytano Cichockiego o ABW. Tego tropu właśnie nie pozwolono ani Wassermannowi, ani Kempie ruszyć. Udało im się wprawdzie ustalić, że słynne kalendarium, to, jak sam Cichocki określił, „materiał”, a nie rządowy dokument, w związku z tym, materiał ten stanowi nie tylko swobodną niemalże twórczość Cichockiego (bez urzędowej parafki premiera), ale i relację niekompletną, choćby w kwestii Schetyny. Myślę, że celowo tak został ten pseudodokument sporządzony, by w każdej chwili jego autor mógł powiedzieć, że to tylko było takie niezobowiązujące sprawozdanie, a nie poważna relacja.

Najważniejsza jednak kwestia, jak sądzę, dotyczy służb, z którymi – teraz już służbowo :) - związany jest i Cichocki. Wprawdzie chętnie bym poznał, jakie przeszedł w tej materii przeszkolenie, by pełnić tego rodzaju ministerialne stanowisko (chyba że pełni rolę dekoracyjną, co wcale nie jest wykluczone), sam bowiem parokrotnie dziś podkreślał, iż jest analitykiem (cokolwiek to może znaczyć) - ale nie to mnie interesuje. Małe dzieci wiedzą, że w Polsce „partię wewnętrzną” stanowią ludzie służb, przy czym sytuacja nie jest tak klarowna, jak w Orwellu, ponieważ część ludzi dawnych służb przeszła do byznesu, mediów, rozrywki, polityki etc., część „przeszła weryfikację”, a część, ta najciemniejsza, weszła do świata przestępczego. Jest więcej niż pewne, iż między tymi trzema warstwami ludzi służb panuje niepisana umowa o kooperacji. Dowodzą tego liczne afery (gdzie mieszają się przedstawiciele i establishmentu, i półświatka), dyspozycyjność ludzi wymiaru sprawiedliwości w sytuacji newralgicznych śledztw (tu przy okazji „ginięcie” materiałów dowodowych lub ważnych świadków), no i osłona medialno-rozrywkowa, jaką ludziom z cienia potrafią zapewnić spece od socjotechniki i sterowania opinią publiczną. Ta kooperacja musi się wyrażać także tym, że w kulminacyjnym momencie zaczynają cyrkulować informacje o tym, że ktoś w prześwietlaniu piekielnych kręgów posuwa się za daleko (jak choćby Sumliński czy CBA).

Kamiński wspomniał wczoraj o tym, że jeden z byznesmenów był „przyjacielem wszystkich”. Otóż taką przyjaźń, która powoduje, że „otwierają się każde drzwi”, znikają jakiekolwiek przeszkody urzędnicze etc., a czegokolwiek „przyjaciel” się nie tknie, to się w złoto zamienia - zapewnić można sobie w republice bananowej tylko pod jednym warunkiem tj., że się ma wsparcie ze strony służb. Bezkarność szemranych byznesmenów nie byłaby możliwa, gdyby ktoś nie dbał jednocześnie, by im nie „przychylić nieba” i by w sprawom nadawać bieg lub „nie nadawać” - w zależności od tego, o jaki urząd i jaką procedurę by chodziło. Cichocki natomiast przyznał między wierszami, że ABW także zajmowało się tym, co się wiązało z ustawą hazardową, co możemy odczytać w ten sposób, że po prostu mogło wiedzieć z wlasnego rozpoznania w terenie o akcjach CBA. Sytuacja więc mogła być analogiczna jak z legendarnym „katarskim inwestorem” - w czyjś dil, osłaniany przez ludzi z cienia, wpakowała się (i to rozpracowując inną sprawę) dzicz z CBA, która dla spadkobierców sowieckiej Bezpieki i wojskówki, stanowiła (przynajmniej w okresie kaczyzmu), wroga nr 1 (oprócz komisji ds. WSI).

