31 sie 2009

Bliżej Rosji?



Łódka „Polska” kolebie się na boki do tego stopnia, że właściwie trudno ocenić, w którą stronę zaczyna ją znosić, czy Niemiec, czy Rosji. W chwili, gdy USA postawiło na nas krzyżyk, a Wielka Brytania ma nas w dużym poważaniu, nieoczekiwanie rozlewa się nad nami „uśmiech Putina”. Kiedyś całym sowieckim światem rządził uśmiech innego możnowładcy i, jak przynajmniej niektórzy z nas doskonale pamiętają, sprawiał, że kombajn przestawał się zżymać, tokarka porzucała upór i zaczynała służyć robotniczej klasie (tak to mniej więcej wyglądało w słynnym wierszu Tadeusza Urgacza) – dziś zaś jeden uśmiech innego kremlowskiego władcy wystarczy, by świat zamarł w podziwie, a polska „klasa polityczna” zaczęła klaskać, a nawet kucać z wrażenia. Swoją drogą Putin musi mieć niezły ubaw, skoro na parę jego górnolotnych stwierdzeń od razu trzęsie się ziemia, przynajmniej nad Wisłą.

Ziemia zresztą nie bez powodu się trzęsie, bo trudno powiedzieć, byśmy obecnie mieli jakichkolwiek poważnych militarnych sojuszników i byśmy stanowili gospodarczą potęgę; zresztą w sferze naszych sukcesów ekonomicznych możemy spokojnie wystawić jakąś sowitą nagrodę min. Gradowi, który chyba przebił wszystkich dotychczasowych ministrów, jeśli chodzi o robienie czegoś z niczego, choć może nie z miną pokerzysty, a wesołego Jasia, który bawi się świetnie nawet wtedy, gdy wszyscy naokoło go robią w konia. Ziemia się trzęsie, ponieważ nasze „elity polityczne” widzą Moskwę, Kreml i „matkę Rosję” przez powiększające okulary, więc jak już spojrzą na wschód, to ukazuje im się albo niezwyciężona armia czerwona, albo niezmierzone połacie syberyjskie.

Stańmy jednak na jakimś twardszym gruncie. Czy Putin ma coś wspólnego z sowietyzmem? Nie miał i nie ma. Wprawdzie służył w KGB, lecz było to dawno i nieprawda, wprawdzie jako prezydent uznał likwidację ZSSR za największy błąd XX wieku, wprawdzie za swojej prezydentury udało mu się zorganizować państwo bezpieczniackie w nowoczesnym stylu (vide relacje Litwinienki czy Politkowskiej) i zrekonstruować symbolikę charakterystyczną dla „Kraju Rad”, nie ma też najmniejszych wątpliwości, że jako premier to on jest głową państwa, a nie Miedwiediew, ale ale – to wszystko są jaja i przecież nasze „elity polityczne” nie muszą tego wszystkiego traktować zbyt poważnie, skoro Polska w swoim domu stoi i nie wadzi przecież nikomu. W związku z tym, rozpoznawszy międzynarodową sytuację, Putin proponuje polskiemu establishmentowi deal XXI wieku – dla jednych, czerwonogłowych i lewosercych, byłby to piękny powrót do przeszłości (ojczyznę wszak ma się jedną ze stolicą w Moskwie), dla drugich byłby to wyraz pragmatycznego łączenia się z silnym sąsiadem, który przylgnął do nas od tylu lat, że właściwie czasy, kiedy Rosjanie nie pilnowali naszych spraw, nikną w mrokach niepamięci. Czy Polska w objęciach Rosji nie byłaby bezpieczna? Jeszcze jak. Dokładnie tak jak w Układzie Warszawskim.

Na listach agitacyjnych PZPR-u roku pamiętnego 1989 r. było ponoć m.in. hasło „Nasze wady już znacie, was nie oszukamy”. Z takim samym hasłem powinni teraz wystąpić Rosjanie, zaś polska „klasa polityczna” powinna mu zdecydowanie przyklasnąć, ponieważ co jak co, ale Rosjan to znamy aż za dobrze. Proszę jednocześnie zauważyć, że zbliżenie Polski do Rosji przyjęte zostałoby z wielką aprobatą w całej postępowej Europie, gdzie po dziś dzień uchodzimy za przeklętych rusofobów, którzy, mimo że Ruscy przez długie dziesięciolecia balowali sobie u nas, jak lis w kurniku, wciąż nie jesteśmy zaakceptować „rosyjskiej duszy” i czerwonoarmijnej fantazji. Mało tego, takie zbliżenie zlikwidowałoby nasze problemy energetyczne (cholerne dylematy z dywersyfikacją – kto ma do tego głowę?), że o militarnych nie wspomnę (Legnico, szykuj się ponownie). Przede wszystkim zaś ustałyby głupawe spory, czy w Polsce obalono komunizm, czy nie oraz co przez kogo tak naprawdę zostało powalone, a co wzmocnione, nagle bowiem by się okazało, że hasło „Soviets go home” jest nieaktualne, przestarzałe i śmieszne, bo starzy, dobrzy sowieci, znowu są u siebie i znowu brudzia piją z Ziutkiem, Włodkiem, Olkiem czy innym Mańkiem, w kraju węgla i stali, ludziom zaś żyje się lepiej i weselej, jak za dawnych czasów.

26 sie 2009

O pisaniu historii

Nie możemy mieć pretensji, że Niemcy i Rosjanie piszą po swojemu historię – także naszego kraju, bo 1) robili i robią to już od bardzo dawna (więc i nie od dziś o tym wiemy), 2) historię pisze się wtedy, kiedy się ma na nią jakiś wpływ, tzn. kiedy panuje się nad tym, co na poziomie społeczno-politycznym oraz geopolitycznym dzieje się w odniesieniu do danego kraju. Jeśli bowiem dany kraj stanowi coś w rodzaju korka na wodzie, mówiąc bardzo obrazowo, to nic dziwnego, że fale dookoła, rzucają go tam, gdzie chcą.

Co by nie powiedzieć o Niemczech i Rosji, to są to kraje (i zamieszkują je nacje), które w przeciągu ostatnich dwóch dekad złapały historię za twarz, trzymają i nie popuszczają. Niemcy stali się państwem zjednoczonym po blisko półwieczu, Rosja – mimo wprowadzenia wielopaństwowego obozu koncentracyjnego – zachowała nie tylko wpływy w byłych krajach satelickich, ale i stała się równorzędnym partnerem dla Zachodu i USA, których czołobitność wobec Moskwy prześcignęła już dawno to, co wyrabiał choćby J. Carter czy inni zwolennicy „odprężenia” za czasów zimnej wojny. Oba wspomniane kraje (i nacje) sąsiadujące z nami i co jakiś czas – jak pokazuje historia - nas próbujące całkowicie podbić, jeśli nie zgładzić, wyszły zwycięsko z zimnej wojny i obecnie można je uznać za głównych „regulatorów” porządku europejskiego. Jak niebezpieczna jest to znowu dla Polski sytuacja, tego dowodzą nie tylko coraz śmielsze, zupełnie niezawoalowane gesty o charakterze polityczno-historycznym wobec naszego kraju i nas samych jako polskiego narodu, ale i pogłębiająca się współpraca rosyjsko-niemiecka i unijno-rosyjska, że o kooperacji między NATO a Rosją nie wspomnę.

