29 cze 2009

Refleksje o językoznawstwie


Książkę M. Głowińskiego dotyczącą peerelowskiej nowomowy nabyłem pod koniec lat 80. i już wtedy wydała mi się jednym z rzadkich okazów naukowego podejścia do rzeczywistości komunistycznej. Tym się różniła od choćby „Ontologii socjalizmu” J. Staniszkis, że trzymała się pewnego empirycznego (na ile językoznawstwo może być empiryczne :) materiału, nie zaś, jak w przypadku słynnej profesor socjologii, poheglowskich konstrukcji myślowych i niejednokrotnie fantasmagorii. O ile więc Staniszkis, patrząc na świat widziała (i niestety nadal widzi) „procesy”, „mechanizmy”, „struktury” itd., o tyle u Głowińskiego były konkretne wypowiedzi, udokumentowane tak a tak.

Dziś jednak, gdy ta książka jest wznawiana, patrzę na nią nieco inaczej, ponieważ akurat Głowiński należał do czołowych językoznawców walczących z kaczyzmem. Pech chce, że sytuując się akurat po stronie tych, których nowomowę kiedyś tak pieczołowicie analizował. To Głowiński należał do szacownego grona analizującego dla komunistycznej „Polityki” nowomowę IV RP, obok innego słynnego językoznawcy, J. Bralczyka, autora paru całkiem niezłych semantycznych analiz języka Wałęsy.

Oczywiście problem nowomowy jest jak najbardziej aktualny, szczególnie w III RP, której zakłamany język wymaga naprawdę drobiazgowych językoznawczych studiów, dziwnym jednak trafem polscy lingwiści z jakąś szczególną troską pochylają się zwykle nad „językiem prawicy”. I tak jak Bralczyk kiedyś z pasją punktował co głupsze wypowiedzi Wałęsy, tak Głowiński porównał przemówienie J. Kaczyńskiego do wystąpienia W. Gomułki. Jest to może zabawne zwłaszcza z punktu widzenia tych komunistów, co na przemówieniu Gomułki klaskali najgłośniej, choć dziś już tego nie pamiętają, bo są zawodowymi Europejczykami, ale z mojego punktu widzenia budzi to jakiś mimowolny wstręt. Nie jakieś zażenowanie, zawstydzenie, zniesmaczenie, ale zwykły wstręt. Pal diabli tam Wałęsę z jego semantycznymi nonsensami – być może jest to rzecz warta rozpraw lingwistycznych. Wydaje się jednak, że akurat Kaczyński to jest jeden z ostatnich polityków, którego o językowe bredzenie można by posądzić. Pomijam już dość oczywiste różnice między politykiem antykomunistycznym, a sowiecką gnidą, czyli zwykłym kremlowskim agentem jakim był Gomułka, posyłający na ludzi pały i czołgi. Oczywiście porządnemu językoznawcy to nie musi przeszkadzać, on wszak bada tylko czyjeś zdania, nie?

Jakoś tak się składa, że nie badano polskiej nowomowy (ja przynajmniej się nie spotkałem) w tekstach komunistycznych po 1989 r. Nie poddano drobiazgowej semantycznej analizie tego, co publikowała komunistyczna „Polityka”, „Trybuna”, „dziś” i podobne im „wydawnictwa”, że o gadzinówce Urbana nie wspomnę, nie badano drobiazgowo języka „GW”, a przecież tam słowotwórców, neologistów, eufemistów od groma było. I co jeden, to lepszy. Z zadziwiającym zaś uporem analizowano „mowę nienawiści” w „niszowych pisemkach prawicowych”, z upodobaniem mieszając jakieś bezpieczniackie produkcje Bubla z takimi tytułami, jak „Najwyższy Czas!” czy „Nasz Dziennik”. W ten sposób semantycy nie dostrzegali prawdziwej mowy nienawiści, jaka płynęła z komunistycznych łamów, zaś koncentrowali się na szyderstwach czy publicystycznych połajankach pod kierunkiem różnych środowisk ze strony prawicowych autorów. Tropiono więc, rzecz jasna, „antysemityzm” oraz, z czasem, „homofobię”, „ksenofobię” i „uniofobię”. Jednocześnie nie robiono żadnego problemu z postępującej wulgaryzacji polskiego języka w pop kulturze (na klęczkach wprost adorując „oryginalnych” idiotów hip hopowców, młócących treści zmielone dawno przez amerykańskich czarnoskórych raperów) czy też zakłamań i ekwiwokacji, jakie wprowadzała do języka polityki „pookrągłostołowa” kamaryla.

Stopień zakłamania, jaki przyjął dzisiejszy dyskurs (także naukowy, co ciekawsze) w Polsce jest porównywalny z tym, jaki mieliśmy za ancien regime'u. Wtedy też rozmaici specjaliści z lubością cytowali (w cudzysłowach, żeby zaznaczyć swój ironiczny, zdrowy dystans) język „rewizjonistów” z RWE czy innych antykomunistów z otoczenia Reagana. Ponure jednak jest to, że ludzie, którzy kiedyś analizowali język komunistycznej propagandy, zatrudniają się w charakterze ekspertów po stronie komunistycznej, dostrzegając propagandę i zakłamanie tam, gdzie ich nie ma.


http://www.rp.pl/artykul/2,326863__Nowomowa_po_polsku___20_lat_pozniej.html

List otwarty do Rekontry


Drogi Rekontro,

naprawdę, że chce Ci się z takimi ludźmi polemizować - podziwiam Cię. Żywisz jeszcze nadzieję, że możesz przedstawić rzeczowe argumenty, a tego typu ludzie będą się w nie wczytywać, będą je analizować i ich myślenie po analizie Twoich argumentów, się zmieni. To są umysły zamknięte, bo tak naprawdę ludzie zaczadzeni lewackim myśleniem osiągają takie mentalne pole siłowe, że nic nie jest w stanie do nich dotrzeć - oni jednak, co warto dodać - zupełnie się tym nie przejmują. Ich zadaniem zresztą nie jest polemika, lecz pieriekowka, o czym świadczą przywołane przez Ciebie "argumenty" tamtego młodego człowieka. Powtarzam, jeśli kogoś nie wzrusza ludobójstwo, do jakiego doprowadzili "wcielający idee Marksa, Engelsa" (i im podobnych) bolszewicy i komuniści, tylko jak gdyby nigdy nic zabiera się do krzewienia tego samego utopijnego programu w nowym opakowaniu (tudzież uważa, że można to samo zrealizować bez ludobójstwa lub przynajmniej bez Gułagu), co zwykle przekłada się na konsekwentne zwalczanie tradycjonalistycznego porządku społecznego - to znaczy, że albo jest bezdennie głupi, albo skrajnie cyniczny. Innej wersji osobowości nie jestem w stanie tu zrekonstruować. Co więcej, tego typu ludzie są święcie oburzeni – po prostu rwą włosy z głowy – gdy ktoś ośmieli się ich lewackie poglądy wrzucać do tego samego wora, co poglądy marksistów-leninistów, ale to już typowa dla lewactwa postawa, mająca uwiarygodnić ich szczery zapał do uzdrawiania (zdeformowanej głównie przez katolików i konserwatystów, rzecz jasna) rzeczywistości.

Zdumiewa mnie zatem postawa Kłopotowskiego, który ni z gruszki ni z pietruszki, całkiem na serio opowiedział się po stronie „intelektualnej wartości” myśli lewicowej i dochodzę do rewizji poglądów na jego temat, niestety, ze szkodą dla tego zdolnego publicysty. Myśl społeczna Kościoła i wiele tekstów Jana Pawła II poddaje ostrej krytyce rozmaite ciemne strony kapitalizmu (choć powstaje pytanie, gdzie na świecie jest realizowany taki wzorcowy kapitalizm, skoro wszędzie jakaś forma interwencjonizmu się ujawnia, a w obecnych, kryzysowych czasach, szczególnie), więc jak ktoś szuka troski o ubogich czy dążeń do likwidacji społecznych nierówności, to wszystko to głoszą uczniowie Chrystusa właściwie od momentu, gdy wyznaczył Apostołów do tego, by szli i głosili Ewangelię. Każdy katolik (a czasem i chrześcijanin) bez względu na status społeczny (a nawet im bardziej korzystną ma sytuację materialną, tym większe zobowiązania na nim ciążą) powinien wspierać uboższych, każdy katolik powinien dążyć do niwelowania dysproporcji społecznych, opiekować się wdowami, sierotami itd. - nie jest mu jednak potrzebna do tego „nauka lewicy”, gdyż nauka Chrystusowa jest dostatecznie czytelna w materii miłosierdzia, miłości bliźniego, przebaczenia, troski o innych itd.

Lewacy wszelkiej maści natomiast wychodzą z założenia, że łączenie porządku społecznego z religijnym systemem wartości prowadzi do „państwa wyznaniowego”, co jednocześnie nie przeszkadza im samym konstruować quasi-religijnego (domagającego się bezkrytycznej akceptacji, a nawet podporządkowania się) systemu wartości i na tymże fundamencie konstruować „nowe” państwo. Jednocześnie, żeby było śmieszniej, „rozdział państwa od Kościoła” lewacy rozumieją tak, że to ich chory system wartości (gdzie dopuszczalna jest aborcja, a zakazana kara śmierci, gdzie wdrażana jest eutanazja, jako wyjątkowo humanitarne rozwiązanie ludzkich cierpień, gdzie propagowany jest homoseksualizm jako droga do samorealizacji itd., a to wszystko w imię „tolerancji i wolności”) ma być dogmatyką porządku społecznego. Prowadzi to do takich patologii, że ludzi wyznających tradycjonalistyczne, konserwatywne poglądy (czyli np. że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny – i żaden inny, zaś związek homoseksualny to przejaw wynaturzenia), zamierzają lewacy karać (!), co zresztą już w niektórych, co bardziej postępowych krajach (oczywiście, także kapitalistycznych), zachodzi. Jeśli nie jest to przedsionek Gułagu, to ciekawe, co to jest i ciekawe też, co będzie dalej. Zdaniem W. Bukowskiego eurokomunizm będzie się posiłkował Gułagiem tak samo jak sowietyzm i właśnie osoby wyznające poglądy „homofobiczne”, „ksenofobiczne” (czyli np. antyunijne) etc. będą izolowane. Pozostaje tylko do ustalenia forma izolacji (czy tylko wykluczenie ze środowiska zawodowego, czy jakaś forma odosobnienia w zakładzie „poprawczym”) oraz resocjalizacji, czyli leczenia z nieprawomyślnych poglądów.

Podstawowy fałsz myśli lewackiej polega na tym, że uznaje ona porządek społeczny oparty na rodzinie, na własności prywatnej oraz na pewnych zróżnicowaniach wynikających z międzyludzkich odmienności (np. w sferze talentu, sprawności, inteligencji etc.) za nienaturalny, a w związku z tym głosi ta myśl, że należy go udoskonalać na rozmaite sposoby. Bolszewicy próbowali (za namową swoich ideowych ojców) znieść własność prywatną, gdyż ją uważali za źródło wszelkiego społecznego zła – jak im to wyszło, to wiemy, bo akurat sami komuniści stali się nową burżuazją w krajach komunistycznych (nie tylko bloku sowieckiego), zaś obywateli sprowadzili do poziomu bydlęcego, jeśli chodzi o zdobycze cywilizacyjne. Obecnie jednak lewactwo ma nowy, lepszy pomysł na uzdrowienie świata (własność prywatna już nie jest taka zła i nie trzeba grabić zagrabionego) – jest nim zniesienie rodziny. Idea, że dwóch współżyjących ze sobą mężczyzn, czy dwie współżyjące ze sobą kobiety, to może być rodzina (i w dodatku można taką rodzinę wyposażyć w prawa do adopcji dzieci lub do posiadania dzieci za pomocą zapłodnienia in vitro) jest tak chora, że gdyby nie to, iż jest z premedytacją wprowadzana w życie społeczne w wielu krajach i obwarowywana prawnie, to można by się jedynie zdumiewać, że ktoś chce wywrócić naturalny, wielowiekowy porządek społeczny do góry nogami. Ideę tę przyniósł neomarksizm z jego rewolucją seksualną pod wodzą H. Marcusego w 1968 r.

Lewacy współcześni więc powtarzają tę samą drogę, co kiedyś bolszewicy i na razie znakomicie się im to udaje, gdyż ludzie o konserwatywnych poglądach przyglądają się „modernizacji” porządku społecznego z obojętnością. Ta obojętność z kolei wynika z poczucia bezkarności lewaków, którym zapewniono miękkie lądowanie po „obaleniu komunizmu”. Rozmaite więc cepy, które jeszcze niedawno wywijały pezetpeerowskimi szturmówkami na 1 maja – dziś są znowu w awangardzie postępu i głoszą „tolerancję”, walczą z „homofobią”, etc. między innymi dlatego, że nikt żadnego komucha nie postawił pod ścianą za wieloletnie eksperymentowanie na żywych ludziach. Wprawdzie odstrzelono Causescu, ale to zrobili jego niedawni kolesie z Bezpieki. Olbrzymiej większości czerwonych upiekła się jakakolwiek kara, cóż więc stoi na przeszkodzie, by znowu włączyć się w „zmienianie świata”, jak chciał Marks. Robią więc to z jeszcze większym oddaniem, tym razem w obrębie eurokomunizmu, przy czym sądzą, że jak się im upiekło raz, to będzie się im piekło cały czas. Mogą się jednak zdziwić. Tym razem, gdy dojdzie do buntu przeciwko lewackiej presji, to obawiam się, że nawet „sprzątaczki z SB”, którym tyle uwagi poświęcali po 1989 r. „socjaldemokraci" z PZPR, mogą się nie uchować.

