Ktoś znający dobrze twórczość Witkacego, wyjątkowo profetycznego pisarza XX wieku, zgodzi się zapewne ze mną, że wieszczy on Apokalipsę. Ten koniec ma nadejść i dla kultury europejskiej, i – co warto podkreślić – polskiej. Można by ten motyw w tekstach Witkacego przyrównać do jakiejś obsesji, ale chyba co genialniejsi twórcy (a autor „Pożegnania jesieni” na pewno do nich należy) mają zdolność wyczuwania tego, co wisi w powietrzu, zanim to coś dostrzegą inni, gdy zwykle już jest za późno. „Widzenia” Witkacego kontrastują bardzo z – by tak rzec - stanem świadomości społecznej ówczesnych Polaków, którzy wcale nie byli przygotowani na koniec świata, co dość łatwo dostrzec, przeglądając faksymile ówczesnej prasy (życie toczy się normalnie do ostatnich dni sierpnia 1939, a i w pierwszych dniach września można znaleźć w gazetach informacje o działalności instytucji kulturalnych etc.). Trudno jednak się dziwić zwykłym obywatelom, skoro sam establishment polityczny i militarny nie miał świadomości nadchodzącego kresu wszystkiego. Oczywiście, zajęcie i podział polskich ziem przez Niemców i Rosjan to dopiero początek końca, jak wiemy, zresztą to określenie „polskie ziemie” jest wyjątkowo adekwatne, skoro państwo przestaje istnieć, władz państwowych nie ma, formuje się wprawdzie podziemie (oraz ośrodki emigracyjne – najpierw we Francji, potem w Anglii), ale – jak też wiemy – nie odzyska ono kontroli ani nad terytorium, ani nad sytuacją społeczno-polityczną, zaś po „wyzwoleniu Polski” przez armię czerwoną, zostanie ono zmiażdżone przez sowieciarzy.
Apokalipsa przychodzi naprawdę i nieodwracalnie. Zostają zniszczone miasta, eksterminowana jest na masową skalę ludność polska, wykradane lub dewastowane są przez agresorów dobra kultury. Z międzywojennej Polski nie pozostaje właściwie kamień na kamieniu, a Powstanie Warszawskie to ostatni krzyk rozpaczy na zgliszczach doszczętnie splądrowanego kraju. I zapada grobowa cisza. Nie stygną jeszcze ciała pomordowanych, nie zasycha jeszcze krew na murach stolicy, a przybywają ponownie (po wrześniu '39) sowieciarze ze swoim porządkiem (z którego, przyznajmy sobie szczerze, nie wygrzebaliśmy się, dzięki „konstruktywnej opozycji”, do dziś (!)). Tym razem jednak mają ze sobą „swój” rząd na okupowane terytorium, a ci, co przetrwali Apokalipsę, nie mają już ani sił, ani możliwości, by zmienić ten stan rzeczy. Wprawdzie pojedyncze oddziały antysowieckie będą jeszcze walczyć, lecz komuniści wytłuką lub zakatują w swoich ubojniach wszystkich zbrojnych „wrogów władzy ludowej”, tworząc sowiecką republikę nad Wisłą.
S. Mikołajczyk nazywa komunizm w swej książce „Polska zgwałcona” - „czerwonym faszyzmem”: „Zasłaniając się sloganami wolności posługuje się gwałtem i terrorem. Głosi równość wszystkich ludzi, nie uznając podstawowych praw indywidualnych człowieka. Depcze jego poczucie godności, demoralizuje duszę i dzieli ludzi na uprzywilejowaną mniejszość i „pospolitą” większość, która musi służyć. Pozuje na zwiastuna prawdy, a poniża i hańbi jej najszlachetniejsze hasła, szerząc kłamstwa w całym świecie. Udając, że zwalcza wyzysk kapitalistyczny, tworzy najgorszego typu kapitalizm państwowy, zaprzęgając do swego kieratu całą władzę wykonawczą, wszystkie przywileje i siłę aparatu rządowego. Używając uzbrojonych organów władzy, pozbawia obywatela praw, wszelkiej inicjatywy i uczciwego zysku. Po prostu zmienia go w niewolnika.” (s. 283)
W antyreligijnym sowieckim systemie niewolniczym nie udaje się jednak zabić wiary i – jak to ktoś całkiem zgrabnie ujął – przez „morze czerwone” przeprowadzają nas najpierw Prymas Tysiąclecia, a następnie Jan Paweł II. Nawet nie chcę myśleć, co byłoby z Polską, gdyby sowieciarzom udało się zniszczyć Kościół tak, jak w bolszewickiej Rosji. To jednak tenże Kościół stał się dla establishmentu wrogiem nr 1 po „obaleniu komunizmu” i walka z katolicyzmem (vide „iranizacja/klerykalizacja Polski”) wcale się nie skończyła, co widzimy nie od dziś po ekspansji propagandy dewiacji seksualnych, eutanazji, aborcji itd. oraz po otwarcie antykatolickich wystąpieniach „polityków” i „artystów”. Znowu więc mamy – nawiązując do tego, co napisał Mikołajczyk - „uprzywilejowaną mniejszość”, która swoją agresją dorównuje komunistom (bo to już nie tylko czerwoni są wrogami katolicyzmu) i znowu mamy kapitalizm państwowy, choć w luksusowym, a nie sowieckim wydaniu.
Wracając jednak do komuny. Warto wspomnieć, że o Powstaniu Warszawskim dopiero po „gomułkowskiej odwilży” można było nieco śmielej mówić. Zauważmy jednak, że już wtedy narzucono odpowiednią optykę patrzenia na to wydarzenie. Słynny „Kanał” Wajdy, reżysera, który jak nikt inny potrafił być głosem każdej epoki (od socrealizmu poprzez kino moralnego niepokoju na zrywie solidarnościowym kończąc), tak więc był „niezatapialny” - przedstawiał Powstanie jako bezsensowną, beznadziejną walkę o nic. Jako Apokalipsę właśnie. Na drugim biegunie widniała bohaterska, sensowna i dająca nadzieję walka komunistów przedstawiona w filmie „Pokolenie” (1954). Na tym podtrzymywaniu widzenia Powstania (oraz szerzej podziemia, AK itd.) jako czegoś kompletnie bezsensownego i beznadziejnego zjadło zęby tylu ludzi za peerelu, że szkoda gadać. Miało to jednak swą dydaktyczną moc: nie warto wszczynać buntu, kiedy nie ma się szans na wygraną. To przesłanie kierowano do tych, co zamiast cieszyć się urokami „Polski Ludowej”, uznawali ten twór za sowiecką republikę lub obszar okupowany i raz po raz knuli przeciwko „władzy ludowej”.
Dzisiaj możemy napotkać śmiałków, którzy, jak za komuny, pozbawiają Powstanie Warszawskie sensu i wartości. Ale niewykluczone, że oni wyrażają swoistego ducha czasu. Dziś już nie wiadomo, czym jest patriotyzm, czym jest Polska, co to jest naród, a nawet, czym jest kultura. Z tego też powodu tonie Polska w bylejakości od 20 lat i większość z nas nie ma pojęcia, co dalej robić. Czy jest o co walczyć? Ba, ale jaki sens ma jakakolwiek walka? Czy nie lepsza i bardziej uzasadniona jest po prostu zabawa?
Wspomniałem o Apokalipsie, ponieważ ja sam nie wiem, na ile my, dzisiejsi Polacy mamy cokolwiek wspólnego z tamtymi, którzy za wolność i wolną Polskę oddawali życie. Może zresztą te dylematy należy skwitować śmiechem? Tylu naszych rodaków przecież w tym bajzlu tak znakomicie się czuje i tak świetnie się bawi.
http://rekontra.salon24.pl/117827,powstanie-warszawskie-optymizm-nie-zastapi-nam-polski
31 lip 2009
30 lip 2009
Od monopolu się zaczęło...
i na monopolu powinno się skończyć – taka jest odpowiedź na pytania stawiane przez R. Ziemkiewicza w jego dzisiejszym artykule w „Rz”. Ja nie mam żadnych problemów ze zrozumieniem sytuacji, w której pracownicy(e) wieloresortowego Ministerstwa Prawdy (z centralą przy Czerskiej, zadekretowaną przy Mysiej w 1989 r.) myślą, mówią i robią to samo w ramach swej propagandowej pracy, której początki sięgają przełomu lat 80. i 90., a u niektórych, jak choćby J. Żakowski wcześniejszych lat służby „na odcinku młodzieży” (jak np. w tygodniku „na przełaj”, gdzie zajmował się prasą III obiegu). Oczywiście, bywają chlubne wyjątki, jak I. Śledzińska-Katarasińska, która właśnie w ramach prac nad ustawą medialną pragnęła zapewnić monopol Ministerstwu Prawdy, a swoje najlepsze szlify dziennikarskie brała przecież w latach 60., jak wiemy.
W czymże jest lepszy (dla tego typu ludzi) monopol od wolnej konkurencji na rynku medialnym to chyba nikogo zdrowo myślącego nie trzeba przekonywać, wystarczy wszak wspomnieć na to, co się działo w peerelu czy innych krajach komunistycznych. Z jednej strony uzyskuje się całkowitą sterowność środków przekazu i pełną kontrolę nad procesami pieriekowki (w III RP procesy te nabrały nowego rozmachu właśnie za sprawą postkomunistycznej „GW”, która nadała ton budowie „nowego Polaka”), z drugiej zaś – pozwala to niewyobrażalnej masie miernot znaleźć zatrudnienie w mediach wyłącznie dzięki odpowiedniemu wysługiwaniu się politrukom na kierowniczych czy po prostu dziennikarskich stanowiskach. Monopol na rynku zapewnia sukces ekonomiczny, monopol kulturowy daje wpływ na przemiany świadomości (a chyba nikt nie powie, że ambicją „Czerska people” nie była od „obalenia komunizmu” taka właśnie – kontrolowana – przemiana), a zarazem nie ma problemu z zatrudnieniem, bo miernoty walą drzwiami i oknami, wiedząc, że wcale a wcale nie liczą się kompetencje (bo i nie mogą się liczyć), a jedynie dyspozycyjność i wyczuwanie mądrości etapu.
W badaniach społecznych mówi się o jednym z podstawowych zjawisk, jakim jest konformizm, pozwalający (a czasami nakazujący) ludziom w najrozmaitszych środowiskach dostosowywać się do wymogów grupy i „spełniać jej oczekiwania”, toteż akces miernot do Ministerstwa Prawdy (rozmaitych gazet, tygodników, radiostacji i telewizji) ma to właśnie proste podłoże. W rozpoznawaniu tego, czego oczekuje Ministerstwo na danym etapie pomagają głosy jego pracowników, które są publikowane na tyle często i z takim rozgłosem, że największy tłuk jest w stanie zrozumieć, w czym rzecz. Naturalnie, nie jest przypadkiem, że to samo głoszą w swych „analizach i komentarzach” zarówno przy Czerskiej, jak w „inteligenckiej” komunistycznej „Polityce” czy na antenach WSI24. Ta jednomyślność jest wynikiem pewnego wspólnego doświadczenia granicznego środowisk komunistycznych i „opozycyjnie konstruktywnych”, które polegało na zwarciu się w tańcu wiekopomnego pojednania. Okazuje się bowiem, że jeśli oprawca odstępuje od gwałtu, tylko zastosuje metodę gry wstępnej i obsypie różami i czekoladkami (nie ciosami czy pałkami), a na koniec postawi sowieckiego szampana i wódzię, nie zaś odbezpieczony pistolet i lampę skierowaną w twarz, to można z nim odbyć stosunek, który staje się początkiem dłuższego, pogłębionego uczucia. I to z wzajemnością. Jest to wprawdzie fenomen do zbadania dla psychopatologów sądowych czy kryminologów społecznych, ale zwracam na to uwagę choćby z tego względu, że samym zainteresowanym wspomnienie tego stosunku jakoś się zatarło w pamięci, a przecież nie ma czego się wstydzić. Zawsze to lepsze niż brutalny gwałt, podkreślam.
Jeśli więc Ziemkiewicz pisze: „Nie chce mi się powtarzać pytań naiwnych: dlaczego poseł PiS jest śmieszny, kiedy chce czyścić kioski z pornografii, a posłanka PO nie jest śmieszna, kiedy chce czyścić pobocza z prostytutek, albo dlaczego nieumieszczenie w lekturach obowiązkowych Witolda Gombrowicza przez ministra Romana Giertycha było zamachem na polską kulturę, a radosna twórczość minister Katarzyny Hall, odbierająca zupełnie wartość publicznej edukacji, nie budzi zastrzeżeń (choć i ona Gombrowicza z lektur wykreśliła, tym razem przy kompletnym milczeniu jego obrońców).
Nie będę pytał, dlaczego słowa Jarosława Kaczyńskiego o ZOMO są bezustannie powtarzane, i są zresztą jedynym dowodem zagrożenia dla państwa, jakim miały być jego rządy, a niejasna sytuacja mieszkaniowo-biznesowa ministra Pawła Grasia, powiązania szefa ABW Krzysztofa Bondaryka, niespełnienie obietnicy, że po wyborach rząd wyjaśni wreszcie, komu i na jakich warunkach sprzedał stocznie, dofinansowanie pieniędzmi warszawiaków budowy stadionu, z którego korzystać będzie Legia Warszawa – klub będący własnością ITI, nie wspominając już o prostactwie posła Janusza Palikota i niezrównoważeniu marszałka Stefana Niesiołowskiego, są – jak na razie – tematami uważanymi przez znaczącą część mediów za całkowicie nieatrakcyjne” - to wyjaśnienie tej zagadki jest proste. Nie po to się przez 20 tłustych lat buduje monopol, by naraz z niego zrezygnować i bawić się w pluralizm opinii. Znam ludzi, którzy i tak uważają, że komunistyczna „Polityka” bardzo się różni od „GW”, a więc są osoby, dla których pluralizm istnieje, wystarczy tylko, by pozostawić głos Passentowi i Michnikowi, ci wszak pięknie się różnią. Zresztą nie tylko o monopol jako monopol chodzi. Jak wiemy z doświadczenia komunizmu, monopol jest sposobem na nieinformowanie o świecie, czyli na tworzenie spójnego, całościowego, a zarazem fałszywego obrazu rzeczywistości. Trzeba się nad tym nieźle napracować, stąd machina peereowska zatrudniała tysiące specjalistów na najrozmaitszych odcinkach (od sportu po „kulturę wysoką”). Nie można więc wymagać od ludzi działających na rzecz takiego monopolu, że nagle zaczną dostrzegać rzeczy, których nie ma. Tego zaś domaga się Ziemkiewicz. Wspomniane przez niego patologie nie istnieją właśnie dlatego, że Ministerstwo Prawdy ich nie ma w swoim wykazie. I nie będzie miało, gdyż nie po to zostało powołane do życia w III RP.
http://www.rp.pl/artykul/9133,341883_Ziemkiewicz__Sumienia__propagandystow.html
W czymże jest lepszy (dla tego typu ludzi) monopol od wolnej konkurencji na rynku medialnym to chyba nikogo zdrowo myślącego nie trzeba przekonywać, wystarczy wszak wspomnieć na to, co się działo w peerelu czy innych krajach komunistycznych. Z jednej strony uzyskuje się całkowitą sterowność środków przekazu i pełną kontrolę nad procesami pieriekowki (w III RP procesy te nabrały nowego rozmachu właśnie za sprawą postkomunistycznej „GW”, która nadała ton budowie „nowego Polaka”), z drugiej zaś – pozwala to niewyobrażalnej masie miernot znaleźć zatrudnienie w mediach wyłącznie dzięki odpowiedniemu wysługiwaniu się politrukom na kierowniczych czy po prostu dziennikarskich stanowiskach. Monopol na rynku zapewnia sukces ekonomiczny, monopol kulturowy daje wpływ na przemiany świadomości (a chyba nikt nie powie, że ambicją „Czerska people” nie była od „obalenia komunizmu” taka właśnie – kontrolowana – przemiana), a zarazem nie ma problemu z zatrudnieniem, bo miernoty walą drzwiami i oknami, wiedząc, że wcale a wcale nie liczą się kompetencje (bo i nie mogą się liczyć), a jedynie dyspozycyjność i wyczuwanie mądrości etapu.
W badaniach społecznych mówi się o jednym z podstawowych zjawisk, jakim jest konformizm, pozwalający (a czasami nakazujący) ludziom w najrozmaitszych środowiskach dostosowywać się do wymogów grupy i „spełniać jej oczekiwania”, toteż akces miernot do Ministerstwa Prawdy (rozmaitych gazet, tygodników, radiostacji i telewizji) ma to właśnie proste podłoże. W rozpoznawaniu tego, czego oczekuje Ministerstwo na danym etapie pomagają głosy jego pracowników, które są publikowane na tyle często i z takim rozgłosem, że największy tłuk jest w stanie zrozumieć, w czym rzecz. Naturalnie, nie jest przypadkiem, że to samo głoszą w swych „analizach i komentarzach” zarówno przy Czerskiej, jak w „inteligenckiej” komunistycznej „Polityce” czy na antenach WSI24. Ta jednomyślność jest wynikiem pewnego wspólnego doświadczenia granicznego środowisk komunistycznych i „opozycyjnie konstruktywnych”, które polegało na zwarciu się w tańcu wiekopomnego pojednania. Okazuje się bowiem, że jeśli oprawca odstępuje od gwałtu, tylko zastosuje metodę gry wstępnej i obsypie różami i czekoladkami (nie ciosami czy pałkami), a na koniec postawi sowieckiego szampana i wódzię, nie zaś odbezpieczony pistolet i lampę skierowaną w twarz, to można z nim odbyć stosunek, który staje się początkiem dłuższego, pogłębionego uczucia. I to z wzajemnością. Jest to wprawdzie fenomen do zbadania dla psychopatologów sądowych czy kryminologów społecznych, ale zwracam na to uwagę choćby z tego względu, że samym zainteresowanym wspomnienie tego stosunku jakoś się zatarło w pamięci, a przecież nie ma czego się wstydzić. Zawsze to lepsze niż brutalny gwałt, podkreślam.
