23 gru 2009

O dochodowości i truchlejących mocach


Najpierw, za AWS-UW dokonano kompleksowej likwidacji wielu wiejskich szkół, a teraz za PO-PSL z racji „niedochodowości”, mają być likwidowane wiejskie biblioteki. Nie widzę lepiej. Jeśli pomysłodawcą tego rodzaju akcji jest minister kultury, to należą mu się jakieś szczególne gratulacje, a nawet order od dwóch naszych wielkich sąsiadów, którzy wiele się nabiedzili, by dokonać destrukcji polskiej kultury, ale nie do końca im się to udało. To ciekawe, że w Polsce przeróżni ludzie mający gęby pełne frazesów o dochodowości nie przejmują się zupełnie niedochodowością administracji państwowej czy rosnącym zadłużeniem publicznym, tylko akurat takimi „niedochodowymi instytucjami”, które nie mają możliwości obrony przed niszczycielską tępotą notabli.

Jeśli więc na czymś się zaczyna oszczędzać, to na dziedzinach, które szczególnie są zapóźnione cywilizacyjnie, jak polska edukacja czy nauka. Po dziesięcioleciach komunizmu, co sprowadził Polskę do pozycji kraju, w którym niektóre obszary objęto elektryfikacją dopiero w latach 70. („władza rad” za to pojawiła się tam parę dekad wcześniej), w którym w setkach tysięcy egzemplarzy drukowano sowieckie i socrealistyczne dzieła, dbając o to, by to co cenne na Zachodzie (w obszarze nauki i sztuki), ukazywało się w znikomym nakładzie lub nie ukazywało się w ogóle – postkomunizm (a ściślej neokomunizm) jest w stanie dokonać dzieła zniszczenia w taki sposób, iż najważniejszymi miejscami „kulturalnymi” będą hipermarkety, a procesami „kulturotwórczymi” eurokomsomolskie lub tęczowe „parady”.

W tym szaleństwie nie pozostaje nam nic innego, jak rekonstruować Polskę oddolnie poprzez wspólnoty ludzi gotowych odbudowywać pewne instytucje społeczne w sytuacji, gdy są one likwidowane przez „legalne władze”. Jeśli więc, jak w przypadku tych wiejskich bibliotek, reżimowy rząd stwierdzi, iż należy je systematycznie likwidować, lokalne społeczności powinny tworzyć stowarzyszenia, które będą powoływać prywatne biblioteki, do których będzie można przesyłać w formie darów czyjeś księgozbiory lub poszczególne woluminy. Jeśli sytuacja degradowania polskiego wyższego szkolnictwa będzie trwała dalej, należy powoływać prywatne szkoły, które będą zatrudniać ludzi nie skażonych komunistycznym serwilizmem i postkomunistyczną pieriekowką. Jeśli Ministerstwo Prawdy będzie nadal paraliżować rozwój wolnych mediów, należy z jeszcze większą determinacją niż do tej pory, powoływać pisma on-line, a nawet publikować, choćby w małych nakładach teksty, które po prostu niosą ze sobą prawdę, a nie tak powszechne w mainstreamie zakłamanie i dezinformację.

W sytuacji, gdy państwo działa przeciwko obywatelom, obywatele muszą się integrować, by tworzyć ruch oporu i zwyczajnie rekonstruować nową i wolną Polskę. To, co piszę, to z jednej strony postulat, a z drugiej, życzenie, jakie składam wszystkim tym, którzy odwiedzają mój blog, odwiedzają POLIS MPC i znajdując czas na lekturę, a nierzadko i na słowa refleksji wokół tego, co staram się w miarę sprawnie, jak na możliwości buca, przekazać. Myślę, że musimy być bardziej aktywni – Bóg się rodzi, a moce wszelkie truchleją. Umiejmy więc żyć łaską i korzystać z Bożej mądrości, ale i mocy Bożej, by zwyczajnie nie bać się matołów, skorumpowanych polityków, uśpionych agentów, zweryfikowanych i niezweryfikowanych esbeków, ekspertów od śrub w kołach, czerwonej i różowej nomenklatury, ludzi zakłamanych i zaprzedanych złej sprawie. Jako uczniowie Chrystusa, jako konserwatyści, jako po prostu Polacy kochający Polskę – Polskę, nie peerel czy neopeerel, musimy czerpać z tych mocy, którymi dzielił się z nami Prymas Tysiąclecia, Jan Paweł II czy ks. Jerzy Popiełuszko. Nie powinniśmy się bać i nie powinniśmy pozwalać matołom, by się panoszyli po naszym kraju, by z Polski czynili pośmiewisko, a z nas – ludzi, co mają siedzieć cicho i przyglądać się, jak zdejmowane są krzyże, jak wyszydzana jest religia, jak forsowane są rozwiązania charakterystyczne dla kolejnej, chorej utopii.

Matolstwo jest silne tylko wtedy, gdy my jesteśmy obojętni i zastraszeni, gdy udajemy, że „nas to nie dotyczy”, albo że „nic się nie dzieje”. Życzę wszystkim ludziom dobrej woli – błogosławionych świąt Bożego Narodzenia, wytrwałości i cierpliwości, miłości i odwagi, nabrania mocy i pogody ducha :) Życzę blogerom konserwatywnym większej elastyczności i pracowitości :) Dziękuję jednocześnie za wszystkie odwiedziny i komentarze.

http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20091223&typ=po&id=po03.txt

22 gru 2009

Dlaczego należy odrzucić III RP

Z dwóch podstawowych powodów: została zbudowana na kłamstwie i niesprawiedliwości oraz kontynuuje bezprawie stanowiące istotę peerelu. Nazywanie III RP neopeerelem jest uzasadnione nie tylko ze względów strukturalnych (formalnych), ale też dlatego, że establishment polityczno-medialny zachowuje się dokładnie tak, jak wierchuszka „Ludowej Polski” i ma dokładnie to samo poczucie całkowitej bezkarności.

Odrzucenie III RP wydaje się z pozoru nierealne, ponieważ państwo to już się „zakorzeniło” na rozmaite sposoby i jakoś się do niego „przyzwyczailiśmy”. Posiada ono też dość sporą (trzeba by sprawdzić, czy nie porównywalną z peerelem) biurokratyczną infrastrukturę, charakteryzującą się analogiczną jak w „kraju węgla i stali” dysfunkcjonalnością – podobnie jak za poprzedniego reżimu, idąc do urzędu, jesteśmy nastawieni na walkę z machiną, na użeranie się, na „nie da się” lub „nie wiem”, na „załatwianie”. Ponadto w sferze usług wykazuje się III RP typowymi dla późnego peerelu manierami, czyli klienci traktowani są zwykle jako zło konieczne, nie zaś jako osoby szczególnie uprzywilejowane (takimi są przedstawiciele establishmentu, przed którymi otwierają się wszystkie drzwi i wszystkie skarbce). Już nie przejmujemy się tym, że personel w sklepie, który odwiedzamy, rozmawia między sobą (albo telefonuje prywatnie), że uśmiech czy uprzejmość to ostatnia rzecz, jakiej można oczekiwać od sprzedawcy, ekspedientki, kasjerki etc. Ba, dziwi nas – dokładnie jak w peerelu – gdy ktoś odniesie się do nas życzliwie, gdy z cierpliwością będzie odpowiadał na nasze pytania, gdy nas nie oszuka lub gdy nie będzie się chciał nas szybko pozbyć.

Odrzucenie III RP wydaje się trudne, ponieważ po kieracie komunistycznym wsadzono nas w nowy kierat (np. fiskalno-kredytowy). Jeśli zarabiamy słabo lub tak sobie, to większość naszego wysiłku idzie na „zdążanie” z regulowaniem rozmaitych „należności” za prąd, gaz, telefon itd., które, tak się składa w „polskim kapitalizmie” od lat nieustannie rosną, bo „się nie da” zrobić tak, by podstawowe dobra, jakie wypracowała cywilizacja już dość dawno, nie były dobrami luksusowymi. Życie w nowym kieracie jest więc również analogicznym jak w peerelu szarpaniem się w taki sposób, by nie stracić wszystkiego. Utrata pracy od razu może postawić nas w sytuacji, w której zaraz „bank” zacznie powątpiewać w naszą „zdolność kredytową”, a żona w naszą zaradność życiową :). Tego rodzaju uwarunkowania pozwalają sprytnie establishmentowi podtrzymywać stan społecznego rozdygotania, przeciętny człowiek bowiem obawia się egzystencjalno-zawodowej destabilizacji i czasem macha ręką na to, że jest mu źle, wychodząc z założenia, że może być jeszcze gorzej, jeśli „szarpnie się za bardzo”.

Wyjściem z tej sytuacji jest organizowanie się ludzi dobrej woli w alternatywne instytucje nowego państwa. Mówiłem o tym w POLIS MPC (link poniżej), ale powtórzę, powinniśmy tworzyć takie formy wspólnotowe (w tychże branżach, w których jesteśmy wyspecjalizowani), które z jednej strony będą stanowić nową jakość wobec standardów republiki bananowej, z drugiej zaś, będą pozwalały na konsolidowanie się ludzi, których III RP doprowadza do zniechęcenia i zwątpienia. Jest nas większość przecież, a czasami zachowujemy się, jakbyśmy stanowili małą grupkę :) Piszę to wszystko w kontekście i nadchodzących Świąt Narodzenia Pańskiego, kiedy to zwykle znajdujemy czas, by przemyśleć wiele „polskich spraw” i jednocześnie w kontekście nadchodzącego roku, z którym wiążemy różne nadzieje na odwrót od tego, co stanowi zdegenerowana III RP.

Przy tej okazji zapraszam do świątecznej odsłony POLIS MPC, w której zgromadziliśmy trochę podchoinkowych prezentów, które, mam nadzieję, wszystkim zainteresowanym sprawią trochę przyjemności. Oprócz nich kolejna piosenka Przemo Gintrowskiego z jego najnowszej płyty. Życzeń jeszcze nie składam, bo postaram się jutro, w gorączce (w szale) przedświątecznych przygotowań, jeszcze powiedzieć coś specjalnego na blogu :)

http://www.polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=category&layout=blog&id=230&Itemid=269
http://www.polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=556:czyja-polska-o-przeamywaniu-oporu&catid=209:dzielnica-publicystow&Itemid=267

21 gru 2009

Passent, czyli my

Pod tytułem, którego nie powstydziłby się słynny felietonista komunistycznej „Polityki” w roku 1982 (jego ówczesne teksty przywoływałem kiedyś w Mieście Pana Cogito), tj. „Śpieszymy się pluć na ludzi”, legendarny D. Passent, publikuje tekst, w którym dowodzi, że on to „my”. Oczywiście dokonuje tego w wyjątkowych okolicznościach, ponieważ, jak to u Passenta jest od momentu wprowadzenia „stanu wojennego”, broni on ponownie „generała”. Rzecz to więc niezbyt nowa i właściwie wszyscy wychowankowie Jaruzela i jemu podobnych aż do deski grobowej będą bronić i komunistycznego systemu, i „najweselszego baraku”, i swej zakłamanej przeszłości, nim zostaną odesłani na wieczne potępienie (no chyba że się nawrócą jak jeden z łotrów na krzyżu, ale to podejrzewam może dotyczyć bardzo nielicznych politruków) – do tej pory jednak czerwoni mieli w zwyczaju wyrażać tożsamość grupową swojej własnej „klasy”, tymczasem teraz Passent przemawia „głosem całego narodu”.

Co to więc się stało, że ów publicysta wspiął się aż na takie szczyty swej retoryki? Ano to, że dr Bogdan Dziobkowski z UW, o którym Passent pisze frywolnie „dr D.” lub „dr Bogdan D.”, a więc trzyma się starosowieckich (staropeerelowskich) tradycji wyszydzania przeciwnika poprzez dezawuowanie jego pozycji zawodowej i jego osoby, ośmielił się popełnić tekst, w którym nawołuje do osądzenia zbrodniarza Jaruzelskiego.

„Dr D. porównuje Jaruzelskiego do Hitlera, Demianiuka i włoskiego mafioso, a PRL do Holokaustu, i to wszystko na łamach poważnej gazety. Polemika z nim nie jest chyba celowa, gdyż nie wydaje się, aby był skłonny do modyfikacji swoich poglądów pod wpływem argumentów. „Czy Adolf Hitler osobiście kogoś zastrzelił, pędził Żydów do komór gazowych, torturował w katowniach gestapo?” – pyta retorycznie. Podobnie retorycznie pisze, że skoro nie relatywizujemy oceny niewolnictwa czy Holokaustu, „to dlaczego mamy relatywizować ocenę PRL”.”


O jaką gazetę może chodzić? Tylko o tę pokraczną „Rz”, o której jeden z esbeckich komentatorów u Passenta pisze w te słowy: „Rzepa od kilku ladnych lat nie jest powazna gazeta tylko katolicko-narodowo-misyjno-pisowskim szmatlawcem.” Tenże komentator dodaje, iż sam by nie publikował w tym szmatławcu, nawet gdyby mu „placili podowjnie”. Może, gdyby miał klawiaturę z cyrylicą, pisanie szłoby mu łatwiej, nie tylko dla szmatławców, lecz mniejsza z tym.

Trzymając się więc frywolnej konwencji zaproponowanej przez felietonistę komunistycznej „Polityki”, Daniel P. vel mgr P., którego jeszcze żadna ustawa dekomunizacyjna ani lustracyjna, niestety, nie objęła, ale co się odwlecze, to nie uciecze, no więc tenże mgr P. po wstępnym przedstawieniu sytuacji rozwija wątek tak:

„Moje zdziwienie budzi nie tyle surowa ocena PRL i generała, bo takich jest pełno, a ich autorzy mają ważne argumenty. PRL nie była krajem demokratycznym i w pełni suwerennym, a Jaruzelski nie był politykiem wybranym w wolnych wyborach. Jego droga życiowa pełna jest meandrów. To, co w ocenach dra D. dziwi, to ich dziecinność niegodna dra filozofii. „Jeżeli generałem rzeczywiście kierowały szlachetne pobudki, to dlaczego nie wybrał drogi pułkownika Kuklińskiego?” – pyta Dziobkowski.”