Tego typu bunt jest nieunikniony, ponieważ naturalny porządek świata jest nieobalalny, choćby nie wiem, jakie Gułagi budowano i ilu ludzi wyrzynano. Rozmaici „ulepszacze” natury człowieka usiłowali znaleźć lepsze „globalne” rozwiązania i ich wprowadzanie w życie kończyło się zwykle krwawą jatką. „Ulepszaczom” jednak krwawe konsekwencje utopijnych rozwiązań nie przeszkadzają, co jeszcze raz potwierdza, że mamy do czynienia ze skrajnym fanatyzmem, z którym nie należy wchodzić w jakiekolwiek dyskusje. Tak zresztą radził J. Mackiewicz i wiedział, co mówi, bo na własne oczy widział lewactwo w akcji. Ty i ja, Rekontro, też je widzieliśmy, więc nie musimy się przekonywać na własnej skórze jeszcze raz.

http://rekontra.salon24.pl/112836,komunizm-chec-wykradzenia-bogom-ognia

27 cze 2009

Hej, woźnico, hej


Kiedy widziałem Rostowskiego tryumfalnie unoszącego bukiet kwiatów po „zwycięstwie nad opozycją” chcącą odwołać niekompetentnego ministra, pomyślałem, że partia władzy świętuje już tylko to, że nie ma na razie sił politycznych zdolnych do odepchnięcia jej od koryta. W podobny sposób zachowywali się komuniści – wprawdzie kraj „zalała fala niepokojów społecznych”, ale nie udało się zagrozić rządzącym ciemniakom. Tego rodzaju postawa przypomina zawziętość i łapczywość psa, który rzucił się na pełną michę i powarkuje w obawie, że ktoś może mu żarło odebrać albo go od michy odgoni.

P. Rożyński w „Polsce” w typowym dla polskich dziennikarzy bezbarwnym stylu, w którym powtarzane są oczywistości za pomocą zdań skonstruowanych na poziomie gimnazjalnym, powiada m.in. tak:

„Nie zmienia się woźnicy w trakcie przeprawy przez rzekę - mówi stare powiedzenie. Powinno się to zrobić co najwyżej wtedy, gdy woźnica oszalał i gna powóz środkiem rzeki. Minister finansów Jacek Rostowski tego nie robi. Tylko rzeka okazała się znacznie głębsza i bardziej rwąca, niż przypuszczaliśmy.”

Jak to zwykle z metaforami bywa, można je sobie dointerpretowywać jak się chce. Niedawno zresztą, jak wiele osób zauważyło, radykalnie zmieniła się metaforyka, jaką w swej nowomowie wykorzystuje gabinet ciemniaków: już nie ma śladu po słynnej „wyspie stabilności” (której nie nękają demony kryzysu), nagle bowiem okazało się, że jesteśmy na okręcie w trakcie sztormu i na domiar złego okradają pasażerów przeklęci szabrownicy. Idąc tym tropem myślowym, to jeszcze chwila, a kapitan Tusk zamelduje nam, że znaleźliśmy się na dnie.

No ale jak uzasadnia Rożyński swoją wizję z rzeką i dobrym woźnicą? Powiada tak:

„W krytyce opozycji wciąż nie widzę silnych argumentów. To raczej inwektywy i czepianie się słów. [styl rewelacyjny, trzeba przyznać – przyp. FYM] Ekscytować się np. tym, że w końcu zwiększył deficyt, choć wcześniej mówił, że tego nie zrobi? [oczywiście, nie ma powodów do ekscytacji – nawet, jeśli minister nie jest w stanie postawić żadnej sensownej prognozy ekonomicznej; w październiku 2008 prorokował, że wzrost PKB wyniesie w 2009 r. 4,8% – przyp. FYM] Od początku było wiadomo, że tak się to skończy. [było wiadomo, tylko minister finansów nie wiedział – przyp. FYM] Rostowski, ile się dało, nie chciał straszyć nie tylko inwestorów, lecz także całego społeczeństwa. [nie straszył, więc się nie baliśmy, nawet jeśli nasze portfele zaczęły gwałtownie chudnąć – przyp. FYM] Zresztą tak samo robiłby pewnie minister z PiS czy SLD. Nawet deficytu nie zwiększyłby dużo bardziej. Bo Polska zbytniego wyboru nie ma. Aby pokryć deficyt, trzeba pożyczać, i to drogo. Jedynym dyskusyjnym działaniem ministra jest zabieranie całej dywidendy PKO BP, co może uderzyć w akcję kredytową.

Rostowski ideałem nie jest. Zaliczył już kilka wpadek. Pod koniec ubiegłego roku nie docenił skali kryzysu i załamania się wpływów z podatków. Efektem były robione w pośpiechu cięcia w wydatkach na prawie 20 mld zł. Z niejasnych też dla mnie przyczyn dopiero Komisja Europejska uświadomiła mu wówczas, jak wielki jest ubiegłoroczny deficyt finansów publicznych - wyniósł aż 3,9 proc. PKB.”

Jak widać więc woźnica może dobry, ale niekoniecznie do powożenia albo może do krótkich dystansów (np. przewóz zimioków spod chałupy na targ) nie zaś do przeprawiania się z ludźmi przez głęboką i rwącą rzekę. Może bowiem być tak, że woźnica nie chcąc straszyć pasażerów nie mówi im, że odpadło jedno koło lub że wóz zarył się w mule i zwyczajnie nie idzie, ale może być też tak, iż pasażerowie zgłaszają woźnicy, że koło poszło albo że wóz się zarył jak cholera, a woźnica odgraża się, że zaraz pasażerów wybatoży, jak się nie zamkną (ewentualnie zrzuci ich do rzeki). W tej ostatnie sytuacji woźnicę należałoby zwalić z wozu i przepędzić, co jednak zrobić, skoro woźnicę osłaniają fachowcy jemu podobni i nie pozwalają się zepchnąć do „głębokiej i rwącej rzeki”?

Można czekać aż żywioł rozwali wóz i zmiecie woźniców. Woda faktycznie wzbiera.


http://www.polskatimes.pl/opinie/odredakcji/134380,dajcie-juz-spokoj-rostowskiemu,id,t.html
http://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/89563,premier_na_tle_europy_i_swiata_polska_jest_wyspa_stabilnosci.html

26 cze 2009

Krótka piłka dla Kłopotowskiego

Lubię czytać załgane książki, dlatego że pokazują mentalność ich autorów. Oczywiście są podstawowe dwa rodzaje rodzaje załganych książek. Pierwsze z nich to te publikowane za komunizmu (vide lektura Reykowskiego, Schaffa, Putramenta, Passenta, Toeplitza i wielu wielu innych), drugie – za postkomunizmu. Pierwsze powstawały w nastroju „czasów ostatecznych”, zgodnie z którym komunizm przywieziony z armią czerwoną jest nieodwracalny, wobec tego zadaniem intelektualisty większego lub mniejszego jest tłumaczyć opornym więźniom obozu koncentracyjnego zwanego „państwo socjalistyczne”, na czym polega uświadomiona konieczność i jej wielorakie aspekty. Drugie to spojrzenie na obóz koncentracyjny „z perspektywy czasu”. Dla jasności powiem, że chodzi o książki pisane przez ludzi związanych czynnie przez większość swego życia z peerelem i jego flagowymi instytucjami (władzą, Bezpieką, mediami etc.). W tych ostatnich publikacjach ujawnia się taka zaskakująca prawidłowość, że okazuje się, iż pewne „co straszniejsze” momenty dziejów III RP (z góry domyślamy się, które momenty) ukazują się w oczach obserwatorów z peerelowskim stażem gorsze od stalinizmu.

Taką książką jest perła, którą znalazłem w jednym z księgarskich śmietników (są jeszcze takie miejsca na tym potiomkinowskim świecie, gdzie można znaleźć rzeczy, o których nie śniło się antykomunistom) pt. „Prywatna historia telewizji publicznej” napisana przez Tadeusza Pikulskiego (MUZA S.A., Warszawa 2002). Sam autor spędził w medium peerelowskim spędził szmat życia (ponad 30 lat), po stanie wojennym przeszedł pozytywnie weryfikację, a potem się ostał za wszystkich prezesów „nowej Polski”. No, co by nie mówić, ale fachowiec, jakich wielu w naszej rzeczywistości i to we wszystkich kluczowych branżach :). Nic więc dziwnego, że zabrał się za opisanie dziejów czołowego medium związanego z inżynierią dusz i z tego opisu wychodzi, że tak właściwie to względy propagandowe były w TVP drugorzędne (a czasami i trzeciorzędne), pojawiły się jedynie momentami za Gierka, potem nieco za Jaruzela, ale tak naprawdę, to dopiero, gdy „prawica” zaczęła szarpać za wszarz fachowców z Woronicza i okolic. Z tej książki nie dowiemy się (choć pokaźna jak diabli), jaki był skład komisji weryfikacyjnych na Woronicza oraz kto zajmował się niszczeniem archiwaliów telewizyjnych, poza marnymi ogólnikami (że „coś wycinano” lub „czegoś nie dopuszczano”) nie dowiemy się, jak działała cenzura - za to z detalami poznamy kulisy urzędowania „pampersów” (określenie ponoć wymyślone przez tegoż Pikulskiego) i wszelkie próby stosowania „opcji zerowej” wobec peerelowskiej machiny służącej do pieriekowki. Całej książki nie da się opowiedzieć - stanowi wielki hymn na cześć peerelowskiej TV, jej „wkładu w kulturę” itd., a bałwochwalstwo wobec ludzi telewizji (okraszone dla złagodzenia lekkim krytycyzmem wobec genseków) przypomina pradawne czasy, gdy artyści paradowali uśmiechnięci na 1 maja, rzucając goździkami w stronę trybuny honorowej i stojącej na niej buraków ćwikłowych, umundurowanych lub nie, na szczęście zawiera materiał zdjęciowy, który dla ludzi nieznających „twarzy peerelu” może być bezcenny (wprawdzie w Sieci jest strona np. Ireny Dziedzic, ale to rak na bezrybiu, niestety – nie znajdziemy wszak stron poświęconych słynnym spikerom, prezenterom dziennika, „Pegaza”. „Ekranu z Bratkiem”, NURT-u itd.).

Zaczytuję się w takich rzeczach, tak jak z wielką uwagą wsłuchuję się w programy radiowe gloryfikujące peerel (to była dopiero kultura, panie), czy z odpowiednią admiracją pochylam się nad reedycją peerelowskich seriali, ponieważ daje mi to namacalny dowód, że żyję w kraju stanowiącym kulturową kontynuację „Polski Ludowej”. Temat ten zresztą obszernie powróci w najnowszej, czerwcowej odsłonie Miasta Pana Cogito, choćby w znakomitym eseju Rolexa, więc nie będę uprzedzał wypadków, jednakże wspominam o tych klimatach dawnej epoki, bo oto czytam zaskakujący tekst red. Kłopotowskiego, który ni z gruszki, ni z pietruszki cieszy się, że redakcja „Krytyki Politycznej” będzie miała własną kawiarnię przy Nowym Świecie. Pal diabli już samego Sierakowskiego i jego czerwoną drużynę, którzy w kręgach warszawskich cieszą się estymą taką, jak „pryszczaci” w latach 70. w kręgach PZPR-u, pal diabli też sam lokal (nie takie „wrogie przejęcia” widzieliśmy za III RP), pal diabli samą „KP” z jej neokomunizmem dla ludzi z wykasowaną pamięcią. Interesuje mnie sam Kłopotowski, który najwyraźniej uznał, że istnieje ktoś taki jak „intelektualista lewicowy” i co więcej, może ten intelektualista być fajny.

Gdy czytywałem Kłopotowskiego w „Życiu” (zanim T. Wołek zwariował), to w jego felietonach można się było natknąć na wszystko, ale nie na jakąś aprobatę dla środowisk lewicowych. Zresztą każdy szanujący się obserwator życia politycznego, jako tako znający historię, nawet bez wczytywania się w książki np. P. Johnsona, wie, że intelektualizm (pojmując go tu na razie inuicyjnie) kłóci się z hołdowaniem ideologii komunistycznej, gdyż to ostatnie wiąże się właśnie z antyintelektualizmem i trzymaniem się, mówiąc po herbertowsku, „paru pojęć jak cepów”, podczas gdy powinność intelektualisty wiąże się z krytycyzmem, niechęcią wobec prostackich rozwiązań, a przede wszystkim ze sprzeciwem wobec przemocy, którą z kolei ideologia komunistyczna uważa za podstawowy środek w rozwiązywaniu społecznych problemów. Kiedy więc intelektualiści lewicowi napatrzą się na ogrom zbrodni dokonywanych w trakcie budowania raju na ziemi, to czasami przychodzi chwila otrzeźwienia i uciekają z frontu ideologicznego (jak postąpił choćby Miłosz, Bauman czy Kołakowski), nie zmienia to jednak faktu, że jeśli ktoś hołduje tradycji komunistycznej, to musi wyrażać zgodę na zamordyzm, który stanowi klucz do zagadki „sukcesu” komunizmu w XX w. Jeżeli zaś ktoś w XXI w. gloryfikuje ideologię komunistyczną, to nie może już powiedzieć, że „nie słyszał” o zbrodniach dokonanych przez marksistów-leninistów albo że mu się wydaje, że „może nie będzie tak źle” - tylko że w pełni świadomie angażuje się w krzewienie ideologii mającej charakter skrajnie antyhumanitarny.

Można to potraktować na jaja. Wolałbym jednak, by Kłopotowski nie był w towarzystwie, które kibicuje neomarksistom. Dla mnie ani neomarksizm, ani neomarksiści nie są jajcarzami, z którymi można podebatować, by poczuć jakąś intelektualną gorączkę. W sytuacji, gdy polska kultura przeżywa z jednej strony renesans peerelu, z drugiej jakiś totalny niedowład spowodowany „transformacją”, zachwalanie kolejnych inicjatyw lewicowych (przy takiej nieprawdopodobnej klace, jaką mają i w komercyjnych, i w „publicznych” mediach) zakrawa na jakąś perwersję. Mam nadzieję, że to tylko chwilowe zaburzenie kulturowego widzenia u Kłopotowskiego, nie zaś słabnący wzrok.

http://klopotowski.salon24.pl/112597,lewica-jest-ciekawsza

23 cze 2009

"... i kto to mówi?"


