31 paź 2009

O stadzie, które myśli

Prof. Sadurski po raz już nie wiem który, sztura mnie intelektualnie, imputując „myślenie stadne”, tedy nie wypada mi, szlachcicowi, nie podjąć rękawicy i moją szabelką nie powywijać, bo „zdaje mie sie”, że Il Professore - mimowolnie zapewne, boć przecie o złą wolę go podejrzewać niepodobna, wpisując się w pewną strategię argumentacyjną charakterystyczną dla oświeconej lewicy - sięga po chwyty retoryczne, które w dżentelmeńskiej dyskusji nie powinny się pojawiać. Generalnie sprowadza się to postępowanie do wykorzystywania argumentum ad personam ewentualnie ad auditorem, nikt bowiem (kto głowę nosi na karku, a nie w teczce) nie chce być podejrzewany o „myślenie stadne”, o powtarzanie komunałów, o brak uzasadnienia dla głoszonych poglądów, no i o dogmatyzm a rebours.

Spór idzie o rzeczy najświętsze dla międzynarodowej nowej lewicy, bo o Matkę Gaję, co oddychać już nie za bardzo czym ma. Tedy owa oświecona lewica, zawsze zatroskana o to, jak zapewnić ludzkości raj na ziemi, wzięła się za obronę warstwy ozonowej, zwalczanie zmian klimatycznych, powstrzymanie globalnego ocieplenia – słowem stawiania czoła koniecznościom dziejowym. A w związku z tym, pech chce, lewica ta musi sięgać znowu po rozmaite poważne środki przymusu – poczynając od szantażu psychologicznego i wpędzania mas ludzkich w sztuczny dysonans poznawczy (taką strategię stosują akwizytorzy zbierający na rozmaite „cele charytatywne” równocześnie zapełniając swoje własne kieszenie), na sankcjach gospodarczych kończąc (kary finansowe za nadmierne emisje dwutlenku węgla). Jak to zwykle bywa, kraje, które najbardziej zaczadzają atmosferę, a więc USA, Chiny i Indie, niespecjalnie się przejmują losem Matki Ziemi, a co gorsza, na wołania lewicy głuche są też oceany, emitujące CO2 jak wszyscy diabli razem wzięci.

Sadurski był łaskaw red. Ł. Warzesze napisać pouczenie:

„Poprawnosc polityczna w Panskim srodowisku nakazuje zaprzeczac zagrozeniom, zwiazanym ze zmianami klimatycznymi. Niedlugo bedziecie wysmiewac sie z prewencji anty-powodziowej lub anty-pozarowej. Bo to rowniez "pachnie sowieckimi zakusami, by sprzeciwiać się naturze".”

Na co ja się włączyłem, przyganiając Sadurskiemu, iż nie wiedział ja, że polityczna poprawność może istnieć także na prawicy i dodając, że wynikałoby z uwag Il Professore'a, że są tylko rozmaite ideologie, racje zaś żadne nie istnieją. To zaś Sadurskiego sprowokowało do wykazania, iż nie tylko Warzecha, ale i ja mogę błądzić:

„(...) Nie. Chcialem powiedzieć to co powiedzialem: że “poprawność polityczna” jako epitet określający myślenie stadne, odnosi się zarowno do lewicy jak i prawicy. Prosze sobie wyobrazić naszego zacnego Gospodarza, ktory w następnych wpisach bedzie: (a) wychwalał Prezydenta Obamę za jego politykę gospodarczą; (b) brał Alicję Tysiąc w obronę przed potwarzą; (c) wyrażał zaniepokojenie brakiem w szkolach “etyki” jako alternatywy dla “religii” itp itd. Nie wyobraża sobie Pan? No to ma Pan syndrom poprawności politycznej, prawica-style.
Pojęcie to zostało zawłaszczone przez komentatorów pawicowych jako epitet, ale jeśli ma określać wyrażanie pogladów, które są dobrze widziane w danym srodowisku, to chyba GW nie ma na to monopolu: czy sądzi Pan, że nie ma zestawu poglądow “dobrze widzianych” np. w redakcjach Rzepy lub Faktu? A że Gospodarz może je wyrażać całkowicie szczerze? Nie watpię. Dotyczy to jednak także drugiej strony.
- I jeszcze jedno; Pan nie widzi “poprawności politycznej” w poglądach, z ktorymi Pan się identyfikuje – dla Pana sa one po prostu racjonalne. Ale jeśli uzna Panm, choćby na sekunkę, że nie są to jedyne poglądy wyznawane przez człponków Pana społeczenstwa, to może przyzna Pan, że “poprawność polityczna” jest pałką, która ma dwa końce. ”

Zacznijmy jednak od tego, że termin „poprawność polityczna” – wbrew temu, co twierdzi Sadurski - wcale nie oznacza myślenia stadnego i przez długie lata, jeśli nie dziesięciolecia (sam już nie pamiętam, kiedy się to dziadostwo pojawiło – przełom lat 80. i 90.?), stanowił zestaw dogmatów dotyczących życia społecznego, takich jak „zakaz dyskryminacji ze względu na orientację seksualną”, „równouprawnienie kobiet i mężczyzn”, „bycie ozone friendly”, „walka z ksenofobią”, „walka z wykluczeniem”, „zrównywanie szans” itp. Oczywiście, z czasem zaczęto w środowiskach konserwatywnych używać określenia „polityczna poprawność” w sensie szyderczym, dlatego że ludzie wyznający tę niebezpieczną ideologię okazywali się dogmatykami nie gorszymi od sowieckich politruków, nie zmienia to jednak faktu, że zrazu było to określenie-identyfikator dla wielu środowisk lewicowych z Czerską (z Michnikiem) na czele, która błyskawicznie po „obaleniu komunizmu” włączyła się w szerzenie politpoprawności (skrótowo ujmijmy: PP) i to z klasyczną dla lewicowych gremiów, śmiertelną powagą.

Problem z PP polegał na tym, że ów skrajny dogmatyzm skrywał nędzę argumentacyjną tychże środowisk i tak jak marksiści – ideolodzy PP posiłkowali się „dowodami naukowymi”, które miały ludziom o poglądach przeciwnych „zamykać usta” i kończyć dyskusję (bo „naukowcy amerykańscy udowodnili, że...”). Tak zresztą bywa i do dziś, gdy spotka się eko-fanatyków czy propagatorów homoseksualizmu lub aborcji.

W tej sytuacji zastosowanie przez Sadurskiego hasła, że polityczna poprawność jest także na prawicy, jest bardzo nieładnym chwytem, sugerującym, że konserwatyści nie mają żadnych racjonalnych kontraargumentów, jedynie pewnej ideologii przeciwstawiają inną ideologię. To jest nieprawda. Nieprawdą jest też założenie, jakoby istniały tylko ideologie, zaś racja nie leżała po niczyjej stronie. Relatywizm jest w istocie kryptodogmatyzmem, gdyż z reguły ci, co twierdzą, że żadnej absolutnej czy obiektywnej prawdy w żadnym poglądzie nie ma, sami absolutyzują swoje własne poglądy, kosztem innych. Mniejsza jednak z tym. Chcę bowiem zwrócić uwagę na to, co Sadurski imputuje mnie jako, że tak bowiem, klasycznemu okazowi polskiego konserwatyzmu.

Pisze on choćby, że ja nie wyobrażam sobie, by Warzecha (którego czytuję) mógł napisać to lub tamto. Tymczasem ja nie myślę w takich kategoriach o tych osobach których teksty czytam. Owszem, mogę powiedzieć kolokwialnie, że nie wyobrażam sobie np., by Sadurski napisał jakąś szczerą pochwałę konserwatyzmu i katolickiej wizji świata, ale to wynika ze znajomości wielu jego tekstów (nie tylko blogerskich). Kwestia imaginacji nie ma tu nic do rzeczy przecież – wszak (przynajmniej z katolickiego punktu widzenia) każdy ma prawo dokonać rewizji swoich poglądów, a nawet porzucenia jakiejś błędnej drogi, czego przykładem jest choćby słynny casus Szawła czy A. Frossarda (a na naszym podwórku R. Tekielego lub P. Paliwody), a więc ostrej konwersji skutkującej żarliwością w wyznawaniu czegoś nowego, głębszego, prawdziwego – tedy równie dobrze może nadejść dzień, kiedy nagle w Sadurskim obudzi się człowiek Chrystusowy. I co wtedy? Miałbym Sadurskiego nie czytać?

Wracając jednak do Warzechy i mojej imaginacji. Jak rozumiem Sadurski (znowu błędnie) sądzi, że ja sobie pewnych rzeczy w publicystyce nie wyobrażam, ponieważ patrzę na ludzi w sposób stereotypowy. Innymi słowy, mam jakiś „schemat Warzechy” i czytuję go, bo tenże autor pisuje stosownie do tegoż schematu. To nieprawda. Czytuję ludzi, jeśli mają coś sensownego do powiedzenia – bez względu na to, jak się nazywają i kim są. Łatwo zresztą rozpoznać, kto mówi coś sensownie, a kto nie – właśnie poprzez sposób uzasadniania poglądów. Nie zaliczam się do tego typu ludzi, którzy rozpoznają się po głoszonych hasłach – mało tego, podejrzewam, iż ten sposób identyfikacji (stadnej właśnie) panuje na lewicy – tam bowiem bez uzasadnień przyjmuje się pewne ideologiczne dogmaty. Jeśli więc ktoś sensownie, racjonalnie uzasadnia swoje poglądy, to go czytuję. Jeśli głosi coś, z czym się nie zgadzam, to sprawdzam uzasadnienia – jeśli są sensowne i racjonalne to weryfikuję własne poglądy – jeśli dostrzegam błąd – spieszę z krytyką. To zaś o czym pisze Sadurski, czyli pewne zaskoczenie wynikające z lektury Warzechy, mogłoby pojawić się wtedy, gdyby nagle zaczął on głosić poglądy lewicowe bez jakiegokolwiek sensownego uzasadnienia (poza takim np., że poznał przepiękną dziewczynę z „Krytyki Politycznej” :)). Oczywiście dochodzi tu wątek dodatkowy, „ocenny” jak mawiają juryslingwiści, a więc kwestia tego, że nie uważam poglądów lewicowych za sensowniejsze od konserwatywnych i mam na to dowody historyczne (że lewicowe myślenie prowadzi do tragedii na masową skalę), lecz ten wątek pominę.

Najciekawsze jednak jest to co napisał Sadurski na koniec swojego komentarza:

„Pan nie widzi “poprawności politycznej” w poglądach, z ktorymi Pan się identyfikuje – dla Pana sa one po prostu racjonalne. Ale jeśli uzna Panm, choćby na sekunkę, że nie są to jedyne poglądy wyznawane przez człponków Pana społeczenstwa, to może przyzna Pan, że “poprawność polityczna” jest pałką, która ma dwa końce.”

Już daruję sobie to rekonstruowanie mojego umysłu przez Il Prof., a więc to, czego nie widzę, a co widzę. Podkreślić pragnę jedno: ja nie identyfikuję się z żadnymi poglądami, lecz je wyznaję. Wyznaję je zaś dlatego, że mam dla nich racjonalne uzasadnienie. Sadurski jednak idzie dalej, tzn. zarzuca mi implicite dogmatyzm choćby z tego powodu, że nie uznaję istnienia innych poglądów „w społeczeństwie” (ergo jestem monotematyczny). Nic podobnego – uważam, że istnieje wiele poglądów na różne sprawy, przy czym, nie wszystkie są racjonalnie uzasadnione i nie wszystkie są słuszne czy prawdziwe. Nie widzę wobec tego powodu, by wyznawać te poglądy, które są irracjonalne, niesłuszne i nieprawdziwe. Zwłaszcza gdy ktoś jeszcze każe mi za zastosowanie się do tychże poglądów (tak zastosowanie się, bo traktowane są dogmaty PP normatywnie) płacić z moich ciężko zarobionych pieniędzy.

Zgadzam się, że PP jest pałką o dwóch końcach, ale to nie ja zdzieram pieniądze z ludzi ze względu na „nadmierną emisję dwutlenku węgla”. I nie ja mówię, że to zdzierstwo jest niezbędne dla „wspólnego dobra”. Co gorsza, twierdzę, że za pomocą eko-propagandy PP wchodzimy w obszar sterowania rozwojem gospodarczym poszczególnych obszarów świata przez te kraje wysoko cywilizowane, które przez długie wieki żadnych ograniczeń na swój rozwój przemysłowy nie nakładały.


http://lukaszwarzecha.salon24.pl/135200,za-ekofanatyzm-zaplacimy-wszyscy#comment_1863540
http://lukaszwarzecha.salon24.pl/135200,za-ekofanatyzm-zaplacimy-wszyscy#comment_1863924
http://lukaszwarzecha.salon24.pl/135200,za-ekofanatyzm-zaplacimy-wszyscy#comment_1863949

Cry, baby, cry


„CBA powinno walczyć z korupcją, a nie obywatelami”, powiada nieoceniony Gleb, który zapewnia nas też, że wypłakał wiele łez przez ostatnie tygodnie czyśćca. Te łzy rzęsiste były uzasadnione, skoro Gleba posłali w diabły źli ludzie, co się „dwóch zdań” wypowiedzianych przez telefon czepili.

„- CBA walczy z korupcją, która jest realnym problemem.
- Ale tak działały służby w PRL-u. Wtedy też nie można było swobodnie rozmawiać nawet prywatnie, bo każdy bał się podsłuchów. CBA wróciło do takich metod. Oni wytwarzają zjawiska korupcyjne, a potem perfidnie wpuszczają w nie przyzwoitych ludzi. Każdego człowieka można do czegoś złego namówić, sprowokować i zmanipulować.”


Nie pierwszy już raz dowiadujemy się, że za całą korupcją w Polsce stoi po prostu CBA. To zaś, że z reguły takie opinie wyrażane są przez ludzi przyłapanych na jakichś „swobodnych prywatnych rozmowach” na temat jakichś szemranych interesów, to rzecz jasna, zbieg okoliczności. Czy szczere łzy Sawickiej czy Gleba nie są najlepszym tego dowodem? Nic dziwnego, że ten ostatni musiał przejść medialną kwarantannę:

„- Jak Pan przeżył ostatni miesiąc?
- Na początku Paweł Graś wysłał do mnie SMS-a: "Chlebuś, nie oglądaj telewizji, nie czytaj gazet, bo zwariujesz i trafisz do wariatkowa". To była trafna rada.
- Zastosował się Pan do niej?
- Czasami, podglądałem telewizję i internet, ukradkiem, ale bardzo krótko.”