Jeśli więc Ziemkiewicz pisze: „Nie chce mi się powtarzać pytań naiwnych: dlaczego poseł PiS jest śmieszny, kiedy chce czyścić kioski z pornografii, a posłanka PO nie jest śmieszna, kiedy chce czyścić pobocza z prostytutek, albo dlaczego nieumieszczenie w lekturach obowiązkowych Witolda Gombrowicza przez ministra Romana Giertycha było zamachem na polską kulturę, a radosna twórczość minister Katarzyny Hall, odbierająca zupełnie wartość publicznej edukacji, nie budzi zastrzeżeń (choć i ona Gombrowicza z lektur wykreśliła, tym razem przy kompletnym milczeniu jego obrońców).
Nie będę pytał, dlaczego słowa Jarosława Kaczyńskiego o ZOMO są bezustannie powtarzane, i są zresztą jedynym dowodem zagrożenia dla państwa, jakim miały być jego rządy, a niejasna sytuacja mieszkaniowo-biznesowa ministra Pawła Grasia, powiązania szefa ABW Krzysztofa Bondaryka, niespełnienie obietnicy, że po wyborach rząd wyjaśni wreszcie, komu i na jakich warunkach sprzedał stocznie, dofinansowanie pieniędzmi warszawiaków budowy stadionu, z którego korzystać będzie Legia Warszawa – klub będący własnością ITI, nie wspominając już o prostactwie posła Janusza Palikota i niezrównoważeniu marszałka Stefana Niesiołowskiego, są – jak na razie – tematami uważanymi przez znaczącą część mediów za całkowicie nieatrakcyjne” - to wyjaśnienie tej zagadki jest proste. Nie po to się przez 20 tłustych lat buduje monopol, by naraz z niego zrezygnować i bawić się w pluralizm opinii. Znam ludzi, którzy i tak uważają, że komunistyczna „Polityka” bardzo się różni od „GW”, a więc są osoby, dla których pluralizm istnieje, wystarczy tylko, by pozostawić głos Passentowi i Michnikowi, ci wszak pięknie się różnią. Zresztą nie tylko o monopol jako monopol chodzi. Jak wiemy z doświadczenia komunizmu, monopol jest sposobem na nieinformowanie o świecie, czyli na tworzenie spójnego, całościowego, a zarazem fałszywego obrazu rzeczywistości. Trzeba się nad tym nieźle napracować, stąd machina peereowska zatrudniała tysiące specjalistów na najrozmaitszych odcinkach (od sportu po „kulturę wysoką”). Nie można więc wymagać od ludzi działających na rzecz takiego monopolu, że nagle zaczną dostrzegać rzeczy, których nie ma. Tego zaś domaga się Ziemkiewicz. Wspomniane przez niego patologie nie istnieją właśnie dlatego, że Ministerstwo Prawdy ich nie ma w swoim wykazie. I nie będzie miało, gdyż nie po to zostało powołane do życia w III RP.
http://www.rp.pl/artykul/9133,341883_Ziemkiewicz__Sumienia__propagandystow.html
28 lip 2009
1000
T. Sommer łamie sobie głowę we wstępniaku do tysiącznego (!) numeru, dlaczego „NCz!” nie jest w stanie wejść do pierwszej ligi tygodników na naszym mizernym rynku prasowym, toteż spieszę z paroma podpowiedziami jako były (i nawet dość wierny, jak na polskie warunki) czytelnik tego pisma. Zapewne część z nich nie będzie nowa, ale do redakcji, jak zauważył zapewne każdy z długoletnich czytelników „NCz!” dość wolno docierają uwagi krytyczne albo nie docierają w ogóle.
JKM w kwestii poruszanej przez Sommera ma swoje zdanie i uważa, że roczne opóźnienie ze startem „NCz!” (vs klepnięty od razu przez czerwonych start gazety Michnika) spowodowało dystans nie do pokonania. Absolutnie. Gdy zaczął się ukazywać (zrazu w formie gazetowej, warto wspomnieć) „NCz!”, to był rozchwytywany jako powiew zupełnie nowego i zdrowego zarazem myślenia o rzeczywistości gospodarczej i politycznej, a wiele tekstów (Michalkiewicza, Ziemkiewicza itd. czytało się wprost na klęczkach :), zwłaszcza że to na łamach tego właśnie pisma od samego początku pojawiała się wyjątkowo zjadliwa krytyka transformacji, komuny i postkomuny itd. Podobny sukces miał w połowie lat 90. doprawdy znakomity (wtedy) tygodnik „Nowe Państwo” (też wydawany początkowo gazetowo) dopóki z czasem nie zamienił się w dość nudnawy miesięcznik, by dogorywać jako luksusowy, ale mało porywający kwartalnik.
Zacznę od zalet. Po pierwsze, myślę, że wielu ludzi prawicy ukształtował wczesny „NCz!” jako forum myśli prokapitalistycznej i antysocjalistycznej (antykomunizm bowiem obecny był w różnych ośrodkach prawicowych) – i pod tym względem wkład tego pisma pozostanie nie do przecenienia, zwłaszcza że od „obalenia komunizmu” lansowano w Polsce mit, że oto budowany jest kapitalizm i gdyby nie „NCz!”, to kto wie, czy jeszcze więcej naszych rodaków nie uwierzyłoby w kłamstwo, iż transformacja jest budową systemu wolnorynkowego, a nie ustroju republiki bananowej, w której najlepiej się ma kasta uprzywilejowanych przedstawicieli starej i nowej nomenklatury, broniących się rękami, nogami i policyjnymi pałkami przed jakąkolwiek zmianą tego status quo.
Po drugie, oprócz ostrej krytyki postkomunizmu i jego „elit politycznych” (a także włączenia się w proces dekomunizacji), „NCz!” włączył się w zwalczanie projektu superpaństwa i uzurpatorskich zapędów eurokracji, stojąc na klarownym i racjonalnym stanowisku antyunijnym, no i będąc w ten sposób jednym z niewielu pism, które sprzeciwiały się akcesji Polski do „UE” z paru prostych względów, m.in. z powodu zagrożenia dla polskiej suwerenności, ale też z powodów ekonomicznych – jeśli bowiem w naszym kraju nie zbudowano systemu wolnorynkowego, to w warunkach socjalistycznej gospodarki unijnej ta budowa zostanie całkowicie zatrzymana, Polska zaś zamieni się w rynek zbytu i dostarczyciela taniej siły roboczej. Wtedy też, tj. w okresie anyunijnej kampanii „NCz!” (oraz UPR-u) odszedł stamtąd nieodżałowany R. Ziemkiewicz, który, jak można sądzić z jego wielu publikacji w ostatnich czasach, zaczyna dostrzegać to, co gołym okiem widać było jeszcze przed akcesją, no ale teraz już jest za późno. Nawiasem mówiąc, niedawno Szwecja zaatakowała „UE” za to, że nie dopuszcza żadnej dyskusji na swój temat, jedynie sieje propagandę :) Nikt nie odbierze redakcji „NCz!” zasług w organizowaniu spotkań z W. Bukowskim, jednym z czołowych współczesnych krytyków „UE”.
No ale na tym wyliczeń zalet koniec. Wróćmy do pytania Sommera. Otóż (już kolorowy i na lepszym papierze wydawany) „NCz!” nie jest ani pismem poważnym, ani niepoważnym. Nie może być mowy o powadze, gdy okładki niejednokrotnie przypominały (i przypominają) sowieckiego „Krokodiła” albo dawną peerelowską „Karuzelę” (kto pamięta, ten wie). Moim zdaniem należy wybrać, czy się zachowuje stylistykę, konwencję pisma satyrycznego, czy opiniotwórczego. Obie są, wydaje mi się, nie do pogodzenia, a amerykański „New Yorker” należy do chlubnych wyjątków. To rozchwianie „NCz!” ma charakter fundamentalny i przejawia się także w czymś, co można by nazwać linią ideową pisma, ponieważ z jednej strony twardo stara się ono bronić ideałów wolnorynkowych (częstokroć nawet libertariańskich), z drugiej – piórem JKM (że o „monarchiście” Wielomskim nie wspomnę) z maniackim uporem broni takich kreatur, jak Jaruzel, który przecież dla każdego zdrowo myślącego prawicowca powinien albo gnić w więzieniu, albo wisieć na szubienicy za zdradę (o zbrodniach przeciwko narodowi nie wspomnę). JKM zresztą i przy tej jubileuszowej okazji, pisząc o problemach z uzyskaniem zgody cenzury z Mysiej na uruchomienie pisma, rzewnie wspomina juntę:
„Dziś wiem, że już wtedy doszło do porozumienia z Lewicą europejską (która – tak jak i dzisiaj zresztą – przekupiła PZPRowców po prostu pieniędzmi). Odwoływać się do szefa GUKPPiW nie było sensu (ja zresztą czułem do tych ludzi – poza strachem – obrzydzenie) – więc się nie odwoływałem. Nic by to – z uwagi na zawarte porozumienie – nie dało. Jestem natomiast przekonany, że gdybym wtedy poszedł prosto do p.gen.Wojciecha Jaruzelskiego (który, moim zdaniem, nie został przez p.gen. Czesława Kiszczaka wtajemniczony w tę siuchtę) to bym tę zgodę załatwił! Tyle, że nawet o tym nie myślałem – nie dlatego, iżbym się bał. Nie – juntę traktowałem życzliwie, na początku wiązałem z pronunciamento 13 grudnia spore nadzieje (zawsze popierałem prawicowe zamachy stanu – a internowanie 25 najwyższych dostojników PZPR, a p.Edwardem Gierkiem na czele, było sygnałem bardzo obiecującym!), junty się absolutnie nie obawiałem; tyle, że uważałem, iż takie sprawy należy załatwiać formalnie, a nie obgadywać: ani „odgórnie”, ani „po znajomości”. Byłem już nie młody zapewne – ale nadal głupi. Wygrała postawa liberała, a nie konserwatysty…”
Pozostawiam bez komentarza ten nabożny ton w stosunku do sowieckich genseków. Na tym nie koniec niekonsekwencji (no bo chyba nie muszę tłumaczyć, że sowieciarze niewiele mają wspólnego z wolnym rynkiem i szczególnie z libertarianizmem). Na łamach „NCz!” toczono i toczy się dość bezwzględną walkę z ugrupowaniami „na lewo” od UPR-u, tj. z wszystkimi, co upeerowcami nie są, wrzucając je do wora z napisem „socjalizm”. Gdyby taki kurs trzymano twardo przez wszystkie 19 lat (w przyszłym roku 20-lecie tygodnika), to nawet bym to zrozumiał, ale to przecież UPR wszedł w egzotyczny sojusz z „wolnorynkowymi”: LPR-em i PR, gdy dobijano PiS w 2007 r. Ba, partia, która ma w nazwie „realizm”, jest wyjątkowo daleka od realistycznej oceny świata i swojego w nim miejsca. Wychodzi to każdorazowo przy wyborach parlamentarnych (każdy, kto czytywał „NCz!” zna kosmiczne prognozy JKM z niebywałymi szansami UPR-u związane), ale też ujawnia się to w zupełnie apragmatycznym podejściu do polityki, w której zawieranie mądrych sojuszy jest pierwszym krokiem do sukcesu na scenie politycznej. Dość ponurym wyrazem tej upeerowskiej filozofii polityki jest znany od lat plakat ze świniami i korytem przypominający sowieckie agitki i być może przemawiający do wyobraźni studentów politologii czy socjologii, a nie zwykłych wyborców. Nie zmienia to faktu, oczywiście, że przy korycie wielu świń nie ma – problem jednak w tym, że z taką frazeologią i stylistyką się nie da wejść na serio do polityki (już pomijam osobiste występy JKM w jakichś głupawych programach dla polityków ekscentryków – kiedyś widziałem go w skafandrze astronauty).
Na tym nie koniec. Nawet przecież w obszarze blogerskim to właśnie redakcja „NCz!” (zwłaszcza JKM, ale i u Michalkiewicza na blogu też to było) co roku udziela precyzyjnych porad czytelnikom, by nie głosować w konkursach na blogi nie związane oficjalnie z UPR-em, jakby to środowisko tejże partii miało (nie wiedzieć czemu) monopol na reprezentowanie prawicy (i liberalnego konserwatyzmu, ma się rozumieć). To również świadczy o tym, że środowisko to ma tendencje autarkiczne i znakomicie się czuje w sosie własnym. To zaś z kolei jest odpowiedzią na pytanie, dlaczego „NCz!” jest tam, gdzie jest na rynku medialnym w Polsce, co daję do zrozumienia naczelnemu tego tygodnika bez cienia złośliwości. Zawsze można pójść do rozum do głowy. I lepiej późno niż wcale.
http://nczas.com/wazne/jak-to-bylo-z-%E2%80%9Encz%E2%80%9D-trudne-dobrego-poczatki/
http://www.newyorker.com/
http://nczas.com/numer-biezacy/komentarz-jubileuszowy-numer-1000/
JKM w kwestii poruszanej przez Sommera ma swoje zdanie i uważa, że roczne opóźnienie ze startem „NCz!” (vs klepnięty od razu przez czerwonych start gazety Michnika) spowodowało dystans nie do pokonania. Absolutnie. Gdy zaczął się ukazywać (zrazu w formie gazetowej, warto wspomnieć) „NCz!”, to był rozchwytywany jako powiew zupełnie nowego i zdrowego zarazem myślenia o rzeczywistości gospodarczej i politycznej, a wiele tekstów (Michalkiewicza, Ziemkiewicza itd. czytało się wprost na klęczkach :), zwłaszcza że to na łamach tego właśnie pisma od samego początku pojawiała się wyjątkowo zjadliwa krytyka transformacji, komuny i postkomuny itd. Podobny sukces miał w połowie lat 90. doprawdy znakomity (wtedy) tygodnik „Nowe Państwo” (też wydawany początkowo gazetowo) dopóki z czasem nie zamienił się w dość nudnawy miesięcznik, by dogorywać jako luksusowy, ale mało porywający kwartalnik.
Zacznę od zalet. Po pierwsze, myślę, że wielu ludzi prawicy ukształtował wczesny „NCz!” jako forum myśli prokapitalistycznej i antysocjalistycznej (antykomunizm bowiem obecny był w różnych ośrodkach prawicowych) – i pod tym względem wkład tego pisma pozostanie nie do przecenienia, zwłaszcza że od „obalenia komunizmu” lansowano w Polsce mit, że oto budowany jest kapitalizm i gdyby nie „NCz!”, to kto wie, czy jeszcze więcej naszych rodaków nie uwierzyłoby w kłamstwo, iż transformacja jest budową systemu wolnorynkowego, a nie ustroju republiki bananowej, w której najlepiej się ma kasta uprzywilejowanych przedstawicieli starej i nowej nomenklatury, broniących się rękami, nogami i policyjnymi pałkami przed jakąkolwiek zmianą tego status quo.
Po drugie, oprócz ostrej krytyki postkomunizmu i jego „elit politycznych” (a także włączenia się w proces dekomunizacji), „NCz!” włączył się w zwalczanie projektu superpaństwa i uzurpatorskich zapędów eurokracji, stojąc na klarownym i racjonalnym stanowisku antyunijnym, no i będąc w ten sposób jednym z niewielu pism, które sprzeciwiały się akcesji Polski do „UE” z paru prostych względów, m.in. z powodu zagrożenia dla polskiej suwerenności, ale też z powodów ekonomicznych – jeśli bowiem w naszym kraju nie zbudowano systemu wolnorynkowego, to w warunkach socjalistycznej gospodarki unijnej ta budowa zostanie całkowicie zatrzymana, Polska zaś zamieni się w rynek zbytu i dostarczyciela taniej siły roboczej. Wtedy też, tj. w okresie anyunijnej kampanii „NCz!” (oraz UPR-u) odszedł stamtąd nieodżałowany R. Ziemkiewicz, który, jak można sądzić z jego wielu publikacji w ostatnich czasach, zaczyna dostrzegać to, co gołym okiem widać było jeszcze przed akcesją, no ale teraz już jest za późno. Nawiasem mówiąc, niedawno Szwecja zaatakowała „UE” za to, że nie dopuszcza żadnej dyskusji na swój temat, jedynie sieje propagandę :) Nikt nie odbierze redakcji „NCz!” zasług w organizowaniu spotkań z W. Bukowskim, jednym z czołowych współczesnych krytyków „UE”.
