30 maj 2009

Folwark?


Jakoś zawsze się wzdragam przed powiedzeniem, że Polacy są tacy lub siacy. Wynika to z paru podstawowych względów. Po pierwsze: nie wiem, w jaki sposób można poznać, jacy Polacy są. Nie sposób tego się dowiedzieć z – powiedzmy sobie szczerze – niezbyt miarodajnych badań socjologicznych czy psychospołecznych, nie sposób też się dowiedzieć tego na gruncie własnego, dość wąskiego doświadczenia. Ilekroć zresztą ktoś pisze: Polacy są tacy a tacy, to ja mam wrażenie, że porusza się w obrębie jakiegoś stereotypu, nie zaś jakiegoś weryfikowalnego opisu rzeczywistości. Mając zaś świadomość, że jakiś czas temu wyszliśmy wszyscy (mam na myśli to pokolenie, które żyło w peerelu i dobrze go pamięta) z obozu koncentracyjnego, zwyczajnie jakoś wzbraniam się przed stawianiem zarzutu: dlaczego jesteście tacy osłabieni? Dlaczego jesteście tacy słabi?

Owszem, możemy stawiać sobie przed oczy pokolenie przedwojenne – pytanie tylko, czy przybliża nas tego rodzaju zabieg do prawdy o nas samych? Czy mając wciąż w pamięci hekatombę, jaka dotknęła naszych przodków, nie pozostaje nam nic innego, jak żyć z poczuciem winy, że jesteśmy jakimiś wybrakowanymi Polakami i że na wolne, niepodległe, normalne, silne państwo zwyczajnie nie zasługujemy, bo jesteśmy za ciency? Tego rodzaju myślenie mimowolnie nasuwa mi skojarzenia właśnie z peerelem, kiedy to sprowadzano społeczeństwo do stanu bydlęcego, do zwykłej, codziennej walki o podstawowe produkty (od żywnościowych po higieniczne) i gdy cały czas dawano Polakom do zrozumienia, że tak już będzie zawsze i tak naprawdę na inny los zwyczajnie nie zasługują.

Piszę te uwagi w kontekście eseju R. Ziemkiewicza, który z jednej strony zdaje się głosić nam gorzką prawdę, z drugiej jednak widzi skutki, lecz nie dostrzega wszystkich, jak sądzę, przyczyn. Byłem dzisiaj z rodziną w multikinie i tak wychodząc z niego, i patrząc na auta, pomyślałem, może przesadzam z tym pesymizmem, co do III RP, przecież ludzie mają te o niebo lepsze samochody aniżeli przed dwudziestu laty, coraz lepiej się ubierają, krążą po tych hipermarketach załadowując wózki po brzegi, wyjeżdżają na wakacje za granicę. Zaraz jednak wytacza się człowiek na drogę pełną dziur i krzywo osadzonych studzienek, zaraz słyszy w radiu polityków, którzy są matołami, zaraz też przypomina sobie przywoływane niedawno w radiu statystyki dotyczące higieny naszych rodaków i może ich nie będę przytaczał, bo przecież wystarczy przejść się do publicznych toalet, zajrzeć na Dworzec Wschodni w Warszawie lub na Pragę, zwiedzić Kraków nie od strony rynku tylko nieco się oddalić od śródmieścia, wystarczy pojechać do małych miasteczek i do mieścin, by pojąć jedną, ponurą rzecz, tj. tę, że współczesna Polska jest po prostu wielką potiomkinowską wsią. Fasada wygląda całkiem nieźle i podejrzewam, że robi wielkie wrażenie na obcokrajowcach pamiętających zapewne filmy dokumentalne choćby z Polski za czasów Jaruzela, ale jeśli się zajrzy za fasadę, to nasz kraj nadwiślański w niczym nie zasługuje na miano państwa XXI wieku. Symbolem tych dysproporcji między enklawami nowoczesności (np. stołeczne centra handlowe, zamknięte i strzeżone osiedla), a poszarzałą, zaniedbaną prowincją jest dom z sypiącym się tynkiem i anteną satelitarną umocowaną przy oknie lub balkonie. Wielu bowiem Polakom pozostało już wyłącznie życie iluzją.

Kiedy jednak czytam Ziemkiewicza, to wydaje mi się, że to, co głosi jest tylko z pozoru prawdą.

„Dla większości Polaków państwo, w którym żyją, to wciąż taki folwark, z tą dziwną cechą szczególną, że oto pozwolono im samym wybierać dziedzica – z czego korzystają, kierując się chęcią, by mieć dziedzica takiego, który mało goni do roboty, dużo rozdaje i łatwo pozwala się oszukiwać. Profesor Wilczyński opisał to formułą „wrogiego państwa opiekuńczego”, co jest bardzo celne. Państwo polskie nie jest przez ogół Polaków postrzegane jako emanacja wspólnej woli, wspólne dobro, a zwłaszcza jako struktura wobec nich służebna. Przeciwnie, zawsze było i pozostaje strukturą wrogą, obcą, którą należy oszukiwać, co zupełnie nie przeszkadza wymagać od niej rozmaitych świadczeń i form opieki.
Tatiana Zasławska nazwała człowieka wychowanego przez realny socjalizm „cwanym niewolnikiem”. Ta formuła także doskonale pasuje do postsowieckich Polaków – główną cnotą niewolnika nie jest odwaga czy innego rodzaju zadziorność, bo za to, jak nauczyło go doświadczenie, można tylko jeszcze bardziej dostać w d…, główną cnotą niewolnika jest chytrość.”


To bowiem, że Polacy czują się jak na folwarku (trzymając się tej obrazowej stylistyki publicysty „Rz”) może wynikać z tego, że chcą by tak było i nie potrafią tego zmienić (i np. jest im z tym dziadowaniem dobrze), jak i z tego, że do takiego stanu zostali doprowadzeni. A jest zasadnicza różnica między dziadowaniem dobrowolnym a przymusowym. Poza tym nikt nie ma chyba wątpliwości, że Polska po wielu dziesiątkach lat zaborów dokonała w ciągu dwudziestu lat niebywałego skoku cywilizacyjnego i kulturowego, powstrzymanego, rzecz jasna, przez hitlerowskiego i sowieckiego okupanta, natomiast po „obaleniu komunizmu” nie ma nawet porządnych dróg (o gospodarce nie wspomnę). Na ten paradoks można patrzeć przez pryzmat „polskiego nieudacznictwa”, ale też można patrzeć przez pryzmat nieudacznictwa establishmentu, który zrobił wszystko – dosłownie wszystko (poczynając od uwłaszczenia nomenklatury, poprzez procesy pseudoprywatyzacyjne, na kapitalizmie politycznym kończąc), by przeciętny obywatel żył na poziomie postkolonialnym. O tym, że Polacy potrafią świetnie, ofiarnie, rzetelnie pracować za godziwe pieniądze, wiedzą wszyscy, którzy widzieli naszych rodaków w akcji za granicą. Nad Wisłą natomiast, jak też wiemy, nie udało się (przez 20 lat!) stworzyć takich warunków gospodarczych, by sukces ekonomiczny był dostępny większości obywateli, a nie mniejszości.

No i znowu można za to winić naszych rodaków, lecz mi wydaje się, że zostali oni w swej większości wystawieni do wiatru przez niemal całą klasę polityczną, która sprawowała rządy w tymże 20-leciu. Skoro więc jak frajerów potraktowała ich „konstruktywna opozycja”, to nic dziwnego, że powróciło w społeczeństwie widzenie państwa jako okupanta, którego – zgodnie ze strategią przetrwania (w ekstremalnych, złodziejskich warunkach) - trzeba oszukiwać. Gdy jeszcze najrozmaitsze reformy (gospodarcze, służby zdrowia, edukacji, administracji etc.) zamiast wyrugować kierat wyłącznie go powiększyły, stanowiąc okrutne szyderstwo ze zdrowego rozsądku, to nic dziwnego, że z czasem Polacy zaczęli patrzeć na rozmaite instytucje jako wrogie.

Pojawia się jednak pytanie: dlaczego tak się stało? Ten folwark przecież ktoś powołał do istnienia. Co więcej, gdy „obalano komunizm”, to mówiono o „naszym domu”, nie zaś o folwarku. Potem zaś mówiono już o „zaciskaniu pasa”, a potem się okazało, że „pierwszy milion trzeba ukraść”, choć nie każdy miał okazję, by sobie taką kwotę podprowadzić. Później zaś, gdy zaczęły się ujawniać chore dysproporcje między płacami nie tylko przeciętnego Polaka a innego Europejczyka, ale między średnią pensją krajową a pensjami najrozmaitszych „menedżerów” i innych wszystkich świętych, to Polakom kazano już tylko płacić podatki, wrzucać kartki do urn i nie pyskować. Na koniec okazało się, że może jest nie najlepiej z naszym doganianiem Zachodu, ale wejście do UE spowoduje, że zaleją nas kolosalne pieniądze i w mgnieniu oka będziemy przypominać Hiszpanię. Dziś z tych wszystkich wizji pozostały wyłącznie wióry, choć w międzyczasie wyrosła nam całkiem nieźle odżywiona, nieźle stołująca się, nieustannie zadowolona z siebie i uśmiechnięta w świetle fleszy, klasa próżniacza. Co więcej, znowu słyszymy hasło o zaciskaniu pasa. Po 20 latach.

Oczywiście, o części przyczyn tego stanu rzeczy Ziemkiewicz wspomina, czyli o tych wszystkich haniebnych zaniechaniach politycznych oraz o spektakularnych propagandowych sztuczkach Ministerstwa Michnika, ale czyni to raczej z takim podtekstem (tak przynajmniej ja to odczytuję), że „swój na swego trafił”. Przypomina wszak jedno ze swych większych rozczarowań z lat 90.:

„gdy się okazało, że większość Polaków zakochana jest w Aleksandrze Kwaśniewskim, wspomina z rozczuleniem, jak dobrze było za Gierka i w kółko ogląda „Czterech pancernych” i Klossa.”


Pytanie jednak, czy Polacy sami sobie zafundowali wielki renesans peerelu, czy też ten renesans był wpisany w wielką akcję zacierania ostrej granicy między Polską po 1989 r., a tym, co było przed? Czy należy przypominać, co środowiska „konstruktywnej opozycji” wyrabiały wobec prób wywrócenia sojuszu zawartego przy „okrągłym stole”? Czy antykomunizmu nie ukazywano jako większego zagrożenia dla porządku publicznego aniżeli samych komunistów przefarbowanych na „socjaldemokratów” (i to w zachodnim stylu)? Niemożliwe, żeby Ziemkiewicz o tym nie wiedział. Jeżeli jednak o tym wie, to powinien mieć zarazem świadomość, do jakiego stopnia fałszywą rzeczywistość kulturową wytworzono po 1989 r. i powinien rozumieć, dlaczego tylu Polaków ją odrzuca albo w sposób czynny (np. działając w szarej strefie lub wspierając inicjatywy zmierzające do unieważnienia „historycznego kompromisu”), albo bierny – nie uczestnicząc w wyborach czy referendach. Można więc powiedzieć tak: ta historia się jeszcze nie zakończyła i – jak mi się wydaje – Polacy jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa. Droga jednak do, by tak rzec, odnowienia polskiej świadomości obywatelskiej jest długa i mozolna, gdyż najpierw trzeba odkłamać otaczającą nas rzeczywistość, to zaś jest proces na lata.

http://www.rp.pl/artykul/2,313051_Ziemkiewicz__Wolnosc_na_folwarku.html

Coście blogerzy uczynili Lisowi?


Trochę musieliśmy się naczekać, ale w końcu, jak już przemówił, to mury się trzęsą. Nic dziwnego, gdy bowiem głos zabiera legenda polskiego młodego dziennikarstwa, to cała przyroda zamiera i wsłuchana wyławia każde słowo, każdy sens:

„O ujawnieniu tożsamości blogerki Kataryny pisało się ostatnio w polskich gazetach, jakby było to jedno z najważniejszych wydarzeń w Polsce. Nie było.”

Ja też tak uważam. O wiele ważniejsze są wczorajsze głosy, że gospodarka w Polsce rozwija się szybciej od amerykańskiej, europejskiej, światowej itd. No, może nieco wolniej od cypryjskiej, ale kto tam o Cyprze słyszał? Lis jednak dodaje wyjaśniająco:

„Ale trwająca przy okazji dyskusja o anonimowości w internecie jest jedną z najważniejszych dyskusji - mowa jest bowiem o prawach człowieka, o odwadze i o tchórzostwie, o sensie dziennikarstwa i o tym, czym niestety stał się w Polsce internet.”

Domyślamy się zatem, że za chwilę coś ważnego zostanie powiedziane. I faktycznie:

„Prawdę mówiąc, w sprawie ujawnienia Kataryny nie mam jednoznacznej opinii. A jeśli już muszę ją mieć, to owego ujawnienia entuzjastą nie jestem. Bo nie mam żadnych problemów z tym, że prawo do anonimowości chce zachować ktoś, kto w bezceremonialny sposób nie łamie praw innych. Nie ekscytuje mnie też debata, w której padają argumenty o wyższości działających i piszących pod nazwiskiem dziennikarzy nad anonimowymi blogerami. Jeśli ktoś ma coś ciekawego do powiedzenia, a wielu blogerów ma, to nie widzę problemu w tym, że czasem chowają się za tarczą swych pseudonimów.”

Ale o kogo chodzi?

„Mówię także o blogerach, którzy krytykują mnie. Ich święte prawo, jeśli tylko jest to krytyka, która nie ociera się o rynsztokowy donos, o oszczerstwo i niegodziwe kalumnie.”

To oczywiste.

„Zabawne jest, nawiasem mówiąc, że kampanię przeciw anonimowym blogerom rozpoczęła gazeta, dla której normą jest publikowanie kłamstw albo paszkwili, opartych w stu procentach na anonimowych źródłach, podających najczęściej w stu procentach nieprawdziwe informacje, czyli stuprocentowe dezinformacje. Dlaczegóż takie antydziennikarstwo miałoby być lepsze niż anonimowe blogowanie, naprawdę nie wiem.”
Trudno się nie zgodzić, a jednak:

„Realnym problemem jest natomiast internetowa kloaka, różne pudelki, gdzie oczywiście anonimowe szumowiny publikują kłamstwa, notorycznie manipulują, nawołują do nienawiści, linczują kogo popadnie, odreagowując swe uzasadnione kompleksy i frustracje. Owe szumowiny w istocie powinny opublikować swe zdjęcia i podać swe nazwiska. Już to by wystarczyło do ich autokompromitacji.”