Aż się ciśnie na usta pytanie, dlaczego w takim razie Gleb nie wytoczył procesu sądowego Kamińskiemu i CBA o wrabianie uczciwego człowieka? Być może dlatego, że Gleb szykuje się do występów przed komisją śledczą, gdzie, jak twierdzi, dowiedzie swojej niewinności. Powinien tylko przygotować się od strony pamięciowej, tak jak do tego wywiadu, w którym znowu wielu rzeczy nie pamięta lub nie wie („Nie pamiętam, w jakim kontekście to powiedziałem. Naprawdę nie wiem, co mogłem Sobiesiakowi wyprostować.”, (o finansującym kampanię Gleba Kosku) „Nie pamiętam tych okoliczności. Zresztą to było wiele lat temu, wpłacił z własnego konta 18 tysięcy złotych, zrobił to zgodnie z prawem.”, itd.), a w ugadywaniu się na cmentarzu nie widzi nic zdrożnego. Powinien też powtarzać, że jest tylko obywatelem, a nie byłym szefem klubu partii władzy czy (do niedawna, tj. do 22 października szefem, a obecnie) członkiem sejmowej komisji finansów publicznych – i że policja polityczna zastawiła na niego pułapkę. Powinien też zwrócić uwagę, że koledzy się od niego odsunęli, że ma skromny dom i to jest najlepszy dowód jego niewinności.

Przede wszystkim zaś powinien powiedzieć, że najważniejszy jest klimat i bezpieczeństwo ekobiometeorologiczne.

http://orka.sejm.gov.pl/SQL.nsf/skladkom6?OpenAgent&FPB
http://www.polskatimes.pl/stronaglowna/179794,zbigniew-chlebowski-plakalem-myslalem-o-samobojstwie,id,t.html#material_8
http://www.polskatimes.pl/stronaglowna/179794,zbigniew-chlebowski-plakalem-myslalem-o-samobojstwie,id,t.html#material_1

30 paź 2009

Czytając przyzwoitych


Któż inny, jak nie A. Szostkiewicz, zasługuje na miano przyzwoitego? Nie tylko z tego powodu, że pracuje już tyle lat w komunistycznej „Polityce”, gdzie jest całe zatrzęsienie przyzwoitych, ale i dlatego, że pisze zawsze tak, jakby chciał powiedzieć to, co zwykle komunistyczna „Polityka” mówiła od lat - ale nie po komunistycznemu. No i takie pokazy na trapezie ja sobie cenię, bez względu na to, ile razy taki akrobata spada na zawieszoną nad piaskiem areny siatkę.

Cóż zatem przyzwoitego Szostkiewicza boli? No to, co zwykle bolało redaktorów komunistycznej „Polityki”, czyli Kościół. Bolączka to stara i pradawna, ale że już „komunizm upadł” i nie można stosować metod J. Urbana & G. Piotrowskiego Co., tedy trzeba na te bóle jakieś nowe lekarstwa znaleźć. I Szostkiewicz poczciwina szuka. Jego tekst zaczyna się zresztą od razu z wykopem takim, że palaczowi papieros może z ust wypaść:

„Czy można być etycznym, a nie wierzyć w Boga? Odpowiedź, że można, wydaje się banałem, lecz nie w Polsce XXI w.”


Tekst nosi w dodatku tytuł „Nowa przyzwoitość”, więc od razu przyklękamy na jedno przynajmniej kolano, że nareszcie ktoś z komunistycznej „Polityki” się o coś takiego upomniał. Już tam M. F. Rakowski ręką z grobu kiwa. Kiwa. Przyznam wprawdzie, że to sformułowanie „być etycznym” wygląda mi na jakiś intelektualny przekładaniec, bo zwykle mawia się, że można być moralnym lub niemoralnym, no ale domyślamy się przecież, że poczciwemu Szostkiewiczowi chodzi o to, że człowiek może posiadać jakieś poglądy etyczne, a nie być wierzącym. Czymś takim kiedyś zajmowało się Towarzystwo Krzewienia Kultury Świeckiej, a dzisiaj rozmaici „racjonaliści.pl” czy inni „ateiści.pl” - Szostkiewicz zaś, z redakcją komunistycznej „Polityki” załapał się akurat do „przyzwoitych.pl” i też ładnie.

„Monopol na etykę ma u nas Kościół katolicki i mało kto z tym dyskutuje. Kiedy media potrzebują jakiegoś etycznego komentarza, zapraszają do studia duchownych i to prawie zawsze tylko katolickich, tak jakby nie żyli u nas chrześcijanie innych wyznań, wyznawcy innych religii, a także niewierzący. No, chyba że rzecz dotyczy konkretnego wyznania, wtedy jest szansa, że o sprawie, powiedzmy, prawosławnej wypowie się prawosławny.”

No, a jak powinno być? Jeśli jest np. dyskusja o zabijaniu nienarodzonych (w języku postępowców: „o ingerowaniu w zawartość czyjegoś brzucha”), to powinna być cała ława ekspertów wydelegowanych przez wszystkie wspólnoty wyznaniowe, obok przedstawiciele „racjonalistów.pl”, „ateistów.pl” oraz „przyzwoitych.pl” - wtedy dopiero przeciętny zjadacz chleba miałby panoramę stanowisk. Ja bym jeszcze dla porządku dodał paru mundurowych. I to tych ze starszyzny. Taki Kiszczak z Jaruzelem, co już wokół swoich miejsc w alei zasłużonych się powoli krzątają, bo za chwilę upiorny żniwiarz w okno zastuka, z tego właśnie powodu, iż ze śmiercią za pan brat są jako komunistyczni zbrodniarze, mogą coś o sprawach ostatecznych dopowiedzieć, a nie tylko osoby wierzące lub niewierzące, a przyzwoite i poczciwe. Oczywiście, żeby było jasne, trafiają się – rzadko bo rzadko - ale trafiają, osoby naprawdę uczciwe, przyjazne, porządne, choć niekoniecznie wierzące (sam takie w życiu swym spotkałem), te osoby jednak rozpoznaje się po tym, że religijność, a szczególnie katolicyzm i Kościół wcale im nie przeszkadzają. Inaczej zupełnie ma się sprawa z tymi niewierzącymi poczciwcami, którym akurat Kościół i katolicy jakoś ciągle zawalają drogę do doskonalenia moralnego:

„To nie jest pogoda dla pluralizmu, lecz dla monopolu. I Kościół ten monopol na etykę realizuje w szkołach, mediach i polityce, wykorzystując konformizm większości klasy politycznej i znacznej części społeczeństwa.”

O to to. Jak znacznej części, to już przyzwoity Szostkiewicz nie dodaje. Ja zresztą w takich chwilach zastanawiam się, a co szkodzi niewierzącym własne szkolnictwo powoływać? Nawiasem mówiąc, to przecież za peerelu dbano o to, by indoktrynacja ateistyczna ciągnęła się przez wszystkie lata edukacji (od „przedszkoli TPD” na „WUML”-ach kończąc), czyżby Szostkiewicz tak krótką miał pamięć? Ejże, komuna tak dawno się nie skończyła (pomijając już to, że trwa w najlepsze nadal, unowocześniona, jak diabli). Dla równowagi jednak Szostkiewicz dostrzega „drugą stronę medalu”:

„Dobry nie jest też monopol ateizmu. Modny teraz na Zachodzie ruch tak zwanych nowych ateistów, głoszących radykalne usunięcie religii ze sfery publicznej, konfliktuje wewnętrznie społeczeństwo i hoduje w efekcie nowy quasi-religijny fundamentalizm, równie agresywny i wykluczający.”


A jaj jaj jaj jaj. A czemuż od razu do „nowych ateistów” się odwoływać, to nie ma jakiegoś ruchu „przyjaznych ateistów”, takiego, co za wzór można podać tutejszym pożytecznym instytucjom? Dalejże jakiegoś dawnego członka TKKŚ czy po prostu „racjonalistę” wziąć i niech organizuje coś takiego. Dotacje unijne gwarantowane. Może nawet jeden z redaktorów komunistycznej „Polityki” mógłby to poprowadzić, tak jak Urban zorganizował „ruch społeczny” z hasłem „NIE”. Coś takiego na szczęście już się rodzi – choć oczywiście w potężnych bólach:

„Szczere wyznanie, że się nie ma wyznania, wciąż bulwersuje. Zamiar urządzenia przez środowiska ateistyczne pochodu pod hasłem „Moralność bez wiary” w papieskim Krakowie uznano za prowokację. Przeciwnicy wytykali organizatorom, że są resztówką po lansującej ateizm Polsce Ludowej. Nic dziwnego, że ateiści czują się dyskryminowani i pragną przeciwko temu publicznie protestować. A przecież istnieje w Polsce długa i bogata tradycja myśli laickiej, racjonalizmu i humanizmu, nieodwołująca się do źródeł religijnych: Tadeusz Kotarbiński, Władysław Tatarkiewicz, Maria i Stanisław Ossowscy, Henryk Elzenberg, a dziś Helena Eilstein, Jacek Hołówka, Jan Woleński, Jan Hartman, Magdalena Środa.”

Oczywiście, Woleński i Hartman, jako związani z B'nai B'rith, z żadnymi źródłami religijnymi nie mają nic wspólnego. Poza tym, jakoś wąsko zrozumiana jest ta tradycja ateistyczna, a T. Kroński, A. Schaff, wczesny L. Kołakowski, Z. Cackowski... - by wymienić zaledwie parę nazwisk? Czemu nie sięgnąć do wszystkich źródeł, tylko tak z nieśmiałością, niepewnie, płyciutko? Jeszcze wszystko nie zginęło z bibliotecznych piwnic.

Na szczęście (bo przecież nie napiszę „dzięki Bogu”) jest dla niewierzących nadzieja:

„Można przypuszczać, że jeśli Polska nie zostanie dotknięta jakimś kolejnym historycznym nieszczęściem ani oderwana od Zachodu przez jakichś szalonych polityków u władzy, dołączy jeszcze wyraźniej do społeczeństw, w których nikt nie przeszkadza ludziom religijnym, ale dominuje system wartości laicko-racjonalnych. Słowem przeświadczenie, że przyzwoitość nie jest wyłącznie domeną wierzących.”

Grunt, żeby tylko tych szalonych polityków, co odrywają Polskę od Zachodu trzymać w jakimś szczelnym zamknięciu.

http://www.polityka.pl/nowa-przyzwoitosc/Lead30,933,305048,18/

Wybieramy cesarza niemieckiego


W czasach przedreferendalnych, gdy nie wolno było nawet zająknąć się przeciwko „UE”, w „Rz” ukazał się artykuł M. Króla, który prorokował, że jak nie wejdziemy do „struktur unijnych”, to „Polska będzie skazana na rolę gigantycznego muzeum chłopstwa”. I dodawał w swym proroczym widzie: „Jednokonny wóz. Samotna krowa na łące. Świnie jedzące łapczywie z rodzinnego stołu. Można dojrzeć chałupy z anteną telewizyjną, ale w otoczeniu słomy, błota, porąbanego drzewa i przy aromatycznym smrodzie z obory”. Ilekroć jeżdżę po naszym kraju AD 2009, jakoś wciąż widzę samotne krowy na łące czy chłopa sunącego za koniem i orzącego pole, jakby nie wiedzieli (krowy, chłopi i konie), że od 5 lat już jesteśmy w „UE” - zatem chyba coś im się pomieszało. Dlatego sobie myślę, że może by prof. Król zrobił taki objazd po wiejskich obszarach Polski, pochodziłby po oborach i gospodarstwach (a zwłaszcza tych chałupach z antenami oraz zwaliskami porąbanego drewna), łąkach i polach, i powiedziałby krowom, koniom, orzącym chłopom etc., że już są w „UE” i nieprawidłowy scenariusz realizują.

Do tego trendu intelektualnego włącza się obecnie „Rz”, informując nas, że „Polacy” gremialnie wybraliby kanclerz A. Merkel na „prezydenta” naszej ukochanej „UE”. Wszystko to oczywiście piękne, ale czy nie za wcześnie na takie deklaracje? Niechże przynajmniej najpierw „UE” zmieni się w superpaństwo, a dopiero potem niech poddani wybierają swą cesarską mość? Czy nie tak nakazuje logika dziejów? Czy może jesteśmy już na etapie „dłużej bez Merkel na czele „zjednoczonej Europy” nie wytrzymamy”? Zresztą, czy jakiś wybór jest tu potrzebny? Czy jest sens organizować kosztowne wybory, skoro taka kandydatura i takie rozwiązanie problemu, kto powinien stać na czele superpaństwa, nasuwają się same?

Skoro jednak redaktorka „Rz” zaczęła śnić na jawie wraz z 29% naszych rodaków, którzy już się rzekomo palą do powstania wielkiego cesarstwa niemieckiego, to aż się prosi o werbalizację marzenia o tym, by niemiecki stał się językiem urzędowym w „zjednoczonej Europie”. Wprawdzie część naszych politruków biegła jest raczej w rosyjskim, ale odkąd kraj rad się przetransformował i zbliżył do zjednoczonych Niemiec, to wypadałoby się przebranżowić i właśnie po niemiecku zacząć myśleć. No i mówić, jasna sprawa.