No ale na tym wyliczeń zalet koniec. Wróćmy do pytania Sommera. Otóż (już kolorowy i na lepszym papierze wydawany) „NCz!” nie jest ani pismem poważnym, ani niepoważnym. Nie może być mowy o powadze, gdy okładki niejednokrotnie przypominały (i przypominają) sowieckiego „Krokodiła” albo dawną peerelowską „Karuzelę” (kto pamięta, ten wie). Moim zdaniem należy wybrać, czy się zachowuje stylistykę, konwencję pisma satyrycznego, czy opiniotwórczego. Obie są, wydaje mi się, nie do pogodzenia, a amerykański „New Yorker” należy do chlubnych wyjątków. To rozchwianie „NCz!” ma charakter fundamentalny i przejawia się także w czymś, co można by nazwać linią ideową pisma, ponieważ z jednej strony twardo stara się ono bronić ideałów wolnorynkowych (częstokroć nawet libertariańskich), z drugiej – piórem JKM (że o „monarchiście” Wielomskim nie wspomnę) z maniackim uporem broni takich kreatur, jak Jaruzel, który przecież dla każdego zdrowo myślącego prawicowca powinien albo gnić w więzieniu, albo wisieć na szubienicy za zdradę (o zbrodniach przeciwko narodowi nie wspomnę). JKM zresztą i przy tej jubileuszowej okazji, pisząc o problemach z uzyskaniem zgody cenzury z Mysiej na uruchomienie pisma, rzewnie wspomina juntę:
„Dziś wiem, że już wtedy doszło do porozumienia z Lewicą europejską (która – tak jak i dzisiaj zresztą – przekupiła PZPRowców po prostu pieniędzmi). Odwoływać się do szefa GUKPPiW nie było sensu (ja zresztą czułem do tych ludzi – poza strachem – obrzydzenie) – więc się nie odwoływałem. Nic by to – z uwagi na zawarte porozumienie – nie dało. Jestem natomiast przekonany, że gdybym wtedy poszedł prosto do p.gen.Wojciecha Jaruzelskiego (który, moim zdaniem, nie został przez p.gen. Czesława Kiszczaka wtajemniczony w tę siuchtę) to bym tę zgodę załatwił! Tyle, że nawet o tym nie myślałem – nie dlatego, iżbym się bał. Nie – juntę traktowałem życzliwie, na początku wiązałem z pronunciamento 13 grudnia spore nadzieje (zawsze popierałem prawicowe zamachy stanu – a internowanie 25 najwyższych dostojników PZPR, a p.Edwardem Gierkiem na czele, było sygnałem bardzo obiecującym!), junty się absolutnie nie obawiałem; tyle, że uważałem, iż takie sprawy należy załatwiać formalnie, a nie obgadywać: ani „odgórnie”, ani „po znajomości”. Byłem już nie młody zapewne – ale nadal głupi. Wygrała postawa liberała, a nie konserwatysty…”
Pozostawiam bez komentarza ten nabożny ton w stosunku do sowieckich genseków. Na tym nie koniec niekonsekwencji (no bo chyba nie muszę tłumaczyć, że sowieciarze niewiele mają wspólnego z wolnym rynkiem i szczególnie z libertarianizmem). Na łamach „NCz!” toczono i toczy się dość bezwzględną walkę z ugrupowaniami „na lewo” od UPR-u, tj. z wszystkimi, co upeerowcami nie są, wrzucając je do wora z napisem „socjalizm”. Gdyby taki kurs trzymano twardo przez wszystkie 19 lat (w przyszłym roku 20-lecie tygodnika), to nawet bym to zrozumiał, ale to przecież UPR wszedł w egzotyczny sojusz z „wolnorynkowymi”: LPR-em i PR, gdy dobijano PiS w 2007 r. Ba, partia, która ma w nazwie „realizm”, jest wyjątkowo daleka od realistycznej oceny świata i swojego w nim miejsca. Wychodzi to każdorazowo przy wyborach parlamentarnych (każdy, kto czytywał „NCz!” zna kosmiczne prognozy JKM z niebywałymi szansami UPR-u związane), ale też ujawnia się to w zupełnie apragmatycznym podejściu do polityki, w której zawieranie mądrych sojuszy jest pierwszym krokiem do sukcesu na scenie politycznej. Dość ponurym wyrazem tej upeerowskiej filozofii polityki jest znany od lat plakat ze świniami i korytem przypominający sowieckie agitki i być może przemawiający do wyobraźni studentów politologii czy socjologii, a nie zwykłych wyborców. Nie zmienia to faktu, oczywiście, że przy korycie wielu świń nie ma – problem jednak w tym, że z taką frazeologią i stylistyką się nie da wejść na serio do polityki (już pomijam osobiste występy JKM w jakichś głupawych programach dla polityków ekscentryków – kiedyś widziałem go w skafandrze astronauty).
Na tym nie koniec. Nawet przecież w obszarze blogerskim to właśnie redakcja „NCz!” (zwłaszcza JKM, ale i u Michalkiewicza na blogu też to było) co roku udziela precyzyjnych porad czytelnikom, by nie głosować w konkursach na blogi nie związane oficjalnie z UPR-em, jakby to środowisko tejże partii miało (nie wiedzieć czemu) monopol na reprezentowanie prawicy (i liberalnego konserwatyzmu, ma się rozumieć). To również świadczy o tym, że środowisko to ma tendencje autarkiczne i znakomicie się czuje w sosie własnym. To zaś z kolei jest odpowiedzią na pytanie, dlaczego „NCz!” jest tam, gdzie jest na rynku medialnym w Polsce, co daję do zrozumienia naczelnemu tego tygodnika bez cienia złośliwości. Zawsze można pójść do rozum do głowy. I lepiej późno niż wcale.
http://nczas.com/wazne/jak-to-bylo-z-%E2%80%9Encz%E2%80%9D-trudne-dobrego-poczatki/
http://www.newyorker.com/
http://nczas.com/numer-biezacy/komentarz-jubileuszowy-numer-1000/
27 lip 2009
O interesie społecznym
I. Janke przyznaje się otwarcie, że nie wie, co to jest interes społeczny, choć zarazem, jak można sądzić, wie, czym jest państwo – i jest to rzecz ciekawa, gdyż do tej pory wydawało mi się, że jednym z istotnych składników ethosu dziennikarzy jest działanie w interesie społecznym i to czasami wbrew uzurpatorskim zapędom administracji państwowej. Nie trzeba być znawcą politologii, by dostrzegać prostą prawdę, iż nie zawsze państwo działa w interesie społecznym, czyli dla dobra obywateli tudzież dla dobra ogółu. Bywają okresy historii, kiedy państwo funkcjonuje wyłącznie w interesie jakiejś uzurpatorskiej mniejszości i jego działanie ogranicza się do takiego sterowania obywatelami, by temu interesowi nie zagrażali.
Nie wchodząc w szczegóły, można by wyróżnić trzy formy państwowości we współczesnym świecie: autonomiczną, okupacyjną i kolonialną. W zależności od tego, w jakiej formie państwowości egzystujemy, różnie może być rozumiany interes społeczny. Nie muszę chyba dodawać, że może on być sprzeczny z interesem państwa. Jeśli żyjemy w strefie okupacyjnej, to działanie na rzecz naszej rodziny czy przyjaciół może się kłócić z działaniami administracji państwowej. W tym wypadku zresztą administracja okupacyjna (vide „Polska Ludowa”) może sięgać i zwykle sięga w odpowiedzi po środki represji z fizyczną likwidacją niesubordynowanych obywateli włącznie. W przypadku państwowości kolonialnej nie sięga się raczej po środki ludobójcze, ale, podobnie jak w porządku okupacyjnym, interes społeczny jest definiowany z punktu widzenia interesu establishmentu, zwłaszcza że przynajmniej część obywateli traktowana jest instrumentalnie, czyli jako niewolnicy.
Inaczej się sprawy mają w przypadku państwa działającego autonomicznie i w interesie jego obywateli. Establishment ma świadomość służby obywatelom i podlega społecznej kontroli na wszystkich szczeblach, a ponadto stara się on działać tak, by wypracować warunki do maksymalnej kooperacji możliwie wszystkich „warstw”, środowisk czy instytucji stanowiących elementy składowe państwa. Ten czynnik kooperacji jest podstawowym wyróżnikiem sprawnie działającego (sprawnie, tj. w interesie społecznym) państwa. Jeśli administracja, rozwiązania legislacyjne, poszczególne służby (np. mundurowe lub specjalne) itd. działają na rzecz minimalnej kooperacji społecznej, a mają na celu maksymalne antagonizowanie poszczególnych grup zawodowych, środowisk, instytucji itd., to mamy do czynienia z państwem okupacyjnym lub kolonialnym, którego interesy są zwyczajnie nie do pogodzenia z interesami obywateli.
Co odróżnia okupanta od kolonizatora? Ten pierwszy zwykle eksploatuje zajęty teren, nie licząc się z kosztami społecznymi i, jak wspomniałem, sięgając po eksterminację co bardziej krnąbrnych jednostek – wiedząc, że jego działalność może mieć (lub ma) charakter tymczasowy i kiedyś może dojść do wybuchu buntu przeciwko władzy i establishmentowi. Ten drugi z kolei eksploruje zajęte terytorium, dając wyżyć przynajmniej części (uprzywilejowanych zwykle) obywateli, a więc stara się zachowywać jak gospodarz, tak by eksploatacja trwała możliwie jak najdłużej i by zarazem nadmierną opresją społeczną nie prowokować tubylczej ludności do buntu. Okupant może być zewnętrzny (obce, agresywne państwo) lub wewnętrzny (np. mafia). Kolonizator z natury jest zewnętrzny i wybiera sobie do „administracji państwowej” jakichś lokalnych zaprzańców na zajmowanym terenie. W Polsce akurat tradycje zaprzaństwa są, jak wiemy, wieloletnie, tedy wybierać jest naprawdę w kim.
Problem z naszym krajem polega jednak na tym, że wypracowano państwowość mieszaną, okupacyjno-kolonialną (przy oficjalnych pozorach autonomii), której cechy ujawniają się na przemian, dlatego czasami Polska zachowuje się jak kolonia, a czasami jak strefa okupacyjna w zależności od tego, która z destrukcyjnych grup rządzących różnymi obszarami naszego państwa, szczególnie się aktywizuje. Przykładowo, ktoś (za niezły kawał grosza) kupuje dom na nowym osiedlu, które nie jest jeszcze w całości ogrodzone i „monitorowane”. Wprowadza się z rodziną, po czym przybywa do niego przedstawicielstwo „firmy ochroniarskiej”, czyli mafii, nie bójmy się tego słowa, proponując swoje niezastąpione usługi, oczywiście. Jeśli klient grzecznie odmawia, to po niedługim czasie paskudny los sprawia, że ktoś plądruje mu dom lub przynajmniej wyprowadza spod niego samochód (ukradłszy kluczyki z przedpokoju) i klient zaczyna pojmować jaka jest zależność między jego interesem a interesem mafii, która zapewni mu bezpieczeństwo. Podpisuje więc zgodę na „ochronę” i odtąd faktycznie ma spokój. Proste.
Analogicznie funkcjonuje „polskie państwo”. Jeśli jakaś grupa obywateli jest podporządkowana, tzn. respektuje drakońskie prawa ustanawiane przez establishment w interesie establishmentu, to nie dzieje się jej wielka krzywda. Jeśli nie, paskudny los zaczyna się mścić.
Janke natomiast zastanawia się: „Jak ma funkcjonować państwo, jeśli urzędnicy będą się zastanawiać, czy ten lub inny wyrok, ten lub inny przepis nie są sprzeczne z pojmowanym przez nich „interesem społecznym” i w zależności od tego, do jakiego dojdą wniosku, będą dany przepis stosować, a wyrok wykonywać?” Powiem więc tak: jeśli urzędnicy nie wiedzą, czym jest interes społeczny, to ich działalność na rzecz państwa będzie iluzoryczna. Chyba że służą okupantowi lub kolonizatorowi.
http://www.rp.pl/artykul/9133,340498_Janke__Konserwatysta_marzy_o_anarchii_.html
Nie wchodząc w szczegóły, można by wyróżnić trzy formy państwowości we współczesnym świecie: autonomiczną, okupacyjną i kolonialną. W zależności od tego, w jakiej formie państwowości egzystujemy, różnie może być rozumiany interes społeczny. Nie muszę chyba dodawać, że może on być sprzeczny z interesem państwa. Jeśli żyjemy w strefie okupacyjnej, to działanie na rzecz naszej rodziny czy przyjaciół może się kłócić z działaniami administracji państwowej. W tym wypadku zresztą administracja okupacyjna (vide „Polska Ludowa”) może sięgać i zwykle sięga w odpowiedzi po środki represji z fizyczną likwidacją niesubordynowanych obywateli włącznie. W przypadku państwowości kolonialnej nie sięga się raczej po środki ludobójcze, ale, podobnie jak w porządku okupacyjnym, interes społeczny jest definiowany z punktu widzenia interesu establishmentu, zwłaszcza że przynajmniej część obywateli traktowana jest instrumentalnie, czyli jako niewolnicy.
Inaczej się sprawy mają w przypadku państwa działającego autonomicznie i w interesie jego obywateli. Establishment ma świadomość służby obywatelom i podlega społecznej kontroli na wszystkich szczeblach, a ponadto stara się on działać tak, by wypracować warunki do maksymalnej kooperacji możliwie wszystkich „warstw”, środowisk czy instytucji stanowiących elementy składowe państwa. Ten czynnik kooperacji jest podstawowym wyróżnikiem sprawnie działającego (sprawnie, tj. w interesie społecznym) państwa. Jeśli administracja, rozwiązania legislacyjne, poszczególne służby (np. mundurowe lub specjalne) itd. działają na rzecz minimalnej kooperacji społecznej, a mają na celu maksymalne antagonizowanie poszczególnych grup zawodowych, środowisk, instytucji itd., to mamy do czynienia z państwem okupacyjnym lub kolonialnym, którego interesy są zwyczajnie nie do pogodzenia z interesami obywateli.
Co odróżnia okupanta od kolonizatora? Ten pierwszy zwykle eksploatuje zajęty teren, nie licząc się z kosztami społecznymi i, jak wspomniałem, sięgając po eksterminację co bardziej krnąbrnych jednostek – wiedząc, że jego działalność może mieć (lub ma) charakter tymczasowy i kiedyś może dojść do wybuchu buntu przeciwko władzy i establishmentowi. Ten drugi z kolei eksploruje zajęte terytorium, dając wyżyć przynajmniej części (uprzywilejowanych zwykle) obywateli, a więc stara się zachowywać jak gospodarz, tak by eksploatacja trwała możliwie jak najdłużej i by zarazem nadmierną opresją społeczną nie prowokować tubylczej ludności do buntu. Okupant może być zewnętrzny (obce, agresywne państwo) lub wewnętrzny (np. mafia). Kolonizator z natury jest zewnętrzny i wybiera sobie do „administracji państwowej” jakichś lokalnych zaprzańców na zajmowanym terenie. W Polsce akurat tradycje zaprzaństwa są, jak wiemy, wieloletnie, tedy wybierać jest naprawdę w kim.
Problem z naszym krajem polega jednak na tym, że wypracowano państwowość mieszaną, okupacyjno-kolonialną (przy oficjalnych pozorach autonomii), której cechy ujawniają się na przemian, dlatego czasami Polska zachowuje się jak kolonia, a czasami jak strefa okupacyjna w zależności od tego, która z destrukcyjnych grup rządzących różnymi obszarami naszego państwa, szczególnie się aktywizuje. Przykładowo, ktoś (za niezły kawał grosza) kupuje dom na nowym osiedlu, które nie jest jeszcze w całości ogrodzone i „monitorowane”. Wprowadza się z rodziną, po czym przybywa do niego przedstawicielstwo „firmy ochroniarskiej”, czyli mafii, nie bójmy się tego słowa, proponując swoje niezastąpione usługi, oczywiście. Jeśli klient grzecznie odmawia, to po niedługim czasie paskudny los sprawia, że ktoś plądruje mu dom lub przynajmniej wyprowadza spod niego samochód (ukradłszy kluczyki z przedpokoju) i klient zaczyna pojmować jaka jest zależność między jego interesem a interesem mafii, która zapewni mu bezpieczeństwo. Podpisuje więc zgodę na „ochronę” i odtąd faktycznie ma spokój. Proste.
Analogicznie funkcjonuje „polskie państwo”. Jeśli jakaś grupa obywateli jest podporządkowana, tzn. respektuje drakońskie prawa ustanawiane przez establishment w interesie establishmentu, to nie dzieje się jej wielka krzywda. Jeśli nie, paskudny los zaczyna się mścić.
Janke natomiast zastanawia się: „Jak ma funkcjonować państwo, jeśli urzędnicy będą się zastanawiać, czy ten lub inny wyrok, ten lub inny przepis nie są sprzeczne z pojmowanym przez nich „interesem społecznym” i w zależności od tego, do jakiego dojdą wniosku, będą dany przepis stosować, a wyrok wykonywać?” Powiem więc tak: jeśli urzędnicy nie wiedzą, czym jest interes społeczny, to ich działalność na rzecz państwa będzie iluzoryczna. Chyba że służą okupantowi lub kolonizatorowi.
http://www.rp.pl/artykul/9133,340498_Janke__Konserwatysta_marzy_o_anarchii_.html
21 lip 2009
Królestwo niebieskie

To dobrze, że min. sprawiedliwości tyle mówi o życiu pozagrobowym, niedługo bowiem tylko tymi sprawami kierowany przez niego resort będzie się zajmował lub też obywatelom pozostanie wyłącznie odwoływanie się do świata nadprzyrodzonego w obawie o ich własne bezpieczeństwo. Już wiemy od ministra, że jeśli ktoś stawia kłopotliwe pytania w związku z kolejnym już samobójstwem osoby związanej ze sprawą Olewnika, to musi mieć kontakt z Duchem Świętym, więc z królestwem niebieskim coś musi być na rzeczy.
Przysłuchiwałem się dziś rano wywiadowi z ministrem i uwagę moją zwróciło pewne odwrócenie ról. Otóż to minister zadawał pytania dziennikarzom, a nie odwrotnie. A nawet pouczył ich ciekawie: „jak się zadaje pytania, to trzeba wiedzieć”, aczkolwiek mnie się do tej pory wydawało, iż pytania zadaje się w celu uzyskania wiedzy. No ale można i tak, jak radzi minister. Padła jednak ciekawa uwaga z jego strony, uznał on bowiem, że na miejscu, gdzie popełnił samobójstwo strażnik więzienny Mariusz K., nie musiało być prokuratora. Wystarczyła policja. Tedy i nie było prokuratora. Poza tym minister stwierdził, że nie sposób wskazać na jakikolwiek związek zmarłego strażnika z „szeroko rozumianą sprawą Olewnika”. W ten sposób minister przyjął starą, filozoficzną postawę badawczą, wypracowaną przez D. Hume'a, który negował istnienie związku przyczynowo-skutkowego i nawet całkiem nieźle mu to wychodziło.