Piszę to, ponieważ może być tak, iż przecieku mogli dokonać nie Cichocki czy Tusk, lecz „ludzie z cienia”. To by mogły być te słynne „sygnały” (oraz ta słynna „inteligencja”), które miał na myśli sekretarz kolegium ds. służb, odpowiadając na pytania, jakimż to sposobem szemrani byznesmeni się dowiedzieli o akcji CBA. Sygnały z centrali, że tak powiem.


http://www.tvn24.pl/-1,1639076,0,1,cichocki-nie-bylem-zrodlem-przecieku,wiadomosc.html
http://www.rp.pl/artykul/2,422310_Przeciek_czy__inteligencja_i_sygnaly__.html

Czeski błąd

Ponoć koniec świata ma być nie w 2035 r. ale w 2350, tak więc spokojna głowa. Nic się nie stało, globalne ocieplenie nieco się opóźni, ale przecież każdy, kto zajmuje się meteorologią lub choćby meteopatią, wie doskonale, że nie z każdej chmury jest duży deszcz i nie z każdego łupania w kościach wynika jakaś poważniejsza zmiana pogody. Ja się naprawdę cieszę, że naukowcy tym razem na trzeźwo (bo jak się domyślam wcześniej nieco po pijanemu) policzyli na swych kalkulatorach, że mamy nieco więcej życia, bo to człowiek zawsze będzie mógł nie tylko więcej spraw załatwić, ale i więcej pożytecznych akcji „dla Matki Gai” sfinansować. Oczywiście nie znaczy to, że należy z jakichś „limitów na zużycie dwutlenku węgla” czy w ogóle na oddychanie w naszym unijnym regionie, rezygnować, i nawet genialny prof. J. Buzek ze swoją rewelacyjną angielszczyzną oraz polski gabinet ciemniaków, powinni szczególnie zadbać o to, by nawet, gdyby ogłoszono globalne oziębienie, a nie ocieplenie, zrobić jednak ściepę na rzecz generalnej poprawy sytuacji, bo pieniądze zawsze się przydadzą, bez względu na to, czy trzeba będzie kupować u autoryzowanych dilerów olejki przeciwsłoneczne czy koce i śpiwory (takie choćby jak te, które chciał bezdomnym w USA wysłać Urban w latach 80.). Sprawy zdrowia obywateli są bowiem poza wszelkimi kategoriami i trzeba na nie patrzeć priorytetowo.

Ponadto na razie „główna teza o globalnym ociepleniu - pozostaje nieodwołalna”, jak nas zapewniają naukowcy, co zęby zjedli na badaniu klimatu na przestrzeni tysiącleci wstecz i wprzód. To bardzo dobrze, powinniśmy bowiem mieć coś stałego w zestawie codziennych informacji, gdy zajadamy czipsy lub popijamy piwo, bo jak wiadomo, palenie (tytoniu) jest już zakazane, toteż ja, by złodzieje nie mogli ze mnie drzeć pieniędzy w postaci akcyz czy innych haraczy, rzuciłem jakiś czas temu papierosy, wychodząc naprzeciw potrzebom Matki Ziemi i w ogóle proletariuszy wszystkich krajów, jak też florze i faunie wszechświata – i, kurde, dobrze się czuję. Wprawdzie niedawno wyczytałem, że wcale rzucanie palenia nie jest takie zdrowe, bo grozi cukrzycą, a nawet rakiem, ale jak wszyscy wiemy, z punktu widzenia medycyny to wszyscy jesteśmy na coś chorzy, tak jak z punktu widzenia psychiatrii wszyscy jesteśmy potencjalnymi (lub rzeczywistymi) schizolami lub psychopatami.

Tak więc nie ma co się szarpać, tylko trzymać fason. Piszę o tym w kontekście trzymania fasonu przez Jamajkę-Komorowskiego, który, jak sądziłem, jako największy taran antypisowski PO został rzucony na pierwszą linię frontu w porannej Jedynce, by odpierać „spekulacje Kamińskiego”, a tu się okazało, że nawet na Jamajce już tak głośno się z nas nie śmieją. Jamajka bowiem stwierdził, że Kamiński nie dostarczył żadnych dowodów, że jego zeznania „to tylko „słowa”, że w PO „nie ma już tych ludzi”, bo „zawiesili członkostwo”, no i przede wszystkim sceptycznie się odniósł w ogóle do instytucji komisji śledczej, twierdząc, że skoro sejm jest „ciałem politycznym”, to i taka komisja, podczas gdy fachowcy pracują w prokuraturze i oni potrafią bezstronnie badać poszczególne sprawy. Tych największych fachowców (bo nieco mniejszych poznaliśmy w trakcie śledztwa dot. Olewnika), o których chodzi Jamajce, to, dodałbym, ma pewnie rzeszowska prokuratura, która ścigając w ub. roku Kamińskiego, żadnym ciałem politycznym się nie stała.