Tradycja mówienia po niemiecku na ziemiach polskich jest zresztą długa, tak samo jak pewne serwilistyczne ciągotki wobec cesarstwa. Tedy powiadam, cierpliwości. Nie tak szybko, dobrzy ludzie, bo będzie zawrót głowy od sukcesów.

http://www.rp.pl/artykul/384947_Polacy__Angela_Merkel_na_prezydenta_Unii.html

29 paź 2009

Bilansowanie


Dzisiaj rano, tkwiąc w korku na Al. Jerozolimskich, włączyłem sobie dla polepszenia nastroju TOK FM, a tam dwóch dziadków analizowało prasę. Widać było, że robią to z marszu, bo nie tylko szeleścili gazetami, ale co chwilę było „yyyy” oraz podobne wtręty, gdy improwizowali na temat treści artykułów z „GW” i innych „gazet lub czasopism”. Potem zresztą było jeszcze weselej, ponieważ pojawił się program EKG, no i, rzecz jasna, eksperci od ekonomii, przy czym rozmowę jeden z dziadków okraszał takimi powiedzeniami, jak „Walnąć kasę” czy „Goń się, chłopie” (co nie było do eksperta, lecz miało wyrażać stan mentalności Polaków rzucających się np. na unijne dotacje, a którzy nie wiedzą, jak racjonalnie je wykorzystać). Polszczyzna w TOK FM to temat rzeka, więc nie będę odbierał chleba prof. J. Bralczykowi, który specjalizuje się w analizowaniu języka politycznego.

Najciekawsze było coś innego. Gostkowie z werwą zabrali się za zadymianie problemu kolejnej dziury w finansowaniu służby zdrowia, dziury szacowanej na jakiś miliard złotych z czymś. No i ekspert mówi, że ciężko będzie, bo z usługami będzie jeszcze gorzej, a przecież podatnicy powinni mieć przyzwoity dostęp do usług, za które ze swych pieniędzy płacą. Na co dziadek, z werwą, a jakże, że właściwie, to nic złego się nie dzieje, ponieważ – tu uwaga – jeśli ludzie spostrzegą, że są problemy z publiczną służbą zdrowia, to udadzą się do prywatnych jednostek i w ten sposób to się zbilansuje.

Dziadkowi chodziło o to zapewne, że jeśli człowiek nie dostanie się do przychodni finansowanej z jego podatków, to sobie pójdzie do prywatnej, zapłaci personelowi medycznemu i tak czy tak się wyleczy. Wyjdzie mu (temu człowiekowi, bo przecież nie dziadkowi z TOK FM) to więc na zdrowie. To, że tenże frajer zapłaci najpierw instytucjom państwowym zajmującym się „ochroną zdrowia”, które przeżrą, zmarnotrawią, roztrwonią jego pieniądze, a następnie z reszty swojej pensji zapłaci lekarzowi prywatnemu, to nie jest żaden problem, skoro bowiem frajer pochował sobie jeszcze zaskórniaki, to niech płaci, co ma bowiem z tymi złotówkami robić? Przepić, by zdrowie do reszty stracić?

To jest dopiero bilans! Wyskakiwać z pieniędzy (czy jak często mawiają eksperci w serwisach ekonomicznych „z naszych pieniążków”) można bez końca, oczywiście, dopóki się je ma. Dlaczego zaś podatnik ma sobie coś chować, skoro państwo potrzebuje jego pieniędzy. Tyle instytucji potrzebuje jego pieniędzy. Kryzys jest, daj żesz człowieku jakieś pieniądze. Dróg nie ma, weź się zrzuć, człowiecze, nie baw się w burżuja. Bezrobocie rośnie, weź coś sypnij groszem, nie bądź krwiopijcą. Bezdomni są na dworcu centralnym – daj choć parę złotych, przecież ty masz dom.

Republika bananowa pod względem finansowania zrobiona jest jak wór bez dna. Z każdym rokiem potrzeba od podatników coraz więcej pieniędzy, żeby się zbilansowało. A jak się nie zbilansuje, to drze się z ludzi ostatni grosz za pomocą przeróżnych (mniej lub bardziej dobrowolnych) danin, a jak podatnicy już nie chcą dawać, to się im pokazuje pustą państwową kasę i mówi: „widzicie, do czego doprowadziliście swoim skąpstwem?” A ponieważ wielu ludziom już wbito do głowy, że w Polsce jest kapitalizm (wprawdzie nie dodano, że nomenklaturowy, ale podatnicy przecież widzą to na kilometr), to tymże ludziom kapitalizm kojarzy się z rosnącym z roku na rok fiskalizmem oraz drenowaniem kieszeni, pomijając już klasyczne neopeerelowskie sitwiarstwo, czyli „system dojść”, bez którego z niczym nie można wystartować, bo zaraz pojawiają się pośrednicy, żądający niezbędnych za swe pośredniczenie gratyfikacji. Ekonomiści jednocześnie kiwają z ubolewaniem głowami, że może i fiskalizm rośnie, ale przecież, mopanku, płace rosną i sypią wyliczeniami GUS-u, jak to w kolejnym kwartale o 1% średnia krajowa poszła diabelnie w górę (a pańcie w serwisach ekonomicznych pocieszają nas, jak to w tym kwartale „zarobiliśmy więcej pieniążków”). Nikomu zaś we łbie się nie zamajaczy to, iż może rosnący fiskalizm jest właśnie regularnym, systematycznym „bilansowaniem” wzrostu płac, czyli że im więcej „pieniążków” dostajemy, tym śmielej po nie ręce wyciąga urzędnicza brać.

Brać ta zaczyna się zatem zachowywać jak rabusie, którzy wpadłszy do naszych domów, pytają: „gdzie jeszcze coś cennego pochowaliście?” Brać wie, że bilansowanie coraz gorzej wychodzi, ponieważ lud ciemny zaczyna kupować od przemytników, mrówek etc., w ten sposób złośliwie „omijając przepisy”. „Wymykają się nam!”, wrzeszczy szef-pokurcz ubezpieczalni do Mr. Incredible, gdy ten ostatni radzi klientom, jak korzystać z kruczków prawnych. „Czy działam nielegalnie?”, pyta Mr. Incredible. „N-nie”, odpowiada szef. „Mam pomagać ludziom tak?”, ciągnie Mr. Incredible. „Tak”, odpowiada szef, „ale chodzi o naszych ludzi! Nasi udziałowcy cię nie obchodzą, hę?” (Polecam nie tylko tę scenę ze znakomitego filmu „The Incredibles”, którego tytuł przetłumaczył jakiś mędrzec jako „Iniemamocni”).

Udziałowcy III RP drą z nas ostatnie pasy. Być może, gdy któregoś dnia otworzymy pustą lodówkę, zrozumiemy, w jaki wielki szwindel nas wpakowali – i na czym polega ich bilansowanie.

28 paź 2009

Omerta


Jeśli ktoś się spodziewał, że gabinet ciemniaków będzie się starał jakoś merytorycznie odnieść do tego, co przedstawił M. Kamiński na swej konferencji, to się przeliczył. Jednoznaczny sygnał, że Kamiński to „aktywista działający na zamówienie”, najpierw wyszczekany przez przybocznych Tuska, czyli Halickiego i Olszewskiego, a następnie bez mrugnięcia okiem, wysłany przez samego premiera, został z podziwu godną skwapliwością przejęty przez reżimowe media, które „przestały zauważać” fakty. O ile zwykle te same media, gdy były czasy kaczyzmu, wsłuchiwały się w każde pierdnięcie opozycji, jeśli tylko było związane z nieprawidłowościami tolerowanymi przez rządzących; o ile zwykle te same media, gdy są ciemne czasy ciemniaków nasłuchują każdego pierdnięcia, jeśli tylko może ono potwierdzić, że kaczyści nadal są źli, zepsuci, groźni i nieuczciwi (wczoraj wieczorem wszak furorę zaczęła robić informacja o lewych zwolnieniach „żony posła PiS-u”) - o tyle konferencji ujawniającej nieprawidłowości tolerowane przez Tuska i jego kolesi potrafią te media nie zauważyć.

To dokładnie tak, jak zachowywała się „Trybuna Ludu” czy „Życie Warszawy” (że nie wspomnę o „Polskim Radiu” czy „Telewizji Polskiej”) za komuny, które też specjalizowały się w ignorowaniu tego, co najistotniejsze. Dzisiaj rano słyszałem krótką rozmowę z J. Szczepkowską z okazji 20 rocznicy wypowiedzenia przez nią słynnych słów o „upadku komunizmu”. Dziennikarka spytała na koniec, co by dzisiaj Szczepkowska rzekła – ta więc odparła, że wtedy użyła frazy, której nie wolno było użyć, której unikano w medialnym dyskursie, a dzisiaj wszystko wolno powiedzieć na antenie. No jednak nie wszystko, bo jak widać są wytyczne gabinetu ciemniaków, czy ściślej osłaniających go specsłużb, by milczeć, jeśli chodzi o - jak celnie to określił A. Macierewicz - przestępczość zorganizowaną, która związana jest z rządem.

Widzieliśmy to zresztą już na samej konferencji, na której tępi dziennikarze, a zwłaszcza tępe do bólu dziennikarki, robili i robiły wszystko, by nie skierować uwagi opinii publicznej na poważne sprawy i by zdezawuować Kamińskiego. Samym ciemniakom zresztą już tylko pozostała ta stara, sowiecka strategia, tj. konsekwentne lżenie osoby mówiącej prawdę, nieustanne podważanie jej wiarygodności, powtarzanie, że to osoba niespełna rozumu, sfrustrowana, „działająca na polityczne zamówienie” itd. Ale też, wracając do kwestii konferencji - jak słusznie przypomniał Kamiński: sami dziennikarze związani są ze środowiskiem przestępczym – czego dobitnie dowodzi publikowanie materiałów dostarczanych przez ludzi rozpracowanych przez CBA. „Przestępcy ujawniają te materiały”, podkreślał Kamiński, odpowiadając na pytania o możliwość dekonspiracji jednego z agentów. Same te pytania zdradzały ciekawość dziennikarzy, czy już dostatecznie mocno zanurzyły tego agenta w szambie, czy też jeszcze trzeba go podtopić kolejnymi publikacjami komprmateriałów podesłanych przez przestępców (ewentualnie przez służby posowieckie zwalczające CBA).

Na pierwszy rzut oka mamy więc sytuację beznadziejną. Gabinet ciemniaków osłania zorganizowaną przestępczość, którą z kolei współtworzą posowieckie specsłużby (osłaniane z kolei przez gabinet ciemniaków i „państwo prawa” ustanowione podczas historycznego kompromisu z roku '89 z sowieciarzami, a więc najrozmaitsze „prokuratury” etc.), to wszystko zaś z całkowitym poświęceniem osłaniają sympatyzujący (lub współpracujący) i z przestępcami, i z bezpieczniakami, pseudodziennikarze z „mainstreamu”. Wiemy jednak doskonale, że nie wszyscy Polacy (bez względu na wykonywany zawód) są skłonni tolerować ten stan rzeczy i na pewno są uczciwi prokuratorzy, uczciwi sędziowie, uczciwi prawnicy, uczciwi policjanci – słowem uczciwi ludzie, którzy zwyczajnie powinni się teraz włączyć w proces zwalczania mafii na wszystkich szczeblach polskiego państwa.

Postawione przeze mnie wczoraj pytanie: jakie są związki premiera Tuska ze specsłużbami – tzn. czy jest w ich ręku (bo się np. tak bardzo ich boi), czy też świadomie z nimi współpracuje, wiedząc np. że tylko tego rodzaju współpraca gwarantuje trwałe, długoletnie sukcesy finansowe i polityczne w III RP (czego dowodzą rodowody wielu „polityków” ostatniego 20-lecia) - nie jest najważniejsze w takiej sytuacji, ponieważ mamy do czynienia po prostu z mafią, wobec której należy zastosować środki takie choćby jak we Włoszech, czyli nie tylko masowe aresztowania, ale i konfiskatę mienia na rzecz skarbu państwa. Polityczne przesilenie związane z całkowitym bezwładem naszego kraju, bezwładem, do którego doprowadzili rozkradający Polskę od 20 lat, skorumpowani i skompromitowani przedstawiciele komuny starej i nowej, czyli starej i nowej nomenklatury, powinno teraz stać się okazją do tego, by ludzie nie umoczeni w te przestępcze i zarazem antypaństwowe środowiska podjęli się działań radykalnych, choć czynionych w majestacie prawa karnego. Kieruję te słowa do tych prokuratorów i tych ludzi służb mundurowych, którzy wiedzą, jak bardzo jest źle, ale wciąż obawiają się, że „jeszcze nie teraz”, że „nie da się”, że „wszystko zostanie zatuszowane lub zamiecione pod dywan” przez takiego czy innego ministra, szefa departamentu lub prokuratora apelacyjnego. To nie są czasy PZPR, kiedy to kontrolowano bieg wszystkich spraw państwa na wszystkich szczeblach i jeden telefon z politbiura był w stanie zatrzymać kursowanie dowolnego dokumentu lub anulować dowolną decyzję. Neopeerel jest skonstruowany analogicznie jak peerel, ale nie jest spenetrowany przez Bezpiekę i przestępców w takim stopniu jak sowiecka Polska. Istnieją więc instytucje, które mogą w spektakularny sposób przeciwstawić się mafii, co zostanie na pewno przyjęte z aplauzem przez polskie społeczeństwo, które jeszcze nie widziało, by jakiś mafiozo polityczny (a nie płotka) wylądował za kratkami.

Kieruję te słowa także do tych dziennikarzy, którzy nie akceptują strategii zakłamywania rzeczywistości stosowanej i przez gabinet ciemniaków, i przez tych, co ich osłaniają (bez względu na to, kim są i gdzie są ulokowani, tzn. czy pracują przy Czerskiej czy w ABW, czy w jakichś pozaformalnych środowiskach okołokiszczakowych) – wiedząc, że tacy dziennikarze są. Nie jest ich może wielu, ale są – nie tylko w Warszawie. Myślę, że weszliśmy w fazę wspólnej batalii o odzyskanie Polski. Mafia bowiem nie tylko traktuje nasze państwo jak żerowisko, nie tylko rozkrada Polskę, ale też kradnie nam nasz kraj jako taki. Czujemy się obco we własnej ojczyźnie z tego powodu, że potęga przestępców i Bezpieki wygląda na wszechwładzę. To jednak da się zmienić. Wystarczy wspólne działanie przeciwko złu.


http://www.radio.bialystok.pl/wiadomosci/polskaiswiat/id/24300

27 paź 2009

Granat, szambo i inne wynalazki


Przyjęło się często mówić o wrzucaniu granatu do szamba, co ma zwykle oznaczać jakąś poważną awanturę polityczną na „polskiej scenie”, nikt zaś nie zadaje sobie pytania, jak to się stało, że po całej „transformacji” już tylko szambo nam pozostało? Co to do cholery za transformacja, panie dzieju, co państwo i jego instytucje w szambo zamienia?

