Najwyraźniej redakcja „Rz” chce się ścigać z „GW” w żarliwości, jeśli chodzi o troskę o katolicyzm, wyrażaną przez przedstawicieli środowisk związanych z judaizmem, troskę, która zwykle wyraża się kwestionowaniem nauczania Kościoła i dogmatyki związanej z religią Chrystusową oraz podważaniem katolickiego przesłania moralnego. Szkoda tylko, że redakcja głos prof. J. Hartmana publikuje jako głos „zatwardziałego agnostyka i liberała”, a nie członka założyciela antykatolickiej loży B'nai B'rith. Hartman, uczeń prof. J. Woleńskiego (także z lożą związanego), rysuje obraz „nowoczesnego Kościoła”, który jest „wolny od pychy, od uprzedzeń w stosunku do genetyki, demokracji, innowierców czy homoseksualistów, od języka pomówień oraz prymitywnej, pełnej jadu i obłudy retoryki” i nawet wskazuje wzorcowych jego przedstawicieli (swoją drogą, ciekawe, czy w tekstach etycznych ks. prof. J. Tischnera, bo m.in. o niego chodzi, jest coś na temat moralnej dopuszczalności homoseksualizmu – z katolickiego punktu widzenia). Jakby tego było mało, to Hartman prorokuje też, jak będzie wyglądała nowoczesna Polska:
„Taka Polska, normalna, podobna do Niemiec czy Anglii, czeka nas za kilkanaście lat. Jeśli w tej nowej Polsce Kościół będzie silny i szanowany, to właśnie dzięki tym światłym i odważnym księżom, którzy pomimo ciasnego gorsetu doktryny i rzymskich instrukcji, jakoś obsesyjnie krążących wokół seksu, mają odwagę i umieją rozmawiać życzliwie i mądrze, bez wywyższania się i z szacunkiem dla niekatolickiego rozmówcy, a za to z jakąś dozą krytycyzmu w stosunku do Kościoła polskiego oraz do samego Watykanu.”
Rozumiem, że o tym, jak dozować krytycyzm wobec „Kościoła polskiego oraz samego Watykanu” najlepiej wiedzą przedstawiciele judaizmu. Ciekawe w takim razie, co by wynikło, gdyby katolicy zabrali się za krytykę ortodoksji żydowskiej. No ale mniejsza z tym, bo przecież Hartman jest agnostykiem i liberałem, więc pewnie przyklasnąłby takim wypowiedziom. Ze swej strony zaś dziwuje się obyczajom panującym w polskim społeczeństwie:
„W niektórych państwach, w tym w Polsce, daje się prawodawczym żądaniom Kościoła posłuch nieporównanie większy niż jakiejkolwiek innej sile społecznej, która głosi, iż wie, co jest dobre, i że należy proponowane przez nią oczywiste i absolutne prawdy czym prędzej wcielać w życie. Dzieje się tak na pewno nie dlatego, że większość Polaków tak właśnie sobie życzy, bo jest katolikami.
Gdyby bycie katolikiem oznaczało, że zna się i uznaje katolickie doktryny i że daje się Kościołowi prawo do przemawiania we własnym imieniu, to Kościół nie musiałby się kłopotać o przepisy polskiego prawa medycznego i innego. Ludzie słuchaliby i bez tego. Rzecz właśnie w tym, że nie słuchają. Ci zaś, którzy katolikami nie są, dodają jeszcze od siebie: dlaczego Kościół katolicki ma nam dyktować, jakie mamy prowadzić życie i w jakie dni mamy chodzić do sklepu? Przecież prawa szanujące wolność jednostki i pozostawiające indywidualnym wyborom kwestie sumienia, w których zgody powszechnej nie ma, nie przeszkadzają katolikom żyć po katolicku! Niechaj więc żyją i dają żyć innym!”
Innymi słowy wyróżniona rola Kościoła w Polsce wynika stąd, że katolicy „nie chcą słuchać”. A to feler. Zagadką pozostaje, co gna tych katolików na pielgrzymki, do spowiedzi i na msze, no ale to może kwestia przyzwyczajenia. Chociaż, może chodzi po prostu o strach? Hartman wszak pisze:
„życiem publicznym rządzą zasady polityki, a nie imperatyw wolności ani świadomość, że budujemy wolny kraj, w którym rząd do minimum stara się ograniczyć ingerencje w wybory obywateli. Do zasad tych należy zaś strach. Politycy i media boją się, że ograniczając wpływy i przywileje Kościoła, a także oddając mu proporcjonalne miejsce w debatach publicznych, ściągną na siebie jeśli nie gniew Boży, to przynajmniej gniew biskupi lub prałacki. To zaś rzekomo mogłoby się źle skończyć.”
No i jesteśmy w domu. „Gniew biskupi lub prałacki” - fraza, której Gadzinowski lub Urban by się nie powstydził, z tego też powodu ją odnotowuję. Pomijając jednak błyskotliwość semantyczną, warto spojrzeć na to, co tak naprawdę głosi Hartman. Twierdzi on ni mniej ni więcej tylko „czarni rządzą”, trzymając (już stanowczo za długo) w szachu społeczeństwo, polityków i media – i obsesyjnie krążąc wokół spraw seksu. Jak jednak wiemy z fragmentów przywołanych wyżej, bywają też „czarni” normalni – domyślamy się więc, że gdyby doprowadzić do pewnych przetasowań wśród kościelnych hierarchów (dla Hartmana, jak i dla wielu innych antykatolików, Kościół to wyłącznie duchowieństwo, nie laikat), to sprawy nie miałyby się tak beznadziejnie? Mam więc propozycję, by wybory Episkopatu odbywały się w lokalach B'nai B'rith. To będzie jakiś pierwszy poważny krok ku normalizacji.
http://www.bnaibritheurope.org/bbe/content/view/899/121/lang,en/
http://www.jewish.org.pl/index.php?Itemid=59&id=625&option=com_content&task=view
http://www.rp.pl/artykul/9133,370609_Niech_Zydzi_zawladna__Kosciolem__.html
http://www.dakowski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=652&Itemid=53
http://www.opcja.pop.pl/?id_artykul=906
30 wrz 2009
28 wrz 2009
Czy możliwe jest kulturowe odrodzenie Polski?
Wbrew temu, co z uporem głosi Darski, uważam, że nie tylko nie jesteśmy jako naród i jako państwo w sytuacji beznadziejnej, ale też nie jesteśmy w sytuacji bez wyjścia. Nawet bowiem w warunkach postkomunizmu, w którym procesy sowietyzacji, stosowane w peerelu, zostały wzbogacone i/lub zastąpione przez procesy nowoczesnej rekomunizacji oraz ogólno-społecznej deprawacji – nie jest niemożliwe rekonstruowanie polskiej kultury i zwyczajnie przywracanie ducha narodu. W chwilach zwątpienia warto wspomnieć na to, jak J. Czapski z innymi „zekami” urządzali sobie w koncłagrze wykłady z literatury i analizowali np. powieściopisarstwo Prousta. Nie mówię już o istnieniu Polskiego Państwa Podziemnego w warunkach wojny i podwójnej okupacji przecież. Nawet więc w warunkach ekstremalnych Polacy potrafią chronić to, co najcenniejsze, czyli ducha narodu, a skoro my obecnie nie jesteśmy w warunkach wojny, okupacji ani obozu koncentracyjnego, to zwyczajnie nie powinniśmy się poddawać.
Darski w swoim komentarzu pod moim wczorajszym postem pisze:
„Oczywiście determinizmu nie ma, ale uważam, że działanie musi mieć sens, perspektywy, inaczej to jest samospalanie się bez rezultatu. W 1976 roku widziałem perspektywy, szybki upadek komunizmu i rozpad Sowietów, możliwość wpłynięcia na tchórzliwe i popierające komunizm zsowietyzowane społeczeństwo, teraz nie widzę prawie żadnych możliwości. Nie chodzi tylko, że okoliczności zewnętrzne są przeciw nam, ale o to, że sytuacja jest inna niż kiedy w 1915 roku zamykano w Kongresówce przed Kadrówką okna i drzwi, bo "nasi" przecież wycofali się do Rosji. Wtedy społeczeństwo było bierne, ogłupione i bezwolne jak dziś, ale nie istniała w nim wszechpotężna rosyjska agentura, która walczyć będzie na śmierć by utrzymać status quo. Naród istniał i POSIADAŁ WŁASNE ELITY. Dziś taka agentura istnieje i ma do dyspozycji środki techniczne - media - jakich kiedyś nie było. Społeczeństwo za elity uważa HOŁOTę, która zajmuje uprzywilejowane miejsce.
A zatem: naród stanowi 30 proc. społeczeństwa, agentura dysponuje miażdżącą przewagą, sojusz rosyjsko-niemiecki nie daje żadnych szans. Bez pomocy z zewnątrz nie jesteśmy w stanie nic zrobić, a jej nie ma.”
Być może, jeśli chodzi o kwestię wyrugowania agentury z polskiego życia społeczno-politycznego, to faktycznie, na razie nie dysponujemy wystarczającymi siłami ani wsparciem z zewnątrz. Darski zresztą od tegoż wsparcia uzależnia ewentualne zmiany:
„Działanie będzie miało sens, jeśli 1. dojdzie do wstrząsu w kraju, 2. sytuacja geopolityczna się poprawi w wyniku załamania się Rosji 3. będziemy mogli liczyć na pomoc z zewnątrz, jeśli sytuacja geopolityczna na tyle się zmieni, że będziemy potrzebni, 4. Agentura osłabi się w wyniku walk wewnętrznych.”
No ale przecież odbudowanie kultury, która nie ma charakteru postkomunistycznego, czyli rekomunizacyjnego, zacierającego granice między dobrem a złem, prawdą a fałszem, przyzwoitością a świństwem, normą a dewiacją – nie jest czymś, co byłoby dla nas poza zasięgiem. Przynajmniej na razie. Myślę, że stanowczo „przedemonizowana” jest rola mediów naszym kraju, zwłaszcza telewizji. Istnieją nie tylko osoby, które w ogóle bez niej żyją i mają się całkiem dobrze, ale i są osoby, które korzystają z telewizji bardzo wybiórczo, nie oglądając np. w ogóle kanałów indoktrynacyjnych, jak TVN24. Powiększa się grono osób, które nie biorą „GW” do ręki i sobie to chwalą.
Wiadome, że odkrywanie fasadowości obecnej rzeczywistości społeczno-politycznej oraz procesów rekomunizacyjnych, w których czynną rolę odgrywają (nomen omen) ludzie, którzy uważają się za „obalaczy komunizmu” - zachodzi wolno, nie z dnia na dzień. Majstersztyk pieriekowki dokonywanej za III RP polega wszak na tym, że nie wykorzystuje się już nowomowy komunistycznej, ale konstruuje się nowomowę „demokratyczno-wolnościową”, choć ani z klasycznie rozumianą demokracją, ani tym bardziej z wolnością nie ma postkomunistyczna Polska zbyt wiele wspólnego. Niektórym osobom zajmuje lata owo odkrywanie totalnego fałszu, jaki skonstruowano po „czerwcowych wyborach” '89, a proces ten przebiega tak powoli dlatego, że doprawdy ciężko jest tymże osobom uwierzyć, że do takiego fałszu mogło w biały dzień dojść. Osoby te tłumaczą sobie, że może owszem, kiedyś tam za bardzo powstrzymywano dekomunizację i rozliczanie czerwonych, może nieco pofolgowano zbrodniarzom i złodziejom, no ale nie „obalano” by chyba komuny po to, by na jej miejsce wprowadzać kolejne totalitarne państwo? To właśnie wielu osobom się wciąż nie mieści w głowie.
Nieraz wspominałem o zjawisku konwergencji, co do którego nie ma wątpliwości, gdy się obserwuje ustrój konstruowany na potrzeby superpaństwowej eurokracji. Ale o konwergencji należy też mówić w odniesieniu do ludzkich postaw. Tak jak bezpieczniacy upodabniali się do opozycjonistów w trakcie gier operacyjnych, udając radykałów, intelektualistów etc., tak też opozycjoniści z czasem nabierali cech bezpieczniaków i zamordystów. To jest prawdziwa katastrofa współczesnej Polski, wyrażana nieskrywaną pogardą dla obywateli, hasłami o tym, że „pierwszy milion trzeba ukraść”, że społeczeństwo „nie dorosło do demokracji” itd. Warto przy tej okazji zauważyć, jak „walka z polskim kołtunem”, prowadzona z takim upodobaniem przez peerelowskie oświecone elity prosowieckie, znalazła swoją kontynuację także w postkomunizmie (i to niejednokrotnie w tekstach tych samych „oświeceniowców”). Jeśli bowiem chodzi o społeczną deprawację, to postkomunizm znakomicie wypełnia ideał leninowskiej (czy bolszewickiej) „wolnej miłości”, konsekwentnie propagując dewiacje seksualne i walcząc w ten sposób ze znienawidzoną, konserwatywną (czyt. burżuazyjną) moralnością.
W tej jednak materii, tj. w sferze deprawacji, projekt postkomunistyczny może odnieść skutek odwrotny od zamierzonego, a ponieważ stopień kontroli społecznej – jak na razie – nie jest porównywalny z inwigilacją i indoktrynacją peerelowską, to istnieją całkiem przyzwoite warunki do pracy nad duchowym odrodzeniem Polaków. Potrzeba do tego konsolidacji sił, wytrwałości, cierpliwości i zimnej krwi – i twardego głoszenia: postkomuna nie przejdzie. Pociechą jest to, że kultura postkomunistyczna, dokładnie tak samo, jak sowiecka, jest jałowa. Może jest krzykliwa, może ma klakę salonową, może nawet jest forsowana w programach szkolnych wśród lektur obowiązkowych, ale w swej istocie nie jest zdolna trwale zmienić polskiej kultury. Tak więc dokładnie tak samo, jak pozostawiliśmy za sobą śmietnisko socrealizmu (i najwyżej badamy je pod kątem psychopatologiczynym), tak śladu nie będzie po śmietnisku postkomunistycznym.
Darski w swoim komentarzu pod moim wczorajszym postem pisze:
„Oczywiście determinizmu nie ma, ale uważam, że działanie musi mieć sens, perspektywy, inaczej to jest samospalanie się bez rezultatu. W 1976 roku widziałem perspektywy, szybki upadek komunizmu i rozpad Sowietów, możliwość wpłynięcia na tchórzliwe i popierające komunizm zsowietyzowane społeczeństwo, teraz nie widzę prawie żadnych możliwości. Nie chodzi tylko, że okoliczności zewnętrzne są przeciw nam, ale o to, że sytuacja jest inna niż kiedy w 1915 roku zamykano w Kongresówce przed Kadrówką okna i drzwi, bo "nasi" przecież wycofali się do Rosji. Wtedy społeczeństwo było bierne, ogłupione i bezwolne jak dziś, ale nie istniała w nim wszechpotężna rosyjska agentura, która walczyć będzie na śmierć by utrzymać status quo. Naród istniał i POSIADAŁ WŁASNE ELITY. Dziś taka agentura istnieje i ma do dyspozycji środki techniczne - media - jakich kiedyś nie było. Społeczeństwo za elity uważa HOŁOTę, która zajmuje uprzywilejowane miejsce.
A zatem: naród stanowi 30 proc. społeczeństwa, agentura dysponuje miażdżącą przewagą, sojusz rosyjsko-niemiecki nie daje żadnych szans. Bez pomocy z zewnątrz nie jesteśmy w stanie nic zrobić, a jej nie ma.”
Być może, jeśli chodzi o kwestię wyrugowania agentury z polskiego życia społeczno-politycznego, to faktycznie, na razie nie dysponujemy wystarczającymi siłami ani wsparciem z zewnątrz. Darski zresztą od tegoż wsparcia uzależnia ewentualne zmiany:
„Działanie będzie miało sens, jeśli 1. dojdzie do wstrząsu w kraju, 2. sytuacja geopolityczna się poprawi w wyniku załamania się Rosji 3. będziemy mogli liczyć na pomoc z zewnątrz, jeśli sytuacja geopolityczna na tyle się zmieni, że będziemy potrzebni, 4. Agentura osłabi się w wyniku walk wewnętrznych.”
No ale przecież odbudowanie kultury, która nie ma charakteru postkomunistycznego, czyli rekomunizacyjnego, zacierającego granice między dobrem a złem, prawdą a fałszem, przyzwoitością a świństwem, normą a dewiacją – nie jest czymś, co byłoby dla nas poza zasięgiem. Przynajmniej na razie. Myślę, że stanowczo „przedemonizowana” jest rola mediów naszym kraju, zwłaszcza telewizji. Istnieją nie tylko osoby, które w ogóle bez niej żyją i mają się całkiem dobrze, ale i są osoby, które korzystają z telewizji bardzo wybiórczo, nie oglądając np. w ogóle kanałów indoktrynacyjnych, jak TVN24. Powiększa się grono osób, które nie biorą „GW” do ręki i sobie to chwalą.
