30 kwi 2009

Dymy u stóp PKiN-u


Wszystko miało się zakończyć królewską popijawą euroludowców na Zamku Królewskim, tzn. chadeków, chciałem powiedzieć, a tu nagle diabli nadali dzicz, co na stolicę Europy się zjechała z całego Polnische Region, palić opony, kukły, petardy rzucać i wywijać chamskimi sztandarami. Ponoć widowisko było nie z tej ziemi, bo nawet euroludowcy powyłazili z Pałacu Stalina, żeby popatrzeć, jak sobie policja radzi z dziczą za pomocą gazu łzawiącego, pałek i sikawek. Stanowiło to doprawdy znakomite tło przemówienia Tuska o wolności i solidarności. Wolność, jak najbardziej – zwłaszcza dla komunistów, co przy okrągłym stole siedzieli po stronie, jak to sami ładnie nazywali, „rządowej”. Solidarność? Jak najbardziej – z uwłaszczoną nomenklaturą, z „socjaldemokratami”, którzy są już europejczykami pełną gębą, choć może „mordy” wysmagane sowieckim wiatrem, pełnego liftingu jeszcze nie przeszły. Ja te wartości rozumiem, choć może nie uznawałbym ich za jakoś szczególnie fundamentalne dla Starego Kontynentu, jednakże, skoro premier stwierdził, że teraz jest „nowa Europa”, to pewnie i ja po nowemu powinienem pomyśleć.

Tedy i myślę. Myślę sobie, że rząd wynalazł niezły sposób na ludzi z upadających zakładów. Gaz i pałka to przynajmniej sposób skuteczny, no i robi wrażenie na postronnych świadkach. Na stronie „GW” panoramiczne zdjęcie, które wygląda imponująco, niemalże, jakby stan wojenny się zaczął - tenże stan, o którym wczoraj na żarty pisałem.

Problem jednak w tym, że o ile ja zażartowałem, to nie żartuje wcale rząd ani wysłana przez niego policja. Ale, co ciekawsze, nie żartują też robotnicy, którzy najwyraźniej nie zachwycili się programem likwidacji stoczni, terenami których, jak słyszałem, interesuje się wielu deweloperów. Jeśli to są w dodatku niemieccy deweloperzy, to rzeczywiście, takie zainteresowanie jest uzasadnione, bo i na Wybrzeżu ładnie jest. Zresztą, po cholerę Polakom tyle stoczni? Jeszcze za RWPG takie stocznie to miały sens, no ale w ramach „wspólnego wolnego unijnego rynku” nie Polska ma być jakimś poważnym producentem, lecz jedynie obszarem zbytu oraz dostarczycielem taniej siły roboczej. Ewentualnie miejscem na agroturystykę. Z tego ostatniego też względu Polsce nie są potrzebne jakieś autostrady, ponieważ w ramach agro-wakacji turyści powinni się zmagać z trudnościami w podróżowaniu, jak na surwiwal przystało. W ostateczności ci mniej cierpliwi turyści mogą agroturystykę urządzić sobie w Warszawie, gdzie drogi są takie, jakby czołgi po nich jeździły dzień w dzień, lecz przynajmniej jest parę porządniejszych hoteli w pobliżu.

Po ciężkim dniu euroludowcy, jak wiemy, udali się – może nie powozami, ale zwykłymi bryczkami rządowymi i dyplomatycznymi – na Zamek Królewski, by jak królowie życia tego życia zakosztować. Polskie Radio z wielkim zainteresowaniem w wieczornym programie informacyjnym o godz. 21.00 pochylało się nad miskami, z których mieli zajadać euroludowcy, tzn. rozwodziło się nad jadłospisem. Czemu akurat naszych radio-dziennikarzy zainteresowało tak bardzo euro-jedzonko, a nie akurat pałowanie na stołecznych ulicach i gaz w środku miasta? No pewnie dlatego, że gaz jest duszący, śmierdzi itd., a pałowanie to nic przyjemnego. Zresztą, jedno pałowanie w centrum Warszawy nie czyni wiosny. Właściwie to przecież nic się nie stało, aczkolwiek jakoś blado na tle tych dzisiejszych śródmiejskich dymów wypadły lamenty takich dyplomowanych politologów, jak Z. Hołdys czy R. Janowski na temat kolejnego spotu PiS-u. Nie wiem, czy Muniek Staszczyk lub Krzysztof Skiba coś już o spocie powiedzieli, ale na pewno powinni. Jeszcze chwila, a Krystyna Loska lub Jerzy Połomski zaczną się na ten temat wypowiadać, czego oczywiście będziemy słuchać lub co będziemy czytać z wielką zadumą.

Każda jednak, nawet najdłuższa uczta i nawet na Zamku Królewskim, musi się kiedyś skończyć, goście się rozjadą, a gabinetowi ciemniaków pozostanie szara rzeczywistość za oknami i świadomość, że ci z petardami i kukłami, mogą ponownie wrócić. Na przykład w maskach przeciwgazowych. I niekoniecznie za rok. A tu za pasem takie ważne daty... 1 maja, 4 czerwca... I znowu by się chętnie pojadło i popiło, pomówiło o wolności i solidarności, ale – jak to mawia Bob Budowniczy – czy damy radę? Jeśli dzisiejszego zlotu euroludowców, który, jak zapewniał Gleb Chlebowski, nie ma nic wspólnego z kampanią wyborczą PO, dzicz na ulicach nie uszanowała, to czy uszanuje tamte daty? Toteż w radiowej Jedynce przezornie zaczęto przypominać o tym, że i Kościół chce się włączyć w obchody „dwudziestolecia”. Oczywiście, takie włączanie się nie będzie traktowane jako mieszanie się do polityki. Co innego bowiem, gdyby Kościół włączył się w kontestowanie obchodów „obalenia komunizmu”, no ale wtedy i radiowcy z innego klucza by komentowali. Zresztą radiowcy siedzą sobie z dala od pałowania czy gazów łzawiących, więc mogą nawet zacząć wnet mówić, że protestowanie na ulicach to grzech, zwłaszcza gdy są takie bardzo ważne daty.

Zobaczymy więc, co z kolei powiedzą na to wszystko ci, co wrócą na ulice Warszawy następnym razem.

http://www.dziennik.pl/zycienaluzie/gwiazdy-mowia/article369408/Janowski_PiS_ma_nas_za_bande_polglowkow.html
http://www.dziennik.pl/zycienaluzie/gwiazdy-mowia/article369751/Holdys_Autor_spotu_PiS_jest_prostakiem.html http://www.dziennik.pl/polityka/article370526/Zwiazkowcy_w_szpitalu_po_bitwie_z_policja.html

28 kwi 2009

Wątek czapki z Peru


Nie po to szedł D. Tusk do władzy, by spadły na niego i jego gabinet ciemniaków wszystkie plagi tego świata. Nie taka była umowa. Miało być pięknie, wspaniale, wesoło, luzacko, a tymczasem... jedna wielka droga przez mękę. Jak nie kryzys ekonomiczny, który nagle dotyka „wyspę stabilności”, to swine flu, czyli cholerne świnie, które rzucają urok na gabinet ciemniaków. No, mamma mia, przecież nie tak miało być! I oto niezastąpiony B. Klich zapewnia, że wojsko jest w stanie z wszystkim sobie poradzić – nie wiem, może jakieś loty patrolowe w polskiej przestrzeni powietrznej? - zaś E. Kopacz zapewnia, że Polska dysponuje skutecznym, sprawdzonym lekiem przeciwko świńskiej grypie. Aż dziw, że Meksyk i USA nie kupiły od nas tego leku, lecz to zapewne kwestia czasu. Grunt, że Dorota Gawryluk czuje się bezpiecznie. Pyta zresztą retorycznie: co się okaże jak cudu nie będzie? I odpowiada, że nic. Ja zaś byłbym ostrożny z tego rodzaju odpowiedziami, ponieważ na początku ery gierkowskiej niektórzy odpowiadali „pomożemy” na pytanie „pomożecie?”, zaś już w czerwcu 1976, a więc po paru latach płonął komitet KC PZPR w jednym z polskich miast. Tak więc Dorocie może być bezpiecznie, ale już za bezpieczeństwo gabinetu ciemniaków wcale bym nie ręczył. Zwłaszcza, że kilka przypadków, jak donoszą media, już się w Polsce pojawiło. Może Klich uruchomi taką akcję, jak wtedy, gdy amerykański satelita miał spaść na nas, mimo że Amerykanie zapewniali nas, że jest znikome prawdopodobieństwo, że go na Polskę zniesie?


No ale „świat to nie jest bajka”, mówi nam Dorota, co oczywiście jest świętą prawdą, choć akurat w polskich mediach ciężko ją znaleźć na co dzień, gdy się zapewnia nas, że po wejściu naszego regionu (bo przecież nie kraju) do strefy euro będzie już „the land of milk and honey”, że „Washington Times” stawia polską ekonomię za wzór Obamie i amerykańskim ekonomistom, czy że mimo rosnącego bezrobocia, recesji i spadku stopy życiowej, żyje nam się lepiej i weselej. Dorota nie musi tego poznawczego dysonansu mieć, bo sama w zgodnym chórze mędrców przemawia i czuje się bezpiecznie, no ale my widzimy sprawy nieco inaczej. Skoro już napomknąłem o Obamie, to jemu też nie jest lekko, gdyż miał być showtime, miała być nowa polityka, taka już cool, na wesoło, jak za czasów J. Cartera, a tymczasem nie tylko „zastrzyki finansowe” przynoszą odwrotne skutki od zamierzonych, ale i w Stanach świńskie ryje zaczynają coś knuć. No nie taka była umowa. Co gorsza, serwisy informacyjne podkreślają, że „umierają młodzi ludzie”, co ma potęgować grozę sytuacji, tak jakby na co dzień nie było umierających dzieci i młodzieży w hospicjach czy szpitalach.


No i zaczynam się martwić o premiera Tuska, czy on to wszystko nerwowo wytrzyma. Jeszcze gdy na słynnej debacie z Kaczyńskim pokazywał, ile zarabia pielęgniarka z małej polskiej miejscowości, gdy pytał o ceny jabłek czy kurczaków, o autostrady, mieszkania, to wszystko było w należytym porządku, ale dziś nie tylko nikt już nie pyta nowego premiera o te wszystkie kwestie (nie są one ważne, skoro „płonie las”), ale i nikt nie drąży kwestii słynnej czapki, którą premier przywiózł sobie z Peru, czapki, w której niewykluczone, że były jakieś zarazki świńskiej zarazy. Objawami swine flu wykazywał się przez długie miesiące Janusz P., znosząc nawet ryje świńskie do telewizji tudzież ostentacyjnie konsumując alkohol, ale nikt na to nie zwracał uwagi. Coś więcej, niż swine flu mieli i mają S. Niesiołowski, Z. Chlebowski, S. Nowak czy B. Komorowski, ale to też puszczano płazem. No ale dziś już ciężko tę chorobę trzymać w tajemnicy, skoro prasa donosi, że jednak zaraza do nas przyszła.


Pytanie teraz, czy ktoś dokładnie zbadał czapkę z Peru? Czy poddano Tuska kwarantannie po powrocie z Peru? Lub choćby jego czapkę? Ktoś powie: gdzie Peru, a gdzie Meksyk - a przecież czy długo trzeba rzucać beretem (albo czapką), by do Peru dorzucić? Ja o tej czapce wspominam nie przypadkowo. Owszem, można powiedzieć, że swine flu przywlókł do naszego kraju G. Brown, skoro w Wielkiej Brytanii odnotowano już parę zbadanych przypadków, ale o wiele prościej wyjaśnić pojawienie się zarazy właśnie czapką z Peru. Tak czy tak wydaje się, że już tylko stan wojenny może nas uratować, co zresztą w 20 rocznicę „okrągłego stołu” byłoby znakomitym podtrzymaniem starej, dobrej, peerelowskiej tradycji, której PO jest wierna bardziej niż PZPR, tzn., tfu, SLD.



http://www.dziennik.pl/opinie/article369473/Gawryluk_Czuje_sie_bezpiecznie.html
http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33181,6534288,_Washington_Times__stawia_polska_gospodarke_za_wzor.html
http://www.dziennik.pl/wydarzenia/article369588/Pierwsi_Polacy_z_objawami_swinskiej_grypy_.html
http://www.tvn24.pl/-1,1539007,wiadomosc.html
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title,Premier-Donald-Tusk-dostal-Slonce-Peru,wid,9955876,wiadomosc.html
http://www.tvn24.pl/0,8480,0,1,raport.html
http://wiadomosci.onet.pl/1960789,11,sluzby_w_pogotowiu_na_wypadek_swinskiej_grypy,item.html
http://wiadomosci.onet.pl/1959255,11,1,1,item.html

24 kwi 2009

W oczekiwaniu na nową paradę miłości


Moraliści z Czerskiej zatroskani o dobro dzieci, które nie mogą nabyć prezerwatyw w drogeryjnych salonach powinni rozdawać dzieciom kondomy po prostu w redakcji. Ewentualnie mogą jeździć do szkół i rozdawać na lekcjach biologii, a w najgorszym razie poprosić tych gości, co na skrzyżowaniach warszawskich i gdzie bądź rozprowadzają gazety, by dołączali w ramach promocji paczkę, a nawet trójpak prezerwatyw.

Z drugiej jednak strony, jeśli co chwilę dochodzą nas niespokojne głosy o tym, że mamy bardzo niski przyrost naturalny w Polsce, to Czerska-people nie powinni się martwić, że dzieci nie mogą nabyć prezerwatyw, tylko cieszyć się, że w ten sposób przybędzie może trochę innych dzieci, znaczy polskich obywateli, a także potencjalnych czytelników „GW” (choć A. Michnik twierdzi ostatnio, że „GW” może zniknąć – ja akurat w to nie wierzę, Bezpieka bowiem by na to nie pozwoliła). Z trzeciej jednak strony, jeśli Czerska-people są zarazem „pro choice”-people, orędując za aborcją, to może nie byliby zachwyceni, gdyby się okazało, że nazbyt przyrasta ilość Polaków (warto pamiętać o groźbie przeludnienia Matki Ziemi i o zagrożeniach dla środowiska), no ale wtedy można by te ewentualne dzieci usunąć przed urodzeniem i sprawa załatwiona, co zresztą pochwaliłyby organizacje aborcyjne.

Oczywiście można mieć przy okazji wątpliwości, czy akurat ta sieć sklepów, o której wspomina artykuł, jakoś nie podpadła Czerskim ludziom na rynku reklam czy w innym biznesie i stąd może uruchomili oni z sobie właściwą dozą histerii „sprawę 18-letniego Kacpra”, który nie mógł sobie do tzw. swobodnego bzykania nabyć w tejże sieci „gumek”, ale problem na pewno jest. I na pewno warto go nagłaśniać, bo jeszcze chwila a w ogóle nie będzie można nabyć prezerwatyw i będą one dostępne już tylko w automatach w toaletach przy Czerskiej. A to stanowczo za mało. Zawsze jednak Jurek Owsiak mógłby trochę funduszy z WOŚP przeznaczyć na dziecięce prezerwatywy, a rozmaite dobroczynne organizacje unijne mogłyby po prostu robić zrzuty pudeł z kondomami w najbardziej potrzebujące regiony Polski lub przysyłać prezerwatywy w darach dla polskich zaniedbanych dzieci. Dystrybucją zajęliby się rozmaici wolontariusze, rzecz jasna, by obniżyć koszty. Byłaby to znakomita akcja humanitarna, o której rozpisywałaby się prasa światowa od Mozambiku po Jamajkę.