Chłopaki z „Sygnałów Dnia” dwoili się i troili, by marszałkowi pomóc, zastanawiając się na głos, „czy Kamiński przemawiał jak urzędnik państwowy”, no ale jednak parę pytań dotyczących afery, a zwłaszcza przecieku, musieli zadać, bo przecież marszałka koronnego nie zaprosili jeno na kawę (nawiasem mówiąc wywiad od wspomnienia o słynnej kawiarni się zaczął). Jamajka zaś stwierdził, że komisja „sterowana jest na przeciek” (bodajże takie głupie sformułowanie padło), tymczasem Jamajkę szczególnie ciekawi „cały proces legislacyjny” za poprzednich rządów, a nie „tylko przeciek”. Nie dodał wszak, że komisją tak naprawdę sterują peokraci, czego pokaz mieliśmy w trakcie wyrzucania i przesłuchiwania posłów opozycji - no ale może teraz skład komisji i układ sił się zmienił, bo wyrzuceni posłowie wrócili? Wprawdzie przyznał, że kontakty polityków PO z szemranymi biznesmenami to była rzecz naganna, ale, jak wspomniałem, podkreślił, że „tych ludzi w PO już nie ma”, a przy tym wyraził życzenie, by i inne partie tak szybko reagowały na tego rodzaju sytuacje. No pewnie. Pytanie tylko, czy zdaniem Jamajki sankcje za tego rodzaju kontakty miałyby się sprowadzać wyłącznie do „zawieszenia członkostwa”, czy jednak powinny podlegać jakiejś kryminalizacji i penalizacji? Ba, ale co miano by uznać za przestępstwo i za co można by karać, skoro nie tylko żadnego przestępstwa nie udowodniono, lecz i go w ogóle, zdaniem Jamajki nie było? Myślę zatem, że całą sprawę można by po prostu uznać za czeski błąd, tak jak z proroctwami dotyczącymi tego, że Matka Ziemia lada chwila nie wytrzyma globalnego ocieplenia.


http://www.tvn24.pl/0,1639024,0,1,klimatolodzy-przyznaja--ws-lodowcow-mylilismy-sie,wiadomosc.html
http://www.tvn24.pl/12691,1638824,0,1,gdzie-sie-podzialo-globalne-ocieplenie,wiadomosc.html
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100120&typ=po&id=po31.txt
http://www.polskieradio.pl/jedynka/sygnalydnia/?id=20968

19 sty 2010

Freestyle



Kiedyś jeden mój kumpel w ponurych czasach peerelu opowiadał taką z życia wziętą anegdotę: otóż na zatłoczonym, jak to zwykle wtedy bywało, stanowisku jednego z dworców PKS w pewnym mieście ludzie się pchali do czekającego autobusu, który był otwarty. Część pasażerów wsiadła zapełniając wszystkie miejsca, a część jeszcze stała na zewnątrz, bo „nie wiadomo, czy weźmie”, a kierowca, jak to zwykle wtedy bywało, jakoś szczególnie się nie spieszył. W pewnej chwili jeden z mężczyzn stojących u drzwi autobusu oznajmił: „a to w takim razie ja poprowadzę” i przepchał się przez stojących na schodkach, siadł za kierownicą i normalnie wyjechał, choć oczywiście za chwilę zrobiła się chryja, bieganina i pekaes zatrzymano, zwłaszcza że okazało się, iż „kierowca” jest na klasycznym polskim gazie. Z opowieści tej jednak wiele razy się śmialiśmy jako z przykładu, w którym obywatel bierze w swoje ręce chamską rzeczywistość i urządza sobie jaja, tak że świat choć na chwilę przestaje być tak siermiężny, jak był.

Podobne uczucie nieco dzikiej (nielegalnej, można by rzec) radości towarzyszyło mi, gdy się z przyjaciółmi wychodziło na ulicę urządzać jakąś demonstrację, przez to że przekraczało się jakąś „mroczną granicę niemocy” - już nie było się bowiem „przechodniem”, tj. kimś, kto goni z jednego miejsca w drugie, ale „zatrzymywało się ruch”, zatrzymywało się „bieg spraw” i stawało oko w oko z esbekami czy innymi burakami ćwikłowymi. Oczywiście, prawda była taka, że działając wbrew komunistycznemu prawu, „zakazującemu nielegalnych zgromadzeń” czy „demonstrowania przeciwko władzy ludowej i przewodniej roli partii”, nakazującemu „rejestrowanie publikacji” i poddawanie ich czujnemu wglądowi matołów z urzędu cenzury, człowiek odzyskiwał podmiotowość, a nawet nabierał poczucia swoistej duchowej siły. Jednakże, gdy nastała w końcu III RP i zaczęła obrastać sporym tłuszczem, poczucie niemocy powróciło i dopiero pojawienie się blogosfery uzmysłowiło mi, iż można, jak ten anegdotyczny „kierowca” wedrzeć się „nielegalnie” do sfery publicznej i robić dosłownie to, co się komu żywcem podoba - na zasadzie kompletnej wolnej amerykanki.