Internetowa kloaka, pudelki, szumowiny... Od razu mina nam zrzedła. Dalej jest jeszcze ciekawiej:

„Problemem są też tzw. posty emocjonalnych meneli, opluskwiających wszystkich, którzy mają więcej, którzy coś osiągnęli, których anonimowo skopać się da. Wśród tych postów roi się od karalnych gróźb, od ohydnych inwektyw, za które każdy, kto tchórzem nie jest i kto z anonimowości nie korzysta, musiałby zapłacić w sądzie.”

Co zatem proponuje Lis w stosunku do emocjonalnych meneli?

„Czas, by za uczynienie z internetu rynsztoka zapłacili owi pseudobiznesmeni, którzy na budzeniu w ludziach najgorszych instynktów robią wielkie pieniądze.”

Sam jestem ciekaw, kto najwięcej zarabia na robieniu rynsztoka z Sieci.

„Ale tak czy owak, dobrze, że nad internetowym rynsztokiem zaczynamy się pochylać, niezależnie od tego, jak wielki unosi się nad nim smród.”

Nasz słownik niezwykle się wzbogacił, a i wyobraźnia się na pewno ożywiła; już wydawało się, choćby po wypowiedziach trzech tenorów z gazety na de, której naczelny kazał się całować w de, że nic ciekawego i nowego o blogerach nie da się powiedzieć, jednak nie wzięliśmy pod uwagę inwencji Lisa. Jego tekst zresztą zatytułowany jest ładnie „Sraj-anonim, czyli łajno w sieci”.

Pisałem nie tak dawno o objawach ostrej biegunki w środowisku dziennikarskim, no i niestety, nie pomyliłem się. Zastanawiające jest, że – co można zresztą dostrzec od początku tej pseudodebaty o blogerach – te „kloaczne” czy „rynsztokowe” metafory nie są poparte absolutnie żadnymi przykładami. Już pomijam taką kwestię, gdy blogerzy urządzają sobie rozmaite szyderstwa z dziennikarzy i ich potknięć (nie tylko intelektualnych), co również wywołuje w środowisku wielu ludzi mediów białą gorączkę. Mało tego, tajemnicą poliszynela jest słownictwo używane na co dzień właśnie w tymże środowisku w najprzeróżniejszych redakcjach i stacjach, i dość głośne były swego czasu nagrania Lisa, Durczoka czy jeszcze bardziej legendarnego Michnika, posługujących się językiem, którego nie powstydziłby się żaden „emocjonalny menel”. Największym więc z największych wolno używać języka spod budki z piwem, a „emocjonalnym menelom” nie?

Ktoś, chcąc uratować Lisa i jego kolegów, mógłby powiedzieć na obronę, że może mają oni na myśli np. motłoch panoszący się od lat po onecie i bluzgający „polskim” językiem pod tekstami o Kaczorach, PiS-ie, Kościele etc. (ja osobiście nie podejrzewam, choćby z tego względu, że wcześniej, a zwłaszcza za rządów PiS-u ten motłoch nie przeszkadzał rozkochanym w pięknej, literackiej polszczyźnie i kulturze języka, dziennikarzom) - pytanie jednak, dlaczego nawet mając na myśli jakichś buraczanych komentatorów, zrównują ich z blogerami?

Myślę, że nieprzypadkowo. Pomimo wzajemnych przytyków pod swoim adresem (ludzie z Czerskiej dokopują przy okazji ludziom z gazety na de, Lis także), to podtrzymywanie obrazu blogosfery jako „rynsztoka”, „kloaki”, słowem – jednego wielkiego syfu, od którego porządny człowiek ma się trzymać jak najdalej – ma jeden, naczelny i wyrazisty cel. Cała ta akcja ma odciągnąć od blogosfery tych, którzy niewiele jeszcze o niej wiedzą lub zgoła nic o niej nie wiedzą. Ci wszyscy, co wygłaszają te swoje ponure sądy o blogosferze, w domyśle powiadają swoim słuchaczom/czytelnikom: „nawet się tam nie zbliżajcie”, bo „tam” się wyłącznie lży, klnie, strzela lub pluje zza węgła, „obsrywa zza kotarki” (jak to powiedział kiedyś elegancko o blogosferze przedstawiciel polskich gejów T. Jacyków) – inaczej mówiąc – jest tam wszystko, co najgorsze, a już na pewno nie żadne ciekawe, ważne opinie/komentarze.

Zagadką więc pozostać musi popularność blogerów, no bo przecież, na zdrowy rozum, ileż można się grzebać w odchodach? Zagadką też jest to, że do odpowiedzialności za degradację polskiej kultury dyskutowania i polszczyzny jako takiej nie poczuwają się wcale żadni przedstawiciele środowiska dziennikarskiego, tak jakby przez te 20 lat „transformacji” nie robili nic innego tylko pielęgnowali najlepsze wzorce piśmiennictwa i stylistyki. Zresztą, skoro już o Lisie mowa, to szczególnie jego książki są swoistym fenomenem. Autor bowiem za wszelką cenę chce dowieść, że popularność, jaką zapewniła mu praca w telewizji, przekłada się na jakąś publicystykę polityczną, a więc nie ma on najwyraźniej świadomości granic swoich intelektualnych możliwości i dość dużej różnicy między występowaniem przed kamerami i przepytywaniem polityków a samodzielnym analizowaniem tego, co się dzieje w rzeczywistości społeczno-politycznej, do czego sam tupet i warsztat dziennikarski, niestety, nie zawsze wystarcza. Gdyby bowiem miał tę świadomość, to łatwiej byłoby mu nie tylko zrozumieć to, czym jest blogosfera, ale i to, że wielu czytelników szuka zgoła innych poglądów o świecie aniżeli te, które właśnie Lis (czy jemu podobni) serwuje.

Wydaje się jednak, że jest to stan nieuleczalny i w przeciwieństwie do amerykańskich tradycji, nie doczekamy się na razie żadnych profesjonalnych przeglądów tego, co się dzieje w Sieci właśnie w dziedzinie debaty publicznej. Dziennikarzy mainstreamowych na to nie stać, na naukowców też niekoniecznie można liczyć, skoro wielu z nich na samo hasło „prawica” dostaje trzęsawki (a wiemy, że blogosferę zdominowało oszołomstwo). Taki przegląd tego, co się dzieje on-line musiałby bowiem pokazać, że w Sieci toczy się ciekawe i bogate życie intelektualne, o którym wielu dziennikarzy a nawet naukowców wie jedynie ze słyszenia, gdyż sami dawno przestali je prowadzić.

http://www.polskatimes.pl/opinie/odredakcji/123745,sraj-anonim-czyli-lajno-w-sieci,id,t.html

27 maj 2009

O rdzy zbożowej


Dlaczego tak się dzieje, że blogi w USA są w większości konserwatywne, dlaczego tak się dzieje, że w USA największą popularnością, jeśli chodzi o talk radio cieszą się od lat „prawicowe oszołomy”, jak Rush Limbaugh, podczas gdy mainstream od wschodniego do zachodniego wybrzeża to głównie myśl „lewicowo-liberalna”? Dlaczego w Polsce dominują w blogosferze konserwatyści i prawicowe oszołomstwo? To pytania, które wydają się niezwykle trudne, jeśli nie weźmie się pod uwagę dość banalnej prawdy, takiej, iż poglądy konserwatywne, prawicowe, tradycjonalistyczne, „niepostępowe”, są po prostu naturalne dla bardzo wielu ludzi i nie ma w tym nic nadzwyczajnego.

Tymczasem prof. W. Sadurski nieco zdumiewa się, że aż tylu tych prawicowców ziemia wirtualna nadała.

„W Polsce zdecydowana większość aktywnych blogów ma charakter prawicowy. Może ci ludzie mają więcej czasu, może w tej chwili prawica jako formacja myślowa jest bardziej dynamiczna? Lewica gdzieś się schowała. Jest w fazie schyłkowej, zdemoralizowana, rozbita. Choć są też w Polsce świetni blogerzy, część z nich anonimowa, którzy mieszczą się w liberalno-lewicowymcentrum.

A może jest jakiś związek między prawicowością a kategorycznością ocen? Może poglądy bardziej zniuansowane, siłą rzeczy, nie nadają się na blog. Bo blogowi potrzebna jest kategoryczność, wyrazistość.”


Chodzi zapewne o to, że aż tylu zdolnych :) oszołomów, bo przecież w lidze pszenno-buraczanej, która w gumiokach przemieszcza się całymi dniami po cyberprzestrzeni i bluzga bez ustanku i bez wytchnienia po „Kaczorach” czy „pisobolszewikach”, gdzie to tylko możliwe, to przecież dzikiego zwierza jest pełno i wciąż przybywa. No ale gdzie są uczniowie Sadurskiego, którzy by ten kaganek oświaty liberalno-lewicowej ponieśli? No właśnie tu ciężko. Bardzo ciężko i przyznaję profesorowi rację. Na pewno jednak nie trzeba tracić nadziei i może któregoś dnia jakieś seminarium magisterskie zrodzi nareszcie jakiegoś geniusza, przy którym np. dr S. Sierakowski będzie wyglądał mizernie i blado (jeśli chodzi o moce intelektualne).

Jeszcze bardziej jednak niż Il Professore zdumieli się, jak wiemy, rozmaici frustraci z pewnej gazety na de, której naczelny kazał się różnym osobom całować w de, choć, jak Bóg na niebie, wcześniej krucjaty przeciwko „chamstwu” i „trollom” nie urządzali owi frustraci, a przecież w okresie kaczystowskim mieliśmy renesans tego rodzaju zjawisk na wielu forach, nie tylko w blogosferze (no i oczywiście także na forum pewnej gazety na de, której naczelny kazał się różnym osobom całować w de). Okazuje się bowiem, że dopóki szeroko pojęta „myśl lewicowa” przyjmuje kształt chamsko-trollowaty, dopóty mainstream nie widzi najmniejszego problemu, ba, panie dzieju, dochodzi do tego, że pewna gazeta na de, której naczelny kazał się różnym osobom całować w de sama wychodzi z obroną (mamma mia!) największych lewackich buraków ćwikłowych, jakich widziała blogosfera i to takich, którzy bluzgali gdzie popadnie i jak popadnie także na s24 – i jeszcze głosi, że tych buraków jakąś cenzurą objęto. Mociumpanie, widziałżeś pan takie cuda? Chamstwo i trolling pojawia się natomiast wtedy, gdy wypowiadają się otwartym tekstem ludzie przywiązani do idei konserwatywnych czy prawicowych.

Basia.basia w całkiem świeżym komentarzu u W. Wybranowskiego zwróciła uwagę na oczywistą rzecz, jedną z podstawowych zalet blogosfery, tj. tę, że mogą na równych prawach dyskutować ze sobą ludzie rozmaitych zawodów, w rozmaitym wieku i o rozmaitym statusie materialnym, którzy – co można powiedzieć z dużym prawdopodobieństwem – mieliby małe szanse na spotkanie się i dyskutowanie, gdyby Internetu nie mieli. Obok siebie mogą więc wystąpić (mieszkający w dodatku w przeróżnych miejscach na świecie, przecież) naukowcy, studenci, prawnicy, lekarze, artyści etc. i wspólnie dochodzić prawdy. To jest niezwykła zaleta. Kolejną zaś jest to, że w tych dyskusjach odnawia się polska wspólnota i nie tylko lepiej się nawzajem poznajemy, ale przecież budujemy coraz mocniejsze więzy społeczne i narodowe, jako ludzie mówiący tym samym językiem i troszczący się o dobro wspólne. Ten wkład jest nie do przecenienia i zastanawiam się, czy tak naprawdę tu nie leży dla wrogów gruntownej odnowy polskiej kultury największe zagrożenie. Dopóki by wszak ta kultura stanowiła folklor, skansen, ewentualnie jakieś małpowanie tego, co się w ramach politpoprawności w sztuce i kulturze robi na Zachodzie, dopóty nie budziłaby ona zastrzeżeń. Skoro jednak za odbudowywanie kultury polskiej biorą się ludzie „nienamaszczeni” przez salon, ludzie, którzy nie pojawiają się w rankingach żadnych mainstreamowych gazet, ludzie, z którymi nie pili dziennikarze na żadnych rautach, to sprawa robi się niepokojąco poważna.

Są też jednak oprócz kulturotwórczej i integracyjnej (socjalizującej) inne zalety blogosfery, na które warto zwrócić uwagę, a których nie wymienia prof. Sadurski. Otóż pozwala ona na błyskawiczny obieg myśli w jakimś gronie dyskusyjnym, na skonfrontowanie danej sprawy z równych stron, starcie się odmiennych punktów widzenia i dojście do prawdy. O ile Sadurski już chyba zdaje sobie z tego sprawę, choć jeszcze nie docenia w pełni tego waloru blogosfery, o tyle takiego prof. Marcina Króla czy jemu podobnych, którzy na blogosferę patrzą przez pryzmat swojej głębokiej niewiedzy o tych wszystkich zjawiskach, o których tu zaledwie wspomniałem, można z powodzeniem zaliczyć do gerontokracji niezdolnej już najwyraźniej (po tylu latach istnienia Sieci) do głębszego wglądu w istotę przemian kulturowych i cywilizacyjnych, jakie zachodzą. Dla takiego historyka idei, jak Król, akurat idea wolności słowa okazuje się wyjątkowo trudna do zgryzienia, ale mędrcy przecież mają czas, więc może któregoś dnia umysł Króla zmieli ideę do końca i wielki myśliciel pojmie, o co w niej chodzi. My jednak czekać na ten proces nie musimy i chyba nie chcemy, wystarczy nam wszak to, co już Król powiedział, a co znakomicie podsumowuje jego wieloletnie prace w sferze historii idei. Jeśli bowiem swobodna, nieskrępowana dyskusja w Sieci przeprowadzana przez ludzi wielu zawodów, z przeróżnymi tytułami naukowymi i bez tychże tytułów, dyskusja, w której liczą się przede wszystkim racjonalne poglądy i otwartość na prawdę, kojarzy się Królowi z idiotyzmem, to pozostaje jedynie współczuć, że takie poglądy na stare lata może głosić ktoś, kto tyle książek przeczytał i w tylu debatach uczestniczył. Starość nie radość, powiadają i jest to kolejna smutna prawda o życiu wielu gerontokratów.