Przepoczwarzenie się komunizmu zwane pierestrojką możliwe było pod paroma podstawowymi warunkami: 1) że zrzucony zostanie nieznośny gorset ideologiczny sowieckiego systemu, 2) że zachowane zostaną wpływy Bezpieki i wojskówki, 3) (najważniejsze) że „wolny świat” w żaden sposób nie będzie ingerował w ten proces ani, tym bardziej, usiłował doprowadzić do jakiegoś generalnego rozliczenia ludzi, którzy stworzyli wielopaństwowy obóz koncentracyjny. Sowieciarze mogli tłumaczyć to w ten sposób, że skoro sami dokonują „demontażu systemu”, to nikt nie ma prawa ich traktować tak, jak potraktowano narodowych socjalistów po ich rozgromieniu pod koniec II wojny światowej. Sowieciarze więc zachowali się jak seryjny morderca, który w pewnym momencie odkłada broń i ogłasza w ten sposób policji, że jest niewinny (gwoli ścisłości, odkłada broń, ale się jej całkiem nie pozbywa). „Wolny świat” zachował się zaś jak policja, która widząc poddającego się zbrodniarza, puszcza go wolno, udzielając najwyżej krótkiego pouczenia.

Nie trzeba być znawcą historii, by wiedzieć, że takie załatwianie spraw naprawdę wielkiej wagi (w końcu system komunistyczny był o wiele bardziej zbrodniczy od narodowo-socjalistycznego) to pozostawienie na świecie tykającej bomby. Gdyby tego było mało, to przecież właśnie Rosję wyznaczył „wolny świat” na głównego (po „demontażu systemu”) decydenta o sprawach niemieckich i środkowoeuropejskich, z czego Moskwa skwapliwie skorzystała. To z kolei trochę tak, jakby seryjnego mordercę włączyć do policji. Oczywiście głupotą byłoby z tych wszystkich powodów mieć jakieś „ale” do Rosji, Kremla i zasiadających tam (od czasów Lenina właściwie) bezpieczniaków – w końcu wykorzystali oni swoją szansę możliwie najlepiej i nigdy specjalnie się nie kryli z tym, że zachodni porządek mają za coś godnego pożałowania, jeśli nie pogardy (co Zachód przyjmował całymi latami z podziwu godną wyrozumiałością dla „rosyjskiej duszy” i bezpieczniackiej fantazji). Jakieś „ale” można by mieć do „wolnego świata”, aczkolwiek można się zastanawiać, czy po Apokalipsie, jaka przyszła na ziemie polskie (czy szerzej, środkowo-wschodniej Europy) w okresie II wojny, ów „wolny świat” nie uznał, że nastąpił zwyczajnie koniec pewnych, powiedzmy, tworów politycznych oraz narodów i „tamten cały region” to nowa „terra incognita”, na której może sobie hulać rosyjsko-sowiecki żywioł, jak tam sobie chce. Idąc dalej tym tropem myślowym – Zachód mógł traktować zupełnie instrumentalnie rozmaite buntownicze wystąpienia w krajach koncentracyjnego obozu sowieckiego, uznając te bunty za osłabiające Rosję, której ekspansji „wolny świat” mimo wszystko bał się, jak cholera, troszcząc się, rzecz jasna, o własną, nie o naszą skórę.

Polska nigdy po II wojnie nie była (i niewykluczone, że nie będzie – w końcu przez prawie 20 lat rządzi u nas w rozmaitych konstelacjach „partia zagranicy”) dla Zachodu ważniejsza od Rosji. Ta prawda jest smutna i okrutna. Tylko jednak w ten sposób można uzasadnić to, że uznano w/w „warunki” Rosji w demontażu wielopaństwowego obozu koncentracyjnego, a zatem, iż nie zezwolono na osądzenie komunizmu i skazanie osób winnych praktyk ludobójczych (od eksterminacji po psychiatrię represyjną) w analogiczny sposób, jak dokonała się likwidacja narodowego socjalizmu. Wprawdzie na małą skalę w niektórych krajach dokonano rozliczeń, miały one jednak w ogólnym obrazie „końca komunizmu” (jak można to ocenić z dzisiejszego punktu widzenia) charakter bardziej symboliczny niż realny, a czasem (jak np. w Rumunii) stanowiły jedynie wyraz walk w środowisku bezpieczniaków, którzy dostrzegali już na horyzoncie jutrzenkę nowego ładu społecznego (z tychże bezpieczniaków czynnym udziałem). Z tym pozostawieniem wolnej ręki Kremlowi w „historycznych przemianach” wiązało się również to, że „wolny świat” nie wystąpił (nie tylko wobec Polski) z żadną poważną ofertą ekonomiczną, militarną i instytucjonalno-prawną zaraz po „obaleniu komunizmu”, tylko przyglądał się, co będzie dalej. Wnet zresztą, tj. gdy doszło do zjednoczenia Niemiec, to sprawy niemieckie stały się dla „wolnego świata” ważniejsze od polskich. Może jeszcze, gdy w pierwszej połowie lat 90. wybuchł pucz w Moskwie, to Zachód, jak za dawnych czasów zatrząsł porządnie portkami, obawiając się, że cały „demontaż” może szlag trafić, ale gdy się okazało, że nic poważnego się nie stało, „ochom” i „achom” na temat Rosji i (po odejściu Jelcyna) Putina nie było końca. Widać to po dziś dzień, gdy toleruje się „niedostatki demokracji rosyjskiej”, udział Bezpieki w zamachach terrorystycznych, stosunek do Czeczenii, Gruzji oraz krajów byłego „bloku”. Rosja rules, mówiąc krótko.

Tak więc zaraz po „obaleniu komunizmu” Niemcy z Rosją zabrały się na nowo za pisanie historii, a dzisiaj my możemy jedynie drapać się po łbie, jak Stiopa grany w słynnym skeczu Pszoniaka z Fronczewskim.