No i w tym momencie mgr P. doznaje ekstatycznego zjednoczenia z mitycznym „my”, bo powiada:

„Dobre pytanie, które można skierować nie tylko pod adresem generała, ale i tysięcy oficerów, milionów Polaków, którzy żyli w PRL. Dlaczego oni (tj. my) chodziliśmy do komunistycznych szkół, uczyliśmy młodzież, albo sami studiowaliśmy na komunistycznych uniwersytetach, dlaczego służyliśmy w „polskojęzycznym wojsku”, dlaczego składaliśmy podania o paszport do komunistycznej milicji, dlaczego braliśmy śluby przed komunistycznymi urzędnikami, dlaczego zabiegano o zgodę na budowę kościołów, dlaczego Kukliński był jeden, a Waszyngton i Watykan puściły jego ostrzeżenia mimo uszu?
[warto zauważyć, że jest tu: „chodziliśmy”, „uczyliśmy” itd., a w pewnym momencie: „zabiegano” - przyp. F.Y.M. - mała rzecz, a cieszy :), no bo przecież nie... „zabiegaliśmy”]

Odpowiedź jest prosta i złożona zarazem. Prosta, bo system totalitarny na tym właśnie polega, że obejmuje wszystkich i wszystko, tłumi najdrobniejszy głos sprzeciwu, straszy, terroryzuje, korumpuje, morduje, wyrzuca z pracy, z kraju, na Syberię lub na emigrację – zależnie od swojej fazy i od konkretnego kraju. Odważnych była garstka. Dr Dziobkowski stwierdza, że w czasie stanu wojennego był dzieckiem. Ale od tamtych czasów zdążył chyba spoważnieć, wyrósł na doktora filozofii. Oceniając Jaruzelskiego nauczył się już chyba, choćby z historii, że żaden człowiek nie żyje w próżni, żadna władza nie ma wolnej ręki, nawet Barack Obama nie może zrobić w Afganistanie co chce, musi niestety wybierać mniejsze zło. W sprawie klimatu – podobnie.”

Święte słowa! Żaden człowiek nie żyje w próżni, a już na pewno nie żył w niej ani mgr P., który słowem i czynem popierał Jaruzela przez długie miesiące „stanu wojennego” (tłumacząc konieczność dziejową na wszystkie sposoby), ani sam „generał”, który zaczynał w Informacji Wojskowej, czyli polskim Smierszu, a skończył na stolcu prezydenta „peerelu” i neopeerelu. Nie tylko przyroda nie znosi próżni, ale i polityka, toteż tak się w polskiej historii współczesnej złożyło, iż najpierw wymordowano wielu Polaków, a na ich miejsce, czyli by zapełnić próżnię, armia czerwona zrzuciła agentów komunistycznych, którzy dokończyli dzieła „przejmowania Polski” i wprowadzania jej pod but Stalina. Okazuje się jednak, że owo dzieło niosło ze sobą wielkie dylematy, jak ten z 13 grudnia:

„Jaruzelski przez wiele lat był tylko partyjnym oficerem i funkcjonariuszem, popełnił dużo grzechów, jak wielu innych, ale gdy znalazł się u władzy – stanął wobec wyboru: spacyfikować własny naród, czy też ryzykować wojnę z ZSRR? Wybrał tak jak wybrał, każdy ma prawo go oceniać, ale jeżeli już ktoś rzuca kamieniami, to powinien sam być bez grzechu.”

Wprawdzie, gwoli ścisłości, wybór nieco inaczej wyglądał, tj., czy spacyfikować naród z pomocą ruskich, czy wyłącznie za pomocą „ludowego wojska”, ale mniejsza o detale, w których mgr P. nigdy nie był mocny w swej publicystyce. Nie może on zaś wyjść ze zdziwienia, co do jednego:

„Dziwi mnie, skąd w niektórych młodych, wykształconych ludziach taka łatwość ferowania wyroków, tyle złości, skąd ta żądza krwi? Czy brak własnych dokonań? Czy potrzeba własnej wyższości?”

Otóż to. Mnie zaś dziwi coś innego - to, że z tej „żądzy krwi” tak niewiele wciąż wynika, bo tak się akurat stało, iż mimo przestraszliwych żądz, zwłaszcza u „młodego pokolenia”, krew żadnego komucha się od 20 lat u nas nie przelała. Można się domyślać, iż czerwoni boją się na zapas, ale przecież, czy nie chroni ich establishment całej III RP? Dopóki więc III RP nie zginęła, to i komuna może spać spokojnie. Komuna, czyli Oni :)

http://passent.blog.polityka.pl/?p=642

20 gru 2009

Co będzie ze Świetlickim?


To już kolejny raz, kiedy słynny krakowski poeta podpadł salonowi. Za pierwszym razem było to nieprzyjęcie „paszportu” komunistycznej „Polityki”, a obecnie jest to bluźnienie przeciwko S. Sierakowskiemu. Ten pierwszy raz to było w pradawnych czasach wczesnych lat 90., gdy rozmaite różowo-czerwone środowiska brały pod swoje skrzydła tzw. młode pokolenie artystów, a zachwytom nad skandalizującym „bruLionem” nie było na salonach końca (zachwyty te natychmiast ucichły po nawróceniu R. Tekielego i zmianie profilu pisma). Świetlicki uchodził wtedy za najzdolniejszego poetę, „gasząc talentem” wszystkich swoich rówieśników, a jego rogatą duszę salon miał ochotę łyknąć, bo to zawsze potem można losami kulturalnymi takiej duszy pięknie pokierować, co widać choćby po losach tych wspaniałych artystów, którzy akurat nagrodami komunistycznej „Polityki” się nie brzydzili i III RP bardzo sobie chwalą. Oczywiście „trendy” wyznacza nie tylko czerwony tygodnik, lecz całe Ministerstwo Prawdy z ul. Czerskiej, które grosza ma sporo i wie, kogo ozłocić i komu cyrkulację kulturową zapewnić, a kogo przemilczeć lub systematycznie gnoić.

Świetlicki mógł być kimś takim jak J. Podsiadło, sławny choćby z powodu wiersza pt. „List do papieża Jana Pawła II. Pocztą niedyplomatyczną”, o którym z zadowoleniem pisała m.in. Urbanowa gadzinówka. Podsiadło słowami: „Widuję pana w telewizji, zwykle stoi pan w oknie z rękami rozłożonymi bezradnie nad tłumem strojąc miny. Gdyby zaprowadzić ociężałą trzodę na skraj przepaści i zepchnąć, czy pańskie pół Europy małpoludów nie stałoby się lotnym ptactwem? Być papieżem - cóż za smutek; być tak śmiesznym jak najgrubszy w klasie uczeń albo ten, któremu wąs nie sypnął się razem z innymi” - zaskarbił sobie i różowych, i czerwonych, co sprawiło, że jakiś pożyteczny idiota (idiotka?) z ministerstwa w roku 2005 (czy ktoś pamięta, co się wtedy wydarzyło?), wprowadził ten wiersz do podręczników licealnych do polskiego. Swoją drogą dobrze byłoby poznać nazwisko tej osoby, która taką „śmiałą” decyzję wydała, prowokując, rzecz jasna, protesty nauczycieli.

No więc Świetlicki takiej odważnej drogi nie obrał, a jak wspomniałem, od momentu, gdy odrzucił paszport komunistycznej „Polityki”, ta przestała go kochać, jak kochała wcześniej. Całkiem jednak zamilczeć Świetlickiego się potem nie dało, bo był „zbyt głośny”, zresztą podróżował po kraju ze swoim zespołem, wydawał płyty, pisał dużo i dobrze, więc jakoś tam o nim wspominano na salonach. Teraz jednak może być tak, iż salon pochowa krakowskiego twórcę żywcem za to, o czym można przeczytać na forum Frondy.pl:

„W „Wierszu doraźnym” pisze Świetlicki: „Wkurwić lewaka, obśmiać mentalnego pedała:/całe moje zadanie”.

Czy ktoś słyszał ostatnio podobną deklarację z ust jakiegokolwiek polskiego poety? Wspomniałem jednak o bluźnierstwie. Oto ono:

„W wierszu „Wola ludu” Świetlicki pisze: „Krakowska narzeczona S. Sierakowskiego/(takiego telewizyjnego działacza młodzieżówki/komunistycznej) stwierdza, że w ogóle/nie powinienem pisać, że ostatnia książka/ a i poprzednie są kompletnie jej/niepotrzebne. Powinienem skończyć/z pisaniem i ze wszystkim, bowiem się skończyłem,/jak zauważa owa krakowska narzeczona/S. Sierakowskiego”.

Piszący o całej tej sprawie Przemek (Bombadil niekoherentny) przywołuje też fragmenty jego rozmowy z samym autorem:

„- „Co do »niskich pobudek« – mówi Świetlicki – mam podobne emocje jak przed debiutem. Dzieją się podobne rzeczy, ci, co znają książkę, przychodzą i mówią: »ale ten wiersz o Sierakowskim to niekoniecznie«, a wtedy wszyscy mówili: »ten wiersz o Polkowskim to niekoniecznie«, więc mam przeczucie, że wiersz o Sierakowskim będzie w podręcznikach, jak on zostanie prezydentem, i będę go [wiersza] nienawidzić”.

No dobrze, ale na czym – pytam – zasadza się pojęcie „mentalnego pedalstwa”? - „Nie ma to związku – mówi Świetlicki – z preferencjami seksualnymi. Ja tym brzydkim sformułowaniem nazywam ludzi o lepkich umysłach. O zniewolonych umysłach. Czasy się zmieniły, więc nie piszę »wkurwić zniewolonego umysła«, tylko tak”.


A lewactwo? „Mój problem polega na tym, że ci prawicowcy, których spotykam, są ludźmi oczytanymi, sympatycznymi, kulturalnymi, bez agresji. Jakoś mam szczęście do prawicowców, nie spotykam oszołomów prawicowych. Nie spotykam takich, co mnie denerwują. Natomiast z tymi lewakami to jest tak, że ani ich lektury mi się nie podobają, ani poglądy na życie, ani roszczeniowość. Denerwują mnie strasznie”."

Nie miałem jeszcze tej książki w ręku, ale pędem ją zamówię, bo sądzę, że jest to skowronek, który może czynić wiosnę. Tyle się mówi o tym, że nie ma u nas porządnych artystów, którzy by komunę młotem pneumatycznym rozwalali. A tu taki Świetlicki. Jeśli zagląda tu lub jeśli ktoś może tę wiadomość przekazać, to zapraszamy Świetlickiego do Miasta Pana Cogito, tam żadnego lewaka nie uświadczy :)


http://www.nie.com.pl/art19398.htm
http://faktyimity.blog.onet.pl/Wiersz-antyklerykalny,2,ID367232957,n
http://mujeresalborde.blox.pl/2008/06/List-do-papieza-Jana-Pawla-Drugiego.html
http://forum.fronda.pl/?akcja=pokaz&id=3089133

19 gru 2009

Miałem sen...


...i wyśniłem, że znowu istnieje PZPR. Nie chce mi się szukać postu, w którym prorokowałem, iż wnet dojdzie do „zjazdu zjednoczeniowego” i co? I już się zaczęło, niemalże jak PPR z PPS w pradawnych latach odgruzowywania, w latach walki z bandami leśnymi, w latach budowania świetlanej przyszłości z Soso na czele, w sercu i na ustach. No więc stało się. Radośnie zakwilił zbawca lewicy, czyli Ole-Olek, że i Leszek-Mężczyzna-Kanclerz „wraca na łono”, i Józek – no i wszyscy chwyciliśmy się za serce, wierząc, że to chyba tylko początek, jeszcze sporo zostało byłych towarzyszy, choćby z innych odłamów „socjaldemokracji”, jest jeszcze młodzież skupiona w redakcji „Krytyki Politycznej”, jest jeszcze wiele rąk do pracy.

Kandydat czerwonych na prezydenta stwierdził, Jerzy Szmajdziński, o którym kiedyś Brzytwa się wyrażał w nieco mniej elegancki niż dziś (porównania do Kennedy'ego), oznajmił, że nie będzie „robił liftingu życiorysu”, bo też i nie ma „niczego do ukrycia”. I dodał, że „będzie ciężko, będzie twardo, damy radę”. Oczywiście, że tak. Do trzech razy sztuka. Komuna w III RP, czyli neopeerelu, wygrała już raz wszystko w pierwszej połowie lat 90., potem wygrała wszystko po tragikomicznych rządach AWS-UW, a teraz serce się rwie, by znowu wziąć całą wygraną, choć przecież, co sobie ta komuna chciwie przeżarła, przetrawiła, przepiła i zwróciła przez te wszystkie lata, tego jej już żadna siła nie odbierze. Może na mękach piekielnych będzie zachodzić jakaś u komuny szersza retrospektywa, ale do piekła jeszcze daleko, zresztą, jak doskonale wiemy, żaden komunista w piekło nie wierzy, najwyżej w dekomunizację, że ona niby może jakieś piekielne moce uruchomić. Jak dotąd jednak żadnemu dekomunizatorowi się nie udało podnieść ręki na żadną czarownicę, a polowań parę urządzano. No i żaden stos nie zapłonął. Nic dziwnego więc, że po krótkiej burzy, jaką wywołała swego czasu „afera Rywina” (o której dziś się zwykło myśleć, że to była kłótnia w rodzinie), a następnie po okresie kwarantanny za czasów kaczystowskich - po dwóch latach totalnej kompromitacji, jaką zafundował swoim fanom, ale też niestety i nam, którzy chcąc nie chcąc łożymy na „ten rząd”, mimo iż wcale go nie chcieliśmy u władzy - "gabinet koalicyjny PO-PSL" - nie stoi nic na przeszkodzie, by pezetpeerowskie sny o potędze znowu się spełniły. Choć może lata nie te i kondycja też nie ta, to jednak „mordy te nasze” nawet bez liftingu wyglądają jakoś tak swojsko, jakby znowu nastała epoka Radiokomitetu i Politbiura. Tylko do 1 mają i pochodów jeszcze daleko i te nieszczęsne święta za pasem, ale ale – zaraz po nich sylwester, a przecież to w taką mroźną noc na przełomie 1941 i 1942 się kiedyś PPR objawiła jeno jej posłańcy z nieba czerwonymi gwiazdami usłanego spadli gdzieś w okolicach Warszawy. Ha, a co było potem? To już wiemy z historii, z cmentarzy i z pasiaków, które odwiesiliśmy do szaf, odkąd nam pozwolono wielkodusznie w ubraniu cywilnym chodzić (i odkąd czerwoni przerzucili się z mundurów na garnitury).

Ten trzeci raz jednak jest wyjątkowy, co widać było choćby po liftingu T. Nałęcza, który nie tylko odmłodniał, ale zapragnął (podobnie jak Szmajdziński) upodobnić się do amerykańskiego prezydenta i akurat sobie za wzór Obamę wziął, prawdopodobnie z dwóch względów. Po pierwsze, dlatego że może spłynąć na niego choć odrobina splendoru towarzyszącemu świeżemu nobliście (niektórzy ludzie robią sobie zdjęcia z gwiazdami wspominając potem w gronie rodzinnym ten blask, który na nich spłynął). Po drugie, dlatego że jakby ktoś się ośmielił po głupiemu ryć z Nałęcza, to tak jakby się naśmiewał z Obamy, a więc posądzenie o rasizm murowane. No ale gdzie tam Nałęczowi do Kennedy-ego-Szmajdzińskiego.