To pojęcie nadaje się zresztą znakomicie do opisu szerszego zjawiska związanego z establishmentem III RP. Gerontowie sprawujący właściwie nieprzerwanie władzę od 1989 r., spośród których A. Michnik jest tu wyjątkowo reprezentatywny, nie dopuszczają w ogóle do myśli, by debata publiczna mogła wyglądać inaczej niż oni to zarządzą. W ten sposób osoby młode, jak choćby sfrustrowani tenorzy z gazety na de, jeśli chcą zaistnieć w sferze publicznej, to muszą się wpasować w pewną metodologię zwalczania wolnego, tzn. tfu, dzikiego, dewiacyjnego, „chamskiego” dyskursu. Określenie „chamski” jest tu techniczne - dla salonowców chamami bowiem są ci, co nie przebywają na salonie przecież. Gdy salon się bawi na bachanaliach, to rolą chamów jest najwyżej klaskanie za oknami lub sprzątanie po imprezie. Niestety, takiej roli kulturowej nie przewidują dla siebie wolni ludzie publikujący i dyskutujący w Sieci i chamów, co się rozsiedli po salonach oraz trollują w gazetach uważających się za polskie, będą tępić tak, jak szanujący się siewca tępi rdzę zbożową.

http://wyborcza.pl/1,88975,6648433,Oj_dana__dana__blog_to_nie_folklor.html
http://wybranowski.salon24.pl/107365,tako-rzecze-dytyramb-czyli-dwa-dna-sprawy-kataryny#comment_1442298

26 maj 2009

Potępiamy i prosimy o potępienie


z taką formułą oficjalnych przeprosin za wypędzenia Niemców powinien wystąpić polski rząd w imieniu polskiego narodu. Nie podejrzewam wszak, by takiego potępienia kanclerz Angela Merkel oraz CDU i CSU oczekiwały od Rosji, spadkobierczyni ZSSR, który za pomocą armii czerwonej i NKWD wprowadzał porządki w Europie Środkowo-Wschodniej na kilkadziesiąt lat. Pytanie pozostaje, kiedy by to potępienie wyrazić tak najbardziej uroczyście? 4 czerwca 2009 na Wawelu, 4 czerwca 2009 w Gdańsku, czy może 1 września 2009 na Westerplatte w trakcie obchodów 70 rocznicy wybuchu II wojny światowej? To jest do ustalenia, bo kanclerz Niemiec może być i w czerwcu, i we wrześniu w naszym kraju, więc jakoś można by to zgrać.

Potępienie wypędzeń – rzecz ważna – domaganie się potępienia ze strony Niemiec to jednak rzecz jeszcze ważniejsza, jest wszak za co Polaków i Polskę potępiać (o czym zresztą niedawno, całkiem przytomnie) wspomniała niemiecka prasa. Za sprzeciwienie się idei korytarza, za prowokację gliwicką, za zabijanie żołnierzy niemieckich, za polskie obozy koncentracyjne i udział Polaków w Holokauście, za doprowadzenie do pokazowego procesu norymberskiego oraz za spowodowanie podziału terytorialnego Niemiec po II wojnie, który musiał trwać tyle lat.

Oczywiście potępianie potępianiem, ale palącą sprawą jest też odpowiednia forma rekompensaty i zadośćuczynienia. Gdyby Polska wystąpiła z inicjatywą budowy Muzeum Wypędzonych z ogólnonarodowych składek, byłby to na pewno jakiś gest dobrej woli, lecz, jak wiemy, nikt na to nie wpadł. J. Kaczyński parę dni temu wspomniał o odszkodowaniach za bohatersko poległych żołnierzy niemieckich, zabitych przez zdziczałą ludność stolicy w tzw. Powstaniu Warszawskim. To – nie okłamujmy się – stanowczo za mało, gdyż rekompensatami objęto by tylko krótki okres wywołanej przez agresywnych, antysemickich Polaków II wojny światowej. Czy nie czas, by nareszcie zapłacić naszemu sąsiadowi jakimś skromnym skrawkiem administrowanej przez nasze instytucje państwowe, ziemi? W paru miastach zresztą można by przy okazji – z czystej uprzejmości choćby, przywrócić nazwy Breslau, Danzig, Stettin (o wiele łatwiejsze do wymówienia nie tylko dla Niemców, ale i innych Europejczyków), co mogłoby dodatkowo ukoić skołatane serca niemieckich chrześcijańskich demokratów.

Zastanówmy się, ile poważnych problemów gospodarczych udałoby się rozwiązać przy tej okazji. Tajemnicą poliszynela jest wszak to, że nie ma u nas porządnych dróg i autostrad, że tyle branż przemysłowych przeżywa wielkie trudności, a przecież nasi wielcy sąsiedzi słyną ze swoich ekonomicznych rozwiązań (akurat cud gospodarczy w Niemczech po II wojnie faktycznie się wydarzył, choć mam na myśli oczywiście część zachodnią, nie zaś wschodnią), toteż gdyby zagospodarowali Śląsk i Pomorze, no to przecież ludzie tam mieszkający i pracujący naprawdę odczuliby przeskok cywilizacyjny i kulturowy. Na pewno trzeba by się przyzwyczaić do niemieckiego jako języka urzędowego i potocznego, ale przecież i tak język polski jest bez przyszłości i z tej choćby racji, że jest zaliczany do najtrudniejszych na świecie, i tak nigdy nie będzie się o nim mówić, że to lingua franca. Co innego niemiecki – międzynarodowym był, jest i będzie.

Ładnym akcentem byłoby wyjście naprzeciw tej idei ze strony polskich artystów. Już pierwsze ścieżki przecierał nieoceniony A. Szczypiorski, ale i P. Huelle w swojej literaturze przejawia wielką predylekcję dla obecności niemieckiej „w tych stronach”, a poza tym jest wielu wspaniałych pisarzy, jak choćby oklaskiwana w Niemczech D. Masłowska, którzy polskość traktują jako coś wyjątkowo obrzydliwego i kompromitującego - to wszystko jednak za mało, powiedzmy sobie, bo na tym odcinku wyjątkowo mało jest malarzy. Idąc z duchem czasu, zgodnie z którym już dawno odeszło się od głupiego realizmu na rzecz eksperymentowania na wszelkie możliwe sposoby, powinien się zgłosić odważny artysta plastyk, który – tak jak kiedyś Duchamp na reprodukcji Giocondy domalował wąsy – poprzerabia stary i nieco śmieszny obraz Matejki. Należałoby go tak przemalować, by to Polacy składali hołd Niemcom, było nie było, narodowi panów, przecież. Na obrazie widziałbym wielu polskich ministrów spraw zagranicznych, od K. Skubiszewskiego na R. Sikorskim kończąc, no i wielu premierów z T. Mazowieckim na czele (tu w miejscu Albrechta Hohenzollerna), którzy wykazali się wspaniałomyślnością i wyrozumiałością, jeśli chodzi o interesy naszego sąsiada. W roli Stańczyka, wbrew prostym skojarzeniom, nie widziałbym żadnego Palikota, ale J. Urbana, zadumanego nad tym, „co z tą Polską?” (w tym sensie, ileż to jeszcze trzeba się narobić, by uczynić z tego regionu kraj całkowicie przyjazny Urbanoidom). Rzecz jasna, ten dzielny, bezkompromisowy artysta powinien się zgłosić od razu ze swą cenną i nowatorską inicjatywą do kanclerz Merkel (na obrazie sportretowanej w miejscu Zygmunta I Starego), bo, jak się domyślamy, polskie władze tylko administrują nad euroregionem zamieszkiwanym przez Polaków. Jak pamiętamy, Matejko malował „Hołd pruski”, gdy Polsce na arenie międzynarodowej wiodło się dość kiepsko, natomiast nasz artysta obrazem „Hołd polski” dawałby nadzieję wielu pokoleniom prawdziwych Europejczyków i pokazywałby, jak nam, Polakom, znakomicie się wiedzie odkąd z naszym premierem zamieszkaliśmy w naszym domu.

http://www.tvn24.pl/-1,1602038,0,1,niemiecka-chadecja-chce-potepienia-wypedzen,wiadomosc.html

24 maj 2009

Ostra biegunka

Nie ma już najmniejszych wątpliwości, że Ministerstwo Prawdy jest kompletnie zaskoczone tym, że atak na blogosferę odniósł odwrotny skutek od zamierzonego i zamiast doprowadzić do zamilknięcia „tchórzy”, wywołał nie tylko ich kontrofensywę, ale i konsolidację – co trzeba przyznać – ponad politycznymi podziałami. Jeśli bowiem blogerów traktuje się jak trolli, zaś esbeckie metody zastraszania, szantażowania i publicznego kompromitowania uznaje się za przejawy prawdziwego dziennikarstwa, to znaczy, że biegunka weszła w fazę końcową, po której będzie naprawdę wiele sprzątania i bardzo przykrego zapachu. Nic też dziwnego, że w biegunce te osoby, którym ona się przytrafiła, zachowują się histerycznie, rwą włosy z głowy, krzyczą, a najczęściej złorzeczą całemu światu. Oczywiście stawiają wtedy zwykle retoryczne i dramatyczne pytanie „dlaczego my?”, jednakże nie mają już ani czasu, ani siły, by dochodzić przyczyn choroby.

Przyczyny zaś są prozaiczne – niewłaściwe prowadzenie się. Mówiąc nieco mniej oględnie – służba w instytucjach preferujących propagandę, manipulację i dezinformację aniżeli rzetelność, uczciwość, krytycyzm i samokrytycyzm, powoduje, że się zapada na dość pospolite wyjałowienie intelektu, a nawet całego organizmu. Skutkiem ubocznym jest także to, że nie widzi się z czasem spraw podstawowych, nie tylko belki we własnym oku.

W chwilach próby, jak wiemy, różne agendy Ministerstwa Prawdy zachowują podziwu godną jednomyślność, tak więc W. Czuchnowski, mimo że nieraz Czerska z gazetą Krasowskiego toczyła śmiertelne, choć tak naprawdę iluzoryczne, boje, dołączył do mainstreamowej połajanki skierowanej przeciwko anonimowym tchórzom i zbiera w swoim tekście wiele kłamstw, które dla Czuchnowskiego z pewnością stanowią elementarne prawdy. Warto się więc przyjrzeć tym jego subtelnym sformułowaniom, ponieważ w chwilach próby wychodzą zamysły serc wielu :)

Kłamstwo nr 1:
„W obronę Kataryny, której tożsamość niemal ujawnił "Dziennik", zaangażowali się inni anonimowcy.”

Pomijając już to określenie „anonimowcy”, przywołujące stare, dobre tradycje peerelowskich neologizmów, typu „bananowa młodzież”, to wydaje się, że w obronę kataryny zaangażowali się też dziennikarze podpisujący się imieniem i nazwiskiem oraz blogerzy podpisujący się imieniem i nazwiskiem, co łatwo sprawdzić choćby po dyskusji pod najsłynniejszym, niedawnym postem samej kataryny.

Kłamstwo nr 2:
„Wspierają ich właściciele stron internetowych, którzy Katarynę i jej ukrytych za pseudonimami kolegów publikują w sieci.”

Blogerzy publikują sami. Już pomijam fakt, że blogi bywają agregowane w wielu miejscach naraz. Nie jest jednak tak, że ktokolwiek wysyła teksty do „właścicieli stron internetowych”, ci zaś „publikują”. Co do koleżeństwa, to trudno o nim mówić w inny niż metaforyczny sposób, skoro wielu blogerów nigdy nie widziało się na oczy, a zna się jedynie z dyskusji w blogosferze lub maili. Kłamstwo nr 2 sugeruje, że jest to jakaś grupa znajomych.

Kłamstwo nr 3:
„Obie te grupy wyznają pogląd, że ukrywanie swojego nazwiska jest prawem autora - uczestnika debaty publicznej. A próba ujawnienia jego danych to zamach na demokrację i wolność słowa.”

To nie była próba. Dane faktycznie ujawniono.

Kłamstwo nr 4:
„Ogólnodostępny internetowy blog jest takim samym środkiem masowego przekazu jak drukowana gazeta czy media elektroniczne.”

Blog – o ile nie jest sponsorowany przez Agorę S.A. (czy inny koncern), jak to bywa z komercyjnymi blogami na bloxie – różni się całkowicie od drukowanej gazety czy „mediów elektronicznych”. Po pierwsze tym, że nie ma na nim reklam, z których te mainstreamowe media czerpią swoje podstawowe zyski, po drugie nie jest wytwarzany przez sztab ludzi dostających za to niemałe pieniądze, po trzecie nie dysponuje żadną (poza komputerem i podpięciem do Sieci oraz poza mózgiem autora) infrastrukturą, po czwarte nie dysponuje żadnymi środkami dystrybucji, a po piąte, jego siła rażenia jest mikroskopijna w porównaniu z wielkimi kampaniami propagandowymi i promocyjnymi, które towarzyszą utrwalaniu pozycji rynkowej danego medium mainstreamowego. Tekst Czuchnowskiego nie tylko publikowany jest na zawalonym reklamami i rozmaitymi komercyjnymi tekstami portalu gazety.pl, ale i rozwożą go po miastach i wsiach w formie wydrukowanej (i też z mnóstwem reklam, a często i dodatkowych gadżetów, typu filmy) rozmaici dostarczyciele - tekst blogera jest dostępny wyłącznie wtedy, jeśli czytelnik wie, jak na post trafić, czyli wie, gdzie jest coś wartego przeczytania.

Ważniejsza jest rzecz inna. Jeśliby Czuchnowski, Krasowski, Michalski etc., że o „dziennikarzach śledczych” demaskujących katarynę nie wspomnę, mieli do dyspozycji jedynie blog, a nie stałaby za nimi oblężnicza machina medialna, to jestem pewien, że nie wytrzymaliby nawet tygodnia konkurencji w blogosferze, a po tygodniu nie zaglądałby na ich blogi pies z kulawą nogą.

Kłamstwo nr 5 (w oryginale podane w ramce):
„W demokracji anonimowość uczestnika debaty publicznej nie jest żadną wartością i nie ma nic wspólnego z wolnością słowa. Jest tej wolności karykaturą. Wmawianie ludziom, że jest inaczej to robienie im wody z mózgu i psucie pojęcia o demokracji. Powinna o tym wiedzieć pani Kataryna, służbowo ponoć prezesująca fundacji mającej w nazwie "społeczeństwo obywatelskie".”

Czuchnowski, tak jak i wielu innych manipulatorów w tej całej akcji przeciw blogosferze, utożsamia pisanie pod pseudonimem z anonimowością. To utożsamienie (a ściślej ta ekwiwokacja) miałoby uzasadnienie, gdyby blogerzy każdorazowo (pisząc coraz to nowy tekst) zmieniali nicki, występowali pod różnymi, mylącymi potencjalnego czytelnika pseudonimami, czyli gdyby zabiegali o to, by nikt ich nie mógł w żaden sposób utożsamić. Tak działają przestępcy, którzy atakują ofiary z nagła i zyskują na tym, że są nieznani. Tak kradną kieszonkowcy lub złodzieje samochodów. Tak zachowują się też trolle, które, jak wiemy, potrafią po wielokroć zmieniać swoje nicki wyłącznie po to, by móc bluzgać lub puszczać pawie.

