30 lis 2009

O ADHD


Odkąd w trakcie obławy na tygrysa (maj 2002), który uciekł z cyrku, zastrzelono weterynarza, wiemy, że w Polsce można się spodziewać wszystkiego. Dziś rano właśnie sobie uzmysłowiłem, że pisałem wiele razy o złodziejach, a przecież w życiu widziałem może jednego prawdziwego złodzieja – takiego, co kiedyś przed laty ukradł mi radio po rozbiciu szyby w moim aucie. Widziałem go na sali sądowej, bo policja go schwytała. Na tej sali zresztą była kupa śmiechu, bo gdy na pytanie sędzi, po co właściwie gostek kradł (chłopak miał chyba z 18 lat, a moje radio nie było pierwszą jego zdobyczą), ten odpowiedział szczerze, że kradł po to, by sprzedawać potem i mieć ze sprzedaży pieniądze na różne rzeczy – wtrącił się jego adwokat, który powiedział, że nie da się wykluczyć, iż ten młody człowiek konfabuluje i że mógł sobie to wszystko wymyślić. Na szczęście sędzia jedynie skwitowała ten występ (młodego) adwokata tylko wymianą z nim spojrzeń, bo jak się później okazało, gdy zaprowadzili mnie policjanci do miejsca, gdzie składowali odzyskane od złodzieja rzeczy, sporo tych odbiorników było. Niestety, mojego akurat nie odnalazłem.

No ale co tam, grunt, że złodzieja złapano – chociaż, jak podpowiada jakiś głupi głos w głębi duszy – miejmy nadzieję, iż trafił za kratki, bo z tym różnie bywa. Jeden znajomy bowiem opowiadał mi, że wielu złodziei w Polsce, owszem, łapie się, lecz też niedługo po złapaniu wypuszcza... ale może wystarczy tych opowieści, skoro są takie ważne sprawy wokoło. Otóż, jak słusznie donosi Chłodny Żółw, genialny J. Buzek ruszył do akcji, jako przedstawiciel wolnego świata (tego wolnego, co komunizm własnymi ręcami obalił chirurgicznym cięciem, tj. bez jednego wystrzału i jednej szubienicy, jak wiemy) i zaczął strofować N. Farage'a w trakcie jego płomiennego i szyderczego wystąpienia dotyczącego „prezydenta „UE”” oraz „szefowej dyplomacji”.

Farage faktycznie wnosi ducha sprzeciwu do skostniałej struktury komsomołu, tzn. tfu, „parlamentu europejskiego”, zaś słuchanie jego wypowiedzi to miód na serce każdego zdrowo myślącego człowieka. Oczywiście dla uniofilów, czyli ludzi rozkochanych w eurokracji, te wystąpienia są jak kubeł zimnej wody, ale warto przy tej okazji zwrócić uwagę na dwie rzeczy (znowu nasuwające skojarzenia z sowietyzmem). Primo, do tego już doszło, że uniofile/eurokraci dostają drgawek na same szyderstwa pod ich adresem – chodzi więc tylko o jakieś krytyczne głosy, może i prześmiewcze, ale tylko głosy, nie zaś jakieś antyunijne działania (co więc będzie, gdy powstanie za jakiś czas antyunijny ruch obywatelski w Europie?). Secundo, jak błyskawicznie w rolę „ormowców Unii” wchodzą polscy politycy, którzy hasła wolności, wolności słowa, swobód obywatelskich, demokracji etc. niemal codziennie odmieniają przez wszystkie przypadki.

Chłodny Żółw ma rację, podkreślając, że na razie to „stanie na straży unijnego prawa i unijnego porządku” idzie naszym salonowym lwom dość niemrawo – wystarczy posłuchać angielszczyzny podenerwowanego, przewalającego kartki, telepiącego mikrofonem i trzęsącego okularami Buzka, ważne jednak jest to, że tak szybko i tak gorliwie w te role ci ludzie wchodzą. Dla każdego bowiem rozsądnie myślącego człowieka (nie musi być nawet uniosceptykiem czy „antyunitą” jak ja), to co mówi Farage powinno skłaniać raczej do refleksji niż oburzenia. Jeśli (już słynna) Ashton nigdy nie została wybrana przez jakąś grupę obywateli na jakąkolwiek z funkcji publicznych, a swoją karierę zaczynała jako prosowiecka aktywistka w Wielkiej Brytanii, to zwłaszcza takiemu Buzkowi powinny siwe włosy dęba stanąć. On jednak, jak wiemy, „wybór” (raczej mianowanie przez politbiuro) Ashton skwitował uwagą, że będzie kobieta we władzach „UE”. Jeśli ktoś plecie takie banialuki, to można jedynie powinszować rozpoznania politycznej rzeczywistości, w której się obraca.

Z kolei (już słynny, choć jak złośliwie dodaje Farage, dla niego ruch uliczny w Pekinie nie zostałby zatrzymany, a przecież tenże „prezydent unii” będzie zarabiał więcej niż Obama) van Rompuy błysnął, jak już kiedyś pisałem, pomysłem ujednolicenia symboliki unijnej we wszystkich krajach, kosztem usunięcia symboliki narodowej oraz ujednolicenia podatków we wszystkich „państwach członkowskich” (dla nas to wieść znakomita, bo wciąż płacimy za niskie i nie odczuwamy fiskalizmu). Zwróćmy też uwagę na wystąpienie „europosłanki” z Węgier (Herczog), która kwituje krytyczne uwagi Farage'a jakimś głupkowatym przysłowiem o małpie co na drzewo się wspięła, by d... pokazać. Węgry jak wiemy, to też (jak nasz) kraj, który na własnej skórze doświadczył dobrodziejstw sowieckiej dyktatury, więc tym bardziej jego przedstawiciele powinni być wyczuleni na antydemokratyczne mechanizmy superpaństwa. Ale gdzie tam! Kobita wstaje oburzona, jakby jej ktoś kawę na ubranie albo na głowę wylał. No i angielszczyzna też warta odnotowania.

Zauważmy jedno - jeszcze dobrze nie umieją mówić (!) ci „reprezentanci” posowieckiej Europy, ale już wiedzą co i jak mówić w euro-nowomowie. To zjawisko ideowego ADHD warto śledzić, bo już kiedyś z komsomolcami mieliśmy do czynienia.

http://chlodnyzolw.salon24.pl/141321,jerzy-buzek-kontra-nigel-farage-walka-stulecia
http://www.naszdziennik.pl/bpl_index.php?typ=sw&dat=20091121&id=sw03.txt

28 lis 2009

Kiedy wróci Dieduszka Maroz?


Gdy się czyta takie felietony, jak ten z „Newsweeka” można zwątpić w powagę zawodu dziennikarza. Oczywiście nikt nie twierdzi, iż dziennikarze muszą być poważni i muszą na serio analizować bieżące wydarzenia, tak się jednak składa, iż to dziennikarze stanowią najczęściej pojawiających się w mediach komentatorów tego, co się dzieje i biada temu, kto ośmieliłby się głosić, że dziennikarze się jedynie nadymają jak indory.

Czytam tedy – nie wiem – analizę czy swobodną refleksję; tekst oniryczny czy alegoryczny – coś w każdym razie na temat Rosji, zatytułowane, żeby było śmieszniej „Pierwszy zamach Miedwiediewa”. (Znamy już ten fajny trynd od wielu lat w języku naszych mediów (zwłaszcza w tytułach tekstów), gdzie kalambur ściga kalambur, tak jakby pewnych rzeczy nie dało się sensownie po polsku powiedzieć). Ktoś mógłby z tego tytułu wywnioskować przecież, iż to Miedwiediew, czyli prezydent Rosji jest zamachowcem. No ale mniejsza z tym, przecież nie będziemy się bawić w warsztaty dziennikarskie. Poza tym ci ludzie za klecenie takich „felietonów” biorą pieniądze, warto pamiętać.

Przejdźmy więc do rzeczy. Otóż z tekstu dowiadujemy się, że Rosja jest niestabilna za Miedwiediewa, tak jak była niestabilna, gdy Putin zaczynał rządy i dowiadujemy się, iż za dzisiejszym kolejowym zamachem stoją skini. Gdy się z tego tekstu tyle mądrych rzeczy dowiedziałem, to mi się od razu przypomniał nazi-skin z serialu „Ekipa” grany przez B. Szyca, który w Polsce porywa i przetrzymuje żydowskich artystów. Kto nie widział, niech sobie obejrzy – w serialu nie tylko takie genialne rzeczy były. Jest bowiem inny trynd w mediach, by za wiele mrocznych stron tego świata obwiniać skinów czy kiboli, choć oczywiście najlepiej to oszołomów. Z tymi kibolami to pewnie coś jest na rzeczy, skoro potrafią wnosić na stadiony transparenty z przekreślonym sierpem i młotem, jakby nie słyszeli, że 20 lat temu komuniści obalili komunizm z pomocą L. Walesy.

Pamiętam, jak jeszcze w latach 80. można było w takiej gazecie jak „Prawo i Życie” (kto widział, ten wie) przeczytać o zagrożeniu, jakie skini niosą dla Rosji. W artykułach opisywano ze szczegółami, ile czasu tacy skini spędzają na siłowni, że noszą obcisłe ubrania podkreślające bicepsy, że nikogo się tacy nie boją i że w ogóle zadzierać z nimi jest nie za wesoło. W Polsce zresztą też skinami straszono w owym czasie, co pozwalało zwiększać kontyngenty pał na ulicach (no bo trzeba było pilnować prawa i porządku, i strzec praworządnych obywateli przed chuliganami). Gdy po „obaleniu komunizmu” okazało się, że za rozmaitymi czołowymi „nazistami” w Niemczech (słynny skandal z NPD) czy Rosji stoją służby specjalne, nietrudno było się domyśleć, gdzie tak naprawdę rodzą się wielkie zagrożenia.

W Rosji nie tylko dokonano kolejnego zamachu, ale z Rosji dochodzą słuchy, że milicja „gwałci i zabija” (link poniżej). Dla kogoś, kto czytał książki A. Litwinienki nie jest to nowość, choć rzecz jasna zbrodnie rosyjskiej milicji przy zbrodniach rosyjskiej Bezpieki i wojskówki to naprawdę małe piwo. Jeśli bowiem ktoś potrafi zorganizować zamachy na ludność cywilną własnego kraju, by następnie ścigać za te zamachy ludność jakiejś republiki (a tak przecież było z „odwetem” na Czeczenach za „zamachy w Rosji”), to wszystko zaś po to, by dojść do prezydenckiej władzy - to przy tego rodzaju zbrodniach morderstwo dokonane przez jakiegoś milicjanta wygląda niemalże jak wypadek przy pracy.

„I wreszcie uderzono w Rosjan, a zamachu, jak wynika z pierwszych doniesień, dokonali Rosjanie. Nie należy oczywiście wysuwać pochopnych wniosków w kilka godzin po zdarzeniu, ale pierwsze tropy prowadzą do skrajnych nacjonalistów. Nie wiadomo, czy organizacja Combat 18, czyli wyjątkowo mocna w Rosja międzynarodówka skinheadów rzeczywiście stoi za zamachem.
Jednak rosnące w siłę nacjonalistyczne podziemie już dawno przestało być w Rosji jedynie ulicznym folklorem i marginesem. Ogoleni na łyso radykałowie w czasie dekady Putina byli traktowani przez władze z pobłażliwością. To był czas wojny w Czeczenii, a Putin budował opartą na imperializmie i pewnych elementach nacjonalizmu ideologię państwową.”


Gdyby to był tekst z „Machiny” czy innego pisma „dla młodzieży”, to można by się nawet uśmiechnąć, ale jeśli ktoś wierzy, że w Rosji jacyś skini mogą wysadzać pociągi, to lepiej, żeby felietonów na ten temat nie pisał. Rosja od roku przeżywa kryzys gospodarczy i boryka się z rosnącym niezadowoleniem społecznym – nic zaś tak nie cementuje Rosjan, jak jakiś zewnętrzny wróg, który za zło tego świata odpowiada. Czeczenów niewielu już zostało, więc nie zdziwiłbym się, gdyby ci naziści okazali się po błyskawicznym śledztwie Gruzinami, którzy są w zażyłych kontaktach z Al-Kaidą. No i, co naturalne, Miedwiediew nie jest prezydentem na trudne czasy, tak jak nie był nim Jelcyn, jak pamiętamy. Prezydentem na trudne czasy jest po prostu Putin.

http://newsweek.salon24.pl/141032,pierwszy-zamach-miedwiediewa
http://www.dw-world.de/dw/article/0,,4148067,00.html
http://www.psz.pl/tekst-17356/Rafal-Lisiakiewicz-Specsluzby-afery-kremlowskie-a-dojscie-Putina-do-wladzy
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80277,7305728,Rosyjska_zgnila_milicja.html

27 lis 2009

Zostawcie baszę (nie tylko Jamajkę)


Dziwię się „Faktowi”, że się oburzył na to, że basza Komorowski z obstawą BOR-u pojechał wczoraj zrobić zakupy w perfumerii i zaparkował służbowe auto w miejscu, gdzie jest zakaz parkowania. Należałoby raczej zachwalać, że Jamajkę stać na takie zdrowe szaleństwo. Narzekamy przecież przy każdej okazji, że ludzie władzy w naszym kraju są pozbawieni jakiegoś polotu, ciemni, niekumaci, drętwi, głupawi, nieuczciwi, skorumpowani, chamscy, obłudni, zdeprawowani, wulgarni, gołosłowni, krzykliwi, bez sumienia, zakłamani etc., a tu nagle kogoś stać na taki piękny gest.