To pytanie stanowi dla P. Semki podstawowy problem w debacie wokół blogosfery. Semka zresztą jest nie pierwszy i nie ostatni, który tę kwestię stawia, jednakże zgłaszanie jako koronnego kontrargumentu przeciwko wypowiadaniu się pod pseudonimem właśnie trudności w zidentyfikowaniu autora, wychodzi z paru błędnych założeń.

Na wstępie pragnę przypomnieć, że tropienie blogerów nie jest specyfiką wyłącznie polską, lecz międzynarodową. Gdy Irakijczyk ukrywający się pod pseudonimem Salam Pax założył swojego bloga nieco przed drugą inwazją „sił sprzymierzonych” na jego ojczyznę, na którym krytykował zarówno władze irackie, jak i opisywał realia wojny i okupacji, wielu wychodziło ze skóry, by autora zdemaskować (pojawiały się zresztą argumenty – skąd my tu znamy – iż bloga nie prowadzi jedna osoba, lecz kilka, że może za nim stać jakaś „agencja” itd.). Zupełnie niedawno brytyjski detektyw ukrywający się pod pseudonimem NightJack, mimo zdobywania pochwał i nagród za prowadzoną publicystykę - został nie tylko przez mainstream „zdeanonimizowany”, ale jego blog z całą zawartością „zdjęto” z Sieci (http://www.blogmedia24.pl/node/15276 ). Zresztą autor artykułu w „Daily Telegraph” podkreśla, iż to właśnie blogerzy usytuowani w sektorze publicznym (pisujący pod pseudonimem lekarze, prawnicy, nauczyciele itd.) stanowią dla tego sektora poważne niebezpieczeństwo, dlatego że odkrywają sprawy, które establishment najchętniej wolałby zamieść pod dywan lub też przemawiają głosem, którego nie sposób znaleźć w mainstreamowych mediach właśnie z tego powodu, że mainstream coraz częściej zaczyna tworzyć osłonę dla establishmentu. Nic więc dziwnego, że to właśnie dziennikarze rozpoznają walką blogerów i dążą do „odkrycia przyłbicy” tych ostatnich.

Oczywiście należy brać pod uwagę różnicę między dziennikarstwem kontynentalnym, politycznie zaangażowanym a amerykańskim, gdzie ethos zawodowy wygląda jednak inaczej. W Stanach Zjednoczonych blogerzy po paru latach szamotaniny zostali jednak przez mainstream zaakceptowani choćby z tych powodów, że dowiedli, iż sami dziennikarze potrafią być nierzetelni oraz że „głos z offu” może nie tylko stanowi ważne uzupełnienie debaty publicznej, ale zwyczajnie przyciąga wielkie zainteresowanie publiczności jako zupełnie nowa jakość w mediosferze. Doprowadziło to do tego m.in., że nie tylko mainstream zaczął linkować się z blogerami, ale to, co jest publikowane na blogach zaczęto profesjonalnie przeglądać i recenzować (np. http://www.ojr.org/ ). Wprawdzie spory, co do granic między dziennikarstwem a blogowaniem, trwają, nie ma już jednak mowy o kwestionowaniu wypowiedzi na blogach i nie odzywają się specjaliści porównujący blogerów do spoconych facetów w piżamach, wyżywających się na bidnych mainstreamowych dziennikarzach czy politykach za pomocą komputerowej klawiatury.

Piszę o tych kosmicznych sprawach, by pokazać ile lat jesteśmy „za Murzynami”, jeśli chodzi o debatę publiczną, co zresztą wiele razy w moich tekstach sygnalizowałem. Jeśli więc czytam uczone banialuki spisane przez Semkę, to się zastanawiam, ile jeszcze trzeba dziennikarzom (wydawałoby się jakoś myślącym, bo przecież Semka nie należy np. do baranów komentujących w komunistycznej „Polityce” czy w coraz bardziej czerstwej „GW”, do których nie tylko nic nie dociera, ale i nigdy już nie dotrze) tłuc do głowy, o co w tym wszystkim chodzi. Chciałbym wierzyć w dobre intencje Semki, lecz zarówno sprawa kataryny, jak i – wychodząc z naszego podwórka – los NightJacka, dowodzą, że dąży się do „podniesienia przyłbicy” najpoczytniejszym blogerom wyłącznie po to, by ich - jak się wyraził kiedyś otwarcie Cezary M. z gazety na de, której naczelny kazał się całować w de - „zmusić do milczenia”.

Tezę tę potwierdza w naszym kraju stosunek mainstreamu nie tylko do samych blogerów, ale i do tego, co piszą i publikują. Konia z rzędem temu, kto znajdzie omówienie czyichkolwiek publikacji blogerskich w „zawodowej prasie”. Tym, co w swoim nieustającym śledztwie odkrywa choćby Aleksander Ścios, nie interesuje się w mainstreamie pies z kulawą nogą, co choćby w USA byłoby absolutnie niemożliwe. Można by „na otarcie łez” przywołać „przegląd” blogów, jaki wymyślił sobie „Wprost”, agregując niemalże co się da z blogosfery, wyłącznie po to, by ludzie przez wzgląd na blogi, zaczęli częściej wchodzić na dość siermiężną stronę tego tygodnika.

Częstokroć jest więc tak, że w maistreamie przeciętny polski czytelnik nie ma co czytać (dla mnie jest to fenomen, jak to może hulać, skoro czytelnik traktowany jest jako zło konieczne – no ale nie moje pieniądze, nie mój małpi interes), natomiast w blogosferze jak najbardziej. Są autorzy, na których teksty zwyczajnie się czeka i które się śledzi z tej prostej choćby racji, że naprawdę mają coś ciekawego do powiedzenia i robią to w świetnym publicystycznym stylu, a przy tym niejednokrotnie grzebią w przeróżnych dokumentach, których nawet nie chce się szukać dziennikarzom.

Tymczasem Semka, nie chcąc dostrzec tej oczywistej prawdy, jak pijany płotu czepia się z powrotem „anonimowości”. Tłumaczenie „ludziom mediów” różnic między „anonimowością” a pisaniem pod pseudonimem zaczyna już przypominać gadanie dziada do obrazu. Czym innym jest ktoś wysyłający anonimy albo donosiciel „życzliwy”, a czym innym autor regularnie publikujący pod pseudonimem. Jeśli ktoś tego nie odróżnia, to znaczy, że nie tylko nie rozumie blogosfery, ale też nie rozumie istoty debaty publicznej, zaś samej blogosferze chce najwyraźniej wyłącznie zaszkodzić. Jeśli ktoś uważa, że wartościowe, cenne, nadające się do rozważenia są poglądy pisane tylko „z otwartą przyłbicą”, to niech nie czyta blogów „anonimowych” i sprawa skończona. Wtedy jednak też niech nie zabiera na ich temat głosu i będziemy kwita. Natomiast jeżeli ktoś uważa, że może coś o blogach/blogerach „anonimowych” sobie gadać, to niech najpierw wykaże się wysiłkiem prześledzenia tego, co i o czym one/oni mówią, a następnie odniesienia się do tego, co i o czym mówią. Być może okaże się nagle nieistotne pytanie: „i kto to mówi?”

Powiedzmy sobie szczerze – i wiem że zabrzmi to nieco arogancko – ale „wielkie nazwiska” publicystów mają dokładnie taki sam status w debacie publicznej, jak pseudonimy blogerów. Jeśli ktoś jest miałkim publicystą, to choćby się nazywał Hermes de Herkules Kowalski i wyglądał jak krzyżówka Lisa z Miecugowem oraz Daukszewiczem, to dla czytelnika nie będzie to miało żadnego znaczenia. Jeśli ktoś jest dobrym publicystą, to jego nazwisko staje się „szyldem” czy „marką” zasługującą na czytelnicze zaufanie. I doprawdy nic więcej nie jest potrzebne. Tymczasem Semka, żeby jeszcze było śmieszniej, wraca do kwestii odwagi cywilnej, znowu wykazując się niezrozumieniem sprawy.

Chce się bowiem zapytać, a jakąż to wielką odwagą cywilną wykazują się dziennikarze pracując dla wielkich koncernów medialnych? Czy wychodzą protestować na ulice? Czy bywają przesłuchiwani po wzięciu udziału w jakiejś demonstracji? Czy piszą rzeczy, które wpędzają w udręki naczelnych? Czy rozdzierają szaty, gdy politycy robią wała z obywateli? Czy w ogóle ostro atakują polskich polityków? A może gwałtownie sprzeciwiają się instrumentalnemu traktowaniu Polski przez jej największych sąsiadów? Czy tropią korupcję polityczną i demaskują chore mechanizmy funkcjonujące w naszym kraju? Przeciwnie, dziennikarze polscy włączają się w establishment polityczny i jest im z tym bardzo dobrze. Spokój i spore pieniądze, ale też celebra taka, jak w przypadku gwiazd filmowych. Czego chcieć więcej?

Stosunek większości dziennikarzy/publicystów do blogosfery dowodzi nie tylko emancypacji tego środowiska ze społeczeństwa, ale i rosnącej do niebotycznych rozmiarów, arogancji tej wesołej, cyrkowej trupy. Mnie to jednak wcale nie martwi, ponieważ blogosfera i tak broni się sama – nie chcę zresztą być skrajnie złośliwy, lecz podejrzewam, że więcej osób z uwagą śledzi teksty Ściosa niż Semki. Jestem poza tym pewien, że gdyby wymieniony, znakomity doprawdy bloger, nagle podał swoje imię i nazwisko, to i tak musiałby w nawiasie zaznaczyć, że to „Aleksander Ścios” właśnie dlatego, by czytelnicy wiedzieli „i kto to mówi”.

http://www.telegraph.co.uk/scienceandtechnology/technology/5562056/NightJack-When-the-blogging-biters-bit.html
http://www.rp.pl/artykul/9157,323747_Semka__Wlasne_poglady_z_otwarta_przylbica.html

20 cze 2009

Debata po polsku


Jako człowiek tępy wziąłem się za lekturę tekstów mądrzejszych ludzi i to w kontekście poważnych rozważań o polskiej suwerenności, ale po przeczytaniu tychże wypowiedzi czuję się jeszcze bardziej tępy. Oczywiście, mogę to samopoczucie uzasadnić w ten sposób, że należę do tych beznadziejnych przypadków, do których można mówić, jak do ściany, z drugiej jednak strony, jeśli człowiekowi restauracja robi apetyt na porządny posiłek, a w rzeczywistości podane są ciepłe kluchy, to choćby nie wiem jak się ten człowiek wytężał, to się nie zachwyci taką strawą. Specjalnością kuchni pn. „Rzeczpospolita” jest takie organizowanie debaty publicznej, że dopuszcza się ekspertów tylko z jednej strony, choć oczywiście pięknie się oni między sobą potrafią różnić. Czasami „Rz” udziela swych łamów także osobom reprezentującym poglądy wyjątkowo skrajne, jak A. Cała, S. Sierakowski, S. Żiżek czy W. Kuczyński, poglądy, od których normalnemu człowiekowi włosy siwieją w przyspieszonym tempie, robi to jednak (ta redakcja) wiedziona zapewne założeniem, iż konflikt w sferze debaty publicznej stymuluje tę debatę, co przekłada się na wzrost poczytności gazety. W tym jednak względzie „Rz” upodabnia się do „GW” czy pewnej gazety na de, której naczelny kazał się całować w de. Piszę to bez urazy, bo i tak „Rz” nie jest gazetą moich marzeń – śledzę tam publicystykę paru sensownych autorów, tudzież co ciekawsze wypowiedzi rozmaitych historyków, lecz wielkich złudzeń nie mam, niestety.

No i rzuciłem się na dyskusję ekspertów „Rz” dotyczącą suwerenności, przy czym, co warto dodać, P. Lisicki uznał we wstępie, że to refleksja dotycząca „podstawowych pojęć współczesnych”, co od razu wprowadziło mnie w stan konsternacji, wydaje mi się bowiem, że dyskutowanie o terminologii jest sprytnym sposobem na odejście od debaty o rzeczywistości. Dyskutując do upadłego o kwestiach językowych możemy po długich deliberacjach co kto pod czym rozumie dojść do zgoła jałowej klasyfikacji możliwych stanowisk (jałowej, bo wystarczy wziąć co lepszy podręcznik w danej dziedzinie, a tam wszystkie stanowiska się znajdzie z dokładnym opisem), sporządzić protokół pojęciowych rozbieżności, dopić kawkę i rozjechać się do domów. Tak zresztą wielu intelektualistów potrafi spędzać swój cenny czas i nawet zarabiać w ten sposób jakiś całkiem wymierny grosz. Wartość tego typu dyskusji sprowadza się wyłącznie do erudycyjnych popisów interlokutorów oraz dydaktycznego przesłania dla potencjalnych słuchaczy. Podejrzewam jednak, iż Lisickiemu tak się tylko powiedziało, tzn. chodziło mu, by debata była mądra i o ważnych sprawach, a że tak to ubrał w słowa, no to już trudno.

Śledzę już te polskie debaty wiele lat, choć ze szczególną wnikliwością debaty w III RP, bo w tymże państwie podkreśla się z naciskiem, że uzyskaliśmy stan wolności, niepodległości, suwerenności, podmiotowości, demokratyczności etc. Jeśli zaś żyjemy w wolnym kraju, gdzie jest wolność prasy, wolność słowa, a nawet wolność demonstrowania publicznego dowolnych stanowisk (poza tymi, które są niby zakazane przez konstytucję, choć, jak wiemy, propagatorzy komunizmu niewiele sobie robią z tych zakazów), to – tak mi się tępo wydaje – debata wokół kwestii państwowej suwerenności, podmiotowości, niepodległości – winna zbierać osoby reprezentujące wszelkie stanowiska, a nie tylko, co tu dużo kryć, prounijne. W ten sposób bowiem osiągamy debatę o charakterze: „Unia tak, wypaczenia nie”, co przypomina dość nieodległe czasy peerelowskich (krytycznych jak diabli, ma się rozumieć) rozważań nt. socjalizmu.