Takie to refleksje przyszły mi do głowy w kontekście konferencji prasowej M. Kamińskiego oraz niemalże parę minut po jej zakończeniu, występów z biegunką dwóch posłów, których intelektu do tej pory nie doceniałem: A. Halickiego, który uznał m.in., że Kamiński jest chory psychicznie oraz P. Olszewskiego, który stwierdził, że Kamiński od kilku dni kłamie, choć przez ostatnie dni były szef CBA nic nie mówił. Już sam ton tych wypowiedzi i marsowe miny Halickiego i Olszewskiego świadczyły, że oto gabinet ciemniaków nie zdołał zanalizować na żywca tego, co było na konferencji prasowej i posłał swoich przybocznych na zasadzie pierwszego zadymiania, nie zaś wykazywania jakichkolwiek zdolności bojowych. A bo i też zdolności tych coraz mniej.

Ale i na samej konferencji nie było lepiej. Zdawało mi się, że na taką gratkę to zwalają się z całej Warszawy najlepsi z najlepszych, a tymczasem pytania były takie, jakby gimnazjalistów na siłę posadzono na spotkaniu z (byłym) urzędnikiem państwowym – jak się zresztą dowiedzieliśmy od (bezcennego doprawdy) Halickiego, Kamiński nigdy urzędnikiem państwowym nie był, tylko „działaczem PiS-u”, a „jego wiarygodność jest zerowa”. Halicki stwierdził, że były szef CBA vel „aktywista PiS-u” - „powinien mówić prawdę” i że jego partnerem powinien być prokurator. Tak zadymiając Halicki (nie mówiąc o Olszewskim, który jeszcze głupiej zadymiał) wzbudzał mój śmiech i jednocześnie prowokował do sądu, że ciemniakom jednak już wcale do śmiechu nie jest, a ziemia trzęsie się coraz bardziej. Co zaś ta ziemia z nich wytrzęsie i kim zatrzęsie na dobre, to wnet zobaczymy.

Wróćmy do samej konferencji, na której swymi intelektami, jak sądziłem, błysną dziennikarze, a tu nic, panie, jakby ciemność nastała, nikt niczego „nie rozumi”, nikt niczego nie drąży. Podejrzewam, że prawdziwi analitycy Ministerstwa Prawdy siedzieli przed telewizorami i sporządzali sobie inwentaryzację tego, co znowu ujawnił Kamiński, by natychmiast przesłać do think tanków od prania mózgów, by zaczęli opracowywać wersję „na odwyrtkę” (vide Halicki-Olszewski, którzy improwizowali bez tekstu), wobec tego na pierwszą linię frontu wysłano dziennikarskie mięso armatnie, które jest od zadawania najgłupszych pytań z możliwych, żeby widzom to co najgłupsze we łbach zostało. Zrobiłem sobie wypiski z tych pytań, gdyż co jedno to było bardziej tępe od poprzednich, co świadczy, że szkoły dziennikarstwa wydają z siebie jakiś specjalny sort ludzi odmóżdżonych, podejrzewam, choć może to i dobrze, bo w normalnych czasach ludzie normalni będą mieli wielkie pole do popisu, gdy już obecna komuna padnie. Pytania były mniej więcej takie: czy dalej jest pan funkcjonariuszem CBA?; czy ma pan stosunek pracy z CBA?; czy gdy wpłyną pieniądze z CBA na pańskie konto, to pan je przyjmie?; czy pobiera pan dodatek funkcyjny?; czyli dodatków nie było?, czemu dziś dopiero mówi pan o programie M. Olejnik?; czy była kontrola operacyjna w śledztwie wokół orlików?; dlaczego będzie się pan odwoływał ws. odebrania certyfikatu dostępu?; czy zarzuty prokuratorskie wobec pana nie są wystarczające, by panu odebrać certyfikat?; nie jest pan w CBA (nie wiem, czy tego pytania nie zadała ta sama kobita, co pytała o stosunek pracy z CBA – przyp. F.Y.M.), to dlaczego miałby pan mieć certyfikat (Kamińskiemu miał wygasnąć certyfikat dopiero w 2012 r.)?; czy chciałby pan wrócić na stanowisko?; jakie miałby pan plany po powrocie na stanowisko?; czemu wyznaczał pan zadania premierowi w przypadku afery hazardowej”; czemu nie podaje pan szczegółów w sprawie orlików?; czemu o aferze stoczniowej nie poinformował pan premiera przed swoim odwołaniem?; jakie ma pan plany na przyszłość?; co pan sądzi o urzędzie pełnomocnika rządu ds. walki z korupcją?; czy urząd ten ma realną władzę?; jak to było z przeciekiem CBA do „Rz”?; czy nie żałuje pan teraz tego, co pan zrobił?; która prokuratura zajmuje się orlikami?; dlaczego szczegółów sprawy orlików pan nie podaje tylko wpuszcza informację?; czy nie robi pan konferencji w zemście za to, że odebrano panu certyfikat? - wreszcie jedna z kobit opierając się na tym „co krąży w mediach”, zaczęła dopytywać o „agenta Tomka”; czy doszło do zdekonspirowania tego człowieka?; czy chce pan pozwać kogoś do sądu? - no i na koniec jeszcze jakiś baran wstał i zaczął dopytywać, czy nie szkoda 30 tys. pieniędzy podatników na taką akcję? (mając na myśli jedną z akcji agenta Tomka, jak się domyślamy).

Nieprzypadkowo te pytania (chyba wszystkie; było jeszcze takie, którego nie dosłyszałem – swoją drogą świetnie udźwiękowiona konferencja, klasyka polskiej akustyki – dotyczące Departamentu Ochrony bodajże) podaję, ponieważ świadczą one o niczym innym tylko o tępocie ludzi je zadających. Oczywiście nie taki dziennikarz tępy, na jakiego wygląda. Ludzie, co tak licznie na konferencji „zabezpieczali teren”, robili to w nadziei, jak już wspomniałem, że przynajmniej swoimi tępymi pytaniami zadymią to, co Kamiński miał do powiedzenia. Żeb było śmieszniej, pierwsze pytanie, jakie C. Gmyzowi i C. Łazarewiczowi zadała korpulentna pani z TVP3, to było „czy uda się Kamińskiemu obronić wiarygodność?”

Wróćmy więc do samego Kamińskiego. Pomijając już dość ewidentną ściemę gabinetu ciemniaków związanych z „tarczą antykorupcyjną”, gdyż w nią to chyba nawet najwięksi stronnicy ciemniaków nie są w stanie uwierzyć. Pominę też ciekawą i typową sprawę ustawek związanych z „rządowym programem” słynnych orlików, bo było wprost pewne, że za tak wielkim programem w polskich warunkach pociągnie pospolite ruszenie „znajomych królika”, którzy na przetargach zabezpieczanych przez państwo będą robić kokosy. Wprawdzie w kontekście tej afery jedna z dziennikarek (chyba jej to przypadkiem wyszło), zauważyła, że rząd (vel Tusk) zachował się inaczej, gdyż o ile „ustawki orlikowe” (jak wynikało ze słów Kamińskiego) zostały po zmonitorowaniu skierowane do prokuratury, o tyle „ustawki szulerskie” (vel hazardowe) – nie – lecz nie to było najważniejsze. (Kamiński zresztą przypomniał, że po poinformowaniu o nieprawidłowościach premiera – 11 dni później zostali ostrzeżeni sami podejrzani, prokuratura wszczęła przeciwko szefowi CBA postępowanie, a on sam został zwolniony ze swojej funkcji).

Parę rzeczy najistotniejszych dotyczyło afery stoczniowej. Kamiński stwierdził, że ani rząd, ani ABW nie przesłały CBA żadnej informacji o tym, że jest zagrożenie związane z przetargiem. W ten sposób potwierdza się to podejrzenie, wyrażane nie tylko przeze mnie, bo już wcześniej formułował je S. Michalkiewicz oraz A. Ścios, iż po prostu był to deal osłaniany przez posowieckie służby polskie; stąd też w ich interesie nie było informowanie CBA o tym, że taki deal zachodzi. W tym kontekście powstaje kwestia wiedzy obecnego premiera i jego ministra o całej sprawie. Czy służby dokonywały dealu za ich plecami, oni zaś, gwarantując przetarg i chwaląc się nim przed opinią publiczną i stoczniowcami (po ich głośnych manifestacjach w stolicy), jak te błędne owce krążyli wokół całej tej sprawy (taki scenariusz potwierdzałoby pamiętne jeżdżenie przez Tuska do Kataru) – czy jeden z nich był wtajemniczony w to, co robią służby, czy też obaj wiedzieli, że służby robią to, co robią? Żaden z tych scenariuszy nie wychodzi pozytywnie zwłaszcza dla szefa rządu. Albo jest on człowiekiem, który nie ma kontroli nad sytuacją w państwie, albo ma ministra, który działa na szkodę państwa, albo sam jest człowiekiem szkodzącym państwu bezpośrednio. Na miejscu Tuska przemyślałbym sobie to, czy nie warto powiedzieć prawdy, nim na jej zeznanie będzie za późno, bo kolejny granat zostanie zdetonowany w całym tym szambie.




http://www.tvn24.pl/-1,1625850,0,1,jak-granat-rzucany-do-szamba,wiadomosc.html

Rozważania o życiu pozagrobowym


Jedni mówią, że w przyrodzie nic nie ginie, zaś inni, że istnieje życie pozagrobowe. Oba te stwierdzenia sprawdzają się w naszym życiu politycznym, w którym ktoś zostaje zabity i pogrzebany, a po jakimś dłuższym czasie, gdy już ciało powinno się rozłożyć, jednak płyta grobowca się podnosi, najpierw wynurza się peryskop, który skanuje otoczenie pod kątem tego, czy jacyś niepowołani świadkowie nie czatują w okolicy, a potem wyłania się ziemistego koloru ręka, aż wreszcie wstaje, otrzepując się z ziemi ten, o którym już wszyscy powoli zdołali zapomnieć. Oczywiście karencja wymagana do takiego powstania z martwych zależna jest od skali przewin w poprzednim życiu, jeśli więc ktoś, jak J. Oleksy, nagrzeszył niefrasobliwie rozpowiadając o tym, jakimi to szmaciarzami są komuniści (co zarejestrowała czujna maszyneria), to musiał nieźle się naczekać pod ziemią, ćwicząc umysł w odosobnieniu, dużo czytając i ostrząc się jak brzytwa, by mógł z powrotem pokazywać się wśród ludzi, a i dziś występuje jeszcze z taką pewną nieśmiałością, może nieco w obawie, by go jakiś złośliwiec znowu do grobu nie wtrącił, co mu przecież nie grozi, mimo procesów dotyczących jego agenturalnej przeszłości. Każdy z nas jednak zdążył spostrzec, że już Brzytwa ponownie egzystuje i „mordę tę moją” znowu widać. I oto po paru tygodniach zalegiwania w grobowcu, także Gleb wstaje. Twarz poznajemy, mimo jej poszarzałości i bruzd stanowiących rezultat procesów rozkładu.

W polskim „życiu politycznym”, które sprowadza się do występowania w mediach i eksponowania konkretnych postaci oraz głosów, mimo że realnie te występy przekładają się na całkiem spore pensje poselskie, ministerialne etc. oraz wszelkie „przywileje władzy”, śmierć polega na tym, że ktoś ma szlaban na swoją twarz. Fotoreporterzy unikają danego nieboszczyka, nie jeżdżą za nim na wakacje, by skrupulatnie dokumentować jak i gdzie sobie po cholernie ciężkiej „pracy dla ojczyzny” odpoczywa, nie pokazują w magazynach o budownictwie czy dekorowaniu wnętrz, jak on sobie elegancko mieszka, zaś czasopisma „dla pań” nie przeprowadzają wywiadów z żoną i córką na temat tego, „co mąż i tatuś je” oraz jakich płyt najczęściej lubi słuchać, tudzież „co ma na DVD” (tu zwykle wymienia się tych reżyserów, których filmy „GW” dołącza do swoich numerów). Na tym nie koniec. Ci wszyscy intelektualni emeryci, którzy prowadzą programy „z udziałem czołowych polskich polityków”, a więc ci wszyscy ludzie, którzy sensownego pytania nie potrafią sklecić, a za swoje podstawowe zadanie uważają pokazywanie politycznej konfrontacji i pyskówki - nic więcej (ich postawa więc przypomina zachowanie złośliwego kierownika schroniska dla psów, który przechadza się wzdłuż boksów i wali drągiem w siatkę, by napuszczać jedne psy na drugie) – no więc oni naraz przestają „zapraszać do studia” danego nieboszczyka. Ci zaś spece, co z wypiekami na twarzy opisują na łamach „prasy” przeróżne „kulisy życia politycznego”, ci co biegają po korytarzach sejmowych czy rządowych - w swych opowieściach danego nieboszczyka nie wplatają w przygody głównych bohaterów.

Taki nieboszczyk więc nie traci żadnych pieniędzy, dóbr, w żadnej celi ani więziennym drelichu nie ląduje, jeno przeżywa śmierć medialną (coś na kształt śmierci klinicznej), w trakcie której ogląda sobie w grobie, tzn. po drugiej stronie telewizora, tych wszystkich swoich kolesi, co mogą nie tylko nadal kraść, ale i dobrze się bawić w świetle kamer i w towarzystwie roześmianych pańć z tej czy innej „stacji komercyjnej” (lub i publicznej) - i czuje się tak, jakby go ktoś karnie wywalił z wakacyjnego obozu i odwiózł do domu. Jego, tego nieboszczyka, poczucie niesprawiedliwości nie polega jednak na tym, że go spotkała jakaś (oczywiście absolutnie niezasłużona) kara, tylko że inni są jeszcze gorsi, więcej się nachapali, więcej naoszukiwali, a ich się nikt nie czepia i żyją sobie jak u Pana Boga za piecem, bawiąc się w wielką politykę i poklepując się nawzajem po plecach. Na szczęście świat ten, czyli „III RP”, tak skonstruowali dobrzy bogowie skupieni wokół Zeusa Wojciecha, że jest on niezwykle łaskawy dla nieboszczyków i po jakimś czasie zalegiwania w ziemi, wychodzą oni i powracają, zrazu przemykając się opłotkami w półmroku, potem coraz śmielej ukazując się w blaskach dnia. Taki Siwiec przecież, który nie powinien po swoim wyszydzaniu Jana Pawła II pełnić innej funkcji poza strzyżeniem trawników, taki Kwaśniewski, który po pijaństwie nad grobami polskich oficerów w Charkowie, powinien zniknąć z życia politycznego raz na zawsze, taki Oleksy, takich wielu innych agentów...