Nie tylko cesarz ma prawo mieć klawe życie, ale i marszałek. Każdemu wolno kochać. Miło szaleć, kiedy czas po temu i w ogóle to „odczepcie się od Generała”. Kieruję te słowa nie tylko do redakcji „Faktu”, lecz także do Rolexa, który strasznie wydziwia, sondując Brytyjczyków, co by zrobili, gdyby mieli działać w polskich „realiach gospodarczych”. Rolex bowiem nie tylko źle pyta, ale i źle swym respondentom podpowiada – istotą kapitalizmu politycznego jest przecież system dojść (do ludzi lub poufnych informacji), który generuje sukcesy ekonomiczne na skalę o wiele większą niż start przeciętnego amerykańskiego pucybuta w drodze do milionera. Wystarczy się przyjrzeć, jak się finansowo miewają przeróżni beneficjenci „transformacji” na szczytach polskiej sceny politycznej, a więc przedstawiciele czerwonej i różowej nomenklatury (wliczając w to bezwzględnie ludzi służb, którym, jak np. gen. Czempińskiemu mogą ginąć z kont pieniądze w wys. 2 milionów dolarów i nawet wielkiej straty nie odczuwają poza pewnym dyskomfortem (tak jak my, gdy nam 5 zł do kratki ściekowej wpadnie)). Brytów z krainy Brytów należałoby spytać, czy chcieliby bez jakichkolwiek przedsiębiorczych zdolności (częstokroć bez wiedzy ekonomicznej), a wyłącznie dzięki odpowiedniemu akcesowi politycznemu lub urzędowemu, w niedługim czasie dokonać skoku cywilizacyjnego, do jakiego dochodzić musieliby ciężką pracą w warunkach wilczego kapitalizmu przez przynajmniej parę lat. Co więcej, do tego zestawu pytań należałoby dorzucić jeszcze zapewnienie, iż gdyby jakaś decyzja polityczna czy urzędowa takiego brytyjskiego neofity gospodarczego powodowała straty w obszarze majątku publicznego czy publicznych finansów, to żadnych konsekwencji cywilno-prawnych ani innych by taki neofita nie ponosił – co więcej wpisane byłoby to w tzw. koszt przemian.

Oczywiście taki Bryt mógłby, wiedziony jakimś instynktem (czy psim swędem) wyczuć, iż w takim zorganizowaniu porządku społeczno-politycznego tkwi niesprawiedliwość, oszustwo, blaga, mówiąc zaś krócej: jedna wielka złodziejska zasada, że kto wyżej, ten więcej może się nakraść. Możemy zaś z dużym prawdopodobieństwem założyć, iż wbrew temu, co o ludziach sądzili teoretycy sowieckiej psychologii społecznej i socjotechniki – nie każdy nawet mając dogodne warunki do okradania innych (zwłaszcza tych, co nie mogą się przed kradzieżą obronić – jak to zwykle jest w relacjach między obywatelami a instytucjami państwa „kapitalistyczno-nomenklaturowego” (oligarchicznego)) za takie złodziejstwo ochoczo by się wziął. Nie każdy z nas bowiem jest zdeprawowany, nie każdy ma mentalność człowieka sowieckiego i podejrzewam, że Bryci mogliby oponować przeciwko takim mechanizmom awansu społecznego, które zapewniają sukces ekonomiczny cwanym moralnym miernotom.

W ten sposób jednak wchodzimy na obszar moralności, a przecież dookoła jesteśmy przekonywani, iż państwo z moralnością niewiele ma i nie powinno mieć wspólnego. W Polsce zresztą politycy chcący wprowadzać czytelne zasady moralne do życia społecznego są przez oligarchię zwalczani jako zagrożenie dla porządków nomenklaturowych i traktowani jako szkodliwe oszołomy. Obawiam się jednak, że Brytowie w pewnym momencie wzruszyliby ramionami, słysząc nasze opowieści i puknęliby się w czoło, pytając nas, dlaczego my na to wszystko patrzymy z takim spokojem i nadal na to zinstytucjonalizowane, zalegalizowane bezprawie pozwalamy. Dlaczego patrzymy na baszów i właściwie to ich ostentacja w nepotyzmie nam wcale nie przeszkadza?


http://www.efakt.pl/Zawiezli-Komorowskiego-na-zakupy,artykuly,57997,1.html
http://hekatonchejres.salon24.pl/137660,komu-to-zus-a

26 lis 2009

Neutralni jak neutralnościowcy


Jednym ze szczególnie rozpowszechnionych mitów współczesności jest opowieść o neutralności światopoglądowej państwa. Hasło o tejże neutralności powtarzane jest zwykle przez takich humanistów, którzy albo do religii mają stosunek niechętny, albo wprost wrogi. Z czego ta obojętność lub wrogość wynika nie warto może szerzej się rozwodzić, ponieważ powody mogą być przeróżne. Jeden humanista widział księdza pijaka, więc stwierdził, że Kościół to oszustwo. Drugi naczytał się rozmaitych innych humanistów, którzy mu wyjaśnili, że Boga nie ma. Trzeciego w dzieciństwie rodzice posyłali do szkoły katolickiej i postanowił się zemścić. Czwarty uznał, że religia zbyt wiele rzeczy zakazuje, a życie jest zbyt krótkie, by człowiek mógł sobie pozwolić na niezakosztowanie rozmaitych przyjemności. Piątemu nie podoba się religia, bo akurat zatrudnili go na odcinku „krzewienia kultury świeckiej”. Szóstego diabeł opętał itd.

Neutralność światopoglądową głoszą więc zwykle ludzie, którzy mają całkiem sprecyzowany i zwykle dość agresywnie wyrażany antyreligijny światopogląd, w centrum którego tkwi zwykle kult człowieka (oświeconego - nie ciemnego) oraz fundamentalna krytyka tradycjonalistycznie rozumianych instytucji oraz tradycjonalistycznie (konserwatywnie) rozumianej moralności. Co więcej, neutralnościowcy – tak sobie pozwolę skrótowo nazwać tych humanistów – nie poprzestają na głoszeniu mitu o neutralności światopoglądowej państwa, lecz biorą sprawy w swoje ręce i przekuwają swój (umiarkowanie lub radykalnie) antyreligijny światopogląd w określone rozwiązania prawne. Tak się bowiem ciekawie składa, iż na czele neutralnościowców stoi kasta kapłanów nowoczesnego świata, czyli oświeconych prawników, którzy dzięki swojemu wglądowi w rzeczywistość społeczną, wiedzą, jak naprawić „rozregulowany” przez wielowiekową tradycję mechanizm relacji międzyludzkich. W ten to sposób tradycjonalistycznie pojmowana rodzina, jako związek osób dwojga płci nakierowany na wydanie na świat i wychowanie potomstwa jest poddawana erozji drogą forsowania wizji rodziny jako wesołego związku osób tej samej płci, które, jeśli mają taki kaprys mogą sobie jeszcze dołączyć dziecko do adopcji, a ściślej, do zabawy.

Problemy zaczynają się wtedy, gdy się wykazuje neutralnościowcom, że ich system wartości (a często antywartości – trudno traktować serio, tj. właśnie jako rodzinę i jako wartość społeczną – seksualny związek dwóch mężczyzn czy kobiet) wcale nie jest neutralny światopoglądowo, tylko właśnie antyreligijny i wymierzony w pewien porządek społeczny oraz w czyjeś wolności. Neutralnościowcy bowiem przekonują nas do upadłego, iż nie tylko forsują swoje rozwiązania pro publico bono, ale też, że te rozwiązania implikują jeszcze większą wolność dla poszczególnych ludzi.

Przyjrzyjmy się rozumowaniu jednego ze zwolenników neutralności, o której mowa, czyli Il Professore Sadurskiego:

„Państwo to nie jest po prostu jakaś “sfera publiczna”: to narzędzie władzy, a zatem i przymusu, funkcjonujące w interesie i z mandatu nas wszystkich – wszystkich obywateli i podatników. Co innego – katedra na placu miejskim, a co innego krucyfiks w urzędzie państwowym.”

Tymczasem wydaje się, że właśnie większym problemem jest katedra na placu miejskim aniżeli krucyfiks w urzędzie państwowym. Do urzędu (o ile w nim nie pracujemy) chadzamy z rzadka (bo i tak biurokraci drą z nas ostatnie pasy), zaś na placach możemy przebywać często, zwłaszcza wygrzewając się leniwie latem. Dlaczego mielibyśmy się godzić z tym, że cały czas sterczy jakaś stara katedra, a nie fajny nowoczesny hipermarket albo inny użyteczny i błyszczący lokal? Co człowiekowi neutralnie światopoglądowemu po takiej katedrze? Jeśli to zabytek, obejrzy sobie z raz (choć wystarczyłby przegląd albumu ze zdjęciami), ale co więcej można w katedrze robić? Chyba żeby katedrę zaadaptować na dyskotekę, no to wtedy przynajmniej można się nieźle zabawić. W przeciwnym razie katedra przypomina o mrokach średniowiecza, o feudalizmie, dziesięcinie, inkwizycji, krucjatach i wielu innych rzeczach.

„Druga zasada – to specjalny charakter szkoły: miejsca, w którym kształtuje się sumienia i poglądy młodzieży, nie całkiem jeszcze gotowej do krytycznej refleksji na temat treści jej przekazywanych i niekoniecznie przesiadującej dobrowolnie ileś godzin dziennie w klasach szkolnych.
Na skrzyżowaniu tych dwóch zasad lokuje się specyfika szkół państwowych: miejsca kształcenia dzieci i młodzieży, afirmowanego przez państwo. Tam specjalnie potrzebna jest ostrożność, by treści przekazywane młodzieży – także przez symboliczne przedmioty i zachowania – nie wyrażały oficjalnego komunikatu o państwowej ortodoksji w kwestiach światopoglądowych i religijnych.”


Tu też ciekawa rzecz. Wydaje się bowiem, że skoro 90% Polaków przyznaje się do katolicyzmu, to obecność symboli religijnych właśnie w szkołach stanowi proste przedłużenie tego porządku społecznego, który w naszym kraju z katolicyzmem jest historycznie powiązany. Już abstrahuję od tego, że katolicyzm przyczynił się do przetrwania Polaków w wielu ciężkich (także dla państwa polskiego) czasach i od tego, że komuniści toczyli ostentacyjną walkę i z krzyżami, i z religijnością, więc to „wiszenie” czy „eksponowanie” krzyży ma dla polskich rodziców i nauczycieli dodatkową wartość, dodatkowe przesłanie. Dla każdego wolnościowca zatem ów wolny wybór Polaków, by sobie krzyże wisiały w szkołach powinien być czymś, co szczególnie należy uszanować, nie zaś piętnować, chyba że mamy do czynienia z takim ujęciem wolności, które wiąże się z jakąś antyreligijną ortodoksją, no ale wtedy trzeba to mówić wprost, nie zaś udawać, że nie o to chodzi.

Oczywiście, gdyby przeprowadzono całkowitą prywatyzację szkolnictwa i rodzice zgodnie by zdecydowali, że większość szkół w Polsce powinna być po prostu katolicka (i nic wtedy żadnym oświeceniowcom do tego), a kto chce, to może sobie chować dzieci po antykatolicku, ale za własne pieniądze – sprawy rozwiązałyby się dość szybko. Już dzisiaj zresztą run na przedszkola i szkoły katolickie (a więc o „podwyższonym rygorze” i formujące dzieci od najmłodszych lat w wierze Chrystusowej) jest taki, iż rodzice zapisują swoje potomstwo na długie lata przed posłaniem do danej instytucji. O, zgrozo, powstają nawet katolickie szkoły dla chłopców i osobno dla dziewcząt, a więc „niekoedukacyjne”, co dla każdego oświeceniowca musi stanowić kamień obrazy, no bo, jak się możemy domyśleć, o „edukacji seksualnej” (w stylu Marcuse'go) tam pewnie nie ma mowy.

Nowe oświecenie jednak łączy się z taką wizją państwa, które „koryguje” ciemnotę. Tak więc to nie rodzice powinni mieć wpływ na to, co ma być w szkołach (zarówno pod względem programowym, jak i symbolicznym), lecz oświeceni prawnicy i urzędnicy, którzy wiedzą o wiele lepiej od ciemnoty, jak wygląda społeczny ład. W miejsce absolutystycznej etyki katolickiej wprowadzić się chce absolutystyczną etykę permisywizmu moralnego i w ten sposób pozamiatać po tradycjonalistycznym porządku społecznym, mimo że w tylu eksperymentach związanych ze zwalczaniem religii, polało się tyle krwi.

http://wojciechsadurski.salon24.pl/140351,skrzyzowania

Eugenika dobra na wszystko


Największym zagrożeniem dla Matki Ziemi jest, jak wiemy od ludzi oświeconych, sam człowiek. Oczywiście nie każdy człowiek - ten oświecony, który żyje prawidłowo i nikomu ani niczemu nie szkodzi - nie. Zagrożeniem jest człowiek gorszego sortu, który to człowiek nie dość, że jest ciemny (nieoświecony), to jeszcze potrafi się rozmnażać na potęgę wraz ze swoją ciemnotą.

„Im więcej ludzi na świecie, tym więcej emisji dwutlenku węgla – argumentują eksperci.”

Jest to słuszna sugestia i warto się jej w życiu trzymać. Ekspertom nie chodzi o tę emisję dwutlenku węgla, której oni są sprawcami, wydychając powietrze, ponieważ powietrze zużywane przez eksperta jest wartościowo transformowane na zbawczą myśl dotyczącą generalnego stanu zdrowia Matki Ziemi. Co innego proces oddychania człowieka tępego, który to człowiek oddycha tym, co Matka Ziemia hojnie mu daje, a w zamian odwdzięcza się bezmyślnością.

„Kiedy biedne kraje staną się zamożniejsze, ich mieszkańcy zapragną samochodów i innych atrybutów dobrobytu, co doprowadzi do większej emisji CO2. Jednocześnie zmiany klimatu wywierają negatywny wpływ na sytuację najbiedniejszych w krajach rozwijających się. Ziemia przestaje rodzić, w wielu częściach Afryki zaczyna brakować gruntów rolnych.”

Jest to prawdziwa kwadratura koła dla eksperta, który z jednej strony chce walczyć z biedą, z wykluczeniem, z segregacją rasową, z seksizmem, z religią i wieloma innymi plagami, z drugiej – np. walcząc z wykluczeniem, musi uwzględniać jednak to, iż pewnych ludzi mimo wszystko należy wykluczyć, a więc, że raj na ziemi daje się wprowadzić tylko w ograniczonym zakresie. Jeśli bowiem zwalczamy biedę, poprzez podnoszenie stopy życiowej biedaków, to ci niewdzięcznicy produkują więcej dwutlenku węgla, a w ten sposób nas wszystkich, a szczególnie ekspertów, a przede wszystkim Matkę Ziemię, wpędzają w jeszcze większą biedę.