24 sie 2009

Dezintegracja

Gdzie te czasy, kiedy na s24 obok siebie można było znaleźć katarynę, Danza, Yarroka, Marylę, Rolexa, Foxxa, Aspirynę, michaela, Unicorna, Rekontrę, tada9 etc.? Wydają się one odległą, mglistą przeszłością. Może jeszcze akcja z chamską deanonimizacją kataryny przeprowadzoną przez redakcję pewnej gazety na de, której naczelny kazał się całować w de, stanowiła jakiś wspólny dla wielu stron punkt odniesienia, lecz otrząśnięcie trwało krótko i dziś też już nikt o nim nie pamięta.

Przez to, że ostatnie tygodnie spędziłem głównie na wakacyjnym wojażowaniu i życiu z dala od Sieci, to może jest mi łatwiej spojrzeć na pewne sprawy, a może też moje własne, nie ma co kryć, bardzo przykre doświadczenie z s24 i startowaniem z POLIS MPC (grudzień 2008), jakoś pomagają połączyć rozmaite wątki w całość. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że zarówno s24, jak i cała wartościowa część blogosfery przeszły poważną, skomplikowaną metamorfozę na przestrzeni ostatnich lat, polegającą na tym, że nastąpiła tak daleko idąca atomizacja środowiska ludzi mających coś sensownego do powiedzenia, iż można czekać dnia, gdy obszar debaty publicznej, w którą tyle osób z głową na karku było zaangażowanych, zamieni się nie tyle w klub brydżystów (gdzie każdy stolik zajęty jest własną grą), co klub szachistów-indywidualistów, gdzie każdy gra sam ze sobą, wertując książkę ze strategiami.

Ta perspektywa nie jest ani odległa, ani absurdalna. Nie chcę już wchodzić w powody emigracji tak wielu publicystów i komentatorów z s24, jak i powody, dla których ze środowiska emigracyjnego wytworzyło się wnet kilka grup blogerskich, które wzajemnie oskarżają się o najgorsze i w ogóle nie chcą siebie znać. Animozje te ujawniły się szczególnie przy okazji niedawnej akcji pacyfikującej osoby reprezentujące Blogmedia24 i doprawdy z ubolewaniem patrzyłem na to, jak ludzie kiedyś walczący ramię w ramię nagle sami okładają się pałami, jak w jakimś szale. Moim zadaniem nie jest dociekać kto kogo w jaki sposób i czym dotknął, kto komu jak za skórę zaszedł i kto komu jest winien przeprosiny – pragnę jedynie wskazać na parę rzucających się w oczy zjawisk, które świadczą o tym, że nie mamy do czynienia z procesem spontanicznym i przypadkowym.

Nie od dziś piszę o tym, że jednym z podstawowych, jeśli nie najważniejszym problemem polskiej współczesności jest to, że niemożliwa wydaje się do odtworzenia wspólnota narodowa. Sternicy przemian – ludzie, którzy uznali, że na kompromisie z sowieciarzami można zbudować wolne, niepodległe i nowoczesne państwo – pilnują na wszelkie sposoby, by nie zawiązywały się więzi międzyludzkie o charakterze narodowym. Zauważmy, jak wielką karierę zrobiło w III RP (oczywiście dzięki salonowym mędrkom) określenie „społeczeństwo obywatelskie”, a z jaką niechęcią, jeśli nie pogardą, przywoływany jest zwrot „naród polski” czy „polska wspólnota narodowa”. O tym, że mamy do czynienia z postpeerelem czy nawet neopeerelem świadczy przeniesienie z okresu komunistycznego i udoskonalenie przez establishment mechanizmów skłócania ludzi (pozwalających na blokowanie zawiązywania się więzi). Mechanizmy te były widoczne już u zarania neopeerelu, gdy nie chciano wprost słyszeć o rozliczeniu komunistów i gdy sumiennie dbano o to, by ich lądowanie w „nowej rzeczywistości” było miękkie, czyli by komunistom żyło się lepiej w obecnej Polsce niż w „Ludowej” (!). Zalegalizowanie sowieciarzy jako pełnoprawnych uczestników życia społecznego, politycznego i ekonomicznego nie mogło nie podtrzymać (i zaognić) antagonizmów istniejących w polskim społeczeństwie jeszcze za poprzedniego reżimu, kiedy przecież widziało się na własne oczy, jak się powodzi ludziom związanym z czerwoną nomenklaturą. Kolejnym mechanizmem generującym w III RP trwały konflikt społeczny było zamykanie ust osobom czy grupom domagającym się budowy państwa na zdrowych fundamentach. Twierdzono, że taka (tzn. w istocie postkomunistyczna) ma być Polska, że „miłosierdzie wymaga”, by się „nie mścić”, że w szeregach sowieciarzy było pełno fachowców i nie można ich odstawiać na boczny tor, że nie można dyskryminować, i głoszono z całkowitą powagą tym podobne banialuki. To również nie mogło nie wywoływać antagonizmu (znów – przeniesionego z okresu peerelowskiego, kiedy to krytyka monopartyjnej nomenklatury była niedozwolona).

Oprócz jednak tych mechanizmów o skali, by tak rzec, globalnej (makrospołecznej), wprowadzono subtelne mechanizmy mikrospołeczne, generujące konflikty w skali wewnątrzgrupowej czy wewnątrzśrodowiskowej. Pilnowano tego, by pozostawały we wzajemnym (śmiertelnym zwykle) skłóceniu najrozmaitsze ugrupowania prawicowe i to skłócenie pokazywano potem jako dowód „obłędu zoologicznych antykomunistów” czy permanentnej niezdolności tychże ugrupowań do zajmowania się polityką na serio. Nie muszę dodawać, że w ten sposób tworzono przedpole do twórczych działań (powracających na ministerialne stołki zawsze w glorii chwały) komunistów, dla których władza jest żywiołem, odkąd do niej po trupach doszli z armią czerwoną. Te mechanizmy znakomicie funkcjonują przy próbie (przynajmniej częściowego) zrekonstruowania wspólnoty narodowej dzięki wykorzystaniu Internetu.