Wiadome, że odkrywanie fasadowości obecnej rzeczywistości społeczno-politycznej oraz procesów rekomunizacyjnych, w których czynną rolę odgrywają (nomen omen) ludzie, którzy uważają się za „obalaczy komunizmu” - zachodzi wolno, nie z dnia na dzień. Majstersztyk pieriekowki dokonywanej za III RP polega wszak na tym, że nie wykorzystuje się już nowomowy komunistycznej, ale konstruuje się nowomowę „demokratyczno-wolnościową”, choć ani z klasycznie rozumianą demokracją, ani tym bardziej z wolnością nie ma postkomunistyczna Polska zbyt wiele wspólnego. Niektórym osobom zajmuje lata owo odkrywanie totalnego fałszu, jaki skonstruowano po „czerwcowych wyborach” '89, a proces ten przebiega tak powoli dlatego, że doprawdy ciężko jest tymże osobom uwierzyć, że do takiego fałszu mogło w biały dzień dojść. Osoby te tłumaczą sobie, że może owszem, kiedyś tam za bardzo powstrzymywano dekomunizację i rozliczanie czerwonych, może nieco pofolgowano zbrodniarzom i złodziejom, no ale nie „obalano” by chyba komuny po to, by na jej miejsce wprowadzać kolejne totalitarne państwo? To właśnie wielu osobom się wciąż nie mieści w głowie.
Nieraz wspominałem o zjawisku konwergencji, co do którego nie ma wątpliwości, gdy się obserwuje ustrój konstruowany na potrzeby superpaństwowej eurokracji. Ale o konwergencji należy też mówić w odniesieniu do ludzkich postaw. Tak jak bezpieczniacy upodabniali się do opozycjonistów w trakcie gier operacyjnych, udając radykałów, intelektualistów etc., tak też opozycjoniści z czasem nabierali cech bezpieczniaków i zamordystów. To jest prawdziwa katastrofa współczesnej Polski, wyrażana nieskrywaną pogardą dla obywateli, hasłami o tym, że „pierwszy milion trzeba ukraść”, że społeczeństwo „nie dorosło do demokracji” itd. Warto przy tej okazji zauważyć, jak „walka z polskim kołtunem”, prowadzona z takim upodobaniem przez peerelowskie oświecone elity prosowieckie, znalazła swoją kontynuację także w postkomunizmie (i to niejednokrotnie w tekstach tych samych „oświeceniowców”). Jeśli bowiem chodzi o społeczną deprawację, to postkomunizm znakomicie wypełnia ideał leninowskiej (czy bolszewickiej) „wolnej miłości”, konsekwentnie propagując dewiacje seksualne i walcząc w ten sposób ze znienawidzoną, konserwatywną (czyt. burżuazyjną) moralnością.
W tej jednak materii, tj. w sferze deprawacji, projekt postkomunistyczny może odnieść skutek odwrotny od zamierzonego, a ponieważ stopień kontroli społecznej – jak na razie – nie jest porównywalny z inwigilacją i indoktrynacją peerelowską, to istnieją całkiem przyzwoite warunki do pracy nad duchowym odrodzeniem Polaków. Potrzeba do tego konsolidacji sił, wytrwałości, cierpliwości i zimnej krwi – i twardego głoszenia: postkomuna nie przejdzie. Pociechą jest to, że kultura postkomunistyczna, dokładnie tak samo, jak sowiecka, jest jałowa. Może jest krzykliwa, może ma klakę salonową, może nawet jest forsowana w programach szkolnych wśród lektur obowiązkowych, ale w swej istocie nie jest zdolna trwale zmienić polskiej kultury. Tak więc dokładnie tak samo, jak pozostawiliśmy za sobą śmietnisko socrealizmu (i najwyżej badamy je pod kątem psychopatologiczynym), tak śladu nie będzie po śmietnisku postkomunistycznym.
27 wrz 2009
Kwadratura koła

Pewien publicysta rysuje przed nami przyszłościowy scenariusz, jakobyśmy musieli dokonać wyboru: albo rosyjska strefa wpływów, albo niemiecka i wskazuje na tę ostatnią, po czym zadaje sobie pytania typu, jaką cenę trzeba by zapłacić za stanie się satelitą Niemiec i „jaki stopień samodzielności jesteśmy w stanie wywalczyć”. Tymczasem – wbrew prognozom owego publicysty - nie jest to scenariusz, który nas czeka, lecz sytuacja, z jaką mamy do czynienia od 20 lat.
W telegraficznym skrócie dzieje współczesnej Polski ujmując, najpierw byliśmy w strefie wpływów rosyjskich (1944-1993), a następnie, po paru latach intensywnej propagandy, weszliśmy stopniowo w obszar wpływów niemieckich, co przypieczętowało (zachwalane przez wielu i stawiane jako bezalternatywne w okresie przedreferendalnym) włączenie Polski do „UE”. Skoro zresztą tajemnicą poliszynela jest to, iż Niemcy akurat są największym płatnikiem superpaństwa, to oczywiste było, że wchodząc do „UE” de facto znajdziemy się w relacjach satelickich z Niemcami (nie tylko ze względu na terytorialne sąsiedztwo i historyczne zaległości). Z kolei wcześniejsze wejście Polski do NATO realnie w naszej sytuacji geopolitycznej i w kwestiach naszego międzynarodowego bezpieczeństwa nie zmieniło nic, co zresztą niedawno potwierdził choćby R. Asmus, ale co my widzieliśmy na własne oczy.
Dzisiejsze wzdychanie za modernizacją (na zasadzie "niechby to zrobili i Niemcy, skoro Polacy nie potrafią") to wyraz desperacji po straconych dwóch dekadach pseudomodernizacji, a zwłaszcza po świetlanym okresie rządów Mazowieckiego i Balcerowicza, którzy zastali Polskę drewnianą, a zostawili murowaną, sprawiając, że słowa „prywatyzacja”, „uwłaszczenie”, „przedsiębiorczość” zaczęły się zwykłym obywatelom kojarzyć po prostu ze złodziejstwem. Dziś oczywiście nie jest lepiej, o czym można się dowiedzieć od tychże osób, które zajmują się „projektami unijnymi”, a które na co dzień mają do czynienia z nietykalną i wszechobecną urzędniczą mafią, rozdzielającą eurokonfitury wedle własnego uznania i politycznych koneksji. Poznałem w ostatnich latach trochę takich osób związanych z projektami i nie mogą one wyjść ze zdumienia, że korupcja i nepotyzm są w Polsce wszędzie.
Czy jednak mogło być inaczej? Jeśli zasiadło się do stołu i wódy ze złodziejami i zbójami, to i złodziejskie, i zbójeckie prawo się ustanowiło, a z nim złodziejskie i zbójeckie państwo, no i nabrało się złodziejskich i zbójeckich manier. Któremu zbójowi zależałoby na modernizacji? Chyba tylko w obrębie własnej, pilnie strzeżonej przez „firmę ochroniarską”, ekskluzywnej chałupy, żeby się luksusowa bryka w błoto nie zapadała na podjeździe i by wysoki mur oddzielał barwne i bogate życie zbója od ponurego, tandetnego istnienia bandy frajerów, którzy na historyczne reformy dali się nabrać.
No dobrze, ale skąd się nagle znowu wzięła Rosja na naszych ziemiach? Po pierwsze wyjście wojsk rosyjskich z naszych ziem nie oznaczało zerwania stosunków z Moskwą, których podtrzymywaniem zajmowały się te służby i ci ludzie, których łaskawa ręka „nowego państwa” za długoletnią działalność promoskiewską nie usunęła. Po drugie zapędy modernizacyjne Niemiec sięgają „ściany zachodniej”, wschodnią może się zająć bratnia Rosja. Po trzecie, zależność energetyczna Polski od Rosji została przez te 20 lat umocniona, a nie osłabiona. Po czwarte, zabiegi demilitaryzacyjne w Polsce, które ostatnio weszły w fazę kulminacyjną, doskonale wsparły te wszystkie wieloletnie umizgi polskich polityków do Kremla, że już bardziej politycznie ułożyć się z władzami rosyjskimi nie trzeba. Oczywiście najlepszym z punktu widzenia Rosji byłby taki rząd, w którym premierem jest Miller, Oleksy czy ktoś im podobny, a więc ludzie zżyci z rosyjską racją stanu od lat, ale czy jest to konieczne. Skoro niemal wszystkie polskie rządy realizowały politykę proniemiecką, zaś sami Niemcy otwarcie wzmacniają politykę i pozycję Rosji, to nie trzeba w Polsce tworzyć gabinetu a la pezetpeerowskie rządy zdrajców, tylko wystarczy takich elastycznych „mężów stanu” dobierać i wspierać (wiemy jak dokładnie obserwują sytuację w Polsce media niemieckie i rosyjskie, a z nimi tamtejszy establishment), a już oni wyczują, skąd wiatr wieje, wszak postawa elastyczna była i jest szczególnie doceniana na eurosalonach, czego znakomitym dowodem są losy wybitnie elastycznego premiera Buzka.
Może zabrzmi to nieco arogancko, ale debata na temat warunków niepodległości i samodzielności militarnej, politycznej i energetycznej Polski dopiero teraz się zaczyna, a więc po doświadczeniach z „transformacją” oraz członkostwem naszego kraju w zdegenerowanych strukturach natowskich i unijnych. Skala zaniedbań, jakie popełniono w przeciągu tych dwóch dekad jest tak wielka, że można się zastanawiać, czy w ogóle przez jakiś istotny czas prowadziliśmy politykę niezależną od wpływów obcych mocarstw (zwłaszcza wewnętrzną)? Samo istnienie partii komunistycznej oraz wspierających ją finansowo i intelektualnie środowisk jest nie tylko politycznym skandalem, lecz i zbrodnią – a przecież to zaledwie jedna z patologii. To więc, że dziś ani Niemcy, ani Rosja nie kryją swojego apetytu na Polskę jest tylko i wyłącznie rezultatem wspomnianych zaniedbań.
Pewien publicysta pisze nam na pociechę, że „współczesne Niemcy nie kwestionują polskiej odrębności i prawa do państwowości – co w wypadku Rosji nie jest oczywiste” - z tego należałoby wnioskować, że już lepiej być satelitą Niemiec niż Rosji, no ale machina „unijna” skonstruowana została tak, że z czasem mają zniknąć (i faktycznie, już znikają) fundamenty odrębności i państwowości zwłaszcza co słabszych politycznie „regionów”; sam proces nieustającego „dostosowywania” polskich regulacji prawnych do „unijnych” oraz wprowadzania wspólnej waluty (z bankiem centralnym gdzie?) jest tego wyrazistą egzemplifikacją. Gdyby zaś z czasem doszło do rozsypania się „superpaństwa” możemy zostać z pękniętym na dwie strefy wpływów kraju, którego przywracanie do witalności i scalanie będzie trwało sto lat, jeśli nie więcej. No ale czy nie na własne życzenie?
http://www.rp.pl/artykul/61991,368872_Polityka_realna___czyli_jaka_.html
26 wrz 2009
Wojenko, wojenko

Jeśli faktycznie wojna wisi w powietrzu, a czuje ją nosem już sam E. Barbur, to powinniśmy się modlić o to, by przypadkiem na nas coś przy okazji nie spadło. O ile bowiem Barbur ma swoje powody do radości, jeśliby doszło do kolejnego konfliktu w regionie Bliskiego Wschodu, o tyle my raczej nie mamy.
Barbur pisze: „oto harmonogram: październik - rozmówki z Iranem; listopad - chandra jesienna; grudzień - przerwa świąteczo-noworoczna; styczeń – BUM!!!” - no i z jednej strony brzmi to wesoło, z drugiej jakoś tak minorowo. Można owszem założyć, iż kolejna ofensywa wojsk amerykańskich (czy i tym razem wysłany zostanie polski kontyngent?) sprowadzi się do „kosmetycznego zabiegu” i zlikwidowania za pomocą „inteligentnych bomb” wyłącznie ośrodków militarnych Iranu (już podobny scenariusz przerabialiśmy parokrotnie). Może jednak być tak, że (jak choćby w czasie nalotów na Bałkanach, kiedy jakiś pocisk zamiast w budynek wojskowy walnął w ambasadę chińską) bomby spadną akurat na jakieś śródmieście czy szpital i zacznie się coś więcej niż tylko cyrk. Zresztą w sytuacji, gdy wojska amerykańskie są nękane w Iraku i Afganistanie, planowanie kolejnej „misji pokojowej” zakrawa na czyste szaleństwo, zwłaszcza że – jednoznacznie przynaglane przez władze izraelskie – wojska te mogą walnąć w irańskie bazy, zaś Teheran może w odwecie odstrzelić parę pocisków na Izrael i nawet nie chcę myśleć, co będzie dalej.
Jakby tego było mało, za miedzą ćwiczą sobie w najlepsze Rosjanie z Białorusinami manewry na wypadek „polskiego zagrożenia” (skąd my to znamy), a polski MON, jak można się dowiedzieć z wywiadu z eks-generałem W. Skrzypczakiem, nadaje się do wszystkiego, tylko nie do prowadzenia działań militarnych:
„Misja w Afganistanie była więc źle przygotowana?
Wszystkie nasze misje były przygotowane ad hoc. Najpierw mieliśmy w Afganistanie tylko mieć wkład do dowództwa korpusu, a potem się okazało, że ma jechać grupa bojowa.
Wzięliśmy nawet prowincję. Niektórzy mówią, że to było szaleństwo.
Dla mnie to było nieporozumienie. Chciano uzyskać efekt polityczny, wysoko wznieść polską flagę, ale nie dokonano ani analizy naszych potrzeb, ani możliwości. To był strategiczny błąd. Mnie z kalkulacji wynikało, że na misję w Afganistanie potrzebujemy sześciu tysięcy żołnierzy.
Nikt by tylu nie wysłał!
Ja to wiedziałem! I mówiłem otwarcie: panowie, chcecie mieć prowincję, to musicie dać sześć tysięcy wojska. A na to nie ma ani zgody politycznej, ani pieniędzy. Mimo to ktoś w ministerstwie podjął decyzję o wzięciu kontroli nad prowincją i teraz powinien ponieść za to odpowiedzialność.
Kto to był?
Mnie o tym powiedział minister Klich. A to była zła decyzja. Amerykanie na obszarze dwa razy mniejszym mają sześć – osiem tysięcy wojska! O czym my rozmawiamy?! Cały czas powtarzałem: panowie, wyliczyliście koszt tej flagi?”
To, że MON zajmuje się jednak wyłącznie PR-em, tego się domyślaliśmy, a słowa Skrzypczaka tylko to potwierdziły - pada nawet barwne określenie „dwór Klicha”. Pytanie, co ten dwór będzie robił ciekawego, jak wybuchnie kolejny konflikt zbrojny na świecie.
http://prawdalezynawierzchu.salon24.pl/127281,na-moje-wyczucie-styczen
http://www.tvn24.pl/-1,1621078,0,1,rosja-i-bialorus-stlumia-polskie-powstanie-w-manewrach,wiadomosc.html
http://www.tvn24.pl/-1,1621252,0,1,iran-nasze-zaklady-oslepia-wrogow,wiadomosc.html
http://www.tvn24.pl/12691,1621208,0,1,obama-grozi-iranowi-i-nie-wyklucza-wojny,wiadomosc.html
http://www.rp.pl/artykul/368868_Balem_sie_tylko_glupoty_przelozonych.html
O nowych oświeceniowcach

Teza A. Scalii, że sędziowie zabrali się za porządkowanie moralności, a nie prawa, jest naprawdę celna (nazywanie ich „mułłami” – to moim zdaniem bomba), powiedziałbym tylko tak, że owi mułłowie, jak sądzę, wcale nie kryją tego, że uczestniczą w budowaniu nowego (czyt. sprawiedliwszego, doskonalszego) ładu i - co więcej - to oni są tymi oświeconymi, którzy ten ład mogą wprowadzać i nadzorować jego funkcjonowanie.
Proszę zauważyć, iż dogmatyka (nie retoryka, ale dogmatyka, bo dla oświeceniowców to są święte prawdy) wspierająca budowanie tego przewartościowanego ładu moralnego i społecznego, zawiera zarazem ostre oskarżenia pod adresem tych, co temu ładowi się sprzeciwiają. To że Ministerstwo Prawdy z Czerskiej tak grzmi pod adresem Scalii, o czym pisze Ł. Warzecha, jest tu świetnym przykładem, ale przecież funkcjonariusze tego ministerstwa nie są jedynymi protestującymi. Oświeceniowcy wprowadzając swoje moralne przewartościowania, tłumaczą zarazem "ciemnemu ludowi", że czynią to dlatego, iż przez długie wieki pewne grupy (np. proletariat gejowski, proletariat feministyczny etc.) były straszliwie tłamszone i poszkodowane poprzez "reakcyjne", konserwatywne rozwiązania prawne. Innymi słowy oświeceniowcy zasłaniają się imperatywem moralnym, który wynika z pewnej iluminacji, z odkrycia, że nie tyle istnieją złe, zbrodnicze ludzkie czyny i rozmaite patologie społeczne, które należy zwalczać za pomocą instytucji związanych z wymierzaniem sprawiedliwości, ale że istnieje źle skonstruowane prawo, które źli ludzie ustanowili po to, by gnębić proletariat taki czy owaki. Oświeceniowcy napędzani są zatem wizją wyzwalania pewnych poszkodowanych warstw społecznych z kajdanów na te warstwy nałożonych, a jak na oświeceniowców przystało, w sukurs im przychodzi Nauka.