„– Dania czuje się zobowiązana do włączenia kwestii kontroli narodzin do projektu umowy o klimacie – mówi Ulla Tornaes, minister ds. pomocy krajom rozwijającym się. Jej zdaniem w porozumieniu kopenhaskim powinien znaleźć się zapis, że każdy człowiek ma prawo do używania środków antykoncepcyjnych i planowania rodziny.”


Już dawno, nie tylko w Skandynawii odkryto, że eugenika jest dobra na wszystko. Kwestia tylko przeprowadzenia wyraźnej granicy, kto może być zdrowym budulcem nowoczesnego społeczeństwa, a kto jest materiałem odpadowym. Antykoncepcja zresztą też jest dobra na wszystko. Każdy bowiem wie, że odpowiednio używana prezerwatywa ściśle się wiąże ze zmniejszeniem emisji dwutlenku węgla i odciążeniem przemęczonej Matki Ziemi. Co ekspertom i innym oświeconym ludziom, którzy zużywają powietrze dla naszego dobra i dla ochrony Matki Ziemi pozostaje jeszcze? Otóż pozostaje im już tylko ustalić limity emisji dwutlenku węgla dla poszczególnych, ściśle wyznaczonych przez specjalistów, grup ludzi. Prekursorami takiej filozofii społecznej byli wynalazcy komór gazowych.


http://www.rp.pl/artykul/397447_Kondomy_uratuja_klimat_.html

22 lis 2009

Dola Atlasa


Bogu niech będą dzięki, że polscy „europosłowie” zaczęli się leczyć, to znaczy, szczepić. Jak stwierdził słusznie Jacek Saryusz-Wolski, znajdują się oni w grupie podwyższonego ryzyka, w związku z tym, jestem pewien, że te szczepienia należą im się bezwzględnie i nawet dziwię się, iż zdecydowali się na nie tak późno. Wszelki duch Pana Boga chwali – co by to było, gdyby jakaś zaraza zmogła choć jednego europarlamentarzystę, a potem przeniosła się (drogą taką czy inną, bez wnikania w szczegóły) na innych i raptem cały wesoły brukselsko-strasburski tabor musiałby zamienić się w szpital polowy z latrynami (zgodnie z wymogami kwarantanny)? Ani do domu wrócić, ani do różowej dzielnicy wyskoczyć gdzieś, ani nawet na małe piwo piwo z kolegami wyjść.

Ciekawe, jak tam nasz dzielny doktor Migalski – czy już się zaszczepił, czy dzielnie się będzie zmagał z zagrożeniem jedynie na aspirynie i jakichś domowych środkach grypobójczych. Mam nadzieję, że przynajmniej genialny premier Buzek się zdążył zaszczepić, no bo nie tylko „parlament europejski” by takiej nagłej choroby szefa nie przeżył, ale i zmiany klimatyczne przez niego i jemu podobnych genialnych strategów, powstrzymywane nadludzkim wysiłkiem woli (plus wolne datki podatników), mogłyby nadejść w jakimś oszałamiającym tempie i nawet byśmy się nie obejrzeli, a zamiast nadchodzącej zimy na Boże Narodzenie mielibyśmy australijskie lato.

Szczepić się trzeba, tylko ważne jest, by wybrać do tego właściwy koncern i po drugie, by jednak zachować pewną hierarchię społeczną, czyli ustalić, które grupy powinny być objęte szczepieniami w pierwszym rzędzie. No więc wiemy już, iż tą grupą szczególnie zagrożoną są właśnie politycy, bo na ich barkach, tak jak na grzbiecie Atlasa, spoczywają losy świata, nas wszystkich razem wziętych i losy naszych ciężko zarabianych pieniędzy. Jedno świństwo (i nie chodzi tu o żadną francuską chorobę), które by się do Atlasa mogło przyczepić i już na mapie obrazującej naszą planetę ukazują się napisy: „W życiu na Ziemi udział wzięli...”, a tam m.in. nasze nazwiska lecą drobnym maczkiem pośród nazwisk innych statystów – bo jak Atlasa coś zmoże, to światu naszemu nic nie pomoże.

Co nam pozostaje, poza ogłoszeniem 22 listopada polskim „świętem dziękczynienia” z powodu tego, że Atlas się szczepi? Pozostaje nam modlić się na wszelkie możliwe sposoby, by Atlasa jakieś skutki uboczne po tych szczepieniach nie spotkały, czyli żeby zamiast grypy cholera go nie wzięła, psiakrew.


http://wyborcza.pl/1,75248,7279867,Europoslowie_moga_szczepic_sie_przeciw_grypie_w_Brukseli.html

21 lis 2009

W logice

Już J. Słowacki postulował, by język polski charakteryzował się giętkością, ażeby dało się w nim wyrazić to, co pomyśli głowa. Nie wziął jednak poeta pod uwagę takiej możliwej sytuacji, w której jacyś ludzie bez głowy wezmą się za robienie z języka materii o strukturze gumofilca, co w przekładzie na slang podmiejski można ująć jako robienie sobie z gęby cholewy. Jest tu jednak pewien paradoks: ludzie bez głowy (ex definitione) gąb nie za bardzo mogą używać, stąd też i nie są w stanie zrobić z owych gąb żadnych cholew – utarło się jednak powiedzenie, iż ktoś „bez głowy” nie jest tak naprawdę dekapitowany, lecz po prostu ciemny. Człowiek ciemny może więc posługiwać się językiem i wyginać go na przeróżne sposoby, co nie przeszkadza mu żyć w błogim poczuciu, iż można sobie radzić na tym świecie bez posługiwania się umysłem.

Teraz pytanie, czy to, co napisałem jest obraźliwe; no bo jak się dowiadujemy z dobrze poinformowanych, szczecińskich źródeł, wyrażanie krytyki przeciwko naszym panom i władcom z litościwie panującej Platformy Obywatelskiej (niech Bóg przychyli im nieba na wieki), ściąga na internautów prokuratorskie śledztwa. Może nie jest to jeszcze taka akcja jak ta z windykatorami współpracującymi z eurobankiem i może nie jest to jeszcze ten język giętki, co tychże windykatorów, ale litera prawa jakoś wypalona na czole lub na tylnej części ciała danego krytykanta wypalona dość szybko być może. Spieszmy się więc kochać ludzi z PO, bo tak szybko odchodzą od zmysłów i domagają się – na litość boską, jasne, że słusznie (czy ktoś śmie w to wątpić?) - obrony swojego dobrego imienia. To dokładnie tak, jak domagali się obrony dobrego imienia prezydenta Kaczyńskiego, gdy był lżony przez tego czy innego błazna na posadzie polityka PO właśnie.

Z tą literą prawa to w naszym kraju jest strasznie skomplikowana historia. Co bowiem możemy robić, gdy złodziej mówi nam: nie kradnij? Sumienie nam podpowiada, że kraść nie wolno, ale z drugiej strony rozum nam podpowiada, że jeśli złodziej ustanawia normy moralne i prawne oraz zabezpiecza się państwowymi instytucjami, to coś jest nie tak. Chyba tej kwestii nie wziął pod uwagę red. Ł. Warzecha, stwierdzając niedawno, że doktor-Janosikowa „nas okradła”. Jakich nas? I co to znaczy „kraść” w republice kolesi? Czy komuniści, którzy w złodziejstwie dawno przelicytowali wszystkich mafiozów, wylądowali za kratkami? Czy ludzie, co się dorabiali na „prywatyzacji” i innych „cudach gospodarczych III RP” stanęli przed jakimś wymiarem sprawiedliwości? Czy ludzie, którzy reformują nasz kraj od dwudziestu lat powiększając dług publiczny w nieskończoność odpowiedzieli za malwersacje, korupcję, afery, marnotrawienie pieniędzy podatników i przerost biurokracji? Czy taki premier Buzek czy Miller śpią niespokojnie? Nie sądzę.

Zresztą, kto mógłby spać niespokojnie, skoro to taki praworządny kraj, że żadnemu politykowi się krzywda stać nie może. Polski system prawny przypomina bowiem plac budowy, na którym każda ekipa układa po swojemu, a każdy majster jest mądrzejszy od poprzedniego. Oczywiście są obszary, w których polskie prawo działa niezwykle skutecznie (jak choćby precedensowe odzyskiwanie majątków poniemieckich na „ziemiach odzyskanych” czy jak ściganie skinów za to, że znieważyli gejów), generalnie jednak traktowane jest ono instrumentalnie przez takich czy innych ludzi władzy (od szczebla gminnego po centralne urzędy państwowe), co tylko potwierdza dość oczywistą tezę, iż Polska to republika bananowa. W tej tradycji swobodnego majsterkowania znakomicie się poczuł aktualny premier, który właśnie doszedł do wniosku, iż super byłoby, gdyby miał w ręku jeszcze więcej władzy niż miał do tej pory.

Nie wiemy właściwie, po co nieudolnemu premierowi jeszcze więcej kompetencji, skoro bawi się znakomicie na stanowisku szefa rządu, nie robiąc zupełnie nic - może jedynie po to, by doprowadzić do marginalizacji prezydenckiego ośrodka władzy. W tym szaleństwie jednak metoda może być taka, iż na wypadek, gdyby jednak Don Tusco miał zostać jedynie liderem sondaży, to zawsze lepiej zejść ze sceny jako kanclerz niż zostać ponownie utrąconym w drodze na Olimp. Już mieliśmy kanclerza Millera i skończył on wprawdzie nie za ciekawie, lecz nikt nie twierdzi, iż historia musi się powtórzyć, zwłaszcza że, jak widzimy, prorządowe media wychodzą wprost ze skóry, by z afer ciemniaków zostało tylko blade wspomnienie. Don Tuscovi może też chodzić o to, że gdyby zawarło się dil z komuną i ta wystawiłaby w końcu swojego żubra po wszystkich błagalnych modłach zanoszonych do niego przez wszystkich redaktorów komunistycznej „Polityki” oraz dziennikarzy Jedynki, Trójki i kto tam jeszcze serce po lewej stronie ma bijące w „mediach publicznych” i „komercyjnych” - to gdyby czerwony kandydat wygrał (co już prorokują prorocy), to rząd Tusca miałby święty spokój może nawet i na następną kadencję. Natomiast ścieranie się z kandydatem PZPR-u mogłoby przypominać „batalię” Wałka z Kwachem, zaś Tusco w skórze Wałka wolałby się mimo wszystko nie pokazywać.

„W logice” tej, że się posłużę cytatem z dzisiejszych wypowiedzi premiera (który nas zostawi w wersji cyfrowej, jak już wiemy – Bogu niech będą za to dzięki – zwłaszcza na tych terenach, gdzie nie działa telefonia komórkowa), jest jednak pewne „ale”. Otóż jeśliby jakieś żywioły społeczne lub aspołeczne jednak zmiotły gabinet ciemniaków, to cała kalkulacja okaże się psu na budę. Niestety, ludzie ciemni nie są w stanie kalkulować tak, by uwzględnić też własną indolencję, omylność i bufonadę.

Ciemnota w polityce nie jest jednak zjawiskiem typowo polskim. Niedawno wybrany przez politbiuro brukselskie sekretarz generalny, gensek, tzn. prezydent, chciałem powiedzieć z Belgii w porywie szczerości wyznał, że nie jest zwolennikiem symboliki narodowej (jak choćby godła) i że należałoby dążyć do zastąpienia jej jednolitą symboliką „unijną”. Oczywiście – jest to postulat cenny i słuszny, a że komuś się może kojarzyć z jednolitą symboliką ZSSR, no to naprawdę nie moja wina. Proponuję jednak, by przy okazji każdy z euroentuzjastów wykonywał kółko na czole jako „znak unii”. Gest stosunkowo nieskomplikowany, a kulturowo może „w logice ordynacji” zawojować niejeden kraj.


http://www.rp.pl/artykul/2,395110_Scigani_za_krytyke_w_sieci.html
http://www.tvn24.pl/-1,1629833,0,1,prezydent-bez-prawa-weta--bo-wybierany-przez-zgromadzenie,wiadomosc.html
http://www.tvn24.pl/-1,1629832,0,1,natchniony-premier-chce-zmian-w-konstytucji,wiadomosc.html

19 lis 2009

O kulturze dyskusji


Nic tak człowieka nierozgarniętego, jak ja, nie cieszy, jak kulturalna dyskusja kulturalnych ludzi. Słuchałem sobie dziś takiej w, nieocenionej od czasów gierkowskich, Jedynce PR, kiedy to trzej panowie – jeden z „GW”, jeden z „Le Monde” oraz jeden Anatol Arciuch, który kiedyś miał chwile mądrości i nawet systematycznie go czytałem, dopóki coś mu się na stare lata nie stało (tak jak P. Wierzbickiemu) – wraz z prowadzącym z Jedynki deliberowali sobie na temat „wyborów prezydenta „UE””, pozwalając czasem wypowiedzieć się słuchaczom.

Jak możemy się domyślić, ponieważ wszystkie tego rodzaju dyskusje przebiegają wedle tego samego scenariusza, panowie sobie gawędzą, jak to jest cool, iż państwo narodowe (XIX-wieczne, jak się zwykle przy takich okazjach podkreśla) odchodzi do lamusa, że właściwie nie ma żadnego zagrożenia superpaństwem, że nawet euroentuzjaści już nie wierzą w żadne superpaństwo, no i że generalnie jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej – no a czasami dzwonią słuchacze, którzy, jak u K. Strzyczkowskiego w Trójce, tak jakoś los zrządza czy zarządza, że prawie zawsze mają zdanie „jak pan, panie Kubo”. Zdarza się jednak, że na antenę wedrze się jakaś nielegalna dzicz, która nie tylko nie rozumie pradawnej specyfiki mediów publicznych, nie czuje podniosłej atmosfery studia, nie ma pojęcia o kulturze dyskusji z ekspertami w rolach głównych i zaczyna mówić własnym językiem, jakby ktoś jej dał do tego prawo. No więc, ku zgrozie prowadzącego (zawsze wtedy zmienia się ton takiego prezentera, który zniża głos i przybiera postawę na baczność, jakby przy okazji prezentował swój nauczycielski rynsztunek przed jakimś kuratorem oświaty siedzącym za szybą reżyserki), zadzwoniła słuchaczka, prosząc, by panowie w studiu nie wypowiadali się w imieniu wszystkich Polaków.