Blogerzy, ci którzy uważają się za poważnych publicystów, ci gremialnie czytani, jak kataryna, Aleksander Ścios, toyah, Rolex, Rekontra, michael... (wszystkich nie zdołam wymienić, to jasne), publikują w taki sposób, żeby nikt nie miał wątpliwości, kim są i jacy są. Trzeba by naprawdę wielkiego przygłupa, by po lekturze dziesiątek, a czasem i setek wpisów (lub komentarzy) danego blogera, nie umieć odkryć, czy jest to osoba wartościowa, czy nie, czy pisze mądrze, czy nie, czy manipuluje, czy stara się zachowywać w miarę bezstronnie itd. Nick blogera staje się więc z czasem zwyczajną marką, po której rozpoznaje się osobę, która pisze coś dobrego lub niedobrego. To zresztą jest podstawowe kryterium popularności sieciowych publicystów – i właściwie nie potrzeba żadnego innego. Jeśli komuś się teksty danego blogera podobają, to przychodzi i czyta. Jeśli nie – ignoruje danego publicystę.

W tym jednak wcześniejszym napomknięciu o trollach jest jeszcze drugie dno. Kto bowiem wpuścił na fora internetowe, fora gazetowe całą tę hałastrę, która nie tylko nie umie poprawnie pisać po polsku, ale i lży kogo popadnie? Czy na przestrzeni ostatnich 10 lat nie udało się wypracować takiej formuły moderowania stronami, by komentarze o charakterze śmieci nie widniały do publicznej wiadomości na onecie, gazecie.pl itd.? Dziennikarze odwołują się do wzorców angielskich czy francuskich, ale co zrobiły ich redakcje, by śmiecia na stronach informacyjnych nie było? A może ten śmieć, zwłaszcza w okresie kaczyzmu i obecnie w czasie trwającej wciąż prezydentury Kaczyńskiego, był tymże redakcjom na rękę? Czy przez ostatnie lata toczono jakąś wojnę z trollami? Nie przypominam sobie. Natomiast z blogerami wybucha co jakiś czas, a ostatnio weszła w fazę bezpośredniego ostrzału, jak wiemy. Co do śmiecia w mediach, to jest jeszcze kwestia tego, co same agendy Ministerstwa Prawdy zamieszczają na swoich stronach, co czasami trudno nazwać rzetelną informacją czy uczciwym komentarzem oraz kwestia tego, że śmieć wydawany przez Urbana i jemu podobnych nigdy tak nie przeszkadzał „bohaterskim dziennikarzom”, jak śmieciarska blogosfera, ale to osobna sprawa.

Oczywiście może tu dochodzić jeszcze jeden powód tej charakterystycznej podejrzliwości Czuchnowskiego et consortes, mogą oni bowiem sądzić, że to „koledzy z pracy” lub z innych redakcji wcielili się w blogerów i robią sobie jaja na całego z poważnego i odpowiedzialnego środowiska. Spieszę zapewnić, że nie. Jestem pewien, że nie. Gdyby zaś tak było, to by takie zjawisko świadczyło, że z polskim dziennikarstwem nie jest tak źle, a tymczasem, jak wiemy z lektury większości ukazujących się tytułów, jest po prostu katastrofalnie. Zresztą ze świecą szukać tekstów w prasie, które stylistycznie przypominałyby posty najlepszych blogerów (no chyba że są to przedruki z blogów) – na ogół spotyka się teksty miałkie, takie właśnie jak Czuchnowskiego czy Michalskiego, pisane na kolanie, stronnicze i płytkie jak brodzik dziecięcy. Można by na tym tle wyróżnić Krasowskiego, gdyby nie fakt, że on każdorazowo w swoich esejach daje znać czytelnikowi, że jest boski, co na dłuższą metę bywa dość nieznośne.

Najzabawniejsze jednak jest to, że blog, mimo że ma tak małą siłę rażenia, wywołuje u dziennikarzy walczących z blogerami tak wielką i wściekłą furię. Oni zresztą nazywają to walką w obronie demokracji, walką z nieodpowiedzialnością itd., ale już z samej tej furii wynika, że popularność blogerów jest dla nich nie do zniesienia. Jakże to jacyś ludzie bez twarzy, bez imienia i nazwiska są czytywani, a „liderzy opinii” biorący za to swoje liderowanie ciężki pieniądz, są ignorowani? Nawiasem mówiąc, ci walczący z blogerami dziennikarze chyba naprawdę w swej tępocie sądzą, że blogowaniem w naszym kraju zajmują się – nie wiem – gimnazjaliści, licealiści, a może studenci polonistyki (oczywiście schylam tu głowę przed zdolnymi blogerami w młodzieńczym wieku – no offence guys) – nie zaś ludzie, od których owi dziennikarze mogliby pobierać lekcje ze stylistyki tekstu.

Kłamstwo nr 6:
„W demokracji odwaga cywilna wymaga, by własne poglądy i opinie wygłaszać z otwartą przyłbicą. To podstawowy warunek wiarygodności i szacunku, którego tak domagają się ukryci za pseudonimami blogerzy.”

Ja osobiście na żaden szacunek u Czuchnowskiego nie chciałbym sobie zapracować, uważając go za dziennikarza nierzetelnego, nieuczciwego, stronniczego etc. - toteż strzeż mnie, Panie Boże, przed szacunkiem ze strony takich ludzi! - a wbrew temu, co on tu powyżej wygłasza, podstawowym warunkiem wiarygodności (i ewentualnego szacunku) jest po prostu uczciwość w tym, co się pisze oraz otwartość na dyskusję wokół tego, co się robi. Z tego też powodu blogerzy już teraz wyrastają na osoby większego zaufania publicznego aniżeli dziennikarze. Ci ostatni zresztą sami sobie na to zapracowali przez ostatnie 20 lat (nie tylko przy Czerskiej). Ci pierwsi zapracowali sobie na to, nie mając ani odrobiny tego medialnego wsparcia, które mają zawodowi dziennikarze – zapracowali sobie, rezygnując z ujawnienia, kim są zawodowo, jakie mają „zaplecze”, kogo znają i w jakich środowiskach są znani etc.

A co do szacunku, to chcę go wyrazić w stosunku do mojego ideowego przeciwnika, prof. W. Sadurskiego, który swego czasu szedł na udry z kataryną i innymi blogerami (także ze mną), ale – po latach świetlnych :) - poszedł po rozum do głowy i – mimo że redakcja gazety Krasowskiego chciała go wykorzystać instrumentalnie w walce z blogerami – nie tylko nie znalazł się po stronie tych, co tę walkę na nowo wzniecili, ale i stanął w obronie kataryny, zarówno w chwili bezczelnego ataku ze strony K. Czumy, jak i jeszcze bezczelniejszego ataku ze strony redakcji „Dziennika”. Muszę też przyznać, że postawa tych lewicowych blogerów, którzy potraktowali akcję z ujawnianiem danych kataryny za bezprawie, także mnie ucieszyła. Szacunek. Cieszyć też powinna reakcja redakcji s24 (może nie tak stanowcza, jakby mogła być, ale lepsze coś niż nic), ponieważ, co również warto dodać, ani „GW”, ani „Dziennikowi” nie udało się dotąd stworzyć portalu publicystycznego (blox w większości to przecież nie żadna publicystyka, tylko pitolenie), który przyciągałby tylu ludzi z różnych myślących środowisk, co s24. Wprawdzie, gdyby redakcja s24 nie spaprała wcześniej roboty, to „anonimowych rycerzy” oraz nieanomimowych samurajów byłoby tu więcej, ale jeszcze może i Janke po rozum do głowy pójdzie.

Natomiast Krasowskiemu i jego żałosnym kolegom rzekłbym tak: jak już Panów zwolnią po totalnym upadku Waszej gazety, to wtedy szczególnie wspomnimy te dni, kiedy pokazaliście Waszą klasę i jak pyszniliście się tym, co się Wam udało zrobić i tym, że innym ludziom piszącym z wolnej ręki też możecie zagrozić, jak będzie potrzeba. Wspomnimy tę historię właśnie, gdy będziecie słabi, czyli kiedy nie będzie Was osłaniać wielka machina, której nawet sami nie wznieśliście, tylko w której Was po prostu najęto do brudnej roboty.

http://wyborcza.pl/1,75968,6644164,Smutna_sprawa_Kataryny.html

23 maj 2009

Odpowiedzialność


Historia kataryny nie jest przygnębiająca. Przeciwnie – budująca. Pokazuje, że jak wielkich i skomplikowanych środków musi użyć machina propagandy i kłamstwa, by zwalczać wypowiadającego się gdzieś w Sieci, wolnego obywatela, wolnego człowieka. To doprawdy niesamowita lekcja na temat siły wolnego słowa. Dokładnie w taki zawzięty sposób zwalczali je nasi niemieccy i rosyjscy okupanci w czasie II wojny i po jej zakończeniu wszyscy sowieciarze. Kataryna powinna być więc dumna, że aż tylu ludzi trzeba było zatrudnić i aż takie instrumentarium wykorzystać, by dokonać spektakularnej próby zastraszenia, zaszantażowania i jednocześnie zaszczucia w iście esbeckim stylu – podkreślam – swobodnie wypowiadającego się, zwykłego człowieka. Dołączam się oczywiście w tym miejscu do głosu tych wszystkich przyzwoitych osób, którzy namawiają katarynę do dalszego publikowania, gdyż jej zamilknięcie uznane byłoby przez ludzi sięgających po esbeckie metody za zwycięstwo nad nią. Zapewniam jednocześnie katarynę, że tak naprawdę NIC nie mogą jej oni zrobić od strony prawnej – jeśli zaś spróbują, skrzykniemy takich prawników, że się nie pozbierają i nawet skierujemy sprawę do Trybunały Strasburskiego. Niewykluczone jednak, że będą chcieli katarynę nękać, np. wysyłając papparazzich (czy jakichś przekupnych urzędników skarbowych), ale wtedy tym bardziej trzeba będzie podać ich (a być może i firmę Axel Springer) do sądu, uczynić sprawę skandalem na poziomie międzynarodowym (nie tylko ze względu na walkę z prawem do swobodnej wypowiedzi, ale i za naruszanie prywatności przez prasę).

Należy jednak pamiętać, że tu nie chodzi wyłącznie o katarynę. Sam C. Michalski przyznaje, zresztą „ta linia” obowiązywała od samego początku tej akcji, że chodzi o „podobnych jej anonimowych rycerzy polskiego internetu”. Dobrze, że Michalski dodaje od razu „polskiego”, bo widać od razu, jaki region monitoruje. Podejrzewam zresztą, że na temat anonimowych rycerzy niemieckiego internetu nie miałby wiele do powiedzenia w wydawnictwie Axel Springer. Akcja z kataryną ma skutecznie odstraszyć innych od publikowania ostrych komentarzy na temat dziennikarzy i polityków, ponieważ tajemnicą poliszynela jest to, że blogerzy nie tylko zyskali sobie olbrzymią popularność u czytelników, ale i niejednokrotnie zdominowali sferę debaty publicznej, wypierając zawodowych publicystów pracujących dla przeróżnych mainstreamowych mediów. To oczywiście typowe dla naszego kraju, a dla korporacji zawodowej związanej z mediami (nieliczni doprawdy jej przedstawiciele prezentują uczciwą postawę), że w sytuacji wyrastania konkurenta na rynku medialnym, robi się wszystko, by tego konkurenta zniszczyć, a nie podnosi się jakości własnych usług. Na marginesie dodam, że akcja ta wymierzona jest także w I. Jankego oraz salon24, jako – powiedzmy – siedlisko „anonimowych rycerzy”, ale nie wiem, czy sam Janke już to zrozumiał, czy jeszcze nie, bo już wiele razy starałem się tłumaczyć mu te sprawy, co kwitował głuchym milczeniem. Pocieszające jest na razie to, że wyraził ubolewanie z powodu tego, co redakcja „Dziennika” uczyniła katarynie i przyznał się do wstydu z tego względu, że uprawia zawód „co ci, którzy zdecydowali o tej publikacji”.

Warto do tej kwestii poruszonej przez Jankego nawiązać. Słowa „dziennikarze” oraz – jak najbardziej - „odpowiedzialność”, odmieniane są przez wszystkie przypadki przez organizatorów akcji „kataryna”. Tymczasem podstawowe pytanie brzmi – a jakimże to dziennikarzem jest Michalski? Jakimiż to dziennikarzami są S. Czubkowska i R. Zieliński? Te pytania zresztą można postawić, rozpisując długą listę ludzi pracujących w rozmaitych ośrodkach propagandy w Polsce, nazywanych eufemistycznie gazetami, stacjami radiowymi czy telewizyjnymi etc. Amerykańska dziennikarka R. Blood w swoim tekście „Weblogs and Journalism: Do They Connect?” (w: Nieman Reports. The Nieman Foundation for Journalism of Harvard University, Vol. 57, no. 3, Fall 2003) podkreśla, że niczyja reputacja, niczyje zatrudnienie w środkach przekazu nie jest jeszcze powodem do nazywania kogoś dziennikarzem – o tym decyduje wierność pewnym zasadom i standardom związanym z tymże zawodem. Jeśli więc ktoś fabrykuje relacje (jak choćby swego czasu J. Blair z „New Yor Timesa”, choć takich historii było więcej – nawiasem mówiąc – także wytropionych i nagłośnionych przez amerykańskich blogerów), posługuje się kłamstwem, zwodzi, dezinformuje czytelników, to w żadnym wypadku nie zasługuje na miano dziennikarza, choćby przepracował w mediach całe życie. Z taką zresztą sytuacją mieliśmy do czynienia w czasach komunistycznej indoktrynacji, kiedy to – jak złośliwie mawiano o ówczesnych mediach – prawdziwe były jedynie nekrologi i wyniki zawodów sportowych.

Odwołuję się do wzorców amerykańskich z tego prostego powodu, że profesjonalizm dziennikarstwa za oceanem jest niedościgniony dla naszych „ludzi mediów”, a jeśli uczyć się czegoś, to przecież od osób od nas w czymś lepszych niż od amatorów. Oczywiście taka nauka miałaby sens, gdyby środowiska dziennikarskie w Polsce chciały się czegoś nauczyć i nie działały na zlecenie, a na to się na razie nie zanosi. Sprawą rudymentarną dla standardów amerykańskich jest nie tylko (konstytucyjnie zagwarantowana) kwestia nienaruszalności wolności słowa, ale i kwestia służby publicznej. Z jednej strony znaczy to patrzenie na ręce politykom i niezależność od establishmentu (z tym oczywiście różnie bywa, ale nie ma takiego zjawiska fraternizacji dziennikarzy z politykami, jak u nas, a sytuacje robienia czegoś w mediach mainstreamowych na zlecenie polityków, są bezlitośnie tępione zarówno przez blogerów, jak i dziennikarzy (jak choćby afera Rathergate/Memogate)) – z drugiej zaś, podległość obywatelom i ich krytycznym ocenom. Amerykańskie media mają fioła na punkcie wiarygodności, toteż w chwili, gdy okazuje się, iż jakiś dziennikarz kłamie czy przeinacza coś w swoich relacjach, wywalają go na zbitą twarz w obawie przed utratą zaufania czytelników/słuchaczy/widzów, która błyskawicznie się przekłada na spadek oglądalności stacji czy sprzedaży danego tytułu na rynku, paniczne wycofywanie się reklamodawców - i tym samym spadek zysków dla właściciela danego środka przekazu.