Już w innym miejscu (kwartalnik „Humanistyka” link poniżej) obszernie pisałem na temat, by tak rzec, kryzysu antropologicznego, jaki przeżywamy, kryzysu, który skutkuje nie tylko błędnym, ale i katastrofalnym w skutkach rozumieniem człowieka. Przy czym ów kryzys ujawnia się nie tylko w naukach – szumnie zwanych humanistycznymi – ale i, na co zwraca uwagę choćby Scalia, w sferze rozwiązań prawnych. Uznanie homoseksualizmu za normalną postawę seksualną przez psychiatrów amerykańskich (w latach 70., czyli gdy już rewolucja seksualna pod auspicjami neomarksisty H. Marcuse'a z końca lat 60. się przetoczyła przez Zachód), konsekwentne opisywanie dziecka w stanie nienarodzonym jako płodu, embrionu, czy – jak błysnął intelektem wczoraj 'michał wiśniewski' – nasciturusa – to są, czy też wygibasy terminologiczno-intelektualne wokół uznania eutanazji za wyraz niebywałego humanitaryzmu współczesnej medycyny – to klasyczne już przykłady „wsparcia” naukowego dla błędnej, zideologizowanej antropologii, zgodnie z którą należy dokonać trwałego i fundamentalnego przekształcenia ludzkiej natury.
Nie udała się rewolucja za pomocą bagnetów i koncłagrów, to nastąpił „marsz przez instytucje”. Nowego człowieka można wyrzeźbić za pomocą rozwiązań prawnych i propagandy osłaniającej te rozwiązania. Nie jest więc przypadkiem, że z takim uporem lansuje się już nie tylko w pop kulturze, ale i w mediach mainstreamowych postawy związane z homoseksualizmem, transwestytyzmem, aborcją, eutanazją etc. – czyni się to przede wszystkim po to, by tym hałasem wokół ewidentnych patologii zagłuszyć właśnie zło moralne, w które te postawy są uwikłane.
Jak bałamutny jest nowooświeceniowy ideał ludzkiej samorealizacji w dowolny sposób właściwie nie powinienem mówić, ale chyba należy, bo szczególnie młodzi ludzie są narażeni na duchowe uwiedzenie w ten sposób (potem zaś są tragedie, gdy się okazuje, że np. twarde narkotyki prowadzą do śmiertelnego zejścia lub stoczenia się na ulicy, zaś wolny seks do ciężkich chorób i złamanego życia). No, jeszcze pedofilia jest policyjnie ścigana, ale jak wiemy już w niektórych krajach kropla drąży skałę społecznej świadomości w postaci hasła o... dobrej pedofilii, a więc niekrzywdzącej dzieci. W ten sposób przerażające wprost lobby zboczeńców (jeszcze o pedofilach wolno tak mówić, ale kto wie, jak długo) zaczyna forsować kolejne śmiałe rozwiązanie społeczne, które swoje uzasadnienie czerpałoby stąd, że skoro „obu stronom jest przyjemnie”, to nic złego moralnie się nie dzieje. Chcącemu nie dzieje się krzywda, powiadają niektórzy co głuchsi na ludzką moralność, legislatorzy. Wystarczyłoby więc zachęcić dzieci do pedofilii i sprawa załatwiona.
Zauważmy jak szybko przesuwane są granice moralne, gdy kroczy rewolucja tego nowego oświecenia i jak szybko działania niegdyś uznane za niemoralne, zyskują status „legalności” oraz „naukowo uzasadnionych”. Jeszcze niedawno toczyła się debata wokół dopuszczalności „małżeństw homoseksualnych”, a już dziś (kto dziś zwraca uwagę na to, że jakiś gwiazdor, artysta etc. „ma męża” - ba, to jest cool) z wolna wchodzimy w obszar debaty dotyczącej dopuszczalności pedofilii (samo bowiem pojawianie się w debacie publicznej określenia „dobra pedofila” już jest przecieraniem szlaku nowemu zboczeniu). Jeśli ktoś nie dostrzega przepaści, ku której kierowana jest cywilizacja ludzka, ten nie powinien się wypowiadać w tej sprawie. Wszystko to, podkreślam, z błogosławieństwem nowooświeceniowej Nauki oraz Prawa.
Na tym tle postawy takich osób jak Scalia zasługują na uznanie, potwierdzają one bowiem tezę, że jeszcze nie wszyscy upadliśmy na głowę i być może nie uda się nowooświeceniowcom wysadzić naszej moralności w powietrze.
http://lukaszwarzecha.salon24.pl/127251,sedzia-scalia-mowi-nie-mullom-w-togach
http://latolemingow.salon24.pl/126874,aborcja-zabojstwo-i-inne-slow-kilka-dla-ideologow
http://www.humanistyka.ostnet.pl/cms/
25 wrz 2009
O heroizmie i postawach mniejszego formatu
W sytuacji, gdy rozpoczęła się feta zwolenników zabijania dzieci, gdy komunista Napieralski kwiatami obsypuje osobę, która domagała się aborcji, a następnie odszkodowania za to, że tej aborcji nie dokonano – aż się prosi o wspomnienie matki, która świadomie podjęła decyzję o donoszeniu ciąży i urodzeniu dziecka, wiedząc, że może to spowodować jej śmierć. Wstrząsające słowa tejże matki: „Gdybym miała jeszcze raz wybierać, wybrałabym tak samo. Jestem szczęśliwa, odchodzę spełniona”, powinny stanowić drogowskaz dla ludzi dobrej woli, nawet niekoniecznie wierzących - przecież poświęcenie własnego istnienia po to, by ochronić czyjeś życie należy do najwspanialszych form heroizmu, który porusza serca i dodaje nam sił, gdy słabniemy i gdy wydaje się nam, że grzebią nas żywcem ci, co po śródziemnomorskiej cywilizacji chcą pozostawić gruzy.
Jest to zresztą przerażający paradoks naszych czasów, że ten niebywały skok technologiczny, jaki się dokonał w ostatnich dziesięcioleciach, nie przekłada się zupełnie na żaden skok etyczny. Z jednej więc strony mamy fenomenalną maszynerię medyczną czy metody leczenia pozwalające np. nie uznawać już nowotworów za bezwzględny wyrok śmierci (i wcześnie rozpoznany rak daje się w wielu wypadkach wyleczyć), a z drugiej ofensywę środowisk postulujących zabijanie osób „beznadziejnie chorych” jako najlepszą formę pomocy, jaką cywilizowany świat może im zaoferować. Z jednej strony mamy ludzi, którzy potrafią ratować wcześniaki i dokonywać skomplikowanych, ratujących życie operacji na dzieciach w stanie prenatalnym – z drugiej, ofensywę nieubłaganych zwolenników aborcji, którzy są ślepi na cud życia i głusi na jakiekolwiek argumenty.
Sam zadawałem sobie przed wielu laty pytanie, gdy moja żona była reanimowana po urodzeniu naszej córki, czy mnie Pan Bóg zostawi z dzieciną, a ukochaną kobietę po prostu wezwie do siebie. Bóg jednak sprawił, że wszystko zakończyło się szczęśliwie. Swoją drogą, iluż wokoło widzimy ludzi, którzy w młodym wieku tracą najbliższych i są w stanie zachować jakąś niesamowitą siłę duchową, częstokroć pozwalającą pocieszać tych, co przyszli ze słowami pociechy, a sami trzęsą się od łez.
Jest jakąś oczywistą prawdą to, że nasze życie jest jakoś splecione z istnieniem innych ludzi, a nawet nabiera większej wagi, im bardziej jest tym innym oddane. Ludzie, którym (jakąś mroczną) radość sprawia forsowanie aborcji, nie wiedzą i nie chcą słyszeć nic o poświęceniu. Co więcej, okrucieństwo towarzyszące aborcji zbywają wzruszeniem ramion, tak jakby chodziło o „zabieg” czy operację wycięcia czegoś. Po prostu ktoś się czegoś pozbywa i koniec. Innej drogi nie ma. Nie wchodzi w grę nawet coś takiego, jak urodzenie i pozostawienie niechcianego niemowlęcia w szpitalu dla tych rodziców, którzy gotowi są dziecko przyjąć i wychować (a wiemy, że wiele jest takich par).
Jakoś tak się składa, że jednocześnie zwolennicy aborcji, niezwykle uczuleni na punkcie specyficznie rozumianej wolności, są w stanie forsować takie formy jej realizowania, które mają łączyć filozofię przeciwną życiu z jakąś potworną zabawą czyimś istnieniem. Oto zatem od lat forsowany jest pomysł łączenia par homoseksualnych w małżeństwa oraz przyznawania im praw do adopcji dzieci. Czyż można sobie wyobrazić większą i bardziej ponurą kpinę z rodzicielstwa i macierzyństwa? Powiada się, że diabeł jest „małpą Pana Boga”, czyli że z jednej strony naśladuje Boże pomysły, z drugiej jednak nieustannie je całkowicie deformuje; odbija w zwierciadle, a zarazem wykrzywia. Idea rodziny tworzonej przez dwóch mężczyzn czy dwie kobiety – posiadających dzieci - jest takim ostentacyjnym szyderstwem z tego obrazu rodziny, który istnieje od wieków i ufundowany jest na ludzkiej naturze.
To szyderstwo jednak nie bierze się znikąd, jest bowiem logiczną konsekwencją wizji człowieka jako boga będącego panem własnego i cudzego życia. Oczywiście, już od wielu dziesięcioleci trwają spory wśród zwolenników absolutystycznie rozumianej wolności, spory, jak dalece dany człowiek może być panem życia innych ludzi i o których „innych” mogłoby chodzić. Innymi słowy ci, co wiernie podążają za hasłem pewnego brodacza, by nie tyle poznawać świat, co go zmieniać, oczywiście rewolucyjnie, gdyż innych dróg nie wynaleziono, a to wskazują „klasy”, które wymagają usunięcia, a to Untermenschów, a to znowu ludzi schorowanych (nie chodzi przecież wyłącznie o osoby w podeszłym wieku, a np. dzieci z zespołem Downa), a to wreszcie dzieci nienarodzone. Ciągle (w tej ponurej i okrutnej w istocie wizji) trzeba kogoś usuwać na drodze do pełnej wolności. Ciągle trzeba komuś zamykać usta, „resocjalizować” przez pracę (jak słusznie zauważyli realizatorzy filmu „The Soviet Story”, prześmiewcze hasło „praca” widniało i nad koncłagrami, i nad obozami hitlerowskimi) lub po prostu zastraszać, szantażować, zagłuszać krzykiem. Albo i pałować, żeby zrozumiał. Wszystko to, bo oto wolność idzie, wolność idzie i śpiewa, spowita w czerwone sztandary – albo z sierpem i młotem, albo ze swastyką. Czerwień krwi, w której pławi się totalitaryzm jest nieprzypadkowa, wszak nowy świat w wielkich bólach się rodzić musi i się rodzi. A czy ktoś widział poród bez krwi?
Heroizm życia. Są ludzie, którzy nam swoim heroizmem przypominają, że nie podążamy wyłącznie drogą w ciemność, że jest inna droga – i że jest Światło. 4 czerwca wspominaliśmy pierwszą rocznicę śmierci Agaty Mróz. O heroizmie tejże matki przypomnijmy sobie dzisiaj, gdy stajemy przed kolejną ofensywą zwolenników aborcji.
http://www.rp.pl/artykul/368305_Aborcja_po_hiszpansku_.html
Jest to zresztą przerażający paradoks naszych czasów, że ten niebywały skok technologiczny, jaki się dokonał w ostatnich dziesięcioleciach, nie przekłada się zupełnie na żaden skok etyczny. Z jednej więc strony mamy fenomenalną maszynerię medyczną czy metody leczenia pozwalające np. nie uznawać już nowotworów za bezwzględny wyrok śmierci (i wcześnie rozpoznany rak daje się w wielu wypadkach wyleczyć), a z drugiej ofensywę środowisk postulujących zabijanie osób „beznadziejnie chorych” jako najlepszą formę pomocy, jaką cywilizowany świat może im zaoferować. Z jednej strony mamy ludzi, którzy potrafią ratować wcześniaki i dokonywać skomplikowanych, ratujących życie operacji na dzieciach w stanie prenatalnym – z drugiej, ofensywę nieubłaganych zwolenników aborcji, którzy są ślepi na cud życia i głusi na jakiekolwiek argumenty.
Sam zadawałem sobie przed wielu laty pytanie, gdy moja żona była reanimowana po urodzeniu naszej córki, czy mnie Pan Bóg zostawi z dzieciną, a ukochaną kobietę po prostu wezwie do siebie. Bóg jednak sprawił, że wszystko zakończyło się szczęśliwie. Swoją drogą, iluż wokoło widzimy ludzi, którzy w młodym wieku tracą najbliższych i są w stanie zachować jakąś niesamowitą siłę duchową, częstokroć pozwalającą pocieszać tych, co przyszli ze słowami pociechy, a sami trzęsą się od łez.
Jest jakąś oczywistą prawdą to, że nasze życie jest jakoś splecione z istnieniem innych ludzi, a nawet nabiera większej wagi, im bardziej jest tym innym oddane. Ludzie, którym (jakąś mroczną) radość sprawia forsowanie aborcji, nie wiedzą i nie chcą słyszeć nic o poświęceniu. Co więcej, okrucieństwo towarzyszące aborcji zbywają wzruszeniem ramion, tak jakby chodziło o „zabieg” czy operację wycięcia czegoś. Po prostu ktoś się czegoś pozbywa i koniec. Innej drogi nie ma. Nie wchodzi w grę nawet coś takiego, jak urodzenie i pozostawienie niechcianego niemowlęcia w szpitalu dla tych rodziców, którzy gotowi są dziecko przyjąć i wychować (a wiemy, że wiele jest takich par).
Jakoś tak się składa, że jednocześnie zwolennicy aborcji, niezwykle uczuleni na punkcie specyficznie rozumianej wolności, są w stanie forsować takie formy jej realizowania, które mają łączyć filozofię przeciwną życiu z jakąś potworną zabawą czyimś istnieniem. Oto zatem od lat forsowany jest pomysł łączenia par homoseksualnych w małżeństwa oraz przyznawania im praw do adopcji dzieci. Czyż można sobie wyobrazić większą i bardziej ponurą kpinę z rodzicielstwa i macierzyństwa? Powiada się, że diabeł jest „małpą Pana Boga”, czyli że z jednej strony naśladuje Boże pomysły, z drugiej jednak nieustannie je całkowicie deformuje; odbija w zwierciadle, a zarazem wykrzywia. Idea rodziny tworzonej przez dwóch mężczyzn czy dwie kobiety – posiadających dzieci - jest takim ostentacyjnym szyderstwem z tego obrazu rodziny, który istnieje od wieków i ufundowany jest na ludzkiej naturze.
To szyderstwo jednak nie bierze się znikąd, jest bowiem logiczną konsekwencją wizji człowieka jako boga będącego panem własnego i cudzego życia. Oczywiście, już od wielu dziesięcioleci trwają spory wśród zwolenników absolutystycznie rozumianej wolności, spory, jak dalece dany człowiek może być panem życia innych ludzi i o których „innych” mogłoby chodzić. Innymi słowy ci, co wiernie podążają za hasłem pewnego brodacza, by nie tyle poznawać świat, co go zmieniać, oczywiście rewolucyjnie, gdyż innych dróg nie wynaleziono, a to wskazują „klasy”, które wymagają usunięcia, a to Untermenschów, a to znowu ludzi schorowanych (nie chodzi przecież wyłącznie o osoby w podeszłym wieku, a np. dzieci z zespołem Downa), a to wreszcie dzieci nienarodzone. Ciągle (w tej ponurej i okrutnej w istocie wizji) trzeba kogoś usuwać na drodze do pełnej wolności. Ciągle trzeba komuś zamykać usta, „resocjalizować” przez pracę (jak słusznie zauważyli realizatorzy filmu „The Soviet Story”, prześmiewcze hasło „praca” widniało i nad koncłagrami, i nad obozami hitlerowskimi) lub po prostu zastraszać, szantażować, zagłuszać krzykiem. Albo i pałować, żeby zrozumiał. Wszystko to, bo oto wolność idzie, wolność idzie i śpiewa, spowita w czerwone sztandary – albo z sierpem i młotem, albo ze swastyką. Czerwień krwi, w której pławi się totalitaryzm jest nieprzypadkowa, wszak nowy świat w wielkich bólach się rodzić musi i się rodzi. A czy ktoś widział poród bez krwi?