Ta moda na prezydentów jest „na lewicy” od dawien dawna, odkąd słynny prof. Longin Pastusiak zajął się przywódcami USA, opisując ich w swoich rewelacyjnych książkach, które dzisiaj bardzo trudno spotkać w księgarniach, takie są bowiem cenne. Potem, jak wiemy, było długo długo nic, aż nadszedł Ole-Olek porównywany przez niektórych co gorliwszych komunofilów do B. Clintona z tej prostej przyczyny, że akurat w czasach Clintona przyszło mu prezydentować. Ten to Olek był gigantem, dopóki nie pokazał parę sztuczek z wsiadaniem do bagażnika, tańcem w Charkowie czy przemawianiem do Saby L. Dorna, by nie wymieniać wszystkich popisowych numerów, które sprawiły iż ujawniło się raczej podobieństwo do późnego B. Jelcyna aniżeli do któregoś z amerykańskich prezydentów. Marek Borowski, brzytwa innego sortu co „Józek”, próbował, jak pamiętamy, sytuację ratować powiedzeniem o „mordzie ty naszej”, lecz niestety, nie wszystkich jednak ta fraza ujęła, nie wiedzieć czemu, jakby Polak nie był do wybitki i wypitki.

Jak jednak się w tym wszystkim połapać, kiedy lewica ma tylu kandydatów na amerykańskich prezydentów, że się już ich doliczyć nie można. Jeszcze niedawny lider sondaży, żubr białowieski, przecież wciąż się liczy (w dzisiejszych trójkowych „audycjach publicystycznych” wspominali go dobrzy ludzie), nawet jeśli jest już tylko wspomnieniem; jest DJ dr Olechowski, jest Welkam-Ewrybady, a czy Lady J nie wypada tu wymienić? A Tomasz Lis? Ten ostatni zwłaszcza był długoletnim korespondentem w USA, to on co nieco o prezydenturze amerykańskiej wie. I też na pewno zna hasło „I have a dream...”

Jaka szkoda, że prezydent może być tylko jeden. Chociaż, gdyby tak znowu pogmerać przy konstytucji (ustalonej po wielkiej intelektualnej orce przez najmądrzejszych ludzi III RP), to przecież można by co nieco udrożnić na odcinku prezydentowania. Tak jak kiedyś politbiuro miało samych prezydentów, pardon, sekretarzy, premierów, generałów i ministrów.

O pesymizmie, ale umiarkowanym


Kiedyś o gniewie Bożym ludzkość ostrzegali prorocy, dziś AD 2009, dzięki Bogu, o proroctwach, takich choćby, jak plagi biblijne, które nas czekają, możemy się dowiedzieć z „Gazety Wyborczej”. Tym łatwiej będzie się nam przygotować na czasy ostateczne, choć w ich przypadku najgorsze będzie chyba to, że jak już nastanie potop, to i „GW” przepadnie razem z nami, a z nią i Ministerstwo Prawdy, i salon cały.

Przed paroma laty byłem na rekolekcjach dla dorosłych i prowadził je ksiądz starszy wiekiem, ale kipiący pogodą ducha. No i zaczął je tak: „Pan Jezus nam mówi, żebyśmy czuwali, bo nie znamy ani dnia, ani godziny, gdy możemy zostać powołani na tamten świat. Co byśmy jednak powiedzieli, gdybyśmy dziś taką otrzymali wiadomość, że mamy zostać powołani?” (tu złapał się za głowę, dodając:) „O, Matko Boska! To już dziś?” - a wszyscy zebrani, rzecz jasna, wybuchnęli śmiechem.

I właściwie nie pozostaje nam nic innego, jak tak właśnie złapać się za głowę, gdy prorocy z Ministerstwa Prawdy już roztaczają przed nami wizje końca świata, ale nadzieja jest jeszcze w tym, że z ich (tychże proroków) wyliczeniami różnie bywa. I tak np. słynny noblista Al Gore, jeden z większych proroków klimatologii (dzięki Ci, Panie Boże, że są wśród nas i mówią przystępną angielszczyzną, która szybko pod strzechy może trafić dzięki telewizji satelitarnej), zapewnił na słynnym „szczycie kopenhaskim”, iż w ciągu paru lat ze słynnej Arktyki zostanie wspomnienie i to nawet powołując się na badania polskiego klimatologa - a tu się okazuje, że to jednak nie do końca tak, bo nie za kilka, ale może za dziesięć albo i paręnaście lat.

No więc z jednej strony jest jakiś powód do ostrożnego optymizmu, bo dzień ostateczny jeszcze nie jest dokładnie wyznaczony, skoro prorocy spierają się o detale jak zniknięcie Arktyki, z drugiej jednak jak nie wpaść w pesymizm, skoro inny słynny noblista, B. Obama, na tymże słynnym szczycie, gdzie przez parę dni setki, jeśli nie tysiące notabli, miało naprawdę niezłą zabawę na koszt podatników (czy ktoś oszacował, ile to kosztowało?), stwierdził, iż „znaczące porozumienie”, które „w sprawie klimatu” zaprojektowali owi notable, „nie wystarczy, by walczyć z globalnym ociepleniem”. Zresztą, z tym porozumieniem to różnie gadają - jedni mówią, że wprawdzie zawarto, lecz tak naprawdę zostanie zawarte w styczniu, inni zaś, że nie zawarto i dlatego zostanie zawarte w styczniu. Grunt, że po Nowym Roku z nowym zapałem dobrzy panowie z rządów całego świata znowu na koszt swych poddanych zajmą się przychylaniem im nieba - wszak nie znamy ani dnia, ani godziny, a z tymi sprawami nie ma żartów. Poza tym, co nagle to po diable. Nad ustalaniem, jaka ma być maksymalna temperatura powietrza na Ziemi trzeba się trochę nabiedzić, a nie tak na łapu capu, bo jeszcze za niska wyjdzie i wtedy książętom (a szczególnie księżniczkom) będzie za zimno i powstanie nagle problem globalnego ochłodzenia, nad którym znowu trzeba będzie debatować, a przecież życie dobrych panów jest takie krótkie i mają też swoje własne sprawy, a nie tylko nasze.

Cieszmy się, że się wyrobili z zakończeniem obrad przed Bożym Narodzeniem. To by dopiero było ze strony ludzkich panów poświęcenie, gdyby na „kopenhaskim szczycie” w ciężkich, służbowo-biurowych warunkach musieli obchodzić święta, zostawiając w płaczu i smutku rodziny, przyjaciół i obywateli czekających na nich na lotniskach.

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,102374,7370351,Wpadka_Gore_a_w_Kopenhadze__5_lat_i_na_Arktyce_nie.html
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80277,7382607,Przedstawiciel_USA___Znaczace_porozumienie__ws__klimatu.html
http://www.tvn24.pl/-1,1634331,0,1,nie-ma-porozumienia-w-sprawie-klimatu,wiadomosc.html

18 gru 2009

To idzie młodość jak diabli


No kto by pomyślał, że dzielni nastoletni bojcy przeciwko krzyżowi w szkole, będą zmuszeni do domagania się interwencji Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka? Na szczęście ta ostatnia z marszu odpowiedziała na zapotrzebowanie, okazało się bowiem, iż jeden z kaczystów, prof. R. Legutko, ośmielił się nazwać antykatolickich bojców „rozwydrzonymi i rozpuszczonymi przez rodziców smarkaczami”, a przy okazji ich akcję nazwać „szczeniacką zadymą”. Oczywiście, że Legutko nie dostrzegł, że to idzie, jak we wczesnych latach 50., młodość i śpiewa, toteż bezbożników nazywać smarkaczami się nie godzi, a akcji przeciwko krzyżom, zadymą, tym bardziej. Zresztą podejrzewanie, iż licealiści nie działali spontanicznie (z porywu serca), lecz jakiś diabeł ich do tego działania namówił (i w szkole, i w odniesieniu do Helsińskiej Fundacji) – to wyraz spiskowej teorii dziejów, która, jak wiadomo, w Polsce jest zakazana poza jednym przypadkiem, tj. gdy Rywin do Michnika przyszedł wysłany przez jakichś do dziś nie do końca rozpoznanych spiskowców. To że z akcją bojcy ruszyli po słynnym wyroku dotyczącym włoskiej szkoły, to rzecz jasna, przypadkowa koincydencja. Domyślamy się, że bojcom krzyże przeszkadzały przez długie lata, ale świadomość klasowa dojrzewała powoli, aż w końcu dojrzała do walki z klerykalizmem.

„O wyroku Trybunału dyskutowaliśmy na lekcji etyki. Tam wyszła inicjatywa zbierania podpisów pod wnioskiem do dyrekcji, ale jak to w takich przypadkach bywa, podpisało się tylko osiem osób, a część odpowiedziała wymijająco. Postanowiliśmy więc nie czekać na innych i sami wystosowaliśmy pismo. Nie może być tak, że instytucja publiczna finansowana przez wszystkich podatników, a taką jest przecież szkoła, faworyzuje wyznawców jednej tylko religii.”

Oczywiście, że tak. Sądzę, iż bojcy powinni się przy okazji domagać odszkodowania, że musieli korzystać z usług instytucji edukacyjnych (w podstawówkach też przecie krzyże, panie dzieju), narzucających im katolicki światopogląd. Bojcy, jak pisze zatroskana „GW”, chcą walczyć „o honor” naruszony przez Legutkę. Honor bojca, rzecz święta, jak hartowana stal. Miejmy nadzieję, że z pokazowego procesu będzie na stronie „gazety” relacja minuta po minucie.

Jedna z bojowniczek, tow. Zuzanna, uważa, że „będzie dobrą nauczką” wyegzekwowanie od pozwanego paru tysięcy złotych na cele społeczne. Ja myślę, że parę tysięcy to za mało – żeby Legutko popamiętał lekcję wojującego ateizmu, powinno się mu skonfiskować majątek i przeznaczyć na budowę szkoły dla proletariuszy wszystkich krajów. Już kiedyś takie szkoły powstawały w peerelu powoływane przez postępowców z TPD itd. i podejrzewam, że wielu z tych postępowców wciąż jeszcze trzyma się na nogach, więc mogłoby nie tylko lekcje poprowadzić, ale i cały bój o oświatę. Tak jak w latach komunistycznej walki z klerem i katolicką ciemnotą.

Ale jest i młodsze pokolenie, a tu, uczestniczący choćby w „debacie” o krzyżach, niezawodny J. Hartman, niezwiązany z B'nai B'rith i z wojującym ateizmem, tylko tak sobie przypadkowo zaproszony na spotkanie z młodzieżą. Hartman z racji wieku na przełomie lat 40. i 50. wykazać się żarliwością ateistyczną nie mógł, więc te pół wieku później musi nadrabiać zaległości, ale przecież wszystko przed nim! I przed takim jak on, także, bo jest przecież tyle tych krzyży do usunięcia. Ja nie wiem, czy życia ateistom starczy, by wszystkie krzyże z Polski pousuwać – nawet gdyby sobie narzucili stachanowskie tempo, ale jak się szybko zabiorą, to kto wie – dzisiaj wszak technika poszła do przodu. Niech tylko nie zdziwią się, jak ta ich akcja odniesie zupełnie odwrotny efekt i w rezultacie katolicka większość przykręci śrubę ateistycznej mniejszości w taki sposób, że zatęsknią do czasów, gdy z Ministerstwem Prawdy szli na udry z oszołomami. Czego ateistom z całego serca życzę.

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,7379442,Maturzysci_z_XIV_LO_pozwa_europosla_Ryszarda_Legutke.html
http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,7320659,Mlodzi_nie_chca_krzyza__liceum_zrobi_sale_do_religii.html
http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35751,7369798,Debata_o_krzyzach_w_XIV_LO___zapis.html

Apokalipsa


Od paru dni bombardują nas swoimi mądrościami rozmaici wujkowie dobra rada z tzw. służb drogowych, od których dowiadujemy się, że stan szlaków komunikacyjnych zimą to właściwie kwestia samych kierowców i ich umiejętności. I faktycznie, kto sobie śniegu nie rozjeździ, ten sobie długo i daleko nie pojeździ.

Polska to taki kraj, że wystarczą dwa dni mrozu i lekkie opady śniegu, i już paraliż. Nie trzeba żadnej wojny. A że są stłuczki, kolizje, wypadki, że ktoś ginie? Najwyraźniej przeszarżował. Nawet jeśli go zarzuciło na zakręcie, gdy jechał na trójce, to i tak jego wina, powinien był zredukować do dwójki albo jechać na jedynce. Zawsze zresztą można się poruszać pieszo, oczywiście, jak się wcześniej odśnieży sobie chodnik. Zresztą, jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy. Dokąd ci ludzie tak gnają, gdy życie jest takie piękne. Np. życie takiego drogowca. Nic nie robi wiosną, nic nie robi latem, niewiele się narobi jesienią, a potem zima i już w ogóle nic nie ma do roboty, tylko siedzieć w dyżurce, odbierać telefony, mówić, że trzeba sytuację przeczekać - i oglądać sobie telewizornię od świtu do nocy albo i dłużej.

Jak to zwykle w Polsce bywa – nikt nie jest temu totalnemu bajzlowi winny. Nikt nie wylatuje na zbity pysk z pracy za takie ostentacyjne lekceważenie zagrożeń dla bezpieczeństwa obywateli. Nikt też nie ponosi karnej odpowiedzialności za to, że ludzie trafiają do szpitali lub na cmentarz po tym, jak nieopacznie przemieścili się po zaśnieżonych i oblodzonych drogach, zamiast siedzieć cicho w domu. I ktoś jeszcze wątpi, że żyjemy w odnowionym peerelu? I właściwie nie byłoby nic w tym złego, że „jest jak jest”, czyli, że „spece” mający zadbać o stan polskich dróg, wzruszają ramionami, bo „się nie da” zadziałać na czas, bo albo są opady, albo korki, albo piaskarki nie mają dobrych opon, albo dyrektora ząb boli, albo minister infrastruktury wyjechał na Wyspy Kanaryjskie i komórki nie odbiera, albo nie wiem jeszcze co, bo znamy już peerelowskie maniery „służb cywilnych” – gdyby nie to, że ci ludzie, te instytucje, ich sprzęt etc. - to wszystko opłacane jest z pieniędzy tych kierowców i tych pieszych, którzy potem przeżywają dantejskie sceny na zaśnieżonych i oblodzonych nawierzchniach. Z tego też powodu nie mam nic do owych „służb drogowych”, iż nie wywiązują się ze swoich psich obowiązków, niech jednak siedzą sobie w hangarach czy biurowcach na własny rachunek, niech odpoczywają, niech oglądają sobie telewizję i czytają gazety na własny koszt, a nie obywateli. Wtedy mogą sobie siedzieć zimą na d... do samej śmierci.