No i jak zwykle zapadła na chwilę martwa cisza, po czym, gdy DJ odzyskał władzę w nogach i w całym ciele, drgnął i zaczął przyrządzać „rekontrę”: „Ależ, szanowna pani, jest demokracja i w związku z tym są różne głosy w dyskusji”. Pech akurat chciał, iż wszyscy w studiu mówili jednym, euroentuzjastycznym (czy eurorealistycznym, bo entuzjastów jakoś ubyło ostatnimi czasy) głosem, podczas gdy słuchaczka chciała się dowiedzieć, jakimże sposobem Polska może pozostać niepodległym państwem po włączeniu jej w struktury i procedury legislacyjne związane z „traktatem lizbońskim”. Jeden z dyskutantów stwierdził wprost, że za czasów państwa kościelnego nie istniały państwa narodowe i rządził papież, zaś państwa narodowe, które powstały w XIX w. były tylko epizodem historycznym, prowadzący zaś dodał, że w „traktacie” jest przecież klauzula, że można z „UE” wystąpić. Słowem, w krótkich żołnierskich salwach zahukano słuchaczkę i wrócono do kulturalnej dyskusji.

Świat pędzi tak do przodu, że człowiek ledwie się obejrzy, a już ląduje w epoce pieriekowki. Jakże więc do cholery jest z tym postępem?, zastanawiam się. Idziemy, rzecz jasna ku świetlanej przyszłości, a jakoś spoza gór i rzek, zza krzaków i węgła wyskakują wciąż te same gęby zamordystów. Mamy niby coraz lepsze technologie, mamy coraz doskonalsze środki przekazu, a można odnieść wrażenie, że prawdy w tym wszystkim i wolności słowa jest jak na lekarstwo. Nic dziwnego, że wielki i nieśmiertelny „generał Judasz” powiedział kiedyś o III RP, że mu się podoba. Każdemu zamordyście by się spodobała.

O rewolucjonistach i rewolucjonistkach


Jak blisko jest od popkultury do rewolucji dowodzi najnowsza „Machina”, która na swej okładce prezentuje jedną z ikon popkultury (w takim sowieckim wydaniu, ale na bezrybiu i to dobre, przecież), czyli J. Senyszyn. Osoba to nie pierwszej ani nie drugiej młodości („były maje, były bzy, byłaś też , dziewczyno, ty...”), wydawcy jednak wyszli z założenia, że po listopadowym numerze poświęconym seksowi (trudno wprawdzie powiedzieć, który z numerów pism popkulturowych nie jest seksowi poświęcony) grudniowy należy ozdobić wizerunkiem kogoś, kto z rewolucją (nie tylko) seksualną się kojarzy - jak zresztą doskonale wiemy, owa osoba zasłynęła śmiałymi występami na rozmaitych „paradach równości”, a więc pochodach nowego proletariatu.

Zrozumienie czerwonych dla „mniejszości seksualnych” wynika z prostego spostrzeżenia, iż klasa robotnicza zdradziła nieśmiertelne ideały Marksa, Lenina i Stalina, i zwyczajnie wolała burżuazyjne warunki pracy, których niestety, gospodarka centralnie sterowana, nie miała zamiaru zapewnić, jako że związana była z wspieraniem militaryzacji społeczeństwa, tj. walką o pokój. Jeśli więc z klasą robotniczą na pochody już pójść za bardzo nie można, to choćby z proletariatem mniej licznym, ale równie jak komuniści zradykalizowanym, wiemy wszak, że środowiska gejowsko-lesbijskie faktycznie dążą do rewolucji (seksualną mając już za sobą), a więc do wywrócenia tradycyjnego porządku społecznego opartego na normalnej rodzinie i naturalnych relacjach międzyludzkich. To zaś cele są bliskie sercu każdego komunisty, więc i Senyszynowemu także.

„Machina” jednak też jest cholernie rewolucyjna (dowiedziałem się o niej ze spotów w rewolucyjnej stacji Chilli Zet, gdzie na antenie specjalizuje się w tematyce seksualnej prezenterka G. Andrychowicz), chyba nawet bardziej rewolucyjna od komunistycznej „Krytyki Politycznej”. Tę ostatnią z nudów i z ciekawości zakupił nie tak dawno mój kumpel i stwierdził, że tam już tematyka „związków gejowskich” dawno przebrzmiała, że rewolucjoniści zafascynowali się tematyką... „dildo”, ale też tak jakoś bez przekonania, bez wielkiej euforii, jednocześnie jakoś tak rozglądają się nieco zdezorientowani i jakby wyeksploatowani, za tym, co jeszcze może być w seksie naprawdę rewolucyjne. No cóż, do tego potrzeba przede wszystkim dużo, dużo zdrowia, a potem oczywiście specjalistycznej opieki lekarskiej lub interwencji chirurgicznej, ale mniejsza może z tym. W tej rewolucyjności z owymi wymienionymi wyżej dwoma tytułami ściga się od długiego już czasu intelektualnie niedościgniona pewna gazeta na de, której naczelny swego czasu kazał się całować w de, ponieważ z tego, co widzę, jest już o krok od zamieszczania zdjęć i filmów pornograficznych na swej elektronicznej stronie głównej.

Wróćmy jednak do rewolucyjnej „Machiny”. Otóż ona też już dawno ma za sobą „rewolucję gejowską”, teraz bowiem (link poniżej) oprócz omawiania rozmaitych technik seksualnych i opisywania tego, co nas ciekawego może spotkać np. w klubach gejowskich („erotyczna mapa świata”), zachęca swych czytelników do łączenia się w seksualne wielokąty, czyli mówiąc nieco mniej eufemistycznie, do seksu grupowego. Gdyby tego było mało, to redakcja zastanawia się, jak „poprzez łóżko” skutecznie kroczyć drogą kariery. To listopad. A co w grudniowym numerze, który już jest na półkach? Właśnie jedna z ciotek rewolucji, czyli Joanna S., która ostatnio nieco śmielej stanęła na czele rewolucji antykatolickiej, z którą to z kolei redakcja „Machiny” sympatyzuje od dawna, zasłynąwszy zamieszczaniem bluźnierczych okładek z Madonną czy z klęczącym kolesiem przebranym za kobietę (link poniżej dla osób o mocniejszych nerwach).

Wydawać by się mogło, że to wszystko już po wielokroć było, a po rewolucji seksualnej lat 70. na Zachodzie polegającej na tym, że wszyscy rewolucjoniści i rewolucjonistki z wszystkimi robili co tylko się dało i wszystkiego spróbowali na wszystkie sposoby, już dalej pójść nie można, a jednak okazuje się, że można, a nawet trzeba, bowiem w krajach takich jak Polska, gdzie młodzi ludzie potrafią jeszcze wciąż uczestniczyć w Eucharystii czy chodzić na pielgrzymki, jest bardzo wiele do zrobienia. Machiny rewolucyjnej więc nie można tak po prostu zatrzymać.


http://www.machina.pl/seks.html
http://deser.pl/deser/1,97052,7268064,Demoniczna_Joanna_Senyszyn_na_okladce__Machiny_.html (uwaga, nie odpowiadam za szkody estetyczne doznane w wyniku oglądania tej okładki)
http://img.interia.pl/rozrywka/nimg/Okladka_Machiny_Tomasz_1092054.jpg

Wizjonerzy


Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, Chev może więc mieć rację twierdząc, iż gabinet ciemniaków zastosuje najprostszy z manewrów propagandowych, znany już z czasów sowieckich, czyli zwyczajną blokadę informacyjną. Chev, z którym wczoraj dyskutowaliśmy o powodach takiego, a nie innego zachowania ciemniaków wokół epidemii, obstawał przy zdaniu, że ciemniacy prowadzą po prostu politykę sondażową, podczas gdy ja twierdziłem:

„problem właśnie w tym, że to nie jest polityka nawet sondażowa - gdyby bowiem dbali Oni o swój PR, to by zabezpieczyli Polaków na sto sposobów i z dużym wyprzedzeniem właśnie na wypadek epidemii, by potem mówić: "widzicie, ludzie? Wszędzie takie pokłosie choroby, a u nas - spokój, profilaktyka była jak należy, wprowadziliśmy szczepienia, zabezpieczyliśmy możliwie największą ilość osób". To by im podreperowało PR na następne dwa lata."”

Na to zaś Chev odrzekł w te słowy:

„Ten PR, co go większość naszych speców od tego "fachu" uprawia, sprowadza się do paru chwytów, głównie zaś do "kreowania obrazu"; dosłownie chodzi tylko o to, co będzie na wizji i jaki z niej będzie szedł przekaz [podkr. F.Y.M.]. Wydaje się tym specom, że jak na wizji będzie mile i cacy, to taki będzie powszechny odbiór. Przecież dlatego w czerwcu przenieśli obchody do Krakowa, bo demonstracja stoczniowców bardziej skupiłaby uwagę kamer, niż premier. Nawet nie dlatego, by serio obawiali się jakiejś poważnej rozróby (choć propagandę o "warchołach" puszczali), tylko chodziło o to, kto będzie w centrum uwagi mediów.”


Dziś zaś wygląda na to, że Chev słusznie przewidywał, bo „temat epidemii” dosłownie znikł z mediów, jak ręką odjął. Wprawdzie dziś TVN24 informuje nas, że w USA zaproponowano profilaktykę niepodawania ręki przy powitaniu i że ktoś z rosyjskich urzędników wpadł na pomysł, by produkowano modne maski, ale to stosunkowo niewiele jak na niedawne doniesienia o „lawinowym przyroście zachorowań” w Polsce. Lawinę powstrzymała zatem zmowa milczenia w środkach przekazu. To zresztą tak, jak w „GW”, która zwykle „minuta po minucie” potrafi relacjonować przeróżne arcyważne wydarzenia (typu demonstracja gejów), a tu nagle przeoczyła nadanie doktoratu hc Wieszczowi w Krakowie. Możliwe to? Oczywiście. Wystarczy mieć odpowiednie soczewki kontaktowe – one bowiem, jak każdy okular, mogą rzeczy powiększać lub też zmniejszać do mikroskopijnych rozmiarów. A czego oczy nie widzą...

W sowieckiej Rosji wizjonerzy, którzy zajmowali się właśnie maksymalizowaniem lub minimalizowaniem określonych detali rzeczywistości, szli tak daleko, że potrafili retuszować zdjęcia w taki sposób, iż w epoce A jakiś ważny przedstawiciel klasy robotniczej był na fotografii, a w epoce B (gdy błędy i wypaczenia epoki A już zdiagnozowano), już go na zdjęciach nie można było znaleźć nawet z użyciem lupy. W peerelu takie zniknięcia dotyczyły postaci i nazwisk, które zamiast hołubić władzę ludu pracującego miast i wsi, zaczynały nagle jątrzyć przeciwko „Partii” lub takim czy innym gensekom, twierdzić, że „telewizja kłamie” i inne bluźnierstwa wygadywać.

Założenie, iż istnieje tylko to, co jest na wizji, wyrasta z pewnej „psychologii tłumu”, do której zwykle odwołują się propagandyści, a ponieważ tzw. piarowcy są zwykle synami lub córkami peerelowskich socjotechników, to dziedziczą oni tę bezcenną wiedzą z dobrodziejstwem inwentarza rozmaitych „sondażowni” zakładanych przez komunę zwłaszcza w latach 80. Uważają owi propagandyści, iż obywatele to pozbawiona rozumu masa, która po odwaleniu pańszczyzny w biurach, fabrykach, szkołach etc., dotarłszy do chałup, zasiada z wywalonymi gałami przed ekranami telewizorów i widzi tylko to, co jest jej pokazywane. Tak myślano za Gierka (zwłaszcza w II dekadzie lat 70.), urządzając telewizję/radio/prasę tak, by kreowała potiomkinowską Polskę „turniejów miast”, „potęgi gospodarczej”, „dobrobytu” i powszechnego zadowolenia obywateli, a jednocześnie by nie istniała Polska kartek na cukier, „wydarzeń radomskich”, pogarszających się warunków życiowych i rosnącego oporu społecznego. Apogeum owej kreacji stanowiła relacja z wyboru kard. Karola Wojtyły na papieża. Zainteresowanych odsyłam do „Trybuny Ludu”, niech znajdą informację o wyborze Jana Pawła II (oczywiście ta wiadomość jest, tylko: gdzie i jak skonstruowana; podpowiem, że na pewno nie na pierwszej kolumnie).

Oczywiście, strategia propagandowa wyznająca filozofię, iż istnieje tylko to, co na wizji, działała do pewnego czasu, tzn. do tego momentu, w którym to, co było skrywane przez ściemniaczy, widoczne było gołym okiem z okien naszych domów. Strajki i protesty można było do pewnego czasu przemilczać i udawać, że ich po prostu nie ma, jednakże w pewnym momencie było ich już tak wiele, że nawet ślepy mógł je dostrzec. Wtedy zaś propagandyści nie mogli już protestów nie pokazywać, zaczęli więc kreatywnie łączyć pewne zjawiska i tak niedobory na rynku już nie tłumaczono jako „planowe” czy też jako „przejściowe trudności związane z zaopatrzeniem”, lecz w taki sposób, że to „przestoje w pracy” prowadzą do tego, że w sklepach brakuje towarów.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy więc przyjąć, iż wzorujący się na Gierku ciemniacy powiedzą nam za pomocą swoich zaprzyjaźnionych mediów o epidemii, gdy sami będziemy leżeć z gorączką w łóżku domowym lub szpitalnym. Tak samo było przecież z kryzysem ekonomicznym, o którym wspominanie odbierane było jako wywoływanie wilka z lasu i kuszenie złego. Gdy kryzys był widoczny gołym okiem, wtedy ciemniacy przyznali, iż jednak coś takiego jak kryzys rzeczywiście istnieje. Można by się z takiej strategii nawet śmiać, gdyby nie świadczyła ona o szaleństwie ludzi sprawujących rządy – szaleństwie dowodzącym, że ci ludzie są w stanie poświęcić nawet bezpieczeństwo państwa i bezpieczeństwo obywateli za kurczowe trzymanie się władzy.