O tym, że blogosfera stanowi dla twórców i gloryfikatorów pseudodemokracji, czyli dla sterników, istotne zagrożenie, wiemy od lat i mamy na to wiele dowodów. Pewne też było od dawna, że (po okresie systematycznego lżenia, dezawuowania etc. co poważniejszych blogerów przez „komentatorów” czy innych publicystów z Bożej łaski) wcześniej czy później dojdzie do frontalnego ataku przeciwko niezależnym blogerom, ponieważ mimo rozdrobnienia na małe wspólnoty, blogosfera wciąż wykazywała się wpływem na opinię społeczną. Różne robiono podchody, w końcu w ramach „walki z chamstwem” rozmaite chamy w białych kołnierzykach zabrały się za rozwałkę kataryny, a przy okazji i innych blogerów. Ta akcja jednak okazała się tylko połowicznym sukcesem (zdemaskowanie blogerki a odejście paru głośnych redaktorów z gazety na de), między innymi dzięki temu, że przynajmniej część mainstreamu (także s24) opowiedziała się po stronie blogosfery. Z perspektywy czasu można jednak się zastanawiać (tego rodzaju wątpliwości zgłaszali niektórzy obserwatorzy już wtedy), czy faktycznie chodziło owej części mainstreamu o obronę bogosfery, czy raczej o walkę z redakcją gazety na de, której naczelny kazał się całować w de. Do takiej refleksji skłania kolejna, tym razem frontalna wojna z blogosferą, osnuta wokół prób zorganizowania uroczystości urodzinowych p. A. Walentynowicz – wojna w której s24 wziął tym razem czynny udział (wywalenie Maryli, 1Maud, Franka – być może wnet i Foxxa). Nie wchodzę tu w szczegóły, powiem tylko co się najbardziej rzuca w oczy. Po pierwsze, media, które przez długie lata neopeerelu wieszały ostatnie psy na Walentynowicz, naraz stanęły w jej obronie przed blogerami ukazanymi jako osoby nie tylko niepoważne, szukające wyłącznie własnego poklasku (skąd my to znamy), ale i jako oszustki/oszuści, jeśli nie złodzieje. Na kilometr widać było, że chodzi o zdyskredytowanie blogosfery, nie zaś o obronę czci Walentynowicz. To że akurat poszło o BM24 też nie było przypadkiem, bo to przecież to środowisko zorganizowało znakomitą, poruszającą konferencję dotyczącą 4 czerwca 1989 r. z udziałem Fedyszak-Radziejowskiej, Olszewskiego, Macierewicza, Michalkiewicza itd.

Po drugie (i to jest clue mojego wystąpienia), wyjątkowo zdumiewające jest to, że dezintegracja środowiska ludzi mających coś sensownego do powiedzenia zachodzi w obszarze generowanym przez medium służące chyba najbardziej wszechstronnej (z dotychczasowych) formie komunikacji. W pewnym momencie ktoś po prostu ucina dyskusję i nie chce rozmawiać, a przecież bez otwartej i szczerej rozmowy niemożliwe jest wyjaśnienie niczego. Niepoprawni.pl nie rozmawiają z BM24, BM24 z Blogpressem itd., a I. Janke (wraz z adminami) wywala nagle paru autorów s24, nie próbując nawet się upewnić, czy racja leży po jego (i administracji) stronie.

Jest coś złowrogiego w tych (zachodzących już dostatecznie długo, by ich nie dostrzegać) procesach dezintegracyjnych. Nie chodzi mi o to, że komuna i postkomuna na tym wygrywa, bo to oczywiste (zresztą środowisko komunistyczne jest największym zwycięzcą „obalenia komunizmu”). Chodzi o to, że osoby – zdawałoby się – walczące o to samo, nie tylko nie są w stanie ze sobą współdziałać, nie tylko nie są w stanie jakoś odłożyć na bok animozji, które zawsze się między ludźmi pojawiają (lecz które przecież są do pokonania przy odpowiedniej dozie dobrej woli), ale przede wszystkim nie potrafią ze sobą normalnie, spokojnie się skomunikować, choć wymaga to tak niewiele. W sytuacji więc, w której naszym psim obowiązkiem jest rekonstruować wspólnotę narodową, odbudowywać polską kulturę i wzmacniać polską świadomość narodową, niemal wszystkie inicjatywy na prawicy ulegają stopniowej dezintegracji i deprecjacji, można dojść do przekonania, jakby w kółko realizowany był ten sam scenariusz.

Ludzie dobrej woli działający na prawicy nie mają chyba do końca świadomości, jak wielkim wrogiem rzeczywistych przemian w Polsce jest komuna i postkomuna, i że są ważniejsze sprawy do załatwienia w tym kraju aniżeli „stawianie na swoim” w takim czy innym sporze wewnątrzśrodowiskowym. Innymi słowy, trzeba wiedzieć, że tylko działania na rzecz integracji środowisk (dążących do zakończenia epoki postkomunistycznej) i kooperacji w walce ze wspólnym wrogiem mają sens i wartość, albowiem działania pogłębiające rozpad tychże środowisk służą wyłącznie utrwaleniu status quo, w jakim gnijemy od 20 lat.


http://foxx.salon24.pl/119921,odpowiedzialnosc-cywilna-i-zyczliwi
http://rosemann.salon24.pl/121426,choc-nie-wierze-ze-to-cokolwiek-zmieni-bm24
http://dodam.salon24.pl/121446,na-marginesie-sporu-z-bm24

22 sie 2009

O marnowaniu szans


Nie dziwię się prof. Z. Krasnodębskiemu, który twierdzi, że straciliśmy historyczną szansę na „wzmocnienie naszej pozycji i w miarę samodzielną politykę w Europie”. Owszem, gabinet ciemniaków stanowi jakiś wyjątkowy zestaw wybitnych reprezentantów ludzkiej indolencji i nie trzeba było ostatnich dwóch lat, by dostrzec, że ci ludzie poza graniem w piłkę i uśmiechaniem się do kamer nie potrafią więcej nic – jednakże podrzędna rola Polski była od początku wpisana w historię „transformacji” ustrojowej. Cudzysłów jest tutaj uzasadniony choćby z tego względu, żeby oddać specyfikę przekształceń, które sprawiły, że nie tylko poprzedniego ustroju nie rozliczono (bo i nie zamierzano rozliczyć), nie tylko utrwalaczy władzy ludowej uczyniono (obok nowej nomenklatury) głównymi beneficjentami „przemian”, ale – co dziś już widać gołym okiem – doprowadzono do sytuacji, w której (już nie pezetpeerowska, bo tym się mało kto przejmuje) esbecka a nawet zomowska przeszłość nie stanowi żadnego problemu na drodze do kariery na najwyższych stanowiskach. Doszliśmy więc do punktu, w którym to, czy ktoś pałował, czy był pałowany nie robi establishmentowi większej różnicy (a kto wie, czy wielu naszym rodakom także), ba, ten pałujący może się okazać lepszym fachowcem niż pałowany. Ten ostatni wszak może wciąż, prawda, oglądać się jak frustrat wstecz i rozdrapywać swoje rany – ten pierwszy zaś to okaz człowieka silnego, zdeterminowanego, który do administracji państwowej nadaje się, jak znalazł.