W takim razie jednak tego typu usługi powinny zostać sprywatyzowane, a zabezpieczeniem stanu dróg powinny się zająć firmy, które będą pobierać opłaty za doprowadzenie nawierzchni do jej użyteczności dyżurując zimą przez całą dobę. No tak, tylko czy nie jest to żądanie niemożliwego?

16 gru 2009

O nihilizmie

Nie wiem, czy to przypadek, czy zrządzenie losu, czy coś innego sprawiło, że miałem okazję dziś wysłuchać w RM homilii Jana Pawła II z 12 czerwca 1987 wygłoszonej na Westerplatte, gdzie papież ze stanowczością mówił o porządku prawd i wartości, które trzeba utrzymać i obronić. Utrzymać i obronić. „Nie można zdezerterować”. Papież mówił o mocy ducha, mocy sumień, mocy serc, mocy łaski i mocy charakteru. Ale mówił też o samozniszczeniu człowieka, o degradacji człowieczeństwa poprzez alkoholizm, narkomanię, wynaturzenia seksualne i udział w sektach, poprzez relatywizm moralny, który rozmywa ów porządek „prawd i wartości” stojący na straży ludzkiego godziwego działania.

Potem odsłuchałem sobie parokrotnie wystąpienie abp J. Życińskiego na niedawnym spotkaniu opłatkowym służb mundurowych w Lublinie. Odsłuchałem i obejrzałem, bo jest to widok doprawdy nieziemski, gdy oficerowie stoją jak na tureckim kazaniu, wysłuchując przemówienia arcypasterza, który w kontekście nadchodzenia Bożego Narodzenia, w kontekście przyjścia na świat Dobrego Pasterza, głosi rzeczy, od których włos się jeży na głowie. Nie wiem, czy Życiński słuchał ostatnio homilii Jana Pawła II, a jeśli nie, to niezbędne są korepetycje z rekolekcjami włącznie. Wprawdzie toyah pisał już obszernie o całej tej szokującej sprawie obrony senatora Piesiewicza ze strony lubelskiego hierarchy, ale skoncentrował się wyłącznie na kontekście psychologicznym, ja zaś uważam, że należy na tę parodię „obrony Sokratesa”, sformułowaną przez Życińskiego, spojrzeć z nieco ogólniejszej perspektywy – perspektywy wiary i etyki. Nie przypadkowo zatem przywołałem homilię Jana Pawła II, bo to Jego nauczanie, dzięki Bogu, jest dla wielu Polaków drogowskazem, a nie „nauczanie” lubelskiego arcybiskupa, który jeszcze w połowie lat 90. mówił i pisał zupełnie co innego, niż mówi i pisze dziś. Uważam, że tego nie można tak zostawić, ponieważ - ujmując rzecz obrazowo - został przekroczony stan alarmowy i za chwilę wszystkich nas woda (lub krew) zaleje, parafrazując bowiem klasyka z grudnia 13-go roku pamiętnego, można powiedzieć, iż nawet faryzeizm ma pewne granice.

Życiński tak opisuje sytuację, że „mecenasowi reprezentującemu obiektywne argumenty” przeciwstawiono „język przestępców”, „cytaty z szantażystek” (w wypowiedzi dla KAI padło z kolei określenie „język nihilizmu”, którym przemówiły media) i jednocześnie przypomina, że „miejsce na wyznanie winy” chrześcijanin ma „w konfesjonale”. Ubolewa nad zjawiskiem „kreowania przestępców na poziom autorytetu moralnego” i pojawianiem się „samozwańczych kandydatów na prokuratorów”, którzy reprezentują „jednowymiarowy trybunał sprawiedliwości”. Następnie przypomina zebranym o „naszym poczuciu wspólnoty”, o „jedności ducha”, „jedności ponad kolorem munduru”, ponieważ „ten sam Chrystus przychodzi do nas wszystkich”.

Mundurowi, jak wspomniałem, zachowują się tak, jakby uczestniczyli w tureckim kazaniu, a przecież są to zwykle ludzie twardzi, ludzie, co wiele widzieli, ludzie egzekwujący prawo – i żaden z nich nie łapie się za głowę i nie krzyczy, jakie Życiński wygaduje przeraźliwe bzdury. Ludziom reprezentującym prawo przedstawia on obronę prawnika, który się stoczył. Obrona ta ubrana jest dodatku w słowa wielkiego oburzenia na tych, co ośmielili się całą kompromitującą owego prawnika, sprawę, upublicznić, korzystając z „dowodów szantażystek”. Tę zaś obronę formułuje ktoś, kogo (w myśl apostolskiej sukcesji) Jezus Chrystus wyznaczył na strażnika, na szafarza Prawa Bożego. Już pominę to, że owa osoba jest kanclerzem katolickiej uczelni.

Już kiedyś wspomniałem o tym, ale teraz przypomnę, bo wydaje mi się to ważne. Sokrates mylił się, twierdząc, iż wiedza o dobru implikuje cnotliwe, godziwe, dobre postępowanie i dążenie do doskonałości moralnej. Wcale nie. Wiedza o dobru, wiedza o tym, jak należy działać, by żyć godziwie, może się zupełnie rozmijać z tym, jak dany ekspert od etyki i prawa postępuje, a nawet stać się całkiem niezłą zasłoną do zgoła niemoralnego działania – przykład Piesiewicza jest tu niezwykle wyrazisty, przez to, że chodzi i o prawnika, i o kogoś, kto tworzył umoralniające scenariusze do słynnego cyklu Kieślowskiego. Oczywiście przed tym zagrożeniem (rozmijania się wiedzy i działania) stoi każdy z nas, bo mniej więcej mamy pojęcie, co jest dobre, a co złe, ale nie zawsze dobro wybieramy. Stawanie jednak do obrony niemoralnego zachowania to jednak coś zupełnie innego niż zwykłe ludzkie uleganie pokusom czy upadanie. Jeśli zaś takiej obrony podejmuje się osoba duchowna w odniesieniu do osoby reprezentującej wymiar sprawiedliwości i kierując swe słowa do osób mających egzekwować prawo – to to jest dopiero horrendalny nihilizm. Na pociechę duchownym, którzy nie wiedzą, co czynią i co mówią, można dodać jedynie to, że konfesjonał jest miejscem na wyznanie winy chrześcijanina. W przeciwnym razie muszą się oni wczytać w sens mocnych słów Chrystusa o „pobielanych grobach”.



http://lublin.com.pl/artykuly/pokaz/3740/arcybiskup,jozef,zycinski,o,senatorze,piesiewiczu,film/
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,7358506,Zycinski_broni_Piesiewicza__Media_mowia_jezykiem_przestepcow.html?skad=rss
http://ekai.pl/wydarzenia/x24111/abp-zycinski-broni-krzysztofa-piesiewicza/
http://toyah.salon24.pl/144363,o-szantazu-o-zgorszeniu-i-o-swietym-spokoju

15 gru 2009

Wszechnica neopeerelu


Jeśliby ktoś miał wątpliwości, co do tego, że żyjemy w neopeerelu, zachęcam do zajrzenia na stronę Kancelarii Sejmu, gdzie prezentowana jest plejada peerelowskich „marszałków” z ich portretami i prześwietnymi życiorysami. Ja nie widzę w tym nic zdrożnego, nawet byłbym za tym, żeby zamiast III RP używać nazwy np. Nowa Polska Rzeczpospolita Ludowa, ponieważ oddawałoby to z jednej strony specyfikę „transformacji”, a z drugiej, zachowywałoby tę wspaniałą, wieloletnią tradycję „ludowej ojczyzny”, czyli tej mniej doskonałej poprzedniczki III RP. Mamy więc w chronologicznym porządku M. Kozakiewicza, B. Malinowskiego, Z. Gucwę (III „kadencje”, ech łza się w oku kręci, a i jeszcze do „PRON”-u się załapał), D. Gałaja, Cz. Wycecha (IV kadencje :) - Pstrowski sowieckiego parlamentaryzmu), J. Dembowskiego (m.in. wykładowcę ewolucjonizmu na Uniwersytecie Marksizmu-Leninizmu w Wilnie w latach 1940-1941, „działacza ZPP”) i W. Kowalskiego, co to jeszcze w „Krajowej Radzie Narodowej” zasiadał był, a wcześniej należał do „KPP”, panie dzieju.

Jakie zasługi miał każdy z tychże marszałków, to możemy – w mniej lub bardziej udolny sposób - się domyślać, zresztą z tym pierwszym z wymienionych (a ostatnim dla peerelu) na klęczkach przeprowadziła wywiad-rzekę nieoceniona J. Paradowska, co znalazło się w mrożącej krew w żyłach opowieści pt. „Byłem marszałkiem kontraktowego...” wydanej we wczesnych latach neopeerelu (Warszawa 1991), tak więc, kto ciekaw, do lektury sięgnąć może, bo wspomnień pozostałych peerelowskich „marszałków” w III RP – nie wiedzieć czemu - nie publikowano. Każdy z tychże marszałków miał przepotężne i właściwie trudne do oszacowania (słowa ludzkie tego nie obejmą) zasługi dla parlamentaryzmu polskiego, dla polskiej państwowości, jak i dla sowieckiego systemu monopartyjnego, mam więc nadzieję, że portrety tychże marszałków nie wiszą tylko na stronie Kancelarii Sejmu, ale i w którejś z sal sejmowych. Jeszcze tam nigdy nie byłem i nie sprawdzałem, ale niech Bóg broni naszych parlamentarzystów przed chowaniem takich wzorców ideowości gdzieś po piwnicach na Wiejskiej czy innych popezetpeerowskich schronach. Niech te portrety wiszą dopóki neopeerel trwa, a przecie trwa w najlepsze.

Znalazłem swego czasu książkę wydaną przez Towarzystwo Krzewienia Kultury Świeckiej, które powstało pod koniec lat 60. w wyniku połączenia Stowarzyszenia Ateistów i Wolnomyślicieli oraz Towarzystwa Szkoły Świeckiej. Tą ostatnią organizację zakładał i przez długie lata należał do jej władz, właśnie Kozakiewicz. Książka, o której mówię, nosi tytuł, jakżeby inaczej, „W walce o szkołę świecką. Wspomnienia działaczy TSŚ (1957-1967)” i wydana została jako jedna z pierwszych pozycji TKKŚ w 1969 r. (red. S. Pieczkowski). W tejże książce we wstępie czytamy:

„Autorzy sięgają myślą do przełomu lat 1956-1957, kiedy to szkoła i nauczyciele znaleźli się w ogniu walk rozpętywanych przez kler i sfanatyzowane siły wsteczne, zmierzające do podważenia zasad socjalistycznego wychowania, siania zamętu w szkołach, do skłócenia i podziału społeczeństwa na wierzących i niewierzących. W początkowym okresie tej ofensywy nauczyciele zdani byli na własne siły. Z chwilą powstania TSŚ znaleźli w nim wiernego przyjaciela i „sojusznika na miarę zadań”. Wtedy to zorganizowanym wysiłkiem skutecznie przeciwstawiali się fali wstecznictwa”
(s. 6-7).

Wspomniałem jednak o Kozakiewiczu, bo i - obok wielu porażających wspomnień działaczy i działaczek TSŚ o ciężkich bojach z klerem i reakcyjnymi rodzicami - jego jest wspomnienie:

„Wszyscy, którzy tworzyliśmy od podwalin TSŚ, byliśmy jednakowo pewni, przeciw czemu jesteśmy: przeciw klerykalizacji życia społecznego, przeciw licznym podówczas faktom nietolerancji i dyskryminacji niewierzących, przeciw delaicyzacji oświaty. (…) Dzisiaj może się wydać dziwnym czytelnikowi, że nawet same pojęcia laicyzmu, świeckości miały dopiero torować sobie drogę w naszym języku organizacyjnym, a nawet publicznym. Nie wspominam już oporów, jakie budziły pojęcia „areligijności szkoły”, „pozytywny program pracy światopoglądowej”, „swoboda każdej jednostki w wyborze własnego światopoglądu” itd. Te wszystkie batalie o słowa, jak je podówczas nazywaliśmy, były wszakże niesłychanie ważne, znamionowały bowiem walkę o słuszną i słuszniejszą strategię oraz taktykę pracy światopoglądowej. Śmiem twierdzić, że w toku tych właśnie batalii na terenie TSŚ krystalizowały się również podstawowe pojęcia polskiej wersji pedagogiki socjalistycznej w zakresie pracy światopoglądowej, wersji uwzględniającej specyfikę naszego narodu i jego wielowiekowe tradycje kulturowe” (s. 20-21).

Brzmi to znajomo? Owszem, bojcy laicyzacji znowu przecież toczą „walkę o szkołę”. Już nie w peerelu, a w neopeerelu. Z nową siłą i nową socjotechniką. A to wszystko tak piszę na marginesie opublikowanego właśnie w POLIS MPC fragmentu książki T. Bochwic dotyczącej polskiej oświaty w perspektywie pierwszej Solidarności.

http://edukacja.sejm.gov.pl/historia-sejmu/marszalkowie-sejmu/prl.html
http://www.polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=564:narodziny-i-dziaalno-solidarnociq-owiaty-i-wychowania-1980-1989&catid=209:dzielnica-publicystow&Itemid=267

Kumoch w MMA


Tu się niedawno niektórzy emocjonowali tym, jak to Pudzian paroma low-kickami powalił Najmana (co mówił, że strongmeni to nie sportowcy :)), a tu patrzcie, ludzie, jak red. Kumoch potrafi nogami pracować i efektowne kopniaki rozdawać. To, co można wyczytać u Kumocha, stanowi niezły wstęp do prawdziwych starć z funkcjonariuszami Ministerstwa Prawdy i do sprowadzania poszczególnych gostków do klasycznego parteru.

Ja wczoraj postulowałem, by konsekwentnie i systematycznie doprowadzać do rozbiórki budowli MP, która przejęła tradycje pewnego urzędu przy ul. Mysiej, a rozwinęła je nad wyraz twórczo, nadając im nawet komercyjny (wszak „GW” i media okołoagorowe przyniosły kolosalne pieniądze wielu ludziom) i ogólnokulturowy kształt („kreowanie trendów” w literaturze, nauce, sztuce wizualnej, muzyce etc.). To komercyjne podejście do prac ministerialnych miało ten zbawienny efekt, że ludzie sponsorowani przez MP mieli potem dług wdzięczności, który spłacali zachwalając MP i broniąc go przed rozmaitymi elementami kontrrewolucyjnymi. To dokładnie tak jak peerelowscy artyści, co wprawdzie zdawali sobie sprawę, że istnieje cenzura, ale zarazem zapewniali, iż to działa ozdrowieńczo na sztukę, bo trzeba się bardziej intelektualnie wygimnastykować, a poza tym cenzura przynajmniej nie pozwala na tę cholerną zgniliznę, jaka jest na Zachodzie.