Sceptycyzm ministra i jego podwładnych udzielił się dość szybko mainstreamowym mediom, toteż przez cały wczorajszy dzień słyszeliśmy zapewnienia np., że teraz będzie się sprawdzać dokładnie sytuację materialną pracowników służby więziennej, jak rozumiem po to, by wcześniej wykryć tendencje samobójcze – i tak jednak tematem dni okazuje się postawa P. Kownackiego (dziś rano komentarze dziennikarzy w Jedynce i Trójce w ogóle nie dotyczyły sprawy samobójstwa strażnika). Można i tak, i dziwiłbym się gdyby było inaczej. W poniedziałkowy poranek słyszałem w radiu występ J. Wróbla, człowieka, który o każdej sprawie opowiada ze śmiechem i lekką zadyszką, czym nieodłącznie przypomina mi jakiegoś beztroskiego kabareciarza raczej niż dziennikarza, no ale wiemy, że środowisko ludzi mediów skupia samych oryginałów; tenże więc Wróbel na wesoło i na spocznij mówił, że absurdem byłoby powtórzenie się sytuacji z min. Ćwiąkalskim, który podał się do dymisji po samobójstwie podejrzanego, pilnie strzeżonego oskarżonego w sprawie Olewnika. Wróbel na wesoło zatem stwierdził, że obecny min. sprawiedliwości nie musi się podawać do dymisji. Ja też tak uważam, z tego choćby względu, że coraz ciekawiej się wypowiada. Chętnie posłucham jeszcze na temat królestwa niebieskiego.
Tymczasem nam przyszło żyć w królestwie czerwonym. Zabójstwo Olewnika, według mnie, a podejrzewam, że i Aleksander Ścios, badający tę sprawę na wszystkich możliwych piętrach, przychyli się do tego zdania, miało na celu jedną podstawową rzecz: stworzenie precedensu – udzielenie pewnej historycznej lekcji wszystkim tym, którzy chcieliby prowadzić interesy z pominięciem rekietu. „Chcesz skończyć jak Olewnik?” - to pytanie może teraz zadać wybijającemu się na samodzielność przedsiębiorcy dowolny przedstawiciel podziemnego świata, które objęło faktyczną władzę w naszym kraju po „obaleniu komunizmu”. W dzienniku „Polska” stawia się tezę, że mafia zwycięża w starciu z naszym państwem, ale tak naprawdę to określenie „mafia” jest nieco mylące, nasuwając skojarzenia wyłącznie ze środowiskiem przestępczym, a w ten sposób odsuwa skojarzenia ze światem służb specjalnych i polityki. Poza tym trudno doprawdy powiedzieć, czy kiedykolwiek w 20-leciu III RP tenże podziemny świat był w defensywie, zbyt wiele osób bowiem trafiało do królestwa niebieskiego, gdy wchodziło w paradę temu właśnie podziemiu.
Nie tak dawno nasz kraj obiegła (na krótko, jak to zwykle bywa w tego typu sytuacjach) wieść o tym, jak łódzcy antyterroryści zajmowali się rekietem. Zupełnie niedawno (i też zaledwie przebłysnęła) wyczytałem o tym, jak policjanci zatrzymali jednego bandziora w Pruszkowie, a następnie na posterunek przybyło dwudziestu innych gości, by kumpla odbić. W takich warunkach rzeczywiście dymisja ministra sprawiedliwości nie ma najmniejszego sensu - nie od dziś wszak wiemy, że prawo w Polsce jest fikcją i istnieje niezmierzony obszar ludzi działających poza prawem, ale też ministrowie nie są w naszym kraju od tego, by cokolwiek zmieniać w tym status quo. Nie po to się, do cholery, czerwoni tyle namordowali z konstruktywną opozycją, by obalić komunizm.
http://www.tvn24.pl/-1,1610746,0,1,nic-szybszego-i-madrzejszego-bysmy-nie-uczynili,wiadomosc.html
http://www.polskatimes.pl/stronaglowna/143588,panstwo-przegrywa-z-mafia-w-waznych-sledztwach,id,t.html
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20090721&typ=my&id=my13.txt
20 lip 2009
Państwo jako śmieciara (2)
Cała nasza współczesność spowita jest mitami, których zgęstnienie do złudzenia przypomina epokę komunizmu. Nie ma w tym niczego zaskakującego, ponieważ mitologię III RP pieczołowicie i z oddaniem godnym lepszej sprawy konstruowali niejednokrotnie ci, co całkiem nieźle żyli sobie w poprzedniej epoce.
Mit kapitalizmu na przykład. Zgodnie z nim wszystko musi być drogie. Czy chcę kupić dom, czy go wyremontować, czy chcę nabyć auto, czy zrobić solidne zakupy, czy wybrać się z całą rodziną do kina, czy wyjechać za granicę na dwa tygodnie – muszę wyskoczyć z takich pieniędzy, że od razu zastanawiam się, z ilu rzeczy będę musiał zrezygnować lub też czego zakup będzie trzeba odłożyć. Zwolennicy polskiego kapitalizmu tłumaczą to zjawisko w prosty sposób: spójrz, człecze, na Zachód, jak tam jest drogo!; ciesz się więc z tego, co masz, nawet jeśli masz niewiele, jeżeli zaś uważasz, że za mało zarabiasz, to weź się jeszcze ostrzej do roboty, może nawet załap się na jakiś kolejny etat i rób, rób, rób, wtedy wyciśniesz więcej grosza. No i tu znowu wyciągają zza pleców plansze z wizerunkami tych, którym się powiodło w „transformacji”.
Nigdy nie zapomnę czasu pierwszych telefonów komórkowych na ziemiach polskich; moja małżonka dostała w prezencie w II połowie lat 90. taki właśnie telefon, po czym co miesiąc – mimo trzymania się „limitów czasowych”, „określonych pór” dzwonienia itp. wynalazków usługodawcy, należało płacić comiesięczny haracz w wysokości ok. 400 zł za rozmowy. Pomijam już standard tychże usług (wtedy jeszcze wiele miejsc w kraju było „poza zasięgiem”), jak i to, że należało zadylać do specjalnego punktu serwisowego, żeby uregulować rachunek. Istotne było to, że jak się ktoś spóźnił z zapłatą choćby dzień, to operator zwyczajnie, na chama, wyłączał telefon i trzeba było go uaktywniać poprzez kolejną wizytę w serwisie. Nazwy tego „dostawcy usług” nie będę podawał, bo to jeden z czołowych po dziś dzień monopolistów. Dodam jedynie, że po wygaśnięciu umowy (której oczywiście nie można było wcześniej zerwać bez ponoszenia finansowych konsekwencji), nigdy więcej z tą firmą nie miałem nic do czynienia i nie chcę mieć.
Powyższa anegdota to historia, podejrzewam, jakich każdy przeżył w Polsce wiele i przeżywa dzień w dzień. Usterka jakiejś części samochodu? Nie daj Boże jechać do serwisu firmowego. To, w jaki sposób zostanie wyceniona reperacja, jak policzona będzie robocizna i jak solidnie wykonana naprawa, jest w stanie wytrącić z równowagi największego flegmatyka. Część osób, jak wiemy, radzi sobie z tym problemem poprzez „branie kosztów na firmę” (bo wiadomo, że dla firm naprawy muszą być robione na faktury, a więc w „autoryzowanych punktach”).
Rachunki za prąd w wysokościach takich, jakby człowiek warsztat w domu prowadził. Zdesperowani wezwaliśmy kiedyś ekipę elektryków, by sprawdzili dokładnie, czy wszystko w porządku z instalacją, licznikiem i urządzeniami AGD – po prostu nie mogliśmy uwierzyć, że żyjąc dość skromnie w kilka osób, nabijamy tak licznik, że co rusz trzeba wyzbywać się kwoty czterocyfrowej. Okazało się po gruntownym sprawdzeniu, że wszystko jest OK, tylko takie są ceny, czyli tyle kosztuje prąd w XXI w. na ziemiach polskich. Elektryczność zatem to luksus, na który trzeba sobie solidnie zapracować. Podobnie gaz czy woda. A jak się komuś nie podoba? Tam są drzwi. Inne państwa czekają.
W polskim kapitalizmie jedyne obniżki dotyczą cen paliwa „o parę groszy na litrze”, obniżki, które i tak za chwilę przyćmiewane są przez kolejne podwyżki - o tych ostatnich zaś słychać dużo rzadziej niż o tych obniżkach. Zwolennicy naszego ustroju gospodarczego uważają jednak, że i tak jesteśmy w o wiele lepszej sytuacji niż np. Skandynawowie, którzy płacą za paliwo jeszcze więcej. Wszystko zatem skonstruowane jest w gospodarce tak, że tanie dla obywateli są jedynie chińskie zabawki. Słyszałem zresztą niedawno, że Polska po fantastycznym, wieloletnim eksperymencie z koreańską motoryzacją, szykuje się do współpracy z Chińczykami. Byłoby to śmieszne, gdyby nie było prawdziwe i śmiertelnie poważne. Taki zresztą jest tenże kapitalizm. Człowiek łapie się za głowę, mając nieodparte poczucie, że jest regularnie i na każdym kroku, w majestacie prawa okradany, a wszystko to zarazem dzieje się w oparach jakiegoś niezrozumiałego absurdu. Absurdem przecież jest to, że usługi uważane za podstawowe urastają do luksusowych. Absurdem jest to, że państwo nie czyni nic, by ten stan rzeczy zmienić. Jedyne pocieszenie obywatel może znaleźć w tym, że w następnym roku będzie jeszcze drożej – wobec tego w bieżącym nie jest aż tak źle.
Koszmar codzienności jest jednak odmienny aniżeli w peerelu. Wiele rzeczy jest do zdobycia, jednakże przeciętnego obywatela na nie nie stać. Z czasem – słysząc nieustannie o tych, którym się „powiodło” i widząc w mediach ich roześmiane gęby – zaczyna wierzyć, że jemu się nie wiedzie faktycznie z tego powodu, że nie umie nic. Powątpiewa w swoje kompetencje i swoje doświadczenie – w rezultacie swoją agresję zaczyna, jak to bywa z ludźmi, na których zastawiono społeczną pułapkę – kierować przeciwko sobie.
Taki sposób myślenia jest wyjątkowo na rękę zakłamanej, wielobarwnej klasie politycznej. Konsekwencją przyjętych założeń: coś ze mną jest nie tak; nic nie umiem; niczego nie osiągnę – jest zdanie, że sama Polska jest OK, tylko ja do niej nie pasuję. W zależności od wykonywanego zawodu dany obywatel zaczyna myśleć, że jest dennym nauczycielem, inżynierem, pisarzem, malarzem, prawnikiem, lekarzem itd. Jeśli jeszcze koksu dorzucają tzw. życzliwi (ktoś z rodziny, sąsiedzi, znajomi a czasem i zatroskani przyjaciele), sugerując, że „inni już coś osiągnęli, a ty, patrz, jak się wciąż miotasz”, to sytuacja robi się dramatyczna. Dany obywatel zaczyna rzeczywiście łapać się za kolejne etaty, żeby sprostać wymogom „polskiego kapitalizmu”, albo „przestaje się cykać” i zaczyna żyć nieuczciwie, idąc na skróty do celu, jakim jest wymarzone bogactwo. Albo też załamuje się i popada w stan przypominający ten, jaki oddany jest przez M. Kondrata w „Dniu świra”, czyli w furię z trudem podtrzymywaną na uwięzi.
Jeśli pamiętamy poczucie beznadziei towarzyszące naszemu życiu za komunizmu, to ta opisana wyżej postawa niewiele się różni. W okresie komunistycznym żyło się w matni, ponieważ o wszystko należało walczyć (poczynając od chleba, poprzez jakiekolwiek dobra konsumpcyjne, a kończąc na środkach czystości), wszystko trzeba było wydzierać, zdobywać za pomocą znajomości lub jakiegoś barteru (towarów bądź usług) i towarzyszyło temu pogłębiające się uczucie upokorzenia. Stan ten przypominał szarpaninę w żelaznej klatce, z której nie było wyjścia, ale wyciągając rękę za kraty można było od czasu do czasu coś zdobyć. Teraz zaś wydaje się, że klatka nie jest żelazna, tylko szklana.
Na tym tle grupą szczególnie uprzywilejowaną finansowo nie są wyłącznie przedstawiciele polityczno-ekonomicznego establishmentu (ci bowiem z oczywistych względów, sami sobie ustalając wysokość poborów, nie są w stanie wyrządzić sobie krzywdy), lecz ludzie mediów. To oni wszak, przemawiając do nas całymi dniami od chwili „obalenia komunizmu”, zapewniają nas, że tak jak jest, ma być i że właściwie z każdym rokiem jest coraz lepiej. Oni też zdumiewają się, że obywatele wciąż i wciąż domagają się podwyżek, oni ubolewają, że „pewne grupy zawodowe” (czasem je wymieniają, a czasem nie) „nie mogą się wyzbyć przywiązania do socjalistycznych przywilejów”, a zatem zawracają Wisłę kijem. Jest to sprytny sposób wpędzania Polaków w sztuczny dysonans poznawczy. Technika takiego zapędzania w kozi róg znana jest wszystkim specjalistom od reklamy i marketingu politycznego. Odbiorcy wbija się do głowy dwa sprzeczne przekonania, on zaś, popadłszy z tego powodu w dyskomfort psychiczny, szuka dróg wyjścia z sytuacji – drogi te zaś podsuwa „wujek dobra rada”, który w ten dysonans poznawczy biedaka wpędził. Obywateli więc, którzy domagają się wyższych płac, przekonuje się, że jest to żądanie, które ma podłoże w mentalności peerelowskiej. Nowoczesny Polak (euroPolak), rzecz jasna, peerelowskim bumelantem być nie powinien i nie zamierza – wobec tego drogą do pozbycia się dysonansu poznawczego: przekonanie (1) „zarabiam mało i chciałbym więcej na utrzymanie rodziny” oraz (2) „domaganie się większych pieniędzy z racji niskich zarobków to ujawnianie się homo sovieticusa” - jest przyjęcie, że należy się jeszcze popoświęcać, pozaciskać pasa, nie popadać w „typowo polskie narzekanctwo”, „wyzbyć się egoizmu” itd. Dziennikarze, współcześni czarnoksiężnicy, zapewniają przy tym (powtarzając za politykami), iż budżetu na to nie stać (resp. „nas na to nie stać” - ergo „budżet” to enigmatyczni „my”), że „po prostu nie ma pieniędzy”, że to napędziłoby hiperinflację, że wszyscy ciężko pracują i nie zarabiają „tyle, ile by sobie wymarzyli”, ale „to wszystko wnet się zmieni” itp.
W ten sposób obywatelowi nie tylko robi się wodę z mózgu, ale zamyka usta i każe ze spokojem siedzieć między ścianami śmieciary. Kwestie kosztów „procesów integracyjnych”, kosztów wszechogarniającej nas biurokracji, kosztów wystawnego prowadzenia się establishmentu (za publiczne przecież pieniądze) okazują się zupełnie bez znaczenia, gdyż te koszty są „niezbędne” w przeciwieństwie do podwyżek płac, które, jak nas zapewniają ci sami dziennikarze „i tak rosną”. Przykładem tego jest średnia krajowa, która jakimś cudem wychodzi zawsze o wiele wyższa niż moje zarobki, mimo że nie jestem zatrudniony jako nocny stróż na budowie ani jako parkingowy (zresztą nawet nie wiem, jakie są zarobki w tych zawodach, może nie najniższe). Nie ma w ogóle problemu marnotrawienia funduszy publicznych. Nie wiadomo, gdzie i jak przepadają pieniądze, które państwo pożera z opodatkowania paliw, których hektolitry przepalane są przez nasze samochody. Dość że swojski widok gostków w odblaskowych kamizelkach, którzy podeszwami ubijają załataną dziurę w asfalcie (najlepiej w siąpiącym deszczu), pokazuje, jak daleko zaszliśmy z kładzeniem nowoczesnej nawierzchni.
Skoro już o drogach mowa. Nie ma dnia, kiedy by nie alarmowano o wypadkach, kolizjach, ofiarach, stłuczkach, korkach itd. Nie zdarzyło się jednak, by ktokolwiek z ministrów infrastruktury poszedł siedzieć za to, że z jego winy stan polskich dróg jest taki a nie inny. Pomstuje się na kierowców tirów, że ryją asfalt swoimi trackami, ale przecież nie modernizuje się linii kolejowych, by część dotychczasowego transportu drogowego przerzucić na tory. Trudno powiedzieć, czy w ogóle zachodzi modernizacja „tego kraju”, ponieważ poza biurowcami, hipermarketami, centrami handlowymi, multikinami oraz bankami – co najlepiej widać w stolicy, bo w innych miastach już w o wiele skromniejszej skali, to nie sposób dostrzec tego „cywilizacyjnego skoku”, jaki już dawno miał zostać przez nas wykonany. Proszę się przejechać po co mniejszych miasteczkach, zobaczyć jak wyglądają dworce i osiedla mieszkaniowe, i czy bardzo odbiega to od peerelowskich „standardów”.