Tak naprawdę bowiem żyjemy na cmentarzysku. Współczesna Polska jest olbrzymim cmentarzyskiem przyzwoitości, uczciwości, prawości i praworządności. Dlatego żywe trupy czują się jak u siebie w domu i chwalą go sobie.

26 paź 2009

Sanacja to nie rewolucja


W sytuacji, gdyby komuna musiała oddać władzę już na wiosnę, to ostatnią rzeczą, jakiej nam potrzeba jest rewolucja. Przeciwnie, podążanie w kierunku konfliktu społecznego, jest dla komuny znakomitym socjotechnicznym rozwiązaniem (tak samo jak za peerelu), ponieważ jeśli się generuje taki konflikt, to winą za rozmaite zawirowania gospodarcze, za patologie państwa etc. można obarczyć protestujących. Poza tym, co wiemy z historii, na czele rewolucji służby mogą postawić jakiegoś kolejnego Bolka i radykalizm zamienia się w popijawę z oprawcami oraz „gonienie z siekierką” nie czerwonej swołoczy, lecz akurat antykomunistów.

Biorąc więc pod uwagę to, jak szybko w dzisiejszych czasach (dysponująca przecież o wiele nowocześniejszym instrumentarium aniżeli za czasów sowietyzmu) Bezpieka jest w stanie zinfiltrować środowiska „antypaństwowe” i z czasem przejąć nad nimi kontrolę, to nie należy snuć planów „rewolucyjnych” (zresztą robienie tego on-line zakrawałoby na kpinę), a sensownie przygotować się do przejęcia rządów. Konstruowanie pre-rządu jest dobrym pomysłem, o czym już wspominałem, nie można jednak na tym poprzestać. Należy bowiem przede wszystkim logistycznie przygotować się do sanacji, sporządzić inwentaryzację polskich patologii, których wyrazistym przykładem jest fakt informowania przestępców przez prokuratora o przebiegu śledztwa. To coś takiego, jak głośna kiedyś współpraca łódzkich antyterrorystów z lokalną mafią. To coś takiego, jak robienie przez wojskówkę i Bezpiekę interesów pod przykrywką legalnych operacji. Inwentaryzacja, o której mówię, polegałaby na sporządzeniu dokumentacji dotyczącej działalności przestępczej poszczególnych osób (a każdy z nas ma takich ludzi w swoim środowisku, tylko że obecnie ci ludzie są „nie do ruszenia”, tak mocne sitwy ich wspierają) i zgromadzeniu jej do złożenia do prokuratury oczywiście dopiero po jej (tj. prokuratury) generalnym przewietrzeniu ze skorumpowanych prokuratorów.

Dopóki ludzie odpowiadający za patologie (w wymiarze sprawiedliwości, w polityce, w gospodarce, w bankowości, w „grze giełdowej” itd.), stojący za patologiami i korzystający z tychże patologii nie trafią do więzienia, dopóty o żadnej sanacji nie będzie mogło być mowy, dopóki ludzie wysługujący się komunie przez długie lata, marcowi docenci i inna flora i fauna, ludzie bez dokonań i bez kręgosłupa, będący zarazem złogami komunistycznymi po dziś dzień w tak wielu polskich instytucjach (od uczelni poprzez media po sferę kultury), nie wylecą z nich na zbitą twarz, dopóty będziemy siedzieli po uszy w neopeerelu. A jeśli do takiej sanacji nie dojdzie, to PiS skończy tak jak AWS, jeśli nie jeszcze gorzej (bo przecież AWS odrodził się, tym razem mocno wsparty przez ludzi służb, w formule „PO”, która obecnie dogorywa na naszych oczach).

PiS jest w komfortowej sytuacji, mówiąc szczerze. Ciemniacy są doszczętnie skompromitowani i rządzą resztkami sił, wspierani przez ostatnie betonowe bastiony propagandy, jak Czerska czy „pracownie badawcze”, ale już podgryzani przez czerwonych, którzy znowu ubierają się w szatki „uczciwych fachowców”. Poza tym ciemniacy nie mogą już uruchomić maszynerii kłamstw, typu „cud gospodarczy”, „druga Irlandia”, „by żyło się lepiej” i tym podobne wierutne bzdury, które były bzdurami już dwa lata temu, co pisałem wprost, szydząc z ciemniaków, lecz które wielu ludzi – w jakimś niepojętym dla mnie zamroczeniu – wzięło na poważnie, licząc w swej świętej naiwności, że ciemniacy są w stanie naprawdę coś zmienić i że nie chodzi im zwyczajnie o dorwanie się do władzy oraz o nażarcie się jej konfiturami. To wszystko, cała ta strategia zakłamywania i medialnego wrzasku, było do przewidzenia, gdy się w czasach rządów PiS-u widziało w akcji ludzi tego typu, co Jamajka, którego można nazwać mistrzem hipokryzji. Kto bowiem drogą łgarstw dąży do władzy, ten nigdy nie może być człowiekiem zasługującym na zaufanie – nie tylko społeczne.

Dziś więc poza kłamstwami ciemniakom nic nie pozostało, stąd też PiS może ich w prosty sposób wypunktować. Ważne jednak, by wiedział też, co zrobić z Polską, gdy wygra wybory.


http://www.tvn24.pl/-1,1625655,0,1,jak-prokurator-informowal-gangstera-o-sprawie-olewnika,wiadomosc.html

24 paź 2009

Wóz czy przewóz


To czy komuna skupiona wokół PO odda władzę dobrowolnie, czy też będzie dążyła do ostrego starcia z niezadowolonymi grupami społecznymi zależy wyłącznie od kalkulacji, co się komunie bardziej opłaci. Jak wiemy, budżet na przyszły rok zaplanowany jest w taki sposób, że ktokolwiek będzie rządził, może po gomułkowsku „stanąć nad przepaścią” i móc jedynie wykonać „krok naprzód”. W interesie komuny związanej z PO byłoby zatem, zrzucić z siebie balast ratowania katastrofalnej sytuacji finansowej kraju i zwyczajnie „dać porządzić innym”, by przez jakiś czas podretuszować (jak czerwoni z SLD, którym przewin i złodziejstwa nikt już nie pamięta, wszystko wódka już skrupulatnie przepłukała w mózgowiu betonowych wyborców) swój, co by nie mówić, nieco zapaskudzony nieczystościami wizerunek.

Gdyby więc PO stwierdziło, że łajba już zbyt głęboko szoruje po dnie i najlepiej jest wskoczyć do szalupy, bo z niej będzie można urządzić ponownie cyrk w postaci: „ludzie nienawiści wrócili do władzy” to mogłaby wybory rozpisać sobie na wiosnę. Część matołów popierających PO do dzisiejszego dnia i sądzących, że za korupcją stoi po prostu M. Kamiński, a nie „czyści i uczciwi ludzie” z drużyny Tuska, to nawet nie musiałaby się mentalnie przestawiać, bo i tak międli nieustannie frazeologię antypisowską tak, jakby to kaczyści nadal byli u władzy, a nie komuna zwana PO. Część satyryków dalej mogłaby opowiadać te same dowcipy, a Daukszewicz dalej by siwiał, jak siwieje, w obronie wykształciuchów. Wszystko więc mogłoby być po staremu z jednym jednak drobnym uzupełnieniem. W sytuacji, gdyby wezbrała fala społecznego niezadowolenia wobec komuny i nagle komuś chciałoby się postulować rozliczenie gabinetu ciemniaków, to w mediach pojawi się nowy „trynd” w postaci tezy o „zmęczeniu Polaków polityką”.

Teza ta powraca, ilekroć Układ nomenklatury starej i nowej traci grunt pod nogami i ilekroć widmo zagłady pojawia się na horyzoncie. Polacy nie są zmęczeni polityką tylko wtedy, gdy mają do władzy wrócić fachowcy z PZPR lub UW-KLD, zaś Polaków męczy wyjątkowo „skrajna prawica” i, rzecz jasna, faszyści. Teza o „zmęczeniu” będzie konieczna do rozpropagowania, bo na szczęście dla nas, a na wielkie nieszczęście dla komuny, „drużyna Tuska” nie ma już żadnych frazesów, którymi mogłaby ludzi naiwnych - sądzących, że jak komuna coś mówi, to to zrobi - ponownie do siebie przyciągnąć. Wprawdzie ciemniakom w niczym nie przeszkadza robienie sobie z gęby cholewy, ale jednak ci ludzie, co głosując na ciemniaków, wierzyli, że ci wniosą do polskiego życia gospodarczego powiew swobody ekonomicznej, a nie jeszcze większego skorumpowania, sitwiarstwa i „ustawek”, teraz będą pierwszymi, którzy ciemniakom pokażą wała. W związku z tą częścią elektoratu PO uruchomiona zostanie akcja: „zajmijmy się pracą i prywatnym życiem, a nie polityką i polskim piekiełkiem – praca najważniejsza”.

Akcja taka jest niezbędna z punktu widzenia osłabienia „siły mandatu demokratycznego”, jaki może zdobyć PiS. Im mniejsza będzie frekwencja, im mniej osób poprze partię Kaczyńskiego, tym szybciej będzie można wszcząć klangor, jak to niewielu zagłosowało przeciwko większości. I znowu kołomyja z wykształciuchami, zbuntowanymi uczniami i nauczycielami, i podcierającymi sobie tyłek oświadczeniami lustracyjnymi - „profesorami”-cepami. Wszystko to znowu, byleby dać wytchnąć komunie i zmobilizować siły do kontraataku za kolejne dwa lata, a może nawet szybciej.

Słusznie więc Kaczyński powołuje teraz zespół mający stanowić „pra-rząd”, ale powinien też mieć na uwadze to, iż komuna może rzutem na taśmę wciągnąć go w kryzys, który sama Polsce zafundowała – jeśli więc nie będzie programu rozliczenia tejże komuny oraz ludzi z osłaniających ją posowieckich służb, tudzież skorumpowanych prokuratorów i sędziów, to PiS znowu zostanie wystawiony do odstrzału i będzie bombardowany w taki sam sposób jak w latach 2005-2007. Myśląc o „pra-rządzie” powinno się jednocześnie skonstruować sztab kryzysowy oraz strategię przetrwania, gdy komuna ustąpi pola po to, by ściągnąć na PiS potop.

23 paź 2009

Nie ma jak za komuny


Ciekawe, ile jeszcze osób musi wyjść na ulicę, by komuna zaczęła się bać. Z tego, co twierdzi I. Janke w swoim artykule, komuna już się otrzepała z kurzu i wraca do swego żerowiska. Najwyraźniej też dzisiejsze demonstracje komuna będzie zbywać wzruszeniem ramion i pogaduszkami w stylu „co nam, wrzeszczące ciule, mogą zrobić?” Poza tym to było w Poznaniu, więc od „Urzędu Rady Ministrów” daleko. Jako żywo stają człowiekowi przed oczami kacykowie czerwoni, którym nawet zadymy uliczne nie przeszkadzały w rządzeniu, a im więcej było protestów i strajków, im bardziej ludzie się wściekali, tym większą śrubę sowieciarze dokręcali, wiedząc, że „ludowe wojsko” oraz „milicja obywatelska” w swych przeróżnych formacjach, będą bronić czerwonych i socjalizmu jak niepodległości.

A co robi se teraz komuna? Se gra, jakby nigdy nic. „– Najlepiej było to widać na meczach czwartkowych. Na pierwszy Grzesiek nie przyszedł w ogóle – opowiada D. – Na drugim już był. Ale obaj grali słabo, bez pomysłu, byli ociężali. Po nim i po Donaldzie widać było od razu, że nie jest dobrze. Ich napięte twarze mówiły wszystko – tłumaczy.” Widać, że miny może nietęgie i piłka słabo się buta trzyma, ale grają chłopy, że heja. To tak, jak kacykowie, co wiedzieli, że w kraju ludzie zaciskają pięści, ale sobie urządzali pochody pierwszomajowe, żeby pokazać, że oni nadal się dobrze bawią we władzę.

Rośnie bezrobocie? Nie mają co jeść? Nie podoba im się? Dokręcić im śrubę znowu, niech wiedzą, że zawsze może być gorzej. Tak myślała stara komuna, tak se też myśli nowa. I słusznie, bo tyle jej zostało. Wiele wskazuje na to, że obecną komunę wspiera już tylko Bezpieka, a to już dużo mniej śmiałków aniżeli za czasów „demokracji ludowej”. Zresztą, czy bezpieczniaków stać będzie na reytanowskie gesty, gdy tłumy się pojawią znowu u stóp budynku zajmowanego przez ciemniaków?

Tak samo, jak stara komuna nie wiedziała, z jakim ogniem igra, tak i nowa. Stara komuna jednak w końcu się zabezpieczyła, uprzedzając swoją katastrofę „negocjacjami”. Z obecnymi ciemniakami natomiast nikt już negocjował nie będzie.

http://www.rp.pl/artykul/382065_Janke__Na_sztormowej_fali.html
http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,7176129,Zaciska_sie_petla_zadluzenia__moga_nas_czekac_prawdziwe.html
http://wiadomosci.wp.pl/gid,11623676,title,Manifestacja-w-Poznaniu,galeria.html?ticaid=18f9d

20 paź 2009

Gonić komunę!

Wczoraj pojawił się przez ułamek sekundy w mediach pomysł jednego karnisty, by powołać ministerstwo ds. służb specjalnych – i jest to sensowne rozwiązanie, problem tylko w tym, że nie sposób oczekiwać, by establishment III RP przez te właśnie służby prowadzony od momentu, odkąd „góra z górą” się przy stole bez kantów spotkała, mógł sobie na to pozwolić i by same służby na coś takiego pozwoliły. Nic więc dziwnego, że pomysł natychmiast przepadł w ogólnym kociokwiku dotyczącym „afery podsłuchowej”. Warto jednak ten pomysł zachować w pamięci, bo przy organizacji normalnego rządu, takie właśnie ministerstwo będzie niezbędne, jeśli myślimy o desowietyzacji służb i ich gruntownej weryfikacji (sztab ludzi będzie musiał nad tym pracować – od razu proponuję, by były to osoby z Solidarności Walczącej, FMW i tym podobnych, radykalnie antykomunistycznych, bezkompromisowych organizacji).