Heroizm życia. Są ludzie, którzy nam swoim heroizmem przypominają, że nie podążamy wyłącznie drogą w ciemność, że jest inna droga – i że jest Światło. 4 czerwca wspominaliśmy pierwszą rocznicę śmierci Agaty Mróz. O heroizmie tejże matki przypomnijmy sobie dzisiaj, gdy stajemy przed kolejną ofensywą zwolenników aborcji.
http://www.rp.pl/artykul/368305_Aborcja_po_hiszpansku_.html
23 wrz 2009
Nomokracja
Któż z nas nie chciałby żyć w praworządnym państwie, w którym prawo nie tylko jest powszechnie respektowane, ale w równym stopniu dotyczy każdego, tak więc nie ma ludzi spod tego prawa wyłączonych czy zwolnionych z jego przestrzegania? Iluż to wokół nas jest legalistów, którzy hasło „przestrzeganie prawa”, a nawet „bezwzględne przestrzeganie prawa” traktują jako pałkę w każdej co poważniejszej dyskusji. Legaliści ci nie przejmują się wcale tym, że jakieś rozwiązanie prawne może być złe, toteż podporządkowywanie się złemu prawu, jest postawą nie tylko sprzeczną z ludzkim sumieniem, ale i irracjonalną, bo generującą zło społeczne. Z historii sowietyzmu oraz narodowego socjalizmu wiemy aż za dobrze, do jakich monstrualnych rozmiarów i ludobójczych skutków może doprowadzić wdrażanie złego prawa. Cywilizacja śmierci, czyli porządek, który posiada swoją mroczną dogmatykę (jednym z dogmatów jest „prawo do przerwania ciąży”), złe prawo skrywa za eufemizmami oraz specjalnymi konstrukcjami terminologicznymi, których znakomitym przykładem jest słynne określenie „litościwa śmierć”. U podstaw tego rodzaju zabiegów lingwistycznych leży z jednej strony magiczne przekonanie, że o tym, o czym się nie mówi, tego nie ma oraz strach lub wzdraganie się przed nazywaniem zła po imieniu.
Dla narodowych socjalistów termin „rozwiązanie kwestii żydowskiej” stanowił zasłonę semantyczną wobec zwyczajnego ludobójstwa na masową skalę. Podobnie dla czerwonych „zwalczanie elementów kontrrewolucyjnych”. „Kwestia”, „element” - ot słowa, za którymi czaiło się zwyczajne, prymitywne mordowanie. Jak wiemy jednak z naszej współczesnej historii, zabijanie ludzi i to tych najmniejszych, zupełnie niewinnych, zupełnie bezbronnych, doczekało się zaciemniających istotę rzeczy określeń typu „przerwanie ciąży” czy „aborcja”. Termin „przerwanie ciąży” wydaje się nawet lepszy, ponieważ przesuwa naszą uwagę z dziecka znajdującego się w łonie matki, na jakiś, szczególny, trwający jakiś czas „stan kobiety”, a nawet na pewien proces. Ten proces trwa, po czym następuje jakaś przerwa. Co się dzieje dalej, tego nie wiemy.
Od słynnej sędziny E. Soleckiej, której nazwisko przejdzie do historii złego prawa, dowiedzieliśmy się jednak, że przerwanie ciąży nie jest zabójstwem dziecka. Sędzina jednak nie wyjaśniła nam, choć przecież musi coś wiedzieć na ten temat, skoro tak kategorycznie zaprotestowała przeciwko takiemu zrównaniu, czym przerwanie ciąży w takim razie jest (Proszę zapisać te dwa stwierdzenia na jakichś kamiennych tablicach, najlepiej na budynkach należących do radujących się werdyktem komunistów i ich pobratymców: „Nie można w kategorii prawda/fałsz oceniać wielokrotnie powtarzanego w „Gościu Niedzielnym” nazywania aborcji zabijaniem dzieci.” (…) „Dla kogoś, kto nie wyznaje zasad religii katolickiej lub w tym zakresie nie zgadza się z doktryną Kościoła katolickiego, zabieg przerwania ciąży nie jest zabiciem człowieka i z tego powodu stwierdzenie, że osoba, która aborcję wykonała, dopuściła się zabójstwa, jest dla kogoś o innym niż katolicki poglądzie nie do przyjęcia, niezgodne z prawdą i obraźliwe.”) Skoro bowiem aborcja nie jest zabiciem dziecka, to powstaje pytanie, dlaczego po aborcji dzieci nie żyją? Co się z dziećmi dzieje po dokonaniu zabiegu przerwania ciąży? Podejrzewam, że sędzina Solecka nie wzbraniałaby się przed stwierdzeniem, że osoba będąca w ciąży nosi w swoim łonie dziecko. Jeśli sędzina miałaby co do tego wątpliwości, to rzecz mogą wyjaśnić lekarze, pokazując nawet wydruki USG. Jeśli zaś w kobiecym łonie przez pewien czas jest dziecko (słychać bicie jego serca, widać, jak porusza rączkami i nóżkami; każdy zresztą, kto trzymał dłoń na brzuchu ciężarnej kobiety zna to uczucie, gdy ta mała istota „pod spodem” się porusza w wodach płodowych), a po „przerwaniu ciąży” tego dziecka nie ma, to co się z nim dzieje?
Ale żeby było jasne – wbrew temu, co głosi wiele osób o konserwatywnym i rozsądnym podejściu do tej całej szokującej sprawy ze skandalicznym werdyktem w sprawie, jak to już określiłem w jednym z komentarzy, „katolickiej mowy nienawiści” - nie uważam, by stało się źle. Przeciwnie, ten precedens powinien otrzeźwić hierarchów kościelnych, duszpasterzy i wszystkich ludzi dobrej woli i natchnąć do współdziałania w obronie swobodnego wypowiadania się o złu moralnym, zanim okaże się, iż za głoszenie Ewangelii znowu będzie się ludzi wtrącać do więzień lub eksterminować. Jeśli twierdzenie, że aborcja to zabijanie dzieci, to domagająca się penalizacji „mowa nienawiści”, to strach pomyśleć, co za chwilę zostanie zakwalifikowane jako zakazane, a przecież to zaledwie przedsmak rewolucji kulturalnej, jaką niesie ze sobą neomarksistowska wizja superpaństwa.
http://krzysztofleski.salon24.pl/126764,alicja-w-krainie-piarow
http://krzysztofleski.salon24.pl/126815,alicja-metoda-podstawiania
Dla narodowych socjalistów termin „rozwiązanie kwestii żydowskiej” stanowił zasłonę semantyczną wobec zwyczajnego ludobójstwa na masową skalę. Podobnie dla czerwonych „zwalczanie elementów kontrrewolucyjnych”. „Kwestia”, „element” - ot słowa, za którymi czaiło się zwyczajne, prymitywne mordowanie. Jak wiemy jednak z naszej współczesnej historii, zabijanie ludzi i to tych najmniejszych, zupełnie niewinnych, zupełnie bezbronnych, doczekało się zaciemniających istotę rzeczy określeń typu „przerwanie ciąży” czy „aborcja”. Termin „przerwanie ciąży” wydaje się nawet lepszy, ponieważ przesuwa naszą uwagę z dziecka znajdującego się w łonie matki, na jakiś, szczególny, trwający jakiś czas „stan kobiety”, a nawet na pewien proces. Ten proces trwa, po czym następuje jakaś przerwa. Co się dzieje dalej, tego nie wiemy.
Od słynnej sędziny E. Soleckiej, której nazwisko przejdzie do historii złego prawa, dowiedzieliśmy się jednak, że przerwanie ciąży nie jest zabójstwem dziecka. Sędzina jednak nie wyjaśniła nam, choć przecież musi coś wiedzieć na ten temat, skoro tak kategorycznie zaprotestowała przeciwko takiemu zrównaniu, czym przerwanie ciąży w takim razie jest (Proszę zapisać te dwa stwierdzenia na jakichś kamiennych tablicach, najlepiej na budynkach należących do radujących się werdyktem komunistów i ich pobratymców: „Nie można w kategorii prawda/fałsz oceniać wielokrotnie powtarzanego w „Gościu Niedzielnym” nazywania aborcji zabijaniem dzieci.” (…) „Dla kogoś, kto nie wyznaje zasad religii katolickiej lub w tym zakresie nie zgadza się z doktryną Kościoła katolickiego, zabieg przerwania ciąży nie jest zabiciem człowieka i z tego powodu stwierdzenie, że osoba, która aborcję wykonała, dopuściła się zabójstwa, jest dla kogoś o innym niż katolicki poglądzie nie do przyjęcia, niezgodne z prawdą i obraźliwe.”) Skoro bowiem aborcja nie jest zabiciem dziecka, to powstaje pytanie, dlaczego po aborcji dzieci nie żyją? Co się z dziećmi dzieje po dokonaniu zabiegu przerwania ciąży? Podejrzewam, że sędzina Solecka nie wzbraniałaby się przed stwierdzeniem, że osoba będąca w ciąży nosi w swoim łonie dziecko. Jeśli sędzina miałaby co do tego wątpliwości, to rzecz mogą wyjaśnić lekarze, pokazując nawet wydruki USG. Jeśli zaś w kobiecym łonie przez pewien czas jest dziecko (słychać bicie jego serca, widać, jak porusza rączkami i nóżkami; każdy zresztą, kto trzymał dłoń na brzuchu ciężarnej kobiety zna to uczucie, gdy ta mała istota „pod spodem” się porusza w wodach płodowych), a po „przerwaniu ciąży” tego dziecka nie ma, to co się z nim dzieje?
Ale żeby było jasne – wbrew temu, co głosi wiele osób o konserwatywnym i rozsądnym podejściu do tej całej szokującej sprawy ze skandalicznym werdyktem w sprawie, jak to już określiłem w jednym z komentarzy, „katolickiej mowy nienawiści” - nie uważam, by stało się źle. Przeciwnie, ten precedens powinien otrzeźwić hierarchów kościelnych, duszpasterzy i wszystkich ludzi dobrej woli i natchnąć do współdziałania w obronie swobodnego wypowiadania się o złu moralnym, zanim okaże się, iż za głoszenie Ewangelii znowu będzie się ludzi wtrącać do więzień lub eksterminować. Jeśli twierdzenie, że aborcja to zabijanie dzieci, to domagająca się penalizacji „mowa nienawiści”, to strach pomyśleć, co za chwilę zostanie zakwalifikowane jako zakazane, a przecież to zaledwie przedsmak rewolucji kulturalnej, jaką niesie ze sobą neomarksistowska wizja superpaństwa.
http://krzysztofleski.salon24.pl/126764,alicja-w-krainie-piarow
http://krzysztofleski.salon24.pl/126815,alicja-metoda-podstawiania
Kultura po polsku

Uważam, że to właśnie bardzo fajnie, gdy za kulturę polską i wielką debatę na jej temat zabierają się tacy ludzie jak D. Tusk, L. Balcerowicz i A. Wajda. Ja też jestem za kulturą.
Jakże prorocze były słowa pradawnego Dezertera „wasze zmiany nic nie zmieniają, wasze zapewnienia nic nie zapewniają”, choć, co do skali proroctwa, to można powiedzieć, że było ono częściowe, tak się bowiem dziwnie składa, iż jeśli chodzi o polską kulturę, to o jej kształcie decydują wciąż ci sami ludzie (niektórzy bez względu na „zmiany ustrojowe”), dlatego z błogim uśmiechem nasłuchiwałem niedawnego wywiadu w Jedynce z min. Zdrojewskim, było nie było, prześwietnym znawcą polskiej kultury i kultury w ogóle. Wywiad na temat zaczynającego się kongresu kultury polskiej, przeprowadzał (ubiegłoroczny bodajże) mistrz mowy polskiej, Andrzej Matul, którego głos co starsi mogą pamiętać z listy dialogowej czytanej w Muppet Show, a co jeszcze starsi z lat 70. i legendarnego „Lata z Radiem” oraz „Sygnałów Dnia”. Nie muszę dodawać, z jaką niecierpliwością na ten kongres obaj czekali – minister jako mistrz ceremonii, a prezenter jako jej świadek i komentator. Niech mi ktoś powie, że świat nie jest mały. Jeśliby ktoś zapytał z kolei, kto został tegorocznym mistrzem mowy polskiej, to spieszę poinformować, że Ignacy Gogolewski, którego postawa ideowa powinna być wzorem dla współczesnych polskich aktorów.
No ale zszedłem z linii frontu, a przecież ma być mowa o kulturze. Kultura, panie, a nie żadne dyrdymały! Oto więc niezmordowany K. Kłopotowski z jakimś niezrozumiałym dla mnie uporem, ponownie przywołuje i uzasadnia swoją wizję „elitarnej telewizji” kształtującej elitarne wzorce, edukującej i wychowującej kulturowo polskiego obywatela, tak jakby nie widział tego, co się dzieje od 20 lat, a więc że o polskiej kulturze decydują wciąż ci sami ludzie; jakby nie widział tego akcesu matolstwa do polskiej kultury i tego panoszenia się nowych uzurpatorów lansowanych przez nowe-stare salony. Wczoraj J. Lubelski załamywał ręce wraz z innymi załamującymi ręce nad brakiem literatury o współczesnej Polsce, zapominając dodać, że literaturą w Polsce jest przecież to, co klepnie czerwony lub różowy salon, a więc jeśli czegoś nie zalegalizuje Ministerstwo Prawdy, to tego zwyczajnie nie ma. Co to znaczy „nie ma”? To znaczy, że nie piszą o tym zaprzyjaźnione „dodatki literackie” w gazetach, tudzież zaprzyjaźnieni krytycy (kiedyś był to prof. J. Błoński, teraz jego rolę przejął, znakomicie wyczuwający rozmaite mądrości współczesnego etapu, prof. J. Jarzębski), nie zamawiają tego zaprzyjaźnieni „dystrybutorzy”, a wobec tego, nie wiedzą o tym „panowie księgarze” czy „panie księgarki”. Ten system pracuje perfekcyjnie od 20 lat i peerelowski system nakazowo-rozdzielczy przy postkomunistycznym to pikuś. Co więcej, żeby było zabawniej i barwniej, zaprzyjaźnieni z salonami krytycy i znawcy urządzają raz po raz lamentacje nad „stanem literatury”, pilnując, by nic, poza tym, co sami legalizują, nie przedostawało się na światło dzienne. Lubelskiemu, którego o sympatie prosalonowe nie podejrzewam, w tym kontekście powinno zatem chodzić chyba o to, że w obszarze kultury całkowicie kontrolowanym przez Ministerstwo Prawdy (promowanym przez nie, nagradzanym za pomocą „paszportów” - (jeden M. Świetlicki zachował tu twarz, nie przyjmując nagrody od komunistycznej „Polityki” - dodajmy, jednego z patronów „kongresu”), „Nike” etc.) nie rodzą się wciąż geniusze, mimo szczerych chęci i niezwykle hojnej ręki mecenasów zapewniających pchanie nie tylko w kraju, lecz i za bratnią granicą.
Ale, jak się okazuje Kłopotowskiemu nie sama telewizja spędza sen z powiek, skoro w „Rz” pisze on:
„Minister Michał Boni prezentował niedawno sympatyczny raport "Polska 2030. Wyzwania rozwojowe". Otóż jako młody człowiek brałem skromny udział w połowie lat 70. w przygotowaniu prognozy rozwoju kultury polskiej do roku 1990. Założeniem wstępnym było "dalsze doskonalenie socjalizmu". Nikt nie przewidział upadku ustroju.
Także minister Boni bierze pod uwagę tylko proste przedłużenie trendu liberalnego. Jednak przy pewnej odwadze umysłu można sobie wyobrazić do roku 2030 rozkład Unii Europejskiej z braku sił duchowych, aby stawić czoła islamowi wewnątrz. Rosja reaguje na to odrodzeniem prawosławia i zatrzymaniem wymierania narodu, po czym, jak przewiduje Oswald Spengler w "Zmierzchu Zachodu" – zbawia świat.
Ciarki chodzą po plecach. Polska odpowiada na to zagrożenie utworzeniem fundamentalistycznego państwa katolickiego (podkr. F.Y.M.). Następuje katastrofa: załamanie trendu liberalnego, o czym nawet nie chce myśleć obecny rząd.
Zresztą równie dobrze Polska może się stać mocarstwem za trzydzieści parę lat, jak przewiduje George Friedman w książce "Następne sto lat", która wyjdzie po polsku w październiku. Autor wykazuje, że od początku XX wieku stan świata co 20 lat był całkowicie inny, niż przewidywany 20 lat wcześniej.”