Kwestia architektury Polski to szczególnie wymierny obszar zastoju w modernizowaniu naszego kraju. Jest to o tyle zaskakujące, że akurat w państwie, które deklarowało, iż chce jak najszybciej „wrócić do Europy”, wcale nie doszło do urbanistycznej rewolucji. Pomijając likwidację iluśtam co obrzydliwszych socrealistycznych pomników (choć i tak nie wszystkich), to nie sprowadzono nad Wisłę architektów, by przekuli te staropeerelowskie zabudowania szpecące pozostałości dawnego polskiego budownictwa w nowoczesne bryły. Dochodziło do tego, że w miejscowościach, gdzie wrony zawracały lub diabeł mówił dobranoc, wszystko wyglądało po staremu (sypały się tynki, grzyb wspinał się po ścianach, rozwalały się ogrodzenia, chaszcze porastały), a lśnił jedynie nową fasadą i marmurowymi schodkami miejscowy bank, no i jak dobrze poszło także urząd sołtysa, gminy itp. To było coś więcej niż signum temporis, to był obraz polskiego kapitalizmu. Nieużytki, walące się chałupy, opustoszałe zakłady z powybijanymi szybami, a nieopodal błyszczący bank, niemalże jak budynek szeryfa. Nie byłoby może w tym nic złego, gdyby nie to, że banków przybyło, a krajobraz tak bardzo się nie zmienił, szczególnie na polskiej prowincji, aczkolwiek warto i po warszawskiej Pradze się przejść lub nieco oddalić od krakowskiego Rynku, by dostrzec staropeerelowskie urbanistyczne realia.
Przez 20 lat nie udało się stworzyć w Polsce normalnej, europejskiej infrastruktury. To nie wymagało jakiejś wielkiej filozofii, gdyż budowanie dróg, mostów, unowocześnianie kolei, stawianie lotnisk, przebudowywanie dworców i in. tego typu działania, to nie jest wysyłanie statków bezzałogowych na koniec Układu Słonecznego. Nie potrzeba zresztą wielkiego znawcy gospodarki, by wiedzieć, że dobra infrastruktura generuje wydajniejszą gospodarkę. Dysfunkcjonalna infrastruktura zaś, uniemożliwia nie tylko prawidłowe działanie rozmaitych sfer gospodarki (handlu, transportu, przemysłu...), ale i normalne funkcjonowanie społeczeństwa (dojazdy do pracy i nauki, poruszanie się ambulansów i innych służb ratowniczych, wypadkowość na drodze – nie mówiąc o hamowaniu rozwoju turystyki.
Na chłopski rozum nawet rzecz biorąc, choć rolnikiem nie jestem :), jak ktoś buduje dom, to dba o to, by droga na budowę była utwardzona, by auta nie grzęzły w błocie i by dało się spokojnie wyładować potrzebne materiały. To oczywiście sprawy elementarne, ale przecież o te właśnie, elementarne sprawy nie zadbano nie tylko na starcie konstruowania „nowego państwa”, lecz i przez dwie dekady jego istnienia. Tak więc dla każdego, kto przybywa do Warszawy pierwszy raz, szokiem musi być to, że w godzinach porannych i późnopopołudniowych z jednego końca miasta na drugi, jedzie się, a właściwie sunie, dwie godziny i to po nawierzchni przypominającej folię perforowaną. I to już od 20 lat, nie licząc poprzedniego peerelu.
http://freeyourmind.salon24.pl/115448,panstwo-jako-smieciara
18 lip 2009
W kręgu logomachii

Jeśli ktoś chciałby znaleźć jakieś najbardziej wyraziste zjawisko pozwalające mówić o tym, że III RP to post- lub neopeerel, to wystarczy wskazać jedno: logomachia. Specjaliści od propagandy i dezinformacji od pierwszych chwil po „obaleniu komunizmu” wpuszczali do obiegu społecznego specjalnie skonstruowane frazy i określenia, które miały funkcjonować jako toksyczne, czyli zatruwające komunikację międzyludzką, a z czasem zatruwające myślenie. To właśnie jest logomachia, doprowadzana do perfekcji w okresie komunistycznym, lecz nabrała rozmachu w czasach III RP dzięki wszędobylstwu mediów i „rewolucji technologicznej”, która właśnie w środkach przekazu odbywała się najszybciej (bo przecież nie w tworzeniu infrastruktury na poziomie europejskim).
Przykładowe wyrażenia takie, jak „zoologiczny antykomunizm”, „polowanie na czarownice”, „olszewicy”, „prawicowy ekstremizm”, „czarni”, „Solidaruchy”, „mowa nienawiści”, „oszołomstwo”, „imperium Rydzyka” czy świeży „Rydzykofon”, służą podkręcaniu określonych nastrojów społecznych i wytwarzaniu się odpowiednich postaw skierowanych przeciwko tym osobom lub obszarom, których logomachia dotyczy. Za komunizmu frazy takie jak „zapluty karzeł reakcji”, „bananowa młodzież”, „seanse nienawiści” itp. spełniały dokładnie takie same funkcje, jednakże oddziaływanie tego rodzaju konstruktów językowych było ograniczone choćby z tej racji, że wielu Polaków generalnie bojkotowało sowiecką mowę wylewającą się ze środków przekazu. W III RP zgodnie w tej materii współdziałały ośrodki komunistyczne, jak i postkomunistyczne związane z Agorą S.A., ale też i wiele innych, namaszczonych przez salon mediów oraz środowisk. „Lingwistyczna szkoła Urbana” wykuwała wiele fraz propagandowych, przekształcającej nawet skróty oznaczające nazwy poszczególnych partii np. Porozumienie Centrum nazywano wdzięcznie na łamach gadzinówki goebbelsa stanu wojennego: „piczką”, co dziś znajduje analogię choćby w powszechnie używanym przez lewaków określeniu „pisuary” czy „pisiory”.
Logomachia stanowiąca celowe wpuszczanie ścieków do komunikacji społecznej, odnosi największy sukces w sytuacji, gdy podsuwane przez dezinformatorów wyrażenia są rozpowszechniane i powtarzane w coraz to szerszych kręgach ludzi. Oczywiście niezastąpione w tej materii są media, które na zasadzie działania pudeł rezonansowych, z premedytacją używają logomachii, by zatruwać życie społeczne. Można by sądzić, że ci, co stosują logomachię wyrażają zwykle w ten sposób swoją słabość – wroga nie są w stanie wyeliminować, wobec tego starają się go na rozmaite sposoby wymieszać z błotem (a nawet z gnojem), by w ten sposób odstraszyć od tego kogoś jego zwolenników czy sympatyków. Tymczasem prawda jest taka, że podsycanie nienawistnych nastrojów społecznych, jak to choćby robił Urban w odniesieniu do ks. Popiełuszki, ma na celu mobilizowanie tych, którzy chcieliby przejść „od słów do czynów”, a zarazem wywoływanie przyzwolenia społecznego dla działań „prewencyjnych” wobec wskazanych przez dezinformatorów „sił zła”. Na tej zasadzie ks. Popiełuszce, ks. Zychowi czy ks. Suchowolcowi dostaje się „sprawiedliwie”, bo niejako „sam się o to prosił”, czyli gdyby nie politykowali, nie wierzgali, nie zadzierali itd., to by nikt ich nie temperował. Na tej zasadzie napady rabunkowe na księży w III RP to coś normalnego, bo przecież „kler się bogaci”. Na tej zasadzie utrudniało i utrudnia się dystrybucję pism prawicowych, bo są „skrajne”, w przeciwieństwie do ułatwień dla gadzinówki Urbana, którą można było od pierwszych jej wydań znaleźć w każdym kiosku na wsiach zabitych spróchniałymi dechami.
Zauważmy zarazem, że środowiska posługujące się logomachią są wyjątkowo uczulone, gdy użyje się jej przeciwko nim. Gdy zatem pojawiły się szydercze (a zarazem opisowe) określenia „Ministerstwo Prawdy”, „imperium Michnika”, „polskojęzyczne media” itp., zaczęli rozmaici sprawiedliwi drzeć włosy z głowy, że za pomocą takich szyderstw ktoś ośmiela się odnosić do takich zacnych grup ludzi, które bezkrwawo komunizm obalały. Okazuje się bowiem, że każdy kij ma dwa końce, a więc, że najlepszą obroną jest atak. Sprytnym zabiegiem było oswojenie (obelżywego wcześniej przecież) określenia „moherowe berety” przez środowisko RM. Z kolei środowiska wyborców tęczowej koalicji, ugodzone do żywego określeniem „wykształciuchy” oswajały je stopniowo (w międzyczasie oblizując rany) za kaczyzmu, ale to oswojenie nie miało w sobie nic z jakiejś autoironii czy kpiny, tylko posmak wiecznej martyrologii, w jakiej zagrożone lustracją i dekomunizacją salonowe środowiska żyły i żyją. Ktoś nazywający się wykształciuchem, uważał, że protestuje w ten sposób przeciwko „pisobolszewikom”, choć zarazem odczuwał wstyd, że musi się w taki sposób określać, bo przecież wykształciuchem nie chciał być, tylko inteligentem czy nawet intelektualistą :) No ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma, więc wykształciuchy naprawdę określenie „wykształciuchy” sobie przyswoiły, co nam, ludziom, którzy nigdy by się tak nie nazwali, ułatwia tamtych rozpoznanie. Logomachia może mieć więc swoje dobre strony, wystarczy tylko wiedzieć, jak obchodzić się ze ściekami, tzn. jak kierować je w stronę tych, co te zanieczyszczenia wpuszczają do polskiej rzeki.
http://deser.pl/deser/1,83452,6832179,Rydzykofon__Czy_to_sie_oplaca_.html
O apatii społecznej i personalizacji polityki

Państwo polskie sprawia wrażenie mechanizmu, ale rozregulowanego. Tego rodzaju mechanizm raz działa, raz nie działa – raz przyspiesza, raz utyka – raz idzie miarowo, raz wlecze się, jakby ostatkiem sił. Niedawno, bo wiosną 2009 r. usłyszałem w radiowej Jedynce w programie bodajże o 13-tej (jest to ważna informacja, gdyż wtedy w Jedynce bywa publicystyka w stylu, którego nie powstydziłby się M. Szczepański) jak jeden z dziennikarzy, kiedy mowa była o polskim sposobie „reagowania na kryzys ekonomiczny”, który dopadł świat Zachodu, wyznał, że my Polacy mamy taki mechanizm obronny, bo jesteśmy przyzwyczajeni do kryzysu, pamiętając go jeszcze z peerelu i gdy jest dobrze, to wydajemy więcej, a gdy jest niedobrze, to oszczędzamy na wydatkach. W tym niezbyt mądrym spostrzeżeniu, kryjącym jakieś ponure przesłanie, iż tak naprawdę wszyscy jesteśmy peerelakami a nie Polakami i skrywamy w sobie peerelowską wilczą naturę pod owczym kożuchem euroPolaków, zawarta była sugestia, że to właśnie dobrze, a nawet ślicznie jest, gdy obywatele elastycznie reagują na niedomagania państwa. Jeśli państwo i jego gospodarka są dysfunkcjonalne, to obywatele dzielnie i sumiennie, niemalże w radosnych podskokach wyzbywają się codziennych wygód, by nie obciążać swojego kraju. Nie muszę jednak dodawać, że taka postawa charakterystyczna jest raczej dla ludności Północnej Korei niż mieszkańców Starego Kontynentu.
Dokonując jednak takich porównań wcale nie odbiegam od tematu. Proszę zauważyć, że nowy model państwa, jaki nam zaproponowano, z jednej strony stwarzał pozory kapitalizmu, z drugiej jednak pilnował, by obywatele stanowili nowy kolektyw, nie zaś wspólnotę wolnych, sprytnych, racjonalnych i przedsiębiorczych jednostek. Polska „droga do kapitalizmu” nie podlegała żadnej dyskusji. Plan L. Balcerowicza był „bezalternatywny” - należało go wdrożyć bez względu na koszty i nawet bez symulacji społecznych i gospodarczych konsekwencji. Podobnie „bezalternatywne” było uwłaszczenie komunistycznej nomenklatury. I takich rozwiązań, które nie miały sobie równych, które były bezkonkurencyjne, mieliśmy w polskiej polityce (nie tylko gospodarczej, oczywiście), mnóstwo. To zaś świadczy, że od samego początku przedstawiciele establishmentu nie brali pod uwagę aktywnej roli obywateli w przeprowadzanej „transformacji”. Obywatele – właśnie jako zdyscyplinowany (tym razem nie za pomocą środków wojskowo-bezpieczniackich, ale ekonomicznych) kolektyw – mieli karnie wykonywać swoje działania w wielkim procesie polskiej pierestrojki i jedynie czekać na jego efekty. Naturalną koleją rzeczy była więc postępująca izolacja elit od społeczeństwa oraz apatia tego ostatniego.
Apatią jednak establishment wcale się nie przejmował i nie przejmuje. Ba, z punktu widzenia rządzących naszym krajem apatia jest OK, im bardziej bowiem obywatele odpuszczają sobie walkę o swoje prawa, tym swobodniej mogą czuć się żerujący na tychże obywatelach politycy. Obywatel apatyczny to znakomity materiał nie tylko w demokracji pozornej, jaką mamy w postpeerelu czy neopeerelu (ta nazwa wydaje mi się bardziej zasadna, skoro dochodzi u nas do doskonalenia mechanizmów wypracowanych przez reżim komunistyczny – monopolizacja sceny politycznej, monopolizacja rynku medialnego, degradacja ekonomiczna społeczeństwa, pogłębiana, agresywna laicyzacja etc.), lecz i w eurokracji. O ile obywatel nie rzuca kamieniami na ulicach, o tyle może sobie sądzić o władzy, co też mu się chce, aczkolwiek, jak dowodzą doświadczenia europejskie (zwłaszcza we Francji i Wielkiej Brytanii) to także do pewnych granic.
Do stanu apatii przyczynia się zastosowana od samego początku „przemian” personalizacja polityki, przypominająca do złudzenia to, jak uosabiano władzę i jej mechanizmy za poprzedniego reżimu. W komunizmie mówiło się „za Bieruta”, „za Cyrankiewicza”, „za Gomułki”, „za Gierka”, „za Jaruzela” itd., co z jednej strony oddawało absolutystyczny charakter czerwonego systemu sprawowania rządów (agent stojący na czele władzy traktowany był jak monarcha), z drugiej zaś stanowiło rezultat kanalizacji nastrojów społecznych, które ukierunkowane były właśnie na poszczególne osoby, nie zaś na agenturę komunistyczną (zwaną „partią robotniczą”) oraz „milicję obywatelską”, „ludowe wojsko” czy inne zbrojne formacje „strzegące prawa i porządku”. Ukierunkowanie nastrojów społecznych na pseudomonarchów będących sowieckimi kacykami w kraju przez armię czerwoną okupowanym miało tę zaletę z punktu widzenia pragmatyki zamordystów, że nawet, jeśli te nastroje przybierały negatywny charakter (np. pod wpływem pogarszających się warunków życia), to nie były w stanie osiągnąć punktu docelowego, czyli skumulować się na danym pseudomonarsze. Musiały więc stopniowo wygasać lub też obracać się przeciwko samym niezadowolonym obywatelom. Nie mogąc dosięgnąć tego, który odpowiadał za katastrofalny stan kraju, nastroje te nie kierowały się ani na milicjantów, ani ani na esbeków, ani na żadnych ormowców czy „ludowych żołnierzy”, lecz, umiejętnie podsycane przez agentów wpływu rozsianych po wszystkich środowiskach społecznych, kierowały się na innych obywateli. Sterowanie (celowo podsycaną, podkreślam) agresją społeczną doprowadzono w komunizmie do rzadko spotykanej w historii perfekcji. Wydaje mi się, że nawet w narodowo-socjalistycznym systemie hitlerowskiej Rzeszy agresji społecznej nie kanalizowano przeciwko samemu społeczeństwu, a głównie przeciwko „podludziom”, których traktowano jako „niezwiązanych” z „aryjską rasą”.
Wiedząc jednak o tym, jak doskonale komunizm radził sobie ze sterowaniem nastrojami społecznymi, należy pamiętać, że pozostawił on po sobie niezwykle silne mechanizmy psychospołeczne, które „nowa władza” w „nowym państwie” skrupulatnie przejęła i których wcale nie zniwelowała. Sterowanie społeczne obecnie przyjmuje postać łagodnego zamordyzmu, gdyż nastroje dadzą się łagodzić za pomocą sztucznie stymulowanego konsumeryzmu. Skoro „Polak głodny to zły”, to w neopeerelu establishment stara się przede wszystkim dopilnować, by Polak głodny nie był. W związku z tym kreowane są coraz to nowe „potrzeby obywatela”, których zaspokajaniem zajmują się potem przeróżne, koncesjonowane z reguły przez administrację państwową, instytucje. (Nawiasem mówiąc, nawet gigantyczna ilość obszarów podlegających koncesjonowaniu nie przeszkadza rozmaitym analitykom i bałwochwalcom powtarzać bez ustanku, że żyjemy w kraju kapitalistycznym.) Jeśli zaś już dochodzi do protestów w skali niedającej się medialnie zmarginalizować lub zbagatelizować, specjaliści uruchamiają ponownie mechanizm agresji społecznej (skierowanej w stronę samego społeczeństwa, dokładnie tak jak za peerelu) i domagające się podwyżek grupy zawodowe przeciwstawiane są tej „milczącej i ciężko pracującej większości”, która „z oczywistych względów” („wicie, rozumicie, wszyscyśmy są na dorobku”) żadnych dodatkowych pieniędzy nie chce ani nawet nie wyobraża sobie, by mogła chcieć. Zaraz pojawiają się sondaże z potępieniem lub przynajmniej wyrazistą (także zwizualizowaną na diagramach) dezaprobatą dla protestujących, wzięte z sufitu wyliczenia, ile „naprawdę” wynosi płaca w grupie postulującej podwyżki oraz uliczne wypowiedzi przypadkowo zagadniętych przedstawicieli rozmaitych środowisk zawodowych, którzy przyznają jak niewiele zarabiają, ale im przez myśl nie przejdzie, by „się awanturować na ulicach” - tych ostatnich zaś zwykle przebijają emeryci swoimi refleksjami o ciężkim wyborze między jedzeniem a lekarstwami. Najśmieszniejsze jest to, że przy okazji tej sztucznie wywołanej konfrontacji jednych grup społecznych z innymi, mimo że gołym okiem widać, że właśnie niemal wszystkim żyje się źle, że stopa społeczna w niczym nie przypomina tej, jaka jest w krajach Zachodu, to (umiejętnie podsycona przez polityków i służące im, jak za peerelu, media) agresja społeczna okazuje się tak silnym wciąż uczuciem, że jej wybuch przesłania nawet najbardziej oczywistą prawdę, że to establishment tak zawiaduje sprawami „tego kraju”, iż rozmaitym grupom zawodowym oraz emerytom i rencistom żyje się źle, a nawet podle.