Zrozumiała jest w tym wszystkim postawa prorządowych dziennikarzy, którzy do tego stopnia są elastyczni, iż nawet nie usiłują „drążyć tematu” epidemii. Od epidemii trzeba trzymać się daleka, żeby się przypadkiem nie zarazić. Wiemy zaś od wielu miesięcy, że świńska grypa w 80% przypadków ma przebieg łagodny (coś jak letni wiaterek na naszej twarzy), jedynie w przypadkach osób z jakimiś dodatkowymi chorobami, może mieć przebieg gwałtowny i prowadzący do zgonu. Czy zaś prorządowi dziennikarze są zdrowi? Tego nawet oni nie wiedzą na 100 procent.

http://freeyourmind.salon24.pl/138894,o-ciemniactwie#comment_1922196
http://www.tvn24.pl/-1,1629410,0,1,na-grype-_-modne-maski-i-zakaz-podawania-reki,wiadomosc.html

18 lis 2009

O racjonalności państwa


Ł. Warzecha wysmażył taki piękny tekst o racjonalności, że zamiast dalej rozwodzić się o ciemniactwie, postanowiłem właśnie o jakichś mądrościowych aspektach państwa i jego instytucji powiedzieć. To w ogóle jest temat niezwykle obszerny, więc w granicach bloga można go najwyżej zarysować, można jednak wskazać przynajmniej na podstawy konstrukcji mądrego państwa, by w ten sposób ideę jego racjonalizacji i państwa, i porządku społecznego do debaty wprowadzić.

Sprawa nie jest prosta (jak zwykle z fundamentalnymi kwestiami bywa), ponieważ ludzie, co się zajmują konstruowaniem państw i porządków prawnych, nie są zgodni, co do tego, kim jest człowiek i jak należy patrzeć na wspólnotę ludzką. Jedni uważają, że przeciętnego zjadacza chleba należy wychowywać by np. dojrzał do demokracji, inni zaś sądzą, że obywatele, jeśli im urzędnik ani jakiś policjant na głowę nie włazi, potrafią się całkiem sensownie urządzać i porządek państwa na tym tylko zyskuje, a nie traci. Ja uważam, że najważniejsze przy konstrukcji mądrego państwa jest to, co obowiązuje w obszarze opieki medycznej, czyli primum non nocere. Dopóki bowiem nie czujemy, że ktoś nam szkodzi, dopóty nie zastanawiamy się nad tym, jak tej szkody unikać lub jak szkodnika zneutralizować (ew. wyeliminować).

Myślę, że ten typ myślenia wykazuje też Warzecha, pisząc o tym, że współczesny Polak egzystuje w dżungli przepisów i sporą część życia spędza na przedzieraniu się przez nie i na minimalizowaniu strat poniesionych w wyniku wpakowania się w tę czy inną pułapkę prawną lub urzędniczą. Im mniejsze bowiem człowiek ma pole manewru, tym bardziej zaczyna kombinować. Wiedzą to więźniowie, którzy latami obmyślają plany ucieczki np. poprzez podkop wykonany łyżkami. Przykład więźnia wcale nie jest przesadzony, ponieważ obywatel może z czasem czuć się we własnym państwie jak w więzieniu, do którego rygorów musi się stosować, bo jeśli nie, to spadają na niego coraz to dotkliwsze kary.

Kiedy państwo jest mądrze skonstruowane? Powiedzieliśmy sobie, że po pierwsze, gdy nie szkodzi obywatelowi. Po drugie, gdy jest praworządne, a więc, gdy jego instytucje (i zależności między tymi instytucjami a obywatelami) rządzone są ideą sprawiedliwości, nie zaś poddane są nepotyzmowi, kaprysowi, kolesiostwu etc. Po trzecie zaś, gdy nie marnotrawi wysiłku, pieniędzy, pracy, czasu obywateli.

Możemy więc powiedzieć sobie szczerze, że mamy głupio skonstruowane państwo i stąd też mocujemy się w jego strukturach jak pacjent psychiatryka z kaftanem bezpieczeństwa. Nic też dziwnego, że wielu polityków, urzędników państwowych etc. czuje się w takiej sytuacji jak ryba w wodzie, ponieważ przeciętny obywatel nie dysponuje możliwościami „wywinięcia się” z tego kaftana. A im bardziej wierzga, tym więcej „sanitariuszy” się zbiega, by go uspokoić. Spokój społeczny wszak to rzecz święta. Może być biednie, może być głupio, może być nawet epidemia, byleby spokój panował. Wtedy bowiem, tj. w atmosferze spokoju rządzący mogą procedować nad tym, jak nam przychylić nieba.

Irracjonalność państwa bierze się zwykle z głupoty samych polityków, którzy częstokroć przypominają (nie tylko z wyglądu i zachowania) stado baranów, które poza wyżerką nie dostrzega nic sensownego na tym świecie, a zasiadają w rozmaitych instytucjach, bo ich tam pchnął wicher dziejów, a nie jakiekolwiek kompetencje (i nawet się z tym specjalnie nie kryją). Drugim powodem irracjonalności państwa jest cynizm i spryt polityków. Obok stada baranów są bowiem poganiacze, którzy dokładnie wiedzą, jak zepsuć procesy legislacyjne, jak zepsuć poszczególne instytucje etc., słowem, jak manipulować konstruowaniem państwa, by przynosiło ono profity establishmentowi. Trzecim zaś powodem jest głupota samych wyborców, którzy niewiele wiedząc o Bożym świecie, zdają się albo na baranów, albo na cyników, sądząc, że „jakoś to będzie”, czyli że z czasem państwo jakoś się zreperuje. Zakładanie, że od kopania w karoserię naprawi się zdezelowane auto, albo że od walenia pięścią w telewizor zrobi się lepszy obraz, jest wyrazem wyjątkowego zrozumienia tychże wyborców dla skomplikowanej materii polskiego państwa – no ale tak jak kiedyś powiedział Wałek o wujku Bronku, wujku Tadku etc. „tylko takie konie miałem”, to i Polska tylko takie konie ma w postaci wyborców. Ci wyborcy nie są w stanie pojąć np., że jeśli polityk uważa, iż rosnący fiskalizm jest dobry dla państwa (wzmacnia je), to tak naprawdę uderza przede wszystkim w kieszenie obywatela, a więc, de facto, osłabia państwo. Biedny i zahukany przez urzędasów czy służby mundurowe obywatel nie jest bowiem żadnym filarem państwa, lecz trzciną na wietrze, mówiąc językiem Pascala.

Racjonalne, mądre państwo możliwe zatem jest dopiero wtedy, gdy nie tylko zostaną uzdrowione jego struktury, ale i gdy sam obywatel zostanie wyedukowany, by mieć mądry, krytyczny osąd tego, co z nim (państwo i establishment) wyrabiają. Czy jednak ktoś widział w III RP taką edukację, by zmierzała do wykształcenia mądrych obywateli? Wystarczy wziąć do ręki pierwszą lepszą gazetę czy włączyć pierwszą lepszą stację telewizyjną, by człowiekowi robiła się głowa mała i by dostawał szmergla :)

http://lukaszwarzecha.salon24.pl/138928,korupcja-bywa-racjonalna

O ciemniactwie

Teza Schetyny, że w Polsce jest tak wielu chorych, ponieważ „ludzie od razu idą do przychodni” powinna przejść do historii, jak słynna sentencja Cimoszki podsumowująca powódź. Nie wiem, czy w szpitalach, w których nie ma już miejsc na przyjmowanie pacjentów, nie należy zarządzić, iż – jak powiada Schetyna - „nic strasznego się nie dzieje”. Oczywiście to, co dziś oglądamy jest finałem wielomiesięcznego spektaklu ciemnoty, który mieliśmy w mediach, kiedy to robiono wszystko, by nas przygotować, iż gdy dojdzie do epidemii, ani rząd, ani zespoły opieki medycznej, ani apteki, nie będą na nią w ogóle przygotowane. Mogliśmy widzieć, jak ciemniacy wszelkiej maści zapewniają, że nie ma żadnego zagrożenia, że właściwie nie ma się przeciwko czemu zabezpieczać, że samo mówienie o możliwości epidemii (przy pandemii na Ukrainie) to panikowanie, zaś powodów do paniki nie było i nie ma.

Co będzie teraz? Teraz będzie spektakl pt. „Ratujmy, co się da”, tzn. ciemniacy będą się uganiać, jak w ukropie, biegać od ściany do ściany, skakać, ręce ku niebu wyrzucać, włosy rwać, oczami wywracać, krzyczeć... - słowem, robić wszystko, by nam udowodnić, jak bardzo ciemniactwo chce zapobiec epidemii. Znajoma i bardzo doświadczona lekarka, z którą wczoraj długo rozmawiałem, powiedziała mi, że my już mamy pandemię i jedyne, co była w stanie dodać na temat minister zdrowia, to były słowa niecenzuralne.

Problem w tym, że i tak już na jakiekolwiek zabezpieczenia jest za późno, bo wszystkie ostrzeżenia, jakie kierowano do gabinetu ciemniaków, zostały przez nich całkowicie zlekceważone. Jedyne, co mogliśmy od nich i wspierających ich mediów usłyszeć to było to, że należy dbać o siebie, myć często ręce, pić herbatę z cytryną lub malinowym sokiem, zajadać czosnek i w ostateczności przeczekać chorobę w domu. Tymczasem niemal wszyscy spotkaliśmy się na 1 listopada (i w Zaduszki) na cmentarzach i z naszymi krewnymi oraz znajomymi. Lawinowy przyrost zachorowań właśnie w pierwszych dwóch tygodniach bieżącego miesiąca na pewno z tym ma związek. (Nawiasem mówiąc, ciekawe, jak sobie ZUS poradzi z wypłacaniem zasiłków chorobowych, skoro już w październiku zaczął zaciągać kredyty, bo się okazało, że skończyły mu się pieniądze na emerytury i renty). Zresztą, gdy na Ukrainie była epidemia, to w Polsce w aptekach nie było masek, bo po co.

Ciemnotę poznaje się po tym, że obstaje przy swoim nawet, gdy są ewidentne dowody, że jest inaczej. Słusznie A. Kaczmarczyk przypomina dziś, że wyjątkowo proeuropejska platforma naraz okazała się pierwszym antyeuropejskim ugrupowaniem właśnie w kwestii zabezpieczania pacjentów przed nadchodzącą epidemią: „Pomimo wcześniejszych sugestii, że szczepionkę kupi, Ministerstwo Zdrowia nagle poinformowało, że na razie tego nie zrobi. Dokonano przy tym imponującej wolty. Proeuropejska Platforma Obywatelska podała w wątpliwość zalecenia światowych i europejskich instytucji rekomendujących szczepionkę.”

Oczywiście, gdyby analogiczna sytuacja zaszła za czasów kaczystów, to „tęczowa koalicja” opozycyjna wzywałaby ONZ do interwencji pokojowej i odsunięcia od władzy szaleńców szafujących zdrowiem i życiem obywateli. Olejnik by posiwiała, a chłopaki ze „Szkła kontaktowego” i „Teraz MY” nadawaliby jedynie marsze pogrzebowe, pochyleni z troską nad poważną sytuacją kraju. Jeśli ktoś nie wierzy, to niech sobie przypomni, co Olejnik i jej podobni mędrcy wyrabiali, gdy się okazało, że zagłuszanie komórek protestującym w kancelarii premiera Kaczyńskiego pielęgniarkom, mogło zaszkodzić ich zdrowiu.

Ciemni ludzie są impregnowani na jakąkolwiek krytykę, na jakiekolwiek rady, na czyjąkolwiek wiedzę. Ciemny człowiek będzie powtarzał, że nic się nie dzieje, nawet, jeśli będzie spadał z całą swoją chałupą do przepaści. Najgorsze jednak jest to, że ciemni ludzie są w stanie nas wszystkich w tę przepaść wciągnąć.


http://www.tvn24.pl/-1,1629192,0,1,dlaczego-tylu-chorych-bo-ludzie-od-razu-ida-do-lekarza,wiadomosc.html
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,7264441,Nie_ma_gdzie_klasc_pacjentow_ze_swinska_grypa.html
http://www.rp.pl/artykul/393546_Kaczmarczyk__Rozum_spi__budzi_sie_epidemia.html

17 lis 2009

Dzień świra


Wieść gminna niesie, że zdarzają się sytuacje, w których ludzie zaczepiają polskich aktorów grających np. lekarzy w słynnych serialach i proszą ich o porady medyczne. Jest to dość znany w kulturze proces utożsamiania osób odtwarzających pewne role z granymi przez te osoby postaciami. Tak też patrząc na dzielnych policjantów czy wojskowych granych przez M. Kondrata ktoś mógłby dojść do mylnego wniosku, iż jest to jakiś śmiałek o niewiarygodnej odwadze, który paroma kopami wprowadza porządek w jakiejś ciemnej dzielnicy. A tymczasem, jak się dowiadujemy z wywiadu w najnowszym „Przekroju”, Kondrat się boi. Kogo dziś człowiek inteligentny i bogaty, artysta i twarz wielu kampanii reklamowych, może się w cywilizowanym świecie bać? No, tylko kaczystów.