No ale co tam prezerwatywy i niewyżyte seksualnie dzieci, skoro znowu głupi IPN wystartował z kolejną sromotną inicjatywą, ponieważ gówniarzom z IPN-u nie podoba się, że ktoś chce by była ulica B. Jasieńskiego, który jako nazbyt gorliwy wyznawca komunizmu wylądował przedwcześnie w ziemi i z tego właśnie powodu każdy moralista, każdy mniejszy lub większy brat z Czerskiej (czy inny minister prawdy typu dr Stasiński) może go uznać za męczennika humanizmu. Takim zaś stawia się pomniki, wmurowuje tablice pamiątkowe lub choćby lepi popiersia. Nawiasem mówiąc, ciekawe, czy gdy Jaruzel dokona w końcu żywota, a dzień ten zbliża się siedmiomilowymi krokami i już tam za horyzontem dzwony piekielne dzwonią, to czy go nie pochowają z pełnymi honorami w Alei Zasłużonych? No?

Powiedzmy jednak sobie szczerze, czy pompa Jaruzelowi się nie należy? Oczywiście że tak. Kiedyś w przypływie szczerości wyznał on wszak, że bez stanu wojennego nie byłoby okrągłego stołu. Ja też tak sądzę. Ja sądzę nawet, co pisałem już kiedyś w POLIS MPC, że to 13 grudnia 1981 r. należy uznawać za początek III RP, dlatego w tym roku nie żadną 20, lecz 28 rocznicę „obalenia komunizmu” obchodzimy. Tak, 13 grudnia 1981 Jaruzel z kolegami z wojska i Bezpieki obalił komunizm i powoli, bo powoli, ale wyprowadził kraj z nędzy i rozpaczy, zapobiegł „bratobójczej wojnie” (brat przeciwko bratu), inwazji sowieckiej, zapaści gospodarczej i innym klęskom żywiołowym. A że bolało? Miało boleć, wszak wyjście z komunizmu nie mogło być bezbolesne. No więc twórcę III RP należy pochować z honorami i mam nadzieję, że jakieś trąby jerychońskie zagrają nad jego trumną, a nie tylko będą salwy honorowe dla człowieka honoru.

To wszystko jednak przed nami. Co zaś z tym cholernym IPN-em znowu? No sam prezes IPN-u napisał do radnych miasta Klimontów, żeby zlikwidowano ul. Jasieńskiego, motywując to długoletnią praktyką zaprzaństwa tego ostatniego wobec Polski. Relacjonujący całą tę sprawę magister chemii a minister prawdy W. Orliński, który swe najlepsze szlify warsztatowe brał w „Sztandarze Młodych” (ach co to były za czasy), ale i w legendarnych komunistycznych periodykach jak „Lewą Nogą” czy „Krytyka Polityczna” można go poczytać, zwraca uwagę, że J. Kaczmarski śpiewał o Jasieńskim. No i właściwie na takie dictum powinien się Kurtyka w głowę popukać, że z pismem do Klimontowa wystartował, zwłaszcza że Orliński w typowym dla ministrów prawdy z Czerskiej stylu, zachęca IPN do zlustrowania Kaczmarskiego za takie śpiewanie.

Na tym jednak nie koniec - Orliński dalej pisze jeszcze ciekawiej:

„Wydaje mi się, że Brunon Jasieński odpokutował wszystkie swoje ideologiczne wybory z nawiązką. Ale niechby nawet i ich nie odpokutował, to wybitny pisarz zasługuje na swoją ulicę w rodzinnym miasteczku - nawet jeśli poza tym chlał, bił żonę albo wyznawał faszyzm czy komunizm.”

O cholera. O, panie dzieju. Rozumiem, że wyznawanie komunizmu to nie jest na Czerskiej żaden grzech, nawet lekki, bo to już wiemy od wielu lat. Ale faszyzmu? Na litość boską, toć przecie niedawno antyfaszystowski bojkot TVP ogłaszały największe antyfaszystowskie kulturowe autorytety polskie od sasa do lasa, z których niektóre szczerą walkę z faszyzmem już w latach socrealistyczno-stalinowskich zaczęły, a tu Orliński z takim hasłem wyjeżdża? Od kiedy to wybitność redukuje faszyzm? I czytam dalej:

„We Włoszech nawet zdominowane przez komunistów samorządy lokalne nie zmieniają nazw ulic takich faszyzujących artystów jak Malaparte czy Marinetti.”


Wprawdzie jest różnica między włoskim faszyzmem a narodowym socjalizmem w Niemczech tudzież rosyjskim bolszewizmem, no ale Orlińskiemu najwyraźniej nie o to chodzi. Należy jednak pamiętać, że choćby przez wzgląd na walkę z faszyzmem przedwojennego tzw. frontu ludowego nie należy przedwcześnie stawiać tu znaku równości. O ile bowiem może Orlińskiemu wydaje się, że wybitność redukuje faszyzm, to nie podejrzewam, by zgodził się z tym sam Jasieński w okresie, gdy gorliwie, z całkowitym oddaniem, działał w partii komunistycznej. Tak więc uwzględniając choćby spuściznę literacko-ideową Jasieńskiego nie należy przedwcześnie zasypywać linii podziału. Co Lenin by na to powiedział?

Sprawa jest śmiertelnie poważna, bo przecież polscy faszyści zalęgli się obecnie w samym IPN-ie właśnie. Tymczasem Orliński porównuje na wesoło ludzi z IPN-u z trupą komediantów. To za mało. To za lekko. To za frywolnie, towarzyszu. Chociaż, jak się tak głębiej zastanowić, to na pochodach pierwszomajowych także wyszydzano faszystów za pomocą wielkich kukieł i ulicznej maskarady, a więc pewna tradycja w tego rodzaju ujęciu jest. Może zatem najwyższy czas, by ludzie z Czerskiej plus wesoła prezerwatywowa dzieciarnia, ruszyli przez Warszawę z takim radosnym pochodem z kukłami Kurtyki, Zyzaka i innych faszystów. Mogliby do tego pochodu dołączyć się nie tylko komuniści, którym IPN nie pozwala spokojnie spać na pieniądzach, ale i homoseksualiści, którym też IPN zagraża, bo przecież jest w posiadaniu „danych wrażliwych” o „kochających inaczej”, których ujawnieniem przeklęci faszystowscy lustratorzy już od lat grożą. Z tego wszystkiego zrobiłby się taki show, że heja. Sam poszedłbym taką paradę miłości zobaczyć.

A pierwszy maja za tydzień, przypominam.

http://wyborcza.pl/1,75968,6534659,Trupa_prezesa_Kurtyki.html
http://www.przekroj.pl/ludzie_rozmowy_artykul,4530.html
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,6534015,Rossmann__Seks_nie_dla_nastolatkow.html

22 kwi 2009

Minister prawdy, Wittgenstein jr, odmawia

Gdyby nie to, że korespondencja między dr. S. Cenckiewiczem a dr. P. Stasińskim jest na serio, można by pęknąć ze śmiechu. Oto bowiem jeden z naukowców domaga się sprostowania nieprawdziwych informacji zamieszczonych przez dziennikarza na łamach „GW”, tymczasem inny dziennikarz, dokonując „urzędowo-prawnej” analizy nadesłanego „pisma” - odmawia. Oczywiście, jak na ministra prawdy ma do tego pełne prawo, przecież nie po to w takich trudach, bojach, znojach, pocie i krwi wznoszono z ludźmi honoru tę budowlę przy Czerskiej, by teraz jakiś głupi historyk mógł w niej swoje nierozumne sprostowania zamieszczać. To wszystko wiemy i raczej zdziwilibyśmy się, gdyby dr Stasiński nagle ni stąd ni zowąd odpisał Cenckiewiczowi: „ależ, oczywiście, Szanowny Panie Doktorze” lub „ależ oczywiście, Szanowny Panie” i dodał „bardzo dziękuję za to sprostowanie, jednocześnie zapewniam, że przeprowadzę ostrzegawczą rozmowę z dziennikarzem, który dopuścił się napisania i opublikowania nieprawdy”, zaś na koniec dodałby jakieś sążniste przeprosiny. Jeśli już Ministerstwo Prawdy za coś przeprasza, to najwyżej za polski antysemityzm, ksenofobię, rusofobię, germanofobię, homofobię, nacjonalizm, katolicyzm, patriotyzm, eurosceptycyzm, mowę nienawiści, no i zoologiczny antykomunizm. Jest więc tyle spraw, za które pokutować musi każdy z pracowników Ministerstwa Prawdy, że nic dziwnego, iż nie mają oni czasu na roztkliwianie się pierdołami – no bo też nie oszukujmy się, czego taki doktorzyna Cenckiewicz może się domagać, skoro są takie wielkie problemy w „polskim piekiełku”.

Istotne jednak jest to, w jaki sposób dr Stasiński swej odmowy dokonuje:

„W odpowiedzi na pismo zawierające wniosek o zamieszczenie sprostowania dotyczącego artykułu pt.: „Żaryn odchodzi, ale zostaje” („Gazeta Wyborcza” z 16 kwietnia 2009 r.) uprzejmie informuję, że brak jest podstaw do jego uwzględnienia.”

Ten styl – coś pomiędzy pismem odmownym prezesa peerelowskiej spółdzielni mieszkaniowej w sprawie rozłożenia na raty czyjegoś czynszu, a pismem szefa Wojskowej Komendy Uzupełnień, do którego wpłynęła prośba o odroczenie służby wojskowej. Na czym polega ów „brak podstaw”, zdaniem dr. Stasińskiego, ministra prawdy?

„Przede wszystkim tego typu wniosek winien mieć formę listu poleconego z własnoręcznym podpisem wnioskodawcy i wskazaniem adresu jego zamieszkania.”

Otóż to. Jeśli Cenckiewicz nie wie, że się listy wysyła poleconym, a najlepiej to za pomocą posłańca, który dotarłszy do Ministerstwa Prawdy, wie, że zarówno ochroniarza, szatniarza, portiera, jak i adresata trzeba parę razy pocałować w tylną część ciała, to niech się nie zabiera za „proces interwencyjny” i niech nie uruchamia ścieżki decyzyjnej w sprawach, o których nie ma pojęcia. Bieg sprawom można bowiem nadać wyłącznie wtedy, gdy się zna odpowiednie procedury i się ich przestrzega.

„Uchybienia formalne dotyczące pana pisma dają podstawę do wykluczenia możliwości i potrzeby merytorycznej jego oceny.”


Jeśli w oryginale napisał dr Stasiński „pana pisma”, to nie przez lekceważenie nadawcy, jedynie dla przypomnienia, że doktor w Ministerstwie Prawdy ma pozycję w hierarchii społecznej tak wysoką, że właściwie wstydem jest w ogóle odpowiadanie na całą niezręczną sytuację, w której ktoś nieznający procedur, niewiedzący, co się z listami robi i ich doręczeniem, czegoś się od ministra prawdy ośmiela domagać. Szczególnie ciekawe jest sformułowanie „podstawa do wykluczenia możliwości i potrzeby merytorycznej oceny” głupiego pisma „pana” [Cenckiewicza]. Doktor minister w ten sposób daje do zrozumienia jak wielka przepaść dzieli myślenie nadawcy od myślenia ministra. Niewłaściwe postępowanie proceduralne i zwyczajny brak ogłady nadawcy powoduje bowiem, że doktor minister ma podstawy do wykluczenia choćby możliwości rozpatrywania takiego „interwencyjnego listu”, choć zarazem nie zaznacza, że tak naprawdę wcale takich możliwości nie ma (potrzeb zresztą też), ponieważ, jak już wspomniałem, nie od urojonych, lecz realnych problemów jest Ministerstwo już od blisko 20 lat. Gdyby Cenckiewicz napisał list interwencyjny w sprawie samego siebie i wyraził na przykład samokrytykę, przyznając się do niektórych ciężkich grzechów (antysemityzm, ksenofobia, zoologiczny antykomunizm itd.), to bez wątpienia dr Stasiński miałby podstawy do niewykluczania możliwości i potrzeby oceny takiego pisma. No ale nie oczekujmy rzeczy niemożliwych.

Jednakże do powyższej, zacytowanej sentencji dołączona jest jeszcze poniższa:

„Także z uwagi na brak możliwości bezspornej identyfikacji osoby wnioskodawcy.”


Wyglądałoby więc na to, że Cenckiewicz nie podał dokładnie swojego peselu, NIP-u, REGON-u, aktualnych badań lekarskich (aktualnych, podkreślam), danych personalnych rodziców, no i jakiegoś protokołu wywiadu środowiskowego. Ja się więc nie dziwię, że nie dostarczywszy pełnej dokumentacji, został wyśmiany przez ministra prawdy. Przecież każdy petent wie, z czym się do Urzędu przychodzi – to są sprawy elementarne! To jest elementarz, panie Cenckiewicz. A mimo to, zauważmy, dr Stasiński pochyla się nad jego sprawą i zamiast wrócić do swoich poważnych obowiązków, wyjaśnia niegramotnemu petentowi, na czym polega problem z jego „interpelacją”.

„Niezależnie od tego przypomnę, że sprostowaniem prasowym jest rzeczowa, odnosząca się wyłącznie do faktów, wypowiedź zawierająca korektę wiadomości podanej przez prasę, która jest nieprawdziwa lub nieścisła.”

Już po tym wyjaśnieniu petent ma (niechby i blade, ale zawsze jakieś) pojęcie, jak bardzo się pomylił. Minister wyjaśnia jednak cierpliwie dalej:

„Sprostowanie polega zatem na przywróceniu wypowiedzi prasowej zgodności z prawdą materialną, nie zaś prawdą subiektywną prezentującą nie rzeczywistość, ale subiektywny jedynie punkt widzenia zainteresowanego – autora sprostowania.”


Każde ze zdań wyjaśnienia dr. Stasińskiego ma moc i wagę poszczególnych tez z „Traktatu logiczno-filozoficznego” L. Wittgensteina (kto nie czytał, niech zajrzy). Mamy tu słuszne odróżnienie „prawdy materialnej” od „prawdy subiektywnej”. Tę pierwszą zawierają teksty publikowane przez funkcjonariuszy Ministerstwa Prawdy, tę drugą, teksty spoza Ministerstwa. Rzecz niby oczywista, lecz taki Cenckiewicz, który część życia spędził na rozgrzebywaniu zupełnie sfałszowanych dokumentów, może tego nie wiedzieć.

„Oznacza to tym samym obowiązek przedstawienia dowodów na potwierdzenie faktów lub wypowiedzi prezentowanych w sprostowaniu.”
O to chodzi. Cenckiewicz, gdzie są dowody?

„Nadto w sprostowaniu prasowym nie są dopuszczalne jakiekolwiek uzupełniające wyjaśnienia, polemiki, komentarze, oceny lub uwagi dotyczące treści kwestionowanej publikacji lub osoby jej autora.”

Jak najbardziej. Właściwie to w przypadku publikacji z Czerskiej jedyna możliwa formuła sprostowania to taka, którą zamieszcza jeden z funkcjonariuszy Ministerstwa Prawdy, a nie jakiś petent. Funkcjonariusz zamieszcza wzorzec, z którego mogą korzystać kiedyś potencjalni petenci, choć wykorzystanie wzorca nie będzie potrzebne, skoro publikacje Ministerstwa Prawdy są wyłącznie prawdziwe, zaś wobec prawdy sprostowania przecież się nie zamieszcza.

„Co oczywiste, wykraczają one poza jedynie dopuszczalną w sprostowaniu rzeczową korektę faktów.”