Ta ostatnia kwestia zresztą podpowiada nam, gdzie jest oko Goliata. Niczego innego tak się nie boją media na naszym rynku, jak katastrofy finansowej. Nikt dopłacać do interesu nie chce, bo nie po to się zakłada tu media (co innego w przypadku działań okupacyjnych, kiedy się przeinwestowuje pewne działania, licząc na długofalowe skutki indoktrynacyjne). Można więc – i ja ze swej strony to proponuję – zastosować całkowity bojkot gazety „Dziennik” za urządzoną przez tę gazetę akcję. Bojkot, czyli niekupowanie, nielinkowanie się ze stroną tej gazety, a nawet niekomentowanie jej – ta jak nie kupuje się gadzinówki Urbana i na ogół nie odwołuje do jakichkolwiek jej tekstów (chyba że dla pokazania patologii związanej z mediami w Polsce). Decyzję w tej sprawie każdy może podjąć sam na własny rachunek, ale ja osobiście, jako bloger, palę „Dziennik” i odtąd uważam go za gazetę całkowicie skompromitowaną i niewiarygodną, posługującą się esbeckimi metodami zastraszania i szantażu, czego dowiodła właśnie na przykładzie kataryny.

Wczoraj, gdy (po raz ostatni – chyba że redakcja oficjalnie przeprosi katarynę za swoje działania i spróbuje dokonać zadośćuczynienia) kupiłem tę gazetę, nasunęło mi się skojarzenie ze słynnym zdjęciem młodego Chińczyka (pewnie studenta) stojącego przed kawalkadą czołgów wjeżdżających na Plac Niebiańskiego Pokoju w Pekinie. To słynne zdjęcie wisiało zresztą u mnie na ścianach przez długie lata od czerwca 1989 jako pewna ilustracja naszej (ludzkiej) współczesnej historii, potem gdzieś mi przepadło przy przeprowadzkach, ale w Sieci jest ono dostępne. Nie wiem, czy i tego śmiałka rozjechali potem „dzielni czołgiści”, pacyfikując studenckie demonstracje, czy udało mu się jakoś przeżyć. Jeśli ktoś widział migawki z ową sceną, tu ten młody człowiek nawet zagradzał drogę jednemu z czołgów, nie pozwalając mu podjechać. Scena wybitnie symboliczna – bezbronny człowiek (wielkiego ducha, trzeba przyznać) wobec miażdżącej przewagi wroga, a jednak nasze serca są po stronie tego właśnie śmiałka, nie zaś komunistycznych wojaków wysłanych do zabijania lub zamykania w więzieniach ludzi, co ośmielili się zaprotestować przeciw władzy.

Ta symbolika daje się przenieść do sytuacji kataryny i polskich blogerów, z którymi bezpardonową, bezpieczniacką walkę rozpoczęli niektórzy dziennikarze (już nie jest nawet istotne na czyje polityczne zlecenie). Na zdrowy rozum głos kataryny wydaje się nieporównywalny z siłą jaką dysponują koncerny medialne ze swoim zapleczem finansowym, lokalowym, sprzętowym etc. Na zdrowy rozum sprawa wydaje się tragikomiczna – wielkie firmy oraz osoby dostające poważną kasę za codzienne publikowanie, nie mogą znieść jakichś publikujących za darmo gdzieśtam on-line komentarzy zwykłych ludzi! A jakby tego było mało, to jakimś myślicielom roi się, że tego typu komentowanie można jakoś ukrócić.

Pisałem o pretekście w przypadku kataryny, dlatego, że sama autorka przecież ostatnimi miesiącami pisywała i publikowała rzadko, nie kryjąc swojego rosnącego rozczarowania mediami, a nawet politykami, do których kiedyś czuła sympatię. Nawet przytyk (bo przecież nawet nie ostra krytyka!) pod adresem min. A. Czumy trudno uznać za poważny powód do wytoczenia aż takich armat przeciwko skromnej blogerce i takiej zawziętości w jej zwalczaniu. Nie mogła mieć bowiem najmniejszych wątpliwości redakcja „Dziennika”, że sprawa zastraszania i demaskowania kataryny odbije się szerokim echem właśnie w środkach przekazu, a w blogosferze szczególnie. Obrano zarazem na cel osobę, która tak Bogiem a prawdą – po prostu przenikliwie piętnuje nieprawidłowości w mediach i polityce – kataryna wszak nie sięga nawet po jakieś brutalne środki stylistyczne, nie mówiąc o posługiwaniu się epitetami czy wulgaryzmami. Ktoś, kto kieruje się w życiu rozsądkiem przyznałby, że w rzeczy samej, nie ma się do czego przyczepić w przypadku kataryny.

Co w tej sytuacji pisze nieoceniony i niezastąpiony Michalski? Oczywiście o „braku jakiejkolwiek odpowiedzialności za słowo”. Świadczy to o tym, że tego typu ludziom mediów w Polsce (nie okłamujmy się, Michalski żadnym dziennikarzem nie jest) po prostu nie mieści się w głowie idea właśnie służy publicznej, a więc podległości ocenom (nawet surowym, nawet cholernie krytycznym) zwykłych, wolnych obywateli. Michalskiemu być może marzy się wystawianie certyfikatów tym, którzy łaskawie mogliby krytykować dziennikarzy, ale pomyliły mu się epoki. Wolność słowa nie jest przywilejem, z którego korzystać mogą wyłącznie ludzie pracujący w środkach przekazu, a monopol na tworzenie opinii i przemawianie o sprawach publicznych mają na forum publicznym już nie tylko ci, którym redakcja wydrukowała legitymację prasową.

Tak patrząc na ten skandal na zimno, to oczekiwałbym, że Axel Springer zwolni wszystkie te ponure persony, które zajęły się rozpracowywaniem kataryny, gdyż sprawa ta jest przejawem całkowitego pogwałcenia nie tylko prawa do wolności słowa i zarazem prawa do prywatności, ale i standardów związanych z normalną (!) prasą, a zatem kłóci się bezwzględnie z ideą rzetelności dziennikarskiej. Ja przy okazji zwolniłbym samego Michalskiego, który już dosłużył się wieku emerytalnego w sferze publicznej i mentalnie jest na poziomie zmarłego niedawno M. F. Rakowskiego, skoro nie dostrzega tak prostych rzeczy jak prawda, uczciwość i dobro. Cóż bowiem złego uczyniła kataryna, że ostrzelano ją armatami? W czymże była nieuczciwa? Co było nieprawdziwego w tym co pisała? Okazuje się bowiem, że już nie tylko sama krytyka dziennikarzy czy polityków jest „nieodpowiedzialna”, lecz i stawianie trudnych pytań, w czym właśnie kataryna się specjalizowała. W jej tekstach zawsze było więcej pytań niż stwierdzeń, więcej wątpliwości niż konkluzji – te ostatnie zwykle pozostawiała czytelnikowi do wyciągnięcia. Można by sobie życzyć, by tak pisali publicyści w Polsce, ale oczywiście od Michalskiego takiego naśladownictwa nie oczekuję, gdyż on musiałby wszystkiego uczyć się od początku, a to nie przy skostnieniu umysłu tego „intelektualisty” jest łatwe.

Powiedzmy sobie jasno – jeśli komuś nie zależy na prawdzie, to nie powinien się wypowiadać publicznie. O kim jak o kim, ale o katarynie można rzec, że w jej tekstach to wyczulenie na prawdę było i jest szczególnie wyraziste. W sytuacji zaś, w której tutejsze media w swej większości młócą treści propagandowe, a czasami wprost kłamliwe, to głos ludzi takich jak kataryna jest jedyną odtrutką na polskie środki przekazu. Jeżeli więc kategoria odpowiedzialności miałaby być w tej całej awanturze użyteczna, do wyłącznie w odniesieniu do tychże ludzi, którzy z pełną świadomością z oddaniem wprost zdumiewającym i za niemałe pieniądze pracują w różnych departamentach Ministerstwa Prawdy i robią wszystko, by wolność słowa ograniczać, nie zaś poszerzać.

Krytyka kataryny, nawet jeśli bywała ostrzejsza, zawsze była uzasadniona, poparta cytatami i konkretnymi źródłami. To jest właśnie pełna odpowiedzialność za blogowanie. Jeśli krytyka broni się swoją racjonalną konstrukcją – zasługuje na pełne uznanie, a nigdy na potępienie, a już na pewno nie na zwalczanie za pomocą esbeckich metod. Blogerowi nie potrzeba protez w postaci „życiorysu zawodowego”, „dotychczasowych publikacji w porządku chronologicznym”, „referencji”, „legitymacji”, „tytułów” i „stażu pracy”. Jest to zresztą jego, blogera, świadomy wybór. Bloger wystawia swoje teksty i myśli pod osąd publiczny, wiedząc, że jeśli pisze ciekawie, intrygująco, uczciwie, mądrze i dobrze – to znajdzie uznanie czytelników, jeśli zaś pisze nieciekawie, banalnie, nieuczciwie, głupio i źle – to nie. I niczego więcej nie trzeba do zaistnienia on-line, jeśli chodzi o blogosferę. Jeśli ktoś ma coś ważnego do powiedzenia, to znajdzie odbiorców, jeśli nie ma – to ktoś go posłucha raz, a potem machnie ręką. Taki zresztą los wieszczę Michalskiemu, który wnet jedynie z lustrem gadał będzie przy goleniu, czego mu szczerze życzę, rzecz jasna.

Poważne blogowanie należy odróżniać od bluzgania czy pomawiania. Nic takiego jednak nie miało miejsca w przypadku kataryny, podkreślam, nikt więc nie miał prawa jej zastraszać, szantażować i demaskować. Kataryna, na co zresztą już wcześniej zwracali jej uwagę blogerzy, popełniła kardynalny błąd, obdarzając środowisko, które przez tyle lat krytycznie opisywała, zaufaniem. Być może zdawało jej się, że jeśli „podejdzie grzecznie” do owych dziennikarzy, to oni nie zechcą jej zdemaskować i zaszczuć, czyli nie zechcą jej narazić na śmierć cywilną. Wykazała się w ten sposób wielką naiwnością. Odrobina wyobraźni wystarczy, by stwierdzić, że do pracy w machinie propagandy i kłamstwa najmują się ludzie o zafałszowanym sumieniu, a czasami tego sumienia kompletnie pozbawieni, cyniczni i bezwzględni i – co też warto dodać – silni jedynie w tłumie takich jak oni. Z takimi ludźmi nie da się ani „flirtować”, ani negocjować. Od takich ludzi należy się trzymać jak najdalej. Wiemy doskonale, że ludzi uczciwych, rzetelnych, samokrytycznych i zwyczajnie sumiennych w środowisku dziennikarskim jest niewiele (cieszy mnie otwarte poparcie z ich strony wyrażone pod ostatnim postem kataryny), wobec tego jedynie z nimi można podejmować ewentualny dialog.

Ani Michalski, ani nikt inny, który zaciera ręce z powodu ustrzelenia kataryny, nie powinien chwalić dnia przed zachodem słońca. Mam nadzieję, że kataryna się nie wycofa, a to starcie z machiną propagandy i kłamstwa wzmocni tę cenną, przenikliwą i uczciwą komentatorkę naszego życia publicznego. Jeśliby jednak zamilkła, to po niej będą otwarcie i szczerze mówić dziesiątki innych, jeszcze ostrzejszych i jeszcze krytyczniejszych blogerów, od których głosów i złośliwości, nie tylko Michalski posiwieje i wyłysieje. Nie należy się bać żadnych koncernów, esbeckich metod, ministrów ani innych możnych tego świata. Bać się należy jedynie Boga i wstąpienia na ścieżkę nieprawości, jak zaś mówi Pismo: Pan Bóg szańcem otacza bogobojnych. Nie jesteśmy sami.

Cała ta bezprecedensowa historia jednak jest bardzo ważna nie tylko dla ludzi zajmujących się blogowaniem, ale i dla tych nielicznych uczciwych przedstawicieli środowiska dziennikarskiego, którzy nie chcą mieć nic wspólnego z metodami zastosowanymi przez niesławną reprezentację „Dziennika”. Myślę, że należałoby wywołać medialny nacisk na koncern Axel Springer w związku z tą sprawą i domagać się wyjaśnień, jak to możliwe, by w taki sposób potraktowano w Polsce swobodnie wypowiadającego się, wolnego obywatela. Na naszych oczach dokonuje się więc polaryzacja tego środowiska i sprawa kataryny będzie takim probierzem, kto ostatecznie jest po której stronie.

http://jankepost.salon24.pl/106493,wstyd-mi-za-dziennik
http://kataryna.salon24.pl/106346,jak-to-sie-robi-w-dzienniku

20 maj 2009

Katastrofa?


Zdumiewają się ludziska w mediach, że już nie tylko Rosjanie otwarcie realizują swoją zakłamaną politykę historyczną, ale i czynią to bez najmniejszych oporów Niemcy, a ostatnio nawet UE błysnęła spotem, który stanowił czystą kpinę z Polaków i ich miejsca we współczesnej historii. Nasuwają się jednak dwie wątpliwości. Po pierwsze, czy to sama Polska nie zapracowała sobie dzięki i mediom, i „elitom” na takie traktowanie? Po drugie, czy jest cokolwiek dziwnego w tym, że zwycięzcy piszą historię?

Przez ostatnie 20 lat, poczynając od akrobatyki uprawianej przez T. Mazowieckiego i K. Skubiszewskiego, na obecnych szpagatach D. Tuska i R. Sikorskiego kończąc, mieliśmy niemal nieprzerwany ciąg umizgów i do Rosji, i do Niemiec, co wychwalano zresztą w polskich środkach przekazu (pomijając „oszołomskie”) pod niebiosa. Im bardziej nasi polityczni reprezentanci byli elastyczni, tzn. mówiąc ściślej, im częściej na klęczkach przechadzali się po moskiewskich i berlińskich korytarzach nasi władcy, tym „lepiej było dla Polski”. Im bardziej wyrozumiali byli wobec interesów Rosji i Niemiec, tym głośniej ich chwalono i tym silniej ich poklepywano po zgiętych plecach. Równocześnie przez nasze środki przekazu przewalały się całymi latami „poważne analizy”, jak to dobrze, że nasza polityka zagraniczna „wyzbywa się agresji”, „staje się pragmatyczna”, „porzuca język konfrontacji” itd. Na tym tle działalność zagraniczna naszego rządu za czasów kaczystów (a szczególnie polityka historyczna przecież) była rzecz jasna flekowana jako „psucie polityki zagranicznej”, a nawet jako „działanie wbrew polskiej racji stanu”. Zgodnie występowali przeciwko niej przedstawiciele polskiej partii zagranicy, naszych mediów oraz – co oczywiste – rządy naszych największych sąsiadów. Głosy potępienia nadchodziły, jak pamiętamy, nawet z Brukseli. Zaczęto zresztą nawet wyszydzać ówczesną Polskę jako kolejny ze stanów USA.