Nie wiadomo, jak te skróty myślowe traktować. Czy Kłopotowskiemu chodzi o zagrożenie islamem, liberalizmem, czy rozpadem świętej „UE”? Czy fundamentalistyczne państwo katolickie już powstało, czy powstało i się załamało, czy dopiero jest w planach fundamentalistów? Na szczęście, wtrąca Kłopotowski, „równie dobrze Polska może się stać mocarstwem za trzydzieści parę lat”, choć ja dodałbym, że równie dobrze może wtedy nie istnieć, wchłonięta przez wygłodzonych, jeśli chodzi o Lebensraum, sąsiadów. Tak czy tak jednak można sądzić, iż Kłopotowski nie tylko uważa, iż katolicyzm stanowi zagrożenie dla polskiej kultury, dla samej Polski, ale nawet dla świętej „UE”. Kiz dziadzi?, jak zapytuje Witkacy w „Jedynym wyjściu”. Czy ja coś źle czytam? A przecież choćby w tej ostatniej kwestii (tj. relacji między katolicyzmem a „UE”) powinien Kłopotowski pamiętać o tych wszystkich duchownych, którzy zapewniali, iż po akcesji naszego kraju nastąpi proces ewangelizacji zachodniej Europy. Być może ten proces się jeszcze nie zaczął, być może owi duchowni dopiero zbierają siły i ekwipunek na wyprawy misyjne do Holandii, Belgii, Francji czy laicyzującej się ekspresowo Hiszpanii (oczywiście te procesy laicyzacyjne nie mają nic wspólnego z neomarksizmem leżącym u podstaw obecnej „UE”), lecz nie należy zapominać, że i eurokraci mogą liczyć na postępowych księży; tedy niech i Kłopotowski wspomni na tych ostatnich w chwili próby.
Z tą właśnie chwilą mamy do czynienia. Wprawdzie zatroskani o polską kulturę wciąż jeszcze nie dostrzegli tej wielkiej, geopolitycznej zmiany, jaką przyniosła nam aktualna administracja waszyngtońska przy czynnym współudziale gabinetu ciemniaków, zajmują się wszak kulturą, a nie żadnymi dyrdymałami, ale kto wie, może któryś z dawnych, znakomitych, zacnych, zasłużonych dla peerelu artystów czy myślicieli (takich wszak u nas jest pełno, panie dzieju), posłuży jako wskazówka kompasu i kongresem tym jakoś pokieruje na wschód, przekształcając tenże kongres w coś na kształt wrocławskiego zjazdu intelektualistów w 1948 r. Panowie i Panie, odwoływanie się do kongresu z 1981 r. to nie tylko potężna blaga, za którą się kryjecie, ale już sprawa nieaktualna. Dzieje poszły dużo dalej, a konieczność dziejowa do zmiany frontu wzywa.
http://www.rp.pl/artykul/367142.html
http://www.kongreskultury.pl/
http://www.kongreskultury.pl/title,Program,pid,54.html
http://jakublubelski.salon24.pl/126608,wirtualny-kanon-literacki-iii-rp
22 wrz 2009
W stronę nowych sojuszy
R. Asmus, którego legendarny, twórczo łączący antykomunizm z prorosyjskością, min. Sikorski dobrze zna, nie pozostawia wątpliwości, co do tego, że włączenie państw byłego bloku sowieckiego do struktur natowskich nie zapewniło im żadnego specjalnego statusu ani w relacjach z Moskwą, ani na poziomie militarnego bezpieczeństwa.
Asmus przedstawia sytuację następująco:
„Założyliśmy, że Rosja prędzej czy później pogodzi się z faktem, iż Europa Środkowa i Wschodnia już nie należą do jej strefy wpływów i przestanie ingerować w wewnętrzne sprawy tych krajów. Geopolityczna rywalizacja nie zakończyła się jednak. Moskwa nadal naciskała i ingerowała, tyle że za pomocą innych narzędzi, przede wszystkim energetycznych. Ponadto dąży do marginalizacji tych krajów w NATO i Unii Europejskiej, negocjując ponad ich głowami. Wciąż chce stworzyć strefę specjalnych rosyjskich interesów i wpływów.
Drugim błędem było niewłaściwe rozwiązanie kwestii obrony bezpieczeństwa krajów Europy Środkowej i Wschodniej w ramach artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Uznaliśmy, że w sytuacji niskiego zagrożenia wojska NATO nie muszą stacjonować w tych krajach i zobowiązaliśmy się stworzyć potencjał posiłkowy na wypadek kryzysu. W połowie lat 90. osobiście uczestniczyłem w rozmowach, podczas których Waszyngton obiecał polskim politykom powołanie specjalnego korpusu posiłkowego służącego ochronie bezpieczeństwa w regionie.”
I najciekawsze poniżej:
„Obietnica ta nie została jednak zrealizowana. Nie istnieją nawet oficjalne plany obrony tych krajów. Siła artykułu 5 zawsze polegała na tym, że za zawartymi w nim zobowiązaniami szły plany i ćwiczenia wojskowe. Brak przywództwa i podziały wewnątrz NATO sprawiły jednak, że tym razem zobowiązania pozostały na papierze.”
Zobowiązania na papierze? Niemożliwe. Szkoda, że z ust polskich polityków i komentatorów, zapewniających nas, jacy to cholernie bezpieczni jesteśmy od czasów wejścia do Paktu (i rzecz jasna „powrotu do Europy”, czyli do „UE”) nie usłyszeliśmy jeszcze czegoś podobnego, zwłaszcza że całkiem niedawno obchodziliśmy okrągłą rocznicę polskiego członkostwa. Polski establishment jednak musiałby widzieć coś więcej niż konfitury władzy lub czubek własnego nosa, by dostrzec, że owo członkostwo jest traktowane przez naszych zachodnich przyjaciół całkowicie instrumentalnie, jak zresztą na członkostwo republiki bananowej przystało. Na tym tle jednak prężenie się z dumy polskich „elit politycznych” przypomina indyczenie się wójtów czy sołtysów na festynach wiejskich, zanim zacznie się ludowa zabawa na stadionie przy grilliku, wódeczce i disco polo. Na tym tle też niedawne zapewnienia H. Clinton o tym, jaka to groza może czekać tego, kto ośmieli się zbombardować Warszawę, brzmią jak szlagwort kabaretowej piosenki.
No ale kabaret się nie skończył. Ni z gruszki ni z pietruszki pojawiła się nagle (niemalże „the day after”, a w takie zbiegi okoliczności aż trudno uwierzyć) oferta, że sami sobie możemy zbudować tarczę – na początek wprawdzie bez pocisków, ale i to dobre, przecież. Myślę, że w sytuacji pomysłu zredukowania polskiej armii do minimum, co gabinet ciemniaków realizuje z podziwu godną konsekwencją, taki pomysł przynajmniej nadaje się na otarcie łez. Chociaż, jakich łez, skoro tylu ludzi skacze z radości „po tarczy”? Może więc łez radości? To ciekawe jednak, że nie toczy się debata nt. wyprowadzenia polskich wojsk z Afganistanu (być może zacznie się ona, gdy już Amerykanie będą zwijać swój kontyngent), skoro nasi natowscy sojusznicy lecą sobie z nami w klasyczne kulki i skoro sami zaczęliśmy się zbroić na potęgę. Jeśli sami się dozbrajamy, to przecież „nasze chłopaki” z Afganistanu przydadzą nam się w kraju, a nie tam.
Na zmianę orientacji amerykańskiej powinniśmy odpowiedzieć zgodnie z mądrością etapu, a nie bujać, a nawet błądzić w obłokach. Taką sugestię można wyczytać z przejmującego tekstu rusycysty i sowietologa prof. A. de Lazariego. Autor zwraca nam bowiem uwagę, że niedawno W. Putin, by tak rzec, pojawił się u nas z misją pokojową, zaś od polskiego prezydenta dostał po twarzy. Niestety, de Lazari, mimo że mówi rzeczy ważne i ciekawe, niejako wykładając nam ponownie racje strony rosyjskiej i przypominając o tym, że sowieccy komuniści najwięcej wymordowali Rosjan, to wspominając wizytę eks-prezydenta Rosji (a zapewne prezydenta in spe), nie werbalizuje jego podstawowego przesłania, wyrażanego nie tylko między wierszami, ale i mową ciała. Przecież Putin przybył do Polski po głośnych rozmowach z Obamą, kiedy to pojawiła się słynna koncepcja „zresetowania stosunków” waszyngtońsko-moskiewskich, co co złośliwsi odczytali jako oddanie krajów dawnego bloku sowieckiego eks-towarzyszom z Kremla. Putin więc przybył nie tylko, by pojawić się „u swoich i u siebie”, lecz i przypomnieć, że prawdziwe gwarancje bezpieczeństwa i pokoju od niepamiętnych czasów (czyli po „wrześniu '39”) zapewniała Polsce Rosja ze swoją armią-wyzwolicielką. Wprawdzie gabinet ciemniaków jeszcze tego prostego przesłania sobie nie zakonotował, ponieważ młyny intelektualne doradców od odbierania telefonów mielą powoli (no, co innego gdyby zadzwonił Putin), wobec tego nie wystąpił z propozycją militarno-politycznego sojuszu z Rosją, lecz może i przyjdzie czas na to, bo do kogoż pójdziemy?
Wczoraj Francja przypomniała się z projektem międzynarodowego korpusu granicznego na rubieżach „UE”, czemu (nie wiedzieć czemu) jeszcze sprzeciwia się Polska, broniąc się przed tym, by granic polskich strzegli np. bratni żołnierze Bundeswehry. Sojusz wojskowy naszego kraju z Moskwą pozwoliłby uniknąć tego dylematu z ochroną granic, któż bowiem tychże granic nie zna tak dobrze, jak rosyjscy żołnierze?
http://www.polskatimes.pl/opinie/164756,polacy-nie-wierza-juz-w-opieke-nato,id,t.html
http://www.rp.pl/artykul/366623_De_Lazari__Komunizm_czy_szowinizm__.html
21 wrz 2009
O zdradzie

Jakoś ilekroć czytam Rybitzky'ego, tylekroć dochodzę do wniosku, jak poważnym problemem są różnice pokoleniowe na prawicy. Oto było nie było dorosły i dojrzały facet, jakim jest A. Kijowski, za swój post dotyczący zdrady stanu po polsku, został, mówiąc oględnie, sprowadzony do potencjalnego zamachowca, choć w tekście napisanym przez Kijowskiego, oprócz dość wyrazistego przesłania dot. katastrofalnej sytuacji geopolitycznej Polski, był zarazem apel o jednoczenie się środowisk patriotycznych i propozycja zorganizowania spotkania osób zatroskanych obecnym stanem rzeczy, a nie nawoływanie do wysadzenia parlamentu.
Rybitzky w swoim klasycznym stylu sprowadził wymowę tekstu Kijowskiego do absurdu – zastanawiam się więc, czy uważa on, że obecnie nasz kraj nie ma problemu, czy też, że działań obecnego gabinetu ciemniaków nie można oceniać w kategoriach zdrady stanu. Rybitzky nie jest zresztą pierwszym i ostatnim, który wzdraga się przed użyciem tego rodzaju kategorii w odniesieniu do polskich polityków, ja sam niejednokrotnie w komentarzach sugerowałem, że o wiele częściej mamy, jako obywatele i wyborcy, do czynienia z cynikami oraz sprytnymi głupcami niż ze świadomymi zdrajcami zaprzedanymi (nie tylko ideowo, ale i zawodowo) obcym mocarstwom oraz osłanianymi przez obce służby. Ale oczywiście w tego rodzaju subtelności nie każdy musi się bawić i ja to rozumiem, toteż nie mam nic przeciwko temu, by – właśnie jak sugeruje Kijowski – z „polskich polityków” zdzierać maski i nazywać rzeczy po imieniu – co choćby z pasją i wielką konsekwencją robi od wielu miesięcy Aleksander Ścios – bo może nadszedł najwyższy czas, by nareszcie należyte słowo nadać rzeczy. Należy jednak mieć świadomość tego, że w kategoriach zdrady – jeśli już trzymamy się twardo tej perspektywy i jesteśmy w stanie podać racjonalne uzasadnienie - nie powinno się patrzeć wyłącznie na spektakularne działania obecnego gabinetu, lecz i na pewne generalne procesy rekomunizacji i resowietyzacji, jakie w przeciągu ostatnich 20 lat w naszym kraju się dokonały. Pisałem o tym w ostatnich kilku tekstach, więc niezorientowanych do nich odsyłam.
Tak naprawdę bowiem problem współczesnej Polski to nie jest wyłącznie kwestia obecnego gabinetu ciemniaków. Owszem, jeśli czołowe figury tego rządu usytuujemy w kontekście 4 czerwca 1992, to od razu obraz jest ostrzejszy, od razu przypomina się „liczenie głosów”, „gangsterski chwyt”, „czyszczenie sobie UOP-u”, „czy SLD nie skrewi” i tym podobne wiekopomne frazy z języka politycznego, którego prawdziwe oblicze poznajemy wyłącznie z ukrycia (jak na taśmach Gudzowatego). W kategoriach świadomego działania na szkodę polskiego interesu narodowego należałoby jednak opisywać szczególnie tych wszystkich polityków (i szare eminencje, jak choćby Michnik), którzy z premedytacją nie dopuszczali do radykalnego oczyszczenia państwa z wpływów środowisk komunistycznych i (posowieckich) bezpieczniacko-wojskowych, przyjmując, że nowe państwo powinno spadek po czerwonym reżimie przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza, a nawet – jakby nigdy nic – włączyć ten spadek w obszar wpływów euroatlantyckich. Już kiedyś to powiedziałem, lecz powtórzę. Jeśli w naszym kraju poważnie się nie rozliczyło zdrady stanu, jakim było świadome i wieloletnie służenie Moskwie, jeśli na karę śmierci (tak, karę śmierci) po procesach sądowych nie skazało się największych zbrodniarzy i nie wsadziło się do więzień ludzi szczególnie odpowiedzialnych za niszczenie Polski i polskiego narodu, a tymże środowiskom i tymże ludziom zapewniono spokojne, dostatnie i wesołe życie w „społeczeństwie obywatelskim”, to nic dziwnego, że nasz kraj przez nikogo nie był potraktowany poważnie. Czy bowiem gdyby naród polski w ciągu pierwszych lat budowy nowego państwa skazał na karę śmierci kilkunastu choćby najważniejszych zbrodniarzy sowieckich w Polsce, to świat stanąłby w obronie tychże zbrodniarzy? Czy broniono szczególnie Causescu? Czy broniono by Honeckera, gdyby nie uciekł z Niemiec? Czy broniono by Jaruzelskiego, Kiszczaka, Siwickiego, Urbana itd.? Poza środowiskami neomarksistowskich intelektualistów to chyba pies z kulawą nogą by się nie odezwał w akcie protestu.
W ten sposób nie tylko Polska pokazałaby innym krajom jak poważnie traktuje swoją państwotowość i swoją historię (na zasadzie: jeśli służyłeś, zdrajco, świadomie obcemu mocarstwu, to otrzymujesz należyty za swoją zdradę, najwyższy wymiar kary, bo tylko na śmierć zasługujesz – wiedziałeś bowiem, co robisz i co cię za to może czekać, gdy zmienią się czasy i naród odzyska podmiotowość), ale i w kraju odniosłoby to bardzo pozytywny skutek pedagogiczny, ponieważ wielu gierojów z okresu komunistycznego, którym deptanie Polaków zupełnie nie przeszkadzało (doskonale się bawili na czerwonych salonach), widząc się oczyma duszy na stryczku, nagle przeżywałoby wielkie nawroty skruchy i wskazywałoby, gdzie znajdują się cenne materiały związane z działalnością komunistyczną oraz demaskowałoby tajne kulisy i mechanizmy sowieckiej władzy w peerelu. Poza tym byłaby to najlepsza z możliwych lekcja etyki polityki dla przyszłych polityków w tej mniej więcej formie: wiedz, dziadu, że jeśli idziesz do władzy z pragnieniem działania na szkodę Polski i polskiego narodu, jeśli planujesz za pieniądze od obcych służb pracować w polskiej polityce, to jeśli ci się tego dowiedzie, zawiśniesz na stryczku.
Abstrahuję w tym miejscu od problemu wysługiwania się obcym mocarstwom przez „ludzi służb”, bo jak wiemy, w naszym kraju ustalenie, kto jest kim (zwł. dzięki długoletniej rekomunizacji i resowietyzacji pookrągłostołowej i poczerwcowej ('92)) – nie tylko w świecie polityki - jest bardzo trudne, co zresztą bardzo ułatwia pracę „funkcjonariuszom”. Oczywiście można się spierać, co do tego, jakie są podstawy do wymierzania najwyższego wymiaru kary, skoro nie doszło w Polsce np. do wybuchu wojny domowej i zbrojnego przejęcia władzy uzurpowanej sobie przez czerwonych. Zwolennicy takiego sposobu myślenia tłumaczą go tak, że jedynie w warunkach wojny można karać śmiercią zdrajców, dlatego że funkcjonowanie normalnego sądownictwa jest wtedy zawieszone. Warto jednak w tym miejscu powołać się po prostu na powojenne doświadczenia denazyfikacyjne w krajach zachodnich (przypadek z Causescu byłby niefortunny, bo nie tylko nie przeprowadzono procesu, ale najprawdopodobniej odstrzelili go w '89 r. byli podwładni). Przewód sądowy, udowodnienie winy i wymierzenie odpowiedniej do skali popełnionych przestępstw kary.