Nie podejrzewałem, że to wciągnie mnie tak bardzo, a już przez myśl mi nie przeszło, iż przyniesie to („panoszenie się” po Sieci) takie owoce – tylu poznanych, kapitalnych ludzi (z różnych stron kraju i świata) (kto by pomyślał, że tacy ludzie są? :)), no i coś takiego, jak choćby Miasto Pana Cogito. Blogowanie to jakaś „inna jakość życia”, ponieważ owo egzystowanie i owo „internautów obcowanie” odbywa się niby w jakimś nie do końca ziemskim obszarze, ale zarazem niesie ze sobą tyle emocji, tyle wymian doświadczeń, ba, i normalne, międzyludzkie więzi, że naprawdę, daje to niezłą frajdę. Bogiem a prawdą jest niemal pewne, iż bez blogowania i „życia online” do tego wszystkiego by nie doszło.

Największe jaja polegają na tym, że człowiek sobie buszuje, gdzie chce i właściwie to nic mu nie można zrobić. Jest to trochę tak, jak na słynnym hollywoodzkim „Party” z P. Sellersem, na które zaproszono H. Bakshi'ego zupełnie przez przypadek i gdyby wiedziano, kim on jest, wyniesiono by go natychmiast z imprezy. W tym więc sensie jestem w lepszej sytuacji aniżeli ten „kierowca”, jak i wtedy, gdy się wrzeszczało z innymi ludźmi na ulicy, ponieważ mogę się obracać w „światowym towarzystwie” i to bez konieczności zakupu drogiego garnituru, a i wywalić mnie stąd wcale nie jest łatwo. Mogę zaczepiać „panów profesorów” i „panów dziennikarzy”, rozmaitych ministrów z Bożej łaski, których nie zdołałby sportretować ni Witkacy, ni Dołęga-Mostowicz czy Kaden-Bandrowski, ni Gombrowicz, premierów podejrzanego autoramentu, a nawet ludzi z międzynarodowego świecznika - i grać im wszystkim na nosie jako - jak to ktoś barwnie określił, mając na myśli konserwatywnych publicystów „nie namaszczonych” przez żadne towarzystwo czy partię - „zaraza blogowa”.

To określenie „zaraza” jest zresztą trafne. W świecie medialnego kłamstwa ludzie chcący po prostu ustalić prawdę, niosą zarazę tejże prawdy nawet tam, gdzie agent agenta agentem pogania. Orwellowskie „Ingorance is strength” („Niewiedza to siła”) do perfekcji zostało doprowadzone przez środki przekazu masowego nie tyle za czasów komunizmu, co w okresie III RP, warto wszak uzmysłowić sobie, że w tym nawale mediów (stacji telewizyjnych, radiowych, tytułów takich i owakich) mamy mnóstwo rzeczy, mnóstwo danych, mnóstwo zgiełku, ale prawdy jak na lekarstwo. Wiele całego medialnego hałasu naprawdę jest o nic, lecz to nie przypadek. Im gorzej obywatele są poinformowani o tym, co się wokół nich dzieje, tym mniej się orientują w świecie, w którym żyją i tym słabiej radzą sobie z rozwiązywaniem problemów. Gdy zaś nie radzą sobie z problemami to albo idą do „pana władzy”, „pana urzędnika” etc., albo popadają w apatię. Dalej rządzenie nimi jest już jak naciskanie guzików na tablicy rozdzielczej – nawet dla ciemniaków.