Jako człek tępy zadaję sobie podstawowe pytanie: jak możliwa jest suwerenność w sytuacji, gdy prawo danego kraju jest całkowicie podporządkowywane „dyrektywom unijnym”. W momencie, w którym to, jak mam działać w moim kraju, jest regulowane przez jakichś nieznanych mi, żyjących za górami i za lasami, eurokratów, moje obywatelskie wolności są regulowane przez ludzi, z którymi nie mam nic wspólnego. O ile w przypadku regulacji prawnych tworzonych przez polskich parlamentarzystów mogę w ostateczności pojechać pod sejm czy senat, wydzierać się na ulicy, a nawet palić kukły poszczególnych politycznych bałwanów, o tyle w przypadku euroregulacji mogę eurokratom klasycznie „skoczyć”. Owszem, zdarzały się wyprawy np. polskich stoczniowców do Brukseli, ale jako przeciętny „obywatel UE” musiałbym się nieźle nachodzić, by zebrać ekipę ludzi gotowych protestować w „stolicy UE” przeciwko jakimś chorym przepisom unijnym.

Ta dysproporcja nie zachodzi w odwrotną stronę. Euroregulacje mogą w każdej chwili wkroczyć w moje prywatne życie i co więcej poddać je surowej penalizacji. Chodzi nie tylko o np. szerzenie homofobii czy ksenofobii (jeśli ktoś pamięta, do ksenofobii zaliczono w jednej z ekspertyz opracowanych przez polskich „naukowców” poglądy antyunijne, czyli np. porównywanie UE do ZSSR), ale o to, kiedy i gdzie palę papierosy, jak wychowuję dzieci, jaki, wg mnie, jako rodzica, powinien być system edukacji w moim kraju etc. Im bardziej zaś będę protestował przeciwko wkraczaniu eurokratów na mój prywatny teren, tym gorzej będzie wyglądać moja sytuacja, bo – co znamy już z komunizmu – każdy, kto się rzuca przeciwko systemowi, zasługuje na odpowiednią karę.

Polacy kłócili się o kształt ojczyzny zarówno w okresie międzywojennym, jak i okupacyjnym. Potem, czyli za zsowietyzowanej Polski, spory przeniosły się, rzecz jasna, na emigrację (w „Polsce Ludowej” deliberowano głównie jak unowocześniać i uatrakcyjniać socjalizm). Po 1989 r. natomiast do żadnej poważnej debaty nt. kształtu Polski nie dopuszczono. Z początku – czego już wielu nie pamięta - mazowiecczyzna będąca u władzy nie chciała nawet słyszeć o wychodzeniu z „Układu Warszawskiego”, „RWPG” oraz wyprowadzaniu sowieckich wojsk. Dopiero potem nastąpił „zwrot ku strukturom europejskim”. Wspominam o tym, ponieważ zarówno początkowa (po „obaleniu komunizmu”) opcja prosowiecka, jak i następna, prounijna, nie podlegały jakiejkolwiek dyskusji. Z czasem opcja prounijna przyjęła postać wprost histerii, w ramach której tępiono bezwzględnie jakiekolwiek formy sprzeciwu wobec „integracji” (tu również „Rz” miała swoje trzy grosze) – tak więc cały mainstream „nie widział alternatywy”, grożąc eurosceptykom Białorusią, ZBiR-em i innymi formami geopolitycznej degradacji. W rezultacie, co należy podkreślić, nie wypracowano żadnej sensownej strategii dotyczącej roli Polski w Europie – co było naturalną konsekwencją „debaty”, w której wszyscy mają takie samo zdanie – zarówno komuniści świeżo „nawróceni” na Zachód, jak i ludzie reprezentujący prawicę. Efekty tego widzimy dziś, kiedy jedynymi celami politycznymi naszego kraju są obsady stanowisk w establishmencie unijnym. Jedynymi, powtarzam.

Podstawowy problem, jeśli już mowa o „suwerenności Polski”, polega na tym, że – co chyba każdy widzi gołym okiem, choćby nie wiem jak euroentuzjastycznie był nastawiony - „UE” traktowana jest instrumentalnie przez państwa najsilniejsze na Starym Kontynencie, natomiast Polska jako kraj „wschodzący” pod wieloma względami, nie tylko ekonomicznymi, nic nie ma do powiedzenia i nie będzie mieć z prostego powodu – jest bowiem polityczną, gospodarczą, militarną i kulturową mizerotą. Mizeria Polski to jednak zasługa naszego establishmentu politycznego, który przez 20 lat nie umiał wyzwolić ani potencjału ekonomicznego, ani kapitału społecznego, co oczywiście nie przeszkadzało politykom żerować i opychać się konfiturami władzy. Jestem pewien, że pozycja Polski byłaby inna w Europie, gdyby od samego początku myślano o Polsce jako suwerennym kraju, który może stać się rzeczywistym partnerem krajów zachodnich – kłopot jednak w tym, że wcale tak o Polsce nie myślano. Establishment od samego początku traktował nasz kraj jak zbędny balast, którego należy się pozbyć jak najszybciej, „zatopić w strukturach unijnych”, a potem już wszystko pójdzie z górki. Otóż skrajną głupotą polityczną (choć można tu mówić pewnie o czymś więcej niż głupocie) było sądzenie, że integrowanie Polski z „UE” niejako automatycznie wyniesie nasz kraj na poziom zachodni. Jeśli nie zadbano o to, by polskim obywatelom zapewnić jak najlepsze warunki do startu życiowego i zawodowego po „obaleniu komunizmu”, to szaleństwem było oczekiwanie, że zrobi to za polskich polityków, prawodawców etc. eurokracja.

Zwolennicy „UE” i „pogłębiania integracji” potrafią przywoływać np. argument tego typu, że można sobie swobodnie podróżować po kontynencie, a zwłaszcza zatrudniać się w innych krajach. Czy to miałby być największy sukces geopolityczny Polski? To, że obywatele tego kraju mogą pracować na rzecz innych państw? Już w tym myśleniu ujawnia się patrzenie na Polskę jako kraj II kategorii, jako państwo niesuwerenne, słabe, bylejakie i niewarte zachodu. Nie trzeba bowiem być jakimś wielkim politologiem, by wiedzieć, że o potędze państwa przesądzają dostatnio żyjący obywatele, silna gospodarka i silna armia. Tego zaś nie mamy od 20 lat i nie zapowiada się, byśmy to w najbliższym czasie osiągnęli - mówienie więc o niuansach suwerenności wydaje mi się jakąś intelektualną perwersją albo typowo polską komedią w iście gombrowiczowskim stylu.

http://www.rp.pl/artykul/61991,322568_Po_co_nam_suwerennosc_.html

19 cze 2009

O peerelakach


Już nieraz głosiłem, że mam do „badań opinii publicznej” stosunek taki jak do wróżenia z fusów – w przypadku Polski i jej „pracowni badawczych”, jeśli się weźmie pod uwagę ich historię, rozsądek nakazuje jeszcze większą wstrzemięźliwość aniżeli w przypadku „badania opinii” w ogóle. Podstawowym problemem wszak jest to, że nie wiadomo, co można uznać za „opinię publiczną”. Jeśli uznamy, że jest to pewien skrót myślowy, za którym nic konkretnego nie stoi, to oczywiście taki termin się broni w granicach rozwijanego przez nas dyskursu o społeczeństwie. Jeśli jednak uznamy, że coś konkretnego i w dodatku mierzalnego się pod tym terminem kryje, wchodzimy na teren czarnej magii, gdzie można tworzyć, co tylko się chce, wedle własnego uznania i potrzeb. Pamiętając zaś, jakich magików od wytwarzania tego, co „naprawdę ludzie myślą”, mieliśmy za komuny i jakich mamy teraz, to możemy się domyślić, jak wielkie pole do nadużyć jest tu do dyspozycji.

Co można uznać za moją opinię? To, co uważam teraz w jakiejś sprawie, czy też to, co uważałem przedwczoraj albo i przed paroma laty? A może to, co uważam niezmiennie od lat w jakiejś sprawie? No ale różnie z tym bywa. Przez jakiś czas np. uważam kogoś za przyjaciela, po czym nadchodzi godzina próby i okazuje się, że się srodze pomyliłem. Przez jakiś czas uważam kogoś za dobrego publicystę, po czym czytam jego książkę i okazuje się, że autor intelektualnie nie domaga. Przez jakiś czas uważam kogoś za niezłego polityka, po czym wykonuje on taką serię błędów, że zaczynam sądzić, że to baran. Oczywiście może być też w drugą stronę – uważam, że ktoś jest słabym politykiem, a nagle okazuje się niezłym strategiem i retorem. Nieważne. Ważne jest to, że błądzimy nieraz w ocenach, toteż mierzenie tego, co sądzimy o świecie wydaje się zajęciem niemal nonsensownym, chyba że – no i śmiem twierdzić, iż to jest clue całej sprawy – wszelkie „pomiary” tego, „co ludzie sądzą” o świecie służą wyłącznie temu, by nakłaniać ludzi do tego, by sądzili to, co każą im sądzić „autorytety”, „eksperci” oraz inne wpływowe osobistości, które uchodzą w mediach za „głosy rozsądku i ogółu”. Wtedy jednak nie powinno się tego rodzaju badań nazywać ustalaniem jakiejś opinii, lecz przeciwnie, jej sztucznym i celowym kreowaniem. Takim samym, z jakim mamy do czynienia w środkach masowego przekazu, w których osoby „wyróżnione” mówią nam, co mamy myśleć i jakich dobierać słów, by te myśli wyrażać tak, jak należy.

Niedawno przeprowadzony „sondaż” instytucji zwanej szumnie „CBOS”, a więc jednego z centrów czarnej magii ukrywającego się za parawanem procedur naukowych, zdumiał redakcję „Rz”, ale, co ciekawsze, nie zdumiał P. Skwiecińskiego, który „przewidywał”, że taki może być „rozkład” owej „opinii publicznej” w kwestii peerelu. Otóż chcę powiedzieć jasno, że ja bez tego rodzaju badań wiem, że w Polsce żyją Polacy i peerelacy – i jest to konstatacja podbudowana wieloma latami przeżytymi na tychże ziemiach, z których to lat więcej jak na razie przyszło mi przeżyć w obozie koncentracyjnym zwanym „Polska Ludowa” aniżeli w postkomunizmie. Pan Bóg da, to może się ta szala przeważy na korzyść postpeerelu. Co odróżnia Polaka od peerelaka? Dla peeerelaka „Polska Ludowa” to był „w miarę normalny kraj”, którego „nie ma co się wstydzić” i który „jaki był taki był, ale był i innego nie mogło być w tamtych warunkach geopolitycznych”. Peerelak o swej ojczyźnie nie tylko mówi zwykle z charakterystyczną łezką w oku, ale też mówi to tonem nieco akademijnym, wplatając w swą przemowę wyuczone od lat formuły komunistycznej nowomowy. I on nie potrafi mówić ani myśleć inaczej. Pod względem mentalnym to przypadek beznadziejny, gdyż miele on w kółko te same wdrukowane przez inżynierów dusz treści: „odgruzowanie Warszawy”, „likwidacja analfabetyzmu”, „odzyskanie Ziem Zachodnich”, „awans społeczny chłopów i robotników”, „rozwój przemysłu ciężkiego”, „tysiąc szkół na tysiąclecie”, „bezpieczne granice”, „tania książka”, „darmowe urlopy”, „niska przestępczość” etc. Peerelaka nigdy nie obchodziły i nie obchodzą porównania stopy życiowej przeciętnego pracownika jakiejkolwiek branży z jego odpowiednikiem w krajach komunistycznych. Peerelak, patrząc na Zachód, widział i widzi zawsze: bezdomnych na tekturach, Amerykanów bombardujących napalmem wietnamską ludność cywilną, widzi dogorywających narkomanów, gangi, prostytucję i bogaczy, którzy przypalają cygara studolarówkami na oczach czarnoskórych służących. Dla Polaka peerel nigdy nie może zostać uznany za Polskę.

Kiedyś w kwartalniku „Karta” było opublikowane wspomnienie jednego z polskich łagierników, który przybywszy po II wojnie (o ile pamiętam po 1956 r.) z ZSSR do „Polski Ludowej”, nieustannie śni, że tak naprawdę nie wypuszczono go z łagru, tylko śni mu się, że go wypuszczono. I co więcej, w tymże śnie śni mu się, że się budzi i jest na wolności, po czym uzmysławia sobie (w tymże śnie), że tak naprawdę nadal jest w łagrze. I tak bez końca. Peerelak ma swojej chorej duszy coś właśnie z tego łagiernika - świat obozowy nieustannie powraca i co więcej, jawi się jako „nie taki zły”. Z czasem kontury obrazu w pamięci się zacierają i tej chamówy, którą się odstawiało w kolejkach po mięso, tych wrzasków, gdy się mięso kończyło, tej szamotaniny kobiet w ciąży z udawanymi inwalidami, tych kolejek pod aptekami, tej całej walki o każdą głupią, codzienną rzecz – oraz upokorzeń z tym związanych – peerelak już nie pamięta, a nawet wspomniawszy je, uśmiecha się jak stary frontowiec pokazujący postrzałowe blizny na wieczorze kombatantów. Zło traci więc dla peerelaka swój realny kształt, przybierając postać jakiegoś mocno wyimaginowanego monstrum. „Nie było tak źle”, mówi z przekonaniem peerelak i nie ma żadnych wyrzutów sumienia z tego powodu. Jako człowiek, któremu pasiak przyrósł do skóry, nie zauważa on, że już po zlikwidowaniu obozu, nadal chodzi w pasiaku.