Wspomniałem o kociokwiku, bo tak przyglądam się temu, co wyrabiają dziennikarze i właściwie poza obszar klasycznych już lamentacji, jakich to krzywd i upokorzeń zaznało środowisko, będąc wystawione na penetrację służb (tak jakby wcześniej związki między bezpieczniakami a dziennikarzami były czymś niespotykanym), nikt specjalnie nie wychodzi. W ten sposób dziennikarze spodziewają się, że skorumpowane państwo ze swoimi bananowymi instytucjami weźmie na sądową wokandę kolejną aferę i w ten sposób establishment zrośnięty z bezpieczniakami sam dokona oczyszczenia. Nieźle. To tak, jakby złapać złodzieja na gorącym uczynku, a następnie powiedzieć mu: a teraz weź się, chłopie, zgłoś na komisariat – idziesz prosto i przy najbliższym skrzyżowaniu w lewo.

Lamentacje są oczywiście fajne, bo bardzo widowiskowe, jednakże im dłużej podtrzymywana jest fala „świętego oburzenia”, tym większe mam wątpliwości, czy środowisku dziennikarskiemu rzeczywiście zależy na rozwiązaniu sprawy. Gdyby bowiem mu zależało, to nie ociągając się zabrałoby się za gonienie bezpieczniaków. Na czym bowiem polega siła tajniaka? Na tym, że siedzi w kącie lub snuje się gdzieś za nami, będąc kimś dla nas zupełnie nieznanym. Jeśliby zaś został zdekonspirowany, a jego zdjęcie obiegłoby wiele mediów, od razu trzymałby się od nas z daleka. Dziennikarze, by tego dokonać nie muszą się jakoś szczególnie wysilać, zwłaszcza że nie tak dawno wielką frajdę sprawiło im masowe rozpowszechnianie zdjęć jednego z agentów CBA („GW” ekscytowała się, że te zdjęcia trafiły nawet do komórek) i w ten sposób wystawianie go do odstrzału gangsterom.

Oczywiście, co innego dekonspirowanie ludzi nie związanego z sowieckimi służbami CBA, a co innego prawdziwych sowieciarzy. Mieliśmy tego doskonały przykład, gdy demaskowano czołowych sowieciarzy peerelu w ramach wystaw „twarze bezpieki”. Ileż to osób wtedy – także przecież ze środowiska dziennikarskiego – urządzało lamentacje na temat naruszenia prywatności, dyskryminacji, wykluczenia itd. Ci sami ludzie, rzecz jasna, nie mają dziś oporów przeciwko zaszczuwaniu jednego z agentów CBA. Ja zresztą i tak byłem w konfuzji i nienasyceniu (oczywiście moich nienawistnych emocji), oglądając te wystawy, ponieważ brakowało mi na nich informacji o aktualnych imionach i nazwiskach (żyjących) sowieciarzy oraz o ich miejscu pracy tudzież o posiadanym majątku. Wtedy bowiem można by mówić o pełnym obrazie współczesnej Bezpieki. Ważne jest bowiem doinformowanie obywateli, gdzie ci wszyscy specjaliści, co zajmowali się inwigilacją, przesłuchiwaniem, szantażowaniem, zastraszaniem, biciem, torturowaniem etc. obecnie są zatrudnieni. Wielu z nich, jak się domyślamy, zajmuje się byznesem, wielu zapewne jest zaskakująco zdolnymi „znawcami parkietu” i „graczami giełdowymi”, wielu zaś po prostu zasila służby specjalne, ponieważ neopeerel jest twórczą kontynuacją peerelu.

Od czegóż jednak są dziennikarze, jeśli nie od wyśledzenia tych wszystkich meandrów sowieciarskich życiorysów? Teraz, gdy paru bezpieczniaków nastąpiło paru dziennikarzom na odciski, nadarza się doskonała okazja, by podjąć kompleksowe badania nad środowiskiem Bezpieki. Na co więc tu czekać? Otrzeć łzy, zacisnąć pięści i gonić komunę.

19 paź 2009

Hańba III RP


Od postulatu, by zło dobrem zwyciężać odeszliśmy tak daleko, że uznaliśmy, iż należy po prostu przyłączyć się do zła. Zalegalizowaliśmy zło i pozwoliliśmy mu się swobodnie rozwijać, niszczyć polskie życie społeczno-polityczne oraz zatruwać umysły młodych ludzi. Dziś dochodzi do tego, że komuniści – jak Szmajdziński w porannej Jedynce – głoszą, że nigdy komunizmu nie było ani żadnego państwa komunistycznego, najwyżej „była komuna, a komuna i komunizm to dwie różne rzeczy” albo – jak Iwiński – protestują przeciwko kryminalizowaniu propagowania symboliki komunistycznej.

Nie mogło być inaczej, skoro się uznało, że nie jest do zwyciężenia, że praworządności nie da się wprowadzić bez ludzi oddanych złu, że sprawiedliwość to ułaskawienie zbrodniarzy i złodziei, że prawda w życiu publicznym oznacza zobojętnienie na kłamstwo, cynizm i hipokryzję. Warto przy tej okazji przypomnieć te symboliczne słowa szarej eminencji III RP, który już „nazajutrz” po „obaleniu komunizmu” krzyczał, że nie będzie walczył bronią nienawiści, chcąc w ten sposób dowieść, iż ci, co chcą zwyciężyć zło, pragną tego dokonać także za pomocą zła. W tym kłamstwie zawierało się przesłanie dodatkowe: zło nie jest do zwyciężenia, a jedynie do oswojenia. Słowem – pogódźcie się, głupcy, ze złem, albo milczcie.

Hasła „uciszcie tego księdza...”, „garsoniera obywatela Popiełuszki” (niezorientowanym podpowiem, że chodziło m.in. o materiały wybuchowe, które miał przechowywać ks. Jerzy), „seanse nienawiści” oraz „kamulki do nóg” to frazy, które po dziś dzień dźwięczą w uszach jak odbezpieczanie przez kogoś broni za naszymi plecami, zaś o rzeczywistym kształcie III RP świadczy los jednego z głównych bohaterów bolszewickiej akcji „uciszenia księdza” - Jerzego U. (vel „Jana Rema”, vel prawdopodobnie „Michała Ostrowskiego”), który nie tylko był uczestnikiem „historycznego porozumienia” oczywiście „ponad podziałami”, założycielem tygodnika-szmaty, który jest namacalnym świadectwem zepsucia, z jakim wiązać należy neopeerel, tygodnika-szmaty w którym lżył (i lży nadal), co tylko chciał, a Kościół katolicki, duchownych i symbolikę religijną przede wszystkim - a także był inną szarą eminencją sceny politycznej.

Zabrzmi to może szokująco, ale prawda bywa szokująca: III RP bowiem to ojczyzna Urbana, a nie ks. Popiełuszki. Symboliczną postacią „wolnej i niepodległej” Polski jest właśnie ten pierwszy, opływający w luksusy, a nie ten drugi, którego dziedzictwo zostało wyszydzone i którego oprawcy cieszą się wolnością. W gest Urbana pokazującego nam środkowy palec powinniśmy się wpatrywać właśnie dziś, w 25 rocznicę zabójstwa ks. Jerzego.

18 paź 2009

O nowym rozumieniu komuny


Historyczny przegląd, który zaproponował Moherowy Fighter, nie jest dostatecznie zniuansowany, wobec tego nie wiem, czy zaproponowane symulacje i modelowanie w pełni odpowiadają rzeczywistości. Problem bowiem w tym, że na "szeroko rozumianej" prawicy zachodziła przez te długie i beznadziejne lata ewolucja, mutacja, degeneracja i przeróżne inne zjawiska :) Należy też pamiętać o modyfikacji stanowisk PiS (początkowo daleki od środowisk RM, potem ściśle związany, choć nie bez zgrzytów), o zmianach w strukturach i kadrach poszczególnych partii - np. pierwszy LPR, który skupiał np. Macierewicza, Olszewskiego, to było coś innego niż LPR „duce” Giertycha czy koalicyjny, trójpartyjny LPR-bis z 2007 r. Tenże Giertych, co do którego sądzę, że należy do największych i najwybitniejszych wywrotowców prawicy (jest chyba bardziej destrukcyjny niż JKM), po odejściu z koalicji rządowej, natychmiast i z żarliwością neofity dołączył do koalicji postkomunistycznej (tęczowej), co zresztą nie przeszkadzało mu tworzyć potem z UPR-em i ugrupowaniem M. Jurka wspomnianego LPR-u-bis (o zgrozo!).


Piszę o tym, ponieważ o ile popierałem pierwszy LPR jako jedyne sensowne antyunijne ugrupowanie (obok dogmatycznego UPR-u), o tyle po wewnętrznej rozwałce, jaką urządził „duce”, stwierdziłem, że ta partia nie jest warta funta kłaków, a retoryka katolicko-narodowa i antyunijna to jedynie "narracja" skierowana do określonych środowisk gotowych wspierać tego typu inicjatywy. Jak wiemy zresztą RM, które ex nihilo (w mediach mainstreamowych przecież był całkowity i zgodny bojkot poglądów antyunijnych) wykreowało LPR na liczącą się siłę w parlamencie, potem cofnęło poparcie, co poskutkowało bezceremonialnymi atakami Giertycha na o. Rydzyka etc.


Mówienie o tym, kogo Polacy w swej większości wolą wybierać w sensie politycznym jest o tyle przedwczesne, że sami Polacy mają dość blade (w swej większości, podkreślam) pojęcie o subtelnościach polityki. Zresztą, nie powinni być może mieć takiego pojęcia, skoro większość klasy politycznej od 1989 r. to zwyczajnie złodzieje. Nie bójmy się tego słowa, powraca ono wszak w niemal każdej poważniejszej ulicznej demonstracji antyrządowej rozmaitych grup zawodowych. Sądzę, że częstokroć jedynym kryterium politycznego wyboru wielu Polaków jest to, czy dane ugrupowanie mniej kradnie od innych. Oczywiście, jest to kryterium dość zwodnicze, ale przecież trudno powiedzieć, że np. tryumf przeklętej komuny po rządach AWS-u nie wynikał właśnie z tych względów, iż stwierdzono (nie bawiąc się w dzielenie włosa na czworo), że AWS to banda złodziei po prostu, a uznano zarazem, że czerwoni nie są aż tak zapalczywi w okradaniu społeczeństwa jak nowa nomenklatura. To ostatnie założenie mogło wynikać stąd, iż czerwoni już byli ustawieni od wielu lat, mając po kilka domów, luksusowe auta i konta za granicą, więc już bardziej się nakraść nie mogli.


Jestem jednak za tym, by uznać PO (i oczywiście PSL) za część komuny, skoro tak zażarcie liderzy tych ugrupowań bronią posowieckich struktur, posowieckich instytucji i korupcyjnych mechanizmów na straży których (struktur, instytucji, mechanizmów) stoi dawna Bezpieka i wojskówka. Jeśli weźmiemy pod uwagę to, że Tusk z Pawlakiem stali w pierwszym szeregu bohaterów obalających rząd Olszewskiego i dziś są na czele coraz bardziej policyjnego państwa, to ta kwalifikacja do komuny jest w pełni uzasadniona, a w niuanse ideologiczne nie warto się w ogóle bawić. Co więcej, takie postawienie sprawy ułatwia właśnie politologiczną diagnozę z punktu widzenia obywatelskiego i pozwala znaleźć drogi wyjścia z tej zdawałoby się katastrofalnej sytuacji opresji, w jaką III RP wpędza wielu z nas – o czym za moment.


Od jakiegoś czasu z upodobaniem wczytuję się w lamentacje offowych polityków (J. Rokita, L. Dorn, teraz Cz. Bielecki), którzy właściwie nie widzą wielkich szans na zmianę status quo, na modernizację Polski itd. (nawiasem mówiąc, o prorockich możliwościach Rokity świadczy to, że sądzi iż najpierw będą wybory prezydenckie, a parlamentarne odbędą się w 2011 r.). Jakby tego było mało część osób związana z konserwatyzmem i prawicą niezawodowo a światopoglądowo, dochodzi już do takiej frustracji, że uważa, iż tylko rewolucja mogłaby zmieść porządek zaprowadzony przy meblu bez kantów – tak mocno i wszechstronnie bowiem Układ wydaje się zabezpieczony. Jest w tych koncepcjach duża doza przesady. Otóż dokonanie radykalnego wyłomu w tym, co skonstruowano jako III RP, czyli republikę kolesi, republikę bananową, królestwo sitw i sitwiarzy jest stosunkowo nieskomplikowanym, choć oczywiście, wymagającym pewnego samozaparcia zabiegiem. Wystarczy bowiem doprowadzić do ruiny finanse publiczne, a wtedy żerowisko kolesi zwyczajnie znika i zaczynają się protesty społeczne na taką skalę, że żadne kordony pał nie są w stanie ochronić skompromitowanych polityków. Nie chodzi wcale o działania nielegalne, wystarczy doprowadzić do tego, że wpływy do budżetu będą systematycznie maleć. One oczywiście już maleją, bo spada sprzedaż papierosów i alkoholu (a wysokość akcyz oczywiście rośnie), ale jeśli świadomie bojkotować będziemy (w miarę możliwości) te towary, które szczególnie nabijają kasę publiczną (po alkohol można jeździć za granicę np. na Węgry, po papierosy też, jak ktoś jest chain-smokerem), to w niedługim czasie możemy doprowadzić skarb państwa do stanu bliskiego upadłości. Czy nie jest to wtedy chwila, w której żaden magik rządowy nie może dokonywać czarów z przesuwaniem jednych wydatków w te i we wte i chwilowym gaszeniem w ten sposób niepokojów społecznych związanych z pogarszającymi się warunkami pracy i życia? A jak magik ma pusty skarbiec, to niczym nie jest w stanie zamknąć ust demonstrującym.