Za czerwonych sytuacja z mediami była o wiele prostsza. Wiedzieliśmy, że media kłamią, lecz rozumieliśmy też, dlaczego kłamią, bo też mieliśmy pojęcie o zaprzedanych zdradzie ludziach pracujących w tychże mediach oraz o istocie bolszewickiej ideologii, zabójczej dla narodu polskiego. Poza tym istniały, może nieco trudniej dostępne, ale przynajmniej dostarczające jako takiej, normalnej wiedzy o świecie, rozproszone media niekomunistyczne, gdzie można było znaleźć normalnych ludzi mówiących normalnym językiem, a nie nowomową. Czerwoni starali się te środki przekazu zagłuszać, dezawuować, wyśmiewać, niszczyć, ale my wiedzieliśmy swoje. Z nastaniem III RP stało się jednak coś innego, media zajęły się osłanianiem rządzącego, czerwono-różowego establishmentu, zapewniając nas solennie, zaklinając się na wszystkie świętości, że niemal wszystko w Polsce jest w porządku, że „buduje się kapitalizm”, że „po pierwsze gospodarka”, że powstaje „państwo prawa”, że „jest wolność słowa”, że „oszołomy racji nie mają” itd. Niektórzy z nas potrzebowali trochę czasu, by dostrzec, że nowe media serwują nowe kłamstwa w miejsce starych.

Świadomość tego, że „jakby nigdy nic” rekonstruowana jest ta sama, co za komuny „filozofia rządzenia” polegająca na traktowaniu obywateli przedmiotowo i na wciskaniu im nieustannie ciemnoty, tylko że tym razem robi się to w nowoczesny sposób - także dla mnie była swego rodzaju szokiem. Nie chodziło o to, że ludzie mogą kłamać, bo o tym może się przekonać każdy, kto trochę „poznał życie”, a każdy, kto obserwuje polską politykę od czasów komuny, wie, że kłamstwo stanowi po prostu środek służący do sterowania obywatelami taki jak rozmaite „pozwolenia na...” - tylko o to, dlaczego kłamią, skoro oficjalnie budowany jest „wolny i niepodległy kraj”. Podejrzewam, iż pokutowało w tym zadziwieniu jednak jakieś „nowe ukąszenie” polegające na tym, iż człowiek wmawia sobie, że niemożliwe, by „im wszystkim zależało na tak wielkim oszustwie i kłamstwie”. Po prostu w głowie się nie mieści, by „to wszystko mogło pójść w takim kierunku”. W jakim? Kolejnej, fatalnej fikcji. Kolejnego państwa budowanego na grzęzawisku, na piasku, na cynizmie, obłudzie, niesprawiedliwości i złodziejstwie.

Nie na to jednak chcę zwrócić uwagę. Wielokrotnie zresztą punktowałem podobieństwa III RP do peerelu, zatem każdy, kto zna moją pisaninę (i kto ma oczy szeroko otwarte :)), wie, o co chodzi. Istotne jest, jak sądzę to, że mimo całkowitej kompromitacji utopii komunistycznej, która przecież zasadzała się na „walce z fałszywą świadomością” poprzez... totalne pranie mózgu, establishment III RP - niepomny tego, że Polacy z pogardą odrzucili ten sposób rządzenia, który odwoływał się do przemocy i kłamstwa - sam ponownie po kłamstwo jako narzędzie władzy, sięgnął. To tak, jakby ktoś założył interes, by sprzedać klientom w nieco lepszym opakowaniu, nieco lepszą wersję tandety, której już raz innemu sprzedawcy nie udało się tymże klientom wcisnąć.

Tworzenie bloga i kontaktowanie się z tyloma zdrowo myślącymi ludźmi z przeróżnych grup zawodowych i wiekowych :), którzy dostrzegają ten fundamentalny fałsz III RP, daje tę wielką satysfakcję, że „zaraza” się szerzy i żadna agentura nie jest w stanie nad tym zapanować. Wszystkim zatem (i komentatorom – stałym lub okazjonalnym – i czytelnikom) ze swej strony serdecznie dziękuję, pozdrawiając i zapewniając, że ten tysiąc postów to tylko rozgrzewka, czyli - jak to wołał dawno temu trener wpadający do naszych namiotów, gdy była poranna pobudka na obozie sportowym - „rozruch!”