Ewidentnym kłamstwem jest to, że peerelaków jest mniej więcej tyle, co Polaków. Obracam się w kręgu wielu ludzi i tych obozowych sentymentalistów nie spotykam niemal wcale. Owszem zdarza się (ale bardzo rzadko), że jakiś młody człowiek, powtarzając pewnie za dziadkiem zbowidowcem czy innym krewnym z sercem po lewej stronie, opowiada, jakie to zalety miała „Polska Ludowa” (oczywiście niezastąpionym miejscem, gdzie tego rodzaju głosy można jeszcze usłyszeć jest Polskie Radio), generalnie jednak trzeba by się nieźle naszukać (no, pomijając takie komunistyczne media, jak „Trybuna”, „Polityka” itp.), by znaleźć apologetów obozowego życia. Należy natomiast mieć świadomość, że do tego renesansu peerelu przyczynił się postpeerel, który nie tylko zachował życiorysową i prawno-instytucjonalną ciągłość z byłym sowieckim satelitą, ale i w sferze publicznej zadbał o to, by w żadnym wypadku obraz peerelu nie został „przerysowany”, tzn. by dyskusji o peerelu nie zdominowali „zoologiczni antykomuniści”. Z punktu widzenia nie tylko filozofii władzy III RP, której to filozofii podwaliny dali „ojcowie założyciele” przy okrągłym meblu, ale i pragmatyki codziennej urawniłowki po „obaleniu komunizmu”, do której włączyli się ludzie zarówno związani z peerelem (jak Olejnik, Miecugow, Walter, Wajda, Bratkowski etc.), jak i ci, co udawali, że nie mają z nim nic wspólnego (Michnik i jego załoga publicystyczna i artystyczna, „mazowiecczyzna”, jak to genialnie ujął Yarrok) – było to podejście uzasadnione i konsekwentne. Peerel wszak nie miał zostać „wykasowany” - wprost przeciwnie, miano pokazać, że z perspektywy czasu, a przede wszystkim z perspektywy „historycznego porozumienia ponad podziałami”, peerel nie mógł być „aż taki zły”. Innymi słowy, może komuś się po ryju dostało, może nawet ktoś w ziemi wylądował za sprzeciwianie się „Polsce Ludowej”, lecz „suma summarum” peerel jakoś dał się i bronić, i – jak dopilnowały media po 1989 r. - dał się lubić. Peerelu nie dało się wykasować, skoro w latach 50. (!) startowali jako autorytety medialne (w powstającej „Telewizji Polskiej”) O. Lipińska, A. Wajda, J. Fedorowicz, S. Tym, A. Drawicz itp., (że o szacownym A. Bardinim, który już we Lwowie za sowieckiej okupacji wiedział, po której stronie stanąć, nie wspomnę) – którzy później nadawali ton „obu stronom”, a więc i peerelowskiej, i „konstruktywnie-opozycyjnej” (tej z okresu III RP). Peerelu nie można było wykasować, bo w ten sposób należałoby wyrzucić do śmieci dokonania artystyczne właśnie takich ludzi, jak Wajda, Lipińska, a przecież „nie taka była umowa”. O wiele łatwiej więc było przyjąć po 1989 r. opcję „bij antykomunę” aniżeli uznać, że okres peerelu to czarna dziura w polskiej historii.

I tak pozostało do dziś. Mówi się czasami, że ktoś robi sobie z gęby cholewę. W przypadku Polski zrobiono cholewę z całego państwa. Mimo to jednak wydaje się, że Polaków z każdym rokiem przybywa, nie zaś, że przybywa peerelaków. Nie jest, rzecz jasna, wykluczone, że taki proces mógłby się pojawić, pod warunkiem, że III RP upodobniłaby się do peerelu całkowicie, co na razie, mimo usilnych prób tęczowej koalicji PO-PSL-SLD się nie udało. Zobaczymy wprawdzie, co przyniesie kryzys, ale na powtórkę gierkowszczyzny chyba tęczowa koalicja nie może liczyć, chyba że chodziłoby o gierkowszczyznę schyłkową, gdy pustoszeją sklepy, a zapełniają się ulice i stają zakłady. Tymczasem wspomniany przeze mnie Skwieciński uważa, że właśnie peerelaków przybywa, zaś wniosek ten wyciąga z sondażowego „przebadania” nieco ponad tysiąca osób pod kątem tego, jak się zapatrują na peerel:

„Taką zasadniczą zmianę - powtórzmy, przeciwną do wieloletniego trendu, w którym stopniowo brały górę postawy antypeerelowskie - da się wytłumaczyć w jeden, dla mnie przekonywujący, sposób. Zbieramy otóż owoce tego, co działo się w kraju w ciągu ostatniego półrocza. Zbieramy owoce sprawy Wałęsy, sprawy książki Zyzaka i wygranej przez obóz obrońców lidera "Solidarności" bitwy o pamięć.”

Należałoby więc wnioskować z tego, że dopiero od niedawna w mediach w naszym kraju zaczęło się zacieranie prawdziwego obrazu peerelu. Moim zdaniem nie jest to prawda. Tego obrazu nie można było znaleźć prawie w ogóle, a jeśli już to najwyżej w jakichś offowych opracowaniach historycznych czy jakichś programach radiowych czy telewizyjnych nadawanych w godzinach „niskiej oglądalności”. Ani nie powstały (pomijając jakieś drobne wyjątki, typu „Gry uliczne” Krauzego) filmy dokonujące rozliczenia poprzedniej epoki, ani, co jeszcze ciekawsze, nie otworzono archiwaliów TVP oraz radia, by pokazać, w jaki sposób media masowe służyły indoktrynacji, manipulacji, dezinformacji. Kiedy za czasów pampersów uruchomiono reedycję gniotów socrealistycznych z analizami poprzedzającymi emisję filmów, to niejeden poczciwiec rozrywał szaty, że się „szarga świętości” i dokonuje „inkwizycyjnego osądu nad sztuką”.

Doszło do tego, że nie ma żadnych (nawet on-line) dokumentacji prasy komunistycznej (codziennej i kolorowej), nie ma żadnych reedycji tego, co kiedyś stanowiło podstawowe medialne narzędzie inżynierii dusz, natomiast wznawia się „najzabawniejsze kroniki filmowe”, „Klossa” i tym podobne socrealistyczne knoty, mrugając porozumiewawczo okiem, że właśnie w „najweselszym baraku” nie było „aż tak źle”. Oczywiście wznawia się tylko wybrane seriale, a nie takie arcydzieła polskiego komunizmu, jak „Dyrektorzy” (młodzi zapewne nie wiedzą kompletnie, co to jest), „Punkt widzenia” czy „Daleko od szosy”. W ten sposób żyjemy w kulturowej magmie, która pozwala nam się poruszać tak, jak muchom w smole lub w czymś jeszcze bardziej śmierdzącym.

http://www.rp.pl/artykul/153227,322002_Czy_Polacy_znowu_polubili_PRL.html
http://www.rp.pl/artykul/9158,321991_Piotr_Skwiecinski__Przewidywalna__gorzka_pigulka.html

18 cze 2009

Stratedzy


Mam książkę „XXX lat Polski Ludowej”, którą chętnie sprezentowałbym Boniemu i innym strategom, prorokującym, jak znakomicie będzie wyglądać Polska za następne 20 lat. W owej książce również są przewidywania, jak będzie wyglądać nadwiślańska kraina przyszłości. Mnie zaś wystarczy to, co stratedzy, pokroju „gdańskich liberałów” zdołali zdziałać przez ostatnie dwie dekady.

Oczywiście, marzenia nic nie kosztują, zwłaszcza jeśli za pomocą tychże marzeń politycy kupują sobie zaufanie i poparcie co bardziej naiwnych (albo i zwyczajnie tępych) wyborców. Gdyby zaś za nierealizowanie fantastycznych wizji, czyli za marnowanie kapitału społecznego i pieniędzy publicznych ten czy ów polityk szedł do więzienia, to jestem pewien, że o wiele oszczędniej szafowałby marzeniami. Najlepiej jednak marzyć z wyprzedzeniem kilkunasto- lub kilkudziesięcioletnim, bo można być pewnym, że część osób, które są karmione takimi mrzonkami do czasu konfrontacji mrzonek z rzeczywistością zdąży się spotkać ze św. Piotrem, pozostali zaś i tak nie będą nic pamiętać, gdyż ludzie nie pamiętają tego, co się działo przed tygodniem, a co dopiero, by pamiętać coś sprzed lat. Ja zaś, nie sięgając pamięcią zbyt daleko, wciąż mam przed oczami tę wizję skoku cywilizacyjnego, jaki obiecywała PO w kampanii wyborczej z 2007 r., więc Boni powinien zacząć może od inwentaryzacji tego, co udało się jemu i innym strategom zrealizować z tychże mrzonek, osobiście bowiem nie chciałbym czekać w takim bajzlu, jaki zafundowali nam pookrągłostołowi stratedzy przez ostatnie dwadzieścia lat, następnych dwudziestu. Nie chciałbym i nie mam zamiaru. Uważam zresztą, że po radykalnych zmianach w Polsce powinno nastąpić rozliczenie wszystkich polityków (nie tylko komunistów, bo ci dawno powinni siedzieć za to, co zrobili) za to, jak gospodarowali publicznym groszem, do jakich zaniedbań doprowadzili, w jaki sposób wspomagali uwłaszczenie nomenklatury, jak wzbogacali się na procesach pseudoprywatyzacyjnych etc. Dopóki za złodziejstwo w białych rękawiczkach, za marnotrawstwo w skali państwowej nie będą ludzie trafiać za kratki, dopóty Polska będzie żerowiskiem dla gangsterów politycznych, których jedyną reakcją na ujawnienie ich łotrostwa będzie pogardliwe wzruszenie ramion.

Przyglądając się strategii gabinetu ciemniaków można najwyżej się już śmiać, bo płakać na pewno nie należy. Wiadomo że nic z tego ci ludzie nie zrealizują, bo gdyby cokolwiek umieli zdziałać, to by już w przeciągu dwóch lat od wygranych wyborów udowodnili - a potrzebują tego steku bombastycznych bzdur wyłącznie po to, by media przez następne miesiące mieliły „wdrażanie strategii”, tak jak w latach 80. mielono we wszystkich PZPR-owskich mediach „wdrażanie II etapu reformy” i komentator „Trybuny Ludu” uzupełniał komentatora z „Polityki” w analizach tego, co zostało zrobione, a co należy jeszcze zrobić. I tu będzie podobnie: jedni analitycy będą wyliczać, jak idzie wdrażanie, inni zaś będą wskazywać, co jeszcze zostało do wdrożenia. Tak pitolić w Polsce analitycy potrafią bez końca (za to zresztą im się słono płaci), a jak ktoś nie wierzy, to zalecam lekturę np. „zielonych stron” w „Rz” na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. Ileż tam prognoz krótko- i długofalowych – nawet z szacunkowymi wyliczeniami. Co z tego zostaje po latach? Może nie będę podpowiadał, bo i tak każdy się domyśli.

Pośmiać zaś jest się z czego, jeśli chodzi o strategów. Ani słowa bowiem o szarej strefie. Powiększy się, czy zmniejszy? Jakie będą podatki? Bo na razie rosną. Tusk z właściwą sobie troską o sprawy maluczkich, dorzucił jeszcze wizję gminnych bibliotek z dostępem do szerokopasmowego internetu, „świetnie wyposażone świetlice” i „ogródek jordanowski przy każdej szkole, także wiejskiej”. O, to to. Te świetlice powinny być z telewizorem, rzecz jasna.


Po losach „strategii lizbońskiej” z 2000 r., czyli niebezpiecznych urojeniach eurokratów, że zdołają za pomocą interwencjonizmu państwowego, prostowania krzywizn banana, ustalania „limitów połowów” oraz emisji CO2 i tym podobnych nonsensów, doścignąć i prześcignąć gospodarkę amerykańską, taki Boni i jemu podobni powinni się parę razy zastanowić, zanim zaczną roztaczać wizję skoku gospodarczego Polski w 2030 („szósta potęga Europy” – czy na sali jest lekarz?), zwłaszcza że jeszcze stratedzy nie mają pojęcia nawet, jaką wysokość osiągnie deficyt budżetowy w bieżącym roku. Rojenia jednak są za friko i ja właściwie nie miałbym nic przeciwko temu, że sobie ciemni ludzie coś roją, byleby nie robili tego za pieniądze zdzierane miesiąc w miesiąc od obywateli. Niech sobie Boni wespół z kolegami „liberałami gdańskimi” z własnych funduszy założy Instytut Urojeń i tam niech sobie uprawiają swobodne bredzenie i może nawet ktoś tego będzie chciał posłuchać, jakiś Miecugow, Olejnik, Passent czy inny Lis. Można będzie wtedy popuścić wodze fantazji – nie dwie elektrownie atomowe, lecz dziesięć, autostrad bez liku (i to w każdym województwie), wartość PKB jak w USA, zatrudnienie nie 70%, lecz stuprocentowe, Polacy najbardziej długowiecznym narodem w Europie (albo i na świecie), praca dla wszystkich niepełnosprawnych, służba zdrowia na najwyższym światowym poziomie (przyjeżdżają do Polski leczyć się (ale nie psychicznie) nawet gwiazdy filmowe z Hollywood), koleje szybsze od francuskich i japońskich, porty lotnicze większe od brytyjskich, uczelnie polskie dawno prześcignęły amerykańskie, a polscy uczeni rok w rok zbierają nagrody Nobla we wszystkich kategoriach.

Ci ludzie są ciemni – piszę to z całkowitym przekonaniem - ponieważ sądzą, że wciskając obywatelom ciemnotę są w stanie rządzić i utrzymywać się przy władzy. Ci ludzie są ciemni jednak także z tego powodu, iż sądzą, że tą wciskaną ciemnotą obywatele się dadzą tak mamić cały czas. Największy jednak problem z gabinetem ciemniaków polega na tym, że jeśli ci ludzie wierzą w to, co mówią, wierzą w te wszystkie urojenia, to mamy do czynienia z naprawdę groźnymi mitomanami.

http://www.polskatimes.pl/stronaglowna/131148,polska-w-2030-roku-ma-byc-swiatowa-potega,id,t.html

17 cze 2009

Chiny są OK


Tak jak Ministerstwo Edukacji Narodowej można przemianować na ministerstwo ciemnoty narodowej, tak i ministerstwo kierowane przez Zdrojewskiego ma coraz mniej wspólnego z tym, co sugeruje jego nazwa. Plany całkowitej pacyfikacji swobody wypowiedzi w Sieci można porównać najwyżej z chińskimi tradycjami kontrolowania Internetu, choć, jak się można domyślić, ministerialni eksperci nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa w kwestii naszej wolności. Kto zresztą powiedział, że wolność dotycząca wypowiadania się i publikowania jest dana raz na zawsze? Dana jest tylko tym, którzy na wolność zasługują.