No dobrze, ale gdzie się podział w tym wywodzie Rybitzky? Załóżmy bowiem, że weźmiemy na serio te młodzieńcze sarkania na „bezproduktywne” grzmienie starszego pokolenia (już nie chcę się wyzłośliwiać na to, że owo dzisiejsze protestowanie na ulicach, które dla Rybitzky'ego jest jakimś miernikiem patriotyzmu, radykalizmu oraz prawdziwej aktywności na prawicy, niewiele albo nic nie ma wspólnego z tym, czego trzeba było dokonać, gdy za peerelu wyłaziło się protestować, zwł. kiedy po chodnikach ostentacyjnie przechadzali się zomowcy z psami; podejrzewam zresztą, że Rybitzky nie miał okazji być przesłuchiwany po demonstracji przez „dobrego i złego” esbeka). Co należałoby dziś robić, jeśli udowodnimy, iż taki czy inny polski polityk dopuścił się zdrady? Przede wszystkim zebrać materiał dowodowy do przyszłego procesu. Materiał ten powinien obejmować przede wszystkim ostatnie dwadzieścia lat, choć może sięgać i dalej, w zależności od tego, kiedy i jak wyglądała działalność danego polityka na szkodę Polski. Należałoby też, rzecz jasna, uwzględniać rozmaite okoliczności łagodzące (przyznanie się do winy, wskazanie miejsca i czasu werbunku, wskazanie innych przestępców etc.).
W naszym kraju, jak wiemy, nie wykonuje się obecnie kary śmierci, toteż trybunał stanu, przed którym postawiono by takiego czy innego zdrajcę, mógłby skazywać wyłącznie na dożywocie, ale i to dobre w sytuacji, gdy do tej pory nikt – dosłownie: nikt – za działanie na szkodę polskiego państwa nie poniósł żadnej odpowiedzialności. Dobrze by było, by i to radykalna młodzież wzięła sobie do serca, zanim zacznie wykpiwać głosy starszego pokolenia.
http://lukaszwarzecha.salon24.pl/126334,obama-rznie-glupa-rogozin-sie-cieszy
http://rybitzky.salon24.pl/126300,czekajac-na-eksplozje
http://kijowski.salon24.pl/126288,17-ix-2009-dowiodl-ze-polska-rzadza-dzis-zdrajcy-stanu
20 wrz 2009
Change

Jeśli ktoś wciąż nie wierzy w to, że komuniści mogą powrócić w glorii chwały, to radzę przemyśleć ten od strony taktycznej świetny manewr z wystawieniem Lady J. na prezydenta. Oczywiście szanse na jej zwycięstwo się zwiększą dopiero wtedy, gdy rząd PO całkowicie się skompromituje (do czego już nie jest daleko), a sam jego szef stanie się uosobieniem katastrofy politycznej i gospodarczej Polski. W przeciwnym razie, tj. gdyby mainstreamowe media podtrzymywały przy życiu obecną brygadę budowlaną zasiadającą na ministerialnych stanowiskach i osłaniały jej wizerunek, to Lady J. może liczyć maksymalnie na II miejsce, a więc mielibyśmy w II turze wyborów prezydenckich alternatywę podobną jak w przypadku Wałka i Tymińskiego, czyli pozostawałoby nic tylko się upić w dobrym towarzystwie. Nie muszę chyba nikogo zapewniać, że media zrobią wszystko, by do reelekcji Lecha Kaczyńskiego nie doszło, toteż sytuacja, w której starcie przebiega w klasycznych kolorystycznych odcieniach, tj. między różem a czerwienią, byłoby rozwiązaniem idealnym. Nie wiadomo zresztą, czy już Ministerstwo Prawdy jakby nie zaczęło podzwonnego odtrąbiać Tuskowi, skoro pojawiają się takie komentarze, jak (znanej, wieloletniej znawczyni spraw geopolitycznych) M. Olejnik, która szydzi z nieudolności premiera, czy mianowanie go „partaczem tygodnia” przez niejakiego M. Protaziuka z „Politbiura”. No kto by pomyślał?
Wracając jednak do Lady J., komuniści mogą ją przedstawiać przede wszystkim jako „kandydata apolitycznego”. Znając predylekcję czerwonych do odwracania kota ogonem, takie stawianie sprawy wydaje się niemal naturalne. Do tej „apolityczności” można jeszcze dorzucić historię o tym, jak to Polacy są kompletnie zmęczeni kolejną „wojną na górze (PiS-PO)” czy „wojną na prawicy” (bo jak wiadomo, w slangu komunistów PO to prawica), jak to pod nieobecność „fachowców z lewicy” polskie sprawy się walą (także na „arenie międzynarodowej”), no i jak to wraz z rządami tychże fachowców wszystko wraca do normy, a ludziom żyje się lepiej i rzecz jasna, weselej. Dobrym preludium byłoby urządzenie jakiegoś „okrągłego stołu” na lewicy, gdzie pojednaliby się przy dobrej wódzi wszyscy od Millera, poprzez Borowskiego, aż po Olejniczaka i zatańczyli kazaczoka. Przez nasze ukochane media zaś przetoczyłaby się fala szczerych westchnień, od Żakowskiego po Sierakowskiego, jak to dobrze byłoby, gdyby nareszcie doszło do prawdziwej zmiany warty na szczytach polskiej władzy. Niektórzy oczyma wyobraźni widzieliby już zmiany dotyczące ustawy o IPN-ie, a nawet postulowaliby „nareszcie” zamknięcie tej instytucji (choć pragmatyzm nakazuje przejęcie jej przez historyków z peerelowskim zacięciem po prostu), zaś czujny na zmiany, obrotowy „PSL” natychmiast wyskoczyłby z ofertą koalicji „jak za dawnych lat”, tłumacząc się w taki sposób, że PO nie dawało „ludowcom” zajmować się należycie sprawami wsi.
Wiele zależy od tego, na ile w interesie Rosji jest realizacja takiego scenariusza. Jak pamiętamy jednak car Putin był skonfundowany rocznicowym przemówieniem polskiego premiera (od prezydenta, rzecz jasna, nie spodziewał się „przychylnej mowy”), a jego konfuzja nie mogła przejść nie zauważona w Warszawie. Niewykluczone więc, że Putin mógłby przyklasnąć rekonstrukcji „frontu ludowego” w naszym kraju, mając już dosyć obecnych bałaganiarzy, co do których sądził, że będą tak prorosyjscy jak komuna. PO, mimo że starało się na wszelkie sposoby robić jak najlepsze wrażenie na Moskwie, to jednak nie mogło pójść tak daleko, by nagle przemówić językiem Gomułki czy Gierka, no bo w końcu te legendarne „solidarnościowe korzenie” na to nie pozwalają. Rosji natomiast chwiejni partnerzy nie są potrzebni, gdyż z nimi za dużo jest zamieszania.
Coś jednak jest na rzeczy, skoro sam prezydent Kwaśniewski zaczyna nas uspokajać, że nie wróciliśmy do strefy wpływów Rosji. Brzmi to trochę tak, jak zapewnienia o naszej niepodległości za czasów rządów PZPR-u. Czytając zaś na odwyrtkę klasyczną komunistyczną nowomowę, możemy być pewni, że Rosja smaży nas na patelni, nie wiemy jeszcze tylko, jaką będziemy potrawą w paszczy niedźwiedzia. Znaków jest o wiele więcej, nie tylko na poziomie geopolityki. Nie tak dawno przecież „PZPN” ukarał grzywną jeden z naszych klubów piłkarskich za to, że wystawiono na trybunach transparent przypominający o sowieckiej agresji na Polskę. Wprawdzie PZPN to jeszcze nie PZPR, ale skojarzyło mi się to wydarzenie od razu z czasami Mundialu '82, gdy telewizyjni montażyści wyczyniali cuda, by nie pokazywać w trakcie transmisji meczów ujęć zachodnich kamer, gdy kibice mają rozwinięty sztandar Solidarności. Jak opisuje w swej propeerelowskiej historii telewizji T. Pikulski, politrucy na Woronicza rozwiązali wtedy problem w taki sposób, że w „przebitkach na trybuny” posługiwali się taśmami z publicznością nakręconą na innych meczach. Jesteśmy blisko tego ideału, skoro jakiś mędrzec potrafi tak skwitować sprawę z karaniem za transparent antysowiecki w 2009 r.: „Jest to związane z tym, aby na stadionach piłkarskich nie pojawiały się treści niosące za sobą faszyzm, przesłanki ksenofobiczne - mówi rzecznik Ekstraklasy S.A. Adrian Skubis. ”
Komuna wróciła i dlatego tylu naszych rodaków może nareszcie odetchnąć z ulgą i mówić otwartym tekstem. Jeszcze chwila, a otwartym tekstem przemówią komuniści. To będzie właśnie ta zmiana.
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,7058546,Napieralski_chce_namawiac_Kwasniewska__bo_nie_slyszal.html
http://www.tvn24.pl/-1,1620225,0,1,ukarani-za-pamiec-o-agresji-zsrr,wiadomosc.html
http://politbiuro.gazeta.pl/politbiuro/1,93063,7058396,Partacz_Tygodnia__Donald_Tusk.html
http://wyborcza.pl/1,75968,7053447,Oto_Polska_wlasnie.html
http://www.wprost.pl/ar/172295/Kwasniewski-Obama-nie-zdradzil-Polski/
http://politbiuro.gazeta.pl/politbiuro/1,93063,7058396,Partacz_Tygodnia__Donald_Tusk.html
19 wrz 2009
Drugi oddech pierestrojki

Z Kisielem pokpiwaliśmy sobie wczoraj w komentarzach, że może pojawić się wnet sytuacja, w której premierem zostanie Ciosek, a jednym z ministrów Dukaczewski. Taki wariant to pewna figura retoryczna, ale czy logiczną konsekwencją wejścia pierestrojki w fazę działania (po 20-letniej fazie „uśpienia”, czyli czuwania) nie jest pełny powrót komunistów do władzy? Oczywiście nie jako komunistów, broń Boże, zresztą kto dzisiaj widział jakiegoś komunistę na świecie? Już nawet w Chinach, mimo że w najlepsze rządzi tam monopartia komunistyczna, nasi niezawodni zagraniczni (i tutejsi) obserwatorzy twierdzą, że nie ma żadnego komunizmu, a z Korei to już każdy salonowy obserwator się śmieje, bo to tak daleko, że mało kto wie, gdzie (choć może gdyby Korea w jakimś szale skierowała pociski na Moskwę, to obserwatorzy sytuacji by zaczęli drżeć i domagać się jakiegoś „pilnego rozwiązania tej sprawy”, jeśli jednak Korea odgraża się tym czy innym imperialistom, to jest OK). Kto w ogóle widział komunistę na własne oczy, skoro sami komuniści żadnego nie widzieli?
Pierwsza faza pierestrojki polegała na „demontażu bloku sowieckiego” oraz struktur sowieckich, typu Układ Warszawski czy RWPG. Ów demontaż wynikał z beznadziejnej sytuacji ekonomiczno-militarnej całego bloku i dociśnięcia Rosji przez R. Reagana za pomocą „wyścigu zbrojeń”, w którym to wyścigu zatrzymała się ona w pół drogi. Istotą demontażu było jednak zachowanie wpływu sowieciarzy na kształt i przebieg transformacji, a więc wyreżyserowanie spektaklu pt. „obalenie komunizmu” w taki sposób, by – spełniając wszystkie zasady dezinformacji – z jednej strony wysyłał czytelne przesłanie, że nie tylko bloku sowieckiego, ale i tej „okropnej zimnej wojny”, już nie ma, że skończyły się czasy nowomowy, propagandy, pisania-czytania między wierszami, zagłuszarek, agentów, genseków, buraków-Chruszczowów bijących butem w mównicę, koncłagrów, psychuszek, czerwonych matołów w nauce i kulturze etc., że nowi ludzie „doszli do władzy”, że oto obowiązują „żelazne prawa wolnego rynku” - z drugiej, wyraźny sygnał do określonych sowieckich i posowieckich środowisk (tudzież sympatyków sowietyzmu na Zachodzie), że dawni „towarzysze” z Bezpieki i wojskówki zachowują cały czas pełną kontrolę nad sytuacją. Tego rodzaju zabiegi świadczą o tym, że – co by o sowieciarzach nie mówić – nie byli oni takimi cepami, na jakich wyglądali. Abstrahuję tu od tego, jak bardzo Zachód chciał wierzyć w pokojowe zakończenie zimnej wojny, w cały ten bombastyczny happy end bez kolejnej Norymbergi, bo przecież tamtejsze elity od czasów „rewolucji seksualno-politycznej” roku 1968 zaczęły patrzeć na świat przez czerwone okulary - a jak bardzo prawdziwy los krajów skazanych przez sowieciarzy (i aliantów przecież) na cywilizacyjną degradację po II wojnie światowej, jest zachodnim elitom obojętny.
Kluczem do zrozumienia genialności pierestrojki jest rzeczywista sytuacja geopolityczna państw byłego sowieckiego bloku w ostatnich dwóch dziesięcioleciach. Z jednej strony wszak („skoro demontaż, to demontaż, panie”) Rosja wyrozumiale, choć nie bez kurtuazyjnych oporów, zgodziła się na wchłonięcie części tychże krajów przez zachodnie struktury polityczno-wojskowe (NATO, „UE”), z drugiej jednak zapewniła sobie niemal całkowite podporządkowanie owych krajów pod względem energetycznym (w Polsce jest to już tajemnicą poliszynela), a zarazem nie dopuściła do ich poważnego zmilitaryzowania. W ten sposób „nowe kraje Unii” stały się od samego początku „członkami drugiej kategorii”, co zresztą było w zgodzie z tym, że jako państwa należące do NATO objęte zostały pozorną militaryzacją i fasadową modernizacją swoich armii. Rosja zachowała sobie jednocześnie prawo do stałego decydowania o sytuacji w „zdemontowanym bloku”, czego historia z konsekwentnym (na dobrą sprawę zupełnie irracjonalnym) sprzeciwem wobec obecności wojsk amerykańskich w Polsce i sojuszu USA z nami – znakomicie dowodzi. Pomijam już częste przypadki naruszania przez Rosjan przestrzeni powietrznej zwł. krajów nadbałtyckich, objętych przecież parasolem ochronnym NATO, świadczące o tym, jak poważnie to „nowe NATO” wygląda, a jego „sojusznicze zobowiązania” przede wszystkim. Zresztą, gdy doszło do nawiązywania ścisłej współpracy militarnej między NATO a Rosją w latach 90., już można było przewidywać, że dawna wizja Paktu Północnoatlantyckiego uległa dezaktualizacji. Innymi słowy, akcja dezinformacyjna pomysłodawców pierestrojki odniosła sukces szybszy niż się można było spodziewać, w ciągu niespełna dekady bowiem, nie tylko „znikł blok sowiecki”, ale i Rosja z kraju imperialnego i kolonialnego zmieniła się w demokratyczne, pokojowo nastawione, nowoczesne państwo. Ktokolwiek pamięta, w jakich superlatywach pisano o Rosji Putina (zwł. za jego pierwszej kadencji) i jak padali przed nim na kolana szczególnie nasi „obserwatorzy i komentatorzy”, ten może sobie od razu przypomnieć „czar tamtych czasów”.
Dziś, po zdecydowanym zmianie geopolitycznych priorytetów przez USA, Rosja wychodzi z cienia i ostatnią rzeczą, jakiej można po niej oczekiwać, jest liczenie na jakiekolwiek ustępstwa w kontrolowaniu sytuacji geopolitycznej w regionie środkowoeuropejskim. Jeśli bowiem samym groźnym kiwaniem palcem w bucie i powtarzaniem twardego „niet”, Rosja doprowadziła do tego, że oddano jej oficjalnie Polskę do strefy wpływów oraz uznano status naszego kraju jako obszaru zdemilitaryzowanego, buforowego, to wylano w ten sposób betonową ławę pod budowę nowego-starego ładu, w którym (jakby nigdy nic) Moskwa staje się gwarantem pokoju i bezpieczeństwa w w/w regionie. Nikt chyba nie ma wątpliwości, że w bloku sowieckim to Polska była państwem kluczowym (nie licząc oczywiście ZSSR) i zarazem centrum eksperymentów społeczno-politycznych, toteż demontaż komunizmu nie przypadkowo „w Polsce się zaczął” i tu także się kończy.
Utarło się w potocznym myśleniu widzenie komunizmu jako specyficznej ideologii oraz groźnego, sowieckiego (bez względu na narodowość) buractwa, tymczasem komunizm jest specyficznym sposobem rządzenia za pomocą kłamstwa i przemocy, a „szatę ideologiczną” może – jak dowodzi pierestrojka – zmieniać. Marks, Engels, Lenin, Trocki, Stalin i pomniejsi bogowie komunistów dowiedli, że kłamstwo i przemoc to najskuteczniejsze narzędzia nowoczesnej polityki i w ten sposób dokonali prawdziwej rewolucji w myśleniu o współczesnym świecie. Wcześniej bowiem – mam na myśli świat wartości oparty na tym, co wypracowali Grecy, Rzymianie i chrześcijanie – starano się na rozmaite (mniej lub bardziej udane vide np. T. Hobbes) sposoby połączyć pewien instrumentalizm środków związany z politykowaniem z dążeniem do pewnego społecznego konsensusu, wspólnego dobra, wewnątrzpaństwowej harmonii etc. Nawiązując do nietzscheańskiego postulatu totalnego przewartościowania w sferze ludzkiej moralności, można powiedzieć, że to właśnie komunizm wnosi takie przewartościowanie w sposób radykalny i konsekwentny. Struktury zła powoływane do istnienia w ramach komunizmu są trwałe i silne, a niosą ze sobą taką potęgę kłamstwa i przemocy, jakiej świat jeszcze nigdy nie widział.