Tu jednak, nawet jeśli ktoś „przejrzy na oczy” (w Polsce wyraża się to dość zgodnym hasłem kierowanym pod adresem rządzących: „zło-dzie-je”), właśnie personalizacja polityki pozwala stępić ostrze potencjalnej krytyki. Polityk, który odpowiada za stan państwa jest tak odległy, że gniew na niego „wygasa” po drodze. Mało komu chce się jechać do Warszawy i wymachiwać pięścią pod takim czy innym budynkiem symbolizującym władzę, pilnie zresztą strzeżonym przez umundurowane i nieumundurowane służby (o tradycjach zawodowych sięgających służb sowieckich, jak wiemy). Może zatem pokrzyczeć sobie przed telewizorem, napić się piwa lub wódki i „przespać z całą sprawą”. Agresja obywatela znowu więc jest umiejętnie przekierowywana nie na tych, którzy stanowią rzeczywiste ogniwa systemu (lokalna administracja, lokalne służby etc.), ale na fantom władcy, który jest osłonięty kordonem mediów, wojska i policji.
16 lip 2009
Państwo jako śmieciara

Każdy, kto zna „ten kraj” i patrzy na niego z odpowiednią dozą krytycyzmu, ma zapewne świadomość, że gdzie jak gdzie, ale właśnie tutaj w spektakularny sposób marnuje się ludzkie talenty, wysiłki, pomysłowość, przedsiębiorczość i jednocześnie tutaj z jakąś szczególną pasją awansuje się beztalencia, miernoty, plagiatorów, cwaniaków i ludzi, którzy bez wsparcia najprzeróżniejszych sitw nigdzie by nie doszli. Państwo polskie zostało skonstruowane tak, że dla osób nieakceptujących tego stanu rzeczy stanowi ono system wielokrotnych zasieków, przez które przebijać się mogą tylko ludzie wyjątkowo zdeterminowani. Pozostali zaś pogrążają się w apatii albo starają się nadążyć ze spłatami rat, rachunków i innych haraczy, bez spłacania których państwo nie pozwoliłoby tymże osobom funkcjonować.
Określenie „funkcjonowanie” wydaje mi się wyjątkowo precyzyjne w odniesieniu do tego, co się dzieje z obywatelem współczesnego polskiego państwa. Ja nie mam poczucia życia w wolnym kraju, lecz właśnie funkcjonowania w jakimś wielkim mechanizmie. W słynnym filmie z Ch. Chaplinem, w którym pracuje on przy taśmie produkcyjnej, pojawia się scena, kiedy to grany przez komika robotnik nie nadąża z dokręceniem nakrętki i wszystko się zaczyna sypać. Podobnie obywatel polski, gdy tylko spóźni się ze spłatą raty, rachunku itd., natychmiast narażony jest na sankcje, zaraz gonią go instytucje, przysyłane są ponaglające sms-y, pisma urzędowe, odzywa się przez telefon ten i ów „doradca” grożący złowieszczo „odcięciem prądu” lub gazu, i natychmiast machina zaczyna zgniatać obywatela, jak śmieciara w IV epizodzie „Gwiezdnych wojen” dosuwająca ściany, między którymi tkwią Luke Skywalker, Han Solo, Lea i C3PO. Ci, którzy zmierzają do zgniecenia obywatela, tłumaczą nam procedurę zgniatania jak dobrzy wujkowie - „wicie, rozumicie, jak ktoś nie płaci, to nie może korzystać z rozmaitych usług” - i oczywiście nie ma tu problemu ani wysokości zarobków osób zgniatanych, ani też wysokości opłat za owe usługi czy dobra. Musisz płacić, więc płać. Możesz nie płacić, ale wtedy nie korzystaj z tego, co ci państwo polskie wielkodusznie oferuje.
Państwo polskie zwane szumnie III RP wytworzyło całą osłonę propagandową dla mechaniki zgniatania. Zaczęto ludziom tłumaczyć, pokazując głównie wzorce ze starej lub nowej nomenklatury, że ci, co biedują, to zwykle jacyś cholerni nieudacznicy. Jeśli ktoś nie doszedł w III RP do wielkich pieniędzy, znakomicie wyposażonego domu, pensji pozwalającej swobodnie podróżować do luksusowych miejsc w świecie, paru ekskluzywnych samochodów - to jest to wyłącznie jego wina, gdyż wszystkie te dobra były (i są) na wyciągnięcie ręki, trzeba tylko odrobinę zaradności, wytrwałości, pracowitości, a sukces – coś a la Polish-American dream - przyjdzie niemalże sam. Jeśli ktoś pracował długie lata uczciwie w swoim zawodzie i nie osiągał tego sukcesu, to – głosili propagandyści – źle wydawał zarobione pieniądze albo też tak naprawdę był leniwy, a udawał pracowitego. Dziś po 20 latach, gdy legendarnej „klasy średniej” jak nie było tak nie ma, a coraz okazalej prezentują się przedstawiciele starej oraz nowej nomenklatury, po nich zaś długo długo nikt, można sobie zadać pytanie, czy faktycznie większość Polaków to po prostu nieroby, czy też gros instytucji i mechanizmów w państwie nie została tak pomyślana, by żadna klasa średnia się nie mogła wyłonić, ponieważ taka warstwa społeczna, dzięki swej niezależności finansowej (i częstokroć kulturowej), sama z siebie wyłania przedstawicieli politycznych i nie jest tak podatna na manipulację jak ludzie zabiegani i zabiedzeni.
Dysproporcje społeczne są wpisane w kształt III RP od pierwszych lat po „obaleniu komunizmu”, gdyż ich istnienie gwarantuje sprawne zarządzanie bałaganem ujawniającym się we wszystkich obszarach polskiej państwowości. Bez dysproporcji społecznych nie byłoby mechanizmu kontrolowania awansu społecznego (i politycznego), a więc nie można byłoby sterować procesami typu „kto się pnie, a kto ma spadać” w hierarchii bytów postpeerelu – bez tejże dysproporcji niemożliwe byłoby też kostnienie układu politycznego, gwarantującego wzajemne biznesowe i polityczne uzupełnianie się starej i nowej nomenklatury. Na dłuższą metę jest to oczywiście proces, który musi doprowadzić do całkowitego rozkładu państwa, jednakże nikt z przedstawicieli establishmentu (czerwonego, zielonego lub różowego) nie przejmuje się dalszą perspektywą, gdyż są to ludzie nastawieni na życiowy zysk tu i teraz, dokładnie tak samo, jak zaprzańskie elity, które doprowadziły do rozbiorów Polski. Dziś nam żaden rozbiór już nie grozi, gdyż trudno mówić o jakiejś suwerenności politycznej, gospodarczej i militarnej Polski AD 2009. Poza tym stopień uzależnienia polskich instytucji od instytucji międzynarodowych jest tak wielki, że chyba nawet nie ma i nie byłoby czego rozbierać.
15 lip 2009
Kiedy pierwsza bulla?

Ani się człek nie obejrzał, a tu już ogłaszają drugiego polskiego papieża – i to nie byle kto ogłasza, bo M. Morozowski z TVN24, i nie byle gdzie, bo na antenie TOK FM. Morozowski wprawdzie mówi też o nowym Małyszu, ale ja pozostanę przy tym określeniu „następny papież”, bo w przypadku J. Buzka, to o niego wszak chodzi, wydaje się ono z wielu względów na czasie. Jeśliby się ktoś dziwił tym papieskim skojarzeniom człowieka z TVN24, to spieszę przypomnieć, że przecież nie kto inny, a ta właśnie stacja nadawała swój nadzwyczajny program na żywo w okresie agonii Jana Pawła II, kiedy to J. Pałasiński (ten od późniejszych szmalcowników na Jasnej Górze) odchodził od zmysłów, nie wiedząc już co mówić w kolejnych stand-upach z Watykanu, zatem powtarzał w kółko to samo, zaś J. Pochanke zasłynęła powiedzeniem „trzymamy kciuki za Jana Pawła II”. Dawne czasy, ale na samo wspomnienie od razu jakoś serce żywiej bije, niewykluczone więc, że Morozowski zapragnął tej adrenaliny i Buzka namaścił na nowego papieża, takiego papieża porządnego, europejskiego i dla fajnych ludzi, a nie tylko dla ponurych katolików.
No i w czym problem? Skoro jednym z parytetów czy priorytetów, które sobie Buzek wyznaczył na swoje lata szefowania „Parlamentowi Europejskiemu” jest walka ze zmianami klimatycznymi, to czy nie jest to zadanie iście papieskie? Oczywiście w tym nowoczesnym rozumieniu sprawowania władzy nad żywiołami. Innym takim papieżem, tym razem na kontynencie amerykańskim, jest A. Gore, człowiek, który niedługo Ziemią zacznie kręcić w drugą stronę, żeby jej nieco przychylić nieba. Jak kosztowne są zabiegi energooszczędne Gore'a pisze ze szczegółami M. Kolonko w „Rz” - faktycznie trzeba się nieźle narobić, by z dobrodusznej ekologii wycisnąć taki pokaźny grosz. A propos Gore'a i Buzka, to od jakiegoś czasu dumałem, co to się stało, że fraza „globalne ocieplenie” jakoś wyleciała z leksykonu politpoprawnej nowomowy. Jeszcze nie tak dawno nie było dnia, by w serwisach informacyjnych, programach kulturalnych i oczywiście prognozach pogody prezenterzy nie ronili łzy nad wizją topniejących lodowców i białych niedźwiedzi przechadzających się po Saharze, a tu nagle, jak ręką odjął – nie ma, panie, nie ma. Takie cuda się zdarzają wtedy, gdy nauka wykrywa jakieś nowe bogactwa naturalne, które potem eksploatują eksperci i ludzie mediów. Tedy, skoro okazało się, że od 2030 r. może być globalne ochłodzenie, to zamiast frazy „globalne ocieplenie” teraz się mówi o „zmianach klimatycznych”. To tak jak ze „świńską grypą”, która to fraza zniknęła, żeby przypadkiem ludzie nie przestali kupować wieprzowiny.
Jak się zorientowaliśmy, Buzek, mówiąc w swej mowie powitalnej do eurodeputowanych z troską o „naszych obywatelach” (szkoda, że nie o naszych płatnikach, brzmiałoby talk jakoś bardziej dorzecznie), wspominał o braku zrozumienia „naszych obywateli” dla przemian i dla „Traktatu Lizbońskiego”, co brzmiało jednocześnie tak, jakby I sekretarz KC ganił towarzyszy za to, że się partia oddaliła od dołów robotniczych, ale też wspominał o nieszczęsnych zmianach klimatycznych, od których niejednemu urzędnikowi głowa puchnie. Jak bowiem zaplanować budowę superpaństwa, skoro lada dzień może przyjść tornado i zmieść budynek „Parlamentu Europejskiego” albo innych ważnych dla przyszłości ludzkości instytucji? Wypadałoby więc najpierw zatroszczyć się o klimat dla „naszych obywateli”, a reszta już pójdzie z górki.
Oczywiście, że takie profilaktyczne zabiegi kosztują, bo kosztować muszą. Wystarczy spojrzeć na te eskadry samolotów, które nad Placem Czerwonym w Moskwie rozganiają chmury, gdy przychodzą dni ważnych defilad. Jeśli tyle trzeba zachodu, by na parę godzin zapewnić pogodę politykom, to nie zdziwmy się, gdy eurokraci nałożą na nas kolejne haracze ze względu na konieczność powstrzymania katastrofalnych zmian klimatycznych, które wielu poczciwych komisarzy brukselskich wpędzają w zgryzotę. Nie powinniśmy przeciwko temu protestować, tylko cieszyć się, że ktoś czuwa nad nami i pilnuje, by zawsze świeciło słońce (jak w starej, sowieckiej piosence dla dzieci). To słońce powinno świecić w jakichś rozsądnych przedziałach temperatur, jak się domyślamy, ale ustalą to, co do któregoś miejsca po przecinku, niezawodni brukselscy naukowcy (mają głowy nie od parady), wystarczy, by „następny papież” wydał odpowiednią bullę dotyczącą sfer niebieskich.
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,6822508,_Mamy_nastepnego_papieza__Mamy_nowego_Malysza_.html
http://www.rp.pl/artykul/9133,334129_Kolonko__Ocieplenie_czy_globalna_sciema_.html
14 lip 2009
Po co państwo?

AD 2009 człowiek żyjący nad Wisłą może się poważnie zastanawiać, po co mu państwo. Mam na myśli przeciętnego obywatela, nie zaś polityka, któremu państwo potrzebne jest do łupienia tego obywatela. Polityk bez pieniędzy obywatela nie kiwnąłby palcem w bucie i nie rozsiadałby się w służbowym wozie jak basza na tronie, wobec tego państwo organizowane jest tak, by łupienie szło możliwie bezkonfliktowo (tzn. by obywatel nie wierzgał, wiedząc, że łupi się go dla jego dobra). Jeśli obywatel daje za mało, to mu się przykręca śrubę, by dowieść mu, że może dać więcej, co widać choćby po świeżych działaniach gabinetu ciemniaków. Złodziejskie praktyki okazują się jednak z czasem bezskuteczne, albowiem obywatele łupieni przez specjalistów, którzy z posad państwowych uczynili sobie znakomite żerowisko i okradają obywateli w białych rękawiczkach, zaczynają się rozglądać za szarą strefą i albo sami się w nią włączają, unikając płacenia poszczególnych haraczy, albo korzystają z jej usług, zapewniając w ten sposób politykom mniejsze wpływy do tzw. budżetu, który już od dawna stał się synonimem totalnego marnotrawstwa. I tak gabinet ciemniaków wymyśla kolejne udogodnienia dla obywateli w postaci podwyżki akcyzy (np. na papierosy), po czym okazuje się, że im wyższa akcyza, tym szybciej słabną wpływy z niej przewidziane. Eksperci zdumiewają się, nie widząc związku między podwyższaniem haraczu a coraz mniejszymi jego spłatami (może urzędnicy państwowi powinni przejść na jakąś konfiskatę mienia obywateli unikających płacenia tychże haraczy?) i ubolewają, że obywatele zaczynają kupować towary od przemytników, zaniedbując w ten sposób złodziei w białych rękawiczkach. Tymczasem na złodziejskim rynku dla obywatela kalkulacja jest prosta – płaci się temu, kto kradnie mniej. Jak za okupacji.
Przykład z papierosami jest jednym z wielu, aczkolwiek dostatecznie wyrazisty. Z jednej bowiem strony politycy (w trosce o dobro obywateli – to trzeba sobie stale powtarzać), poszerzają sfery zakazu palenia tytoniu, z drugiej zaś podnoszą akcyzy nałogowcom, wychodząc z założenia, że ci i tak będą płacić, bo muszą palić. Tępota złodziei w białych rękawiczkach najprawdopodobniej rośnie wraz z tychże złodziei wspinaczką na coraz wyższe stanowiska w administracji państwowej. Chcą oni bowiem, by palacze płacili coraz więcej („budżet przede wszystkim, głupcze!” :)), ale jednocześnie robią wszystko, by palacze palili coraz mniej. Nie od dziś jednak wiemy, że logiczne rozumowanie to jest coś, w czym nie specjalizował się prawie żaden z polityków.
Co jednak różni polityka od obywatela? Nie ma wszak żadnych wątpliwości, że na drabinie społecznej ten pierwszy siedzi o wiele szczebli wyżej niż ten drugi. Właściwie to zastanawiam się, czy można tu mówić o drabinie, skoro sytuacja wygląda raczej tak, że obywatele siedzą jak kury na grzędach, znosząc jaja, zaś polityk przychodzi co noc, jak lis, wybierając niemal wszystko, co się nadaje do skonsumowania. Różnica między politykiem a obywatelem jest zasadnicza. Otóż polityka nie obowiązują te przepisy, które nałożone są na obywatela, czego znakomitym przykładem jest historia P. Grasia. Nie tylko zresztą polityk jest osobą wyjętą spod prawa, lecz nawet wykazanie tego stanu rzeczy niewiele zmienia w sytuacji polityka. Oczywiście, historia obecnego rzecznika rządu to jedynie wierzchołek góry lodowej.