Kumoch punktuje działaczy MP w następujących kategoriach: tykalstwo, photokilling, wiekobójstwo, research jednostronny i uwybitnianie. Są to bardzo celne ciosy, a gdyby sporządzić dokładną i wszechstronną dokumentację tego, jak działa MP właśnie w tych obszarach, to ludzie zabierający się za studiowanie dziennikarstwa mieliby niezły materiał poglądowy, jak tego dziennikarstwa nie należy uprawiać. Kumoch jednak dodaje, że nie spotkał się z inną gazetą, która by stosowała photokilling. Ja myślę, że źle szuka. Pierwowzorów działań MP nie należy bowiem doszukiwać się w wolnym świecie czy na Zachodzie, lecz w prasie sowieckiej (tu: też peerelowskiej), po prostu, do „dziennikarskich” tradycji której nawiązują funkcjonariusze MP. Karykaturalne przedstawianie przeciwników politycznych to była jedna z podstawowych metod „walki politycznej” na poziomie ikonograficznym. Dla mas robotniczo-chłopskich, którym zawiłości marksizmu-leninizmu wolniej aniżeli „inteligentom” czy „postępowym literatom” wchodziły do głowy, przekaz musiał być prosty i jednoznaczny, stąd to właśnie w komunizmie taką furorę robiły plakaty propagandowe i pisma „satyryczne”, które dokładnie wiedziały z kogo i jak się śmiać (a z kogo pod żadnym pozorem śmiać się nie wolno). Jak wiemy Polska była bardzo wesołym barakiem – tak przynajmniej opowiadają nam kapo i komendanci obozu – ale jak komuś się przytrafiło opowiedzieć (w odpowiedniej epoce) dowcip o Stalinie, Gomułce, Gierku, Jaruzelu czy Kiszczaku, to zabawa się kończyła niezbyt przyjemnie dla dowcipnisia. No ale, jak krakała pewna wrona 13 grudnia roku pamiętnego, są granice, których przekroczyć nie wolno.

Wracając jednak o Kumocha, sądzę, że pokazał on bardzo pożyteczny sposób na demaskowanie sposobu działania Ministerstwa Prawdy i należałoby te działania kontynuować, przywołując odpowiednie przykłady, czyli wizualizując to, jak funkcjonariusze MP deformują rzeczywistość. Kompendium takiej wiedzy można by wydać w formie książkowej, tak jak kiedyś w podziemiu wydawano opracowania dotyczące nowomowy komunistycznej. Przy okazji zresztą (i kompendium, i analizy nowomowy), warto byłoby wziąć na warsztat okołoagorowych, wybitnych profesorów, którzy, jak choćby Głowiński, zasłynęli za kaczyzmu tym, że urządzili...badania pisomowy. Jest to w ogóle rzecz z tymi językoznawcami ciekawa. O ile np. prof. Bralczyk zajął się w III RP językiem peerelu, bo już było to dozwolone, o tyle język komunistów w III RP go niemal zupełnie nie interesował (a już język „salonu” w ogóle). Niezłym łupem semantycznym okazał się język Wałka, któremu parę prac Bralczyk poświęcił, ale to jeszcze w czasach, gdy z Wałka można się było (i nawet należało na salonach) śmiać, bo już wypowiedzi o „takich śmieciach”, co dopytywały o teczkę Bolka, nie interesowały żadnego lingwisty. A potem długo długo nic, język gadzinówki Urbana, język filozoficznych dialogów Rywina z Michnikiem czy Oleksego z Gudzowatym wcale nie okazały się czymś wartym analizy, więc językoznawcy zabrali się w końcu za „pisomowę”.

Teraz za nich wszystkich my powinniśmy się zabrać :) - w stylu Kumocha.

http://jakub-kumoch.salon24.pl/144370,research-jednostronny-bron-w-rekach-czerskich
http://wyborcza.pl/1,75478,7150476,K____ciagle_mi_sie_wszystko_pier_____czyli_polska.html
http://zeszytyliterackie.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=481&Itemid=2
http://blog.rp.pl/janke/2009/12/15/dlaczego-rzad-chce-kontrolowac-siec/

14 gru 2009

O konflikcie i wolności słowa

Polacy mają we krwi spór, zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy dla nich ważne, ale też ci sami Polacy powinni umieć znajdować drogi wyjścia z sytuacji konfliktowych, by na sporze nie zyskiwał ktoś trzeci. Zarówno peerel, jak i neopeerel, czyli III RP, zostały skonstruowane tak, by narastały przeróżne konflikty społeczne i by nie dało się ich w żaden sposób rozwiązać. Istnienie takich konfliktów pozwala politykom odwracać uwagę obywateli od wynaturzeń władzy i kierować wściekłość tychże obywateli na dokładnie wybrane grupy społeczne, które następnie obwiniane są za wszelkie zło. Pod względem skuteczności i prostoty, jest to konstrukcja genialna, z jednej strony generuje się konflikty, z drugiej, te konflikty służą do kanalizacji nastrojów społecznych, a w ostateczności jeden konflikt zastępowany jest innym. W ten sposób wina nie spada na samych rządzących tylko rozkłada się między samych rządzonych. Staniszkis ten sposób prowadzenia polityki nazywa zarządzaniem poprzez kryzysy.

Dlaczego tak ważne dla rządzących jest wywoływanie konfliktów społecznych? Dlatego, że w bałaganie nie obowiązują normalne procedury, niemożliwe jest patrzenie władzy na ręce, przymyka się oczy na nieprawidłowości i przede wszystkim, myśli się o wiele mniej przytomnie, mniej racjonalnie, niż w czasach, gdy sytuacja jest ustabilizowana. Tak jak na wojnie zbija się kokosy (nie ma czasu na targowanie się ani na szukanie innego dostawcy niż ten, który się zgłasza), tak na bałaganie można zbić fortunę. Widzimy zatem polityków III RP, którzy opływają w nieprawdopodobne wprost zbytki, choć przeciętny Polak żyje dość skromnie, a jeśli nie ma zabezpieczenia kredytowego, to żyje nędznie. Słyszymy zresztą codziennie w jednym z ogłoszeń reklamowych, że co piąte dziecko w Polsce jest niedożywione. Mówimy o Polsce XXI wieku, przypomnę. O Polsce po 20 latach „transformacji”.

Konflikt jest niezbędnym narzędziem do uniemożliwiania swobodnej debaty. Gdy ludzie się żrą, mało kto chce się bawić w dżentelmeński spór. Gdy ludzie się żrą, mało kto chce dochodzić prawdy. Gdy ludzie się żrą, to prawda z reguły przestaje być istotna. Ludziom władzy zaś prawda jest wyjątkowo nie na rękę, zwłaszcza jeśli trzymają się u tejże władzy dzięki nieuczciwości, sitwom, cwaniactwu, obrabianiu frajerów i nepotyzmowi.

Przez ostatnie 20 lat media w Polsce gremialnie wspierały ten patologiczny stan rzeczy, widząc więcej korzyści w ekonomicznym partycypowaniu w zarządzaniu poprzez kryzysy aniżeli w staniu na straży oszukiwanych i okradanych przez establishment (okradanych nie tylko ze złudzeń) obywateli. Ten stan się zmienił w momencie pojawienia się blogerów i blogosfery, bo oto blogerzy stali się ludźmi, którzy zaczęli stawiać kłopotliwe pytania samym politykom, jak i samym dziennikarzom, przywracając przynajmniej niektórych do przytomności. Jest więc w interesie wszystkich ludzi dobrej woli, wszystkich ludzi, którzy raktują los Polski poważnie, by umożliwiać jak najszerszy rozwój blogosfery, nie zaś prowadzić do jej coraz głębszego zatomizowania i skonfliktowania. Nic tak nie szkodzi establishmentowi jak prawda o patologiach władzy i jak konsolidacja ludzi, którzy nie godzą się na to, jak wygląda III RP. Ta konsolidacja dokonuje się w obszarze wolności słowa, z którą to wolnością jest nieustający problem od chwili „zniesienia cenzury”. Ustalono bowiem w III RP, tak jak to było w poprzednim peerelu, że świątynią wolności słowa będzie Ministerstwo Prawdy (obecnie) przy Czerskiej zaś kryteria tego, co dopuszczalne w dyskursie publicznym będzie wyznaczał w "wolnej Polsce" JE dr Adam Michnik ze swoim legionem demonów. Ten monopol usiłowały przełamać pisma prawicowe (marginalizowane przez długie lata „nowej Polski”), ale tak naprawdę naruszyła właśnie blogosfera ze swoim dostępem do dziesiątek tysięcy ludzi, przekraczającym dostęp przeciętnej polskiej gazety.

Wiele – w kręgach konserwatystów (pomijając takich osobników jak Wielomski) - mówimy o dekomunizacji jako drodze do sanacji sytuacji w państwie, ale jest jeszcze droga dźwigania Polaków z (by użyć określenia Herberta) zapaści semantycznej, przywracania polskiemu językowi normalnych znaczeń – normalizowania języka po kilku dekadach sowietyzacji i później politycznej poprawności. Problem debaty w Polsce polega dziś bowiem na tym, że mamy do czynienia z dwoma rodzajami nowomowy: komunistyczną i neokomunistyczną. Z jednej strony mamy czerwonych przebranych w szaty socjaldemokratów czy eurokratów, z drugiej mamy różowych, którym bliżej jest do komunistów aniżeli do polskiego społeczeństwa. Jest to sprawa szokująca i naszym wspólnym zadaniem jest odbudowanie polskiej świadomości narodowej na gruncie wolnym od komunizmu i neokomunizmu. Jednym z podstawowych zadań, z zadań na teraz, na dziś jest konsekwentne i całkowite zniesienie monopolu Ministerstwa Prawdy.

11 gru 2009

Kataryna miała rację

W Polsce mnóstwo rzeczy związanych z naszym życiem działa na zasadzie: coś za coś. Gdy w jakiejś dziedzinie nam się powiedzie, to zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że jesteśmy słabi i beznadziejni, że „to nie to”, że „no i co z tego”, że „inni są o wiele lepsi”, albo też zwyczajnie nasz sukces będzie trzeba okupić jakimś wyrzeczeniem. Czymś za niego zapłacić. Tak stało się przed rokiem w grudniu, gdy bez wątpienia sukcesem (nie tylko moim, bo wszystkich osób, które włączyły się w tę inicjatywę) było powstanie Miasta Pana Cogito – dosłownie „z niczego”, bo z lektur mojej pisaniny i wspólnych dyskusji wielu osób spotykających się u mnie i wymieniających poglądy, osób, które częstokroć nigdy nie widziały się na oczy, lecz powiązała je pewna wspólnota ducha. W odpowiedzi na ten sukces salon24 ulokował piszących o tym blogerów (bo nie tylko mnie) w piwnicy, gdzie w ramach kwarantanny intelektualnej mieliśmy przemyśleć, czy naprawdę chcemy uprawiać „wrogą działalność” wobec s24, bo tak mądrze zinterpretowano organizowanie POLIS MPC. Za sukces więc kara. Coś za coś.

Tak się dzieje rok później, a więc w czasie, gdy po uprzejmym mailu R. Krawczyka (sierpień 2009) do mnie, Miasto Pana Cogito zostało zaproszone do s24 i przydzielono mu wspaniałomyślnie zielony blog. Nie minęło dużo czasu i rocznica funkcjonowania Miasta opisana na tymże blogu została potraktowana jako coś niewartego zamieszczenia na stronie głównej, bo, jak się domyślamy, jest tyle bieżących ważnych wydarzeń i tyle intrygujących postów, że czyjeś urodziny to nic ważnego. Gdyby to była kolejna rocznica mojego blogowania na s24, to sprawa nie warta byłaby większego zachodu, ale ponieważ chodzi o wielomiesięczną pracę mnóstwa osób związanych z nauką, literaturą, malarstwem, fotografią itd., to uważam, że nie mogę tego pozostawić ot, tak, jakby się nic nie stało, zwłaszcza że podobnie s24 potraktował moją notkę o pojawieniu się Przemysława Gintrowskiego w murach POLIS MPC.

Kataryna miała rację odchodząc z s24 przed paroma tygodniami (http://kataryna.salon24.pl/138282,komunikat-techniczny), mieli też rację ci blogerzy, jak np. Junona, którzy – bez względu na swoje polityczne poglądy – twierdzili, że coś bardzo złego dzieje się z s24. Nie miałem racji ja, uważając, że redakcja s24 wie, co robi - i bagatelizując te zagrożenia, na jakie wskazywali inni – przecież w ciągu roku s24 zmienił się nie do poznania, tylu autorów stąd poodchodziło. Czy na ich miejsce pojawili się ludzie piszący coś ciekawego? Zależy, co rozumieć pod pojęciem ciekawego pisania.

Naiwnie sądziłem, że po pojednawczych gestach ze strony redakcji s24 wróci do jakiejś racjonalnej formuły niezależnego medium. Zachodzą jednak procesy zgoła przeciwne. Można by je nazwać komercjalizacją s24, ale to raczej jest jego pauperyzacja. Owszem, pojawiają się jeszcze jakieś nowe rodzynki, typu blogi A. Dudka czy J. Żaryna, ale całe ciasto już nie jest strawne i z wolna zielenieje. A tymczasem za dwa tygodnie Boże Narodzenie! :)

Gdy redakcja s24 przetrzymała mnie w piwnicy, to po jakimś czasie przestałem publikować w s24, zakładając własnego bloga. Wiele osób jednak namawiało mnie usilnie, bym wrócił, bo w s24 się wygodniej komentuje, no i poza tym, sporo blogerów tam wciąż pozostawało. Dałem się namówić i po kolejnej piwnicznej kwarantannie, zostałem łaskawie dopuszczony do „emisji”. A potem sierpień i „comeback” Miasta. Pamiętam jednak głosy, które ten powrót odradzały i dziś stwierdzam, że były to głosy uzasadnione.

Tak naprawdę grudzień 2009 jest więc z jednej strony rocznicą istnienia POLIS MPC, z drugiej przecież rocznicą założenia przeze mnie bloga poza s24. Sam o tym zapomniałem. Powrót do przeszłości? Nie, droga, którą należy podążać dalej. Jak najdalej od s24.