Jeszcze raz nasuwa się skojarzenie z wczesnym Wittgensteinem, który kładł nacisk na korelację między językiem a faktami, aczkolwiek skoro Wittgensteina tłumaczył prof. B. Wolniewicz, którego Ministerstwo Prawdy chętnie spaliłoby dziś na stosie, to może lepiej dr. Stasińskiego nazwać Wittgensteinem juniorem i w ten sposób docenić także jego innowacyjność w dziedzinie filozofii języka. Stasiński bowiem łączy w sobie intelekt analityka z intelektem pracownika służby więziennej (chodzi oczywiście o „więzienie prawdy”, nie zaś kłamstwa, w którym tkwi pożałowania godny Cenckiewicz). Przypomina on więc Cenckiewiczowi, jak chłop koniowi pod górkę:

„Sprostowanie prasowe musi się ograniczać – co do zasady – do prostej i zwięzłej formuły typu „nie jest prawdą, że…”. ”


Zaś, no nie okłamujmy się, ale Cenckiewicz w swoim śmiesznym pisemku napisał w te słowy:

„W artykule Wojciecha Czuchnowskiego („Żaryn odchodzi, ale zostaje”, „GW”, 16 kwietnia 2009 r.) znalazły się opinie nieodpowiadające prawdzie i godzące w moje dobre imię.”

Wot, niegramotny, z wzorca skorzystać nie umie. Nic dziwnego, że dr Stasiński tłumaczy dalej, na czym polegają uchybienia (już nie tylko formalne i merytoryczne, ale i intelektualno-moralne) adresata, co też wyrozumiały minister zbiera, jak każdy porządny urzędnik wyższego szczebla, w punktach, żeby tępy Cenckiewicz nie musiał się gubić w domysłach, jeno po prostemu pojął wszystko w mig:

„Tak określonym wymogom nadesłane przez pana pismo nie odpowiada. Po pierwsze w sprostowaniu prasowym nie są dopuszczalne sformułowania typu „znalazły się opinie nieodpowiadające prawdzie i godzące w moje dobre imię”.”

No, niewłaściwe, niedopuszczalne słownictwo. Zawsze to lekcja na przyszłość – choć najlepiej jest zajrzeć do poradnika „Jak pisać pisma urzędowe do Ministerstwa Prawdy” (aktualnie niedostępny na stronie „GW”, ale można się ubiegać o udostępnienie, jeśli, rzecz jasna, odpowiednio sformułuje się podanie o udostępnienie poradnika – w tym zaś celu dobrze jest zapoznać się z poradnikiem „Jak ubiegać się o udostępnienie poradnika „Jak pisać pisma urzędowe do Ministerstwa Prawdy” obecnie może trudno dostępnego na stronie „GW”, ale można podejść na Czerską i popytać, byleby uprzejmie, nie na chama; przede wszystkim pukać, nie ładować się do gabinetów w cholewiakach prosto z pola).

„Instytucja sprostowania jest bardzo sformalizowana i wszelkie opinie, komentarze czy inne sądy wartościująco-ocenne w jego treści są niedopuszczalne.”


Oczywiście Cenckiewicz musiałby umieć odróżniać sądy „wartościująco-ocenne” od innych, czego przecież nie można się spodziewać po pozbawionym dobrych manier historyku. Zaś dr Stasiński nie ma czasu ani obowiązku wyjaśniać, jak tego rodzaju sądy wyglądają. Dodaje tylko krótko:

„Nie podlegają one bowiem obiektywnie weryfikowalnej korekcie na zasadzie prawda/fałsz.”

I powinno nam to wystarczyć, choć nie wiadomo, czy dr Stasiński zgodziłby się z twierdzeniem, że o zdaniu „wartościująco-ocenym”: „Holokaust był jedną z największych, najstraszliwszych tragedii XX wieku” nie można powiedzieć, czy jest prawdziwe, czy fałszywe, tzn. - sięgając do bezcennego leksykonu naukowego dr. Stasińskiego - czy nie podlega obiektywnie weryfikowalnej korekcie na zasadzie prawda/fałsz. No tak, ale mówimy o strukturze sprostowania nie zaś o Holokauście.

„Po drugie nie jest pan podmiotem legitymowanym do występowania z jakimikolwiek wnioskami w imieniu pana dr. Łukasza Kamińskiego lub w sprawach, które jego dotyczą.”

No i tu jest pies pogrzebany. Cenckiewicz po głupiemu wyrwał się z występowaniem w obronie kogoś innego, nie będąc podmiotem legitymowanym. No, ludzie, ręce i nogi się uginają. Czy Cenckiewicz nie mógł sprawdzić w odpowiedniej komórce weryfikacyjnej Ministerstwa Prawdy, czy jest podmiotem legitymowanym, czy nie? Ileż to może trwać taka procedura? Zostawia się odpowiednie dokumenty i poddaje się weryfikacji, dostaje się certyfikat i z takim certyfikatem można potem się zabierać za pisanie takich czy innych dokumentów wyższego rzędu. Teraz to już i ja odczuwam zażenowanie socjopatyczną postawą marnego historyka. Zresztą, może by tak sprawdzić za co on ten doktorat dostał? No ale nie leży to na razie w kompetencji dr. Stasińskiego, choć kto wie, czy taka dodatkowa weryfikacja nie wyjaśniłaby tych wszystkich braków w ogładzie Cenckiewicza i jego „umiejętności” formułowania dokumentów do Ministerstwa. Wróćmy jednak do spokojnej i rzeczowej odpowiedzi dr. Stasińskiego.

„Wnioskowanie o sprostowanie informacji jego dotyczących jest bezzasadne. Nie jest pan również podmiotem formalnie umocowanym do informowania opinii publicznej o publikacjach dotyczących Zbigniewa Bujaka i jego ucieczki.”


No tak, z tego widać, że Cenckiewicz zwariował. Nie dość, że nie jest podmiotem legitymowanym, to w dodatku nie jest podmiotem formalnie umocowanym. Tragedia. Horror. Nie dość, że wystąpił tenże historyk w nie swojej sprawie, to jeszcze ni stąd ni zowąd zaczął informować opinię publiczną o ucieczce Zbigniewa Bujaka. Fe, donosik? Ach więc to tyle się nauczyliśmy podczas zgłębiania tajemnic sfałszowanych teczek? No to pięknie. I to za pieniądze podatników.

„Po trzecie wnioskowane sprostowanie dalece przekracza także dopuszczalną jego objętość, która nie może być większa od dwukrotnej objętości fragmentu (nie zaś całości) publikacji, którego dotyczy.”

Mamma mia. Wynika stąd, że Cenckiewicz kompletnie nie wiedział, jak się pisze pismo do Ministerstwa i tak się zabrał na chłopski rozum do tego pisania. Naplótł, co mu ślina na język przyniosła, nakonfabulował i jeszcze miał czelność to dostarczyć do Ministerstwa Prawdy z pominięciem odpowiednich procedur. Słusznie więc doktor minister zamyka sprawę, powołując się na odpowiedni przepis prawa prasowego Polski Ludowej:

„Mając powyższe na uwadze, w oparciu o treść art. 33 ust. 1 pkt 1 w związku z art. 33 ust. 2 pkt 1 i, 2 i 5 ustawy – Prawo prasowe, odmawiam publikacji wnioskowanego sprostowania.”


Nuu, Cenckiewicz. Ciesz się „pan”, że tylko na takim łagodnym pouczeniu się skończyło, bo gdyby tak dr Stasiński podzwonił po ludziach honoru, to jeszcze by na ścieżkę zdrowia „pana” wzięli.

http://www.rp.pl/artykul/9133,294522_Cenckiewicz_prosi__Stasinski_odmawia.html

21 kwi 2009

Na służbie


Jednym z największych dramatów współczesnej Polski jest brak dziennikarzy i wolnych mediów. Jeśli przez blisko 20 lat nie udało się wytworzyć mechanizmów zabezpieczających wolność słowa i wolność prasy, środki przekazu zaś przypominają media państw totalitarnych lub autorytarnych, tzn. wystarczy gwizdnąć i niemal wszystkie wykonują to samo zadanie w ten sam niemalże sposób, to musimy sobie jasno powiedzieć, że sytuacja pod tym względem jest wprost katastrofalna.

Oczywiście dla ludzi, którzy kiedyś będą krytycznie badać media w Polsce po „obaleniu komunizmu”, ten materiał będzie bezcenny. Roczniki wielu mainstreamowych (ale i regionalnych) gazet i tygodników oraz zapisy wielu audycji będą znakomitym materiałem szkoleniowym także dla przyszłych studentów zajmujących się dziennikarstwem z prawdziwego zdarzenia i analizujących to, w jaki sposób nie należy konstruować tekstów prasowych, radiowych czy materiałów audiowizualnych. To jednak dopiero przed nami, gdy już dojdzie do zamknięcia i osądzenia obecnej epoki. Na razie pozostaje nam oglądanie tego pobojowiska, po jakim przyszło nam się poruszać i dochodzenie przyczyn takiego stanu rzeczy.

Wczoraj przyszło mi do głowy, że ludzie pracujący w mediach mają świadomość tego, że odbiorcy ich przekazu są oddzieleni od nich drucianą siatką, wobec tego mogą się bezkarnie drażnić z nimi i szczuć ich swoimi psami. To poczucie całkowitej bezkarności za to, jak wielce się deformuje rzeczywistość i jak wspaniale wykonuje się służbę na straży powszechnego pookrągłowego kłamstwa, przypomina do złudzenia stan umysłów „dziennikarzy peerelu”. Ci ostatni wiedzieli, że się zeszmacają i nawet uważali siebie za szmaciarzy, nie przeszkadzało to im jednak czerpać radości z codziennego życia i z tego wyróżnienia w hierarchii społecznej, jakie fundowała wiernym szmaciarzom władza komunistyczna. Na samych serwilistycznych, zeszmaconych dziennikarzach świat się jednak nie kończył, wszak komuna domagała się jeszcze spontanicznego poparcia ze strony innych grup zawodowych, toteż w czasach „szczególnej próby”, czyli kiedy czerwoni czuli się nieco zagrożeni lub osaczeni, swoim szczerym oddaniem dla „sprawy socjalizmu” i „władzy ludowej” wykazywali się przeróżni artyści (aktorzy, pisarze, piosenkarze, malarze itd.), rzemieślnicy etc. i „zwykli ludzie z ulicy”. Do dziś pamiętam, jak w końcu lat 80. w dzienniku telewizyjnym pokazywano „normalnego robotnika”, który mówił o strajkujących, że „już są przegrani”. Sięgając wstecz można poczytać sobie choćby „Listy do M.F. Rakowskiego. Listopad-Grudzień 1982” („Czytelnik”, Warszawa 1983), jak np. taki, o którego uważną lekturę proszę, mimo iż będzie to niezbyt przyjemna podróż w czasie:

„Szanowny Panie Premierze,

Należę do zdecydowanej mniejszości społeczeństwa, do ludzi o czystych rękach, zdyscyplinowanych, punktualnych, odpowiedzialnych za swój odcinek pracy, zaangażowanych, do ludzi wykonujących z pasją swój zawód, mających szacunek u młodzieży (z nią bowiem pracuję). Ze swojego biura nie wyniosłam nigdy nawet kartki maszynowego papieru. Nie należałam do „Solidarności”, nigdy nie strajkowałam, nawet wówczas gdy wokół mnie prawie wszyscy nosili biało-czerwone kokardki.

Pomimo że nie chodzę do kościoła, postępuję jak każe Bóg i Lenin. Już w dzieciństwie dzieci na podwórku wołały za mną „komunistka”, a mój ojciec zmarły 20 lat temu został pochowany bez sakramentów świętych, czego odmówił mu ksiądz, bo ojciec nie chodził do kościoła. Ojciec mój swoje dzieciństwo i młodość spędził na pasieniu krów i ciężkiej pracy u bogatych, w tym również u księży. Ponieważ zbyt gorzki był smak chleba wysłużonego u tych, co głosili słowo Boże, więc ojciec przestał wierzyć we wszystko, a najbardziej w istnienie Boga. W całej mojej rodzinie nie splamił sobie rąk kradzieżą cudzego, w tym i państwowego mienia.

Aktualnie mieszkam na Dolnym Śląsku. W 36 roku życia otrzymałam pierwsze w życiu „M”, w nim niezbędne graty, uciułany z mężem (również poczciwą duszą) kolorowy telewizor i koniec. Samochód jest poza sferą marzeń i tak żyjemy od pierwszego do pierwszego.

I co widzę, Panie Premierze? Widzę, że nie pasuję do tego społeczeństwa, gdzie pełno złodziei, nierobów, pijaków, plotkarzy, snobów. Niestety, u nas nigdy nie będzie dobrze. Ten rozplotkowany motłoch usprawiedliwi swoje przywary i wszystkiemu wg niego będzie winna partia i Związek Radziecki. Taka jest prawda. Pracowałam w różnych środowiskach i różnych częściach kraju i moje wnioski wynikają z obserwacji i są prawdziwe. Tak twierdzi sprzątaczka, sklepowa, nauczyciel, zbowidowiec, wizytator KOS, dyrektor (w tym i moja dyrektorka). Tej mentalności nie zmieni nikt.

My, Polacy, Panie Premierze, jesteśmy po prostu złym narodem, nieprawdziwym, zakłamanym, fałszywym, zawistnym, nienawidzącym się nie tylko w obrębie klatki schodowej, ale i w rodzinie, gdy się okaże, że sąsiad lub kuzyn więcej nakradł lub cwaniej się urządził. To nie jest wina rządu ani socjalizmu – my to mamy w genach.

Łączę pozdrowienia
(Nazwisko i adres znane
urzędniczka)”
(jw., s. 49-50)

To list z listopada 1982 r., nie zaś z 1952 r., zwracam uwagę. Jeśli nawet część tego typu tekstów pisana była przez bezpieczniaków w przeróżnych peerelowskich miejscowościach, to przecież niemożliwe, by powstawały one w dziesiątkach tysięcy, bo by się Bezpieka zakorkowała w papierach i nie miałaby czasu na inwigilację oraz prześladowania. Część Polaków (częstokroć nawet mimo niewolniczego trybu życia) po prostu spieszyła z poparciem władzy zupełnie bez przymusu i z niekłamanym entuzjazmem. W podskokach.

Wszystko to staje mi przed oczami, gdy obserwuję media przez te ostatnie 20 lat totalnego kłamstwa. W chwili obecnej (albo jak mawiają matoły „na dzień dzisiejszy”) cała ta orgia tępoty wokół osłanianego przez służby specjalne błazna (nikt bez osłony nie ważyłby się na takie wytrwałe i skandaliczne działania) nie jest niczym nadzwyczajnym, choć zapewne ujawnia po raz kolejny (coraz mniej skrywany) mechanizm działania współczesnych środków przekazu w Polsce. Ktoś trąbi, a pogoń rusza. Z wielu najodleglejszych zakątków naszej ziemi w tym samym momencie zrywa się sfora i zachowuje się tak, jakby przeszła profesjonalną tresurę w szkołach policyjnych. Tak jak psy, które wyuczone są w tropieniu narkotyków czy odstraszaniu demonstrantów, tak dziesiątki ludzie mediów wykonują dokładnie te same działania, by wykazać się swoją służalczością wobec mocodawców. Ja nie podejrzewam nawet, by mieli ci ludzie jakiekolwiek wyrzuty sumienia z tego powodu. Podobnie bowiem, jak za komuny (a przecież spora część ludzi mediów w Polsce brała szlify w dziennikarstwie komunistycznym), mogą mieć świadomość swojego serwilizmu, łamania jakichkolwiek standardów związanych z wykonywaną profesją, oddania się kłamstwu i dezinformacji – lecz zarazem może im się znakomicie żyć. Sumienie można stopniowo wygłuszyć, a nawet zabić i wiele postaci historycznych można by na dowód tego przywołać, zaś szczególnie skutecznym zagłuszaczem sumienia były i są pieniądze. Jeśli więc można o wiele lepiej żyć, służąc kłamstwu i przemocy aniżeli prawdzie i wolności, a takie mamy realia w Polsce po 1989 r., to przecież nic dziwnego, że tylu ludzi się do tej służby garnie. Dziś już nawet tej przemocy nie potrzeba tak wiele, skoro kłamstwo stało się wszechobecne i tak efektywne. Wystarczy wszak zwielokrotnić jego działanie i już nawet specjalna pałka nie jest potrzebna do perswazji.