Analogicznie też restrykcje dotyczące „łamania przepisów prasowych” będą obejmować wyłącznie tych, co będą wytypowani przez „życzliwych” do rugowania z przestrzeni publicznej i do podlegania rozmaitym karom. Ci zaś, którzy będą się wsłuchiwać w mądrość etapu, nie tylko będą mogli swobodnie się wypowiadać, ale i zachwalać wolność słowa, tak jak podejrzewam potrafią ją zachwalać reżimowi artyści w Chinach czy jak kiedyś robiono to na scenach i uczelniach bloku sowieckiego. Ciekawe, swoją drogą, czy domeny uruchamiane za granicą, też będą musiały być rejestrowane w polskich sądach, wtedy bowiem pomysł polskiego „ministerstwa kultury i dziedzictwa narodowego” będzie rozwiązaniem ogólnoświatowym i trzeba go będzie koniecznie opatentować.

Taka rejestracja, jeśli chcemy podejść do niej poważnie, a w to nie wątpię, bo mamy poważny rząd ciemniaków, powinna być dokonywana osobiście wraz ze złożeniem referencji od trójki osiedlowej (sposób prowadzenia się osoby zakładającej stronę, np. bloga), poświadczenia o niekaralności, zaświadczenia o zarobkach (biedak nie powinien prowadzić żadnej strony, tylko wziąć się do roboty) i niezaleganiu z długami (dłużnik powinien znaleźć pieniądze na spłatę zaciągniętych zobowiązań, a nie bawić się w blogowanie i psucie ludziom krwi w Sieci) itd. Długą i dokładną listę załączników do pozwolenia o publikowanie eksperci ministerialni powinni ustalić po to, by w przypadku niezłożenia stosownego dokumentu, prośba o zezwolenie na wypowiadanie się nie podlegała rozpatrzeniu (taki petent przy okazji mógłby być obciążony karą grzywny za zawracanie urzędnikom gitary), jednakże niezbędne wydaje się dołączenie obszernego wyjaśnienia (najlepiej odręcznie na papierze kancelaryjnym), po jaką cholerę dany obywatel chce cokolwiek w Sieci publikować, skoro jest tyle ciekawych gazet codziennych, tygodników, tyle jest interesujących programów radiowych i telewizyjnych, wreszcie – tyle jest ciekawych stron internetowych, typu gazeta.pl, trybuna.com.pl, polityka.pl, lewica.pl, sld.org.pl itp. Petent więc powinien obszernie wyjaśnić, co mu się nie podoba w istniejących publikacjach prasowych, radiowych, telewizyjnych i internetowych (oczywiście za niekonstruktywną krytykę jego prośba o pozwolenie na publikowanie powinna ulegać unieważnieniu) albo też czego mu brakuje w tychże publikacjach i w jakim obszarze chciałby te publikacje uzupełnić. Tak więc jedynym sensownym rozwiązaniem wydaje się zezwalanie wyłącznie na te publikacje, które nie dublują pod względem treści już istniejących środków przekazu. Nie ma więc potrzeby na uruchamianie np. blogów w sytuacji, gdy blogi prowadzą dziennikarze „GW” czy redaktorzy „Polityki”. Jeśli ktoś interesuje się blogowaniem, niech poczyta B. Węglarczyka czy A. Szostkiewicza. Nie ma też najmniejszej potrzeby, by zakładać jakieś portale informacyjne, skoro istnieje tyle profesjonalnych stron, gdzie są świeże i zawsze prawdziwe doniesienia, jak choćby wspomniane wyżej gazeta.pl czy tvn24.pl. Jeśli ktoś chce już coś wydawać w Sieci, niech to będzie coś oryginalnego, coś czego jeszcze urzędnik z komisji weryfikacyjnej nie widział.

Istnienie takiej komisji w „ministerstwie kultury” jest niezbędne – z tego powodu, że polskie sądy i tak są zawalone robotą, z którą się nie wyrabiają (niedługo zresztą rolę sądów przejmie po prostu mafia), że nie ma co im dodawać biedy, tak więc najlepiej, żeby pozwolenia na wypowiadanie się wydawała jakaś grupa ekspertów wyznaczonych przez „ministra kultury”. Jacy to powinni być eksperci? Oczywiście, profesjonaliści. Przede wszystkim zatrudnieni kiedyś w takim urzędzie przy ul. Mysiej. Czytali oni mnóstwo tekstów, wobec tego wiedzą, co może być oryginalne i potrzebne w Sieci, a co nie. Poza tym profesjonalistami są ci, co wydają profesjonalne gazety lub czasopisma, a więc naczelny tygodnika „NIE”, długoletni naczelny „GW”, naczelny „Trybuny”, dziennikarze Polskiego Radia pracujący od lat 70. i 80. etc. - oczywiście chodzi o to, by zebrać komisję weryfikacyjną, która byłaby pluralistyczna światopoglądowo. Z czasem można by rozszerzyć zakres obowiązków takiej komisji – tzn. nie powinna ona wydawać zezwoleń wyłącznie jeśli chodzi o publikowanie w Sieci, ale o wypowiadanie się w ogóle. Mówią, że od przybytku głowa nie boli, ale przecież im więcej osób gada, tym mniej się człowiek orientuje, o co chodzi. Czy dajmy na to jakiś zwykły burak z ulicy ma tyle do powiedzenia, co np. Adam M.? (Nie mam na myśli Mickiewicza, żeby było jasne). Na pewno nie. No więc można by wydawać zezwolenia na wypowiadanie się publiczne, jeśli ktokolwiek ma coś oryginalnego do dodania w stosunku do tego, co już powiedział Adam M. czy inni zawodowcy. Oczywiście, tu również należałoby złożyć stosowne załączniki oraz wykazać, w jakim obszarze chciałoby się uzupełnić to, co już powiedzieli profesjonaliści. Po co bowiem otwierać paszczękę po próżnicy?

Idąc tym tropem należałoby, rzecz jasna, powołać komisję weryfikującą potrzeby obywateli dotyczące demonstrowania. Chcesz wyłazić na ulicę i zdzierać gardło? Najpierw udowodnij, że masz coś oryginalnego do powiedzenia i że może to zainteresować innych obywateli. Jeśli nie masz, weź się do roboty (tu komisja weryfikacyjna wskazywałaby, jakimi pracami może taki petent się zająć). Należałoby jednak zająć się też takim domowym wypowiadaniem się. Nie od dziś wiadomo, że niektórzy, co bardziej zawzięci, pisują coś sobie prywatnie i potem innym to pokazują – tak zupełnie bez żadnej komisyjnej weryfikacji. Jeśli napisałeś se coś na komputerze, zanieś se wydruk do osiedlowej komisji weryfikacyjnej (lokalnej komórki ministerialnej komisji ogólnej; komórka lokalna składałaby się z mężów zaufania – np. dawnego ormowca, byłego przewodniczącego rady narodowej, koniecznie kogoś ze ZBoWiD-u oraz jakiegoś młodego, wykształconego na publikacjach Ministerstwa Prawdy, politruka), a tam ci powiedzą, czy warto to ludziom pokazywać, czy może lepiej napisać coś ciekawszego (komisja podpowie co i o czym). Samowolę w tej materii można by ograniczać poprzez wprowadzenie zezwoleń na posiadanie komputerów osobistych i reglamentację papieru do wydruków. Chcesz korzystać z komputera? Udowodnij, że będziesz go wykorzystywał do czegoś sensownego, a nie do jakiegoś ględzenia na tematy, na których się nie znasz, lub które inni omawiają lepiej i to od wielu lat. Takie rozwiązanie byłoby bardzo ekologiczne – zniknąłby problem elektrośmieci oraz wycinania lasów amazońskich. Najlepiej jednak, by już na poziomie szkoły średniej (no bo wcześniej nie ma co dzieci i młodzieży dopuszczać do głosu) odpowiednie gremia kwalifikowały, kto się pod względem ideowym nadaje do zabierania głosu, a kto nie. W wielu szkołach jeszcze pracują byli szefowie podstawowej organizacji partyjnej, wystarczy ich więc zaktywizować i z ich pomocą (oraz poprzez wywiad środowiskowy) dokonać zdrowej selekcji. W ten sposób polskie „ministerstwo kultury” otrzymałoby od razu wykaz potencjalnych petentów w kwestii swobodnego wypowiadania się. Przy naprawdę zdrowej selekcji, wielu z nich mogłoby się twórczo włączyć w przebudowę kraju.


http://www.tvn24.pl/-1,1605480,0,1,rzad-skomplikuje-zycie-internautom,wiadomosc.html

16 cze 2009

Nie toksyczne elity, lecz toksyczne państwo


K. Kłopotowski, tak nieco wywołując mnie do tablicy (choć w zacnym towarzystwie, bo z dr B. Fedyszak-Radziejowską), pyta, czy można krytykować polskość oraz jaki jest (mógłby być) program pozytywny dla Polski. Sprawy to są fundamentalne i na pewno w przypadku tej drugiej kwestii to można spokojnie napisać grubą książkę, postaram się jednak odpowiedzieć na te pytania w takim stopniu, w jakim pozwala na to wpis blogerski.

Pytanie pierwsze, jakie mi się nasuwa to: co to znaczy krytykować polskość? By krytykować polskość, trzeba by uprzednio wiedzieć, czym polskość jest. Zacznę może od strony najciemniejszej, bo wychodząc z perspektywy gabinetu ciemniaków, który już od dłuższego czasu wyznaje ciemniacką filozofię, że należy popierać „naszych kandydatów” w rozmaitych międzynarodowych instytucjach, ponieważ to są Polacy. Nie liczą się żadne kompetencje, poglądy, predyspozycje, życiorys polityczny, liczy się fakt bycia Polakiem. Oczywiście, upraszczam nieco sprawę, bo dla ciemniaków tacy ludzie jak Cimoszewicz, Huebner, Buzek, Lewandowski są cholernie kompetentni. Ja zaś powiedziałbym tak, że o ile prof. Buzek wydaje mi się człowiekiem całkiem sympatycznym, o tyle uważam go za polityka wybitnie nieudolnego, a zarazem odpowiedzialnego za destrukcyjną działalność ministrów, którzy „reformowali” w naszym kraju edukację czy administrację. Ostatnią więc rzeczą, jakiej bym chciał, jest ta, by nadal sprawował jakieś odpowiedzialne funkcje gdziekolwiek. Rzecz jasna, źle życząc projektowi pn. „UE”, nie powinienem się martwić tym, że Buzka czy innych gdzieś się na eurostanowiska pcha, ale w tej chwili nie chodzi o moje osobiste idiosynkrazje. Wspominam o tych sprawach z tego powodu, że stanowią one jeden z przykładów współczesnego rozumienia polskości przez naszych polityków, gdzie polskość jest zwyczajną wspólnotą interesów. Nikt chyba nie ma wątpliwości, że trwające już parę lat mizdrzenie się PO do komunistów (czego finałem było wzięcie Huebner na listy PO) ma na celu po prostu dobijanie wspólnych politycznych interesów (co przekłada się na prywatne interesiki, naturalnie, gdyż w tym kraju idzie się do polityki głównie by ustawić siebie, swoją rodzinę i najbliższych przyjaciół).

Taką polskość (a raczej jej patologię) należy krytykować, tak jak i należy bezwzględnie krytykować formułę państwa polskiego wypracowaną po 1989 r., formułę kultury, formułę literatury, a zwłaszcza formułę edukacji. Właściwie ta ostatnia sfera, tj. edukacja, to największy obszar zniszczeń – w służbie zdrowia jakoś sobie ludzie radzą, dając się wprawdzie okradać (opłaty obowiązkowe plus opłaty za usługi prywatne; kompletnie chory system ubezpieczeń), lecz przynajmniej wiążąc koniec z końcem; w gospodarce co roztropniejsi obywatele wchodzą w szarą strefę nie dając się biurokracji; w kulturze – wbrew dyktaturze ciemniaków - wytwarza się podziemie – II i III obieg na szczęście – jednakże w edukacji sytuacja jest doprawdy katastrofalna. Katastrofalna.


Krytykować można i trzeba; należy jednak odpowiednio rozkładać akcenty. Inna wszak jest odpowiedzialność współczesnego literata (pisarz to byłoby za dużo powiedziane), który dla swojego lansu i paru droższych gadżetów od sponsora, tylko wysługuje się propagandzie III RP, a inna takiego polityka, który jedną swoją głupią decyzją wprowadza degradację kulturową wsi poprzez likwidację najmniejszych szkół podstawowych albo uruchamia strukturalne bezrobocie poprzez rozwalenie szkół zawodowych. Z tego też powodu należałoby Handkego i Wittbrodta – co już kiedyś pisałem – postawić przed sądem za systematyczne niszczenie polskiej oświaty; z jednej bowiem strony rozwalali ją komuniści w peerelu poprzez jedną wielką indoktrynację, ale z drugiej przecież przyszli ludzie udający konserwatystów czy chrześcijańskich demokratów, sam nie wiem, jak ich nazwać, i zrównali z ziemią to, co należało dopiero odbudować! To równanie z ziemią polskiej edukacji kontynuuje obecny gabinet ciemniaków.

Przykładowo najnowsza kretyńska wizja opłat za drugi fakultet. Jasne, że chodzi o stopniowe wprowadzenie odpłatności za studia w szkołach państwowych, gdyż polski podatnik jest dojną krową dla złodziei udających polityków i im więcej płaci do budżetu, tym lepszym jest obywatelem oraz wyborcą. Można by nawet przystać na wizję pełnej odpłatności za studia (wszak studenci zaoczni nie tylko płacą za swoje studia, ale ze swych podatków finansują naukę swoich rówieśników na państwowych uczelniach, więc jest to chore, bo przynajmniej powinni mieć zwrot podatku za dofinansowywanie szkolnictwa wyższego), gdyby nie to, że polskie uczelnie państwowe oblepione są rojami marksistów i postmarksistów, którzy powinni dawno nie tylko utracić tytuły naukowe, ale i posady w NORMALNYM POLSKIM PAŃSTWIE I NORMALNYM SYSTEMIE EDUKACJI; wprowadzenie więc pełnej odpłatności za studia skomercjalizuje więc ten patologiczny system.