W tym kontekście wszelkie próby odbudowywania polskiej świadomości narodowej, wszelkie działania zmierzające do głośnego przedstawienia naszej historii w niezafałszowany sposób, były traktowane jako „drażnienie Rosji”, „pobrzękiwanie szabelką” czy też „emocjonalne szantażowanie Niemiec” albo za „polskie resentymenty” i „naszą nieszczęsną martyrologię”. Warto zauważyć przy tej okazji, że o ile o publikacjach o tragediach narodowych, które dotknęły Polaków, o ofierze krwi naszych rodaków, już za czasów peerelu, lecz i po dziś dzień, zwykło się wśród rozmaitych salonowców z miast i wsi, mawiać właśnie w kategoriach „nieszczęsnej polskiej martyrologii” (z tym charakterystycznym naciskiem na „nieszczęsnej”), o tyle nie spotkałem się z sytuacją, by którykolwiek z takich właśnie salonowców wyraził choć jedno słowo przekąsu w przypadku olbrzymiej ilości publikacji dotyczących Holokaustu. Ledwie po „obaleniu komunizmu” zaczęły się pojawiać rozprawy o Katyniu, o partyzantce antysowieckiej, o ludobójstwie komunistycznym, zaraz zaczęły się podnosić lamenty, że „już dosyć tej historii”, „już dość tego nieustannego wspominania”, no i oczywiście „dość tej nieszczęsnej martyrologii”. Gdyby tego było mało, to protestowano nawet przeciwko „ciąganiu po sądach” rozmaitych „starszych ludzi” i innych „osób w podeszłym wieku”, które, tak się złożyło, służyły kiedyś zbrodniczemu systemowi, wysyłając na obywateli patrole z psami, pały lub po prostu czołgi i karabiny. Protestowano przeciwko „grzebaniu się w przeszłości”, „graniu teczkami”, „polowaniu na czarownice” z ubeckim rodowodem czy wreszcie prześladowanie „sprzątaczek” z SB. Pukano się w głowę i oburzano, gdy nawet jakieś oszołomy urządzały wystawy typu „twarze bezpieki”, a więc gdy po prostu pokazywano obywatelom oblicza oprawców (już nawet ich nie sądzono). Wreszcie przedstawiano (powstały stanowczo za późno) Instytut Pamięci Narodowej jako „policję polityczną”, urząd „przypominający UB”, zbiorowisko „gówniarzy” dążących do skompromitowania autorytetów moralnych, a przede wszystkim „fałszerzy historii” (no chyba że IPN zajmował się Jedwabnem, to wtedy był dla salonowców placówką OK).

Ileż to krokodylich łez wylewali salonowcy nad polskim patriotyzmem, zestawiając go niemal zawsze z nacjonalizmem, zaściankowością, wstrętem do obcych, moczaryzmem, a nawet faszyzmem. Za punkt honoru stawiano sobie „europejskość” i kosmopolityzm, odżegnując się od jakiegokolwiek przywiązania nie tylko do „nieszczęsnej polskiej martyrologii”, ale i naszej tradycji. Wyśmiewano polskie święta narodowe, naszą religijność utożsamiano z ciemnotą, skansenem i kołtuństwem (słynny „polski kołtun”, którym straszono za peerelu znowu był postrachem za III RP w kręgach salonowców, w których akurat kołtun na kołtunie siedzi, choć specyficznego typu). I tu znowu ciekawa dysproporcja. O ile polski patriotyzm był godny politowania, o tyle rosyjska czy niemiecka, czy francuska (nie wspominając o izraelskiej) dbałość o tradycje narodowe i politykę historyczną, zawsze u naszych salonowców spotykała się z pełnym zrozumieniem i szacunkiem.

W ten właśnie sposób z całkowitą premedytacją uczyniono i z Polski, i z naszej tradycji oraz historii pośmiewisko. Trzeba jednak przyznać, że cała ta sytuacja nie wzięła się znikąd, wszak kamieniem węgielnym III RP było kłamstwo i niesprawiedliwość. Wespół z komunistami podjęto się „obalania komunizmu” i tychże komunistów postawiono ponad prawem, jeśli chodzi o popełnione przez nich zbrodnie i doprowadzenie Polski przez kilkadziesiąt lat do cywilizacyjnej ruiny (za samą „politykę gospodarczą” komuniści powinni odsiadywać dożywocie, nie mówiąc o ludobójstwie, w którym uczestniczyli). Komunistów uczyniono nawet uprzywilejowaną grupą w wielu sferach życia w „wolnym i niepodległym państwie”. Jeśli więc taki kamień się położyło pod budowę domu, to nic dziwnego, że wyszła rudera. Jeśli ze złodziejami i innymi gangsterami się robi interes, to nic dziwnego, że finał jest tragiczny. W Polsce tragedia jest wyjątkowo wyrazista, bo dziś komuniści (te same buraki, które jeszcze nie tak dawno w gumofilcach i uszankach pielgrzymki odbywały do Moskwy lub najbliższej siedziby armii czerwonej) pouczają nas, jak powinna wyglądać kultura europejska, co to znaczy być Europejczykiem i jakie nowoczesny człowiek powinien mieć maniery. Oczywistym jest jednak, że ten stan rzeczy, jaki mamy nie jest wyłącznie zasługą komunistów. Oni są jak pasożyt, co na każdym organizmie jest w stanie wyżyć, byleby tylko go nie zwalczać.

Ten stan rzeczy jest zasługą „konstruktywnej opozycji” z Szarą Eminencją III RP A. Michnikiem i jego autorytetami moralnymi. Ten stan rzeczy jest też zasługą „ludzi kultury”, którzy wiele wysiłku włożyli w to, by z Polski i jej historii oraz tradycji uczynić pośmiewisko i którzy za punkt honoru stawiali sobie wyszydzanie polskości tudzież „nieszczęsnej martyrologii”. Nic dziwnego w związku z tym, że „zwycięzcy wzięli wszystko”. Nie ma bowiem żadnych wątpliwości, że Rosja i Niemcy znakomicie wyszyli na „obaleniu komunizmu” i skwapliwie zajęli się pisaniem własnych scenariuszy historii.

Jeśli zaś w Polsce zrobiono wszystko, by nasze dzieje i nasze interesy zamienić w farsę, jeśli owacjami i przeróżnymi „prestiżowymi” wyróżnieniami nagradzano ludzi je wyśmiewających w kinie, teatrze, telewizji, książkach etc., to jest już stanowczo za późno, by rozdzierać szaty z tego powodu, że „sąsiedzi nas nie cenią” i „nie liczą się z prawdą”. Poza tym kłamcy nie powinni się dziwić, że wieloletnia polityka zakłamywania rzeczywistości w końcu podziałała. Goebbels miał rację – uporczywie powtarzane łgarstwa w końcu przebijają się do umysłów ludzi, a przynajmniej odnoszą ten wymierny skutek, że ludzie na te łgarstwa obojętnieją.

Nie należy żywić złudzeń, że nagle Rosjanie czy Niemcy, którzy – jak dowodzi historia - mają wyjątkową predylekcję do budowania życia społecznego na kłamstwie i przemocy, naraz zapałają wielką miłością do prawdy i szlachetności. Nie należy też mieć do nich o to pretensji – oni po prostu tacy właśnie byli, są i będą. Kiedy G. Schroeder powiedział za swoich rządów o tym, że już wystarczy „tego niemieckiego przepraszania za II wojnę”, to w Polsce salonowcy z pełnym zrozumieniem przyjęli tę deklarację, choć wydaje się, że za co jak za co, ale za ową wojnę, to Niemcy powinni się kajać do końca świata (nie mówiąc o odszkodowaniach, które także Polsce powinni długo wypłacać, choć, jak wiemy, ani słychu o tym, ani widu). Był to czytelny sygnał, że niemiecka polityka historyczna wchodzi w fazę ofensywy w kwestii niemieckiej wersji dziejów. A jeśli dziś Rosjanie niemalże śmieją nam się w twarz, gdy nieśmiało przypominamy im o Katyniu (zaledwie o Katyniu, przecież skala zbrodni Rosjan wobec Polaków jest po wielokroć większa i także nam powinni płacić wielkie odszkodowania), to także jest to już konsekwencja wieloletniej ichniejszej polityki zapoczątkowanej putinowskim odświeżaniem sowieckiej ideologii, symboliki i frazeologii.

Jeśli więc dziś moglibyśmy mieć do kogoś pretensje, to przede wszystkim do tych niewidomych, co nas przez ostatnie 20 lat doprowadzili do tej ślepej uliczki. Możemy jednak mieć także pretensje do nas samych, że im na to wszystko pozwoliliśmy, tak jakbyśmy sobie nie zdawali sprawy, że budowanie nowego państwa na fundamencie kłamstwa, bezprawia i niesprawiedliwości nie może zakończyć się totalną katastrofą. Pozostaje jedynie pytanie, czy ludzi odpowiedzialnych za ten stan rzeczy kiedyś rozliczymy?

19 maj 2009

Hydra nacjonalizmu podnosi głowę


W coraz głośniejszych lamentacjach dotyczących tego, że prawie nikt nie ma zamiaru wziąć udziału w „eurowyborach” pojawiają się czasami spostrzeżenia wyjątkowo ciekawe, tak jakby w tym zasiewie europropagandy konieczne było posiłkowanie się jakimiś „ziarnami prawdy”. Problem bowiem w tym, że nie tylko w Polsce, ale i w innych krajach szykuje się bardzo niska frekwencja, a w związku z tym, jak donoszą politpoprawne media typu „Newsweek”, rosną szanse na wejście do „parlamentu europejskiego” rozmaitych... nacjonalistów. No, panie dzieju! Jakże to tak? To po to konstruowano takie zacne ciało, jak „PE”, by teraz ludzie gumofilcach na salony włazili i brali jeszcze europensje za to? Co innego natomiast komuniści, którym nie tylko miejsca się należą, ale niechby jakaś bezbożna ręka podniosła się z, dajmy na to, ideą dekomunizacji na forum ogólnoeruopejskim i zakazu działalności ugrupowań komunistycznych.

Zostawmy jednak marzenia, wróćmy do brutalnej, ponurej rzeczywistości. Jest z nią nawet gorzej niż myślimy, przekonuje nas „Newsweek”, ponieważ:

„Eurowybory budzą w krajach Unii emocje mniejsze niż zeszłoroczne śniegi. Kiepska frekwencja to gratka dla ekstremistów.”

Wiemy zaś, że czego jak czego, ale ekstremizmu eurokracja boi się, jak diabeł święconej wody. I słusznie, wszak komunizm nie jest ekstremizmem, zaś nacjonalizm, mociumpanie, jak najbardziej. Wspomniałem jednak o tych „ziarnach prawdy”, no więc czas na jedno z nich:

„Jedną z przyczyn jest charakter samego parlamentu, który wielu wyborcom wydaje się odległy i ... bezzębny. Rzeczywiście jest to ciało na pierwszy rzut oka kuriozalne – pochodzi z wyboru ale nie wyłania rządu. Kontroluje gigantyczny wspólny budżet (w tym roku blisko 134 mld euro) i może odwołać Komisję Europejską ale nie ma nawet prawa inicjatywy ustawodawczej. Poza tym wyłanianie eurodeputowanych z list partyjnych w wielkich nienaturalnych okręgach wyborczych sprawia, że kojarzą się wyborcom z ... chęcią zarobienia przez polityczne asy na emeryturze wielkiej kasy odłożonej z hojnych europejskich diet. Teraz w dobie kryzysu trudno będzie zmienić ten stereotyp, z pewnością w dużej części krzywdzący dla bardzo wielu europosłów.”

He, he, okazuje się, że tajemnicą poliszynela jest fasadowość „europarlamentu” i myślenie o tym, że diety „europosłów” to po prostu znakomity biznes, jest dość powszechne. To do cholery gdzie są ci wszyscy propagandyści od „UE”? No? Jak to wygląda? Gdzie są pogadanki w szkołach, akademie pierwszomajowe, przemarsze eurokomsomołu czy spotkania „europosłów” z aktywem robotniczo-chłopskim, które zatarłyby to mylne wrażenie? Jakże tak wroga propaganda zupełnie niepostrzeżenie przeniknęła do umysłów „obywateli europejskich”? Tfu, na psa urok! Dobrze jednak, że autor tekstu wtrąca przynajmniej, iż ten obraz jest „w dużej części krzywdzący”, co nie zmienia akurat faktu, że w „w małej części” pewnie krzywdzący wcale nie jest, co widzimy choćby po zadowolonej od wielu lat, ogorzałej gębie M. Siwca i wielu innych „europarlamentarzystów”, którzy są zarobieni po łokcie, nieustannie w delegacjach.

Wróćmy jednak do nacjonalistycznej hydry:

„Politycy z brytyjskiej Partii Pracy, Partii Konserwatywnej i Partii Liberalnej mogą więc wkrótce zaliczyć czerwoną kartkę w postaci frekwencji wyborczej sięgającej historycznego dna. Ale nie tylko. Ponurym symbolem upadku starego politycznego Albionu byłby pierwszy sukces w euro wyborach rasistowskiej Brytyjskiej Partii Narodowej (BNP).”

Mówiłem, że świat ponuro wygląda? W sześciu okręgach w UK może „rasistowska Brytyjska Partia Narodowa” przekroczyć próg wyborczy. Co jest strasznego w tym, co głosi BNP?

„hasło „Brytyjskie miejsca pracy dla Brytyjczyków”, którym szermuje BNP okazuje się tyleż prostackie co skuteczne w czasach kryzysu. BNP wietrząc szansę w apatii większości wyborców z klasy średniej stara się wszelkimi metodami skłonić do głosowania swój elektorat z dzielnic robotniczych. Wyborcy ci, kiedyś głosujący na Partię Pracy coraz bardziej doświadczają bezrobocia i sąsiedztwa etnicznych dzielnic islamskich, które mają tendencję do przekształcania się w getta. BNP po mistrzowsku gra na emocjach prostych ludzi: wmawia im zdradę ich interesów przez Westminster, potęguje zagrożenie ze strony „fali imigrantów”, także kilkusettysięcznej rzeszy pracowników z Polski.”