Podobnie jednak jak w komunizmie, sam serwilizm dziennikarski nie wystarczy. Samo więc to, że skandalicznymi występami osłanianego przez służby błazna zajmuje się „kwiat dziennikarstwa” z Olejnik na czele, to okazuje się za mało. Władzy postkomunistycznej na pomoc przybywają rozmaici przedstawiciele innych grup zawodowych – Marek Kondrat, słynny kontestator komunizmu z lat 80. Janusz Panasewicz i jeszcze słynniejszy łódzki kontestator z owej dekady Krzysztof Skiba (zasłynął także w czasach AWS-u pokazaniem swojej tylnej części ciała premierowi Buzkowi, za co salon kocha Skibę i całuje go w tę część do dziś), a nawet jakaś pańcia serialowa, o której pewnie bym długo nie słyszał, gdyby nie to, że jej odważną wypowiedź popierającą odwagę osłanianego błazna nagłośniono w jednej z codziennych gazet wydawanej przez niemiecki koncern w języku polskim.

Nie jest ważne oczywiście to, co ci ludzie naprawdę mówią i jak mówią. Z jednej strony bowiem podtrzymują rezonans niezbędny do tego, by postkomunistyczny kołchoźnik (na jaki składają się media w Polsce w swej przytłaczającej większości) nadawał swój przekaz non-stop, a z drugiej, prezentują swoje całkowite oddanie władzy, która – gdyby choć przez chwilę czuła się zagrożona – wciąż może na nich liczyć. System wzajemnych powiązań między rożnymi grupami zawodowymi w Polsce przekłada się zwyczajnie na finansowe korzyści – ty dziś poprzesz nas, my tobie ułatwimy życie przy innej okazji. Gdyby ktoś wnikliwy, jak choćby Budyń78+ prześledził uważnie karierę takich zespołów, jak choćby Big Cyc, to by się nieźle musiał nagimnastykować, by wyjaśnić sobie, jak to się dzieje, że rzeczy tak pozbawione wartości artystycznej, ale i nawet prawdziwego, rockowego feelingu, mogą tak być promowane przez szołbiznes. Ale odpowiedź na pytanie o sukces tego rodzaju zespołu, tak jak i T. Love i wielu innych koncesjonowanych kontestatorów jest dość prosta – na co zresztą Budyń zwraca uwagę w swoich artykułach (na łamach POLIS MPC) o polskiej muzyce rockowej: wystarczy być wiernym politycznej poprawności i wtedy sukces w naszym szołbiznesie jest murowany. Znajdują się pieniądze na produkcję i promocję, na recenzje, na sesje zdjęciowe, otwierają się podwoje wielu klubów, a czas antenowy, taka w końcu cenna rzecz w mediach komercyjnych i publicznych nie jest najmniejszym problemem i (trzymając się tych dwóch prostych przykładów) Big Cyca czy T. Love można usłyszeć wszędzie – od RMF po program dla emerytów i rencistów, czyli „Cztery pory roku” w Jedynce. Wystarczy tylko wiedzieć, jak się wstrzelić i w kogo uderzyć. Na tej zasadzie przecież wielką furorę zrobiła piosenka śpiewana przez Pawła Kukiza „ZCH zbliża się”, która znakomicie wpisywała się w atmosferę postkomunistycznej walki z Kościołem pierwszych lat 90. oraz w protest „środowisk ludzi mądrych” przeciwko powstawaniu „państwa wyznaniowego”. Akty serwilizmu wobec postkomunistycznej władzy nie idą w niepamięć, dlatego kto w porę wyrazi swoją służalczość zawsze może liczyć, że któregoś dnia czyjś łaskawy telefon udrożni jakąś „ścieżkę kariery”, umożliwi tańsze wynajęcie ekskluzywnego studia nagraniowego, ciekawy angaż estradowy, występ na jakimś festiwalu czy przychylność jury przy takich lub innych nagrodach „przemysłu rozrywkowego” w Polsce, czyli takiej samej mafii, jak innych, które sobie żyją w najlepsze po „obaleniu komunizmu”.

Wydawałoby się, że w sytuacji aż tak widocznego powszechnego zakłamania wcale nie jest wielką sztuką demaskowanie go przez dziennikarzy (tematy leżą na ulicy!). Wyobraźmy sobie, jak wielki prestiż społeczny uzyskaliby dziennikarze, gdyby zaczęli nagle przeciwstawiać się władzy i obnażać jej nieudolność, głupotę, czy działania na szkodę państwa lub obywateli. Jak wielkim zaufaniem społecznym by się cieszyli. Tymczasem tak się nie dzieje. Ci sami ludzie, którzy wcale nie zajmowali się pijaństwem „prezydenta Kwaśniewskiego”, unikając tematu, jak ognia, teraz domagają się wyjaśnienia sprawy „alkoholizmu Kaczyńskiego”. W sytuacji, gdy Kwaśniewski całkowicie skompromitował siebie i swoją komunistyczną sitwę, która go wyniosła do władzy już w latach 80., a przede wszystkim zhańbił pamięć Polaków pomordowanych przez Rosjan oraz honor i dumę samej Polski (i powinien na zawsze już milczeć w kwestiach publicznych), nie domagano się nie tylko wyjaśnienia całego haniebnego incydentu i – co byłoby oczywiste – odsunięcia prezydenta-pijaka od władzy, lecz wprost tuszowano, przemilczano skandal. Podobnie wzruszano ramionami, gdy wraz z innym błaznem osłanianym przez służby, tj. ówczesnym szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego i paroma ubawionymi szczerze baranami w mundurach i garniturach, Kwaśniewski szydził w najlepsze z gestów Jana Pawła II.

Dlaczego? Dlatego że zawodowa, wierna służba kłamstwu jest nie tylko trendy, ale i zwyczajnie cholernie popłaca. Pieniądz zaś nie śmierdzi, nawet jeśli się go zarabia na gównianej robocie. Zawsze to zresztą lepiej niż skończyć jak Michał Falzmann, który chciał się dowiedzieć o współczesnej Polsce zbyt wiele.

http://www.dziennik.pl/opinie/article364033/Olejnik_Byly_malpeczki_Sa_kaczuszki.html
http://www.dziennik.pl/zycienaluzie/article364226/Anna_Korcz_Popieram_Palikota.html
http://www.dziennik.pl/zycienaluzie/article363946/Skiba_Na_trzezwo_rzechami_latac_sie_nie_da.html
http://www.dziennik.pl/zycienaluzie/article363861/Kondrat_Prezydent_nie_kupilby_u_mnie_wina.html
http://www.dziennik.pl/zycienaluzie/article363837/Panasewicz_Nie_pijam_z_plastiku.html

20 kwi 2009

Patologie polskiego życia społecznego

W „Polsce Ludowej” jedną z metod „rozwiązywania problemów” było medialne biadolenie nad niegospodarnością Polaków, ich lenistwem i zacofaniem. Gdy brakowało czegoś w sklepach, a jakość wszelakich usług była na poziomie epoki kamienia łupanego, to przez rozmaite gazety lub czasopisma :), programy informacyjne i publicystyczne przewalała się debata, w której niejeden mędrzec socjalizmu łamał sobie głowę, czemuż ach czemuż Polacy nie umieją pracować, czemu im się tak bardzo nie chce, no i czemu, jeśli już się wezmą do roboty, to wszystko robią bylejak. Tezą tego typu rozważań było zdanie, że gospodarka socjalistyczna jest OK, tylko ludzie nie dorośli do tychże warunków. Innymi słowy, standardy życia, jak na Zachodzie (pomijając, rzecz jasna, nieludzki wyzysk, któremu komunizm się dzielnie sprzeciwiał, wymyślając na nowo niewolnictwo i masowe roboty przymusowe), były na wyciągnięcie ręki, tylko Polakom się „nie chciało”. Wprawdzie docierały wieści, że po wyjeździe z sowieckiej Polski wielu rodaków potrafi pracować za dwóch, jeśli tylko zapewnia się im godziwą płacę, ale mędrcy socjalizmu kwitowali to w ten sposób, że te przypadki są po pierwsze nieliczne, a po drugie i tak te pieniądze i ci ludzie zostają w kapitalizmie i nie chcą wracać do socjalistycznego raju, czyli po prostu osiągnęli fałszywą świadomość, a tym samym są straceni dla sprawy budowania społeczeństwa bezklasowego.

Tym konkluzjom z kolei towarzyszyły relacje dotyczące tego, jak traktuje się pracujących (zwł. w USA) naszych rodaków, jak się szlajają i jak marnie kończą, nie mogąc sobie znaleźć miejsca w świecie. Eksponowano losy oczywiście tych, co przez wiele lat pracowali tam nielegalnie, pomijając rzecz jasna fakt, że pracując nielegalnie można zarobić całkiem niezłe pieniądze (tak też zresztą wielu Polaków będących na emigracji wspierało rodziny i przyjaciół biedujących w kraju), a jednocześnie przypominano, że w socjalizmie nie ma ani slumsów, ani przestępczości (poza warchołami i chuliganami, co czasami demolują miasta, nazywając te akty wandalizmu „demonstracjami” czy „protestami”), ani degrengolady. W ten sposób, w ostatecznym rozrachunku, mędrcom wychodziło, że lepiej już sobie spokojnie egzystować w sowietyzmie aniżeli mordować się w kapitalizmie, gdzie wszelkie wysiłki ludzkie i tak idą na marne, gdyż w krwiopijcy i wyzyskiwacze nie przejmują się ludzką dolą.

Tym z kolei koncepcjom towarzyszyło ubolewanie nad „masowym” czy wprost „ludowym” katolicyzmem, który dla wielu mędrców socjalistycznych był przejawem ciemnoty cywilizacyjnej (dopuszczano ewentualnie koegzystencję z socjalizmem tzw. katolicyzmu otwartego tzn. przyjmującego bez większych zastrzeżeń realia antropologiczne komunizmu i w tymże katolicyzmie widziano przyszłość, ewentualnie w tzw. teologii wyzwolenia, która twórczo i bojowo łączyła Chrystusa z Marksem i Che Guevarą), jak też nad „polską głupotą”, „bohaterszczyzną”, „martyrologią” etc. Twierdzono w wielu publikacjach prasowych i naukowych, że Polakom brak zdrowego pozytywizmu, że Polacy potrafią jedynie walczyć (choć oczywiście nie tak skutecznie, ofiarnie i dzielnie jak wyzwolicielka, armia czerwona) i rozpamiętywać swoje narodowe tragedie, nie zaś budować, pracować, starać się. Pomijano w tych z kolei rozważaniach ten drobny fakt, że gdyby nie Prymas Tysiąclecia i Jego perspektywiczna wizja odbudowy polskiej świadomości społecznej i narodowej poprzez ufundowanie jej na wierze katolickiej, to z Polaków w przeciągu jednego pokolenia skonstruowano by ludzi sowieckich. Pomijano więc to, że gdyby nie Kościół, to z naszej duchowości pozostałyby wióry. Abstrahowano też od tego, że polski pozytywizm rozwijał się w warunkach kapitalizmu, nie zaś komunizmu.

Gdy się nie udawało winą za braki na rynku, za dziadostwo obarczyć leniwych, głupich i zacofanych Polaków, to się szukało winy w „lokalnej biurokracji”, ewentualnie „prywaciarzach i spekulantach”. Wszyscy ci mędrcy, rzecz jasna, z usłużnymi satyrykami takimi jak R. M. Groński, kierowali uwagę odbiorców na wszystko, tylko nie na PZPR i komunistów, którzy za cywilizacyjny regres w postaci peerelu odpowiadali. I trwało to tak całymi latami, aż w końcu nastała epoka „wielkiej zmiany” i zagospodarowywania „własnego domu”, w trakcie której okazało się, że z Polakami znowu coś jest nie tak. Jak nie dorastali (intelektualnie, duchowo itd.) do demokracji, to znowu nie rozumieli, że nastał kapitalizm i chcą „pracować jak za komuny, a zarabiać, jak na Zachodzie”, co więcej, nie chcą robić uczciwie, tylko albo zatrudniają (się lub najmują innych) na czarno, albo chowają się w szarej strefie. I wciąż narzekają, wciąż niezadowoleni, choć dla nich jeden elektryk omalże nie rozdarł sobie spodni przeskakując mur stoczni, „pierwszy niekomunistyczny premier” omal nie mdlał w trakcie swojego pierwszego expose, a cudotwórca Balcerowicz wypełnił puste sklepy towarami.

Mimo że Polacy częstokroć pracowali w paru miejscach naraz, chcąc nareszcie przyzwoicie zarobić, to twierdzono, że pracują za mało, bylejak lub źle. Przede wszystkim jednak pomstowano na niemalże skokowe powiększanie się obszaru szarej strefy, co tłumaczono w ten sposób, że Polacy mają złodziejstwo we krwi lub też przejawiają wciąż tę odziedziczoną po komunizmie mentalność, która widzi administrację państwową jako okupację. Burzono się strasznie i pukano w czoło, gdy demonstracjom ludzi niezadowolonych z tego, co się dzieje w kraju towarzyszyło skandowanie „zło-dzie-je! Zło-dzie-je!” Niejeden mędrzec zastanawiał się, o jakich złodziei może chodzić i kogóż z uczciwych polskich elit politycznych i biznesowych można by nazywać złodziejem? Jednocześnie dbano o to, by jedne grupy zawodowe i społeczne przeciwstawiać innym – górników nauczycielom, lekarzy pacjentom, rolników mieszkańcom miast itd., wywołując w ten sposób ponownie (jak za komunizmu) ostre antagonizmy społeczne i po raz kolejny (jak w peerelu) przesuwając uwagę obywateli z koalicji postkomunistycznej, która obrała sobie za cel rządzenie Polską przez kilkadziesiąt lat na fikcyjne przyczyny obecnego stanu rzeczy. I tak przykładowo szara strefa brała się ze złodziejskich i anarchistycznych skłonności Polaków, nie zaś z tego powodu, że system fiskalny jest drakoński, a biurokracja towarzysząca działalności gospodarczej większa niż za komuny. Niska stopa życiowa brała się stąd, że ludziom nie chce się szukać lepszej pracy, a poza tym pracują bylejak, nie zaś stąd, że płace w Polsce mają się w większości zawodów nijak do standardów na Zachodzie. Oczywiście tym, co na to głośno zwracali uwagę zamykano usta stwierdzeniem, że pieniędzy dodrukować się nie da, że w ten sposób będzie hiperinflacja – tak jakby wzrost płac (tudzież poprawę warunków bytowych Polaków) można było uzyskać wyłącznie w ten sposób.

Te wszystkie refleksje przyszły mi do głowy, gdy przeczytałem wywiad z prof. J. Czapińskim, przeprowadzony przez niezmordowanego (jak kiedyś A. Małachowski) J. Żakowskiego. Spotyka się więc dwóch starszych panów i jeden przez drugiego dziwują się straszliwie, dlaczego w naszym pięknym kraju nie ma kapitału społecznego. Lektura warta jest grzechu, choćby ze względu na arcyinteligentne pytania, jakie stawia publicysta komunistycznej „Polityki”, ale też i dywagacje Czapińskiego uważam za niczego sobie. Socjologia to w ogóle niezwykle ciekawa dyscyplina, gdyż ostatnio pełni w naszym kraju konglomerat z jednej strony futurologii i astrologii, a z drugiej psychoterapii. Tedy, jak dziennikarze czegoś nie wiedzą, a przyznajmy szczerze, wiedzą nie za wiele, to zaraz telefonują do socjologa lub ciągną go do redakcji, żeby wyjaśniał, o co chodzi. W ten sposób socjolog staje się takim człowiekiem od wszystkiego, trochę jak szaman w wioskach Czarnego Lądu. No ale mniejsza z tym.