PS.
Dziękuję wszystkim osobom, które brały udział w mojej salonowej przygodzie i zapraszam do przyjaznych miejsc (jak np. POLIS MPC), w których będę odtąd pisywał i komentował. W s24 nie pojawi się już żadna moja notka. Najprawdopodobniej w najbliższych dniach uda się uruchomić stronę bardziej interaktywną niż obecny mój blog na blogspocie, więc ci, co lubią ze mną się przekomarzać, będą mogli się wyszaleć. Redakcja s24 miała swoją „second chance” i niestety, potraktowała mnie w charakterystyczny dla siebie sposób. Trzeciej szansy się już nie daje – zwłaszcza jak już człowiek ma swoje lata. Kłaniam się wszystkim – a ten post proszę traktować jako komunikat techniczny, taki jak kataryny. Admini nie muszą nawet zadawać sobie trudu z jego publikacją na SG. Kto będzie chciał dotrzeć do tych informacji i do mnie – dotrze.

http://www.centralaantykomunizmu.blogspot.com/
http://www.polis2008.pl/

Rok POLIS MPC

Trzeba przyznać, że wszystko zaczęło się niewinnie i – chcąc nie chcąc trzeba to dodać – na salonie24, to przecież tu (tam?) przed rokiem pojawił się pomysł zbudowania Miasta Pana Cogito i tu (tam?) zgłosili się jego pierwsi budowniczowie. Oczywiście zrazu redakcja s24, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, zamiast przywitać nową inicjatywę oklaskami aprobaty, to się solidnie zbiesiła, doprowadzając do poważnych perturbacji towarzysko-administracyjnych, gdy jednak upłynęło trochę wody w Wiśle think tank s24 dostrzegł, że POLIS MPC mimo wszystko nie stanowi śmiertelnego zagrożenia dla s24, jeno inną kulturową jakość. Dziś już na szczęście między POLIS MPC a s24 jest inaczej, a mam nadzieję, że będzie jeszcze lepiej :)

Nie chcąc powtarzać już pewnych rzeczy, które zostały powiedziane w „przemowie Tyrana” (odsyłam na stronę główną POLIS MPC), pragnę tylko raz jeszcze podziękować wszystkim, których praca przyczyniła się do powstania Miasta – adminom, grafikom, fotografikom, malarzom, poetom i poetkom, pisarzom i pisarkom, muzykom, naukowcom i osobom duchownym, a jednocześnie zachęcić tych, którzy widzą swoje miejsce w murach Miasta, do przysyłania tekstów lub swoich rękodzieł :) Pracy ci u nas dostatek (miejsca zresztą też), ponieważ szykujemy się – jak Bóg da – na przełomie wiosny i lata 2010 do opublikowania sygnalnego numeru POLIS MPC drukiem. Jak poważne pod wieloma względami jest to przedsięwzięcie, wie to każdy, kto kiedykolwiek parał się wydawaniem czegokolwiek (zwłaszcza przed zniesieniem cenzury w Polsce, czyli przed kwietniem 1990 r.). Informuję potencjalnych odbiorców POLIS MPC (w druku) z takim kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, gdyż realizacja tego typu zadania wymaga wielu przygotowań, dokooptowania jeszcze osób entuzjastycznie nastawionych do takiej idei i gotowych do włączenia się w prace Miasta, no i, rzecz jasna, stworzenia funduszu, który pozwoliłby na uruchomienie pisma.

W szczegóły w tej chwili nie chcę wchodzić, bo to wciąż rzeczy w sferze planów, a więc wymagające doprecyzowania, natomiast zamierzamy prowadzić dystrybucję wysyłkowo, czyli osoby zainteresowane będą zamawiać u nas poszczególne egzemplarze, a my je będziemy przesyłać pocztą w Polsce i za granicę. Jeśliby więc ktoś czuł się na siłach, by dołączyć do budowniczych Miasta Pana Cogito, to zapraszam w imieniu swoim i Obywateli Miasta – to zaproszenie kieruję do osób, którym formuła POLIS MPC jest jakoś duchowo bliska i które są w stanie włączyć się w twórczą pracę na rzecz polskiej kultury.

A tymczasem zapraszam do najnowszej, przedświątecznej odsłony Miasta, gdzie niespodzianek mnóstwo, lektur na długie godziny, no i jest najnowszy Gintrowski z kolejną swoją piosenką :) W tym miejscu szczególnie pozdrawiam Krzysztofa Bagorskiego, który sporządził rewelacyjny portret Herberta i zgodził się na wykorzystanie go na najnowszej okładce POLIS MPC.

http://www.polis2008.pl/

9 gru 2009

O ciąży przenoszonej

Wczoraj, gdy w komentarzach pojawiła się sugestia, że I. Janke relacjonuje nam stan swojej świadomości, a nie stan kraju, sądziłem, że tego rodzaju twierdzenie to nadmierna złośliwość, po przeczytaniu jednak dalszego ciągu wywodów szefa salonu24 dochodzę do wniosku, że nie tylko sugestia była uzasadniona, lecz i z tym stanem świadomości sprawy nie mają się najlepiej.

Nie tak dawno w rozmowie („na 20-lecie”, ma się rozumieć, bo 1989 r. to „taka święta data”) z J. Żakowskim Jaruzel przyznał, że obecna Polska podoba mu się bardziej niż poprzednia. Nie tylko zresztą Jaruzelowi III RP się bardzo podoba, ale akurat to, że JEMU się podoba powinno być dla nas dostatecznie wyraźnym, alarmowym sygnałem, jak z tą współczesną Polską jest źle. Kiedyś cały zestaw przewin zebrał w opublikowanym w lutym 2009 r., świetnym artykule „Ta Polska im się podoba” dr P. Gontarczyk (link poniżej), więc nie będę powtarzał jego tez, bo komu jak komu, ale Jankemu powinny być one znane. Chociaż, kto wie? Janke wszak zdaje się twierdzić, że stan naszego kraju jest rezultatem 4 lat „błędów i wypaczeń” PiS-u oraz PO. Teza to śmiała i zapewne niejeden lewak by tu czołem bił o podłogę, usłyszawszy coś takiego, lecz jest ona całkowicie absurdalna i to z paru istotnych względów.

Pierwszy z nich wiąże się z zupełnie odmiennymi wizjami państwa, jakie niesie ze sobą PiS i PO. Kaczyści dążyli do sanacji III RP, zaś PO - co dostrzegłby nawet ktoś słabo widzący - do stabilizacji III RP. Ludzie czasami głowy sobie łamią, czymże ta III RP jest, jakby odpowiedź była szczególnie skomplikowana – III RP stanowi prawną i polityczną kontynuację „Polski Ludowej”. O tym, że jest to kontynuacja widać na każdym (nie tylko prawno-politycznym oraz personalnym) kroku, a już w świecie kultury i nauki szczególnie, gdzie złogami peerelu zasiało przeobficie i rozkrzewiają się jak postmodernistyczne kłącza. O tym, że jest to kontynuacja przekonuje nas też (zadekretowany „historycznym porozumieniem”) konsekwentny, podtrzymywany z roku na rok, sprzeciw establishmentu (i jego zaplecza w postaci ludu pracującego w specsłużbach miast i wsi) wobec jakichkolwiek prób strukturalnego i tym samym kadrowego przeformułowania polskiego państwa, a więc jego dekomunizacji i desowietyzacji. Do tej pory udało się jedynie wyprosić okupacyjne wojska sowieckie oraz zapoczątkować desowietyzację strukturalną poprzez rozwiązanie WSI. Nie jest to zbyt wiele, jak na budowę nowego państwa, co zresztą potwierdza postępująca degeneracja neopeerelu.

Ludziska czasem powiadają (na zasadzie wyśpiewanej w latach 90. szyderczo przez Kabaret Olgi Lipińskiej: „ciesz się z tego, co masz”), że przecież jesteśmy zintegrowani z Zachodem za pomocą struktur natowskich oraz unijnych, w związku z tym „z czasem” się z tego kontynuowania „Polski Ludowej” wydźwigniemy. Oczywiście jest to głupota. Ani NATO, ani „UE” bowiem nie zostały skonstruowane do tego, by za Polskę i Polaków dokonywać rekonstrukcji państwa. Poza tym, jak widzimy, NATO nie traktuje naszego kraju inaczej, jak tylko jako dodatkowego poligonu oraz dostarczyciela mięsa armatniego, zaś dla Rosji my i tak jesteśmy „bliską zagranicą”, co już nawet Radek Sikorski w swej zdekomunizowanej zonie poniał, jak sądzę. Gdyby tego było mało, to eurokratom wcale nasz bajzel prawno-polityczny nie przeszkadza, bo i oni filantropami nie są i sami się nieźle bawią pieniędzmi podatników w rządzenie, zaś kraje buforowe, zapewniające tanią siłę roboczą i rynek zbytu, (a teraz jeszcze mające płacić haracz złodziejom za korzystanie z powietrza) są znakomitym rozwiązaniem z punktu widzenia starzejącej się „starej UE”. Nie od dziś zresztą wiadomo, że im głupszą klasę polityczną ma Polska, tym większą radość sprawia to jej sąsiadom, a Niemcom przede wszystkim. Ja się tymże sąsiadom nie dziwię, że są zadowoleni z głupoty (i/lub zaprzaństwa) polskiego establishmentu, który tworzy kilkufrakcyjną, czerwono-różowo-zieloną partię zagranicy (o długoletnich tradycjach kupczenia interesem narodowym), ponieważ dla nich to żadna korzyść, jeśli Polska stałaby się poważnym i silnym krajem środkowej Europy.

Okres rządów PiS-u to była pierwsza poważniejsza (czy udana, trudno powiedzieć, wszak została po kilkunastu miesiącach walk przerwana) próba zmiany tego stanu rzeczy. Z tego też względu mówienie, że PiS ponosi odpowiedzialność za polski bajzel i łączenie PiS-u z PO w doprowadzaniu do rozwałki kraju, jest nieporozumieniem. Przecież to PO stało na czele antykaczystowskiego frontu, a więc to PO sprzeciwiało się sanacji. Gdyby PO nie wszczęło wojny, a PiS rządziłby przez 4 lata, wtedy bilans można by sporządzać i sprawdzać, na ile procesy sanacyjne zostały zakorzenione. Tak się jednak nie stało – ciemniacy chcieli za wszelką cenę dojść do władzy i drogą kłamstw, gróźb, pomówień, przeinaczeń, dezinformacji itd., tę władzę uzyskali w przyspieszonych wyborach. Jak bilans rządów ciemniaków wygląda, tego już nawet nie chcą dokonywać najzagorzalsi fani ciemniactwa, którzy w 2007 r. zapewniali, że na „cud gospodarczy” i na „Irlandię 2” wystarczy tylko cierpliwie poczekać, a którzy potem zasłaniali się kryzysem, potem „prezydenckimi wetami”, potem zaś, że to „dopiero dwa lata”, a dziś „niedoskonałościami konstytucji” (którą przecież najdoskonalsi, najświetniejsi, najmądrzejsi ludzie III RP opracowali, więc jakże może być daleka od ideału?), ewentualnie „rządami PiS-u”.

Problem podstawowy Polski od 20 lat jest ten sam. Jedni chcą nosić ciążę z peerelem jeszcze przez następne lata. Drudzy twierdzą, że ta ciąża jest przenoszona, a płód martwy. Nie ma najmniejszych szans na poprawę sytuacji Polski i Polaków, jeśli peerel będzie kontynuowany, tak jak nie ma szans na wyleczenie organizmu, jeśli pozwala się nowotworowi swobodnie rozwijać. Na pociechę można jednak dodać to, że coraz więcej osób z biegiem lat dostrzega istotę problemu, a zatem widzi, jak bardzo polskie państwo jest zdegenerowane, jak bardzo chore i z jakiego powodu. Wydaje mi się, że Jankego - przynajmniej z tego, co wynika z jego obserwacji - do tych osób jeszcze nie można zaliczyć.


http://jankepost.salon24.pl/143030,postsolidarnosciowa-oligarchia
http://engforum.pravda.ru/showthread.php?t=241360
http://www.rp.pl/artykul/61991,266362.html
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20091209&typ=my&id=my11.txt

8 gru 2009

Droga przez gospodarkę

Nie wiem, czemu, ale mnie wolne państwo kojarzy się z takim, które ma możliwość samodecydowania o swoich sprawach (nie zaś wykonywania czyichś dyrektyw), z niezależnością od sąsiadów oraz z wolnością obywateli. Nie jest to skomplikowany zestaw warunków, choć oczywiście, można by je jeszcze uszczegółowić. Wydaje się bowiem, że państwo, którego władze nie mogą podejmować samodzielnie decyzji, państwo, którego sprawami zajmują się albo wprost, albo poprzez swoją agenturę, sąsiedzi oraz państwo, w którym obywatel jest petentem dla biurokratów, karteli oraz skoligaconych ze strukturami przestępczymi oligarchów (w strojach polityków) – nie może być uznane za wolne, nawet gdyby się mocno zmrużyło oczy.

Tymczasem I. Janke, pisząc wstęp do swojej książki, opowiada to, co w gruncie rzeczy mógłby powiedzieć i T. Lis (i nawet nie wiem, czy nie mówił) w swoich „analitycznych” książkach – coś, co należy do kanonu nowomowy III RP, a więc następujące twierdzenia:

„Wolność zdobyta w 1989 roku przyniosła wiele sukcesów. Zmieniło się życie każdego z nas. Po dwudziestu latach Polska jest zupełnie innym krajem. Z satelickiego tworu uzależnionego od reżimu ZSRR stała się niezależnym państwem należącym do struktur największych instytucji wolnego świata.”

Tego typu tekstów zapewne uczy się dzieci w polskich szkołach podstawowych, ale chyba dziennikarz przyglądający się naszej rzeczywistości od dłuższego czasu, mógłby spojrzeć trochę krytycznie - i oczywiście patrzy, toteż za chwilę Janke dodaje coś zupełnie z innej beczki:

„Mimo to czujemy, że nie jest tak, jak mogłoby być. Państwo – słabe i niesprawne – nie spełnia swoich podstawowych powinności wobec obywateli. Jego najważniejsze instytucje ciągle działają tak, jakby były wrogie zwykłemu człowiekowi. Państwo polskie w ciągu ostatnich dwudziestu lat nie stworzyło niemal żadnych wielkich projektów. Nie ma ani nowych potężnych uniwersytetów, ośrodków naukowych, badawczych, centrów technologii, nie ma dróg i autostrad. To, co się udało, jest w dużej mierze zasługą przedsiębiorczych obywateli i prywatnych firm.
W pierwszej dekadzie wolne państwo polskie nie było nastawione na obsługę zwykłych obywateli. Zajmowało się przede wszystkim interesami kasty funkcjonariuszy dawnego reżimu, członków rozmaitych korporacji, towarzystw, znajomych.”