Co nas zatem czeka teraz? Przede wszystkim zmasowana akcja propagandowa dowodząca, że nie tylko „Rosja nie jest taka zła”, nie tylko Polsce nie jest potrzebny pogłębiony, poważny sojusz transatlantycki, ale i że należy wypracować nowy ład europejski oparty na strategicznym sojuszu „UE” i Moskwy, a ściślej – Niemiec oraz Rosji. Z tego też powodu już mamy wysyp „sondaży” (mam wrażenie, że wracamy czasów „ludowego referendum” z roku 1946 r.) zapewniających nas „jak bardzo nie chcemy” tego sojuszu. Czy wnet pojawią się „badania opinii publicznej” dotyczące tego, czy „uważamy”, iż Rosja może o wiele lepiej zapewnić nam bezpieczeństwo aniżeli USA, czy aż tak zuchwali sternicy świadomości społecznej nie będą? Wszystko jest możliwe, skoro mamy agresywną fazę pierestrojki.
Możliwe jest więc zatem tryumfalne odzyskanie pełnej kontroli w polityce przez komunistów. Wymaga to oczywiście pewnej społecznej obróbki skrawaniem, ale ta przecież dokonuje się od 20 lat. Komunizm przedstawiany jest jako ustrój może siermiężny, lecz przecież nie tak zbrodniczy jak narodowy socjalizm Hitlera, a o samych komunistach powtarza się do znudzenia to, jak bardzo troszczyli się o kulturę (przy czym nie dodaje się, że o sowiecką przede wszystkim, bo już nikt nie wie, co to znaczy „sowietyzacja kultury” i „kultura sowiecka”). Pozostaje pytanie, na ile Polacy dali się ponieść procesom rekomunizacji i resowietyzacji, jakie dokonywały się przez te wszystkie lata przy czynnym udziale mediów, a zwykle biernym (pomijając pewne kluczowe momenty, jak rok 1992 czy 2007) udziale „konstruktywnej opozycji”. Może być bowiem tak, że „sondażownie” nieustannie fałszują rzeczywistość społeczną, realizując (w sposób naukowy, oczywiście, jak za czasów nauk sowieckich) pewne precyzyjne zamówienia polityczne, ale przecież może być zarazem tak, iż jakaś część polskiego społeczeństwa jest tak trwale zsowietyzowana, że zwyczajnie nie ma nic przeciwko zwasalizowaniu Polski wobec Rosji, a więc że dla tychże naszych rodaków nawet tryumfalny powrót komunistów do pełnej, totalnej władzy nie byłby równoznaczny z cywilizacyjnym regresem, z upadkiem naszego państwa, lecz przeciwnie, z jego normalizacją.
http://www.tvn24.pl/-1,1620111,0,1,usa-wywiad-moze-znow-zmienic-zdanie,wiadomosc.html
http://www.tvn24.pl/-1,1620076,0,1,rosja-nie-bedzie-handlowania-tarcza,wiadomosc.html
18 wrz 2009
O tym co dziad mógłby powiedzieć obrazowi

Jak można było się spodziewać, sromotną klęskę gabinet ciemniaków będzie starał się przerobić na spektakularny sukces. Nie można zresztą mieć o to do niego pretensji. Można jedynie patrzeć, jak dalece w tej komedii ci ludzie się będą zapamiętywać. Tedy nasłuchuję pilnie, jak całą sytuację tłumaczy rewelacyjny min. R. Sikorski:
„Przede wszystkim pytanie: jak zdefiniować to, co się stało. Według mnie to, co ogłosił prezydent Obama, może być dla nas - i nie tylko - dużo lepszym rozwiązaniem, niż niektórym się wydaje. Bo w miejsce poprzedniego systemu proponowany jest system rozproszony, o szerszym zasięgu działania, zarówno w sensie terytorialnym, jak i neutralizacji potencjalnych zagrożeń. Poprzedni system został zaprojektowany jako obrona przed rakietami dużego zasięgu, obecny - także krótkiego i średniego. Proszę się zastanowić, co dla Polski ważniejsze.
Ale nie będzie amerykańskiej instalacji w Polsce.”
Tego rodzaju tonacja argumentacji stała się zresztą obowiązująca w wielu wieczornych „komentarzach na gorąco” rozmaitych mediów prorządowych. Tak jak i z gadki-szmatki „szefa polskiej dyplomacji”, tak i z tychże komentarzy, można było wywnioskować, że to nawet dużo dużo lepiej, iż nie powstanie planowana przez parę lat amerykańska instalacja na naszym terenie, tylko będzie wiele instalacji gdzie bądź, które będą nas strzegły z lądu i morza, i będziemy jeszcze bezpieczniejsi niż moglibyśmy sobie nawet zamarzyć. Oczywiście nikt się nie zająknął na temat tego, dlaczego tak naprawdę chcieliśmy stałej, widocznej w świecie (a więc) poważnej obecności żołnierzy USA na naszych ziemiach. Nikt też specjalnie nie eksplorował tego najważniejszego elementu przesłania Obamy, tj. kwestii dopuszczenia Rosji do decydowania o naszym potencjale militarnym i naszym bezpieczeństwie.
Ja wiem, że dla pożytecznych matołów „amerykański imperializm” trzeba zwalczać (jak za stalinizmu), więc nieobecność amerykańskich wojsk jest powodem do radości, ale dla ludzi normalnych było (bo i powinno było być) jasne, że domagamy się tego ścisłego polityczno-militarnego związku z USA z obawy o mocarstwowe, agresywne zapędy Rosji, których to zapędów dowody mieliśmy aż nadto w ostatnich latach w trakcie „kryzysów gazowych”, konfliktu na Kaukazie, wojny z Gruzją itd. (pomijam już nawet kwestię polityki wewnętrznej Rosji, opisywaną choćby w książkach A. Litwinienki oraz głośne, antypolskie wystąpienia związane z rocznicami agresji niemiecko-rosyjskiej na Polskę we wrześniu 1939 r.). Jeśli zatem naraz amerykańska administracja nie tylko wchodzi w trwałe zbliżenie z Rosją, by przed Iranem ochronić Izrael, a jednocześnie wskazuje Rosję jako dodatkowego gwaranta pokoju w Europie i gwaranta bezpieczeństwa naszego kraju, to jest to tak, jakby lisa postawić do pilnowania kurnika. Pamiętamy zresztą, ilu lisów zacierało ręce, gdy Obama wygrał „wyścig do fotela prezydenckiego” (ach te eufemizmy dziennikarskie) – przecież zapanowała taka radość w całym świecie posowieckim, że był to jednoznaczny i czytelny sygnał dowodzący, iż sprawy międzynarodowe idą w najgorszym z możliwych kierunków. Nie chcę w tym miejscu już drążyć zagadnienia, kto za Obamą stoi, kto go z czego ulepił i jak to dla nas wszystkich może się skończyć, bo jeszcze może się okazać, iż po prostu amerykański prezydent dozna jakiegoś olśnienia i tę katastrofalną politykę „odprężenia” jakoś odkręci. Sam bowiem fakt, że to przecież Rosja była wieloletnim rozsadnikiem międzynarodowego terroryzmu, finansując, szkoląc i wspierając przeróżnych czerwonych „bojowników”, powinien być dostatecznie mocną przesłanką przeciwko traktowaniu Moskwy jako potencjalnego sojusznika w „wojnie z terroryzmem”. No ale o takich rzeczach to w Polsce dzieci wiedzą.
Zresztą, co nas obchodzi głupota i krótkowzroczność Obamy oraz jego doradców, skoro mamy żywioł głupoty i ciemnoty w naszym kraju. Ten żywioł wydaje się na razie nie do okiełznania (i nie chodzi mi wyłącznie o to, co robią tacy ludzie jak Niesiołowski, Palikot czy Komorowski). Jeśli bowiem legendarny szef „strefy zdekomunizowanej” nie widzi tego, co się naprawdę stało, jeśli nie widzi generalnej zmiany kierunku polityki amerykańskiej, zmiany, która wyrzuca nas do rupierciarni, w której gmerać sobie będą albo Rosjanie, albo Niemcy, to powinien się zajmować szydełkowaniem albo degustacją win, a nie ministrowaniem zagranicznymi sprawami. Tylko kto to szefowi powie, jeśli wokół niego jest pełno takich mędrców, jak on?
http://www.polskatimes.pl/stronaglowna/163380,sikorski-usa-nas-nie-porzucaja,id,t.html
17 wrz 2009
Lekcja historii

Kraju węgla i stali i co bedzie dalij? Mamy premiera, który tak twardo stoi na nogach, że nie jest w stanie odebrać telefonu od amerykańskiego prezydenta, ponieważ musi się przygotować do poważnej rozmowy, czyli, innymi słowy, nie jest w stanie, jako szef polskiego rządu, samodzielnie podjąć słuchawki, tfu, decyzji. Osobną kwestią jest to, jaką niby miałby decyzję podejmować, skoro jego rola sprowadza się do wysłuchania tego, co ma do powiedzenia interlokutor? Ale spokojnie, spokojnie, przecież już wiemy, że „mamy szansę na ekskluzywną pozycję” i że USA będą jeszcze mocniej z nami współpracować, przy czym – jak można sądzić ze słów B. Obamy – moc dość znana (przynajmniej nad Wisłą) będzie z nami, ponieważ doszedł nowy/stary gwarant naszego bezpieczeństwa, czyli Rosja. Szkoda, że amerykański prezydent nie przybył na Westerplatte, by nam to oznajmić, bo przy tej okazji przedstawiciele polskiego rządu mogliby paść w objęcia premierowi W. Putinowi i nie byłoby tych niepotrzebnych dąsów dotyczących kwestii powojennego „wyzwolenia” - no ale i tak wybrał znakomity moment na pokazanie, gdzie obecnie władze Stanów Zjednoczonych mają nasz kraj, co zresztą celnie punktuje M. Magierowski w swoim komentarzu.
W tej sytuacji jak zwykle „polskie elity polityczne” ganiają w kółko, wymachując rękami, jak ludzie, którym w środku zabawy skończył się alkohol lub jak baby na targowisku, którym wysypały się jaja z koszy. Polskie misje zbrojne – czy to w Iraku, czy w Afganistanie okazują się zatem psu na budę, hasło „zobowiązania sojusznicze” może budzić teraz jedynie pusty śmiech (NATO - po zawiązaniu jeszcze bliższych relacji z Moskwą - wnet zamieni się w Układ Warszawski-bis), a jeśli dorzucić do tego wszystkiego jeszcze konsekwentne redukowanie (czyt. rozbrajanie) polskiej armii przez obecny gabinet ciemniaków - to mamy niemalże pełny obraz tego, gdzie nas doprowadziły dwudziestoletnie procesy pseudowesternizacji. Do pełnego obrazu brakuje jeszcze tego, że „nowe polskie siły zbrojne” budowano na gruncie „sprawdzonego w bojach” głównie z ludnością cywilną (a tak poza tym to w „akcjach żniwnych”, „wykopkach” i budowaniu dróg w Bieszczadach) „ludowego wojska polskiego” oraz tego, że nasze członkostwo w NATO nie zaowocowało budową jakichś specjalistycznych, poważnych baz wojskowych w naszym kraju, tak jakbyśmy stali się obszarem „zdemilitaryzowanym” typu byłego NRD (co do którego zapadły decyzje w trakcie wiekopomnej konferencji „2 plus 4”).
Dlaczego „pseudowesternizacji”? Odpowiedź jest prosta. Nie stworzono nad Wisłą normalnego, zachodniego państwa, tylko jego podróbkę, nad czym czuwała posowiecka kamaryla, której wielkodusznie zapewniono nie tylko całkowitą swobodę działania, lecz i specjalne przywileje. „Konstruktywna opozycja” pańskim gestem zostawiła „wolne państwo” w wielu obszarach w gestii niedawnych sowieciarzy i za samą wizję dochodzenia z nędzy do pieniędzy przez ludzi, którzy utworzyli nową („naszą”) nomenklaturę, machnęła ręką na to, jak się zadomowią sowieciarze i jaki z tego będzie skutek dla całej Polski. Wobec chorego, owrzodzonego przez komunizm organizmu państwowego zastosowano więc metodę pudrowania obszarów ropiejących, ewentualnie pokrywania niemowlęcą zasypką. Jedyny geopolityczny „plan” budowniczych postkomunistycznej III RP (gdy się okazało definitywnie, że Układ Warszawski pada) był taki, by „wejść do NATO” (cokolwiek by to miało znaczyć – może ktoś pamięta, jakie były cyrki choćby z egzaminami z angielskiego dla kadry oficerskiej), a następnie by umocować nasz kraj w „strukturach unijnych” (sam na własne uszy słyszałem przed laty głosy euroentuzjastów, że zapewni nam to nawet większe bezpieczeństwo niż NATO, co widać było szczególnie w czasach kryzysów gazowych).
Do budowy „nowego państwa” przystąpiono (1) nie tylko wraz z sowieciarzami, ale też na fundamencie posowieckich struktur (także wojskowych – już sam fakt, że likwidację WSI przeprowadzono dopiero parę lat temu jest dostatecznie wymowny; trudno zresztą powiedzieć, na ile ta likwidacja była zarazem desowietyzacją Polski, skoro wpływy ludzi dawnego systemu w okresie rządów gabinetu ciemniaków zostały w służbach odtworzone). Poza tym (2) ani przez chwilę nie stawiano poważnie kwestii jakichkolwiek odszkodowań za zniszczenia wojenne i zbrodnie dokonane przez Niemców i przez Rosjan w czasie II wojny, a jeśli przełom 1989/1990 miał być zarazem „uporządkowaniem spraw” po tejże właśnie wojnie, to przecież od tego należało zacząć. Po trzecie wreszcie, nie postulowano, by długami, w które wciągnęła zsowietyzowaną Polskę banda agentów Moskwy, obciążyć dożywotnio tychże agentów wraz z ich przydupasami. Przeciwnie, nie tylko moskiewskich agentów broniono przed „zemstą nienawistników antykomunistycznych”, ale i złodziejskiego majątku czerwonych pilnowano przed „rozgrabieniem”.
W rezultacie utworzono kraj, którego nikt nie chciał i nie miał prawa traktować serio. Jego pookrągłostołowe „elity polityczne”, zgięte zawsze w pół lub kucające przed dyplomatami państw poważnych, a zajmujące się głównie nabijaniem sobie kasy, załatwianiem dojść, wyrabianiem sobie „kontaktów na salonach”, no i – co oczywiste – pieriekowką nas wszystkich na (mój Boże) „społeczeństwo obywatelskie” musiały przecież budzić tylko i wyłącznie politowanie, jeśli nie pogardę. „Elity” te umiały jedynie płynąć z prądem, niezdolne do sformułowania jasnych podstaw normalnego praworządnego państwa, do twardego rozliczenia zbrodni i złodziejstwa, do ostrej walki o interesy Polski i polskiego narodu. Teraz zaś przedstawiciele tychże elit, strasznie groźni wyłącznie wtedy, gdy chodziło o walkę z antykomunistami, mają biegunkę, ponieważ kompromitacja, do jakiej doprowadzili polskie państwo wychodzi na jaw. Co im więc pozostaje? Zamknąć się w WC i brać biegunkę na przeczekanie. Nic więcej.
http://www.tvn24.pl/-1,1619882,0,1,tusk-mamy-szanse-na-ekskluzywna-pozycje,wiadomosc.html
http://www.tvn24.pl/-1,1619873,0,1,tusk-rozmawial-z-obama-dzis-gras-to-przemyslana-taktyka,wiadomosc.html
http://www.tvn24.pl/-1,1619880,0,1,obama-nowy-system-we-wspolpracy-z-rosja,wiadomosc.html
http://www.rp.pl/artykul/9158,364865_Marek_Magierowski__Barack_Obama_w_drodze_do_Utopii.html
Pragmatyzm po sowiecku i po polsku
Czy dostaliśmy się w niewolę „pragmatyków”? Oto jest pytanie. W. Roszkowski w swojej znakomitej książce „Do horyzontu i z powrotem. Eseje o historii i współczesności” (Znak, Kraków 2000) pisze o specyficznym pragmatyzmie, za którym kryje się zwyczajne zacieranie jakichkolwiek granic moralnych. Pragmatyzm ten do perfekcji wypracowali sowieci w swoich działaniach choćby wokół zbrodni katyńskiej – tu posłużę się obszernym cytatem z Roszkowskiego:
„Pragmatyk doskonały eliminuje bowiem kryterium dobra i zła, a na jego miejscu umieszcza kryterium użyteczności, na przykład w celu zdobycia władzy, korzyści materialnej lub przyjemności. Szczyty pragmatyzmu osiągnął swego czasu szef KGB Aleksander Szelepin, który twórczo rozwinął teorię przez uznanie, że prawdą jest dla komunistów to, co zostało ugruntowane w świadomości ludzi przez ich własną propagandę. Pragmatyczny wywód Szelepina wart jest zacytowania w całości. W notatce do Nikity Chruszczowa z marca 1959 r. tak tłumaczył on swemu szefowi istotę sprawy katyńskiej:
W Komitecie Bezpieczeństwa Państwowego przy Radzie Ministrów ZSSR od 1940 roku przechowywane są akta ewidencyjne i inne materiały dotyczące rozstrzelania w tymże roku jeńców i internowanych oficerów, żandarmów, policjantów, osadników, obszarników itp. osób z byłej burżuazyjnej Polski. W sumie na podstawie decyzji specjalnej trójki NKWD ZSSR rozstrzelano 21 857 osób (…) Cała operacja likwidacji wymienionych osób przeprowadzona została na podstawie decyzji KC KPZS z 5 marca 1940 roku (…) Z Punktu widzenia Organów Sowieckich wszystkie te akta nie przedstawiają ani operacyjnej, ani historycznej wartości. Wątpliwe jest, by mogły one przedstawiać rzeczywistą wartość dla naszych polskich przyjaciół. Przeciwnie nawet, jakakolwiek nieprzewidziana niedyskrecja może doprowadzić do zdekonspirowania przeprowadzonej operacji, ze wszystkimi niepożądanymi dla naszego państwa następstwami. Tym bardziej, że w stosunku do rozstrzelanych w Lesia Katyńskim funkcjonuje wersja oficjalna, potwierdzona przeprowadzonym z inicjatywy Organów Władzy Sowieckiej w 1944 roku śledztwem Komisji nazywającej się „Komisja specjalna powołana do ustalenia i zbadania okoliczności rozstrzelania w Lesie Katyńskim przez niemiecko-faszystowskich okupantów jeńców wojennych-Polaków oficerów.” Zgodnie z konkluzjami tej komisji, wszyscy zlikwidowani tam Polacy uznani zostali za zlikwidowanych przez niemieckich okupantów. Materiały śledztwa był w tym czasie szeroko komentowana w prasie sowieckiej i zagranicznej. Konkluzje komisji trwale zapadły w świadomość międzynarodowej społeczności. W związku z tym wydaje się celowe zniszczenie wszystkich akt ewidencyjnych dotyczących rozstrzelanych w 1940 roku w ramach wyżej wymienionej operacji.” (s. 26-27).