Pragnę jednak podkreślić, że komercjalizacja patologii dotyczy nie tylko sfery edukacji. Komercjalizacja patologii odbywa się w Polsce od samego początku „przemian pookrągłostołowych” i dotyczy wszelkich poważnych dziedzin życia społecznego, co wyjątkowo dobrze widać na rynku mediów, gdzie wiodący prym ludzie tacy jak Olejnik, Miecugow i im podobni, powinni siedzieć w jakichś głupkowatych redakcjach i realizować jakieś niszowe audycje, tak jak to robili w drugiej połowie lat 80., kiedy to Olejnik z Michniewicz czytały na antenie „listy do redakcji Trójki”, zaś Miecugow prowadził w programie IV z Wojciechowskim „Bublotekę”, czyli prześmiewczą listę przebojów peerelowskich. O komunistach czujących się na rynku medialnym w Polsce jak ryby w wodzie wspominać chyba nie muszę w kontekście komercjalizacji patologii.

Program pozytywny jest możliwy do opracowania i potrzebny, lecz wymaga kooperacji wielu NORMALNYCH, a więc nie skomunizowanych i nie politpoprawnych środowisk – prawniczych, naukowych (i nauczycielskich), medycznych, artystycznych, studenckich etc.; konieczne jest bowiem opracowanie nowej konstytucji, programów szkolnych, odtworzenie polskiej kultury, odbudowanie polskiej wspólnoty. Można zarzucać katolikom, że są ponurzy, oschli, oziębli etc., że nie potrafią się cieszyć życiem (ja sam miewam takie wrażenia) – ale czy do cholery można się cieszyć życiem w Polsce, jeśli egzystowanie na jako takim rodzinnym poziomie możliwe jest tylko wtedy, gdy człowiek się zadłuży po uszy (no chyba że pracuje na jakimś intratnym stanowisku w bankowości lub też zatrudniony jest jako popychadło przez jakiegoś polityka)? Gdyby od samego początku panowała wolność gospodarcza, polityczna, kulturowa, a nie nakładanie na obywateli coraz to cięższych kagańców (z jednoczesnym obdarzaniem przywilejami grup wybranych, jak stara oraz nowa nomenklatura) – to Polacy zdołaliby podźwignąć swoją ojczyznę z zapaści, w jaką wpędziła ją przeklęta komuna. Tymczasem stado baranów zmieniające się u władzy (z drobnymi przerwami na Olszewskiego i kaczystów) przez 20 lat doprowadziło ten kraj do takiego stanu, że wyć się chce. Ci ludzie, Tuski, Schetyny, Pawlaki, Chlebowscy, Nitrasy etc. już się niczym innym nie ekscytują jak tylko brukselskimi apanażami – nic ich więcej nie obchodzi – byleby jakoś to państwo działało – za naciskiem na słowo JAKOŚ.

Skoro jednak już mowa o establishmencie, to należy dodać, że elity są toksyczne dlatego, iż są uzurpatorskie, samozwańcze, pozbawione prawdziwego autorytetu. Michnik (gdyby nie jego suto opłacana od lat kamaryla i kręgi wtajemniczonych, zasłuchanych w proroctwa ich guru) nie znaczyłby w NORMALNYM PAŃSTWIE POLSKIM więcej ponad prowokacyjnego, inteligentnego publicystę – w obecnej Polsce zaś uchodzi za Szarą Eminencję, za królową roju, za ojca chrzestnego, do którego schodzą się mniejsi lub więksi polityczni gangsterzy z prośbą o błogosławieństwo. Mazowiecki w NORMALNYM PAŃSTWIE POLSKIM pozostałby na zawsze przeciętnym publicystą i nikt by mu nie zaproponował stanowiska „pierwszego ministra”, a co dopiero pozwolił mu rządzić w czasie totalnego kryzysu państwa – tymczasem Mazowieki noszony jest przez salon na rękach, jakby nie wiadomo czego dokonał (ja po dziś dzień nie wiem, czego on dokonał, poza tym, że zasłabł w czasie swego expose); takich „elitarnych karier” można by wyliczać dziesiątki, setki. Fedyszak-Radziejowska i tak zresztą optymistycznie opisuje naszą współczesność zdominowaną przez toksyczne elity, mówiąc jedynie o odtwarzaniu się peerelowskich mechanizmów. Ja powiedziałbym, że ten proces odtwarzania to już „drugi etap reformy” po etapie pierwszym polegającym na udoskonalaniu peerelu i że tak naprawdę, to żyjemy w toksycznym państwie, a to jest coś o wiele poważniejszego aniżeli towarzystwo toksycznych elit.

Toksyczne państwo polskie posiada obecnie 3 struktury: stricte komunistyczną (agenturalno-bezpieczniacką) penetrującą gospodarkę, edukację, kulturę; postkomunistyczną (wzmacnianą przez PO-PSL; nowa nomenklatura) oraz alternatywną (odtwarzaną wyspowo – vide choćby symulacja Moherowego Fightera). Najprawdopodobniej pierwsze dwie się zrastają od 2007 r. „na dobre i na złe”, co nie wróży niczego dobrego tej trzeciej strukturze, tym niemniej nie mamy innego wyjścia, jeśli zależy nam na pozytywnej zmianie w Polsce, jak wzmacniać tę strukturę alternatywną właśnie. Droga do tego wzmacniania prowadzi poprzez (wciąż jeszcze) nieskrępowaną debatę, poprzez tworzenie inicjatyw kulturalnych, powoływanie zespołów eksperckich, które będą wypracowywać nie tylko procedury sanacji sytuacji w newralgicznych dziedzinach życia społecznego (odbiurokratyzowanie administracji i gospodarki, gruntowana dekomunizacja, opracowanie programu nauczania w szkołach podstawowych i średnich, likwidacja gimnazjów, weryfikacja stopni naukowych uzyskanych w systemie komunistycznym lub też z powodów stricte ideologicznych, zmiany w systemie ubezpieczeń społecznych etc.), ale też ekspertyzy prawne dotyczące zniszczeń w tychże dziedzinach, zniszczeń, za które odpowiadają konkretni ludzie na ministerialnych czy kierowniczych stanowiskach po 1989 r., tak by można było osoby odpowiedzialne do tejże odpowiedzialności pociągnąć. Jest to niezbędne choćby z tego względu by marnotrawstwo, złodziejstwo, działalność na szkodę państwa nie pozostawały bezkarne i nie przyciągały kolejnych skorumpowanych śmiałków do władzy.

Droga instytucjonalna także jest możliwa i część osób się jej podejmuje choćby poprzez akces do prawicowych ugrupowań politycznych, ale polityka to tylko jedna strona medalu. Bez poważnego fundamentu kulturowo-edukacyjnego, odbudowa Polski po zniszczeniach ostatniego 20-lecia nie będzie możliwa. Mam nadzieję, że politycy, których jakoś tam wspieramy, mają tego świadomość.

PS. Szerzej o problemie sanacji edukacji będę mówił w czerwcowej odsłonie POLIS MPC.

http://new-arch.rp.pl/artykul/458497_Program_dla_P.html
http://klopotowski.salon24.pl/110811,toksyczna-elita-w-polsce

13 cze 2009

Prawdziwe bolączki prawicy


MarkD doszedł do dość ponurych konkluzji na temat, jak to określił, prawicowych inicjatyw i właściwie po jego tekście można by sobie jedynie strzelić w łeb, żeby wyjść z twarzą :) Ja, burak, mimo wszystko spojrzałbym na poruszony przez MarkaD problem nieco inaczej, tzn. nieco mrużąc oczy.

Przede wszystkim należy oddzielić tzw. słomiany zapał od pewnych obiektywnych trudności, które pojawiają się zawsze, ilekroć dochodzi do pracy zespołowej. Słomiany zapał to faktycznie bolączka wielu ludzkich przedsięwzięć, zwłaszcza polskich, a prawicowych szczególnie. Nieraz bowiem jest tak, że ludziom chce się coś zdziałać i nawet skrzykują się do jakiegoś pomysłu, i osiągają stany euforyczne, jeśli chodzi o prognozowanie tego, co będzie z ich inicjatywą, po czym zaraz wszystko się rozłazi. Czemu się rozłazi? Najczęściej z bardzo prozaicznego powodu, czyli np. pieniędzy. Cokolwiek ludzie zamierzają na serio zrobić wymaga przecież jakichś nakładów finansowych, a poza tym pracy, wysiłku, poświęcenia czasu, cierpliwości i wyrozumiałości. Gdy zaś trzeba się zrzucić na coś, czego jeszcze „realnie nie ma”, to od zapał do działania stygnie w błyskawicznym tempie („a może nie teraz”, „a, ja mam jeszcze tyle rachunków do popłacenia”, „a może by tak zminimalizować koszty”, „a może by ci co więcej zarabiają się zrzucili” etc.). Podobnie z pracą. Nagle się okazuje, że wszyscy są cholernie zagonieni, każdy jest zajęty jak diabli, a tak właściwie to co druga osoba ma coś do zrobienia „na wczoraj”. Podobnie z wysiłkiem. Naraz wychodzi na to, że „nie da się” albo też „tego jest za dużo”, albo że „a nam się wydawało, że...” No i wszystko powoli acz nieuchronnie zaczyna klasycznie klękać. Zabieranie się więc za coś poważnego to zadanie dla ludzi o mocnych nerwach. Oczywiście ważne jest jasne ustalenie celów takiego działania – jeśli bowiem każdy ma swoją własną wizję i brakuje jakichś punktów stycznych w tychże wizjach to kończy się na animozjach.

Animozje z kolei mogą być realne, ale i sztucznie podsycane. W tym pierwszym przypadku należy pamiętać, że w każdym zespole ludzkim jest naturalne to, iż nie wszyscy muszą się wzajemnie lubić, co więcej, ludzie z reguły różnią się między sobą pod względem temperamentów, osobowości, poczucia humoru, bystrości etc. Nie musi to prowadzić do jakichś poważnych zgrzytów (choć zgrzyty pojawiają się zawsze – ktoś się okazuje niesolidny, ktoś nazbyt gorliwy, ktoś leniwy, ktoś niedokładny, ktoś opieszały itd.), wystarczy bowiem pamiętać, że ważne jest to, co wspólnie robimy, nie zaś to, jacy (niedoskonali) jesteśmy. Ponadto niezbędne jest duchowe spoiwo pozwalające „przechodzić do porządku dziennego” nad ludzkimi niedoskonałościami (wg mnie takim znakomitym spoiwem jest wiara, ale też może być przyjaźń, miłość, tworzenie jednej drużyny). Jeśli ktoś przedkłada swoje własne widzimisię nad dobro wspólne, to niestety, nie tylko zaczynają się problemy związane ze współdziałaniem, ale przede wszystkim zaczyna podlegać erozji cała wspólnota. Ta erozja ujawnia się szczególnie, gdy w grupie działają osoby sztucznie podsycające animozje – osoby, które obgadują innych za plecami, które lubią stwarzać atmosferę podejrzliwości, nieufności, podgryzania się nawzajem. Nie trzeba tłumaczyć, jaką męką staje się praca w zespole, w którym ludzie sobie nawzajem nie ufają, tylko traktują się jak potencjalnych donosicieli.

W przypadku inicjatyw prawicowych pojawia się – jeśli już napomknęliśmy o sztucznie kreowanych animozjach – problem kretów i kreciki, ryjów i ryjków; pojawiają się bowiem osoby, które nierzadko wykazują się wielką gorliwością, zaraz jednak wyskakują z całą masą tzw. dobrych rad, doradzając szczególnie w kwestiach personalnych („ja Kowalskiego i Nowaka to bym od razu wywalił”), ale też doglądając odpowiedniego poziomu radykalizmu („najlepiej to od razu wyjść na ulice, nie ma co się bać – to dopiero przemówi do ludzi”).

Inną odsłoną problemu sztucznie wywoływanych animozji jest kwestia „dowodzenia”. Gdzie kucharek sześć, tam wiemy, że wyżywieniem sprawy się kiepsko mają i podobnie na prawicy, jeśli każdy chce być liderem („nie będzie byle młotek mną rządził”), to w rezultacie dochodzi do wymiany ciosów, po której pozostaje jedynie pobojowisko. Nie muszę dodawać, jak wspaniałym prezentem dla lewicy jest taki widok i taki stan rzeczy. Nie ma jednak najmniejszych wątpliwości, że są ludzie, którzy mają tak przerośnięte poczucie własnej wartości, że wprost nie wyobrażają sobie innego miejsca tylko na czele peletonu i właściwie żadnej kooperacji nie biorą pod uwagę. Z ich punktu widzenia najlepsza współpraca byłaby wtedy, gdyby oni wydawali polecenia, a pozostali, klaszcząc po drodze, biegli w te pędy wykonywać to, co zlecone.

Dyżurni malkontenci: „to się nie uda”, „tego nie warto”, „to nie wypali”, „nikogo to nie obchodzi”, „to jest bez szans”, „jesteśmy za słabi”; dyżurny malkontent wychodzi z założenia, że gdyby miał do dyspozycji, powiedzmy, moce rażenia telewizji CNN, to może by coś zdziałał :) Jeśli więc ktoś projektuje skromny periodyk, to malkontenci twierdzą, że bez wielkich nakładów „i tak się nic nie osiągnie”. Jeśli ktoś zakłada zespół, to malkontenci twierdzą, że to i tak nie trafi do komercyjnych rozgłośni. Jeśli ktoś organizuje kabaret, to malkontenci uważają, że i tak nie pokona konkurencji. Jest też inny rodzaj malkontenctwa – podważanie umiejętności. Za cokolwiek się człowiek nie weźmie (np. publikuje teksty literackie) zaraz pojawi się banda malkontentów twierdzących, że się to do niczego nie nadaje („do Hemingwaya ci daleko”, „Nobla nigdy nie dostaniesz”) - z reguły zresztą malkontenci sami na własnym koncie żadnych większych osiągnięć nie mają, ale mając okazję do wygłaszania swoich ponurych sądów, traktują ją jako zarazem uzasadnienie dla swojego malkontenctwa. W ten sposób, gdyby się konsekwentnie słuchać takich dobrych doradców, to by człowiek siedział w kącie przez całe życie i nawet nosa nie wystawiał na ulicę, a świat cały do malkontentów by należał. Na szczęście tak nie jest.