Czapiński najpierw stwierdza, że w Polsce pod względem wykształcenia doganiamy już USA. To oczywiście prawda pod tym warunkiem, że porównywalny będzie stopień naukowego rozwoju w Stanach Zjednoczonych i u nas, ilość publikacji naukowych, woluminów w bibliotekach, zaawansowanych technologii, wyposażenia uczelni, no i oczywiście stopnia przygotowania do określonych zawodów absolwenta amerykańskiej i polskiej uczelni. Czapiński dodaje więc zaraz: „Ale od pewnego etapu podnoszenie poziomu wykształcenia nie ma już znaczenia dla wzrostu gospodarczego. A my się właśnie do tego momentu zbliżamy. Gdyby nie było kryzysu, osiągnęlibyśmy ten poziom za 5-6 lat”. Okazuje się więc, że znowu coś nas ominie, zanim się zdążyliśmy tym nacieszyć. Byłoby więc dobrze, gdyby nie kryzys. To nie dysfunkcjonalny system szkolnictwa wyższego, awansu zawodowego i korelacji między gospodarką a nauką jest winien istniejącego stanu rzeczy – winien jest kryzys.

Nie tylko kryzys (który nawiasem mówiąc spadł gabinetowi ciemniaków jak manna z nieba, gdyż swoją tępotę i indolencję będą mogli w ten sposób usprawiedliwić – nie dało się obniżyć podatków, nie dało się usprawnić gospodarki, nie dało się zbudować autostrad, nie dało się nic zrobić, bo była światowa dekoniunktura, ale w następnej kadencji, wierzcie nam, barany, damy z siebie wszystko i obiecany cud gospodarczy będzie soon or later). Drugim problemem jest skrajny indywidualizm Polaków. Jakoś pobrzmiewa mi tu nuta debat peerelowskich, ale może jestem przewrażliwiony, Czapiński wszak mówi:

„cały dotychczasowy sukces osiągnęliśmy metodą modelu molekularnego (…) Polacy masowo inwestowali w siebie. W swoją wiedzę, w zdrowie, we własne szczęście. Byliśmy coraz sprawniejsi i wydajniejsi w pracy. Każdy liczył, że dzięki inwestycjom w siebie wygra rywalizację z innymi. I to się sprawdzało. Ponieważ grupa systematycznie inwestujących w siebie była coraz liczniejsza, rywalizacja stawała się coraz intensywniejsza. PKB rosło. Coraz więcej było osób zamożnych. Polska się rozwijała. Ale rozwijała się tylko w tych dziedzinach, w których wystarczające były indywidualne wysiłki obywateli. (…) Bo w molekularnym modelu rozwoju żadne duże wspólne przedsięwzięcie nie może się udać. Czy pan może wymienić jakąkolwiek dużą inwestycję publiczną, która się powiodła? Brak autostrad w Polsce nie wynika przecież z braku pieniędzy. Widać są w nas jakieś bariery, które w miarę rozwoju będą odgrywały coraz większą rolę. Bo za kilka lat wejdziemy do grupy społeczeństw względnie bogatych, gdzie rozwój wymaga innego paliwa niż wzrost kapitału ludzkiego. Od pewnego poziomu, żeby rozwijać się dalej, poza kapitałem fizycznym, finansowym i ludzkim, trzeba jeszcze mieć kapitał społeczny.”

No i tu jest pies pogrzebany, bo, jak dodaje socjolog, kapitał społeczny to więzi międzyludzkie oraz nasza zdolność do kooperacji. Sytuacja jest alarmująca, ponieważ, zwraca uwagę Czapiński, od dwudziestu lat nie posunęliśmy się do przodu, jeśli chodzi właśnie o ten kapitał – i dodaje ciekawie:

„Nawet cała kampania lustracyjna, która wszystkich czyniła podejrzanymi, nawet wysyp afer pokazujących nieuczciwość polityków, sędziów, prokuratorów nie może już pogorszyć sytuacji. Może ją najwyżej utrwalić. Bo nieufność od dawna zacementowała się w samym jądrze polskiej tożsamość.”

Cholera jasna, nawet nie przypuszczałem, że lustracja może być aż tak wielką przeszkodą w odbudowie kapitału społecznego. Zawsze zresztą wydawało mi się, że zasady przejrzystości i uczciwości w życiu społecznym to podstawa jakiejkolwiek praworządności, w warunkach której o budowie tego rodzaju kapitału można myśleć, no ale wiemy skądinąd, że lustracja w Polsce zamieniła się w polowanie na czarownice i ganianie za boguduchawinnymi agentami, których nie tylko nie było, ale nawet, jeśli byli, to nikomu nie zaszkodzili, a jeśli nawet zaszkodzili, to mogą się zrekompensować, choćby jak min. Boni, którego fachowość podkreśla dziś niejeden komunistyczny i postkomunistyczny publicysta.

Czapiński mówi wprost:
„Patologiczny indywidualizm! Jeżeli chodzi o poziom indywidualizmu, jesteśmy najbliżej społeczeństwa amerykańskiego. Tylko że ich indywidualizm nie jest patologiczny. Bo towarzyszy mu stosunkowo wysoki kapitał społeczny. Oni też się indywidualnie ścigają i ostro rywalizują o osobistą pozycję. Ale nie są tak zamknięci na innych. Nie są tak podejrzliwi. Dzięki temu mogli się rozwijać po przekroczeniu progu przejścia fazowego. A nam grozi, że staniemy w miejscu.”

No nie jest za wesoło, gdy dowiadujemy się po 20 latach, że znowu jesteśmy winni kiepskiej sytuacji w naszym kraju. Może nie tyle my, co nasz patologiczny indywidualizm. Pytanie tylko, kto by nas z tego mógł wyleczyć? Myślę, że najlepsza byłaby psychoterapia zastosowana przez prof. J. Reykowskiego, doradcy WRON-u i Jaruzelskiego. Ba, ale czy jest jakiś odważny w gabinecie ciemniaków, kto wziąłby się za wybijanie nam z głowy patologicznego indywidualizmu? Klich jednak to nie Siwicki, a Schetyna nie Kiszczak. Może Frasyniuk z Owsiakiem by się nadali. Są ostatnio w wyjątkowo bojowych nastrojach.

http://www.polityka.pl/polska-smuta/Lead33,933,287610,18/

19 kwi 2009

Glossa do Kłopotowskiego

Nie sądziłem, że z tych samych przesłanek można wyciągać tak odmienne wnioski – czytam krótki tekst K. Kłopotowskiego, który stwierdza, że popieranie PiS-u nie ma już żadnego sensu, a do tej konkluzji doszedł po lekturze eseju prof. Z. Krasnodębskiego. Mam wrażenie, że uległ on jednak czarowi „matrixu Ubekistanu”, że posłużę się określeniem J. Targalskiego i zwątpił w możliwość jakiegokolwiek przeciwstawienia się temu matriksowi. Tymczasem sam fakt, że partii antykomunistycznej udało się w warunkach dwójwładzy w Polsce przejąć na dwa lata kontrolę nad sytuacją, dowodzi, że Ubekistan nie jest tak silny, jak mu się wydaje, czyli, że diabeł nie jest tak straszny, jak go malują. Nie zmienia to oczywiście faktu, że diabeł jest straszny, bo jest. Zabija, kłamie, szantażuje, inwigiluje, no i pełno go wszędzie. Jednakże z punktu widzenia ludzi wiary diabeł nie jest elementem rozstrzygającym o porządku świata, o czym niedawno przypominały czytania z Ewangelii w okresie Wielkanocnym, a o czym każdy rozsądny człowiek wie. Gdyby bowiem diabeł był zwycięzcą, to obozy śmierci rozciągałyby się po całym świecie, a różni hitlerowcy i komuniści mogliby się bezkarnie pastwić nad ludźmi przez całe wieki. Duch wolności, duch prawdy, duch sprzeciwu wobec bezprawia i diabelskiej przemocy – jest silniejszy niż to wszystko, co tego ducha poddaje opresji.

To tak dla przypomnienia. Gwoli uzupełnienia polecam nie tylko red. Kłopotowskiemu obejrzenie słynnego filmu o bydle, które odbija małego z paszcz lwów. Czy można sobie wyobrazić bardziej beznadziejną sytuację, jak tego biednego zwierzęcia (no, może w Auschwitz czy w jednym z sowieckich łagrów lub psychuszek, ale i stamtąd ludziom udawało się czasem wydostać)? A tymczasem zwierzęta odbijają zaatakowanego i odganiają drapieżników. Warto zresztą pamiętać, że te drapieżniki dopadły małego zgrają – nie zaś w walce sam na sam czy równy z równym. Ta metoda także została wykorzystana w systemach opresji, w których hitlerowcy czy inni sowieciarze silni są tylko, gdy mają przewagę lub gdy z bronią napadają na bezbronnych. Ale przecież nawet przy takiej przewadze i przy takich ludobójczych represjach, po jakie sięgali hitlerowcy wespół z sowieciarzami, Polacy byli w stanie się im przeciwstawiać. Dobitnym przykładem walki Dawida z Goliatem był choćby Poznań w czerwcu 1956 r. – być może najważniejsza data w powojennej Polsce (pomijając wybór Karola Wojtyły na papieża). Oczywiście długoletnia pacyfikacja polskich prób oporu przeciwko sowieckiemu okupantowi i zaprzańcom udającym polskie władze, sprawiła, że zaczęto konstruować tzw. „konstruktywną opozycję”, która dziwnym trafem zmierzała do „historycznego kompromisu” i „bezkrwawej rewolucji”, nie zaś do wywieszenia zdrajców na latarniach i wygnania armii czerwonej z kraju – musimy jednak pamiętać, że obok „konstruktywistów” byli też tacy, co uważali, że na żaden kompromis z komunistami nigdy nie należy pozwolić. Ta tradycja jest wciąż obecna w naszej myśli politycznej do dziś choć różnorako się wyraża.

Piszę o tym tak obszernie, ponieważ wydaje mi się, że czasami publicyści zatracają umiejętność patrzenia na polskie sprawy z nieco szerszej niż doraźna, perspektywy. Wielokrotnie pisałem o tym, lecz znów powtórzę. PiS nie jest partią moich marzeń (taką byłoby radykalnie antykomunistyczne ugrupowanie dążące nie tylko do całkowitego przecięcia więzów nowej Polski z peerelem, ale i do natychmiastowej delegalizacji wszelkich ugrupowań komunistycznych, dekomunizacji we wszystkich newralgicznych obszarach polskiego życia (od służb po naukę i kulturę), likwidacji mediów komunistycznych, lustracji majątkowej i konfiskaty majątku uzyskanego w sposób nielegalny, złodziejski w ramach „prywatyzacji” lub uwłaszczania nomenklatury, osądzenia i skazania zbrodniarzy komunistycznych, a także – po rozprawieniu się z komunistami, osądzenia tych, co doprowadzili do takiego stanu rzeczy, że komuniści są wciąż siłą polityczną, ekonomiczną i militarną (Aleksander Ścios pisze o tym już od wielu tygodni) w niepodległym niby i wolnym kraju). PiS jest partią pragmatyczną, czego wyrazem jest choćby prounijność, czego z kolei ja akurat nie akceptuję, ale macham na to ręką, wierząc, że UE wcześniej czy później klęknie, zaś sprawy polskie tak czy tak należy rozwiązać, inaczej bowiem to, czy będziemy w UE czy nie i tak nie będzie miało żadnego znaczenia. Powiedzmy bowiem sobie otwarcie – z punktu widzenia Ubekistanu różnica, czy jest on ulokowany w strukturach bloku sowieckiego czy eurokomunistycznego, jest minimalna poza tą, że daje się o wiele lepiej zarobić niż w warunkach siermiężnego centralnego planowania i „planowych niedoborów”. Towarzysze z Bezpieki, majstrując pierestrojkę, uznali, że skoro gospodarka sowiecka jest kompletnie nieudolna, to żeby „żyło się lepiej i żyło się weselej”, nie zaszkodzi „wpuścić trochę powietrza” do systemu, byleby sprawy społeczno-polityczne pozostały nadal w gestii Bezpieki. Myśl prosta i genialna w swej prostocie, a szczegóły tego projektu opisuje A. Golicyn, A. Besancon oraz W. Bukowski. Ale z tego właśnie powodu, że Bezpieka w taki sposób zaplanowała sobie trwanie przez następne dekady, potrzeba przerwania tego procederu wydaje się tak pilna, tak niecierpiąca zwłoki. (Jeśli nie zrealizuje jej nasze pokolenie, to kto? Dzieci, których umysłami wnet zawładnie Ubekistan?)

No i tego właśnie podjął się PiS w 2005 r. i, co warto wspomnieć, uzyskał na realizację takiej poważnej zmiany placet społeczny. Oczywiście, radykalny program został zablokowany, ale już z samego faktu dokonania zmian w mediach publicznych, otwartego politycznego wsparcia dla RM, likwidacji WSI, wsparcia dla IPN-u, można sądzić, że była to droga we właściwym kierunku i pierwszy poważniejszy sukces polityczny środowisk antykomunistycznych od końca lat 80. Rządów AWS nie traktuję jako antykomunistycznych, żeby było jasne – AWS był i na zawsze pozostanie w mojej pamięci jako wielka parodia i kompromitacja prawicy (nie tylko ze względu na zabójczy sojusz z UW, ale ze zwgl. na katastrofalne reformy (edukacji, administracji etc.), z których jeszcze długo będziemy się wygrzebywać). To, że trzeba było czekać tak długo na taki sukces antykomunistów, świadczy, z jak skomplikowaną sytuacją mamy w Polsce do czynienia. Innymi słowy, jak poważnym problemem jest wciąż Ubekistan. Jeśli doda się do tego, co napisałem teraz, to, co Ubekistan wyrabiał za rządów PiS-u oraz po obaleniu jego rządów, to mamy pełny obraz współczesnej Polski. Dopiero na tym tle należy odczytywać esej Krasnodębskiego i stawiać określone pytania.

Jedno z nich, to to, w jaki sposób będziemy działać dalej? Jeśli, jak głosi już nie tylko Krasnodębski, koalicja postkomunistyczna zmonopolizuje najważniejsze obszary naszego życia (od służb, poprzez scenę polityczną, na mediach kończąc), to owszem, droga polityczna wydaje się nieco utrudniona, gdyż antykomuniści będą przedstawiani jako zagrażający porządkowi państwowemu radykałowie, faszyści itd. i zapewne zwalczani będą wszelkimi możliwymi sposobami. Ostatnią jednak rzeczą powinno jednak być cofanie poparcia dla PiS-u jako jedynego ugrupowania, któremu do tej pory udało się zrobić tak wiele i tak bardzo napędzić stracha różowym i czerwonym. Bo jeśli nie PiS, to co? Polska XXI? UPR? Nie żartujmy nawet. Owszem, można by zbojkotować w ogóle scenę polityczną w Polsce, no ale nie jest to rozwiązanie rozsądne w sytuacji, w której recydywa peerelu jest posunięta tak daleko i jednocześnie różowi z czerwonymi są przekonani, że nikt ich już z tej drogi nie zawróci. Można powiedzieć, że wchodzimy w okres jakby wczesnego Gierka (pierwszej pięciolatki), kiedy komuna tryumfowała, chwaląc się pełnymi sklepami (zapełnionymi dzięki pożyczkom z Zachodu, oczywiście), bo w latach 80. komuna miała na swoim koncie sukcesy militarne i represyjne, jednakże wiedziała, że czerstwym chlebem, octem i tanią wódą oraz papierem toaletowym za oddawaną makulaturę nie zaspokoi konsumpcyjnych potrzeb Polaków. Analogia z okresem gierkowskim jest uzasadniona tym bardziej, że obecny rząd znowu chce zaciągać wielomiliardowe pożyczki – rzecz jasna, dla naszego dobra. Naturalnie, „pełne sklepy” za Gierka i kolejna „stabilizacja” to była jedna strona medalu, drugą były wprowadzone wnet kartki na cukier oraz wyjście ludzi na ulice w Radomiu w czerwcu 1976 i podpalenie budynku wojewódzkiego komitetu PZPR. A potem już posypało się dalej i sen czerwonych (o ustabilizowaniu sytuacji za pomocą pełnych sklepów i pałki) się skończył.