Pragmatycy zdolni do legitymizowania kłamstwa za pomocą rozmaitych instytucjonalnych działań nadal są wśród nas. Cały postkomunizm wszak został zbudowany na pragmatyzmie tego typu: komunizm był zbrodniczy, lecz rozliczyć się go nie da, zresztą – jak przekonały nas wieloletnie doświadczenia – uznano, że antykomunizm może być jeszcze gorszy. „Nie będę walczył bronią nienawiści”, głosił jeden z mentorów III RP, tak jakby poza nienawiścią nie było broni w postaci np. sprawiedliwego prawa, na którym zwykle budowa normalnego państwa się opiera. No tak, ale do wykorzystania takiej broni niezbędna jest wiedza o tym, co jest sprawiedliwe, a co nie, a tej niestety, konstruktorzy III RP nie posiadali. Wiedzieli, co jest użyteczne, co nie i dla jakiego politycznego środowiska. I tak to trwa do dziś.
O ile jednak początkowo (przełom lat 80. i 90.) rekomunizacja państwa i kultury była łagodna, to obecnie weszliśmy w jej fazę ostrą, niemalże bezwzględną, świadczącą nie tylko o tym, że środowisko „konstruktywnej opozycji” coraz bardziej upodabnia się do partnerów z „rządowej strony” pewnego słynnego mebla, ale i styl rządzenia oraz rozumienia geopolityki (z punktu widzenia polskich interesów) zaczyna do złudzenia przypominać to, co prezentował peerel. Nic jednak innego nie mogło wyrosnąć w naszym państwie, jeśli po „obaleniu komunizmu” zasiało się kłamstwo, bezprawie, złodziejstwo, nepotyzm itd.
Doszedłszy do ściany, możemy oglądnąć się wstecz i zadać sobie pytanie: gdzie nas zaprowadzili postkomunistyczni pragmatyści? Nie mamy ani silnej armii, ani silnej gospodarki, a patologie drążące państwo stają się jego „wizytówką”. Ale zawsze jest od tego odskocznia. Skorzystał z niej niezatapialny, genialny premier Buzek, który teraz między innymi będzie walczył o poprawę klimatu nad Starym Kontynentem. Miękkie lądowanie na którymś z pięter eurokratycznej machiny to szczyt nie tylko marzeń, ale i możliwości polskich polityków. My zaś zostaniemy w zabałaganionym państwie, jak te ciecie na opustoszałej budowie.
„Pragmatyk doskonały eliminuje bowiem kryterium dobra i zła, a na jego miejscu umieszcza kryterium użyteczności, na przykład w celu zdobycia władzy, korzyści materialnej lub przyjemności. Szczyty pragmatyzmu osiągnął swego czasu szef KGB Aleksander Szelepin, który twórczo rozwinął teorię przez uznanie, że prawdą jest dla komunistów to, co zostało ugruntowane w świadomości ludzi przez ich własną propagandę. Pragmatyczny wywód Szelepina wart jest zacytowania w całości. W notatce do Nikity Chruszczowa z marca 1959 r. tak tłumaczył on swemu szefowi istotę sprawy katyńskiej:
W Komitecie Bezpieczeństwa Państwowego przy Radzie Ministrów ZSSR od 1940 roku przechowywane są akta ewidencyjne i inne materiały dotyczące rozstrzelania w tymże roku jeńców i internowanych oficerów, żandarmów, policjantów, osadników, obszarników itp. osób z byłej burżuazyjnej Polski. W sumie na podstawie decyzji specjalnej trójki NKWD ZSSR rozstrzelano 21 857 osób (…) Cała operacja likwidacji wymienionych osób przeprowadzona została na podstawie decyzji KC KPZS z 5 marca 1940 roku (…) Z Punktu widzenia Organów Sowieckich wszystkie te akta nie przedstawiają ani operacyjnej, ani historycznej wartości. Wątpliwe jest, by mogły one przedstawiać rzeczywistą wartość dla naszych polskich przyjaciół. Przeciwnie nawet, jakakolwiek nieprzewidziana niedyskrecja może doprowadzić do zdekonspirowania przeprowadzonej operacji, ze wszystkimi niepożądanymi dla naszego państwa następstwami. Tym bardziej, że w stosunku do rozstrzelanych w Lesia Katyńskim funkcjonuje wersja oficjalna, potwierdzona przeprowadzonym z inicjatywy Organów Władzy Sowieckiej w 1944 roku śledztwem Komisji nazywającej się „Komisja specjalna powołana do ustalenia i zbadania okoliczności rozstrzelania w Lesie Katyńskim przez niemiecko-faszystowskich okupantów jeńców wojennych-Polaków oficerów.” Zgodnie z konkluzjami tej komisji, wszyscy zlikwidowani tam Polacy uznani zostali za zlikwidowanych przez niemieckich okupantów. Materiały śledztwa był w tym czasie szeroko komentowana w prasie sowieckiej i zagranicznej. Konkluzje komisji trwale zapadły w świadomość międzynarodowej społeczności. W związku z tym wydaje się celowe zniszczenie wszystkich akt ewidencyjnych dotyczących rozstrzelanych w 1940 roku w ramach wyżej wymienionej operacji.” (s. 26-27).
Pragmatycy zdolni do legitymizowania kłamstwa za pomocą rozmaitych instytucjonalnych działań nadal są wśród nas. Cały postkomunizm wszak został zbudowany na pragmatyzmie tego typu: komunizm był zbrodniczy, lecz rozliczyć się go nie da, zresztą – jak przekonały nas wieloletnie doświadczenia – uznano, że antykomunizm może być jeszcze gorszy. „Nie będę walczył bronią nienawiści”, głosił jeden z mentorów III RP, tak jakby poza nienawiścią nie było broni w postaci np. sprawiedliwego prawa, na którym zwykle budowa normalnego państwa się opiera. No tak, ale do wykorzystania takiej broni niezbędna jest wiedza o tym, co jest sprawiedliwe, a co nie, a tej niestety, konstruktorzy III RP nie posiadali. Wiedzieli, co jest użyteczne, co nie i dla jakiego politycznego środowiska. I tak to trwa do dziś.
O ile jednak początkowo (przełom lat 80. i 90.) rekomunizacja państwa i kultury była łagodna, to obecnie weszliśmy w jej fazę ostrą, niemalże bezwzględną, świadczącą nie tylko o tym, że środowisko „konstruktywnej opozycji” coraz bardziej upodabnia się do partnerów z „rządowej strony” pewnego słynnego mebla, ale i styl rządzenia oraz rozumienia geopolityki (z punktu widzenia polskich interesów) zaczyna do złudzenia przypominać to, co prezentował peerel. Nic jednak innego nie mogło wyrosnąć w naszym państwie, jeśli po „obaleniu komunizmu” zasiało się kłamstwo, bezprawie, złodziejstwo, nepotyzm itd.
Doszedłszy do ściany, możemy oglądnąć się wstecz i zadać sobie pytanie: gdzie nas zaprowadzili postkomunistyczni pragmatyści? Nie mamy ani silnej armii, ani silnej gospodarki, a patologie drążące państwo stają się jego „wizytówką”. Ale zawsze jest od tego odskocznia. Skorzystał z niej niezatapialny, genialny premier Buzek, który teraz między innymi będzie walczył o poprawę klimatu nad Starym Kontynentem. Miękkie lądowanie na którymś z pięter eurokratycznej machiny to szczyt nie tylko marzeń, ale i możliwości polskich polityków. My zaś zostaniemy w zabałaganionym państwie, jak te ciecie na opustoszałej budowie.
16 wrz 2009
Z punktu widzenia wyzwolicieli

Co kraj to obyczaj, dlatego też zarówno Niemcy, jak i Rosjanie podchodzą do swoich kłamstw po swojemu. Ci pierwsi na przykład z pozoru odnoszą się do naszego kraju jako niezależnego, wolnego, samodzielnego, godnego szacunku, partnerskiego, „unijnego” itd., a przez rozmaitych pożytecznych matołów nazywani są w naszym kraju „najlepszymi adwokatami Polski w UE” - co jednocześnie tymże Niemcom zupełnie nie przeszkadza we wspieraniu ludzi pokroju Stienbach (i wizji politycznej, którą ona głosi), zamykaniu rynku pracy dla Polaków, niepoczuwaniu się do żadnych poważnych odszkodowań za zniszczenia wywołane II wojną światową, a także nieprzyznawaniu naszym rodakom zamieszkującym Niemcy statusu mniejszości narodowej. Ci drudzy, czyli Rosjanie, (w przeciwieństwie do Niemców) nie kryją swoich imperialnych tradycji i zamiarów, do Polski odnoszą się protekcjonalnie, jak do starej sowieckiej prowincji, z uporem powtarzając swoją wersję historii, wizję, w której od dawna dezinformacja i propaganda wyparły prawdę.
Ani Niemcom, ani Rosjanom się nie należy dziwić, wszak Polska stanowi obszar tranzytowy, który dwaj sąsiedzi o mocarstwowej polityce, od wieków starają się zagospodarować. Z różnymi skutkami. W. Tretiakow, z którym wywiad publikuje „Rz”, zachowuje postawę taką, jakby wygłaszał przemówienie do narodu polskiego z pierwszomajowej trybuny honorowej, toteż nie można mieć do niego pretensji, że koncentruje się na sprawach rudymentarnych (np. antyrosyjskie fobie nad Wisłą), niepotrzebne szczegóły pomijając. I tak w obrazie armii czerwonej rysuje wyłącznie ten motyw z „wyzwalaniem”, rzecz jasna nie wchodząc w kwestie łupienia wyzwalanych ziem i dokonywanych gwałtów, a już na pewno nie rozbrajania i brania do niewoli lub rozwałki oficerów oraz żołnierzy polskiego podziemia. Nie ma zatem ataków krasnoarmiejsców na Kresach już w 1918 r. (i wlewania się bolszewickiej rewolucji na nasze ziemie, co opisywała choćby Z. Kossak-Szczucka w „Pożodze”), nie ma ofensywy bolszewickiej na Polskę w 1920 r. i planów stworzenia „Polskiej Republiki Rad”, nie ma też akcji eksterminacyjnej, zsyłek, tortur, więzień etc. (połączonych z tworzeniem na przyszłość komunistycznych przyczółków czerwonej inteligencji) zaraz po „wyzwolicielskim” wejściu na Kresy 17 września 1939 r. Nie ma też, bo i nie może być, tworzenia przez Rosjan (z prosowieckiej agentury) alternatywnych wobec legalnych polskich władz na obczyźnie – struktur „rządowo-parlamentarnych”, które wraz z czasem „wyzwolenia” zostaną przez armię czerwoną osadzone do rządzenia satelickim wobec Rosji, czyli okupowanym przez armię czerwoną, państwem.
Tretiakow pomniejsza współpracę sowiecko-hitlerowską, pomijając taki nieistotny drobiazg, jak tworzenie z inspiracji sowieckiej w latach międzywojnia „antyfaszystowskiego ruchu” (frontu ludowego), skupiającego najpożyteczniejszych matołów z wielu krajów. Szczegóły tej historii opisuje choćby Herbert R. Lottman w „Lewym brzegu. Od frontu ludowego do zimnej wojny” (Warszawa 1997) (najciekawsze, rzecz jasna, są intelektualne wygibasy lewaków na gwałtowny zwrot Moskwy z opcji „antyfaszystowskiej” na profaszystowską). Innymi słowy, to, że kraj stojący na czele walki z faszyzmem nagle zawiera z tymże faszyzmem sojusz polityczno-wojskowy, uchodzi uwadze wybitnego posowieckiego politologa, choć przyznaje on, że „podpisanie paktu Ribbentrop-Mołotow przez Stalina było prawidłowym (z punktu widzenia interesów Rosji) operacyjno-taktycznym krokiem (chociaż nie bez negatywnych konsekwencji). I nie ma się czego wstydzić. I to nie Polska, Wielka Brytania czy Francja są państwami, które mogą nam cokolwiek wyrzucać”. Ależ gdzieżby ktoś chciał Rosji cokolwiek wyrzucać? Rozmawiamy przecież, jak dżentelmeni z czerwonoarmistami.
Tretiakow, całkiem słusznie, uważa, że imperium nie musi się z niczego tłumaczyć. Święcie oburzony przyznaje się nawet do aktu żalu za to, że armia sowiecka w ogóle wyzwalała polskie ziemie („niepotrzebnie was, u diabła, ratowaliśmy”). Akurat w tym momencie jestem całkowicie zgodny z Tretiakowem. Gdyby wyzwalała nas armia amerykańska, dzieje naszego państwa potoczyłyby się inaczej, a przedstawiciele „rządu lubelskiego”, o ile w ogóle ostaliby się nad Wisłą, to jedynie na drzewach zamiast liści, a nie w charakterze uzurpatorów z sowieckiego nadania władających „wyzwoloną Polską”. No ale nie o to chodzi. Wybitny posowiecki politolog zapomina też przecież, jak to niepokonana krasnaja armia padła na kolana podczas niemieckiej ofensywy latem 1941 r. i (a propos geniusza) jak Stalin trząsł wtedy portkami, zaskoczony kompletnie atakiem Niemców i obawiający się wojskowego zamachu stanu w Moskwie. Ta właśnie niepokonana krasnaja armia zostałaby starta w proch, gdyby nie podpisane przez Rosjan w lipcu i sierpniu 1941 układy z Wielką Brytanią i Stanami Zjednoczonymi, zapewniające sowietom olbrzymią pomoc.
O ile Tretiakow ze swoim kultem rosyjskiego imperium jest zapewne szczery (ach ta rosyjska dusza), o tyle z tym widzeniem Polski niemalże jako mrówki u stóp słonia (niedźwiedzia?), to chyba nieco przesadza. Gdyby Polska stanowiła dla wschodniego sąsiada jedynie wypierdek mamuta, to nie tylko Rosja nie mocowałaby się z nami przez tyle wieków, ale i nie wspominałaby z taką trwogą roku 1612 r., gdy Polacy zabalowali na Kremlu w najlepsze. Tak jak Niemcy nie mogą wyrzucić z podświadomości Hołdu Pruskiego, tak Rosja z jednej strony jest imperium jak diabli, jak pandemonium, jak jasna cholera, ale z drugiej „polskich panów” wciąż wspomina w narodowym święcie, bo, jak słusznie powiada Tretiakow, historia się nie skończyła.
http://www.rp.pl/artykul/363874_Niepotrzebnie_was__u_diabla__ratowalismy.html
http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/polska/najlepszy-polski-film-lub-serial-o-ii-wojnie-swiatowej,43415,1
Subskrybuj:
Posty (Atom)