Najlepiej jednak postawić sobie jasno określone cele – na początek skromne. Trzeba na pewno mieć odrobinę oleju w głowie i zarazem nie roić sobie czegoś, co jest (przynajmniej w punkcie wyjścia poza zasięgiem). Jeśli ktoś zakłada e-zin, to nie może oczekiwać, by nazajutrz po uruchomieniu strony było tyle wejść, co na stronę BBC, gdy doszło do zamachów w Londynie. Tak samo, jak ktoś chce być aktorem, to idiotyzmem byłoby założenie, iż na II roku studiów trafi na plan filmowy z B. Willisem. Jednocześnie jednak założenie, że nic wielkiego nam się udać nie może jest kompletnie paraliżujące i działa na korzyść naszych przeciwników i wrogów.

To wszystko jednak jedna strona medalu. Druga bowiem to szacunek do tego, co się robi i do tych, do których kieruje się swój produkt. Nie ma nic obrzydliwszego w omawianej przez nas materii, jak wciskanie ludziom badziewia (pod wielkim szyldem) i jeszcze domaganie się respektu dla tego badziewia. Kojarzy mi się to z ludźmi, co na odpustach sprzedają na straganach dzieciom chiński szajs i nawet im powieka nie drgnie, by brać pieniądze za coś, co po rozpakowaniu nie działa. Jeśli więc inicjatywa prawicowa jest tandetna, to faktycznie lepiej, jeśli się jej nie uruchomi aniżeli się strawi wysiłki, zapał ludzki, pieniądze i czas na robieniu czegoś, co jest zwykłą chińszczyzną (że się czepię tej metafory). Ta zasada szacunku do własnej pracy i jej odbiorcy dotyczy zresztą wszelkich inicjatyw. Ktokolwiek nam oferuje dziadostwo, zasługuje na pogardę, a w najlepszym razie na głębokie politowanie – bez względu, czy to mechanik samochodowy, sprzedawca sklepowy, biznesmen, naukowiec, artysta czy polityk. Jeśli jednak tak bardzo nas drażni tandeta – powiedzmy sobie szczerze – niemal powszechna w polskim życiu społecznym, a już w mediach szczególnie – to sami powinniśmy dostarczać czegoś, z czego bylibyśmy dumni, co również nam sprawiałoby radość i przyjemność, co mogłoby być naszą wizytówką, chlubą itd. Tylko wtedy ma to szanse powodzenia.

Wbrew wielu głosom krytyki, malkontenctwa, lamentacjom i pojękiwaniom na prawicy, za którymi, chcę wierzyć, kryje się szczera troska o Polskę, uważam, że jesteśmy w znakomitej sytuacji, choćby z tego powodu, że żyjemy dosłownie na kulturowej pustyni. Przy tej ilości badziewia, z jakim mamy do czynienia w masowych mediach (zarówno publicznych, jak i komercyjnych), przy tym przewalaniu pseudotematów, przy tych niekończących się pseudodyskusjach i ględzeniach „znawców tematów”, i przy tej, co tu dużo kryć, więcej niż skromnej ofercie, którą możemy znaleźć na „rynku prawicy”, to naprawdę nie jest ta trudno wystartować z czymś, co zaintryguje i wciągnie odbiorców. Trzeba jednak oprócz pomysłu zebrać ludzi oddanych sprawie, mieć dostatecznie dużo wytrwałości, cierpliwości i wyrozumiałości. Wystarczy przy tym wpatrywać się w przykłady ludzi skromnych a wielkich, których wkład w polską kulturę pozostaje niepodważalny i olbrzymi, jak choćby Zbigniew Herbert czy Jan Paweł II. No i nie bać się, bo strach ma wielkie oczy. Wiadome, że człowiek zalękniony widzi nawet te trudności, których nie ma. Nie spiętrzajmy więc sobie wyimaginowanych problemów, tylko rozwiązujmy te, które są realne. Jednym z nich jest choćby postkomunizm, z którym borykamy się od 20 lat.

http://markd.salon24.pl/110491,wielu-nas-a-jakoby-nikogo-nie-bylo

Mentalność postępowca


Jak wiemy, postęp w naszym kraju jest nieubłagany, odkąd na ziemie polskie wkroczyła armia czerwona. Kiedyś postępowca rozpoznawało się po jak najwierniejszym odczytywaniu Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina oraz kolejnych wytycznych „zjazdu KPZS” tudzież „PZPR”, dziś natomiast po najwierniejszym odczytywaniu neomarksistów. Postęp, jak to postęp, cel ma z reguły niezmienny, wyplenienie kołtuństwa, obskurantyzmu, religijnej ciemnoty, nacjonalizmu i tym podobnych plag, przy czym, jak nas historia współczesna poucza, każdy postępowiec w kraju nad Wisłą ze szczególną troską pochyla się akurat nad katolicyzmem, polskością i patriotyzmem ludu tubylczego, który jak wiadomo, dopóki nie pojmie, na czym polega europejskość, dopóty będzie siedział w cywilizacyjnej oślej ławce.

Taki zahukany tubylczy lud zasługuje na etnograficzne, socjologiczne, psychospołeczne i inne poważne badania dotyczące jego ciemnoty. Gdzie zaś są najbardziej postępowe głowy, jak nie w jakiejś szacownej stołecznej uczelni? I tak przykładowo niejaka Aleksandra Kowalska doktorantka w Szkole Nauk Społecznych Polskiej Akademii Nauk zajmuje się w swej dysertacji badaniem związków między tożsamością narodową a homofobią. Możemy się domyślać, że chodzi o korelację między polskością a homofobią – temat więc ciekawy, fajnym postępowy. Czy promotorem doktoratu jest jeden z tych naukowców, co jeszcze niedawno zastanawiał się nad istotnymi różnicami między młodym Marksem a starym, czy raczej któryś z przedstawicieli młodego, neomarksistowskiego pokolenia – to kwestia do ustalenia. Na pewno warto sporządzić listę naukowców promujących tego rodzaju brednie (na różnych uczelniach), tak by kiedyś, gdy nadejdą normalne czasy, poddać weryfikacji naukowe kompetencje tego rodzaju promotorów i wyciągnąć konsekwencje z promowania przez nich kompletnych banialuków. Jeśli zaś takie są tematy doktoratów u postępowców, to nawet nie próbujmy sobie wyobrażać, jaka swobodna twórczość panuje w dziedzinie magisteriów czy licencjatów. Przysłowie jednak powiada, że głupich nie sieją, tedy i w naszym kraju musi to prawo obowiązywać.

Można się jednak zastanawiać, na ile sami magistranci czy doktoranci mają pojęcie z jakimi baranami mają do czynienia. Jeśliby bowiem mieli to pojęcie, to pal diabli, są jedynie cyniczni, tworząc prace, za które spotka ich salonowe poklepywanie po plecach i może nawet jakaś intratna gaża w „miejscu marzeń”, jak np. Czerska Palace. Jeśli zaś naprawdę nie widzą tego, że ktoś z nich robi klasycznego wała, to w takim razie muszą stanowić przypadki beznadziejne – analogiczne do tych młotków zapatrzonych bez reszty w komunizm, których nawet puste półki w sklepach, strajki i demonstracje uliczne utwierdzały w przekonaniu, że wszystko jest na dobrej drodze (są tylko przejściowe trudności). Oczywiście każdego postępowca, toteż i wspomnianą doktorantkę, wyławia z tłumu elita intelektualna z Czerskiej i stawia na piedestale. Doktorantka bowiem nie tylko pisze, jak trzeba i co trzeba, ale i działa społecznie, że aż ziemia się trzęsie:

„W 1993 r. w walentynki pod kolumną Zygmunta kilkadziesiąt osób homoseksualnych domagało się prawa do miłości. Dwa lata później jako studentka polonistyki poszłam na dziedziniec UW, gdzie miała odbyć się kolejna demonstracja gejów i lesbijek. Przy bramie policjanci sprawdzali dowody osobiste. Manifestacja nie dostała zgody władz UW. Przenieśliśmy się do klubu. Za to w 2001 r. w pierwszej Paradzie Równości Nowym Światem szło już 300 osób. Trzymaliśmy się za ręce. Machaliśmy do mieszkańców w oknach. Chcieliśmy zrobić dobre wrażenie.”

To oczywiście skromne początki. Inna postępowa działaczka, Anna Zawadzka, „pedagożka”, (kiedyś potrzebne będą studia ze współczesnej nowomowy neomarksistowskiej, tak jak kiedyś analizowano semantykę i frazeologię języka komuny) i zarazem, jak sama przyznaje, osoba orientacji homoseksualnej, wspomina z kolei:

„Pamiętam, że w 2000 r. Yga Kostrzewa, dziś rzeczniczka Lambdy Warszawa, zorganizowała na UW konferencję na temat ruchu LGBT (lesbijek, gejów, bi- i transseksualistów). W wielkiej sali siedziało sześć osób.”

No ale, jak się domyślamy, potem już było tylko lepiej (nie mogło zresztą być inaczej), między innymi dzięki medialnemu wsparciu wielu środków przekazu nadających w języku polskim na naszych terenach. Oczywiste jest więc, że postępowiec, dokładnie tak, jak za czasów komunizmu, nie może się zamykać w ciasnych ramach swej postępowej koncepcji, ale musi przekuwać myśl w czyn, musi na ulicy manifestować swoją postępowość, przy czym z roku na rok manifestowanie to musi przybierać na sile. Dokładnie tak jak w ZMW, ZMP czy ZSMP. Niejednokrotnie zresztą weterani komunizmu, ciotki rewolucji, takie jak J. Senyszyn, włączają się w ten postęp jak za dawnych lat.

Wspominam o tym, bo i awangarda postępu, czyli Ministerstwo Prawdy, o tym, co się wiąże z walką o nowy proletariat, ponownie wspomina, szykując nas do warszawskiej „parady równości”. Już się wydawało, że za komunizmu równość nastała, ale jak wiadomo nie nastała i komunizm należało „obalić” wspólnie z komunistami, żeby nastała. Kiedy jednak obalono, to się okazało, że niestety, nie nastała, więc obecnie, mimo że nie ma komunizmu, to walka o równość nadal się toczy, a nawet przybiera na sile. Z kolei w kontekście tego, o czym wspomina ks. A. Stopka, tzn. że niektórzy hierarchowie Kościoła gorąco zachęcali do udziału w eurowyborach, zaś większość katolików zignorowała te apele, ta sprawa wygląda jeszcze ciekawiej. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że „Unia Europejska” z promowaniem homoseksualizmu nie ma zupełnie nic wspólnego, a już z neomarksizmem to w ogóle, co widzieliśmy na przykładzie historii prof. R. Buttiglione, który, nie wiedzieć czemu, nazwał na forum „Parlamentu Europejskiego” współżycie płciowe osób tej samej płci, grzechem (poniżej zamieszczam link do wykładu Buttiglione na ten temat). Zapewne owi duchowni Kościoła katolickiego w Polsce nie tylko jeszcze mocniej będą ewangelizować Europę, jak nas, katolików, zapewniali przed akcesją do „UE”, ale i zajmą się tą ewangelizacją w stosunku do postępowców w naszym kraju.

Chyba że sprawy potoczą się inaczej. Oto, jak podaje T. Terlikowski, już i duchowni zaczynają się intelektualnie gimnastykować, by wyrobić w sobie mentalność postępowca, czego znakomitym przykładem jest o. J. Prusak, głoszący, iż nie jest łatwo „zmienić mentalność ludzi”, którzy „na tej księdze budują cała swoją znajomość homoseksualizmu”. O jakiej księdze mowa? O Biblii, jakżeby inaczej. Wprawdzie wydawało mi się, że oprócz Pisma Świętego, to właśnie „parady równości” stanowią taką współczesną lekcję poglądową na temat tego, czym homoseksualizm i jego propagandziści są, no ale najwyraźniej o. Prusak nie widział tego rodzaju parad, zwłaszcza z poprzebieranymi za zakonnice czy księży osobami dość swobodnego prowadzenia się. Zresztą, co komu przeszkadzają jakieś przebieranki, do cholery? Myślę, że co bardziej postępowi duchowi powinni właśnie włączyć się w taki przemarsz postępowców i pokazać, że oprócz lesbijek przebranych za zakonnice czy transwestytów mogą iść dzielnie ku przyszłości (i równości, a jakże) prawdziwi, niezłomni uczniowie Chrystusa. To byłby widok, który sam chętnie bym uwiecznił na fotografii jako signum temporis. Całe takie towarzystwo powinno się udać po paradzie do jakiegoś kościoła i przerobić go – tak jak się to robi w najbardziej postępowych krajach - na dyskotekę czy inną klubokawiarnię, w której tańcom, zabawom i śmichom nie ma końca. Co wrażliwsi powinni oczywiście uważać, by nie trafić do tzw. ciemnego pokoju w takiej tancbudzie. Ale nawet, gdyby udało im się taki darkroom ominąć, to niewykluczone, że o wiele ciemniejsze pomieszczenie czeka takich postępowych duchownych po Sądzie Ostatecznym.




http://wyborcza.pl/1,88975,6712444,Parada_Rownosci_chce_rozbic_heteromatriks.html
http://terlikowski.salon24.pl/110415,homofile-znowu-w-akcji
http://ksarturstopka.salon24.pl/1W10406,miedzy-frekwencja-a-sumieniem
http://www2.teologiapolityczna.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1149&Itemid=113
http://www2.teologiapolityczna.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=652&Itemid=113