Jak można pogodzić przywołany wcześniej wstępny akapit z tymi dwoma następnymi, jeden Janke tylko wie. Jeśli bowiem państwo jest wolne i niezależne, jeśli zmieniło się nasze życie (domyślamy się, że na lepsze), jeśli należymy do struktur wolnego świata, to skąd ta lista zaniedbań, braków i patologii? Czy nie prościej powiedzieć, iż właśnie to, co skonstruowano pod koniec lat 80. (cezura 1989 jest myląca, bo komuniści zaczęli przygotowywać sobie miękkie lądowanie już wcześniej) wcale wolnym państwem wolnych obywateli nie jest? No ale wtedy wypadałoby zapytać, to co w takim razie robią w nim ludzie mediów, którzy powinni przez cały ten czas umacniania się republiki bananowej, bić na alarm. Wtedy też potrzebny byłby zbiorowy rachunek sumienia dziennikarzy, którzy przez ostatnie 20 lat stać mieli na straży obywatelskich swobód i strzec tychże swobód przed uzurpatorskimi zapędami ludzi władzy.

Do tradycji związanej z mitologicznym przekazem III RP należy porównywanie nas do krajów byłego bloku sowieckiego (w tym, rzecz jasna, do peerelu) lub krajów jeszcze uboższych, ponieważ na ich tle Polska wygląda o wiele lepiej niż gdyby zestawiono ją z poziomem cywilizacyjnym krajów zachodnioeuropejskich. W ten sposób, gdy przeciętny obywatel sobie unaoczni, że mogłoby z nim (z jego rodziną, z jego okolicą) być jeszcze gorzej, to od razu lżej mu się na duszy robi, gdy sobie spojrzy za okno (zwłaszcza jak ma widok na jakąś warszawską galerię czy multikino). Oczywiście mitologiczny przekaz właśnie w tym miejscu się urywa - nikt przecież zwykłemu obywatelowi, który ma się cieszyć i zachwycać ową III RP („taką, jaka jest”) - nie powie, że to, co widzi za oknem to fasada taka sama jak pełne sklepy za wczesnego Gierka, gdyż 1) obecne polskie życie publiczne odbywa się na jeszcze większy kredyt niż za czasów pierwszej komuny, 2) większość liczących się podmiotów gospodarczych funkcjonujących w naszym życiu gospodarczym, to podmioty z kapitałem zagranicznym (więc nie pomnażają naszego majątku narodowego, lecz wywożą zyski za granicę), 3) drakoński fiskalizm (jawny i ukryty) w Polsce i przerost biurokracji właściwie wyklucza jakikolwiek skok cywilizacyjny przeciętnych obywateli.

Dziś doszło do tego, że kapitalizm utożsamiony został z możliwością robienia shoppingu w hipermarketach, nie zaś z warunkami pozwalającymi talentem, przedsiębiorczością, sprytem, odwagą i determinacją dojść do lepszego statusu finansowego. Każdy, kto zajmował się choć przez chwilę działalnością gospodarczą w Polsce (ja się zajmowałem), wie doskonale, że jak nie zarąbie go na pierwszej prostej ZUS i biurokracja, to na drugim okrążeniu pojawią się przeszkody „wyższego rzędu”, a więc skarbówka i sitwy różnego rozmiaru (na trzecie okrążenie nie wchodzi się bez koligacji politycznych z jakimiś radnymi czy parlamentarzystami). Każdy, kto przyjrzał się choć przez chwilę już nawet nie warszawskim, lecz jakimś prowincjonalnym „kadrom” polskiej administracji, ten wie, jak wzajemnie potrafią sobie robić na złość (właśnie na gruncie działalności państwowej!), jeśli przedstawiciele tychże kadr reprezentują odmienne ugrupowania polityczne. Człowiekowi żyjącemu na Zachodzie tego typu realia nie mieściłyby się w głowie (chyba że chodziłoby o jakiś bantustan), my zaś wiemy, że innych realiów w Polsce nie ma.

Nie wzięły się one jednak znikąd, co Janke powinien wiedzieć. To bowiem była „droga przez gospodarkę”, która oficjalnie miała skutkować lepszym bytem obywateli, a tak naprawdę doprowadziła do wykształcenia się kasty czerwono-różowych oligarchów, którzy właściwie mają w swych rękach wszystko i dla których państwo stanowi jeden wielki żer. Kapitalizm polityczny, o czym obszernie pisała J. Staniszkis w swej najlepszej jak dotąd książce „Postkomunizm”, polegał na „przeskoczeniu” etapu wolnorynkowej gry, w której mogą uczestniczyć zwykli ludzie i na wprowadzeniu możliwości bogacenia się wyłącznie dla osób uprzywilejowanych (tj. związanych z szeroko rozumianym establishmentem III RP). Owszem, tzw. frajerom, a więc tym, co „uwierzyli w III RP”, pozwolono nieco więcej niż za peerelu zarabiać (trzymać ludzi na bydlęcym poziomie jak za sowietyzacji nie było możliwe, bo by zmietli „klasę polityczną”), ale tylko po to, by jeszcze więcej przekazywali państwu w formie najrozmaitszych danin, bez których establishment nie mógłby się bawić tak, jak się bawi na nasz koszt od 20 lat.

Na tym jednak nie koniec, bo przecież – o czym niedawno pisał obszernie B. Wildstein – J. Kaczyński (obok niego i inni, jak choćby A. Macierewicz czy J. Olszewski) wskazywał od pierwszych lat na patologiczność mechanizmów państwotwórczych i gospodarczych w III RP. Wizja radykalnego przełomu to nie było coś, co - jak pisze Janke - wymyślił R. Matyja z P. Śpiewakiem, ale co było obecne dużo wcześniej w myśli środowisk antykomunistycznych. To właśnie koncepcję radykalnego przełomu, wprowadzaną w życie za czasów kaczystów – torpedował establishment III RP z całym szwadronem „ludzi mediów”, którzy nawet nie chcieli słyszeć o jakimś „nowym początku”, a już nie daj Boże o lustracji, dekomunizacji i rozliczeniu. Dwa lata rządów kaczystów stanowiły więc nieustanną szarpaninę z tymi środowiskami, w których prym wiodła przecież - obok trzęsących się ze strachu czerwonych - ciemniacka „Platforma Obywatelska”. I to ta ciemniacka „PO” szła do przyspieszonych wyborów w 2007 r. jako „wyzwolicielska” z kaczystowskiego putinizmu ze swoją kompletnie idiotyczną (ale skuteczną, bo w Polsce ludzi ciemnych nie brakuje) kampanią o „cudzie gospodarczym” i „drugiej Irlandii”. Swoją drogą, zaraz po przejęciu władzy ciemniacy zaczęli się umizgiwać do Putina (choć przecież „putinizacja” Polski miała oznaczać coś strasznego). Jeśli więc dziś Janke wini PiS za polskie patologie, to chyba w trakcie 20-letniej lekcji historii był na wagarach.


http://jankepost.salon24.pl/142818,pis-i-po-zmarnowane-cztery-lata
http://www.rp.pl/artykul/401578_Wildstein__Apologia_Kaczynskiego.html

7 gru 2009

Co dalej z ciemniakami?


Wbrew temu, co sugeruje M. Migalski, nikogo w PO żaden czart nie opętał. To, co wyrabiają ciemniacy, podyktowane jest chłodną kalkulacją wynikającą z poczucia bezkarności i całkowitej kontroli nad sytuacją społeczno-polityczną. Oczywiście, to nie PO ma tę kontrolę, lecz służby, które doglądają mechanizmu III RP, mechanizmu, którego ciemniacy są istotnym elementem.

Pod względem propagandowym i pod względem „prowadzenia się” establishmentu tejże III RP, mamy powrót do epoki gierkowskiej, z jej ostentacyjną wprost degrengoladą „szczytów władzy”. Jednakże, pod względem tego, jak wygląda samo nasze społeczeństwo, to się udało osiągnąć stan z czasów dyktatury ciemniaków, czyli gomułkowszczyznę, wtedy bowiem protesty społeczne były odosobnione i nie skoordynowane. Gdy protestowali studenci, to podburzano przeciwko nim robotników, a gdy protestowali robotnicy, to studenci wzruszali ramionami. Dzisiaj jest podobnie – protesty jednych grup zawodowych są przeciwstawiane „wzorowej postawie” (lub przynajmniej „niefikaniu” przeciwko władzy) innych grup. Dochodzi do tego, że stolicę najeżdżają przeciwko ciemniakom stoczniowcy, pałuje i polewa ich policja, której przedstawiciele protestują przeciwko ciemniakom kilka miesięcy później, domagając się swego. Zresztą wyliczanie środowisk, które po dwóch latach ciemniackich rządów domagają się poprawy swojej sytuacji, nie ma większego sensu, gdyż o tych wszystkich akcjach już słyszeliśmy, zwłaszcza że były przedstawiane przez „ludzi mediów” w odpowiednim, zdeformowanym świetle, zgodnie ze staropeerelowską zasadą „zgoda buduje, niezgoda rujnuje”.

Ale i PiS nie jest bez winy. Gdy w tym roku doszło do obchodów 20 rocznicy „okrąglaka” i „wolnych czerwcowych wyborów”, to przecież i PiS się dołączył do zabawy, jakby faktycznie było z czego się cieszyć i co świętować. Gdyby tego było mało, to obecnie PiS, zamiast zdecydowanie się przeciwstawiać ciemnocie związanej z globalnym ociepleniem, która sprowadza się do żyłowania krajów o gospodarkach rozwijających się, też uważa, że „sprawy klimatu” są bardzo ważne. Nawiasem mówiąc, niedawno czytałem o jakimś „sondażu”, zgodnie z którym wyszło (już wyszło, tacy goście są szybcy), że Polacy gremialnie zgadzają się co do tego, żeby dla ochrony klimatu „więcej płacić”. Mam nadzieję, że kiedyś jakieś kamienie młyńskie będą wisieć u szyi tych, co wciskają Polakom tę ciemnotę w postaci takich właśnie „badań”. „Światu grozi kataklizm, jeśli nie zaczniemy działać”, alarmuje K. Niklewicz w tekście na łamach „GW”, zamiast napisać po prostu: „Światu grozi kataklizm, jeśli nie zaczniemy płacić wyższych podatków i innych danin przychylającej nam nieba biurokracji”. Czy ktoś bowiem widział, by biurokracja i te zagony podnieconych dziennikarzy i dziennikarek zatroskanych o klimat rezygnowały z drogich aut, druku ton papierzysk, zużywania energii w znakomicie wyposażonych biurach, stołowania się po najdroższych restauracjach itd. - „dla dobra Matki Ziemi”?

Co tam jednak sprawy niebieskie (vel klimatyczne), skoro mamy na ziemi polskiej tyle „zmian klimatycznych”, jak choćby niedawne i głośne wywalenie z komisji hazardowej posłów PiS-u właśnie. Otóż ja do tej pory nic o tej komisji nie pisałem z tego względu, iż uważałem, że w ogóle nie należało do niej wchodzić, gdy tylko się okazało, że ciemniacy będą za jej pomocą badać... hazard za czasów kaczystów. PiS powinien był porzucić tę komisję już na samym początku, a skoro tego nie zrobił, to zalecam mu, by odstąpił od jakiegokolwiek udziału w jej pracach teraz. Niech sobie ciemniacy dokooptują Rycha i ewentualnie tego specjalistę od śrub, co dzwonił do Kornatowskiego, niech wezmą Daukszewicza, Sianeckiego czy Miecugowa; nawet Hołdysa – i niech debatują nad czym sobie tam chcą, a TVN24 i TOK FM niech to sobie komentuje zgraja porannych mędrców. Zresztą w piątek rano, wlokąc się przez Warszawę, słuchałem z nudów tych Wołków, Żakowskich i Lisów, i doszedłem do wniosku, że ci goście nawet się specjalnie nie przygotowują do rozmów na antenie, tylko tak sobie gadają, co im tam akurat ślina na język przyniesie (Wołek jak zwykle o pisowskim zagrożeniu dla demokracji), tak jakby sobie przy ognisku siedzieli – pełny profesjonalizm albo dziennikarstwo po stołecznemu. Stolicznoje :)

By the way, nie ma dnia, by w „publicznej Jedynce” lub „publicznej Trójce” dziennikarze stołeczni nie biadolili na temat finansowania „mediów publicznych, a zwłaszcza publicznego radia”, wymieniając, z czego to już trzeba zrezygnować (to zresztą interesując, że cięcia nie obejmują co głupszych dziennikarzy czy prezenterów, a znalazłoby się ich i w Jedynce, i w Trójce na kopy) – nikomu zaś nie ciśnie się jakoś na usta słowo potępienia dla premiera Tuska czy dla Gleba, że o Jamajce czy Grasiu nie wspomnę, którzy od pierwszych miesięcy po przejęciu przez ciemniaków władzy, nawoływali słuchaczy i widzów do niepłacenia abonamentu i do jego likwidacji. Ciekawa logika. Ciemniacy rozwalili swoim propagandystom media publiczne, a ci propagandyści teraz nie wiedzą, jak tu przetrwać, jednak ręki, która przestała karmić też nie chcą kąsać.

O ciemniactwie ciemniaków świadczy właśnie akcja z rozwalaniem mediów publicznych. Ja rozumiem, że za kaczystów w tych mediach za dużo było oszołomów i „Salon” zgrzytał zębami po każdym oszołomskim felietonie na antenie (na Czerskiej musieli mieć wtedy jakieś ambulatorium dla wczesnozawałowców), no ale skoro oszołomów zaraz po wyborach wyczesano do spodu, to przecież po uczynieniu z mediów publicznych prorządowych kołchoźników, należało je dofinansować, a nie osłabiać. Każdy by na to wpadł, poza ciemniakiem, który do tego stopnia chce się odwdzięczyć wspieranym przez specsłużby mediom komercyjnym, które utorowały mu drogę do władzy, że nawet zniszczy to, czego niszczyć nie musi. To tak samo jak Ruscy, co „po wyzwoleniu” palili sobie ogniska z zabytkowych obrazów w polskich pałacach.