Szczerze mówiąc to nawet żałuję, że zomowców nie zaproszono po prostu do obecnego rządu, przynajmniej na kilka ze stanowisk, w ten sposób powstałaby piękna klamra – od premiera Kiszczaka, któremu nie udało się, niestety, skompletować gabinetu w 1989 r. do dobrego zomola, który do rządu trafił, dajmy na to, na szefa MSWiA w 2009 r. Czego chcieć więcej? Zresztą, wszystko przed nami. A co za nami? Przede wszystkim to, że silna i samodzielna Polska nie była w planach nie tylko naszych najbliższych sąsiadów (im właściwie trudno się dziwić, nie leży i nigdy nie leżało to w ich interesie) ani nawet (to już wiemy od II wojny światowej) Anglosasów czy Francuzów (z Amerykanami to na dwoje babka wróżyła), lecz olbrzymiej większości „gabinetów” rządzących naszym krajem. Gdyby była w planach, to by jej budowa się zaczęła od stawiania zdrowych fundamentów, nie zaś od wbijania pali w bagno.

Patrząc z perspektywy czasu i nawiązując do książek Golicyna, to można dojść do wniosku, iż pierestrojka stanowiła doskonałe pod wszystkimi względami, strategiczne rozwiązanie problemów ekonomicznych i społecznych bloku sowieckiego, zapewniła bowiem przetrwanie bezpieczniackiego status quo, a jednocześnie przyoblekła stary sowiecki porządek w nową szatę pseudodemokracji, której krytykowanie traktowane jest tak samo, jak swego czasu „podważanie zasad ustroju socjalistycznego”. W pseudodemokracji z kolei wiele rzeczy konstruuje się na wzór zachodniej demokracji (np. „wolne media”, „wolne wybory”, „samodzielne gabinety”), co nierzadko przyjmuje postać autoparodii, jak widać po obecnym rządzie, w którym ciężko znaleźć kogokolwiek, kto nadawałby się do poważnego traktowania (już nawet nie jako polski polityk, lecz po prostu jako państwowy urzędnik). Jednakże tego rodzaju perwersja, tj. tworzenie rządów składających się z nieudaczników czy clownów, świadczy o tym, że fundatorzy przemian w bloku sowieckim, których (fundatorów) cień pada niemal na wszystkie gabinety od 1989 r., zaczynają się bawić sterowaniem rzeczywistością społeczno-polityczną tak jak dobry rowerzysta jazdą ze splecionymi na piersiach rękami. Sprawa Olewnika pokazuje do jakiego stopnia skorodowana jest struktura państwa, a przecież to jedna z wielu odsłon polskiej praworządności. Niedawna, głośna historia z gen. Skrzypczakiem pokazała do jakiego stopnia ta korozja dotyczy sił zbrojnych. Najśmieszniejsze jest jednak to, że głosy oburzenia podniosły się na wojskowego protestującego przeciwko indolencji i tępocie urzędników (nawet dr M. Migalski popisał się swoją propozycją dymisji Skrzypczaka), nie zaś przeciwko całkowitej i wprost przerażającej niekompetencji Klicha etc. Co więcej, zmarnowano okazję, by poddać w wątpliwość całą naszą (jako państwa) działalność wojskową poza granicami Polski. Ja po dziś dzień nie wiem, co nam po misji w Iraku, a tym bardziej po misji w Afganistanie. Przy tej filozofii polityki, jaką prezentuje gabinet ciemniaków, tj. redukowaniu i samej armii, i wydatków na nią, właściwie za jakiś czas do obrony kraju pozostaną nam chyba tylko firmy ochroniarskie, no ale może o to chodzi. Poza tym, czy będzie jeszcze coś wartościowego do obrony?

Strategiczny sojusz niemiecko-rosyjski, o którym wspomina Krasnodębski, zawiązał się już w 1990 r., nie zaś w drugiej połowie lat dwutysięcznych (można zresztą zasadnie powątpiewać, czy ten sojusz nie ma dłuższej historii), toteż jesteśmy już nim zupełnie oswojeni. O wiele większym jednak problemem jest partia zagranicy, która w rozmaitych konstelacjach administruje Polską prawie bez przerwy od 1989 r. Choćbyśmy mieli nie wiem jak przychylnych sąsiadów i nie wiem jak znakomite warunki geopolityczne, to z partią zagranicy jesteśmy zawsze skazani na historyczną porażkę.


http://www.rp.pl/artykul/61991,352163_Krasnodebski__Nasza_szansa_minela.html
http://www.rp.pl/artykul/2,352339_Niezatapialny_.html
http://migal.salon24.pl/120548,najpierw-dymisja-skrzypczaka-potem-klicha

20 sie 2009

Między nadzieją a beznadzieją

Powiadają, że im dalej w las, tym więcej grzybów, lecz w przypadku polskich dziejów - im dłużej żyjemy, tym mniej wiemy, sądzę. Tak już od paru tygodni, krążąc wakacyjnie po kraju i oglądając naszych rodaków „live”, zastanawiam się nad kondycją współczesnej Polski (no i polskiego społeczeństwa) i określenie „dezorientacja” wydaje mi się najbardziej trafne do oddania istoty problemu. Stan dezorientacji przeciętnych Polaków nie bierze się jednak znikąd, gdyż to, co myśli „zwykły człowiek”, stanowi jakiś refleks tego, co głoszą ludzie „na górze”. Jeśli zaś ci ostatni są zdezorientowani (widać to choćby po świeżym tekście K. Kłopotowskiego), to można powiedzieć, iż krążymy w jakiejś próżni kulturowej między nadzieją a beznadzieją (lub odwrotnie). Co do dezorientacji ludzi myślących, to oczywiście może się ona wyrażać na wiele sposobów – nie tylko taką idiosynkrazją, jaką do „czarnych wizji Polski” (a la K. Ligęza) zapałał red. Kłopotowski, dostrzegając nagle jasne strony sowietyzacji naszego kraju, ale też idiosynkrazją do wszystkiego niemalże, co się dzieje we współczesnej kulturze polskiej. Tę ostatnią zaprezentował T. Korzeniewski w zaskakującym tekście kwestionującym sensowność i celowość polskiej blogosfery. Korzeniewski, patrząc z oddali, sądzi, że widzi więcej, dokładniej i wyraźniej, ja zaś uważam (nie trzeba zresztą dogłębnej znajomości książek z optyki), że im dalej się ulokujemy od obiektu obserwacji, tym bardziej jego obraz może się nam zamazać w polu widzenia.

Jeśli tacy ludzie jak Korzeniewski nie widzą właściwie żadnych korzyści kulturowych w tym, że istnieje blogosfera, to czy jest jeszcze sens publikowania on-line? Poza tym Korzeniewski zarzuca blogosferze „brak myśli” (skąd my to znamy), co jest znakomitym potwierdzeniem tezy, że z oddali widać dużo mniej niż z bliska. Zresztą wrzucanie wszystkich blogerów do jednego wora, a następnie mielenie ich na wióry, to już przerabialiśmy i to całkiem niedawno przy okazji debaty na temat „chamstwa w Sieci”, którą to debatę wywoływały i nadzorowały portale wprost słynące z tolerowania chamstwa. By the way, polskie państwo policyjne szykuje teraz plan totalnej inwigilacji internautów, więc będzie można wszelkich „chamów” (zwłaszcza takich jak A. Ścios) zwalczać przy pomocy porządnej pałki. Do takiego skutecznego zwalczania chamstwa zresztą III RP jako kontynuatorka peerelu zmierza już od wiekopomnego porozumienia „partii ludzi mądrych” z sowieciarzami, a więc blisko 20 lat.