Postawione przeze mnie na wstępie pytanie zyskuje w tym kontekście dość prostą odpowiedź. Państwo istnieje dla polityków, nie dla obywateli, toteż jeśliby obywatel chciał uzyskać lepszy niż dotychczas komfort egzystowania i osiągnąć stopę życiową np. przeciętnego Europejczyka, to powinien zapisać się do partii władzy i w ten sposób zakosztować konfitur, do jakich, pracując uczciwie i płacąc wszystkie haracze nakładane przez złodziei w białych rękawiczkach, nie jest w stanie się dostać. W świecie polityki jednak, jak to zresztą bywa wśród złodziei (to oglądał np. film „Donnie Brasco” z A. Pacino, J. Deppem i M. Madsenem, ten wie), zwykle nie zna się dnia ani godziny. Jednego wieczoru się jeden mafiozo bawi hucznie ze swymi koleżkami, a już następnego dnia gryzie ziemię, tak więc z luksusami można się nie nacieszyć.
Ale co nas mogą martwić dylematy środowiska złodziejskiego, skoro tylu polityków prezentuje tak znakomite samopoczucie, jakby nie zauważali tego, na jakim świecie żyją? Wspominam o tym także w kontekście całkiem sensownego artykułu B. Wildsteina, który lada chwila zostanie zakwalifikowany do grona ksenofobów, czyli uniosceptyków. Eurokracja, jako wyrafinowana formuła politycznego łupienia obywateli idzie bowiem jeszcze dalej niż nasi rodzimi politycy rządzący i dąży do tego, by obywatele uzyskali wyższą świadomość europejską, polegającą na tym, że obywatel „UE” nie tylko cieszy się z tego, że rządzą nim specjaliści w białych rękawiczkach, lecz nie przeszkadza mu, że nadchodzą czasy „postpolityki”, a więc takie, w których powstaje fasada uczestnictwa obywateli w rządzeniu i podejmowaniu istotnych decyzji (Wildstein nazywa to „instytucjami udającymi demokrację”), a sami obywatele sprowadzają się do roli pańszczyźnianych chłopów, zrzucających się na dostatni los „panów urzędników europejskich”. Piszę to w dniu, kiedy wszystkie bez mała media w naszym kraju cmokają z zachwytu nad tym, że J. Buzek zostanie szefem „Parlamentu Europejskiego”. Sukces polskiego polityka – sukcesem polskiego obywatela? Jak najbardziej – znakomicie przecież pamiętamy rządy elastycznego premiera-profesora (i reformy, po których nie możemy się podnieść z klęczek po dziś dzień), a taka elastyczność to podstawa sukcesu na eurosalonach.
http://pb.pl/2/a/2009/07/14/Sprzedaz_papierosow_w_zapasci2
http://www.rp.pl/artykul/2,333747_Gdzie_jest_umowa_Grasia.html
http://www.rp.pl/artykul/2,333224_Utopijna_wizja_europejskiego_narodu_.html
10 lip 2009
Aria dla atletów

Niby obyczaj nakazuje, by z tonącego statku (lub platformy) kapitan schodził ostatni, ale może być też tak, że kapitanów jest tuzin albo i w ogóle żadnego kapitana nie ma, a łajba szaleńców po wodach pływa, póki starcza paliwa. Oto się bowiem okazuje, że konkurentów do prezydenckiego pałacu, jest tak wielu, że mamy (słynny w latach 80., kto pamięta, ten wie, o co chodzi) kolorowy zawrót głowy. Jak nie T. Lis, to J. Kwaśniewska, a jak nie Lady J, to dr A. Olechowski, a jak i nie doktór ów słynny, to znowu W. Cimoszewicz, także siwizną przyprószony, ale przecież w pełni sił, jak T. Nałęcz z R. Kaliszem i M. Siwcem razem wzięci. Już by było w czym wybierać, aczkolwiek to na pewno nie koniec – jeszcze posypią się kandydatury, choć już mowa jest, że lewica może poprzeć Doktora, skoro Lady J raczej nie wystartuje, a z drugiej strony lewica może poprzeć i bezpartyjnego Cimoszewicza, który z biegiem lat, z biegiem dni, coraz mądrzejszy się wydaje, jak w czasach powodzi na Dolnym Śląsku albo i akcji „czyste ręce” (kto ma do tego pamięć, panie dzieju?).
Karnawał, jednym słowem, albo przynajmniej bal maskowy, bo te peany o nowych kandydatach wznoszą ci, co jeszcze niedawno murem za „prezydentem z Gdańska” stali i innej alternatywy nawet na horyzoncie nie wyglądali. Cóż się takiego stało, że – przy oczywiście niesłabnącym od dwóch lat, „rekordowym poparciu” dla partii władzy, poparciu against all odds, jak to się mówi – jednak koło fortuny zaczyna się dla „króla sondaży” kręcić w inną niż dotychczas stronę? Ano odpowiedź dość prosta: piniądz się kończy. Może jeszcze król pustej sakwy nie ma, bo ma londyńskiego czarodzieja, Merlina Vinzenta, który z magicznego kapelusza wyciągnie jeszcze sporo banknotów o wysokich nominałach, nawet, jeśliby trzeba było je dodrukować (Polska, tzn. Irlandia 2 w potrzebie), lecz tu i ówdzie rozmaici „beneficjenci przemian” po obaleniu kaczyzmu, zaczynają się uskarżać na to, że portfele coraz cieńsze, że lodówka jakby mniej zasobna, że limuzyny zmienić na nowszą nie można, że na giełdzie jakoś słabo interes się kręci, że wreszcie kiszki zaczynają marsza grać, a nie taka była umowa. Takiej dekoniunktury nie przewidział żaden salonowy mędrzec – jeden G. Kołodko przestrzegał, że wszystko się rypnie, ale jeszcze wtedy go nikt słuchać nie zamierzał. Miała być lekka jazda bez trzymanki, a nie mozolna wspinaczka po kamienistej ścieżce pod górę. Skoro jednak mędrcy nie przewidzieli dekoniunktury, to i też za nią płacić nie zamierzają, więc jakiś polityczny barter jest potrzebny, a znakomicie do niego nadaje się właśnie rozkochany w piłce nożnej i boiskach w każdej gminie, „prezydent z Gdańska”, nikt bowiem nie ma zamiaru dokładać do interesu, bo przecież nie po to się słynne byznesy zakładało w ramach starej czy nowej nomenklatury.
Sypią się więc gromy na kapitana, a to że podatki chce podwyższać, a to że Narodowemu Bankowi Polskiemu ciężkie pieniądze chce zabierać, a to znowu OBWE, panie dzieju, sama OBWE (co to się panie porobiło, naprawdę) za porządek medialny gabinet ciemniaków gani - więc choćby nawet wszystkie sondażownie rzutem na taśmę wyliczyły, że 90% Polaków popiera partię władzy, to i tak wydaje się, że byłoby to stanowczo za mało, by kapitan mógł spać na podmywanej zewsząd łajbie spokojnie. Co więc zrobić? Jaki manewr wykonać, by się łajba do góry dnem nie wywaliła, skoro jeszcze tyle czasu do prezydenckich wyborów? Najgorsze jest to, że nawet utrzymanie łajby na powierzchni nie daje gwarancji przetrwania, bo kandydatów na kapitanów już widać, jak się wdrapują, dziady, po burcie. Ach, żeby tak teraz u rządów był znienawidzony PiS, to inna byłaby rozmowa, inna byłaby sytuacja. Gdyby PiS wystartował z taką maniacką ustawą medialną, to by klatki z dziennikarzami stały wzdłuż Wiejskiej od świtu do nocy – i byliby to dziennikarze nie tylko z Polski, ale i bratnich krajów socjalistycznych. Gdyby takie były problemy z budżetem to niezależni eksperci i jeszcze bardziej niezależni komentatorzy domagaliby się interwencji międzynarodowej. Gdyby tak rozwalano edukację czy służbę zdrowia, to spontanicznym protestom nauczycieli, uczniów i pielęgniarek nie byłoby końca. A tak?
Jakby na polską rzeczywistość nie patrzeć, jakby kota nie wykręcać ogonem na wszystkie strony, to za cholerę nie da się ukryć, że rządzi od blisko dwóch lat partia Tuska, choć może określenie „rządzi” należałoby potraktować jak eufemizm. „Stara się rządzić”, może byłoby lepsze, lecz przecież nie oddawałoby tego wielkiego poświęcenia Chlebowskich, Niesiołowskich, Komorowskich, Grasiów, Nowaków, Klichów, Rostowskich i im podobnych, którzy przecież rządzą z całych sił! Rządzą, że aż furczy! Zaciskają zęby, napinają się jak ruscy atleci, wyciskają z siebie siódme poty, a tu ani rusz. Im bardziej zresztą się napinają, im więcej chcą wycisnąć, tym sztanga bardziej ich w podłogę wbija. Żadne sterydy nie pomagają. Oczywiście nie przyznają się atleci, że ciężar wzięli zbyt duży, jak na swoje sflaczałe barki, bo przecież przekonywali oni (może nie nas, lecz swoich wyborców), że nikt inny, jak tylko oni są w stanie ruszyć ten kraj z posad. A gdy już ruszą, to po IV RP nie zostanie piekielny kamień na kamieniu.
J. Targalski prorokuje, że czekają nas teraz gonitwy po pokładzie i spektakularne ucieczki członków załogi kapitana statku szaleńców. Jest to scenariusz wielce prawdopodobny, gdyż gdzie jak gdzie, ale w polskiej polityce takie przeskoki z tonących łajb i salta śmierci widzieliśmy już wiele razy. Kto szybciej się ewakuuje, ten ma szansę stanąć w pierwszym szeregu nowych reformatorów oraz tych odnowicieli, co zapewniają, że „tym razem to już na pewno wszystko będzie o wiele lepiej”. Zresztą przychylne dotąd partii władzy środki przekazu zaczęły nagle dostrzegać nowe, stare twarze, które mogą być atrakcyjniejsze od nowej, starej twarzy kapitana. Oj, nie taka była z mediami umowa. Najwyraźniej jednak okres filantropii dobiegł końca i jeszcze chwila, a zacznie się nam robić żal atletów, którzy szarpnęli się na coś, co ich zupełnie przerosło. A w gabinecie cieni przecież było tak dobrze. Tak bezpiecznie. I tak sucho.
http://www.tvn24.pl/-1,1609177,0,1,eksperci-bedzie-podwyzka-podatkow,wiadomosc.html
http://www.niezalezna.pl/blog/show/id/1429
9 lip 2009
Piękne ceremonie pogrzebowe

Nie ma co narzekać narzekać na kryzys, skoro w jego czasie może wydarzyć się wiele dobrego, np. pogrzeb „GW”. Jak pisze „Puls Biznesu”, w lipcu nakład może spaść poniżej 300 tys. egz., a tak słabo jeszcze nasza kochana gazeta nie sprzedawała się od 19 lat. Mimo że imperium Michnika „tnie koszty” na wszelkie możliwe sposoby (ze zwalnianiem – co kiedyś było nie do pomyślenia - funkcjonariuszy Ministerstwa Prawdy, z ograniczaniem dołączania gadżetów, zmniejszaniem ilości środków na promocję etc.), to jakieś fatum powoduje stopniowe niszczenie dzieła szarej eminencji III RP. To naprawdę ważne i wiekopomne wydarzenie. Już wydawałoby się – przynajmniej starym, wypróbowanym w ostatnim 20-leciu salonowcom, że Ministerstwo Prawdy będzie trwać niezmiennie przynajmniej tak długo jak „Trybuna Ludu”, a tu, panie dzieju, wcale nie. Proces jego rozpadu to w ogóle jakieś błędne koło, bo przecież rezygnując z cudownych dodatków do wydawanej gazety traci się tych klientów, którzy sztucznie zawyżali rynkową jej wartość, nabywając gazetę wyłącznie dla gadżetów (filmów, książek itd.). Oczywiście, najwierniejsi klienci będą z pewnością trwać do końca, może nawet zaczną się zrzucać na jakiś fundusz zapomogowy, no ale przecież tych najwierniejszych może być tyle, co kot napłakał. Nie tylko Michnik o tym wie, o czym zresztą sam zainteresowany przed paroma miesiącami prorokował.
Jest to pozytywne zjawisko dowodzące, że III RP jednak swą siłą perswazji i stopniową monopolizacją mediów nie jest w stanie dorównać peerelowi, a sami Polacy nie do końca zgłupieli i potrafią już nie tylko utożsamiać „GW” z „Trybuną Ludu”-bis, lecz i zwyczajnie odchodzić od tych środków przekazu, które bez najmniejszych oporów ładują odbiorcom do głowy tę samą papę od z pojednaniem z „ludźmi honoru” i zagrożeniem „klerykalizacją życia” od wielu lat. Równocześnie z kruszeniem się murów Ministerstwa Prawdy, diabli biorą media publiczne, w których, jak wiemy, dochodzi już nawet do strajków co poniektórych pracowników. Oczywiście strajkują ci, którzy pracują w najmniej słuchalnym paśmie, więc mało kto się tym przejmuje. Gdyby bowiem zastrajkowali pracownicy radiowej Jedynki czy Trójki, to na pewno słuchacze by to dostrzegli. Gdyby zaś zastrajkowali pracownicy TVP w akcie solidarności z dziennikarzami Polskiego Radia, które jest pierwsze do odstrzału po ataku, jaki na media publiczne zorganizowała PO wspierana finansowo i medialnie w swej kampanii i „rządach” przez nadawców komercyjnych, to rezultat byłby jeszcze bardziej zauważalny.
Nie okłamujmy się jednak to nie są tacy ludzie. Już pomijam to, że sformułowanie „solidarność w zawodzie dziennikarskim” to oksymoron. Istotne jest to, że właśnie w okresie walki z kaczyzmem, gdy „wychodziły zamysły serc wielu” i tworzył się front ludowy, a to przeciwko lustracji w środowisku dziennikarskim, a to przeciwko „putinizacji” etc., hartował się kwiat ludzi mediów, który po przejęciu władzy przez gabinet ciemniaków, włączył się w budowanie Irlandii 2 na wszystkich możliwych odcinkach. Teraz zatem, jeśli kwiat ten w co drugim wywiadzie radiowym czy programie publicystycznym pozwala sobie na wylewanie łez nad katastrofalną sytuacją finansową mediów publicznych, gdy zaczyna opowiadać o bezcennych słuchowiskach, reportażach, no i oczywiście Kulturze przez największe K, to ja kulam się ze śmiechu, wspominając, jak skwapliwie kwiat ten łykał wszelkie zapewnienia Chlebowskich, Komorowskich, Tusków, Niesiołowskich i innych speców od mediów, którzy od początku karykaturalnego sprawowania swojej władzy mówili o „konieczności likwidacji abonamentu”, o odejściu od „pobierania haraczu od zwykłych ludzi”, o „bezsensowności pseudo-opodatkowania na media” etc., słowem dawali jasno do zrozumienia, że dotychczasowy sposób zasilania pieniędzmi mediów jest nieaktualny. Zrazu miało to podejście dość proste uzasadnienie, bo radio jeszcze było „w rękach kaczystów”, toteż podkopywanie jego finansów miało służyć osłabianiu tego medium. Kiedy jednak powywalano co ciekawszych publicystów z Jedynki, zmieniono szefostwo Trójki i całego radia, okazało się, że to nie wystarczy, bo ciemniaki z PO tak się rozkręcili, że będą PR i TVP rozwalać do spodu. Wtedy dopiero, podkreślmy, kwiat dziennikarstwa zaczął dostrzegać, że siedzi z rękami w nocniku, toteż dzisiaj gdy słyszę o tym, jak to źle jest z mediami publicznymi, to po tych dwóch latach propagandy wspierającej PO ja mówię: a niech was diabli. Na wasz pogrzeb nawet nie przyjdę. That's all folks. Jak dla mnie może spokojnie paść i TVP, i PR. TVP nie oglądam, a PR słucham tylko po to, by mieć podtrzymywane poczucie życia w peerelu (audycje wartościowe (tzn. niezakłamane) są tak nieliczne, że nawet szkoda gadać). Nie jest to jakaś szczególna wartość, trzeba przyznać.
No ale nie tylko kwiat dziennikarstwa, czyli ludzie mediów publicznych mogą nagle znaleźć się w sytuacji, w której ukochane miejsca pracy okażą się nieaktualne, czyli w sytuacji, w której bida zagląda w oczy. Ponoć Polacy są 3. narodem na świecie obciążonym podatkami, a Jego Królewska Mość Vincenz I planuje sobie wynieść ich na pierwszą pozycję. Może kwiat dziennikarstwa stopniowo zacznie kojarzyć pewne fakty i dostrzegać nie tylko to, co się dzieje w dziedzinie mediów publicznych, ale i w ogóle całego kraju. Podejrzewam jednak, że najlepszym sposobem na zrozumienie cudzej biedy jest przeżycie biedy na własnej skórze.
http://pb.pl/2/a/2009/07/08/Okret_flagowy_Agory_plynie_po_rekord2
http://www.przekroj.pl/ludzie_rozmowy_artykul,4530.html
5 lip 2009
W walce z polską wspólnotą

B. Wildstein słusznie konstatuje, że w III RP, czyli postpeerelu, wielu mędrcom udało się wytworzyć antynacjonalistyczną fobię, której zadaniem było nie tylko zwalczanie polskiego patriotyzmu, lecz i uniemożliwianie zawiązania się naszej narodowej wspólnoty. Oczywiście ta fobia miała swe fundamenty w inżynieryjnych, socjotechnicznych pracach mędrców poprzedniej epoki, którzy rekonstruowali patriotyzm w taki sposób, by przede wszystkim Polak kochał socjalizm, następnie ZSSR, potem blok sowiecki a w nim peerel, a przy tym nienawidził Niemców zachodnich, pamiętając zarazem, że są Niemcy bratni, wschodni, zaś, jeśli chodzi o okres zaborów, to żeby miał świadomość, że czym innym była wstrętna carska, biała Rosja, a czym innym Rosja po „Wielkim Październiku”, do którego wzdychali – zdaniem peerelowskich sowieciarzy – już co poniektórzy polscy poeci-romantycy (z pominięciem, rzecz jasna, Z. Krasińskiego, który po głupiemu, w proletariacie widział niszczącą, antycywilizacyjną siłę). Oczywiście tego rodzaju układanka mogła się trzymać kupy jedynie przy regularnym, pedagogicznym (a czasem resocjalizacyjnym) wymachiwaniu policyjną pałką, która tłumaczyła opornemu obywatelowi więcej niż niejeden czerwony mędrzec.