Ciemnia

Tym, co mnie jawi się jako najciekawsze w aferze hazardowej, nie jest to, że odsłaniane są powiązania polityków z szemranymi biznesmenami, bo o czymś takim to, podejrzewam, każdy w miarę rozgarnięty obywatel naszej republiki bananowej wie, lecz sama warstwa oligarchów oraz skala ich „wszechmocy”, jeśli chodzi o możliwości wpływu na instytucje państwowe. Z tego też powodu uważam, iż afera ta ma kluczowe znaczenie nie tylko w krótkiej i, jak się wnet przekonamy, tragikomicznej historii tryumfalnego wypłynięcia, a następnie sromotnego zatonięcia pewnej platformy, lecz w ogóle do ukazania prawdziwego obrazu Polski po 20 latach „neverending story”, czyli „transformacji”. Jedno bowiem ze słów przez te wszystkie lata przewijało się i w rozmowach Polaków, i na ulicy w trakcie demonstracji protestacyjnych różnych grup zawodowych (z policjantami włącznie): „złodzieje”. Teraz zaś możemy na własne oczy zobaczyć, jak całe to złodziejstwo od kuchni wygląda.

I jedna jest w tym pociecha. Nikomu, nawet osobom niespecjalnie interesującym się polityką, nie trzeba w jakiś wyrafinowany sposób tłumaczyć, na czym złodziejstwo polega, jeśli te osoby stykają się na co dzień z realiami życia, np. gospodarczego, dokładnie wiedzą, ile spraw zwyczajnie „nie da się” załatwić, ile spraw jest traktowanych na zasadzie spychologii, no i ile trzeba się nachodzić, by jakąś sprawę „ruszyć z miejsca” (choćby w dziedzinie budownictwa). Oligarchowie natomiast mają jakiś taki nieziemski czar w sobie, że otwierają się przed nimi wszystkie szafy, wszystkie szuflady, wszystkie urzędy, wszystkie drzwi... dosłownie tak, jakby cała ta polska infrastruktura administracyjna i finansowa dla nich była zmajstrowana (vide głośny artykuł „Szybki wyciąg Sobiesiaka”). Oczywiście możemy się tylko cieszyć z tego, że przynajmniej dla części polskich obywateli (może nieco zamożniejszych od nas, ale co to komu szkodzi) realizowany jest od jakiegoś czasu program „przyjazne państwo”. Nie powinniśmy być zarazem małostkowi jak ten przysłowiowy szewc, co zazdrości księdzu, że biskupem został. Problem tylko w tym właśnie, iż w ramach wyjaśniania afery aferałów, reflektory zaczęły padać nie tylko na naszych wesołych polityków (któż nie pamięta wesolutkiego Gleba, który błyszczał i w śniadaniach Olejnikowej, i w Jedynce, i w Trójce, i w ogóle cały kochał go medialny półświatek), ale i na pociągających za sznurki oligarchów, którzy, jako ludzie cienia, za blaskiem światła nie przepadają. To coś tak, jak Jaruzel, który ma uczulenie na światło, odkąd przeszedł na stronę ciemności i w czarnych okularach chodzi. Uczulenie na światło zdradzają też takie sumienia, które pogrążone są w długoletnim i cierpliwym usprawiedliwianiu wszelkich ludzkich łajdactw i grzechów, no ale to osobna, eschatologiczna, że tak powiem, sprawa.

Można by się wprawdzie zastanawiać, czy przypadkiem oligarchowie, wyszedłszy stopniowo na światło dzienne, nie sprawią kolejnego cudu (pierwszym był cud uwłaszczenia nomenklatury, czyli samowyłonienia się „ekstraklasy polskiego byznesu”), tj. nie utrą nieco nosa tym politykom, i tym instytucjom, które chciałyby prześwietlić nie tylko fizjonomię, lecz i interesy oligarchów. Wydaje się jednak, że sprawy zaszły już za daleko i – o ile jakieś szersze siły bezpieczeństwa nie wstawią się w obronie tego czy innego oligarchy (a to środowisko już nie jest tak skonsolidowane jak za peerelu z tej choćby racji, że „byznes to byznes”, więc na czyjąś działkę, gdy się zwolni, można ochoczo wsiąść i prowadzić własny interes) – nie mają za bardzo dokąd pójść. Jednego zaś możemy być pewni, tj. tego, że oligarchowie do filantropów nie należą, a zatem, jeśli ktoś nagle uzna, iż miejsce takiego czy innego oligarchy jest... za kratkami, to możemy się spodziewać kontrakcji tego typu, że taki oligarcha prędzej pociągnie za sobą większość zaprzyjaźnionych z nim państwowych urzędasów (od najniższego szczebla po najwyższy) niż sam się da uwędzić na tym grilu. To może być przepiękny finał zbiegający się z innym ekscytującym końcem.