PiS – w chwili obecnego totalnego kryzysu państwa pod rządami ciemniaków - stoi przed szansą, jaką kiedyś miał AWS, lecz jednocześnie przed tymi samymi zagrożeniami. Po całkowicie skompromitowanej i w sromocie odchodzącej „drużynie Tuska”, która z zakasanymi rękami wzięła się za żerowanie na finansach publicznych i udawanie rządzenia, byleby tylko doczołgać „króla sondaży” do prezydenckich wyborów (których wygranie jeszcze długo będzie mu się śniło w koszmarach) - nie będzie trudno przejąć władzę i uzyskać społeczne zaufanie. Jeśli jednak PiS pójdzie w ślady AWS-u i będzie dokonywał sanacji państwa poprzez dalszy rozrost biurokracji (a nie jej radykalne likwidowanie), poprzez pozostawienie obecnej struktury parlamentu (darmozjadów tam na potęgę), poprzez marnotrawienie finansów publicznych, poprzez pozostawienie zgnilizny peerelowskiej od służb specjalnych po systemy edukacji i naukę itd. - to czekać go będzie także los AWS-u i trzeciej szansy nikt PiS-owi nie da. Wobec tego program sanacji należy opracować kompleksowo i podać go polskiemu społeczeństwu do wiadomości w jasno sformułowanych postulatach, których realizacją zajmować się będą ludzie mądrzy i uczciwi. Skończyć z republiką kolesi, z pandemonium złodziejstwa, z bezkarnością dansingbubków wyciągających ręce po łatwe publiczne pieniądze – to nie jest komunikat szczególnie trudny do zrozumienia dla przeciętnego obywatela. Jeśli zaś zacznie się rzeczywista rozprawa ze złodziejami i złodziejstwem w Polsce, to PiS uzyska poparcie na długie lata, bez względu na różnice ideowe między wyborcami.


http://moherowyfighter.salon24.pl/132359,masz-racje-fym-ie
http://www.rp.pl/artykul/61991,378822_Sukces_Polakow___porazka_Polski.html
http://www.polskatimes.pl/magazyn/174309,rokita-zaciemniony-palac-wladcy-swieci-pustkami,id,t.html
http://www.tvn24.pl/-1,1624477,0,1,gorzka-wodka--polacy-nie-pija,wiadomosc.html
http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,7075375,Browary_winia_akcyze_za_gleboki_spadek_sprzedazy_piwa.html
http://www.dlahandlu.pl/analiza-rynku/przez-akcyze-spada-sprzedaz-wodek,2196.html

17 paź 2009

Przebudzenie


Gdy w 1989 r. w wyniku kontestowania „przymierza okrągłostołowego” zetknąłem się z ludźmi z Wydziału Ochrony Konstytucyjnego Porządku Państwa (MSW), sprawiali oni wrażenie, jakby żadnych „przemian ustrojowych” nie dostrzegali. Oczywiście można to było zrzucić na karb, prawda, zawirowań związanych z „historycznym przełomem”, bo w takich zawirowaniach nie wszystkie komunikaty wszędzie docierają i np. posowiecka Bezpieka może nie wie, że czasy wszechmocy Bezpieki już się skończyły. Następne lata jednak, które przyniosły zmiany w nazewnictwie, a nawet w niektórych kadrach, potwierdziły (zwłaszcza po kolejnym historycznym przełomie w czerwcu 1992 r., ale już dużo wcześniej po doniesieniach o bachanaliach związanych z paleniem akt), że bezpieczniacy żyją sobie w najlepsze, jedynie koncentrują swoje działanie na zwalczaniu tych środowisk opozycyjnych, którym się, nie wiedzieć czemu, rzecz jasna, neopeerel nie podoba. WKU, co też warto zaznaczyć, ścigało poborowych jak za dawnych sowieckich lat, a wojskówka tymczasem robiła interesy o jakich się jej wcześniej nie śniło. W 2002 r., jesienią, zaszedłszy do pewnej knajpy, spotkałem siedzącego przy barze, zapitego i pewnie z tego powodu rozmownego, młodego reprezentanta (już) ABW, który machając znajomym przed oczami jakimś identyfikatorem, nie krył fascynacji i służbami, i skalą władzy, jaką one dysponują, zapewniał też zebranych, że cały czas zbiera się na rozmaitych ludzi haki, a jak przychodzi potrzeba, to się te haki wyciąga i danego człowieka nęka. Ów ostatni epizod był dla mnie, wyczulonego na bezpieczniaków, o tyle intrygujący, że wychodziło na to, iż stare pokolenie esbecji, doświadczone w inwigilowaniu i represjonowaniu obywateli, wychowuje sobie godnych następców.

Ten dość pobieżny przegląd historyczny służyć ma za ilustrację do tego, że po 20 latach dziennikarze odkrywają wszechobecność ludzi służb specjalnych na przykładzie sprawy W. Sumlińskiego. Mam bowiem nadzieję, że po tym odkryciu pójdą oni za ciosem, tzn. będą dążyć do wyparcia bezpieczniaków z życia publicznego i prywatnego. Muszą się oczywiście liczyć z tym, że bezpieczniacy nie tylko łatwo nie ustępują, lecz i potrafią kontratakować i nękać. Nękać dotkliwie, nie przebierając w środkach.

Dla wielu ludzi, których postrzeganie świata zaczyna się i kończy na telewizyjnym dzienniku czy wymyślonym jeszcze za pierwszej komuny, piorącym mózg, „Teleekspresie”, Bezpieka nie istnieje, a jeśli istnieje, to gdzieś na dalekich obrzeżach świadomości. Tego typu ludzie, zaimpregnowani już medialną papą, na wieść o tym, że posowieccy bezpieczniacy przenikają wszystkie newralgiczne struktury państwa, pukają się w głowę lub przytomnie upominają, iż nie należy rozpowszechniać „teorii spiskowych” lub „popadać w paranoję”. Dla przeciętnego człowieka, rzecz jasna, bezpieczniacy są faktycznie niewidoczni, nie tylko z tego względu, że są dyskretni, a na poziomie jakichś bardzo małych spraw (czyli kiedy bezpieczniakom nie wchodzi się w paradę) mogą się faktycznie nie pojawiać, ale też z tego powodu, że życiorysy wielu bezpieczniaków mocno się zamgliły na przestrzeni lat i nowe legendowanie sprawiło, iż w CV wielu postawnych i szacownych byznesmenów epizody bezpieczniackie jakoś zniknęły z bazy danych. Jeśli zaś powracały, to zwykle nagłaśniały je „niszowe pisemka prawicowe” (jak to określają przedstawiciele Ministerstwa Prawdy), a więc kwitowano to albo śmichem, albo pytaniem „no i co z tego?” Tego typu ozdrowieńcze zmiany w życiorysach zaszły zresztą w większości wpływowych środowisk i tak np. naukowcy swoje bibliografie wyczyścili z „badań nad młodymi robotnikami Nowej Huty”, rekonstruując swoje sukcesy badawcze dopiero od czasów „po historycznym przełomie”; dziennikarze związani z indoktrynacją komunistyczną i czerwonymi mediami nagle swoje kariery zaczynają na nowo od 1989 r.; artyści wyczyścili sobie domowe archiwa z dokumentów serwilizmu wobec komunistycznej władzy, powywalali zdjęcia z pochodów pierwszomajowych, pochowali „nagrody literackie” czy „ordery” otrzymane od cepów itd.

I nagle po tej wielkiej komedii, której widzowie do tego stopnia zżyli się z przedstawianą fikcją, że traktują ją jako realne, wolne, niepodległe państwo, następuje szok i B. Rymanowski nie może się nadziwić, że bezpieczniacy są wśród nas i nicują rzeczywistość wedle starych, sprawdzonych wzorców. Nasuwa mi się w tym momencie skojarzenie ze znakomitym filmem „Awake” (2007) opowiadającym o tym, jak pewien operowany gostek zachowuje pełną świadomość podczas zabiegu i może obserwować (rzecz jasna, także czuć) to, co z nim wyrabia, wredny jak się potem okazuje (nie zdradzam szczegółów), zespół chirurgiczny. Wygląda wszak na to, że dopiero, gdy chirurdzy, co sobie kroją Polskę wedle własnego uznania, wbili skalpel w tyłek tego czy tamtego żurnalisty, to ci zaczynają się budzić na stole operacyjnym. Pytanie tylko, czy uda im się zerwać z twarzy maskę tlenową.

http://www.rp.pl/artykul/2,378815_Dziennikarze_podsluchiwani_przez_ABW.html

16 paź 2009

Już kryzys czy jeszcze kryzys?

Prof. J. Staniszkis, którą czytuję od lat, a która szczególnie utkwiła mi w pamięci po historycznej debacie Tusk-Kaczyński, kiedy to stwierdziła, że ten pierwszy niesie Polakom nadzieję (change is comin', guys), czym wzbudziła salwę mojego śmiechu – należy do tych naukowców, co nie przejmują się rozbieżnością między faktami a teorią. Oczywiście, pozostaje kwestią sporną, co możemy zaliczyć do sfery faktów, ale nie wchodząc tu głębiej w tę materię, można by powiedzieć tak, że do faktów na pewno nie należy zaliczać piany medialnej. Stawianie zaś tez naukowych na podstawie analizy piany medialnej może się wcześniej czy później zakończyć tak, jak każdorazowe wróżenie z fusów, co zresztą w przypadku Staniszkis sprawdza się nieodłącznie, bez względu na to, czy popiera AWS, następnie SLD, potem PiS, wreszcie PO, czy już tylko „ekspertów”, jak obecnie zatrudnieni na posadach ministerialnych nowi podwładni Tuska. Te zmiany poglądów Staniszkis już stały się anegdotyczne, więc nie będę tu się nad nimi rozwodził, zdumiewa mnie raczej to, że w sytuacji, gdy autorka „Ontologii socjalizmu” już raz zdiagnozowała kryzysogenną strukturę polskiego państwa, po jakimś czasie o własnych diagnozach zapomina i zaczyna diagnozować na nowo, patrząc na tę strukturę już nie jako kryzysogenną, ale właśnie podporządkowaną ozdrowieńczej globalizacji czy „integracji wewnątrzunijnej”. Czasami mam wrażenie, że socjologowie, politolodzy i im podobni uczeni w piśmie zajmujący się naszą rzeczywistością społeczno-polityczną, są jak chemicy wpatrzeni w tablicę Mendelejewa, a oddaleni od jakichkolwiek badań empirycznych. Mniejsza jednak z tym.

Można wszak postawić dość proste pytanie: czy kiedykolwiek po 1989 r. Polska wyszła z kryzysu jako pewien organizm państwowy? Moim zdaniem, nie – i na razie nie zapowiada się, by mogła wyjść. Po pierwsze, należy pamiętać, o kryzysogennej naturze komunizmu, który sparaliżował całkowicie rozwój cywilizacyjny Polski po II wojnie. Mędrcy świata i monarchowie, co sobie w garniturach zasiedli do konstruowania nowego państwa przy pewnym pozbawionym kantów meblu, uznali w punkcie wyjścia, że wystarczy nieco zmienić podstawy ustrojowe państwa, a kryzys minie. I tej wersji trzymają się do dziś wszyscy funkcjonariusze Ministerstwa Prawdy i wszyscy salonowcy uważający, iż targające Polską afery są wypadkami przy pracy czy – mówiąc staropeerelowskim slangiem – wypaczeniami (postkomunizmu), nie zaś sygnałami świadczącymi o przekroczeniu stanów alarmowych, jeśli chodzi o zgniliznę państwa.

Po drugie, prawna i instytucjonalna kontynuacja peerelu, zadekretowana wszystkimi poważniejszymi wydarzeniami politycznymi 1989 r. (ze zmianą nazwy państwa i symboliki włącznie) połączona była z, by tak rzec, strukturalnym zagospodarowaniem zawodowym większości cepów tworzących administracyjne i inne jednostki w poprzednim reżimie. Naturalną konsekwencją takiego stanu rzeczy musiała być i jest od wielu lat, dysfunkcjonalność w działaniach urzędów, służb specjalnych oraz kolejnych rządów. Obrazowo to ujmując (co już kiedyś powiedziałem), jeśli budując dom wbija się pale w gnojowicę, to nic dziwnego, że chałupa się z czasem zaczyna w gnój zapadać.

Po trzecie, odziedziczona (przede wszystkim dzięki programowemu odejściu od rozliczenia poprzedniego systemu – choćby za powszechne okradanie społeczeństwa przez czerwonych) po komunizmie strukturalna zdolność do generowania kryzysu pozostała właściwie poza jakimikolwiek obszarami społecznej kontroli. Jako obywatele możemy skorumpowanym urzędnikom państwowym dowolnego szczebla po prostu „skoczyć”, nawet jeśli wiemy, że są skorumpowani, ponieważ doniesienie do prokuratury może obrócić się przeciwko nam, zwłaszcza gdy dany urzędnik dobrze się zna z prokuratorem i obaj stwierdzą, że to informującego o przestępstwie trzeba odpowiednio uciszyć lub zastraszyć, bo za bardzo fika.