Wróćmy jednak na chwilę do Korzeniewskiego, który zarzucając blogerom jałowość, sam zapewne werbalizuje myśli ożywcze dla naszej kultury. Jedną z nich znalazłem w jego tekście o prawicy, w którym postuluje bardzo egzotyczny sojusz „ponad podziałami”:

„Jest znakomity teren integrujący polską lewicę z polską prawicą i polską prawicę z polską lewicą i jest to bezdyskusyjna i otwarcie głoszona zgoda żeby zachować etniczne podstawy narodu polskiego.”

I nieco dalej:

„Na to polska klasa intelektualna nie jest jeszcze gotowa, potrzeba 15-20 lat i buntu tzw. zwykłego Polaka przeciwko agresjom imigracyjnym odmiennych grup etnicznych, które niewątpliwie będą miały miejsce, Schengen itd.”

Już kiedyś się zabierałem do polemiki z tym tekstem, ale zrezygnowałem, teraz jednak, na tle moich wakacyjno-urlopowych refleksji, nadarza się okazja. Jeśli to, co pisze Korzeniewski, miałoby być propozycją zgłaszaną na serio przez dojrzałego w końcu pisarza, to świadczyłaby nie tylko o tym, że z oddali widać coraz słabiej, ale i że nie widać już prawie nic. Korzeniewski wydaje się bowiem nie rozumieć tego, że (wbrew temu, co dominuje w kulturze żydowskiej) polska kultura nie ma charakteru etnicznego i zupełnie czym innym jest tworzenie państwa na gruncie trybalistycznym, a więc więzi plemiennych, czemu Żydzi są wierni od wielu wieków po dziś dzień, a co innego na gruncie kulturowym, który w przypadku Polaków w olbrzymiej mierze związany jest z katolicyzmem (także odrzucającym etniczność jako punkt wyjścia - „nie ma Żyda, nie ma Greka”). Właściwie nie powinienem dodawać tego, że I RP miała charakter wieloetniczny i że w polską kulturę wkład miało wielu Polaków żydowskiego pochodzenia czy też w ogóle przedstawicieli innych narodowości. Wspominam o tym wszystkim, choć są to rzeczy powszechnie znane, ponieważ chcę podkreślić, że etniczność nie tylko nie może być żadnym ideałem wiążącym strony ideowego konfliktu dotyczącego Polski, ale też nie powinna być. Pojęcie polskiej kultury (paradoksalnie) ma szerszy zakres aniżeli pojęcie polskości i to właściwie rozumiana polska kultura stanowi istotny fundament normalnego polskiego państwa, którego przez 20 lat nie udało się „elitom” zbudować.

Rozumiem Korzeniowskiego w tym wskazywaniu na zagrożenia ze strony „obcych nacji”, ale – na litość boską - przecież nie tylko komunizmu, ale i postkomunizmu w Polsce nie instalowali wyłącznie przedstawiciele innych niż polska grup etnicznych. To w olbrzymiej mierze Polacy Polakom „gotowali ten los” właśnie. Ideowy konflikt dotyczący Polski jest głęboki z paru powodów m.in. z tego, że część osób uważa, że katolicyzm stanowi balast, którego należy się jak najszybciej pozbyć, zaś część osób uważa, że bez katolicyzmu polska kultura przestanie istnieć. Drugim ważnym powodem jest kwestia komunizmu – dla jednych komunizm był nieco krwawą, ale generalnie intrygującą próbą wprowadzenia „lepszego porządku społecznego”, ale drugich był systemem ludobójczym, który należy rozliczyć i do którego recydywy nie wolno dopuścić. Trzecim wreszcie jest zagadnienie wolności, która w III RP (zgodnie z ideałami neomarksizmu fundującego ideologicznie „Unię Europejską”) jest krojona jak gorset albo nawet jak kaftan bezpieczeństwa, ponieważ nakazuje się Polakom tolerować dewiacje seksualne, wystąpienia antykatolickie, pornografię, eutanazję, aborcję – rzecz jasna dla ich, tychże Polaków, dobra.

Już te trzy powody nie pozwalają do mówienia o przerzucaniu jakichkolwiek pomostów „ponad podziałami”. Dziwię się, że Korzeniewski nie rozumie tego, w czym rzecz – przecież do istoty myśli „lewicowej” należy walka z religijnością, porządkiem społecznym opartym na rodzinie, wolnością przekonań – de facto więc „lewica” zgoła odmiennie widzi i polską kulturę, i samą polskość. Abstrahuję w tym miejscu od dość oczywistego faktu, że dla „lewicy” polska kultura i polskość powinny się roztopić w jakiejś magmie (przed 20 laty była to sowieckość/rosyjskość, teraz zaś jest to neomarksistowsko rozumiana europejskość, wypreparowana w jakichś laboratoriach społecznych, niemająca nic wspólnego ze śródziemnomorską i chrześcijańską tradycją Starego Kontynentu).

Rozgadałem się o Korzeniewskim, a Kłopotowskiego tylko pozornie pominąłem, wszelako, jak pamiętamy, to właśnie ten ostatni nie tak dawno narzekał na „nudę na prawicy”, w jakiejś więc mierze drogi obu tych autorów się zbiegają, zaś tychże autorów dezorientacja (ja nie wiem, jak Kłopotowski może jeszcze przywoływać „masowe nakłady” z peerelu jako dowód na skok cywilizacyjny – w II RP nie było skoku cywilizacyjnego, gdy polscy filozofowie, logicy i matematycy należeli do czołówki światowej?) dziwnie koresponduje z tym kręceniem się w kółko wielu naszych rodaków, którym rząd ciemniaków w niczym nie przeszkadza i właściwie Polską może administrować ktokolwiek, byleby można było jeszcze pohulać – choćby na kredyt – ale zdrowo. Rolex uważa, że olbrzym wnet się obudzi, lecz ja sam nie mam już takiej pewności. Może wnet Polska stanie się nam wszystkim obojętna?


http://klopotowski.salon24.pl/120786,przeciw-prorokom-zaglady
http://tadeuszkorzeniewski.salon24.pl/112170,prawica-w-perspektywie-socjopolityki-xxi-wieku
http://tadeuszkorzeniewski.salon24.pl/120259,kilka-ogolnych
http://www.rp.pl/artykul/2,351244_Czy_to_koniec_anonimowosci_w_Internecie_.html (polskie państwo policyjne in statu nascendi AD 2009)