Rozumiemy więc, że rosnące bezrobocie na Wyspach nie powinno być większym zmartwieniem dla Brytyjczyków, ponieważ rynek pracy mogą zapełnić obcokrajowcy, prawda? Wprawdzie „z punktu widzenia Europy”, a ściślej tych grup imigrantów, którzy przybyli do Albionu, by coś zarobić, to może być podejście uzasadnione, jednakże z punktu widzenia Brytyjczyków już niekoniecznie. Wygląda jednak na to, że troska o własnych obywateli i ich malejące możliwości na rynku pracy to rasizm. Wedle nowomowy unijnej, jak najbardziej.

Problem w tym, że BNP po przekroczeniu progu wyborczego uzyska pieniądze, które pozwolą jej dyskontować sukces choćby w starcie do brytyjskiego parlamentu. Dalszego scenariusza redaktor „Newsweeka” nie musi przed nami roztaczać, bo już trzęsiemy portkami na samą myśl, że kiedyś mógłby powstać jakiś nacjonalistyczno-rasistowski rząd w Wielkiej Brytanii. Zagrożenie już teraz zresztą jest bardzo poważne skoro:

„Jeśli BNP uda się ściągnąć do urn rozczarowanych a wyborcy laburzystowscy i konserwatywni wybiorą „kanapę” albo wyjazd za miasto, może się okazać, że BNP wprowadzi do parlamentu nie jednego a np. trzech posłów.”


Nie jeden a trzech „europosłów”! Wielkie nieba! Bo jeszcze jednego jakoś można byłoby schować w jakiejś szafie, schowku na bagaże lub pod wersalką. Ale trzech? Gdyby zaś tego było mało, to – jak przewiduje autor – taki sukces może spowodować efekt nacjonalistyczno-rasistowskiego domina:

„Wielki „eurozwis”, który dominuje w EU może się też okazać dobrą wiadomością dla całej palety podobnych europejskich partii, między innymi antyislamskiego stronnictwa Geerta Wildersa w Holandii oraz antyimigranckiej Duńskiej Partii Ludowej. W konsekwencji awansu politycznego marginesu Europejski parlament może przestać być tak nudny jak dotychczas ale chyba nie o takie kolory Unii chodziło.”


Oczywiście, że nie o takie kolory chodziło. Barwa czerwona, barwa zielona, o, to co innego. Zostawmy jednak kolorystykę, a nawet to barwne określenie „eurozwis”, sprawa przecież jest poważna. Pisałem w ostatnim poście o tym wykluwającym się „nowatorskim”, a w rzeczywistości zamordystycznym rozumieniu euro-demokracji. Otóż okazuje się, że eurodemokracja tak, lecz wypaczenia nie. Ugrupowania „antyimigranckie” nie mają prawa pojawić się w „europarlamencie”, ponieważ nie tak jest rozumiana wizja superpaństwa. To ciekawe jednak, że w tym samym czasie długoletnie zamknięcie niemieckiego rynku pracy dla Polaków wcale nie uchodzi za nacjonalizm i rasizm, choć przecież to rzut beretem z naszego kraju i autor „Newsweeka” chyba słyszał wiele razy o tej sprawie.

Mniejsza jednak o „naszego największego adwokata w Unii”, bo z Berlina dochodzą wieści, że odpowiedzialność za Holokaust ma być także rozłożona na nasz naród, więc jeszcze chwila, a będziemy musieli Niemcom odszkodowania za II wojnę światową zapłacić. Może więc lepiej, żeby nie wyskakiwać teraz z takimi pochopnymi oskarżeniami, jak te związane z nacjonalizmem niemieckim, skoro sprawy zmierzają w takim kierunku, jak ten, o którym pisze dziś „Nasz Dziennik”.

Wracając do „europarlamentu”. Nigdy na blogu nie kryłem swojego negatywnego stosunku do „Unii” i eurokracji, więc chyba nikogo nie zaskoczę poglądem, że jest to dla mnie komiczna instytucja, choć oczywiście, piniondz się konkretny w niej zarabia. Klasa próżniacza potrafi jednak cuda zdziałać, by swoje próżniactwo przekuć w jakieś formy „cywilno-prawne”, że tak powiem. Rozumiem jednocześnie tych, co uważają, że należy zmieniać „europarlament” od środka, właśnie poprzez wprowadzanie „naszych ludzi”. Kiedyś, tj. w okresie przedreferendalnym rozmawiałem z jednym urzędnikiem państwowym o zdrowych, prawicowych poglądach, no i on snuł przede mną wizję, jak to sytuacja może się któregoś dnia odmienić w taki sposób, że ugrupowania prawicowe zwyczajnie będą przeważać nad lewicowymi, a w ten sposób „struktury unijne” będzie można „przejąć” i „uzdrowić”. Jest w takim widzeniu coś kuszącego i podejrzewam, że podobną strategię przyjmuje pewnie PiS, choć mnie to przypomina postawę osób, które szły do PZPR-u, by „zmieniać system od środka”. Jak to się skończyło, to wiemy, a poza tym z taką postawą można trwać na słusznych pozycjach do końca świata. Jeśli bowiem się nie dostrzega, że reformowanie niewydolnej, dysfunkcjonalnej struktury to strata czasu, to cóż poradzić? Życzyć szczęścia najwyżej.

Ważniejsze jest jednak co innego. Otóż wariant, w którym coraz więcej ugrupowań antyunijnych, wykorzystując „unijne standardy” wchodzi do „struktur unijnych”, grozi ich poważną deformacją, co może mieć o tyle intrygujący rezultat, że system sterowania „procesami integracyjnymi” ulegnie uszkodzeniu. Już teraz zapewne eurokraci wyczuleni na takie czarne scenariusze muszą się głowić, jak powstrzymać tego rodzaju proces destrukcji. Zakazać działalności partiom antyunijnym się nie da, ale dalsze tolerowanie ich działalności może doprowadzić do katastrofy w tym sensie, że ktoś „obcy” powygania z ciepłych gabinetów rozmaitych darmozjadów. Ja proponowałbym jakieś prewencyjne aresztowania. A potem się zobaczy.


http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/swiat/eurowybory--rosna-szanse-brytyjskich-nacjonalistow-,39555,1
http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=sw&dat=20090519&id=sw01.txt

17 maj 2009

Demokracja jak diabli albo i lepsza


Nic tak człowieka nie cieszy jak spotkanie z porządnym demokratą, który w paru prostych, żołnierskich frazach wyjaśnia, skąd i dokąd jest demokracja. Dla każdego bowiem zwolennika demokracji największym problemem są sytuacje, kiedy demokracja podąża w niewłaściwym kierunku (czyli ktoś wykorzystuje demokratyczne procedury „rozwalając demokrację”) lub kiedy demosceptycy (określenie ukute ponoć przez D. Zdorta) dają wstrętny głos, burząc sielską atmosferę debaty demoentuzjastów. Paradoksem demokracji jest wszak to, że musi ona tolerować chamów, co się demokracji sprzeciwiają po chamsku.

No ale po kolei. A. Wielowieyski, demokrata pełną gębą, jak wiemy, wykonując już klasyczny utwór pt. „Unia ponad wszystko”, wtrąca jednak pewną smętną refleksję, że owo wszystko byłoby idealnie:

„Unia tworzy największy na świecie rynek gospodarczy i ma szanse, by dogonić Amerykanów. Jeśli traktat lizboński wejdzie w życie, to Unia ma szansę jako równorzędny partner Stanów Zjednoczonych zapewniać pokojowy rozwój życia na naszej planecie.” -

gdyby nie to, iż:

„Jest wszakże jeden brak, coraz bardziej szokujący mankament. Unia mimo swego potencjału jest znacznie słabsza od Stanów Zjednoczonych również dlatego, że nie ma jeszcze obywatelskiej, europejskiej demokracji. Mamy swoje lepsze lub gorsze demokracje narodowe, nie mamy jej jednak na poziomie europejskim.”

Pomijając może tragikomiczną kwestię „doganiania USA” przez UE (nie tylko w dobie obecnego kryzysu) – gonić przecie każdy eurokrata może, co se tam chce; warto się pochylić nad tą refleksją, jakoby na Starym Kontynencie nie było jeszcze „obywatelskiej, europejskiej demokracji”. Wynikałoby z tejże refleksji, iż ilość nie przechodzi w jakość, psiakrew. W poszczególnych regionach powstającego superpaństwa są jakieś demokracje, ale nijak nie może się wyłonić synteza tychże ustrojów. Nie lichy to dylemat, nie da się ukryć. Do takich zaś dylematów tęgiej trza głowy.

Tedy demona Wielowieyskiego postanowiłem innym demonem, prof. W. Sadurskim, przepędzić, przeczytawszy niedawno w jego książce tekst o wymownym tytule: Obrażeni na demokrację. Jak się możemy domyśleć ci obrażeni uważają demokrację za ustrój niedoskonały, patogenny etc. i dlatego się obrażają. Ci, dla których demokracja nie jest wcale taka zła, nie tylko się nie obrażają, ale i muszą tłumaczyć obrażonym, na czym polega ich błąd. Obrażeni zaś stawiają np. takie pytania: „Jaka jest granica posłuszeństwa wobec wybranej w demokratycznych wyborach władzy, która nie podejmuje działań zgodnych z interesem narodu?” - i tak na pierwszy rzut oka zdaje się, że nic zdrożnego w takim stawianiu sprawy ni ma, a jednak, panie, Il Professore wychwycił czujnie wredną frazę „interes narodowy”. Skomentował więc tak:

„Warto wczytać się w to zdanie. Wynika z niego w sposób oczywisty, że dla „demosceptyków” istnieją jakieś obiektywne interesy narodu, odmienne, a czasem przeciwstawne interesom artykułowanym przez większość społeczeństwa w demokratycznych procedurach.”


Demon Sadurski mówi nam w ten sposób, że „głos ludu” jest głosem narodu, a to, że akurat okazjonalne wybory polityczne wyrażane w „demokratycznych procedurach” mogą być wynikiem medialnej manipulacji (np. kampanii dezinformacyjnej) albo też, że w tego typu wyborach może brać udział mniejszość uprawnionych i w ten sposób decydować o losach większości – nie stanowi żadnego problemu. Prawdziwym problemem natomiast są demosceptycy, którzy nasuwają najgorsze skojarzenia:

„Pogląd, że należy realizować interesy Polaków wbrew Polakom, że władza powinna stosować przymus wobec obywateli dla ich własnego dobra, że istnieje ideał prawdziwej polskości, dostępny tylko wybranym Polakom – nie jest oczywiście nowy. Opiera się na tej samej podstawie, która jest ulubionym ideowym uzasadnieniem każdej niemal władzy despotycznej: na przekonaniu o „fałszywej świadomości” ludzi, którzy nie wiedzą, co naprawdę leży w ich interesie. Bolszewicka wizja „obiektywnych” interesów klasowych, z których zwykli członkowie tejże klasy nie zdają sobie sprawy, albo – z drugiej strony – radykalna idea narodowa, wymagająca zerwania z demokratycznymi procedurami, nie pozwalającymi rzekomo zrealizować się Narodowi – to tylko groźniejsze przejawy tej samej koncepcji: władzę należy sprawować dla ludzi, ale wbrew ludziom.”


Aj, aj, aj. Chciałoby się rzec: może nie idźmy dalej tą drogą, ale ten demoniczny problem można odnaleźć także w relacji: interesy obywateli europejskich - „interesy Unii Europejskiej”. Co u licha począć w sytuacji, gdy „lud” właśnie korzystając z eurodemokratycznych procedur i artykułując swoje zdanie, jak Pan Bóg przykazał, jednak wierzga przeciw ościeniowi, jak niesławni Irlandczycy w swym niesławnym referendum dotyczącym „traktatu lizbońskiego”? No właśnie, w tym klops, powiedziałby demon Wielowieyski:

„Oczywiście nie możemy z góry rezygnować z referendów w sprawach konstytucyjnych lub w sprawach rozszerzenia Unii. Czeka nas jeszcze dużo pracy i potrzeba czasu, aby pogodzić szacunek dla woli każdego narodu, a nawet różnych mniejszości, z szacunkiem i dostatecznym uwzględnieniem interesów całości. Zablokowanie przez pięciomilionową Irlandię rozwoju 500-milionowej Unii wykracza poza zdrowy rozsądek i przypomina polskie liberum veto z XVIII w.”

I tu jest właśnie rzecz ciekawa, bo skoro ustalone było, iż sprzeciw jakiegoś państwa przerywa procedurę ratyfikacyjną, to dlaczego Wielowieyski teraz wyjeżdża z liberum veto? Albo należało ustalić, że „traktat” się przyjmuje bez względu na czyjkolwiek sprzeciw, bo, dajmy na to „traktat jest dobry” - albo nie ustalać zasady umożliwiającej sprzeciw. Najwyraźniej jednak w eurokracji zasady zasadami, ale Ordnung muss sein (jak mawiali demokraci w III Rzeszy), tzn. jeśli ktoś nie pojął, iż pewne zasady są tylko dekoracją, to znaczy, iż nie rozumi demokracji XXI w. Ta bowiem zasadza się na pewnym wyczuciu, skąd wieje wiatr albo inaczej „co ludzie gadają” (przy czym chodzi o „ludzi w Brukseli”). Historie z referendami dotyczącymi „konstytucji europejskiej” (Francja i Holandia, panie) pokazały, jak bardzo eurokraci przywiązani są do demokratycznych werdyktów. Już w przypadku „traktatu lizbońskiego”, czyli „eurokonstytucji-bis” generalnie nie było mowy o żadnych niepotrzebnych referendach (także w Polsce, jak wiemy).

Eurokraci mają taki osobliwy stosunek do demokracji, jak komuniści do demokracji socjalistycznej vel ludowej, tzn. ostateczny werdykt, co do tego, co jest demokratyczne, wydaje po prostu władza, ta bowiem, jako „awangarda klasy robotniczej” (a w przypadku eurokratów – awangarda klasy próżniaczej) ma lepszy ogląd sytuacji społeczno-politycznej i wie, jak kierować biegiem ludzkich spraw. Zwykły, szary podatnik ma bardzo ograniczoną perspektywę i zwykle patrzy na świat przez pryzmat własnego interesu oraz marnego, jednostkowego losu, który ma się nijak do „wielkich procesów integracyjnych”, dlatego eurokrata, patrząc z wysoka, a właściwie z najwyższych pięter społecznych, widzi o wiele więcej i w ten sposób dostrzega także to, kiedy i dlaczego szarzy, ciemni podatnicy się mylą. Komuś to może przypominać starą, dobrą oligarchię (jak na mój gust to eurokracja konsekwentnie przywraca feudalizm), lecz przecież prawdziwa demokracja, jak wiemy, niejedno ma imię.