Po czwarte establishmentowi, który w taki sposób, tj. na bazie sojuszu czerwonych z różowymi, wypracował sobie formułę państwa i finansów publicznych jako żerowiska, wcale nie zależy na strukturalnym reformowaniu kraju, ponieważ wiązałoby się to z odcięciem od źródeł finansowania dla sitw mniejszego lub większego rozmiaru. Kryzys polskiego państwa ma więc charakter stały i nie pojawił się wtedy, gdy Rysio podzwonił do Zbynia, by go opieprzyć jak bauer polskiego robola, że „za mało robi”.


http://fakt-opinie.salon24.pl/132070,staniszkis-to-juz-kryzys-panstwa

15 paź 2009

Mistewicz do domu


Pomysł E. Mistewicza, by kandydatem PiS-u na prezydenta był M. Kamiński wydaje się z pozoru niezły, jeśli nie świetny, ale przy głębszym zastanowieniu to zupełne nieporozumienie, jeśli nie nonsens. Nie wiem też, dlaczego tak żywiołowo poparł tę ideę Budyń78, ale być może młodość ma tu swoje prawa („potrzebne są zmiany/, konieczne są zmiany/, bo jeśli nic się nie zmieni/, może nadejść dzień rebelii” - krzyczał w ciemnej dekadzie lat 80. Dezerter). Mistewicz, który, jak wiemy, przypomina wróżbitę pochylonego nad szklaną kulą, ponieważ koncentruje się wyłącznie na wielobarwnej zasłonie dymnej wytwarzanej przez specjalistów od wizerunku (zwanych, żeby było uczeniej, „spin doktorami” czy innymi znawcami „marketingu politycznego”), a więc na medialnej pianie, nie zaś realnym potencjale politycznym oraz decyzyjnym – chce nam powiedzieć, że Kamiński jako nowy szeryf znakomicie by się nadawał do walki o fotel prezydenta, nie tylko z racji swej świeżej krwi, ale i pewnej legendy otaczającej osobę prawą i niezłomną. Osobiście - nie mając wątpliwości, co do kwalifikacji moralnych, politycznych i zawodowych Kamińskiego - po pierwsze, wzdragałbym się przed instrumentalnym potraktowaniem i użyciem cnoty właśnie jako „elementu wizerunku”, gdyż zwykle prowadzi to do jej banalizacji, jeśli nie ośmieszenia; po drugie zaś, wiedząc jak wąski zakres kompetencji przysługuje prezydentowi (tu rzecz jasna, brawa dla „konstytucjonalistów III RP”) - miejsce Kamińskiego widziałbym na czele ministerstwa spraw wewnętrznych nie zaś całego państwa. Nie zmienia to oczywiście faktu, że ponowne kandydowanie L. Kaczyńskiego daje raczej niewielkie szanse na jego zwycięstwo – pominę już moje osobiste zarzuty wobec obecnego prezydenta, tzn. o jego stosunek do Ukrainy (coraz wyraźniej gloryfikującej upowców – niedawno prezydent Juszczenko postawił kropkę nad i) oraz o podpisanie „konstytucji europejskiej”-bis, czyli „traktatu lizbońskiego”. Nie jest to jednak w tej chwili najważniejsze.

Zakładając, że jakaś prawicowa koalicja z PiS-em na czele wygrałaby przyspieszone wybory parlamentarne na wiosnę przyszłego roku (gdyby je rozpisano gdzieś na początku 2010 r. po jakiejś sromotnej dymisji gabinetu ciemniaków, to pewnie nie zdążyłaby taka koalicja powstać, znając nasze polskie realia „negocjacyjne”), to konieczne będzie ponowne ustanowienie programu sanacji struktur państwa polskiego, nie zaś zabawa w to, kto ma lepszy medialny wizerunek lub czyj kandydat ma piękniejszą legendę. W tym więc kontekście Mistewicz z jego dobrymi radami może siedzieć w domu. W sytuacji agonii praworządności, do czego obecnie doprowadza stylizująca się na komunistyczną monopartię, PO, niezbędna wydaje się nie tylko lustracja i dekomunizacja, ale i błyskawiczna rozprawa z korupcją, do której to rozprawy właśnie Kamiński jako szef wspomnianego ministerstwa nadaje się znakomicie (Ziobro mógłby objąć funkcję prokuratora generalnego lub ministra sprawiedliwości ponownie). Nie ma bowiem sensu ludzi młodych i zdolnych sytuować na stanowiskach, gdzie potencjał osobisty i polityczny tychże osób zostanie w minimalnym stopniu wykorzystany, a nawet niewykorzystany w ogóle. (Jeśli zaś już obsadzamy ministerstwa „pewniakami”, to powrót Legutki do spraw sanacji polskiej edukacji także wydaje się niezbędny – sam Legutko ma zdrowy, krytyczny stosunek do współczesnego modelu państwa, a zarazem do politycznej poprawności, czyli neomarksizmu niszczącego system nauczania na wszystkich jego szczeblach. Szczygło wróciłby do MON-u, to jasne, a Macierewicz mógłby być koordynatorem służb specjalnych wymagających natychmiastowej desowietyzacji.)

Należy liczyć się z tym, że zainstalowany w wielu strukturach państwa system sitw, w których przenikają się przedstawiciele starej (czerwonej) i nowej (różowej) nomenklatury, będzie się bronił przed jakimikolwiek próbami zmiany stanu rzeczy. Żaden pasożyt nie porzuca swojego żerowiska bez walki, to wiemy choćby z lekcji biologii :), przyszłe władze państwa muszą się zatem przygotować na opór, jaki napotkają w walce z – nazwijmy to eufemistycznie - „ludźmi III RP”. Oni zastosują dwie taktyki – jedna będzie polegać na przyjmowaniu barw otoczenia (a więc udawaniu, że „teraz jesteśmy po waszej stronie”), druga na otwartym przeciwstawianiu się sanacji państwa. Ta ostatnia, przez to, że łatwa do dostrzeżenia, jest zarazem dogodniejsza dla osób chcących zwalczyć Układ, ponieważ od razu pozwala na sformułowanie zarzutów i skierowanie sprawy do prokuratury. Ta druga jednak jest o wiele niebezpieczniejsza i zarazem niezwykle skuteczna w podtrzymywaniu procesów psucia państwa.

Strategia mimikry została zastosowana przez komunistów, ich Bezpiekę i wojskówkę w trakcie „obalania ustroju”. Pomijam już pożyteczny idiotyzm ludzi tworzących „pierwszy niekomunistyczny rząd” w 1989 r., którzy tak trzęśli portkami przed czerwonymi i realną władzą, że woleli patrzeć przez palce na to, co robią sowieciarze aniżeli powsadzać ich z marszu do więzień, zresztą jeszcze wtedy Mazowiecki był na etapie myślenia o peerelu bez wypaczeń. Nieważne. Ważne jest to, jak się zachowali komuniści, bo taka sama (skoro okazała się skuteczna, a okazała się bez dwóch zdań) strategia może być zastosowana, gdy dojdzie do procesu sanacji. Czerwoni wtedy udali, że nie tylko nie są czerwonymi, ale że jak najbardziej całymi latami, nerwowo zagryzając paznokcie, czekali niecierpliwie na to, by móc budować wolne i niepodległe, praworządne i bezpieczne państwo. Swój „negocjacyjny mandat” uzasadniali swoimi gestami dobrej woli oraz zawieszeniem sowieckich mundurów w przedpokoju (mało kto zwracał uwagę, że przy słynnym stole bez kantów, sowieciarze tacy jak Jaruzel czy Kiszczak nie byli ubrani na wojskowo – to nie był przypadek).
Jednocześnie, po „zakończeniu negocjacji” zajęli się, jak wiemy, systematycznym niszczeniem archiwów, instalowaniem swoich ludzi w rozmaitych newralgicznych strukturach państwa, w „byznesie” itd. Analogicznie tego typu osobnicy mogą się zachować, gdy pojawi się „mroczne widmo” sanacji Polski.

W takiej sytuacji niezbędne będzie nie tylko bardzo ostrożne podejście do procesów likwidacji sitw, ale i pozostawienie „ludziom Układu” furtki takiej, jaką się oferuje „skruszonym przestępcom” (czyli zmniejszenie wymiaru kary za wskazanie innych uczestników gangsterskiego procederu). Tylko na takiej zasadzie będzie można nieco łagodniej potraktować tych, co degradowali Polskę przez ostatnie 20 lat.

Warto sobie jednak zdać sprawę z tego, w jak wielkim stopniu proces takiej sanacji państwa pozwoli na akces zupełnie nowych ludzi do rozmaitych instytucji (nie tylko państwowych). W sytuacji wszak, gdy dojdzie do zwolnień z pracy (i aresztowań) skorumpowanych sędziów, urzędników, czerwonych pseudonaukowców itd. - dla tych wszystkich osób, które mają kwalifikacje zawodowe do sprawowania przeróżnych zawodów, a właśnie dzięki trwałej obecności sitw, nie mają szans na poważną pracę dla Polski – otworzą się zupełnie nowe możliwości.

Tak też powinno się wizję sanacji naszego państwa przedstawiać, nie zaś w kategoriach „walki na wizerunki”, pamiętajmy bowiem przede wszystkim o tym, że mistrzami w kreowaniu wizerunku są sami czerwoni, którzy aktualnie skrywają się za szyldem „socjaldemokratów” i żyją sobie luksusowo, jakby nigdy nic.


http://polskatimes.pl/fakty/kraj/173824,mistewicz-szeryf-kaminski-na-prezydenta,id,t.html
http://budyn78.salon24.pl/131777,swiety-natychmiast-ale-jeszcze-nie-prezydent

14 paź 2009

O mądrości politycznej i graniu twarzą


Odkąd odeszła w niebyt słynna „partia ludzi mądrych”, słowo „mądrość” nieco utraciło swoją nośność w języku odnoszącym się do rzeczywistości społeczno-politycznej, a przecież wydaje się, że właśnie mądrości w polskiej polityce i polskim społeczeństwie szczególnie potrzeba.

Od czasów starożytnych stawiano zarówno kwestię tego, jak sprawić, by rządzili nami ludzie wykazujący się mądrością, jak i tego, jak sprawić, by obywatele byli mądrzy. Problem jest poważny, gdyż jeśli rządzą danym społeczeństwem głupcy, to z reguły wiodą je w jakąś otchłań, jak to zwykle z głupcami bywa (no bo skąd głupiec miałby wiedzieć, dokąd iść? A nawet, jeśliby skądś wiedział, to i tak przecież poszedłby gdzie indziej). Z kolei, jeśli dane społeczeństwo nie grzeszy mądrością, to i najmądrzejsza władza niewiele wskóra, ponieważ zbiorowością taką rządzi po prostu żywioł głupoty.

To, czy ktoś jest osobą mądrą, poznać nie jest tak trudno. Nie musi to być wcale osoba bardzo wykształcona (nieraz zresztą bywa, że uczeni przerażają nas tym, co mają do powiedzenia i zaprezentowania), wystarczy, że jest sprawiedliwa, że rozpoznaje dobro, umie to dobro pokazywać innym, a poza tym potrafi to dobro realizować. Oczywiście, osoba mądra przejawia zarazem szczególne wyczulenie na prawdę (nie tylko w sensie prawdziwości poglądów, lecz i postaw) przy jednoczesnym wstręcie do kłamstwa, cynizmu i hipokryzji.

Te moje uwagi kieruję do zacnego Rolexa, który w swej świętej naiwności zastanawia się, dlaczego Tusk zmarnował swoją życiową szansę na bycie mężem stanu. Rolex zdaje się nie tylko nie brać pod uwagę tych kwestii wymienionych przeze mnie powyżej, ale i dość oczywistej różnicy między aktorem a realną osobą stanowiącą pierwowzór (lub egzemplifikację) kreowanej postaci. Aktor, jeśli jest dobry, może się wcielić w odgrywaną postać i w jakiejś mierze emanować tą postacią (tak np. znakomity D. Washington w „Kandydacie” wciela się w wojskowego, który sprawia wrażenie paranoika albo też w filmie „Człowiek w ogniu” gra ochroniarza-pijaka), ta emanacja jednak ogranicza się wyłącznie do czasu projekcji filmu lub do występu na deskach teatru. Nigdy też aktor nie zmieni się w realną osobę, którą stara się wiernie naśladować (zresztą zadaniem aktora wcale nie jest taka zamiana), choć najlepsi z aktorów są w stanie nawet upodabniać się fizycznie do granych przez siebie postaci (jak choćby chorobliwie wychudzony do roli pozbawionego snu psychopaty w „Mechaniku” Ch. Bale).

Oczywiście mówię o aktorach grających po mistrzowsku i właściwie przezroczystych dla widza, nie chodzi mi o polskich aktorów, którzy zwykle grają samych siebie. To rozróżnienie między kimś grającym kogoś a kimś, kto naprawdę sobą jest, znakomicie się odnosi do naszej sceny politycznej. Otóż drogi Rolex zdaje się zapominać o tym, że Tusk jest wyłącznie aktorem, a nie politykiem. Nie on jeden, rzecz jasna. Ktoś, kto odgrywa rolę polityka ma za zadanie wykonywanie tego wszystkiego, co robi polityk i mówienie jak polityk. Różnica między aktorem politycznym a politykiem z krwi i kości jest zatem taka, że ten pierwszy pozostaje więźniem scenariusza, który jest pisany przez innych – ten ostatni zaś scenariusz działań politycznych pisze sam, ponosząc odpowiedzialność za podjęte ryzyko. Obecny premier, jak wiemy, nie jest zdolny do poważnego ryzyka.

Spójrzmy, ile czasu spędza Tusk na boisku piłki nożnej (abstrahuję już od fascynacji mediów), na wycieczkach, a jak rzadko (o ile w ogóle) można go spotkać w konfrontacji np. z protestującymi grupami zawodowymi. To jest naturalne, bo aktor wie, że są chwile, gdy schodzi się ze sceny i zmywa makijaż. Prawdziwy polityk sprawdza się bowiem w konfrontacji ze zwykłymi ludźmi, z tymi, co są niezadowoleni z życia, wściekli, którzy chcą nawtykać rządzącym itd. Pod tym względem Wałek, gdy jeszcze nie zdurniał, a więc dawno temu, był faktycznie dobry i zwyczajnie nie bał się ludzi. Wchodził w tłum, gdzie czuł się jak ryba w wodzie. Tusk, po pierwsze, boi się ludzi. To już go dyskwalifikuje w zawodach na męża stanu.

Po drugie Tusk boi się innych polityków. Gdyby był samodzielnym politykiem, bez wahania zrobiłby albo to, co sugeruje Rolex, albo podałby rząd do dymisji właśnie po to, by zarazem uruchomić proces politycznej kwarantanny ugrupowania rządzącego. Ale przecież - po trzecie - Tusk śmiertelnie boi się porażki. Nikt chyba tak jak on, nie wyobraża sobie, że może życiowo i zawodowo przegrać. Wszystko postawił na samego siebie i dlatego wszystko musi stracić. Z Tuska będziemy się kiedyś tak samo śmiać, jak z Wałka. A kto wie, czy nawet nie bardziej, bo ten pierwszy uważał, że nie będąc politykiem z krwi i kości, przechytrzy wszystkich i stanie na szczycie państwa, tak naprawdę nie umiejąc nic.

http://hekatonchejres.salon24.pl/131671,why-donald-why