9 sie 2009

O antypolonizmie

Zwykle antypolonizm widzi się w perspektywie pewnej specyficznej ideologii czy wprost postawy urągającej godności obywateli naszego kraju, jego historii czy kulturze, tymczasem istotą antypolonizmu jest działanie uniemożliwiające ukonstytuowanie się wspólnoty polskiej. W tym sensie antypolonizm pozwala jednoczyć się przedstawicielom rozmaitych opcji politycznych, a nawet ludziom bez jakichś skrystalizowanych poglądów, czyli zarówno wyrachowanym cynikom, którzy w każdym ustroju są w stanie tę samą nędzną, niszczycielską robotę wykonywać i dobrze się z tym czują, jak i pospolitym chamom, dla których ani Polska, ani wspólnota narodowa nic nie znaczy, gdyż ważne jest, by mieć kasę, nażreć się i nachlać, a czy ta kasa jest w rublach, „bonach towarowych PKO”, markach czy euro, to już bez znaczenia.

Jeśli ujmiemy antypolonizm właśnie w tym znaczeniu, w jakim podałem wyżej, to zarazem łatwiej nam będzie zrozumieć to, dlaczego III RP swoje korzenie (fundamenty, złoża kopalniane, minerały, bogactwa kulturowe itd.) ma w peerelu, a nie w II RP, dlaczego polski patriotyzm, postawa dumy narodowej i czerpania z najważniejszych historycznych wydarzeń są konsekwentnie zwalczane i/lub wyszydzane na wszelkie możliwe sposoby, dlaczego panuje kult „małej stabilizacji” („ciesz się z tego, co masz”), a także dlaczego utrwala się polityczna poprawność jako neomarksistowskie widzenie świata (i porządku) społecznego – wszystko to bowiem idealnie współgra z istotą antypolonizmu. Co więcej, antypolonizm dzięki swej plastyczności czy elastyczności pozwala wziąć się do roboty każdemu, kto tylko odczuwa obrzydzenie do Polski i polskości – bez względu na to, czy będzie to osoba o zdolnościach literackich, która, by trafić na salony, wgryza się w mądrość etapu i pisze tak, by politpoprawny salon wypromował, wynagrodził i jeszcze „za granicę” do tłumaczeń wypchnął, czy będzie to zwykły budowlany robotnik, który z racji tego, że pracuje na polskiej budowie i dla swojego rodaka, to będzie oszukiwał, robił bylejak, a potem domagał się normalnej zapłaty (w poczuciu sprawiedliwości, oczywiście), ponieważ wychodzi z założenia, że uczciwie pracować można tylko u Niemca czy Angola, zaś w Polsce uczciwie robią tylko frajerzy. „Dlaczego mam pracować uczciwie dla gościa, co łopaty do ręki nie weźmie, tylko se siedzi w książkach albo przy komputerze i jeszcze z tego pieniądze ma? I jeszcze rozkazy daje, i pogania”, myśli sobie robotnik i dzieli się swoimi refleksjami z „brygadą”, która, rzecz jasna, przyznaje mu rację.

Obrzydzenie do Polski i polskiej wspólnoty może mieć więc formę „estetyczną”, jaką przyjmuje na łamach całej postkomunistycznej prasy i literatury (od środowisk komunistycznych po różowo-salonowe), ale też zwyczajnie pszenno-buraczaną, gdy właśnie w najprostszych interakcjach między Polakami, jeden drugiego okrada, traktuje z pogardą itd. Co warto podkreślić, ta postawa w żadnym wypadku nie jest przejawiana wobec „nacji lepszych”, a więc wobec – co zrozumiałe (choćby z finansowych względów) - Niemców, Rosjan, oczywiście Francuzów, no i – co jeszcze bardziej oczywiste - nie daj Boże, Żydów; może się zaś zdarzyć, że jakaś „estetyczna” szydera skierowana zostaje wobec obywateli USA czy „imperialistycznej Ameryki” (ta zgrabna fraza wróciła do językowego obiegu po okresie zimnej wojny, tym razem ze słownika zachodnich neomarksistów, a nie sowieciarzy z kremlowskiego namaszczenia).

Antypolonizm ma zarazem intelektualny i praktyczny wymiar – pozwala się wyzewnętrzniać rozmaitym dansingbubkom na raucikach czy spotkaniach towarzyskich, na których pomstowanie na Polskę i Polaków należy do kanonu dobrej zabawy - a zarazem pozwala się realizować zwyczajnej ludzkiej zawiści, podsycanej i w komunizmie, i w obecnych neopeerelowskich warunkach, zawiści, która nie może znieść, że „tamten” ma lepiej, a która wobec tego nakazuje czynić jak najwięcej, by drugiemu Polakowi zaszkodzić. Jeśli nie można tego zrobić wprost (bo akurat zatrudnił mnie przy remoncie albo robi zakupy w moim sklepie), to robi się to poprzez fuszerkę, nieuczciwe rozliczenie się albo zwyczajnie chamskie potraktowanie „klienta” (uprzejmość byłaby przecież „poniżaniem się” - zresztą uprzejmym można być wobec Niemców, Rosjan, Francuzów etc., ale nie Polaków).

Piszę to wszystko na marginesie wypowiedzi prof. Z. Krasnodębskiego oraz B. Wildsteina, chcę bowiem zwrócić uwagę przede wszystkim na to, jak wiele zła dla Polski i naszej narodowej wspólnoty potrafią czynić sami Polacy. Naturalnie, można by się tu spierać, czy powinno się mówić o Polakach, skoro ktoś z premedytacją działa przeciwko Polsce, ale przecież to nie jest tak, że wszystkie te postawy, o których wspominałem wyżej, wiążą się z działalnością agenturalną i to nie jest tak, że ci wszyscy ludzie nie czują się Polakami i nie chcieliby, żeby Polska istniała (choć co do tej ostatniej kwestii, to pewnie jest im to obojętne). To jest raczej tak, że im sprawia przyjemność i radość to działanie na szkodę Polski i/lub rodaków, a ból i upokorzenie, jeśli z Polską i Polakami bywa inaczej.


http://www.rp.pl/artykul/346463.html
http://fakt-opinie.salon24.pl/119221,polacy-moga-swiatu-zaproponowac-glownie-wlasne-miesnie