Gdy doszło do „obalenia komunizmu” i pałka została demonstracyjnie odłożona (co nie znaczy, że schowana), mędrcy okrągłostołowi uznali, że najgorszym z możliwych scenariuszy jest „puścić Polaków na żywioł”, gdyż wtedy rozpuszczą się jak dziadowski bicz. Miało to całkowicie racjonalne uzasadnienie – komuniści bali się, że żywioł może przestać się wsłuchiwać w przedstawicieli „strony społecznej”, którzy zresztą też się bali „polskiej wojny domowej” (z tego choćby względu, że mogliby utracić swoje zdolności przywódcze i zająć się jedynie pisaniem pamiętników, nie zaś dalszym dyrygowaniem), a konstruktywna opozycja bała się utracić „społeczny mandat”, który do negocjacji sama sobie przyznała. W końcu nie po to idzie się do władzy, żeby już na starcie wylądować za pałacową bramą. Koncepcja, by nie dopuścić do trwałego odbudowania się narodowej wspólnoty okazywała się więc niezłym zwornikiem obu „stron” okrągłostołowych „negocjacji” i stanowi też klucz do zagadki III RP. Proszę bowiem zauważyć, jak wokół tej właśnie sprawy od 20 lat krzątają się zgodnie czerwoni, zieloni, różowi, „ludzie mediów”, „artyści”, no i niezmordowani „edukatorzy” na ministerialnych stołkach, co zadbali o to, by polska szkoła stanowiła halę produkcyjną robotów lub w najlepszym razie analfabetów, których za rękę rozmaici oświeceni ciągnąc będą przez następne dekady (po zakończeniu edukacji).
Ale oprócz starej i nowej nomenklatury do tego stanu przyczyniła się przecież część hierarchów Kościoła, którzy zapominając o pielęgnowaniu polskości i narodowej wspólnoty przez Prymasa Tysiąclecia albo włączali się wprost w inżynierię społeczną charakterystyczną dla III RP (jej szczegóły opisuje Wildstein, więc już nie będę ich powtarzał), broniąc „zdobyczy okrągłego stołu” przed prawicowymi oszołomami albo przyglądali się jej z obojętnością, co doprowadziło nie tylko do podziałów w obrębie samego Kościoła i wiernych, lecz i do pewnego ogólniejszego zamętu. Polega ten zamęt na tym, że do dziś właściwie nie wiadomo, czy Kościół chce się trwale włączyć w odbudowanie wspólnoty narodowej, czy też z tej misji stopniowo rezygnuje, wychodząc np. z założenia, iż dla tejże wspólnoty nie ma obecnie żadnych poważniejszych zagrożeń. Część duchownych, których salon utożsamia z RM, wyraźnie zmierza do takiej rekonstrukcji, jednakże tajemnicą poliszynela jest to, że inna część duchownych właśnie tych odtwarzających wspólnotę działań firmowanych przez RM nie akceptuje uznając je za „politykowanie”. Istnieje więc pęknięcie w samym Kościele (uwidocznione po śmierci Jana Pawła II), które stoi na drodze do pełnej odbudowy wspólnoty.
Problem niemożności „wylania fundamentów” pod naszą narodową wspólnotę jest złożony i te kwestie, które tu przywołałem są nie jedyne do całkowitego zobrazowania istoty rzeczy. Szerzej starałem się pokazać te sprawy w moim niedawnym eseju o edukacji. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że antytradycjonalizm, jaki stał się leitmotivem III RP, analogicznie jak w peerelu, wsparty był „neotradycjonalizmem” (czy pseudotradycjonalizmem), no bo przecież należało jednak jakąś „nową tradycję” wraz z określoną obrzędowością powołać do życia. Bez jakiejś tradycji nawet tak potiomkinowski twór jak III RP nie ostałby się na rusztowaniach, więc z jednej strony, jak pisze Wildstein, już od 1989 r. głoszono „zmęczenie historią”, ale równocześnie wskazywano na te momenty historii, które wcale Polaków nie męczą, ale bardzo cieszą. Były to co zabawniejsze skrawki peerelu oraz „kamień węgielny dziejów współczesnych”, czyli marzec 1968, kiedy to na jaw wyszły dzielne zamysły serc wielu. Najbardziej Polaków zaś miały cieszyć lata 80. - z naciskiem na ich radosną końcówkę („bezkrwawa rewolucja”), a potem już „siła spokoju” i „własny dom”. Z historii najnowszej cieszono się z wszystkich rządów poza „olszewikami” (o kaczystach nie wspomnę), którzy, jak wiadomo, chcieli Wisłę kijem zawrócić, na szczęście powstrzymały ich najzdrowsze siły narodu, później zaś już cieszono się z „powrotu Polski do Europy” oraz z pierwszych parad gejów na ulicach paru polskich miast. I tak na wesoło do dziś. Różnica między inżynierią społeczną za peerelu a tą dzisiejszą nie jest taka wielka, jakby się mogło wydawać, ponieważ epoka gierkowska stanowiła jeden wielki poligon socjotechniki, kiedy to łączono propagandę z rozrywką, a ludzie tamtej epoki, jak choćby M. Walter, należą do kreatorów rzeczywistości medialnej i dziś.
Na szczęście pojawiło się medium, które stało się obszarem ponownej integracji Polaków (i to niekoniecznie mieszkających tylko nad Wisłą). Bez cienia przesady można powiedzieć, że właśnie odbudowywanie wspólnoty zachodzi nie tylko na łonie (pękniętego) Kościoła, lecz i w przestrzeni społecznej, której zaistnienie umożliwia Internet. Odkąd jednak mędrcy spostrzegli, że do takich procesów integracyjnych dochodzi, także do Sieci przeniosła się walka z narodową wspólnotą polską. Musimy więc mieć świadomość, że „obalenie komunizmu” wcale nie miało za zadanie powołanie tejże wspólnoty, lecz dalszą atomizację społeczeństwa polskiego i zarządzanie konfliktami, prowadzącymi do trwałej polaryzacji między poszczególnymi grupami zawodowymi, wiekowymi itd. Gdyby bowiem w 1989 r. myślano w kategoriach narodowych i wspólnotowych, to dziś bylibyśmy normalnym krajem, a komuniści dawno siedzieliby w więzieniach wspominając czasy, gdy śpiewali „Międzynarodówkę”.
http://www.rp.pl/artykul/61991,329062_Polityka_i_pedagogika_historyczna_III_RP_.html
http://www.polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=402:edukacja-po-polsku&catid=143:dzielnica-publicystow&Itemid=198
4 lip 2009
Polska jak pochyłe drzewo

Mimo że cenię sobie teksty J. Kalemby, to nie mogę się zgodzić z jego surowym osądem Amerykanów. Powiedziałbym tak, jeśli przez większość czasu „dwudziestolecia” postkomunistycznego nasz kraj tak naprawdę nie miał normalnego gospodarza, zaś kolejne ekipy prześcigały się w złodziejstwie w białych rękawiczkach, to trudno oczekiwać, by USA traktowało nas poważnie. Oczywiście nie tylko Waszyngton nie traktuje nas serio, ale Niemcy czy Rosja mają interes w nieustannym osłabianiu i podporządkowaniu sobie Polski, podczas gdy w interesie Stanów Zjednoczonych dobrze byłoby mieć tu nad Wisłą sojusznika z prawdziwego zdarzenia, który mógłby pełnić rolę reduktora imperialnych zapędów czy to niemieckich, czy rosyjskich. Pech jednak chce, że w Polsce „nie ma komu tego robić” i – pomijając krótkie okresy rządów Olszewskiego czy PiS-u – żadna z ekip nie myślała o trwałym polityczno-militarnym (a więc także i gospodarczym) związaniu naszego państwa z USA. Takie antyamerykańskie podejście naszych pożałowania godnych ekip rządzących wynikało z jednej strony z serwilizmu polskich pseudoelit, z których spora część rekrutowała się jeszcze z sowieckiego dyplomatycznego zaciągu lub pozostawała w silnych związkach z Niemcami, którzy wielką opieką otoczyli nasz kraju po zjednoczeniu – z drugiej zaś zwyczajnie ze strachu przed silnymi sąsiadami, których tupanie po dziś dzień wywołuje palpitacje serca u naszych polityków.
Wystarczy przypomnieć, że „pierwszy niekomunistyczny rząd” legendarnego Mazowieckiego był tak bardzo niekomunistyczny, że dostawał trzęsawki nawet na myśl o likwidacji Układu Warszawskiego i RWPG, że o wyprowadzeniu wojsk sowieckich z Polski nie wspomnę. To, rzecz jasna, stanowiło znakomitą „geopolityczną rekomendację” i dla samego Mazowieckiego, i dla jego środowiska na przyszłość, było ono bowiem dostatecznie elastyczne w rozumieniu racji naszych sąsiadów, a więc gwarantowało, że Polska nie będzie się wybijać na prawdziwą niepodległość, tylko na twór niepodległopodobny. Z drobnymi przerwami ta perspektywiczna, wizja Polski jako pochyłego drzewa, skonstruowana za czasów mazowiecczyzny, pozostała w polskiej dyplomacji do dziś. Legendarny Bartoszewski szczerze wyraził to kiedyś słynną frazą o brzydkiej pannie bez posagu. Nawiasem mówiąc, Bartoszewski nie dodawał, skąd się ta brzydota i biedota panny wzięła, i czy ktoś za to odpowiada, czy nie, no ale nieważne.
Ten (generalnie) antyamerykański kurs polskiej dyplomacji, podszyty tchórzem, by „nie drażnić ani Rosji, ani Niemiec”, sprawił, że od samego początku reforma polskich służb specjalnych przebiegała pod szyldem „troski o sprzątaczki z SB”, nad którymi z miłosierdziem pochylali się nie tylko czerwoni - a więc nigdy nie przyjęła formy opcji zerowej. Podobnie zresztą reforma armii i administracji (sądownictwa, nauki etc.). Sprowadzało się to zwykle do wymiany szyldów, lekkiego podtynkowania starych budynków (tudzież postawienia paru nowych, błyszczących) i uznania, że bez „starych fachowców” nie da się kraju ruszyć do przodu, więc najlepiej budować nowe państwo z nimi niż bez nich. Gdyby zaś od samego początku poproszono Amerykanów o pomoc w reorganizacji, a ściślej desowietyzacji newralgicznych struktur militarnych i cywilnych, reorganizacji powiązanej z wieloletnimi szkoleniami dla nowych pracowników instytucji wchodzących w skład tychże struktur i natychmiastowym wyprowadzeniem okupacyjnej armii czerwonej z Polski, to można by mówić o stopniowym kładzeniu zdrowych fundamentów pod budowę normalnego państwa. Do NATO weszlibyśmy jeszcze przed puczem Janajewa i natychmiast powstałyby tu bazy natowskie z prawdziwego zdarzenia (obecnie bowiem nasze członkostwo ma charakter fasadowy; zresztą cały Pakt zaczyna kruszeć, oscylując w stronę jakiegoś dziwoląga coraz mocniej współpracującego z Rosją) – no ale to jest scenariusz optymistyczny. Skoro bowiem nie dopuszczono (i to po dziś dzień) do dekomunizacji nawet na poziomie polityki wewnętrznej, to tym bardziej desowietyzacja pod okiem amerykańskim była niemożliwa. Skoro jednak proces normalizacji państwa polskiego nakierowany został na peryferyzację naszego państwa, to znaczy, że zimna wojna (tak samo jak II wojna światowa) nie zakończyła się sukcesem zachodnich aliantów, lecz – co brzmi nieco paradoksalnie - Rosji. Nie jest to dla nas dobra nowina, zważywszy na fakt, jaką wielką miłością do Rosji zapałały po zjednoczeniu Niemcy, eurokraci po „rozszerzeniu UE”, no i Stany Zjednoczone po wyborze Obamy. Dla nas, Polaków, nie ma gorszego scenariusza, jak wzmacnianie Moskwy, która zresztą wcale nie kryje tego, że kraj nad Wisłą jest dla Rosji bliską zagranicą, czyli pochyłym drzewem.
Jeśli więc Kalemba pisze o głupocie Amerykanów, to sądzę, że myli skutki z przyczynami. Dzisiejsza polityka Waszyngtonu, zgodzę się, że nie najmądrzejsza, bo zbliżenie amerykańsko-rosyjskie poskutkuje dalszą marginalizacją Polski, jest skutkiem wielu lat przemian strategii geopolitycznej także za Atlantykiem. Trudno się dziwić Amerykanom, że nie traktują Polski z powagą, skoro ona sama się tak nie traktuje. Wczoraj przewaliła się przez media kolejna debata o stanie polskich dróg. Z jednej strony jest ona jakoś tragikomiczna, z drugiej jednak pokazuje przecież na jakim jesteśmy cywilizacyjnie poziomie w stosunku do wolnego świata (!). Rzecz jasna, dla rozmaitych dansingbubków sam fakt, że można podjechać w wielkim mieście do olbrzymiego centrum handlowego już jest świadectwem przynależenia naszego kraju do Zachodu, ale dla dansingbubków pełna lodówka i pełny brzuch, a przy tym pusty łeb, to maksimum potrzeb ezgystencjalnych (kulturowych też). Oni do końca świata będą się cieszyć życiem w ten sposób, głaszcząc się po sadełku, zwłaszcza jeśli usadowieni są na jakichś ciekawych państwowych posadach z dostępem do różnych konfitur. Obywatele patrzący na Polskę krytycznie i perspektywicznie mogą zaś bez trudu dostrzec, że westernizacja naszego kraju ma charakter wyłącznie powierzchowny. Znakomicie to ilustrują wymięte i brudne flagi „UE” nad jakimiś budynkami administracji w prowincjonalnych miastach, przez które przejeżdżamy. Daję sobie rękę uciąć, że w wielu z nich nie tylko nadal jest ta sama, nieśmiertelna, zatęchła, peerelowska atmosferka roboty polegającej na przewalaniu papierów, piłowaniu paznokietków, plotkowaniu i wsłuchiwaniu się w radyjko (Jedynka lub Trójka, obowiązkowo, ewentualnie zetka/RMF, gdy urzęduje młodszy personel), ale i nikt nawet nie wyobraża tam sobie, by mogło być inaczej. Dowodem na to jest stopień absorpcji przez nasz kraj „funduszy unijnych”, dzięki którym miał się dokonać nasz sok cywilizacyjny. Powiem obrazowo: jeśli się ma nogi, a nawet siedzenie zatopione w betonie, to żaden skok jest niemożliwy.
Kiedyś przed laty mój kolega euroentuzjasta, gdy toczyliśmy spory przedereferendalne (oświeceni ludzie byli „bezwzględnie za”, nieoświeceni, jak ja, który za czasów peerelu, z wytęsknieniem patrzyłem na wolny świat - „przeciw”), zapewniał mnie jakie gigantyczne pieniądze spłyną na nasz kraj po akcesji. On, jak i wielu innych, ku mojemu zdumieniu graniczącemu z rozbawieniem, widział przyszłość przez pryzmat bajki o zaczarowanym ołówku. „UE” miała przyjść, narysować autostrady, nowe fabryki, szpitale, kliniki, nowoczesne zabudowania miejskie i wiejskie, i dodatkowe zera na naszych kontach. Jeszcze dziś trafiają się „eurooszołomi”, którzy są pewni, że ten proces już niedługo przed nami, wystarczy tylko ciut poczekać, ciutkę pozaciskać pasa. Na kontrargumenty wskazujące na to, że państwo nie zdekomunizowane i nie zdesowietyzowane, a więc z istoty swej strukturalnie dysfunkcjonalne, marnotrawiące siły ludzkie, talenty i pieniądze, złodziejskie i źle zarządzane, zbiurokratyzowane i skorumpowane, słowem niewydolne – nie jest w stanie dokonać skoku cywilizacyjnego (bo to tak, jakby do dziurawego bukłaka lać dobre wino i czekać aż się zapełni, by móc podać na stół) – byli i są absolutnie głusi. Co więcej, kształtuje się (zwłaszcza wśród młodych ludzi) nowy typ mentalności, traktujący tę niewydolność państwa jako stan normalny (a nawet jako kapitalizm), w związku z tym, na zasadzie surwiwalu, młodzi sami zaczynają szukać dróg dojścia do rozmaitych konfitur, traktując złodziejstwo w białych rękawiczkach jako wyraz życiowej zaradności (pisze o tym sporo Rolex w swoim fantastycznym eseju w czerwcowej odsłonie POLIS MPC).
Niewydolność Polski, wołające o pomstę do nieba gabinety ciemniaków i to, że po 20 latach jesteśmy tam, gdzie jesteśmy i jak tak dalej pójdzie, to wrony będą zawracać nad naszym krajem – to nie jest jednak wina Amerykanów, tylko wyłącznie nasza. Na wiele lat bowiem oddawaliśmy władzę ludziom, którzy najwyżej powinni sprzątać po pegeerach, a nie rządzić czymkolwiek.
http://jankalemba.salon24.pl/113647,amerykanie-sa-glupi
http://www.polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=398:antykomunizm-dzisiaj&catid=143:dzielnica-publicystow&Itemid=198
Subskrybuj:
Posty (Atom)