Kondrat należy do tych akurat inteligentów (no bo przecież nie wypada o polskich aktorach mówić, że nie należą do inteligencji, nawet jeśli jedyne ich wykształcenie ma charakter rzemieślniczo-zawodowy), co w rozprawie z kaczystami biorą udział od długich i ciemnych lat rządów PiS-u, o czym już kiedyś wspominałem, tak więc nie powinno nas zdumiewać to, iż dziś, a więc gdy widmo kaczyzmu znowu krąży po środkowej Europie, Kondrat z Najsztubem znowu budzą się, niemalże jak rycerze na Giewoncie, i stają do boju. O ile jednak te antykaczystowskie fobie to rzecz właściwie znana i stara jak S. Ciosek czy T. Sznuk, i właściwie mamy z tymi fobiami nieustannie do czynienia, mimo że dalibóg dwa lata minęły i już ciemniacy rządzą w najlepsze, że aż wióry z państwa polskiego lecą, tak się skokowo rozwija – o tyle rzecz ciekawa, Kondrat przyznaje, iż genialny premier D. Tusk, któremu absolutnie wszystko można wybaczyć, ponieważ wystarczy iż nie jest J. Kaczyńskim, nie skumał czaczy z „Dniem świra”. I to go (Kondrata) zastanawia.

Każdy, kto widział ten film, może go uznać za „wisielczy manifest” współczesnego polskiego wykształciucha. Furia, upokorzenie, bezradność, poczucie bezsensu życia - przy jednoczesnym usensownianiu go marzeniami (głównie erotycznymi) lub urojeniami. Symptomatyczne jednak dla M. Koterskiego jest to, że pokazuje on – zwykle w karykaturalny sposób - pewne absurdy codzienności (w czym blisko mu do tradycji teatru Becketta czy Ionesco) bez wnikania w przyczyny, bez szukania odpowiedzi na pytanie, skąd te absurdy się wzięły. I tak w słynnym „Życiu wewnętrznym” (z kapitalną, neurasteniczną rolą W. Wysockiego) młode małżeństwo urządza sobie piekło na ziemi w małym mieszkanku w blokowisku, ale dla kogoś z Zachodu byłoby niezrozumiałe to, dlaczego ludzie tak bardzo się nienawidzący, nie mogą się po prostu rozstać, dlaczego nie rzucą takiego egzystowania i nie urządzą sobie życia na nowo gdzie indziej. W tymże filmie, gdy oglądało się go w kinach, widzowie w trakcie sceny, w której trzech debili w milicyjnych mundurach przesłuchuje na chodniku głównego bohatera z tego tylko powodu, że wybrał się nocą na spacer, zarykiwali się ze śmiechu. Podejrzewam jednak, że dziś dla „pokolenia III RP” jak też dla kogoś z Zachodu, kto słabo zna polską historię, scena ta wcale nie byłaby śmieszna, a jedynie dziwna (może głupia?).

Pytanie: kto komu zgotował taki bezsensowny, frustrujący los – w filmach Koterskiego z Kondratem (ani w „Domu wariatów”, ani w „Dniu świra”) nie pada. Może w filmie „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” widz może się domyślić, że przekleństwo alkoholizmu (tu znakomicie z kolei grający także A. Chyra) stanowi jakąś podpowiedź, ale przecież czy naprawdę wykształciuchowi jest tak ciężko odkryć: kto naprawdę stoi za całym tym bezsensownym, patogennym porządkiem społecznym? Dlaczego w „Życiu wewnętrznym” ludzie żyją, jakby byli nie tyle w blokowisku, co w jednym blokhausie? Nie wiadomo.

W finale „Dnia świra” pojawia się cowieczorna zbiorowa „modlitwa” Polaków, którzy sobie nawzajem życzą tego, co najgorsze, czyli rzucają na siebie klątwy. I być może Koterski, a z nim Kondrat twierdziliby, że to sami Polacy jako społeczeństwo zatomizowane i zantagonizowane urządzają sobie piekło we własnych domach i we własnym kraju. Tak było do czasu właśnie „Dnia świra” opowiadającego o starzejącym się nauczycielu polskiego, który, pracując już w szczerozłotych latach III RP, staje się nie tylko w oczach uczniów (puszczających bąki na jego lekcjach o Mickiewiczu), ale i swoich własnych (gdy odbiera głodową pensję) - jakimś wielkim pośmiewiskiem i jedyne, co naprawdę mu wychodzi, to klnięcie przez zęby na wszystko i wszystkich, bo wszystko i wszyscy dostarczają mu upokorzeń. Film ten bowiem został nakręcony jeszcze przed nadejściem kaczystów, toteż nie można było żadnego politycznego bytu wskazać, jako winnego katastrofalnej sytuacji bytowej i intelektualnej polskiego wykształciucha. (Świadomie używam tego terminu, ponieważ spotkałem w okresie kaczystowskim wielu ludzi, którzy integrowali się właśnie poprzez odnoszenie tego prześmiewczego terminu do samych siebie; sądzę więc, iż traktują go jako opisowy dla swojej inteligenckiej formacji). Dopiero nadejście kaczystów uświadomiło wykształciuchom, kto za tym zdegenerowaniem świata stoi. Tych pierwszych zaś, po dwóch latach zmagań (iluż artystów, na czele z A. Holland i K. Kutzem, stanęło do tej bohaterskiej walki, to nie muszę przypominać), udało się odepchnąć, ale, jak przekonuje nas Kondrat, wciąż mogą wrócić.

Dzień świra się zatem nieuchronnie zbliża. Nastanie wtedy, gdy ponownie wygrają kaczyści. Wykształciuchy nie są na taki wariant w ogóle (psychicznie ani fizycznie) przygotowani i czeka nas eksplozja świrowania.

Wokół Bukowskiego

„Dziś w nocy wojska ZBiR wkroczyły na ziemie polskie od północy i wschodu, zajmując Trójmiasto, Elbląg, Olsztyn i Białystok. Obecnie posuwają się w stronę Warszawy. Interwencja tychże wojsk, jak stwierdził prezydent W. Putin, spowodowana była niedawnymi atakami terrorystycznymi na bazy wojskowe w okręgu kaliningradzkim, w których udział wzięli, według strony rosyjskiej, czeczeńscy bojownicy przeszkoleni w polskich tajnych ośrodkach. Zdaniem Putina, obecnie sprawą pierwszorzędnej wagi jest doprowadzenie do stabilizacji sytuacji w Polsce, która stała się krajem zagrażającym pokojowi w Europie, odkąd władzę objął w nim rząd, który w ciągu roku rozpoczął proces remilitaryzacji kraju i złamał w ten sposób międzynarodowe ustalenia dotyczące pozostawienia Polski jako państwa buforowego między Niemcami a Rosją.

Prezydent Unii Europejskiej, Joshka Fisher, wydał nad ranem oświadczenie, w którym uznaje prawo narodu rosyjskiego do obrony przed rozprzestrzenianiem się terroryzmu. Prezydent Obama uznał, że akcja ZBiR jest uprawniona, skoro śledztwo prokuratury wojskowej w Kaliningradzie wykazało, iż Polacy szkolą terrorystów czeczeńskich. Jego zdaniem należy w Polsce ustanowić tymczasowo międzynarodowy nadzór w celu uspokojenia sytuacji i niedopuszczenia do jakichś ulicznych prowokacji. Prezydent Obama wyraził też nadzieję, że wczorajsze internowanie przedstawicieli polskich władz przebiegło w zgodzie z uznanymi standardami prawnymi. Na godzinę 9 rano zapowiedziana jest konferencja prasowa prezydenta Putina, który pojawi się w Warszawie na lotnisku Okęcie. W trakcie niej ma zostać podany skład rządu tymczasowego w Polsce złożony z przedstawicieli demokratycznej opozycji, którzy, jak wiemy, przekazali do władz w Moskwie dokumenty dotyczące zaangażowania obalonego rządu w organizowanie akcji terrorystycznych.”


(powtarzany co godzinę komunikat w mediach polskich z wiosny 2011 r.)

Tak sobie pomyślałem, czytając rozmowę z Bukowskim, że on jednak, mówiąc o tym, iż Rosja przegrałaby ewentualną wojnę z Polską, chyba nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, że nasz kraj nie stawałby do żadnej wojny, tylko od razu wysłałby „delegację pokojową” do Moskwy, składającą się z polityków-patriotów, którzy 1) chcieliby „za wszelką cenę zapobiec niepotrzebnemu przelewaniu polskiej krwi”, 2) uznaliby, iż Rosja ma prawo do interwencji, skoro poprzedni rząd „swoją szaleńczą polityką doprowadził do eskalacji napięcia międzynarodowego, zmuszając władze Kremla do trudnej, kontrowersyjnej decyzji” i 3) przypomnieliby, że Polacy „chcą pracować i uczyć się w spokoju, nie zaś w podsycanej przez nieodpowiedzialnych polityków atmosferze grozy i rusofobii”. Delegaci wyraziliby nadzieję, że interwencja rosyjska nie potrwa długo, podkreśliliby, że w żadnym wypadku „nie jest to żadna wojna”, przestrzegliby, żeby nie wszczynać absolutnie żadnych akcji antyrosyjskich (tu potępiliby wystąpienia wyrostków, którzy tchórzliwie obrzucili koktailami Mołotowa samochody patrolowe armii rosyjskiej), ponieważ „w interesie wszystkich leży jak najszybsze doprowadzenie do normalizacji sytuacji w naszej ojczyźnie”.

Mija właśnie 20 lat, odkąd przewinęli się przez ministerialne stołki w MSZ-ie przeróżni przedstawiciele środowisk ludzi rozumnych i można powiedzieć, że poza A. Fotygą to żaden z tychże ministrów nie próbował zrobić nic dla wzmocnienia polskiej pozycji międzynarodowej ani dla związania Polski jakimiś silnymi militarnymi sojuszami z USA. Oczywiście nie można tych wspaniałych, rozumnych ludzi za to winić. Kiedyś zresztą rozmawiałem z prof. A. Rotfeldem, sprawia wrażenie poczciwego człowieka, który, jak sądzę, muchy by nie skrzywdził, podejrzewam, że może być uczciwym człowiekiem mimo swego długoletniego stażu w peerelowskich instytucjach związanych z polityką zagraniczną – problem jednak w tym, że nie takich ludzi na stanowisku szefa MSZ-u potrzebowała Polska na przestrzeni tych dwóch dekad, a już na pewno nie wujka Bronka czy prof. Skubiszewskiego, który w momencie kształtowania się nowego, europejskiego porządku z udziałem zjednoczonych Niemiec, nie zadbał o jakiekolwiek powojenne odszkodowania ze strony byłego agresora i okupanta.

Oczywiście, naiwnością byłoby sądzić, że tych ministrów kapryśny los zupełnie przypadkowo rzucił po „obaleniu komunizmu” (przez Wałka i Jaruzela, jak wiemy od niedawna) na to kluczowe stanowisko. Skoro Polska nie miała być silnym państwem, to i nie mogła mieć ministrów mogących o tę silną jej pozycję zabiegać. Potrzebni więc byli specjaliści od ściemniania, po prostu, a więc ludzie, którzy będą robić uczoną minę (Skubiszewski znakomicie w tym wypadał), będą „znać języki” (nie zapomnę, jak zachwalali polscy dziennikarze ten szczególny przymiot ówczesnego szefa MSZ) niemal wszystkie poza językiem silnej i wolnej od nacisków Rosji i Niemiec, Polski. W tym korowodzie pociesznych postaci szczególnie operetkowy wydaje się Radek Sikorski, który zabiera się za desowietyzację a może i dekomunizację (AD 2009) od pomysłu rozwalania Pałacu im. Stalina, choć tenże sam Sikorski bronił parę lat temu, jak lwica, „generała Judasza” przed groźbą zdegradowania go do stopnia szeregowca.

Niedawno czytałem wywiad z wujkiem Tadkiem (w komunistycznej „Polityce”), czyli „pierwszym niekomunistycznym premierem”, no i rozmowa oscylowała wokół przepięknych, budujących kwestii Eucharystii z udziałem H. Kohla („Msza Pojednania”) i przypominała m.in., że mniejszość niemiecka przyszła na ową mszę z transparentem głoszącym, że Kohl jest jej kanclerzem (takie klasyczne, niemieckie poczucie humoru). Ale jakoś w ogóle nie dotknęła problemu odszkodowań Niemców za całkowite zniszczenie Warszawy czy ludobójcze praktyki wobec Polaków w czasie II wojny. Jak doskonale pamiętamy, gdy kaczyści wyskoczyli z pomysłem wyliczenia strat spowodowanych przez hitlerowców w samej stolicy, to w Polsce – tak w Polsce – ozwały się głosy wielkiego, potępieńczego oburzenia, że jakże to tak „po tylu latach” liczyć Niemcom cokolwiek, skoro przecież ci Niemcy tak straszliwie nam pomagają „w UE” czy w ramach kooperacji gospodarczej – jakże to tak podsycać rewizjonistyczne nastroje, gdy cała Europa żyje w pokoju i pokój jest najważniejszy. Część tych głosów pochodziła, rzecz jasna, z tych samych środowisk komunistycznych, jak inteligencja skupiona wokół komunistycznej „Polityki”, wiernie trzymająca się prorosyjskiej linii po dziś dzień. J. Paradowska, niezmordowana jak niegdyś A. Małachowski broniący Polski przed dekomunizacją, powiada teraz, że jednym z widocznych sukcesów gabinetu ciemniaków jest właśnie „nawiązanie nici współpracy z Rosją”.