8 sie 2009

O złożonych osobowościach

Wczoraj, jadąc przez Polskę, słyszałem w Jedynce korespondencję jakiejś pańci, która, stojąc na granicy polsko-ukraińskiej z przekąsem opowiadała o protestujących przeciwko wjazdowi do naszego kraju – jak to ujęła - „dzieci” (sławiących pamięć S. Bandery), a dziś czytam tekst urągający jakiejkolwiek przyzwoitości jakiegoś człowieka z „Newsweeka” (określenia dziennikarz wolałbym nie używać), wpisujący się w ponurą tradycję tych wszystkich głosów (słyszalnych w Polsce od tylu lat) „rozumiejących racje” Ukraińców, Rosjan, Niemców, Żydów itd., ale nigdy Polaków. Nigdy, podkreślam. Wczoraj zresztą paru „korespondentów” i „komentatorów na gorąco”, już nie pamiętam, czy w Trójce, zetce czy innym rmf-ie, przekonywało, że Bandera to „złożona osobowość”, a poza tym postać tragiczna, więzień obozu koncentracyjnego itd., no ale przede wszystkim WAŻNE, powtarzali, jest to, co dla Ukraińców (przynajmniej z części zachodniej Ukrainy) ten człowiek znaczy. Oczywiście w tych korespondencjach i komentarzach nie było mowy o ludobójstwie na Wołyniu, o planowej eksterminacji Polaków ani nawet o „wydarzeniach wołyńskich” - polityczna poprawność, a ściślej pieriekowka, idzie już bowiem tak daleko, że nie używa się żadnych określeń mogących budzić „drażliwe skojarzenia” u naszych rodaków. O Banderze więc należy myśleć w kategoriach psychologiczno-egzystencjalnych i już jakoś tak bardziej swojsko człek się czuje bez jakichś nieszczęsnych związków z riezaniem. Pomyślałem sobie zresztą, że Hitler to jeszcze bardziej złożona osobowość, w końcu artysta (kto widział jego obrazy, ten wie, że są całkiem niezłe) i czy tak naprawdę kogoś osobiście zabił? Poza tym postać tragiczna, jej życie zakończone samobójstwem. Jakież to olbrzymie pole do studiów psychologiczno-egzystencjalnych. Pech jednak w tym, że jedynie dla neonazistów Hitler stanowi wzorzec wodza walczącego o lepszy byt Niemiec i jakoś u naszych zachodnich sąsiadów niechętnie się do tradycji Hitlera wraca, a już na pewno rajdów ku jego pamięci się nie urządza dla „chłopaków” (jak pisze „pan z „Newsweeka”). Ba, ale może w Polsce coś takiego należałoby urządzić? To kwestia do przemyślenia dla redakcji „Newseeka” i tych wszystkich złożonych osobowości pracujących w publikujących po polsku mediach, które z polską racją stanu programowo nie mają i nie chcą mieć nic wspólnego.

Skoro mowa o tych właśnie złożonych osobowościach, to zastanawiam się, czy jakieś specjalne gratyfikacje dostaje się od wydawcy, naczelnego itd. (who cares?) za pisanie w sposób urągający jakiejkolwiek przyzwoitości, czy też robi się to spontanicznie, na zasadzie radosnego wybiegania przed szereg i/lub orkiestrę? Tak żeby właściwi ludzie na właściwych miejscach dostrzegli? Są różne sposoby na „zaistnienie” - jedni wieszają genitalia na krzyżu i już jest o takich „artystach” głośno, inni zaś piszą w taki sposób:

„zablokowanie, tego tak zwanego rajdu narobiło więcej szkody, niż gdyby czterech chłopaków przejechało się rowerami przez Polskę”

i nieco niżej:

„Pokazaliśmy Ukraińcom brak klasy. Zamiast otwartości europejskiego sąsiada, który powinien świecić przykładem, protesty księdza Isakowicza-Zaleskiego, kombatantów i decyzja naszego MSWiA udowodniły potężne kompleksy Polski i klasę na poziomie Rosji, czy Białorusi.”

Już abstrahując od skandalicznej treści tekstu, w którym mowa jest o „pochowaniu upiorów Wołynia” („A już się prawie udało pochować upiory Wołynia. Kuczma i Kwaśniewski, Juszczenko i Kaczyński zabiegali, by trudna historia pozostała wyłącznie historią, by radykalna interpretacja wydarzeń sprzed ponad pół wieku nie kładła się cieniem na polsko-ukraińskie relacje.”) - nawiasem mówiąc, że też nikt od Żydów się nie domaga, by „pochowali upiory Holokaustu”, prawda? - to się zastanawiam, jak wygląda struktura takiej złożonej osobowości. Czy ludzie posiadający taką osobowość są w stanie samodzielnie myśleć, czy jedynym azymutem ich myślenia jest wyłącznie to, by bronić – pisząc w polskim języku – NIEpolskich interesów? Zasada ta jest dość prosta – jeśli jest mowa o II wojnie, to się eksponuje problem „wypędzonych” oraz pokazuje Niemców przez pryzmat „Listy Schindlera”. Jeśli mowa o stosunkach polsko-rosyjskich, to zawsze z naciskiem na to, jak wielkim i poważnym państwem jest Rosja, a jak zakompleksionym i małym jest nasz kraj oraz jak bardzo należy wczuwać się w „duszę rosyjską”, a jak pełna mroków i pokatyńskich tudzież pozesłańczych frustracji jest dusza Polaka. Jeśli wchodzi w grę kwestia relacji polsko-ukraińskich, to niezbędne jest podkreślenie narodowowyzwoleńczych tradycji tamtego kraju (rzecz jasna z pominięciem tradycji współpracy ukraińsko-hitlerowskiej, także w pacyfikacji Powstania Warszawskiego) oraz, a jakże „pomarańczowej rewolucji”, pilnując zarazem bacznie, by „drastycznych obrazów” zarzynania przez Ukraińców przedstawicieli polskiej ludności (od niemowląt po starców) w ogóle nikt nie wyświetlał w świadomości Polaków. Dałby Bóg, żeby przewaliła się przez Polskę taka debata o Wołyniu jak o Jedwabnem – ale gdzie tam! To nie ten kraj! I to nie te media. Nie od tego zresztą są te redakcje „opiniotwórczych tytułów”, by kultywować polską historię, a jedynie, by na nowo lepić Polaków na bezmyślną masę, która ma jedynie płacić podatki i cieszyć się, że może sobie poszaleć w „centrach handlowych”.

Pozostaje jednak pytanie, jeśli ktoś nie rozumie polskich racji, nie obchodzi go polska historia, a jedyne, co nim kieruje, to jakieś interesy, które mają w Polsce nieprzychylni jej ludzie, to po cholerę pisze i publikuje po polsku? Niech pisze po ukraińsku, po niemiecku, po rosyjsku – w zależności od poruszanej problematyki, lecz niech nie udaje POLSKIEGO DZIENNIKARZA. Robi w ten sposób krzywdę wszystkim tym, co służą Polsce i z troską się pochylają nad morzem krwi, które wsiąkło w jej ziemię.

http://newsweek.salon24.pl/119048,tour-de-bandera