31 mar 2009

Dokończyć dzieło stanu wojennego

Skoro już wiemy, że Wałęsa nigdzie nie zamierza wyjeżdżać, wbrew temu, co jeszcze wczoraj głosił, to sądzę, że powinniśmy się zastanowić nad tym, czy nam nie każe Wałęsa i jego koledzy wyjechać, gdy tylko ponownie wezmą sprawy w swoje ręce „w swoim domu”. 20 lat minęło i znowu obrońcy demokracji zwierają szeregi i to tak mocno, że mówią jednym głosem. Na razie jeszcze tylko na konferencji okolicznościowej, ale kto im broni uformować jakąś nową Radę Ocalenia Narodowego, w której obok siebie siedzieliby nie tylko Mazowiecki, Wałęsa, Komorowski, Tusk czy Kwaśniewski, lecz i paru mundurowych, zwanych już od wielu lat w pewnych kręgach, „ludźmi honoru”. Jaki honor, tacy i jego przedstawiciele, a że obrońcom demokracji już od dłuższego czasu bliżej jest do mundurowych aniżeli do elementu takiego, jak Gwiazdowie, Walentynowicz, Wyszkowski, Kurtyka, Cenckiewicz etc., to i taką nową Radę Ocalenia Narodowego można by nazwać po prostu Radą Honoru.


Jakieś dziesięć lat temu, spierając się z jednym znajomym na temat współczesnej Polski, powiedziałem, że gdyby tak dać pełnię władzy Michnikowi i jego ludziom, to wprowadziliby nie gorszy zamordyzm niż za komuny. Znajomy nie chciał mi wierzyć i uważał, że przesadzam. Dziś wychodzi na moje. Jesteśmy wszak na prostej drodze, by nie tylko „drużyna Wałęsy” połączyła się z „drużyną Michnika” i „drużyną Kwaśniewskiego”, ale, by ci ludzie „wzięli wszystko”, chcąc raz na zawsze zamknąć problem tego, jak ma wyglądać nasz kraj. Oni nie żartują, ponieważ czują się właścicielami Polski, tak samo jak czuli się „obalając komunizm” w trakcie żmudnych negocjacji, jak czuli się, „wybierając Jaruzela” na prezydenta i zatrzymując pochód kontrrewolucji w czerwcu 1992 r. To cały czas jest ICH Polska. Oni są u siebie, my zaś nie. Demokracja demokracją, ale rządzić właśnie ONI mają, bo oni się narobili, zaharowali, umordowali, żyły sobie wypruli i flaki, wszystko z siebie dali, a wolny kraj podarowali nam w prezencie.


Jeśli więc taki Kwaśniewski, który gdyby przeprowadzono w tym kraju dekomunizację nie miałby szans na żadne stanowisko państwowe, siedziałby cicho i najwyżej oglądał świat polityki na ekranie telewizyjnym, może dziś mówić, że IPN to Instytut Kłamstwa Narodowego, to tylko pokazuje, do jakiego stanu nie tyle komuniści (bo oni zawsze działają tak samo destrukcyjnie), ale „opozycja solidarnościowa” czy „pozycja demokratyczna” doprowadziła Polskę po 20 latach „transformacji”.


Jeśli taki Mazowiecki potrafi bredzić, że Wałęsa ma poczucie, że jest zaszczuty, choć Bogiem a prawdą odkąd TW Bolek ogłosił, że „rzuci wszystko” i „wyjedzie”, zaczęło się naprawdę niezłe szczucie na autora książki biograficznej o byłym prezydencie, w czym prym wiedzie niezastąpiona w materii szczucia właśnie i cywilnego zabijania, gazeta Michnika. Proszę sprawdzić, w jaki sposób funkcjonariusze Ministerstwa Prawdy piszą o Zyzaku. Nie tylko wymienia się jego „grzechy główne” - sprzeciwianie się preambule do Konstytucji Europejskiej, homofobia, ale i pokazuje się zdjęcie z demonstracji wraz z zaznaczeniem „który to on”. Swoją drogą, metody Bezpieki pozostają bez zmian – gdy my wychodziliśmy na ulice za komuny, to również podstawą działań bezpieczniaków była stała dokumentacja tego, kto i co robi. O ile jednak dokumenty sowieckiej Bezpieki „przesiał wiatr” i ogień plus inne niszczarki, tudzież rozproszyły się po prywatnych archiwach rozmaitych co sprawniejszych komuchów, o tyle dzisiejsza Bezpieka nie tylko gromadzi dokładną dokumentację o każdym, kto wyłazi demonstrować przeciwko eurosocjalizmowi i skwapliwie ją podrzuca do redakcji dzisiejszej „Trybuny Ludu” przy Czerskiej. Swoją drogą ciekawe, czy Bezpieka tak skrupulatnie dokumentuje przemarsze homoseksualistów i wysyła do publikacji wraz z personaliami co barwniej ubranych demonstrantów? Ba, jak mnie pamięć nie myli, to gdy powstała strona upubliczniająca zdjęcia rozmaitych lewaków z demonstracji komunistycznych, to straszne dochodzenie było na jej temat i organa ścigania ścigały jak diabli tych, co „namierzali” czerwonych. Tu zaś w majestacie prawa funkcjonariusze namierzają młodego historyka i szczują bez najmniejszych zahamowań, ale nikomu to zupełnie nie przeszkadza.