Nie widzę powodu, by grzebać PiS, tylko dlatego, że koalicja postkomunistyczna PO-PSL-SLD szykuje nam scenariusz: pełne sklepy plus pałka. Z tego też względu tych wszystkich posłów, co porzucili PiS, kierując się „wyższymi względami” uważam za dezerterów i/lub hipokrytów. Nie odchodzi się bowiem z pola walki przed zakończeniem bitwy, mówiąc obrazowo.

Oczywiście, oprócz stricte politycznej jest jeszcze inna droga – tak choćby jak w Radomiu w 1976 - walka na ulicach. Niewykluczone, że do niej w końcu dojdzie, bo jak powiedział kiedyś Herbert wolność bez przelanej krwi nie jest wiele warta. Na razie jednak możemy próbować wykorzystywać środki polityczne, skoro są one jeszcze dostępne.

http://tinyurl.com/dxgtxj
http://klopotowski.salon24.pl/569901.html

18 kwi 2009

Świętować każdy może

Lubię jubileusze, nawet jeśli nie są okrągłe. Taki nieokrągły właśnie, bo chodzi o 83 lata istnienia obchodzi dziś hucznie Polskie Radio w programie 1. Rano w Sygnałach Dnia niezawodny T. Zimoch, niby po prostu wieloletni, pradawny reporter sportowy, ale gdy pojawiła się sprawa Zyzaka, to potrafił dzielnie stanąć w szeregu potępiających książkę młodego historyka obok takiej gwiazdy, jak T. Lis. No ale dziś nie o Zyzaku opowiadał, jeno o tym, że jest też jubileusz dwulecia rozpoczęcia organizowania Euro 2012. Od strony informacyjnej PR 1 trzyma jednak rękę na pulsie, ponieważ w serwisach od trzech dni pojawia się news o nowym spocie wyborczym PiS, który „kończy politykę miłości”, choć, jak Bóg na niebie, tę politykę ogłaszał obecny premier, nie zaś premier poprzedni, ale co tam fakty, którymi przez długie dziesięciolecia Polskie Rado właśnie wcale się nie przejmowało, będąc ewidentnie tubą propagandową komunistycznej monopartii.

Czy zatem jest co świętować? Ależ oczywiście, że jest. Jeszcze akurat PR jest w tej dobrej sytuacji, że może się powołać na czasy przedwojenne, które wielu (choć może nie wszystkim) Polakom się lepiej kojarzą od powojennych, ja jednak pamiętam, jak wiele okrągłych jubileuszy (45-, 50-lecia) obchodzono w latach 90., nie przejmując się szczególnie tradycją „Polski Ludowej”. Oczywiście, jubilaci, zapatrzeni w szwedzkie stoły i błyszczące kielonki, chętnie wspominali rozmaite epizody, może czasami puszczając oko do odbiorcy, że trzeba było jakoś z tą komuną żyć, jakoś z cenzurką się użerać itd., ale w jakieś detale specjalne nie wchodzili i materiałami archiwalnymi się nie chwalili, chyba że był to jakieś wesołe wpadki. Tych niewesołych, czyli długiej i wiernej służby komunie jakoś nie chciano powspominać.

„Sygnały Dnia” akurat 36 lat istnieją (początek w marcu 1973 r., a więc głęboka i piękna komuna), więc też już kawał czasu, prawda. Wymyślił je A. Tarnawski, który wymyślił też legendarne „Lato z Radiem”. Jak ktoś ze starszego pokolenia jednak wspomni sobie te tragiczne programy z lat 70., 80. czy 90. oraz z okresu rządów Millera, kiedy w trakcie porannych wywiadów na przemian przepytywano w studiu komunistów starych i młodych dzień w dzień, to włos się na głowie jeży na myśl, że można się cieszyć z tych wszystkich lat pracy. A któż nie siedział za mikrofonem – T. Sznuk, S. Szof, A. Jaroszewski, A. Matul (do dziś od wczesnych lat 70.), A. Mielniczuk a zwłaszcza L. Nowak, no i wielu innych, z których części już dziś na antenie nie można usłyszeć. O muzyce (głównie z „bratniej wspólnoty socjalistycznych krajów”) to może nie wspomnę i o jakości dźwięku na falach długich przez długie lata (na UKF zaczęto przechodzić dopiero w III RP, aczkolwiek dopiero za Czabańskiego Jedynka stała się powszechnie dostępna w Polsce na tychże falach), dziś już, odkąd szefuje muzycznej redakcji P. Sztompke jest już dużo lepiej.

„Matysiakowie”, którzy potrafili sławić zarówno komunizm (wszak to warszawska „rodzina robotnicza”), jak i postkomunizm. Polecam tę audycję każdemu (http://www.polskieradio.pl/matysiakowie/ ), kto śledzi rozwój i ewolucję propagandy w Polsce – w okresie referendum przedakcesyjnego postaci rozmawiały o tymże referendum, w okresie kaczyzmu załamywały ręce nad kaczyzmem, a gdy się zbliża wysyłanie PiT-ów, rozmawiają o PiT-ach itd. Podobną stylistykę przyjmuje też słuchowisko „W Jezioranach”. Ktoś powie, a co w tym złego, że słuchowisko traktuje o tym, co politycznie poprawne? Nic, na tym przecież polega misja polskich mediów już od wielu wielu lat.

Jest oczywiście druga strona medalu, tj. ci odbiorcy, którzy z uwielbieniem do Polskiego Radia się odnoszą od dziesięcioleci. O tym uwielbieniu zapewniają nas przynajmniej redaktorzy i pracownicy radia. Powiedziałbym tak, że na bezrybiu..., a więc jeśli nie ma większej konkurencji (a nie ma, tak tragicznie wygląda polskie dziennikarstwo nie tylko radiowe), to się odbiorcy przyzwyczajają do tego, co jest po prostu. Choć nie ma też wątpliwości, że jest jakiś postęp i dzisiejsza Jedynka to już nie jest to, co było w latach 70. czy 80., kiedy transmitowano całymi godzinami przemówienia sowieciarzy, obchody pierwszego maja, 9 mają, 22 lipca, 1 września, Wielkiego Października itd.,kiedy obchodzono dni żałoby po śmierci Breżniewa czy Andropowa (zmieniając ramówki programów i muzykę) wydaje się jednak, że nie potrzeba wielkiego wysiłku, by różnić się z takim ideałem kołchoźnika, jaki realizowało to radio za komuny. Ciekawe jest zarazem to, że ten kołchoźnikowy okres traktowany jest jako „nic zdrożnego” lub też zbywany wzruszeniem ramion. W ten sposób powstaje obraz medium czy całej instytucji, która może troszkę była podporządkowana partii komunistycznej, lecz generalnie nie była taka strasznie zła. Jest to ten styl myślenia, które każe peerel widzieć jako wesoły barak. W wesołym baraku zaś weseli ludzie.

Jak na przykład A. Turski, wieloletni, pezetpeerowski dyrektor programu I (czy ktoś jeszcze pamięta „Radiokurier”?), który, jak sam wspomina dzisiaj, zaczął pracę we wrześniu 1968 jako świeży student dziennikarstwa, potem szybka kariera - „Radiokurier” od wczesnych lat 70., w 1973 r. z-ca kierownika redakcji itd., i który dziś w „Panoramie Dnia” robi za kogoś w stylu amerykańskich starych dziennikarzy telewizyjnych, swoją siwizną, krzepą i znakomitym tembrem głosu mających budzić zaufanie odbiorców i już nie pamięta swojej długoletniej służby w peerelowskiej propagandzie. Ani słowa o skali cenzury, serwilizmu, weryfikacji dziennikarzy i degradacji kultury, do jakiej właśnie przejęte przez komunistów po wojnie Polskie Radio, doprowadziło. Iluż ludzi związanych z kulturą (muzyków, pisarzy etc.) wyjechało z kraju tylko z tego powodu, że zapewniono, by ich głos był ignorowany, wyciszany, przemilczany lub wyszydzany.

Należałoby więc oddzielić okres polskiej radiofonii z przedwojnia od tego, który był za komunizmu i nieco ostrożniej szafować datami. Pozostaje kwestia, jak oddzielić ziarna od plew po 1989 r.? Jakkolwiek jednak liczylibyśmy to odcinając okres komunizmu wyszedłby nam dużo skromniejszy jubileusz aniżeli ten, który sobie na wesoło odbębnia Polskie Radio dzisiaj.

Koniec Polski czy koniec demokracji?

Prof. Z. Krasnodębski całkiem zasadnie nazywa PO partią, która zagraża polskiej demokracji, ja jednak mam wątpliwości, czy w Polsce po 1989 r. mamy w ogóle do czynienia z systemem demokratycznym i czy recydywa postkomunizmu nie była wpisana w scenariusz „transformacji” od samego początku „historycznych przemian”. Niedawno wspomniałem o końcu odwilży i wydaje mi się, że w tych kategoriach jest łatwiej zrozumieć proces, który obserwujemy od momentu przejęcia władzy przez koalicję postkomunistyczną, tj. PO-PSL i SLD.

Krasnodębski słusznie zwraca uwagę, że dziś po jednej stronie stoją czerwoni oraz ludzie tacy jak Onyszkiewicz, Mazowiecki, Wałęsa, oczywiście Tusk, Frasyniuk, Niesiołowski, Komorowski i wielu wielu innych polityków, bo o „ludziach mediów” nawet nie warto wspominać. Należy jednak postawić pytanie, czy naprawdę stali oni gdzie indziej przez te wszystkie lata? To że różne rzeczy mówili przez ten czas, to jedno – ale czy tak naprawdę dążyli do radykalnej zmiany? Czy wcielali tę zmianę w życie? Jeśli tylko wspomni się skład słynnej „nocnej (czerwcowej) ekipy”, to już pewne rzeczy, czyny i osoby widać jaskrawo, a czy ktoś jeszcze pamięta jak 29 maja 1992 Jan Rokita z ramienia Unii Demokratycznej składał formalny wniosek o to, by rząd J. Olszewskiego został odwołany (wniosek poparł wtedy Kongres Liberalno-Demokratyczny i tzw. Polski Program Gospodarczy)?

A. Besancon w 1990 r. - jakże proroczo! - mówił o Polsce:

„Kiedyś głównym elementem rządzenia był strach przed terrorem, teraz ma być to strach przed zmianami. Partia komunistyczna – niezależnie od tego, jak się dzisiaj nazywa – głosi proste i, jak się okazuje skuteczne hasło: po nas nastąpi chaos. I przykro jest widzieć Wałęsę, Geremka czy Glempa poddających się temu strachowi. Od dziesięciu lat słyszę, choćby od Michnika czy Modzelewskiego, że partia komunistyczna zanika, powoli, ale systematycznie. Otóż mamy dowody, że tak wcale nie jest. Ponadto „Solidarność” robi wszystko, co możliwe, by ją ratować, by ją utrzymać przy władzy, nawet głosując na nią, gdy okazuje się to niezbędne. Przekonanie o dyspozycyjności administracji niezależnie od rozkazodawcy jest, moim zdaniem, całkowicie błędne, dzięki takiemu traktowaniu spraw państwowych partia komunistyczna utrzymuje się de facto przy władzy.”

A nieco dalej:

„Porozumienie z komunistami nastąpiło kosztem jasnych propozycji dla społeczeństwa. Za tę niechęć do tworzenia normalnego życia politycznego prędzej czy później trzeba będzie drogo zapłacić. W Polsce zarysowuje się trwały sojusz solidarnościowo-komunistyczny. Jedni drugim stają się coraz bardziej niezbędni. Powstało coś, co nazwałbym podwójną monopartią, podwójną nomenklaturą, która doszła do wniosku o wzajemnej niezbędności. Jedni dla drugich stają się gwarancją przetrwania. Jedni i drudzy traktują wolność Polski jako ewentualny dar ze strony Związku Sowieckiego. Jest to, moim zdaniem, nie do przyjęcia dla Polaków znających swoją historię.”


(„Świadek wieku. Wybór publicystyki z pierwszego i drugiego obiegu”, red. F. Memches, t. 1, „Fronda” Warszawa 2006, s. 425 i 431)

Te słowa wypowiedziane na początku pseudotransformacji dzisiaj wydają się wciąż aktualne, ba, portretują zarazem obecny stan rzeczy w Polsce. Ale jeszcze sięgnę do innego tekstu Besancona, tym razem pisanego w odpowiedzi Michnikowi:

„Walka polityczna, której Solidarność nie chce prowadzić z komunizmem, kieruje się przeciw prawdziwej opozycji, rozproszonej i bezsilnej, która dopiero próbuje się zorganizować.

W polityce zewnętrznej utworzyła się oś Moskwa-Warszawa. W „Literaturnoj Gazietie” Michnik dał wyraz swojemu zadowoleniu z tego, że wojska sowieckie raczą pozostać w Polsce. Zarzucono mi, że wspomniałem o Targowicy. A przecież ta grupa zdrajców nigdy nie zaaprobowała przedłużenia okupacji trwającej 45 lat.

Byliśmy świadkami, jak Jaruzelski i Mazowiecki usiłowali w Paryżu reanimować sojusz francusko-rosyjski wymierzony przeciw Niemcom, który tak drogo kosztował Europę i Polskę. Jak Wałęsa, używając szalonych wręcz sformułowań, groził Niemcom zagładą atomową. Jak ten sam Wałęsa domagał się jako rzeczy samo przez się należnej subsydiów, które umacniają obecny dwuznaczny system i pośrednio przynoszą korzyść okupantowi

Widzieliśmy zakłopotanie Polski wobec bohaterskiej postawy Litwy, która w warunkach tysiąckroć trudniejszych próbuje dokonać tego, przed czym Michnik i jego przyjaciele cofają się od trzech lat. Wszyscy niestety opuścili Litwę, ale Polska powinna wiedzieć, skąd wywodzili się jej najwięksi królowie i poeci.

Jak ukryć przed sobą samym, że aż tak się zawiodło? Przez rozpaczliwe uciekanie się do symboli pozbawionych treści, do procesji, do przywrócenia korony na głowie polskiego orła, do publicznego ujawnienia zbrodni katyńskiej, o której było powszechnie wiadomo już w 1943 roku. Przez budzące niesmak wypowiedzi o „przebaczeniu”, które odrzucając wszelką sprawiedliwość i wszelką odwagę, stanowi szyderstwo z idei chrześcijańskich. Przez używanie takich sformułowań jak „post-totalitaryzm” i „post-komunizm”, mających zatrzeć obraz rzeczywistości, której nie chciano stawić czoła. Cóż mogę poradzić, jeśli wielu Francuzom przychodzi na myśl Vichy?

To, co się dzieje w Polsce, to właśnie to, czego chciał dokonać Gorbaczow u wszystkich swych satelitów. Niemal wszędzie manewr ten zakończył się niepowodzeniem. Powiódł się w Polsce i to jest największym sukcesem Gorbaczowa. Ma w tym swój udział Michnik.”