Tymczasem Wielowieyski radzi... konsultacje. I to, panie dzieju, za pomocą Internetu. No zawsze to taniej niż jeździć z aktywem do dołów robotniczych czy urządzać wieczernice w halach fabrycznych, jak to drzewiej bywało, panie. Ale z kim się tu w euroregionach konsultować - przecie nie z demosceptykami? Dlatego sądzę, że warto wyznaczyć jakiś zdrowy aktyw do konsultacji, tak by się okazało, że „lud” (tzn. „lennicy”) ma dokładnie te same poglądy, co „panowie władza europejska”. No bo jeśliby się okazało, że wciąż lud nie dorasta do demokracji europejskiej (vide słynne historie z referendami), to należałoby tak skonstruować demokratyczne procedury, by już o nic nikogo nie pytać, tylko wdrażać, wdrażać i wdrażać, aż do końca świata. Tak, jak to sformułował Sadurski powyżej - wyłącznie „dla ludzi”, a nigdy „wbrew” nim.

http://wyborcza.pl/1,88975,6602941,Jak_zdemokratyzowac_Unie_Europejska__Robmy_wielkie.html?as=2&ias=2&startsz=x
W. Sadurski, „Liberałów nikt nie kocha. Eseje i publicystyka 1996-2002”, Warszawa 2003, s. 24.

15 maj 2009

Racja nie leży pośrodku


K. Leski był łaskaw odnieść się do moich refleksji wokół sprawy kataryny i K. Czumy, ale pragnę zauważyć, że nikt nie mówił o żadnym immunitecie. Nie spotkałem się też, by poza Leskim ktoś tego słowa użył, a jako skrót myślowy ten zwrot („immunitet blogerski”) nie jest trafny ani uzasadniony. Bloger, jak każdy inny człowiek odpowiada przed prawem za ewentualne głoszenie czegoś, co narusza czyjeś dobra osobiste, ale skandalem jest straszenie sądem blogera, który po prostu krytykuje przedstawiciela rządu. Skandalem jest też to, że straszy blogera ktoś, kto w domniemaniu zakłada, że bloger się ugnie pod presją tego, że grożący jest rodzinnie skoligacony z ministrem sprawiedliwości. W ten sposób bowiem, tj. stosując praktyki takiego wrednego zastraszania, można zamknąć usta wszystkim, którzy nie są prawomyślni. Intencje moje były proste – nie chodziło mi o casus samej kataryny, lecz w ogóle o kwestię swobody wypowiedzi. Jeśli wszak zakładamy, że wolno ludziom wychodzić na ulice i nawet palić kukły rządzących polityków, to zakładamy także, że tychże polityków możemy otwarcie krytykować, wykpiwać, a nawet złośliwie portretować (co niżej podpisany często czyni). To prawo należy się każdemu, bez względu na to, czy korzysta z niego bloger, dziennikarz, czy ktokolwiek zajmujący się publicystyką.

Osobiście mam jednak mieszane uczucia i przychylam się do głosów tych krytyków Jankego, którzy przy okazji „Czumagate” wypomnieli szefowi s24 to, jakie praktyki stosowane były w s24 wobec innych blogerów prawicowych - wszak część stąd odeszła, a i ze mną, jak Pan wie, było przez parę tygodni nie za wesoło. Janke przecież wcale nie jest konsekwentny, nawołuje bowiem do solidarności publikujących w s24, a jednocześnie sam się przyczynił do poważnego zburzenia tejże solidarności, tolerując praktyki dyskryminacji co ostrzejszych publicystów, przy zupełnym przymykaniu oczu na jawnie chamskie teksty „przedstawicieli lewicy”. Nie dziwię się osobom krytykującym Jankego, ponieważ dobry obyczaj nakazywałby najpierw o dbałość o autorów jakoś z s24 związanych, a dopiero potem o domaganie się od nich gremialnego wsparcia zaatakowanego s24. Jeśli wszak s24 toczył bezceremonialną wojnę z BM24, Niepoprawnymi czy POLIS MPC, to przecież naiwnością jest oczekiwanie, że nagle wszyscy przedstawiciele tych środowisk rzucą się heroicznie w obronie s24. Zwracam jednak uwagę, że mimo to, reprezentanci tychże grup prawicowych publicystów otwarcie stanęły po stronie kataryny i wolności słowa, co powinno także Jankemu dać do zrozumienia, że – let's say – wróg jest gdzie indziej. Czy jednak ta lekcja zostanie przez redakcję s24 przyswojona z obopólnym pożytkiem? Zobaczymy.

Myślę, że sprawa kataryny pokazała, iż potrafimy czasami przejść do porządku dziennego nad pewnymi animozjami i dostrzec realne zagrożenia dla swobodnej debaty, której wciąż i wciąż jest w polskiej blogosferze nie za wiele. Ale w chwili, gdy swoje wsparcie wykazali przedstawiciele BM24, Niepoprawnych i POLIS MPC, należałoby przemyśleć na nowo strategię s24, tak by uczynić to forum jeszcze bardziej otwartym na nieskrępowaną debatę, otwartym na nowe inicjatywy publicystyczne, które mogą jedynie s24 wzmocnić, a nie osłabić. Tylko w ten sposób s24 może stać się na tyle liczącym się medium wśród środków przekazu, że żaden K. Czuma ani inny odważny nie będzie mógł blogerowi czy samemu portalowi zagrozić.

Leski twierdzi, że sprawa okazuje się niepoważna, bo właściwie maile Czumy były od osoby prywatnej, a nie pełnomocnika ministra. Należy z tego wnioskować, że gdyby syn prawnie reprezentował ojca, to zarówno kataryna, jak i Janke powinni się ugiąć pod presją zarzutów. Jak na mój gust nie wygląda takie rozumowanie rozsądnie – w ten sposób bowiem otwarcie zakładamy, że istnieją jakieś granice krytyki tego, co wyrabiają przedstawiciele establishmentu, a ponadto że ważne jest to, kto (jak ważna persona, jak ważna instytucja) się oburza na to, co publikowane jest w blogosferze. Tymczasem choćby nawet prezydent Obama czy Miedwiediew czy Sarkozy (nawiasem mówiąc ten ostatni ponoć lubi tępić francuskich blogerów) poczuli się urażeni krytyką polskiego blogera, to psim obowiązkiem ludzi mediów jest bronić wolności słowa w Polsce. Mam świadomość, że jest ona stosunkowo ułomna (wszechmoc Ministerstwa Prawdy), ale choćby z tego powodu wymaga ona zaciekłej obrony. Jeżeli bowiem odstąpimy od stawania po stronie blogerów wyłącznie z tego powodu, że ktoś ważny i poważny śle nam maile, monity czy sądami grozi, to – mówiąc krótko – po nas. Jeśli bowiem za krytykę polityka można kogoś straszyć sądem, to za opublikowanie na blogu np. zdjęcia kompromitującego danego polityka należałoby się spodziewać zamknięcia portalu, a i może samego blogera.

Wygląda na to, że dożyliśmy czasów, nomen omen w 20-lecie „obalenia komunizmu”, kiedy to musimy sobie robić korepetycje z zagadnień wolności słowa. Do tego stopnia bowiem zagubiliśmy się we współczesnej polskiej matni, iż zapominamy o sprawach elementarnych, tak jakby te sprawy mógł za nas załatwić ktoś inny. To, jak chcieliby je załatwić ludzie establishmentu wiemy z prac nad obecną ustawą medialną i z obecnej akcji K. Czumy.

http://krzysztofleski.salon24.pl/105335,otoz-chodzi-o-kataryne

Tu nie chodzi o katarynę


Cofnijmy się w czasie i wyobraźmy sobie sytuację, w której minister Ziobro po przeczytaniu jakiegoś posta napisanego przez lewaka, a krytycznego wobec Ziobry - domaga się osobiście lub za pomocą jakiegoś swojego zaufanego człowieka, ujawnienia danych autora posta, grożąc jednocześnie sądem i autorowi, i I. Jankemu. To byłby chyba koniec świata, a przez mainstream przetoczyłaby się gigantyczna fala świętego oburzenia na kolejny zamach na wolność słowa oraz nieprawdopodobną uzurpację polityka. Nie muszę chyba przypominać, jak wiele wyjątkowo chamskich, obraźliwych, oszczerczych i szkalujących osobę Ziobry tekstów ukazywało się w blogosferze (także na s24, jak wiemy). Tymczasem nigdy do takiej sytuacji nie doszło, co oczywiście potwierdza tylko, jak zabójczy dla debaty publicznej był klerofaszyzm PiS-u.

Teraz zaś mamy ewidentną akcję zastraszania jednej z blogerek oraz właścicieli s24 przez syna obecnego ministra sprawiedliwości, choć na razie nie wiemy, czy jest to jego własna inicjatywa, czy działanie za zgodą A. Czumy. Dobrze, że Janke upublicznił całą sprawę, cieszy mnie też całkiem przytomna reakcja prof. W. Sadurskiego, który napisał m.in.:

„wszystko co napisala Kataryna, absolutnie miesci sie w granicach dopuszczalnej krytyki politykow, zgodnie ze standardami wyznaczonymi przez orzecznictwo w Strasburgu. Nie wyobrazam sobie, by jakikolwiek sad (znajacy orzecznictwo ETPCz, a polscy sedziowie przechodza szkolenia w tym zakresie) uznal za karalne znieslawienie sformulowanie, ze "[minister] po raz kolejny minal sie z prawda". To codzienne danie w kazdym menu debaty politycznej w demokracji. Grozby Pana K.Czumy sa calkowicie bezpodstawne i nie ma on szansy wygrac procesu o znieslawienie (bo chyba tylko taki zarzut wchodzi w gre). Najwyzej sie osmieszy, a przy okazji - swego Ojca.”

Sprawa oczywiście jest poważna, ponieważ K. Czuma autentycznie grozi i blogerce, i salonowi. Wbrew jednak temu, co pisze Janke, odwołując się do solidarności osób publikujących w s24, tak naprawdę piłka w tej grze jest po stronie mainstreamu. Jest to być może pierwsza (i niekoniecznie ostatnia – wszak weszliśmy w fazę „końca odwilży”) okazja, by ludzie zawodowo związani z mediami, pokazali ludziom establishmentu prawdziwe kły. Jest to zarazem okazja, by pokazać, na ile środowisko dziennikarskie jest jeszcze w stanie wybić się na niezależność w tym czasie otwartej instrumentalizacji i polityzacji polskich środków przekazu, trwającej już 20 lat po „obaleniu komunizmu”.

W Stanach Zjednoczonych afery wszczynane przez blogerów były nieporównywanie większego kalibru aniżeli to, co się do tej pory działo i dzieje w polskiej blogosferze, co oczywiście wynika z zupełnie nieporównywalnej wolności prasy i wolności słowa w warunkach amerykańskich i polsko-postkomunistycznych. W USA wszak do tych kwestii podchodzi się ze śmiertelną powagą i próby organiczania tychże swobód natychmiast są przez środowiska dziennikarskie (niezależne i mainstreamowe) nagłaśniane i torpedowane wprost z histerycznym zapałem :) (słusznie, oczywiście) – z tego też powodu politycy tam uginają się pod brzemieniem mediów i muszą media respektować jako rzeczywistą IV władzę. Matt Drudge uruchomił lawinę i to w skali międzynarodowej, publikując newsa o Clintonie i Lewinsky; dzięki publikacji na blogu rasistowskiej wypowiedzi senatora Trenta Lotta, powstał taki szum medialny, że tenże senator musiał zrezygnować ze stanowiska przywódcy większości w senacie; dzięki atakowi blogerów, wywalono naczelnego „New York Timesa” H. Rainesa, który przymykał oczy na konfabulacje jednego ze swych dziennikarzy, a po opublikowaniu i przeanalizowaniu na blogach manipulacji CBS związanych z fałszywkami mającymi skompromitować G. Busha (kampania prezydencka z 2004 r.), musiał pożegnać się z pracą w telewizji nie tylko „legendarny” prezenter D. Rather, ale i parę osób związanych z prowadzonym przez niego od wielu lat programem. To zaledwie parę przykładów.

Oczywiście, były także wielkie dąsy, protesty, wylewanie pomyj na blogerów (a nawet zakazywanie przez redakcje niektórym dziennikarzom blogowania :), ale nie zdarzyło się, by komuś za (nawet ostre) krytykowanie jakiegoś polityka (a tam blogerzy się nie cykają), grożono sądem! Podkreślić należy jednak zdecydowanie, że po stronie blogerów stawały (nielubiące ich, co zrozumiałe – nikt wszak nie lubi konkurencji), mainstreamowe media, jeszcze bardziej nagłaśniając afery, o których oni pisali i domagając się głów tychże osób, których rozmaite blogerskie demaskatorskie teksty dotyczyły. Już pomijam tu takie historie, jak linkowanie się mainstreamowych mediów ze stronami blogerów (tak zrobił choćby „The Guardian” z blogiem J. Bargera, ale i wiele amerykańskich środków przekazu, zaś strona MSNBC w ogóle utworzyła portal dla blogerów), a zatem traktowanie blogerów jako pełnoprawnych „nadawców” w świecie współczesnych środków przekazu.

W Polsce nic podobnego nie zaszło i nie zachodzi - przeciwnie, nie dość, że mamy do czynienia z wzajemną zależnością środowiska dziennikarskiego z politykami (i właściwie nie wiadomo do końca, po czyjej stronie stoją dziennikarze), to na dodatek, politycy coraz częściej ustalają zakresy działania dziennikarzom, na co ci ostatni, ku mojemu rosnącemu zdumieniu, skwapliwie się godzą, sprowadzając swoją pracę do komentowania tego, co podrzucą im spin doktorzy z tego czy innego ugrupowania politycznego. Dziennikarze zachowują się jak muchy w smole, jakby nie widzieli, co się tak naprawdę święci i do jakiego stopnia politycy zaczynają podporządkowywać sobie sferę publiczną, a szczególnie sferę mediów. Czas więc na przebudzenie z letargu i otrzeźwienie, gdyż biba z politykami może się dla nas wszystkich (nie tylko dla zdezorientowanych dziennikarzy) fatalnie skończyć.

Wiele więc zależy od tego, na ile Janke ze swoimi kolegami z branży uczyni temat ewidentnego bezprawia, po jakie sięga K. Czuma, czymś wartym nagłośnienia w mainstreamie, a nie tylko w s24. Sprawa jest skandaliczna i jako skandaliczna powinna zostać przedstawiona na łamach gazet, radia i telewizji. Pytanie tylko, czy Janke jest w stanie przypuścić taką szarżę?

http://jankepost.salon24.pl/105225,syn-ministra-sprawiedliwosci-obraza-blogerowi-i-grozi-salonowi24
http://jankepost.salon24.pl/105225,syn-ministra-sprawiedliwosci-obraza-blogerowi-i-grozi-salonowi24#comment_1415374