I o to chodzi. Bliżej Rosji. Jednakże zbliżając się do tej Rosji, coraz wyraźniej widzimy KGB-owców, nie wiedzieć czemu, zaś Bukowski z typową dla siebie szyderczą manierą, rozwiewa wszelkie złudzenia dotyczące „demokratycznego charakteru” przemian u naszego wschodniego sąsiada. Czy środowiskom prorosyjskim w Polsce mogłoby to przemówić do rozsądku? Wprost przeciwnie – one kochają bowiem Rosję taką, jaka jest, bo jest taka sama od czasu, gdy powstał Kraj Rad.


http://www.rp.pl/artykul/392884_Bukowski__Rosja_nie_wygralaby_wojny_z_Polska_.html
http://www.polityka.pl/kraj/analizy/1500711,1,rocznica-polsko--niemieckiego-pojednania.read
http://www.polityka.pl/kraj/analizy/1500839,1,dwa-lata-rzadu-tuska-ocenia-janina-paradowska.read

16 lis 2009

Wyspa stabilności


Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, toteż, tak samo jak z kryzysem finansowym, który po całym świecie szalał, ale do wyspy stabilności dojść nie mógł i nie należało go wywoływać ani z lasu, ani znikąd, więc nie przyszedł, tak i epidemia grypy, co trochę ludzi wyzabijała, choć przecież nie tak dużo, jak zwykła grypa, nie miała przyjść i nie przyszła. Słyszeliśmy te zapewnienia, więc jesteśmy spokojni, pozostaje jedynie zapytać: co dalej, ponieważ, gdyby jednak się okazało, że jakimsik sposobem, mimo zaklęć szamanów chadzających po ministerialnych korytarzach i zasiadujących przed telewizyjnymi kamerami, świńska choroba się gdzieś tam pojawiła, to oczywiście nie wchodzi w grę kwestia szczepienia czy nieszczepienia, bo to i tak – jak już doskonale od znawców wiemy - jest zwykle za wcześnie lub za późno, a poza tym nieskuteczne, tylko w grę wchodzi to, co nam ludzie zapewniający, że nic złego na nas nie przyjdzie teraz mają do powiedzenia.

Mogą powiedzieć, że się pomylili albo że nie dosłyszeli czegoś, albo też, że coś źle policzyli, a chcieli policzyć dobrze, oczywiście. Mogą też powiedzieć, że uspokajali nas wszystkich, byśmy po prostu w panikę nie wpadli- dodając: teraz też nie ma powodu do paniki. Właściwie to nigdy nie ma powodu do paniki, bo jak wiadomo w panice człowiek głupieje i nie wie, co robić, gdzie iść, gdzie ma dokumenty i jak się nazywa – tedy nawet gdyby się nagle ziemia przed nami rozstąpiła, powtarzajmy sobie, że wszystko jest pod kontrolą - jeśli nie naszą, to przynajmniej rządu, a jeśli nie rządu, to już na pewno specsłużb, bo one tak naprawdę III RP rządzą. Tak zresztą robił James Bond, gdy już sponiewierany przez setki wrogów, ostrzelany ze wszystkich stron, przygnieciony betonem i żelastwem, ranny w ręce i nogi, musiał się nadludzkim wysiłkiem woli wydobyć z tarapatów, otrzepać garnitur i gnać dalej, by ratować świat.

Nasi bohaterowie mogą też przyjąć inną taktykę. Taką właśnie obrał gabinet ciemniaków, kiedy się okazało, że kryzys ekonomiczny jednak dotarł do wyspy stabilności, choć do upadłego twierdzili, że za Chiny Ludowe nie ma bata, iżby kryzys u nas mógł być (mieli cholernie mocne wyliczenia na to). Dopóki kryzysu nie było, to nie było, potem zaś jak już się on nastał, to był i ciemniacy nas zgodnie i wytrwale zapewniali, że to właśnie z powodu kryzysu niemożliwy jest cud gospodarczy, który planowali, idąc do władzy, uczynić. Teraz więc, gdy się okaże, iż jest jakaś taka siaka owaka ale jednak epidemia, to mogą powiedzieć, że właśnie z jej powodu nie da się zreformować służby zdrowia, co do której każdy, kto niedawno odwiedzał publiczne przychodnie czy szpitale, może być pewien, iż nie jest na żadną epidemię przygotowana (zresztą, czemu miałaby być, skoro nawet na przyzwoite pensje dla personelu medycznego nie ma).

Nam zaś pozostaje teraz oczywiście uzbroić się w cierpliwość, nie rwać włosów z głowy, tylko wziąć parę głębszych oddechów, dać gabinetowi ciemniaków następne dwa lata spokoju, bo przecież dwa lata zleciało jak z bicza strzelił i nasi bohaterowie z zakasanymi rękawami z bilbordów dopiero się w rządzeniu rozgrzali - oraz przygotowywać się z naszymi najbliższymi do Świąt. Byle do Świąt zatem :)

http://www.tvn24.pl/-1,1628993,0,1,mamy-epidemie-grypy-spowodowal-ja-wirus-ah1n1,wiadomosc.html

O ateizmie


świetny tekst E. Pióro (dotyczący ateizmu i ewentualnej uczciwości ateisty), mimo swojej rzetelności i celności, nie uwzględnia paru istotnych rzeczy, o których ja pozwolę sobie wspomnieć. Otóż ateista już w punkcie wyjścia swojego światopoglądu jest NIEuczciwy - nie uznaje on prawdy o tym, że człowiek, oprócz tego, że jest istotą myślącą, jest też istotą religijną (bez względu na kulturę, w której tenże człowiek dojrzewa). Religijność jest jakimś naturalnym elementem ludzkiego przeżywania świata, bowiem doświadczenie tego, co nadprzyrodzone (nie chodzi już nawet o relację z osobowym Bogiem, charakterystyczną dla katolicyzmu) stanowi powszechny rys kondycji ludzkiej.

Ateista, wbrew temu, co sobie uzurpuje, jest człowiekiem o ograniczonych zdolnościach intelektualnych oraz imaginatywnych. Po pierwsze, jak już powiedziałem, nie przyjmuje on do wiadomości tego, że człowiek jest istotą religijną (na wszystkich kontynentach), po drugie, ateista nie wyobraża sobie, żeby rzeczywistość mogła być bogatsza niż tylko to, co fizyczne, co mierzalne, co obliczalne, co przyrodnicze, po prostu. Po trzecie, ateista ma zdeformowany obraz nauki (której usiłuje być wierny) – odrzuca bowiem te obszary nauki, które związane są z badaniami religijności człowieka oraz próbami rekonstrukcji tego, co nadprzyrodzone; odrzuca też to, że wielu naukowców (ale też artystów, intelektualistów, wybitnych przywódców etc.) było i jest ludźmi religijnymi.

O ile agnostyk zachowuje pewien zdrowy umiar w formułowaniu sądów na temat tego, co nadprzyrodzone, wychodząc z założenia, że zwyczajnie nie jest w stanie poznać sfery nadprzyrodzonej, w związku z tym na jej temat i na temat sensowności ludzkiego religijnego nastawienia, wstrzymuje się od głosu – o tyle postawa ateisty ma (paradoksalnie) charakter quasi-religijny. Ateista bowiem nie tylko odrzuca to, co nadprzyrodzone, odmawiając mu istnienia, ale odrzuca też religijność ludzką, jako zafałszowanie, oszustwo, autohipnozę, chorobę psychiczną etc., a przy tym kieruje swoją agresję i na to, co nadprzyrodzone (zwalczanie symboliki religijnej, wyszydzanie Boga etc.), i na samą religijność (zwalczanie praktyk ludzi wierzących, wyszydzanie rytuałów), i na osoby duchowne. W sytuacji skrajnej, tj. takiej, z jaką mamy do czynienia w krajach komunistycznych, ateista zabiera się za eksterminację ludzi wierzących, osób duchownych etc. oraz za niszczenie tego, co z religijnością i religią jest związane (opisał to niedawno P. Gontarczyk (http://www.rp.pl/artykul/61991,391753_Bezreligijnosc__po_bolszewicku.html)).

Powiedziałem o quasi-religijności ateisty, ponieważ jest to osobnik, który każe ludziom religijnym wierzyć w coś, co sam „odkrywa” jako „boskie”. Zwykle jest to „rozum”, choć, jak wiemy, ateista odrzuca racjonalność ludzkich dróg do Boga (poszukiwań Boga), racjonalność ludzi religijnych, jak i samej religii) – chodzi mu więc o rozum specyficzny, właśnie ateistyczny, czyli odarty z tego, co nadprzyrodzone. W tym względzie ateista przypomina Kaja z bajki Andersena, tj. osobę, która widzi świat i ocenia innych ludzi wyłącznie ze swojej, mrocznej perspektywy albo też przypomina Sartre'a z jego tezą, że inni budzą w nim po prostu wstręt. W istocie ateista jest osobą duchowo sparaliżowaną, ale też z tego powodu popada czasem we wściekłość, w furię, miota się, bluzga, wydziera się itd. na widok osób religijnych lub duchownych, praktyk ludzi wierzących czy samej symboliki religijnej, w czym z kolei przypomina diabła, ziejącego siarką.

Wydaje się zresztą, że związek ateizmu z (otwartym lub skrywanym) kultem Szatana jest nieodległy, nie tylko z tego dość wyraźnego antyreligijnego (zwł. antykatolickiego) zacietrzewienia ateistów (przechodzącego w prześladowania ludzi wierzących), lecz i z tego powodu, że ateiści, co wydaje się szczególnie ciekawe, wprowadzają swoje własne rytuały (np. „ateistyczne małżeństwa”) i swoje własne kulty (wspomniany już kult „oświeconego” „rozumu”, kult „wielkich ateistycznych myślicieli”, a więc takich ateistycznych „świętych”), a więc (jak małpa Pana Boga) naśladują ludzi religijnych na różne sposoby, choć czynią to w zdeformowany, jak to zwykle w takiej tradycji bywa, sposób. Rytualizacja oraz dogmatyzacja ateizmu pokazuje, że ateiści swoją stłumioną religijność starają się nakierować na inne niż tradycyjnie religijne, cele. Pech chce, że często „religijność ateistyczna” zmienia się po prostu w kult zła.

Ateizm bywa dziedziczny. Sami ateiści zresztą uważają, że religijność (np. wiara w Chrystusa) jest rezultatem indoktrynacji stosowanej przez rodziców czy opiekunów w stosunku do „bezbronnego dziecka”, które, jak się możemy domyślić, jak automat daje się zaprogramować, a potem jak automat działa przez całe życie jako „człowiek religijny”. Tymczasem ci ateiści zapominają, że przecież ich ateizm też jest rezultatem indoktrynacji, a więc albo przekazali danemu ateiście swoją ateistyczną wiedzę jego rodzice/opiekunowie, albo jakiś „autorytet” spotkany w szkole średniej, na studiach lub po prostu w którymś ze środków masowego przekazu.

Ateista może oczywiście nam wmawiać, że sam doszedł do tego, że Boga nie ma, że religia jest czymś bezsensownym, że moralność oparta na Dekalogu to nieporozumienie itd. Zakładając, że taki ateista mógłby się trafić – choć, jak sądzę, 99% to po prostu ateiści „uwiedzeni duchowo” przez rozmaitych szarlatanów, których przecież nie brakowało w dziejach ludzkiej myśli, a już dziś jest ich wyjątkowo dużo – to musiałby dokonać najpierw aktu wykorzenienia Boga z własnego serca, wyrzucenia z serca naturalnej miłości bliźniego (a więc tego, że szanujemy innych ludzi; że czujemy się zobligowani, by im pomagać; że troszczymy się o innych itd.) i jakiegoś duchowego okaleczenia siebie właśnie w aspekcie widzenia świata w pełnym jego bogactwie i pięknie. Z reguły takie okaleczenia są rezultatem albo jakiejś traumy życiowej, albo kardiochirurgicznego precyzyjnego cięcia, dokonanego przez kogoś, kto dokładnie wiedząc, że Bóg jest i że realnie oddziałuje On na świat ludzi - kroi serca osób słabych i zagubionych po to, by nie mogły one dostrzegać miłości, która rozpościera się wokół nas.


http://ewapioro.salon24.pl/138392,czy-ateisci-moga-byc-ludzmi-uczciwymi

15 lis 2009

Medytacje o dozowaniu wolności i o leworęczności


„Z wolnością jest fajnie, byleby nie przesadzać”, rzekł dozorca zoo do tygrysa w klatce. „Z wolnością jest tak jak z solą – ważne, żeby nie zepsuć zupy”, oznajmił szef kuchni obozowej w trakcie wydawania więźniom głodowych racji.

I podobnie jest w III RP. Wolność słowa? Jak najbardziej, bylebyś, synku, uważał na to, co mówisz. A im więcej ludzi chce cię słuchać, kolego, tym bardziej musisz się pilnować, bo najważniejsza lekcja, jeśli chodzi o wolność słowa, to lekcja właściwego języka, tj. języka wolności. W tym względzie trzeba pobierać korepetycje u ludzi, co do wolności dojrzeli i którzy o wolności wiedzą najwięcej. Są jak mistrzowie sztuk walki lub też mnisi, co w długim kontemplacjach wgryźli się w ideę, jak glebogryzarka w ziemię pod budowę nowego świata. Tych, co do wolności dojrzeli rozpoznaje się po śladach styropianu na płaszczu lub we włosach. Jeśli, kolego, nie wiesz, co to styropian, zajrzyj do czasopisma „Murator III RP”.

Co taki mistrz może tobie lub twoim kolegom nieukom powiedzieć? Przede wszystkim to, że trzeba się wsłuchiwać w bicie serca mistrza. Jeśli jest niespokojne – niepokoić się. Jeśli spokojne – spać spokojnie. Kiedy serce mistrza jest niespokojne? Oczywiście wtedy, gdy wolność słowa – wywalczona w ciężkich ulicznych walkach przez mistrzów negocjacji z wilkami w mundurach – jest nadużywana. Kiedy zaś wolność ta jest nadużywana, chłopcze? Gdy jakiejś rzeczy nadajesz niewłaściwe słowo. O tym zaś, które słowo do jakiej rzeczy pasuje, decyduje mistrz, bo słów zna najwięcej i o świecie wie tyle, co nikt.

Problem jednak w tym, że mistrzowie słowa nie wydali żadnych podręczników dotyczących właściwego nazywania rzeczy, stąd też nieporadni uczniowie muszą się poruszać trochę po omacku i nazywają czasami coś po swojemu, ukazując w ten sposób swoją głupotę. Mistrzowie na szczęście są wyrozumiali, powiedzieli wszak już na samym początku budowania nowego świata, iż społeczeństwo nie dojrzało do demokracji. Mistrzowie nie stwierdzili jeszcze też, a mija, bogom transformacji niech będą dzięki, już 20 lat, czy społeczeństwo już dojrzało, czy też proces owego dojrzewania należy rozłożyć na dłużej niż dwie dekady – skoro zatem edukacja się jeszcze nie zakończyła, to każdy, kto sobie roi (roi, nie rości) prawo do korzystania z wolności słowa, powinien mieć świadomość, iż jest na etapie wprawek z kaligrafii i korzystania z brudnopisu. Na czystopis przyjedzie czas po zakończeniu edukacji. Oczywiście o końcu edukacji decyduje mistrz wystawiając świadectwo umiejętnego posługiwania się językiem wolności.