(jw., s. 439-440)

Obraz ten niewiele się zmienił na przestrzeni 20 lat, co potwierdza mocny i przenikliwy tekst Krasnodębskiego, zwłaszcza gdy wspomina on o wyjątkowo defensywnej postawie Kościoła w Polsce, którego hierarchowie zaczynają powoli zapominać o wzorcu Prymasa Tysiąclecia, bo z przesłania Jana Pawła II zrobił się coroczny, wczesnokwietniowy folklor artystyczno-medialny (a po nim wszystko w tychże samych mediach i tychże samych środowiskach wraca do „normy”, czego znakomitym przykładem jest „GW” czy „Dziennik”, no i oczywiście audiowizualne środki przekazu).

Krasnodębski zwraca uwagę na to, że PO nie jest żadną partią obywatelską, ponieważ traktuje Polaków jak bezwolną masę, wobec której należy wyłącznie stosować techniki propagandowo-manipulacyjne, nic więcej. Problem jednak w tym, że tego rodzaju podejście do Polaków prezentowała i prezentuje (z nielicznymi wyjątkami) większość ugrupowań politycznych od samego zarania pseudotransfromacji. Takie podejście wynikało z dość oczywistego założenia, że Polakom podmiotowość się nie należy, bo to dziki naród, który trzeba trzymać krótko, tresować, czasem nagradzać, ale najczęściej karać. Jeśli jeszcze za czasów pierwszej Solidarności podmiotowość obywateli oraz narodu była czymś oczywistym, niepodważalnym, ideałem, do którego się dąży, tak jak dążyło się do wolności – tak w momencie zawarcia „historycznego kompromisu” podmiotowość została wyrzucona na śmietnik jako anachronizm (resp. zarzewie polskiego nacjonalizmu).

Krasnodębski ma rację, mówiąc o tym, że PO chce zniszczyć opozycję, ale przecież owo niszczenie opozycji antykomunistycznej było jedno z podstawowych zadań administracji i służb „nowego, wolnego państwa” po 1989 r. - w tym więc względzie PO nie robi niczego nowego, tylko raz jeszcze realizuje (być może skuteczniej niż ubiegłymi laty inne ugrupowania postkomunistyczne) ten sam plan. Tusk zresztą z roku 1992 „liczący głosy” – liczy głosy i dziś - nie tylko na sali parlamentarnej, gdzie forsuje ze swoimi ciemniakami z ław rządowych kolejne poronione pomysły, ale szczególnie w załganych sondażach.

Prawdą jest też to, że PO chce raz na zawsze spacyfikować wolność prasy i wolność słowa – po części, by tym komercyjnym mediom, które w tych najcięższych dla Polski latach 2005-2007 wydały swoje ciężkie pieniądze i pracowały dzień i noc na rzecz walki z klerofaszyzmem Kaczyńskich, zapędzając do roboty dziennikarzy, politruków, satyryków, ekspertów z Bożej łaski i wielu innych pożytecznych idiotów, uchylić nieba i zwyczajnie dać więcej przestrzeni życiowej na rynku medialnym; a po części po to, by przywrócić ład medialny, który wyklucza „element kontrrewolucyjny” z obszaru publicznego. Warto jednak pamiętać, że ten ideał ładu medialnego był w Polsce konsekwentnie wcielany od pierwszych lat pseudotransformacji.

A co do zagrożenia dla wolności badań naukowych, o czym też wspomina Krasnodębski, to w sytuacji, gdy w polskiej nauce i na polskich uczelniach nie dokonano żadnego (!) rozrachunku z komunistyczną przeszłością, wprost przeciwnie, marksiści śmieją się w żywe oczy i panoszą jak za dawnych czasów, choć może już nie muszą się podpierać bolszewicką ideologią, wystarczą im bowiem potężne wpływy instytucjonalno-biznesowo-towarzyskie, jakie mają po tych 20 latach utrwalonej gerontokracji, trudno powiedzieć, by zapędy Tuska, by się brać za czyjeś magisterium wraz z minister szkolnictwa wyższego były jakimś novum. Tak w Polsce wygląda sytuacja właściwie nieprzerwanie od „obalenia komunizmu”.

Pozostaje jednak sprawa najważniejsza. W jaki sposób zamierzamy się przeciwko temu stanowi rzeczy bronić. Ja sądzę, że wyjście na ulice w nieodległej przyszłości wcale nie jest takie nieprawdopodobne, bo niewykluczone, że ulica stanie się ostatnim miejscem, gdzie można nam będzie głośno o tym wszystkim mówić.

http://www.rp.pl/artykul/61991,292618_Krasnodebski__Rewolucja_Tuska_.html

17 kwi 2009

Wspomnień czar

Nie ma jak za komuny, powiadam. Oczywiście, nie chodzi mi o stan zaopatrzenia (pomijając sklepy dla partyjniaków i bezpieczniaków), lecz o frontowe warunki, w których wykuwały się najlepsze charaktery, czyli polscy Wallenrodowie. Tych ostatnich jest ci u nas dostatek i wciąż przybywają nowi, którzy ujawniają się z taką pewną nieśmiałością po latach, wspominając dawne dzieje. To, że akurat najwięcej Wallenrodów prezentuje się w czapkach uszankach czy innym sowieckim umundurowaniu, to nie przypadek, ponieważ wśród komunistów idee prometejskie były szczególnie rozpowszechnione i żywe jak diabli. Im bardziej ktoś się angażował w budowę komunizmu, tym bardziej chciał pomagać prześladowanym i odczuwał wstręt do przemocy. Tego typu postawy wśród czerwonych są normalne i właściwie konia z rzędem temu, kto znalazłby dzisiaj jakiegoś komunistycznego oprawcę w Polsce, który by powiedział, że tłukł Polaków, bo sprawiało mu to przyjemność lub też bo jego ojczyzną był, jest i będzie ZSSR. Gdzie te czasy, gdy stary J. Berman mówił w pierwszej połowie lat 80. T. Torańskiej a propos choćby zwalczania podziemia antysowieckiego:

„strzelaliśmy, bo co mieliśmy robić? Dać się samemu wystrzelać! Albo podnieść ręce i poddać się!” („Oni”, Warszawa 1997, s. 426).

Albo na pytanie o to, jak długo czerwoni zamierzają walczyć z falą nastrojów niepodległościowych: „Sześćdziesiąt i sto lat, jeśli trzeba [pięścią w stół]! A zwalczyć.”
TT: „Nie udało się przez 150.”
JB: „Ale się uda [krzyk]. Naród musi wpoić się w nowy kształt. Musi.” (jw., s. 527)


Berman wprawdzie w najnowszych i niezwykle ciekawych wspomnieniach Wallendroda Czesława (vel Czesława Wallenroda) się nie pojawia, ale to może chwilowe zaćmienie umysłu, wszak to Berman obok innego sowieckiego agenta Bolesława Bieruta, sprawował pieczę nad Bezpieką i także Informacją Wojskową, w której pracował młody, dzielny Czesław. No i właśnie przejdźmy do wspomnień z tamtego okresu:

„Polskę Ludową popierałem. Uważałem, że jest to bardzo korzystny ustrój. Żaden inny nie byłby w stanie odbudować mocno zniszczonego kraju, rozbudować gospodarki. Żaden nie był w stanie dokonać wielomilionowych przesiedleń, zlikwidować upokarzający analfabetyzm, bezrobocie, rozwinąć masową kulturę, zapewnić opiekę lekarską i socjalną itp. Ale wypaczeń w wydaniu władzy nie tolerowałem. Niewiele wówczas mogłem, ale im się na swój sposób przeciwstawiałem.”

Zaczyna się ładnie, a potem jest jeszcze ładniej, gdy Czesław nieco głębiej wchodzi we wspomnienia ze swych wczesnych lat 50.:

„W latach 1950 – 1951 byłem mocno zdegustowany tym, co dzieje się w organach kontrwywiadu Wojska Polskiego. Dostrzegłem nadużycia władzy i rozbieżność między szczytnymi hasłami a rzeczywistością. Miałem jednak zaufanie do mojego przełożonego, którym był ówczesny pułkownik Ignacy Krzemień. Był to przedwojenny komunista, rozsądny pan. Dzieliłem się z nim swoimi uwagami, a miałem o czym, bo z okien trzeciego piętra gmachu Informacji Wojskowej przy ul. Chałubińskiego róg Oczki w Warszawie miałem wgląd na dziedziniec aresztu i tam ciągle rozpoznawałem znane mi osoby. Przez pewien czas pracowałem w ochronie ministra obrony narodowej marszałka Roli-Żymierskiego. Przed wojną on, jak wiadomo, zwrócił się ku lewicy, miał odwagę przeciwstawić się Piłsudskiemu, skazano go w procesie o nadużycia finansowe w wojsku, nie wiem czy słusznie, czy nie, wyjechał do Francji. I pewnego dnia zobaczyłem go jako aresztanta na podwórku Informacji. Wiedziałem, że po ,,zmontowaniu'' sprawy Gomułki rozpoczął się proces usuwania z wojska wielu przedwojennych oficerów. Część z nich zwolniono, a wielu aresztowano. Usunięto m.in. gen. Paszkiewicza, gen. Prusa-Więckowskiego. Wielu pozostawiono, np. gen. dyw. prof. Szareckiego. Aresztowano znanego mi jeszcze ze wspólnej pracy w Londynie gen. Kuropieskę, gen. Mossora. Aresztowano także gen. Spychalskiego, gen. Korczyńskiego, płk Sowińską. Zdenerwowałem się i poprosiłem Krzemienia o przeniesienie na samodzielne stanowisko na prowincji, co było rzadką prośbą, bo wtedy ludzie ciągnęli raczej do tej zniszczonej, ale Warszawy, bo tu były awanse, ordery, stanowiska, a na prowincji tylko ciężka praca. Uważałem naiwnie, że na samodzielnym stanowisku sam będę decydował. Kierując się zasadami prawa i zdrowym rozsądkiem.”

Widok z okien gmachu Informacji na dziedziniec aresztu musiał być faktycznie ciekawy. Zauważmy, że dzielny Czesław wspomina tu marginalnie o „wspólnej prac w Londynie”, lecz jakoś nie wchodzi w szczegóły. Być może to była praca na zmywaku, po prostu. Nieważne, skoro tak się Czesław zdenerwował z powodu błędów i wypaczeń w wojskowym kontrwywiadzie, to umieramy z ciekawości, co było dalej.

„Mianowano mnie szefem kontrwywiadu 18. dywizji w Ełku i tam przejrzałem na oczy, bo zasypano mnie mnóstwem materiałów, które mnie przeraziły. Dotyczyły one ludzi, których osobiście znałem, u których bywałem w domu. Znałem ich jako uczciwych ludzi, może trochę inaczej kochających Polskę Ludową niż ja. Duszą i sercem oddani służbie wojskowej. Wynikało z nich, że dowódca dywizji, przedwojenny oficer płk Marchewka to ,,szpieg niemiecki'' zwerbowany po słynnej krwawej niedzieli w Bydgoszczy w 1939 r., że mjr Rutyna, szef wydziału operacyjnego, przedwojenny oficer, to ,,szpieg angielski'', dowódca artylerii dywizyjnej, przedwojenny oficer, offlagowiec, który siedział w obozie z gen. Kuropieską, ppłk Piekło to ,,szpieg niemiecki''. Dowódca 62. pp ppłk Szwedyk to jakiś ,,polityczny hultaj'', dowódca 65. płk. ppłk Martin to ,,dywersant'' i tak dalej. Było polecenie – dopracować i wystąpić z wnioskami o aresztowanie. Żadnemu z nich nie stała się krzywda. Marchewka został generałem, Szwedyk dowódcą dywizji.

Doszedłem do wniosku, że nie mam czego w tych organach szukać i że źródło tego stanu rzeczy jest powyżej średniego szczebla władzy. Wiedziałem jednak, że jak się wychylę, to wyrzucą mnie z wojska, a może nawet posadzą. Postanowiłem wrócić do Warszawy i wystąpiłem o zwolnienie z organów kontrwywiadu. Motywowałem to stanem zdrowia i chęcią kontynuowania nauki.”

Napięcie sięga zenitu, nie wyobrażamy sobie bowiem Wallenroda poza strukturami systemu przemocy, prawda? Czesław rezygnuje ze służby w Informacji i na przykład przechodzi do podziemia antysowieckiego i po paru latach widzimy go na przykład w Poznaniu, jak rzuca w butelkami z benzyną w czołgi „ludowego wojska polskiego”. Taki scenariusz byłby chyba zbyt prymitywny i poza tym nie wyzyskiwałby wielu innych talentów Czesława, które poznaliśmy w późniejszych dekadach ciężkiej służby na dwa fronty, a zwłaszcza w latach 80. Więc, jak to się potoczyło dalej?

„Wezwał mnie szef Głównego Zarządu Informacji Wojskowej płk Dmitrij Wozniesienski, przyjaciel Dzierżyńskiego i podobno ochroniarz Lenina, żonaty z córką gen. Świerczewskiego, bardzo ładną kobietą, sam typ ponury, o dziobatej twarzy, opuszczonym wzroku. Przyjął mnie bardzo grzecznie, rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, i nagle zaskoczył mnie pytaniem: ,,Majorze, czy to, co napisaliście do marszałka Rokossowskiego, to jedyne wasze powody zwolnienia?''. Powiedziałem, że są jeszcze inne – łamie się prawo w organach Informacji, aresztuje się niewinnych ludzi. ,,A kogo?'' – zapytał. Podałem mu m.in. nazwiska Żymierskiego, Spychalskiego, Kuropieski, Sowińskiej. I wtedy zaczęło się piekło. Rąbnął pięścią w stół i zaczął na mnie wrzeszczeć i wołać, że to są ,,dranie'', ,,łajdaki''. Pomyślałem, że nie wyjdę cały z tego gabinetu, że wyjdę bez sznurowadeł i pasa, ale skończyło się na wyrzuceniu mnie z kiepską opinią do departamentu kadr MON z wnioskiem o wyrzucenie z wojska. W końcu jednak, dzięki pomocy życzliwego mi szefa dep. kadr MON płk. Dobrowolskiego (przed wojną siedział w jednej celi z Bierutem) w wojsku zostałem, a Wozniesienski kilka miesięcy później został odwołany do Moskwy. Długo zachodziłem w głowę, jak to się stało, że ocalałem z tej sytuacji.”

Możemy odetchnąć z ulgą, Czesławowi nic się nie stało. No i później lata lecą, jak to w życiu, tak więc Czesławowi jakoś tak bez nie osadzają się w pamięci choćby procesy księży czy więzienie Prymasa Tysiąclecia, jeno rok 1968 jakimś żywszym kolorytem się odbija:

„Wezwał mnie minister obrony Jaruzelski, bo nie było mojego szefa w WSW gen. Kufla. Czułem przez skórę, o co chodzi. Zdenerwowany pokazuje mi paszkwil na kierownictwo partii, rządu i wojska z informacjami typu ,,Żyd'', albo ,,żona Żydówka'', jak w przypadku Gomułki, Logi-Sowińskiego, czy Zawadzkiego. Powiedziałem, że taki paszkwil mógł przygotować tylko ktoś mający dostęp do personaliów. W wojsku nikt takiej wiedzy nie ma. Wezwał Jaruzelskiego i mnie sekretarz KC Moczar, który od razu zarzucił mi, że jest ,,burdel w wojsku'' i że ,,opluskwiają Gomułkę i Cyrankiewicza''. Zaproponowałem mu ,,wpuszczenie końców w wodę'', ukaranie dwóch oficerów sztabu generalnego, którzy przepisywali to na maszynie i zamknięcie sprawy. Na to Moczar zażądał natychmiastowego złapania sprawców. W nocy, po szybkiej akcji okazało się, że anonim napisał sekretarz polityczny Moczara. Poszliśmy do niego z Jaruzelskim, który poprosił mnie, żebym został w sekretariacie, ale szybciej wyszedł niż wszedł i mówi, że Moczar zgadza się z moją propozycją, żeby ,,wpuścić końce w wodę''. Gomułce podaliśmy informację nie do końca prawdziwą, bo ukryliśmy przed nim, że stało się to w otoczeniu Moczara. Zgodnie z popularnym wtedy powiedzeniem, że ,,kto nie z Mieciem, tego zmieciem'', mało było odważnych, żeby wtedy z nim wojować. Za to ówczesne moje działanie na początku 1973 r. osoba nr 2 w Polsce gen. Szlachcic żądał od Gierka i Jaruzelskiego usunięcia mnie ze stanowiska szefa wywiadu wojskowego.”