Nie ma zresztą jak piękne klamry, które spinają jakąś epokę. Najpierw mieliśmy „obalenie komunizmu”, a teraz obalenie polskiej armii. Oczywiście, w czasach pokoju i postępu silna i nowoczesna armia nie jest nam w ogóle potrzebna (zresztą, na zdrowy rozum, co jest w Polsce jeszcze do bronienia?), ponieważ pieniądze podatników trzeba lokować w innych ważnych obszarach życia kraju, takich jak utrzymywanie piekielnej biurokracji, budowa drugiej siedziby „parlamentu europejskiego”, wydawanie broszur unijnych, walka z globalnym ociepleniem czy dostosowywanie polskiego prawa do „wymogów unijnych”. Poza tym, obalenie, jak wiemy, wcale nie musi oznaczać zniszczenia czegoś. Tak więc obalono komunizm, by czerwonym żyło się lepiej i weselej niż za peerelu, zaś polską armię można obalić, by trwał jakiś twór armiopodobny, a nawet superarmia składająca się ze zdrowych, młodych byczków, odpornych na stres. Jak się takich byczków zbiera? Oczywiście po naukowemu, tj. badając ich kod genetyczny, kiedy to ustala się, jaki kto jest, jaki będzie i jaka z chorób może mu się przyplątać. Nie wiem, ale czytając o tym, nasunęło mi się skojarzenie z tradycjami pewnej niemieckiej armii, która dobierała sobie mięso armatnie także według najlepszych genetycznych, a nawet antropologicznych wzorców. Niemcy, jak pamiętamy, poszli tak daleko, że utworzyli specjalne instytucje, gdzie najzdrowsi mogli przekazywać, że tak powiem, swój materiał genetyczny najzdrowszym niemieckim kobietom, powiększając liczebność aryjskiej rasy. Jednakże oprócz wzorców niemieckich są też południowoamerykańskie i afrykańskie, czyli armie prywatne finansowane przez rozmaitych narkotykowych królów, a u nas jest w rolę takich królów mogliby wejść oligarchowie.

100 tys. luda to nie tak wiele jak na 40-milionowe państwo, ale należy się cieszyć z tego, co jest, bo, jak słyszałem rano w Trójce od zadowolonego z siebie min. Klicha, bardzo wzrosły zarobki w tej armii (w ogóle kwestia podwyżek to było to, co najbardziej emocjonowało szefa MON-u). Nie należy się też martwić tym, że tyle pieniędzy idzie akurat na misję w Afganistanie, bo, jak znowu stwierdził Klich, ten sprzęt wróci, jak wrócił sprzęt z misji w Czadzie. Wprawdzie może być tak, że sprzęt wróci w dość już zużytym stanie i może być też tak, iż sam Klich już dawno szefem ministrem nie będzie, ale kto by wybiegał tak daleko w przyszłość?

System oligarchiczny ma bowiem to do siebie, iż żyje on „bieżącą chwilą”. Tak zresztą postępuje, jak podejrzewam większość złodziei – nie przejmują się dniem jutrzejszym, bo kto wie, co może on przynieść. Jednemu złodziejowi przynosi więzienie, innemu śmierć gdzieś w trakcie napadu, jeszcze innemu kalectwo w wyniku gangsterskich porachunków itd. Ludzie cienia swą siłę czerpią z tego, iż w cieniu mało kto ich widzi oraz z tego, że ciemności wielu obywateli się zwyczajnie boi. Gdy w końcu jednak ktoś skieruje jakiś silny reflektor na te rozmaite zakamarki, gdy się odsłoni tę florę i faunę, która się w nich zagnieździła, gdy widać już, że państwo zostało niemal do spodu zdemontowane, to obywatele mogą się osobiście przekonać, co tak naprawdę się stało, no i – jeśli zechcą – wziąć się nareszcie za tępienie złodziei.


http://www.rp.pl/artykul/419342_Szybki_wyciag_Sobiesiaka.html
http://www.rp.pl/artykul/421822_Kaminski_zeznaje_przed_komisja.html
http://www.rp.pl/artykul/421778_BBN__biedaarmia_to_fakt.html
http://www.tvn24.pl/-1,1638859,0,1,wojsko-chce-stworzyc-superzolnierzy,wiadomosc.html