Ale nawet wprawianie się w pisaniu czy mówieniu tymże językiem, nawet bazgrolenie sobie w oblanym cienką herbatą i zatłuszczonym brudnopisie, wymaga czujnego oka mistrza. Jeśli bowiem ktoś sadzi kulfony, nauczyciel przychodzi i z ojcowskim spokojem koryguje błędy. Jeśli ktoś pisze nie tą ręką, co trzeba, mistrz z uśmiechem wzdycha i cierpliwie przekłada ołówek do lewej ręki. Pisanie nią pozwala koncentrować się na każdym słowie, a jednocześnie zasłaniać to, co już się napisało, każdy mańkut to wie. Język wolności bowiem jest subtelny, nie może być nagi, wyuzdany, jakiś taki pornograficzny, w którym wszystko jest pokazane aż do bólu oczu. Mistrz swoim mistrzowskim pędzlem potrafi słowa tak we wstęgi splatać, że powstaje niezwykła tkanina, w którą można opakować świat, tak że staje się on nawet piękniejszy niż był. Mistrzowska subtelność polega na tym, iż używa on wyłącznie tych słów, które są potrzebne, nie zaś sięga po każde głupie słowo, które może przyjść do głowy. Słowa bowiem trzeba umieć przesiewać, jak złotnik grzebiący z sitem w rzecznym piasku w poszukiwaniu tego, co najcenniejsze. Słowa trzeba umieć cyzelować, jak rzeźbiarz, co kolejne popiersie mistrza wykuwa.

Z tego też powodu dobrze byłoby w tych wciąż wczesnych, niedojrzałych latach uczenia się języka wolności w szkole wolności, domagać się od uczniów, zwłaszcza tych krnąbrnych, co w nauce są oporni, co mistrza tego czy owego się nie słuchają, co np. brzydko się odzywają czy na rozmaite impertynencje sobie pozwalają, nakładać śluby milczenia. W klasie w trakcie lekcji powinna być cisza. Jak makiem zasiał.

Każdy to wie.



(tekst ten dedykuję nie tylko p. K. Leskiemu, który z wielką czułością pochylił się nade mną, ale wszystkim mistrzom słowa, zdaję sobie jednak sprawę, iż nie spełnia on warunków przyzwoitej samokrytyki)

http://krzysztofleski.salon24.pl/138193,nie-porozmawiamy

14 lis 2009

Klincz

Dobrze się dzieje, że pojawiają się polemiki pomiędzy samymi konserwatystami, ponieważ ilustrują one to, jak wiele jest różnic między nami, zwłaszcza jeśli chodzi o rozpoznawanie i diagnozowanie kulturowych zagrożeń. Z tekstu toyaha, który był łaskaw podjąć się ze mną dyskusji, ktoś niezbyt zorientowany w tym, co ja piszę, mógłby wywnioskować, że ja toczę iluzoryczne boje z wyimaginowanym wrogiem („FYM polemizuje w gruncie rzeczy wyłącznie z duchami”), że jakąś moją obsesję stanowią czerwoni, co przesłania mi dostrzeganie rzeczywistych niebezpieczeństw we współczesnej Polsce, że jestem niepoważny („w odróżnieniu od niego, ja jestem poważny”, zaznacza toyah), że zajmuję się jakimiś młodymi kolesiami, którymi nie warto się przejmować oraz że mam „w dużym poważaniu” lewaków piszących na s24 (to akurat jest zgodne z prawdą – dodałbym więcej: ludzi świadomie wyznających lewacką ideologię, po doświadczeniu komunistycznego ludobójstwa i terroru, uważam za niepełnosprawnych umysłowo). Toyah przypomina przy okazji dość oczywistą rzecz, a mianowicie taką, iż lewacy mają to do siebie, iż zakłamują otaczającą rzeczywistość, nazywając swoich wrogów za pomocą określeń, które zwykle przypisywało się samym lewakom. Tak samo więc, jak sowieciarze nazywali USA zagrożeniem dla pokoju, a ekspansję ludobójczego komunizmu jako „walkę pokój” - tak samo lewacy dziś mają czelność nazywać konserwatystów „bolszewikami”, co toyah przywołuje z pełną powagą, zaś co (owo lewackie nazywanie) mnie wcale nie dziwi, ponieważ lewacy mają to do siebie, iż żywią się generalnie kłamstwem. Oni inaczej, niż zakłamując rzeczywistość, mówić nie potrafią i w jakiś perwersyjny sposób, czują się z kłamstwem na ustach dobrze. Przypominają w tym ludzi, którzy oddani łajdactwu rozsmakowali się w złu i sprawia im przyjemność dręczenie czy krzywdzenie innych.

Toyah udziela mi dobrej rady, bym zabrał się za tych, co traktują antykomunistów w bolszewicki sposób, a nie za jakichś mitycznych czerwonych, tak jakby jedno z drugim nie miało związku. Wydawało mi się do tej pory, iż mój „przekaz politologiczny” jest stosunkowo klarowny, III RP uważam za rezultat umowy czerwonych z różowymi, który przybrał postać rządów nomenklaturowych trwających (nie licząc wyłomów Olszewskiego i kaczystów) blisko 20 lat, ale też pozwolił czerwonym stać się realną, legalną siłą polityczną i kulturową, mogącą wpływać na naszą rzeczywistość, co jest zabójcze dla polskiego systemu. Symbioza czerwonych z różowymi jest widoczna, a ich zgodny sprzeciw wobec jakichkolwiek prób dekomunizacji i desowietyzacji potwierdza tezę, że te dwa środowiska są ze sobą mocno zrośnięte na zasadzie wzajemnego klientelizmu. Tymczasem zdaniem toyaha, czerwoni nie stanowią już żadnego poważnego zagrożenia („Machnij już przyjacielu ręką na tych komunistów. Oni albo już dogorywają, jak parę dni temu wszyscy mieliśmy okazję obserwować na przykładzie Jaruzelskiego, albo robią z siebie idiotów, których swoją drogą i Jaruzelski i Urban i cały klub parlamentarny SLD ma głęboko w dupie.”), a prawdziwi wrogowie Kościoła są gdzie indziej.

I wychodziłoby na to, że są nimi Doda i jakiś żałosny gostek z pewnej metalowej grupy, który podnieca się niszczeniem Biblii na koncertach i swoją służbą Szatanowi. Mam nadzieję, że toyah pisze to pół żartem, pół serio, ponieważ nie takich już „artystów” widział świat (fala jakiegoś wyjątkowego powszechnego satanizmu w muzyce była za czasów Slayera – dziś to wszystko są popłuczyny po popłuczynach), i nie takie bluźnierstwa - a mimo to, katolicy dalej uczestniczą w Eucharystii, chrzczą dzieci i przystępują do Komunii św. Jeśli bowiem pop kultura miałaby faktycznie tak niszczącą siłę, jaką się jej czasem przypisuje, to już dawno nie byłoby kościołów, lecz wyłącznie dyskoteki i techno parties, ewentualnie „czarne msze”. Osobiście zresztą korzystam z pop kultury pełnymi garściami, śledząc ewolucję muzyki najprzeróżniejszych nurtów i w niczym nie zakłóca to mojego życia religijnego czy duchowego, jedynie modlę się za co bardziej porąbanych czy zagubionych życiowo twórców.

Prawdziwi wrogowie Kościoła zawsze sytuują się po stronie ideologii i polityki, uważam. Oczywiście nie każdy, kto głosi jakąś ideologię, od razu musi wskakiwać w mundur sowiecki i zaganiać ludzi do koncłagru. Część propagandzistów, takich choćby, jak ci młodzi przywołani przeze mnie w poście, który tak zadziwił toyaha, może swoje pitolenie traktować wyłącznie w kategoriach przymilania się potencjalnym sponsorom czy przyszłym oficerom prowadzącym. W każdym jednak kraju, tak też i w Polsce, istnieją środowiska i ludzie, którzy tego typu antykatolicką ideologię są w stanie wcielać w życie dosłownie z marszu za pomocą zmian prawnych i powoływania się na precedensy, jak choćby ten niedawny z krzyżami we włoskiej szkole. Gdyby tak nie było, to przecież w Hiszpanii (a więc katolickim kraju) nie prowadzono by od momentu przejęcia władzy przez lewaków, tak otwartej wojny z Kościołem i cywilizacją życia, wojny, o której dość często możemy poczytać w polskiej prasie.

Wbrew temu, co sugeruje toyah, wcale nie sądzę, by można było zbagatelizować zagrożenie lewactwem w dzisiejszych czasach, zresztą wsłuchując się w wypowiedzi komunistycznych polityków w Polsce, to można nabrać pewności, że gdyby tylko mogli (a jest to kwestia wyłącznie pewnego wsparcia ze strony eurokracji), wprowadziliby dokładnie te wszystkie „udogodnienia cywilizacyjne”, które eurolewactwo forsuje jako panaceum na rozmaite problemy społeczne, a więc „aborcję na życzenie”, „litościwą śmierć”, „małżeństwa homoseksualne” etc. oraz – podkreślam - rugowaliby religijność ze sfery publicznej. Tylko bowiem religia stanowi bastion opierający się relatywizmowi i permisywizmowi moralnemu, które dla lewactwa są środkami do niszczenia „burżuazyjnego porządku”.

Gramsci i Marcuse byli naprawdę przenikliwymi myślicielami, uznawszy, że droga przez instytucje oraz przez deprawację moralną jest o wiele skuteczniejsza aniżeli praktyki ludobójcze, jeśli chodzi o realizację ideałów rewolucji. Wiem, że zabrzmi to dla wielu osób znajomo, lecz pewne rzeczy trzeba powtarzać – otóż komunistów uważam za największych zbrodniarzy XX wieku (to akurat potwierdza historia) i największe zagrożenie cywilizacyjne, jakie kiedykolwiek pojawiło się na Ziemi. Ostatnią więc rzeczą, jaką należałoby czynić, to zlekceważyć i komunistów, i komunizmu, z ich niszczycielskim potencjałem kłamstwa i przemocy. Jeśli bowiem mamy świadomość tego, iż czerwoni „demontując system” dokonali jedynie założenia owczej skóry „socjaldemokratów” czy „socjalliberałów” - i mamy świadomość tego, że zbrodnie komunistyczne ani system komunistyczny NIE zostały rozliczone – to z jednej strony należy zagrożenie cywilizacyjne, jakie ze sobą niosą, traktować serio, a z drugiej, wiedzieć, jak silny i bezwzględny jest to przeciwnik (nie tylko polskiej) kultury, skoro tak sprytnie udało mu się z jakichkolwiek rozliczeń wywinąć.

W cieniu takiego przeciwnika rozmaici „postsolidarnościowcy” (czyli różowa nomenklatura), którzy zbili fortuny na konsumowaniu fruktów władzy i na panoszeniu się na scenie politycznej, a którzy wszelkich „dekomunizatorów” czy też osoby krytykujące III RP od jej pierwszych lat (nie chodzi przecież tylko o ludzi takich jak J. Kaczyński), nazywali oszołomami i wielkopańskim gestem odsyłali na badania psychiatryczne - są doprawdy cienkimi leszczami, a nie żadnym wcielonym złem. Potęga różowej nomenklatury zbudowana została przecież na betonowym fundamencie pezetpeeru i historycznego kompromisu z juntą Jaruzela, nie zaś na sile politycznej „różowych”. Gdyby w czerwcu 1989 r. rozpisano wolne wybory, to układ sił w przeciągu paru lat wyglądałby w Polsce zupełnie inaczej i na pewno żadne „partie ludzi mądrych” nie zaistniałyby dłużej niż przez jeden polityczny sezon, zaś wujek Bronek ten czy inny, miałby mnóstwo czasu na pisanie pamiętników kombatanta, a nie na politykowanie. Jeśliby więc pojawił się teraz ktoś, kto przetnie gordyjski węzeł porozumienia z czerwonymi, to Polska ma szansę na odzyskanie jako takiej politycznej wolności, pozwalającej na wypracowanie podstaw do samo-rządzenia się Polaków (i do sanacji kraju), a w ten sposób rozwalenia kieratu skonstruowanego przez czerwono-różową nomenklaturę, która żeruje na podatnikach.

Ten proces dochodzenia do samo-rządności i do sanacji państwa jest jednak powstrzymywany przez dwie siły – czerwoną i różową. Jesteśmy, jako obywatele, w klinczu od 20 lat. Komuniści wiedząc, że odzyskanie podmiotowości przez Polaków doprowadziłoby w pierwszym rzędzie do dokonania bilansu działalności czerwonych, zrobią wszystko, by opóźnić ten proces, a najlepiej, by całkowicie go powstrzymać. Wszczynanie wojny religijnej jest jednym ze skutecznych sposobów na takie opóźnianie, zresztą takie wojny już parokrotnie oni urządzali, nawet za pontyfikatu Jana Pawła II. Różowi natomiast, z jednej strony chroniący czerwonych (na których wsparcie w chwilach próby mogą zawsze liczyć), z drugiej zaś chcący się trochę wyemancypować, by zająć poczesne miejsce na eurosalonach, powstrzymują te procesy (dochodzenia do podmiotowości) we własnym interesie. Uważam, że błędne jest demonizowanie którejkolwiek z tych grup nomenklaturowych, zważywszy na fakt, że ich członkowie to ludzie zakłamani i tchórzliwi, bojący się tych, którym powinni służyć, a więc polskich obywateli. Nie zmienia to jednak mojego generalnego osądu, iż zagrożenia, o których piszę, są bardzo poważne i wcale nie wyimaginowane.


http://toyah.salon24.pl/138070,czy-diabel-chodzi-wciaz-w-leninowce