Widzimy zatem, że znowu los Czesława wisiał na włosku, ale i tym razem jakoś nic się nie stało, zaś w 1970 r. pojawiły się nowe wyzwania dla Wallenroda:

„Byłem świadkiem decyzji Gomułki o użyciu broni, o przekazaniu tej decyzji Korczyńskiemu, świadkiem demonstracji i strzelania. Bałem się, że dojdzie w skali kraju do strasznej rzezi, bo wyprowadzone z koszar wojsko nie ma gazu, armatek na wodę, a tylko broń z ostrą amunicją. Uważałem Gomułkę i Spychalskiego za porządnych ludzi, ale upartych, niepodatnych na perswazje. Sprawę omawiałem z zaufanymi wojskowymi, zgadzali się ze mną. Powiedziałem Kuflowi, że jeśli nie usunie się kierownictwa, to dojdzie do jeszcze większej tragedii. 17 grudnia 1970 r. późnym popołudniem wysłał mnie do szefa sztabu generalnego gen. Chochy. Powiedziałem mu to samo co Kuflowi, że moim zdaniem trzeba usunąć Gomułkę, Spychalskiego i większość kierownictwa. Zadzwonił do mnie za godzinę z planem opanowania Warszawy przez wojsko, konkretnie KC i MSW przy Rakowieckiej. Zrobiłem alarm w WSW, żołnierzom wydaliśmy amunicję, a sam wraz z kilkoma oficerami zrobiłem rekonesans tras dojazdowych z Koszykowej do KC. 19 grudnia Jaruzelski został poproszony na posiedzenie Biura Politycznego i nie odzywał się. Miałem czarne myśli, że został aresztowany, a nazajutrz ukaże się komunikat, że grupa nieodpowiedzialnych wojskowych i tak dalej, i zanim się zorientujemy, będziemy ziemię gryźć od dołu. Zdenerwowany Chocha wysłał mnie do gen. Urbanowicza, który uznał, że jeden z nas musi pójść do Jaruzelskiego na Biuro Polityczne. Padło na mnie. W ostatniej chwili dołączono do mnie gen. Grudnia. Urbanowicz zapytał mnie, czy mam broń i wyciągnął z biurka pistolet, który wsadziłem pod mundur. Pomyślałem, że dał mi ją po to, bym w razie czego popełnił samobójstwo. Dotarliśmy jednak do Jaruzelskiego bez przeszkód. Zobaczyłem go w dobrym nastroju, bo Gomułka właśnie zrezygnował, ale jego ludzie chcieli, by Gierek został I sekretarzem czasowo i by została duża grupa starego składu BP. Trwały targi, które zakończyły się kompromisem. 23 grudnia zadzwonił do mnie Jaruzelski i zaproponował wspólne spędzenie świąt z rodzinami w Zakopanem. Już na miejscu, przed Wigilią, Jaruzelski powiedział do mnie: ,,Czesławie, gdyby nam się nie powiodło, to stracilibyśmy nie tylko epolety, ale i głowy''.”

Nam też lecą czapki z głów, bo te wszystkie wspomnienia są tak żywe i przejmujące, że wychodzimy ze zdumienia, iż Czesław, który tam mocno się sprzeciwiał komunistycznej władzy, dotrwał na jej szczytach aż do 1990 r., a i dziś można go uznać za jednego z protagonistów III RP. O tym ostatnim okresie wallenrodyzmu Czesław opowie, jak informuje komunistyczna „Trybuna”, jutro, więc pozostaje nam cierpliwie doczekać świtu i wszystko będzie jasne.

http://www.trybuna.com.pl/n_show.php?code=2009041714

http://www.polis2008.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=158:wywiad-z-kiszczakiem&catid=37:dzielnica-dokumentalistow-i-wiadkow&Itemid=96

16 kwi 2009

Nowy ZSSR po prostu

Nie mogę się zgodzić z Jospinem, mimo iż to człek o gołębim sercu i nie powinienem się z nim spierać, że porównywanie budowy superpaństwa pn. UE z innym superpaństwem, tj. ZSSR jest nieuprawnione, gdyż pomniejsza rolę powstańców antysowieckich i skalę zbrodniczości ludobójczego, sowieckiego systemu. Przypomnę może na początek, że za prekursora tego porównania uchodzi znawca sowietyzmu i sowieciarzy, czyli W. Bukowski, który jednocześnie (przebywając długie lata na Zachodzie) śledzi niezwykle uważnie procesy budowania euroutopii, a więc nie jest to ktoś, kto głosi swoją koncepcję na zasadzie, powiedzmy, intelektualnej prowokacji, tudzież czarnowidztwa, nie dysponując pogłębioną wiedzą w danej materii. Oczywiście nie mam tu zamiaru przywoływać znakomitych tekstów rosyjskiego pisarza i naukowca, do których odsyłam wszystkich zainteresowanych, zwłaszcza że ukazały się one po polsku, pragnę raczej podzielić się własnymi spostrzeżeniami i uzasadnieniami.

W dzisiejszym felietonie B. Wildsteina, który przywołał także Jospin, padła ciekawa, choć nienowa teza, jakoby budowniczowie superpaństwa tak byli zachłyśnięci procesami jego wznoszenia, ja swego czasu intelektualiści zafascynowani bez reszty powstawaniem „ojczyzny proletariatu”. Jak daleko posunięta była ta fascynacja dowodzą nie tylko głośne teksty Cz. Miłosza, J. Trznadla, L. Tyrmanda, B. Urbankowskiego i in., ale też książka „Lewy brzeg” H. Lottmana. Kto wie zresztą, czy ten aspekt kolejnego wielkiego akcesu intelektualistów do budowy nowego raju na ziemi nie powinien być dla ludzi dobrej woli (jak choćby Jospin) sygnałem alarmowym, nim będzie za późno. W już nieco okrzepłym propagandowym przekazie UE wszak pokazywana jest jako takie nieszkodliwe szaleństwo biurokratów, co chcą przychylić obywatelom Europy nieba w ten sposób, że wymyślają zabawne przepisy dotyczące krzywizny bananów, ilości połowy dorsza, ścieżek żabich itd., z których z czasem się wycofują (co dla euroentuzjastów jest potwierdzeniem niezwykłej elastyczności eurokratów nie zaś ich głupoty, ale mniejsza z tym), a jednocześnie powoli tworzą „happy” Europę, w której jest swoboda podróżowania, pracowania, zarabiania, bawienia się, popijania i zakąszania, a nawet seksualnego eksplorowania. W happy Europie problemy z czasem znikają pod naporem coraz to lepszych przepisów, zaś ludziom żyje się nie tylko lepiej, ale i weselej. To wszystko wiemy z każdego foldera promującego UE, a ze szczególnym naciskiem dowiedzieliśmy się w okresie przedreferendalnym, w trakcie którego próby dyskusji nad włączaniem Polski do superpaństwa oraz głosy przekonujące, że UE to coś zupełnie innego niż pradawne EWG były stanowczo tłumione przez eurozapaleńców (od niedawnych czerwonoarmistów po najświatlejszych przedstawicieli warszawskich salonów).

Rzecz jasna, skoro dla wejścia naszego kraju (regionu?) do UE „nie było alternatywy”, tzn. jedyna, jaką euroentuzjaści widzieli, to była „Białoruś” (a nie np. Norwegia) to tłumienie swobody dyskusji wokół „najważniejszej polskiej sprawy na przełomie tysiącleci” nie budziło niepokoju osób uważających, że akcesja zamieni w niedługim czasie Polskę w kraj taki, jak Niemcy czy choćby Hiszpania, a wtedy „oszołomstwo” się samo przekona i przestanie złośliwie kłapać. Dziś, gdy sprawy mają się nieco inaczej niż to euroentuzjaści obiecywali, powraca znowu wizja nieodległego raju ekonomicznego w postaci wejścia Polski do strefy euro. Fanatyczni zwolennicy UE domagają się „jeszcze jednej szansy”, bowiem po zmianie waluty nasz kraj (region) dołączy pewnie już nie do G20, ale może i do G8. Nie chcąc wybudzać euroentuzjastów z kolejnego snu, wszak w polskiej tradycji politycznej śnienie na jawie należy niemalże do klasyki, pragnę zwrócić uwagę na inne rzeczy.

Można się zżymać na porównywanie UE do ZSSR, można też próbować szukać innych analogii. Ja na razie lepszych nie znajduję. Do tego porównania warto jednak dodać kilka uwag wyjaśniających. Zacznijmy może od włożenia między bajki wizji Europy jako „happy kontynentu happy ludzi”, gdyż różnice międzykulturowe i zarazem historyczne między zamieszkującymi tenże kontynent narodami są tak poważne, iż zniwelowanie ich w inny sposób niż za pomocą policyjnej pałki nie wydaje się możliwe (a jak wiemy z historii bloku sowieckiego nawet taka pałka nie jest skutecznym narzędziem na dłuższy czas, obywateli wszak nie można nieustannie tłuc, chyba że zastosuje się model północnokoreański). Neomarksizm (choćby A. Gramsciego), o którym wspominałem dość obszernie w marcowym numerze POLIS MPC, pisząc o zaskakującej konwersji R. Smoczyńskiego, stanowi ideologiczne podłoże utopijnego superpaństwa w tym obecnym projekcie, jaki jest realizowany. Nie trzeba dodawać, że neomarksizm jest nie tylko udoskonaloną (o doświadczenie komunizmu sowieckiego) wersją „zmiany świata”, do jakiej zachęcał K. Marks, ale i jeszcze poważniejszym od poprzedniego podejściem lewicy do do destrukcji łacińskiej, śródziemnomorskiej kultury, zbudowanej na filarach greckiej myśli filozoficzno-politycznej, rzymskiego prawa i chrześcijaństwa. Koncepcja „marszu przez kulturę”, wizja zmiany instytucji szkoły, wychowania, a zwłaszcza zmiany rodziny (jako bastionu „burżuazyjnego myślenia”) jest niezwykle niebezpiecznym pomysłem, ale żeby było straszniej – jest już fazie realizacji. Neomarksiści stwierdzili, że bolszewicki zamordyzm nie jest właściwą drogą do „zmiany świata”, czyli zlikwidowania konserwatywnie rozumianego społeczeństwa, ponieważ nie tylko wygląda dość ponuro (ludobójstwo plus łagry), jest nieefektywny gospodarczo (to jeszcze jakoś lewacy by przełknęli dla dobra ogółu, naturalnie :)), lecz produkuje prostacką kulturę, która zwyczajnie nie wytrzymuje konkurencji z kulturą burżuazyjną, imperialistyczną itd. Ba, Gramsci na ten temat pisał, siedząc we włoskim więzieniu za Mussoliniego, gdy jeszcze wizja bloku sowieckiego i sowietyzacji na skalę międzynarodową była w powijakach, można powiedzieć. Postulował zatem, by komuniści stali się także ludźmi elity kulturalnej i by na tym „najwyższym piętrze” społecznym dokonywali rewolucyjnej zmiany.

Takie trwałe zmiany zaczęły się dokonywać na Zachodzie wraz z przewaleniem się fali „rewolucji 1968”, której czołowym myślicielem był neomarksista H. Marcuse, aczkolwiek ogień rewolucyjny podtrzymywali wcześniej rozmaici francuscy (M. Merleau-Ponty, J. Sartre, J.-F. Lyotard itp.) i niemieccy (szkoła frankfurcka) intelektualiści, zaś za oceanem żagiew Marksa nieśli tacy antyimperialiści, jak choćby legendarny A. Ginsberg. I trzeba przyznać, że wiele rzeczy się naprawdę lewakom udało. Dokonała się bowiem rewolucja „seksualna”, rewolucja w edukacji i mediach, a następnie zaczęto forsować zmianę modelu rodziny, co dziś dla nas jest już chlebem powszednim, skoro od 20 lat wraz z „transformacją” zaczęto także w Polsce – i to z „siłą wodospadu” :) - przepłukiwać umysły Polaków za pomocą szlaucha politycznej poprawności z pojęciami-cepami, takimi jak homofobia i ksenofobia, na czele.

Neomarksizm różni się tym od marksizmu-leninizmu w starej, bolszewickiej postaci, że jest formułą transformacji kultury tradycyjnej „od góry”. Nie trzeba ludzi wywozić wagonami na Sybir, niepotrzebne są katownie, w których uwijają się sowieciarze, jak w diabelskim ukropie, nie trzeba eksterminacji na masową skalę, by „zmieniać świat” na modłę Marksa, czyli budować społeczeństwo bezklasowe, bez wyzysku, wyrównujące szanse, no i oczywiście, jeśli nie antyreligijne, to choćby areligijne. Okazuje się bowiem, że wyeliminowanie tradycyjnego modelu edukacji, propagowanie kultury „seksualnego wyzwolenia” oraz uderzenie w instytucję naturalnie rozumianej rodziny (homo-związki, adopcja dzieci przez homoseksualistów, aborcja etc.), daje lepsze efekty „transformacyjne” i laicyzacyjne aniżeli krwawa rewolucja. It's working!, chciałoby się zawołać. Jeśli zaś weźmiemy pod uwagę, że wielu bojowników rewolucji z 1968 (D. Cohn-Bendit, J. Fischer i in.) to zarazem obecni budowniczowie superpaństwa, to nagle to, przed czym przestrzega od lat Bukowski okaże się o wiele bardziej zrozumiałe i uzasadnione. Nie chodzi przecież, by kopiować ZSSR w siermiężnym kształcie nadanym mu przez czerwonych analfabetów.

Pytanie, które powinniśmy sobie postawić to takie, czy i w jakiej skali, jeśli - czego oczywiście nie daj Boże - ukonstytuuje się superpaństwo, będzie zastosowany zamordyzm wobec osób sprzeciwiających się eurokomunizmowi. Z pozoru wydaje się, że to niemożliwe, by „happy Europa” zamieniła się w państwo policyjne, ale przecież wystarczy zdefiniować przeciwników eurokomunizmu jako faszystów i w ten sposób na nowo rozpocząć starą i wciąż jarą „walkę z faszyzmem”, do której lewacy zawsze są skorzy (pomijając te okresy w historii, gdy wespół z faszystami czerwoni dokonują ludobójstwa). Czy wiele potrzeba, by ksenofobów, homofobów, nacjonalistów, eurosceptyków czy wreszcie antykomunistów zakwalifikować, tzn. wrzucić do takiego pojemnego wora? Nie sądzę.

Widzieliśmy na własne oczy, jak wygląda praworządność, swobody obywatelskie i wolność słowa w warunkach „demokracji socjalistycznej”. Obawiam się, że ku podobnym rozwiązaniom zmierza budowa superpaństwa, dlatego też lepiej uruchomić system wczesnego ostrzegania już teraz, nim zamkną nam wszystkim usta rozmaici nowi (i starzy) „antyfaszyści”.

http://salon24.pl/509920.html
http://blog.rp.pl/wildstein/2009/04/15/hegel-kasa-w-brukseli/
http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_070609/plus_minus_a_6.html