Wróćmy jednak do PiS-u – ten bowiem powinien pomyśleć nad rozszerzeniem akcji obywatelskiego nieposłuszeństwa na inne – poza komisją hazardową - instytucje, które stopniowo są skutecznie paraliżowane przez ciemniaków i specsłużby. Polskie państwo stało się dysfunkcjonalne, po prostu, zaś ciemniacy trzymają się władzy jak ekipa Gomułki czy Gierka, która wie, że już do władzy nie wróci, jeśli ustąpi. Niewykluczone, że gabinet ciemniaków runie pod ciężarem własnej indolencji i tępoty, jeżeli jednak do tego by nie doszło, to ten rząd trzeba zwyczajnie obalić, do tego zaś jest potrzebna skoordynowana, jednoczesna akcja protestacyjna wielu grup zawodowych.

http://www.niezalezna.pl/article/show/id/28294
http://wyborcza.pl/1,75478,7333625,Dreczy_nas_klimat.html

1 gru 2009

Same dobre wiadomości


Niektórzy ludzie dla swoich pięciu minut w mediach na świecie robią różne oryginalne rzeczy i stają się bohaterami dla wielomilionowej, telewizyjnej widowni. Jest wprawdzie takie powiedzenie, że ktoś może być królem przez jeden dzień, a głupcem przez całe życie, jednak prawda ta nie zraża śmiałków i, jak pamiętamy, jeden z irackich dziennikarzy (legendarny Zeidi) zasłynął kiedyś aktem bohaterskiego rzucenia butem w prezydenta G. W. Busha. Jak jednak dowiadujemy się dzisiaj, tenże Zeidi, przybywszy na swoją konferencję prasową do Paryża, by „opowiadać o swoich przeżyciach” (bo akurat tak się złożyło, iż musiał za walkę ze złem odsiedzieć trochę mimo protestów solidarnego środowiska ludzi mediów), sam omalże nie zaliczył buta, którego w niego cisnął jakiś inny śmiałek – tego ostatniego zaś jeszcze media nie zidentyfikowały, ale zasłynął on przy okazji tym, że brat Zeidiego swojego buta za tymże „zamachowcem” posłał.

Historia trochę jak z burleski, w której ludzie pakują sobie w kulminacyjnym momencie torty na twarz, ale mimo wszystko pouczająca, bo potwierdzająca prastarą radę, by nie czynić drugiemu, co nam niemiłe. Inna ciekawa historia przytrafiła się dzisiaj „prezydentowi „UE””, który przybył do Włoch, gdzie premier Berlusconi przywitał go utyskiwaniem na temat złych manier. Ja nawet nie przypuszczałem, że Włosi są tacy punktualni, lecz hasło „Zacząłeś dobrze, ale przyjechałeś z godzinnym opóźnieniem, a mediolańczycy znani są z wielkiej pracowitości i punktualności. Przy obiedzie nauczę cię, jak być punktualnym”, jest dla mnie cytatem dnia. Widać bowiem, że „prezydentura” van R. nie będzie należała do najłatwiejszych, jak to się mówi w języku dyplomatycznym. Jeszcze więc nie nacieszyliśmy się, jakie to mamy światłe władze unii i same te władze się jeszcze swą władzą nie nacieszyły, a już sobie z nich robią jaja co poniektórzy szefowie państw. Wprawdzie butami nie rzucają, ale czy tego typu reprymenda nie jest gorsza niż latający but? Najwyraźniej Berlusconi nie traci włoskiego wigoru, z którego skądinąd słynie w sferach najstarszego zawodu świata.

Dla nas jest jednak pociecha taka, że nie taki straszny ten świat, jak go nam w mediach pokazują. Oczywiście nie każdy może sobie pozwolić na takie klepanie po plecach prezydentów czy premierów, ale też są liderzy i „liderzy”. Jedni poklepują, a inni bywają poklepywani. Ci ostatni mogą się pocieszać myślą, że jeszcze może być tak, iż role się odwrócą. A jeśli nawet miałyby się nie odwrócić (różnie na tym świecie bywa), to od czegóż są ludzie dobrej woli, pracujący w środkach masowego przekazu, co potrafią krzepić niejedno skołatane serce? Oto w wieczornej „kronice sportowej” wysłuchałem reportażu o „orlikach”, które „stały się nowymi centrami kultury”, ponieważ, grają na nich od świtu do godz. 22. dzieci, młodzież i dorośli. Skutek jest taki, że młodzi nie piją piwa, nie narkotyzują się (jak opowiadała szatniarka), a dorośli nie palą papierosów i nie piją wódki (a jak piją i palą, to są wypraszani z boiska). Jeden z tzw. przypadkowych przechodniów, co właśnie szedł koło boiska stwierdził, że nie tylko kultura uszlachetnia, ale i sport. I to właśnie, pomyślałem, powinien był dzisiaj powiedzieć premier policjantom w Warszawie – wyjść do okna, uchylić je nieco i zawołać: więcej ruchu na świeżym powietrzu, panowie i panie! No, chyba, że się obawiał, że ktoś w szybę butem rzuci.


http://www.rp.pl/artykul/400067_Powrot_latajacego_buta.html
http://www.tvn24.pl/-1,1631568,0,1,berlusconi-skarcil-prezydenta-ue,wiadomosc.html

Eschatologia po polsku


Mam nadzieję, że nie znajdzie się zaraz jakaś podła kreatura, co ośmieli się dopytywać, czy przez te dwa ciągnące się w nieskończoność miesiące życia pozagrobowego (tzn. pozasejmowego), które pochłonęło Gleba, brał on pieniądze z racji pełnienia w polskim parlamencie rozmaitych funkcji. Odpoczynek bowiem też należy poczciwym ludziom finansować, zwłaszcza jeśli wiąże się on z rozmaitymi wyrzeczeniami charakterystycznymi dla politycznego czyśćca. Oczywiście w naszym kraju porządek świata jest nieco odwrócony aniżeli w klasycznej, religijnej eschatologii. U nas mamy niebo na ziemi (obszar westchnień każdego, kto żyje z dala od polityki – sfera wielkich pieniędzy, drogich służbowych samochodów, luksusowych restauracji, nieustającej zabawy, błysków reporterskich fleszów oraz studyjnych, telewizyjnych reflektorów), z którego można trafić do czyśćca „zwykłego życia szaraków i frajerów” lub też - niech ręka boska broni - do piekła „politycznego niebytu”.

Każdy, kto żyje w niebie, jest zadowolony i się śmieje od ucha do ucha. Jak jednak wiemy, niebianom życie popsuć może niejeden demon, którego podstawowym celem jest pozbawić jakiegoś niebianina statusu niebieskiego i rzucić w czeluść „zwykłego życia” albo jeszcze gorzej „politycznego niebytu” właśnie. Co zaś robi taki demon? Krąży i jątrzy. Cholernie jątrzy. Temu coś do ucha powie, tamtemu zasieje w sercu wątpliwość, tego skusi, tamtego przymusi – i tak od słowa do słowa, zasiewa kąkol na polu politycznej pszenicy. Co gorsza, im człek uczciwszy, im bardziej prostolinijny, nieskomplikowany, trzymający się pewnych zasad, im lepiej mu z oczu patrzy, im gębę ma taką bardziej swojską – tym większe sidła demon zastawia na niego. Im taki niebianin skromniejszy, im bardziej pracowity – tym złośliwiej jątrzy taki demon ohydny. Wiadomo bowiem, że człek poczciwy to nawet ze zwykłej naiwności czy prostoduszności skusić się na coś może. Na to właśnie demon czyha chytrze. Przykładowo, ktoś chce grób siostry odwiedzić, zadumać się nad przemijaniem tego świata i nieuchronnym kresem ludzkiego żywota, a tu demon pośle na cmentarz właśnie jakiegoś szemranego biznesmena. By pojątrzyć, by poczciwca zdybać, by skusić podle.

Na szczęście, nie tylko nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, ale i żaden czyściec nie trwa wiecznie, o czym wie niejedna dusza czyśćcowa z polskiego establishmentu. Siedź w kącie, znajdą cię. A po jakimś czasie takiego siedzenia, można w podskokach iść znowu do nieba i do niebian.

Tymczasem na naszych oczach dokonuje się zlot aniołów stróżów, którzy oblegli niebiańską stolicę. Niebiesko się zrobiło w środku Warszawy. Należy żywić nadzieję, iż żaden demon nie podkusi tychże aniołów, by rękę na jakiegoś niebianina podnieśli. Wtedy bowiem nie tylko niebiosa by się zatrzęsły, ale i nastałby prawdziwy koniec tego świata.

http://www.tvn24.pl/0,1631462,0,1,chlebowski-wracam-do-polityki--stane-przed-komisja-sledcza,wiadomosc.html

Potrzebne są zmiany


Iluż to mąk piekielnych uniknęliby postępowcy w polskim piekiełku, gdyby nie oszołomstwo, które sypie piach w tryby tak, jak za dawnych czasów, gdy postępowcy walczyli z amerykańskim imperializmem i kontrrewolucją. Wprawdzie dzisiaj azymut ideologiczny wyznacza postępowcom brukselskie politbiuro, ale zapał w walce ze stonką ziemniaczaną na polach uprawnych urawniłowki jest ten sam, jeśli nie większy, skoro okazuje się, iż stonki przybywa.

Niezawodna (od dziesięcioleci) w walce ideologicznej, komunistyczna „Polityka”, staje oto do beznadziejnej i przez to budzącej wielkie nasze współczucie obrony – jakżeby inaczej – wolności słowa, wolności przekonań i wolnej debaty publicznej, z którymi to ideałami redakcji tego komunistycznego tygodnika zawsze było po drodze. Obrona beznadziejna, ponieważ okazuje się, psiakrew, że oszołomstwo zdominowało debatę. M. Janicki i W. Władyka, dwaj niezłomni (chciałoby się rzec niemalże: dysydenci), którzy na własnej skórze przeżyli IV RP, a pręgi po biczowaniu świecą sino na grzbiecie tychże publicystów po dziś dzień, stwierdzają, ku naszej zgrozie:

„W dyskusji publicznej szerzy się nowa metoda: sprowadzanie racji przeciwników do absurdu za pomocą histerii. W sporach o in vitro, prawa gejów, obecność krzyży, aż po świńską grypę.”

Domyślamy się, że skoro tak ostro się tekst zaczyna, to jak u Hitchcocka, napięcie będzie cały czas rosło. O co chodzi z tą nową metodą odkrytą przez specjalistów z komunistycznej „Polityki”?

„Nawet jeśli czasami pojawiałaby się u nas jakaś szansa na wymianę poglądów, z reguły jest ona likwidowana na progu niepohamowaną licytacją oświadczeń nie do podważenia. Wyprowadzane są już nie ideologiczne armaty, ale wyrzutnie rakiet strategicznych. Celują w tym politycy i publicyści konserwatywni, bo to oni i ich wartości mają być przedmiotem niebywałego ataku.”

O kogo konkretnie chodzi? A, o paru oszołomów z „Rz”, którzy bronią, „swoich wartości”. W myśleniu każdego komunisty wartość uniwersalna jest wtedy, gdy podziela ją brać komunistyczna – natomiast wartości podzielane przez konserwatystów są nie tylko oszołomskie (wartości cholernego polskiego kołtuna), ale z reguły prywatne, subiektywne, nieważne, śmieszne itd. Tego typu myślenia redakcja komunistycznej „Polityki” trzyma się wiernie bez względu na zmiany „ustrojów politycznych”. To się nazywa „stanie na straży”.

Tedy M. Magierowski ośmielił się oburzyć na niedawno rozpoczętą walkę z krzyżami i stwierdzić o fundamentach „nowej Europy”: „Dzisiaj łączy nas: traktat lizboński, MTV, pełny brzuch, wakacje na Ibizie oraz tolerancja dla gejów” - a przecież tak nie można. Tak się nie robi.

Co nam radzą bracia z komunistycznej „Polityki”? Radzą nam, co o tym wszystkim myśleć:

„...w Polsce nie ma jednolitej i zwartej opinii, nie brak głosów – nieraz samych katolików – że wyrok Europejskiego Trybunału jest mądry i ma swoje głębokie uzasadnienie i korzenie sięgające właśnie podstawowych sensów i wartości cywilizacji europejskiej. Że swoistym barbaryzmem jest odbieranie miejsca we wspólnocie cywilizacyjnej i kulturowej wszystkim, którzy przeżywają duchowy kontakt z kościołem Mariackim czy malarstwem Rembrandta, ale nie chcą krzyża w szkole publicznej, bo są po prostu niewierzący lub wierzący bardzo inaczej. Albo nawet są gejami.”

Wiemy więc już, iż obrona krzyży uchodzi za barbarzyństwo (no bo chyba dobrze odczytałem intencje niezłomnych wyrażone w tym fragmencie?). Wprawdzie jeszcze „swoiste” barbarzyństwo, ale kto wie, czy za parę tygodni, w kolejnej analizie Janickiego i Władyki, nie wyjdzie, że „ewidentne i niebezpieczne”. Sami widzimy, na co nam przyszło – ludzie w walonkach uczą szlachtę, jak ma się prowadzić. No ale nic, jak się nie rozliczyło komunizmu, to takich i specjalistów od ethosu i „granic dyskursu społecznego” mamy.

„Ostrożna rozmowa na temat jakiejś formy legalizacji (rejestracji) związków jednopłciowych uruchamia od razu tę samą metodę polemiczną (proszę poczytać Terlikowskiego czy publicystów „Rzeczpospolitej”). Związki partnerskie to krok do żądania małżeństw homoseksualnych, a potem konsekwentnie prawa do adopcji dzieci, a więc także swoistej legalizacji pedofilii oraz dalszej propagacji zachowań homoseksualnych, tym samym podważania instytucji rodziny.”

Janicki i Władyka chcą nam w ten sposób powiedzieć, że histerycy sobie cały ten ciąg zdarzeń imaginują, czyli, że coś takiego jak konsekwentne poszerzanie „praw” i tym samym sankcjonowanie patologii społecznej związanej z „małżeństwami homoseksualnymi”, nie zachodzi. Nie wiadomo więc, czy ci ludzie są tak ślepi, że tego rodzaju procesów nie dostrzegli w różnych krajach Zachodu, czy też są tak tępi, iż sądzą, że inni tego nie dostrzegają. Nie to jednak, że oszołomstwo cały czas zjadliwie „nadaje” (jak kiedyś Bibisyn czy inna szczekaczka imperializmu wpuszczające zatrute treści w eter) najbardziej przeraża niezłomnych, lecz to, iż nie jest to „obsesyjne, niszowe myślenie”: „Takie poglądy wyznaczają dzisiaj główny nurt, z którym muszą się mierzyć ewentualni reformatorzy. To zwolennicy zmian (choćby większej wolności wyboru) stoją przed koniecznością udowodnienia swoich racji, a często nie mają szans nawet rozpocząć dyskusji, gdyż przeciwko nim od razu wystawiany jest obrazek apokalipsy, która czyha na końcu drogi, na jaką chcą wejść reformatorzy.”

Taka jest nieszczęsna dola reformatorów w naszym kraju już od kilkudziesięciu lat. „Sztandar Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wyprowadzić...”, powiedział kiedyś M. F. Rakowski, gdy u bram i okien PKiN-u zomole bronili (w „wolnej Polsce”, rok 1990) komuny przed obywatelami. Sztandar wyprowadzono, ale po rozmaitych redakcjach i chałupach towarzyszy ciągle wiszą piękne repliki. A czerwonych pełno wszędzie, jakby ich dalej jakaś tłocznia na świat wydawała.

http://www.polityka.pl/kraj/analizy/1501267,1,debata-publiczna-wg-zasad-iv-rp.read