Okazuje się jednak, że i to namierzanie i szczucie to za mało. I mimo że prof. Kurtyka już parokrotnie z naciskiem powiedział, że IPN nie miał z publikacją „Arcanów” nic wspólnego, to wściekłość koalicji postkomunistycznej nie osłabła. Dlaczego? Ano dlatego, że Kurtyka jedynie dorzucił drew do ognia, przypominając, że IPN nie jest instytucją podległą politykom oraz że w Polsce panuje wolność słowa i wolność badań naukowych. Jak tam mógł? O tym przecież, jakie są granice wolności decyduje w Polsce od dziesięcioleci, jak nie Bezpieka, to przynajmniej Ministerstwo Prawdy, a w najgorszym przypadku Partia Okrągłostołowa. Nie ma innej wersji wolności, prawdy, swobód obywatelskich, demokracji, niepodległości itd. aniżeli ta, którą ONI podają. Kurtyka niby historyk, a tej prostej prawidłowości historycznej nie dostrzegł, a przecież nie po to się „góra z górą” schodziła już od połowy lat 80., by teraz wszystko szlag trafił właśnie przez jakichś nieodpowiedzialnych historyków. Jest wszak historia i Historia. Tę Historię tworzą Wałęsa, Michnik, Mazowiecki, Kwaśniewski, Jaruzelski, Kiszczak i tym podobni, natomiast historię tworzy magma ludzka, która jest potrzeba wyłącznie do tego, by wyłazić na ulice. To znaczy była potrzebna, gdy Wałęsa sam obalał komunizm, natomiast obecnie jest potrzebna jedynie po to, y płacić podatki i zaklepywać co parę lat „listy krajowe” paru zmieniających się raz po raz odłamów „Partii Okrągłostołowej”, czyli szerokiej, postkomunistycznej koalicji strachu.


III RP, wbrew temu, co sugeruje Aleksander Ścios nie zaczęła się mordem założycielskim na ks. J. Popiełuszce, ale 13 grudnia 1981. Zabicie Popiełuszki było jedną z konsekwencji (tzw. żelaznych) funkcjonowania komunizmu wojennego, który w zamyśle miał doprowadzić „do porządku” i faktycznie doprowadził. Ten porządek został tak perspektywicznie zaprojektowany, że mimo „oddania władzy” w 1989 r., komuniści pozostali wciąż głównymi graczami na scenie politycznej i są nimi po dziś dzień, w czym dzielnie sekunduje im „niekomunistyczny” odłam „Partii Okrągłostołowej”. Bez tego ostatniego komuniści wisieliby na drzewach albo przynajmniej spędzaliby resztę życia w celach więziennych.


Czerwoni w grudniu 1981 pokazywali, że to oni decydują o losach Polaków, tak samo jak w pierwszej połowie lat 40., gdy za przyzwoleniem sowieckim tworzyli „struktury władzy polskiej”. „Opozycja demokratyczna” zaakceptowała taki stan rzeczy i akceptuje nadal, broniąc komunistów jak niepodległości. Czy więc doszliśmy do takiej sytuacji, że znowu trzeba będzie wychodzić na ulice w obronie praw obywatelskich i dla wyrażenia sprzeciwu wobec uzurpatorskiej władzy, wobec Bezpieki i załganych polityków? Niewykluczone. I niewykluczone, że znowu będą na nas posyłać „dzielnych chłopców”, żeby nas przywołali do porządku.


Niech jednak wie Mazowiecki i inni obrońcy demokracji, że dla nich nie będzie żadnej grubej kreski. Żadnej. I z nimi nikt na żaden temat nie będzie negocjować. Niech to wiedzą, zanim poślą na nas swoją milicję ze swoimi psami.

http://www.tvn24.pl/-1,1593445,0,1,mialo-go-nie-byc--ale-przyszedl,wiadomosc.html
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,6445049,Kim_jest_Pawel_Zyzak_.html

30 mar 2009

Biegunka

Jakie są środki na biegunkę polityczną? Zapewne delikwenta trzeba na chwilę odizolować od bliźnich i zaserwować jakąś dietę. Wydaje się, że w fazę takiej biegunki wszedł obecnie min. R. Sikorski, który biegając od Annasza do Kajfasza i nasłuchując kto na jego temat co mówi na światowych salonach, stwierdził, że swoją (domniemaną zgoła) rusofobię, mogącą utrudnić akces na fotel szefa NATO, należy zakryć deklaracją rusofilską. Stwierdził więc, że Rosja powinna być w Pakcie Północnoatlantyckim, bo się przyda do rozwiązywania europejskich i globalnych problemów. Oczywiście, że tak i zgadzam się, jak to mówią, w całej rozciągłości i nawet nie widzę lepiej „w tym temacie” i „na dzień dzisiejszy”, jak to mawiają urzędnicy, gdy się ich o cokolwiek pyta. Tę deklarację powinniśmy sobie wybić złotymi literami na murach, ponieważ nie ma lepszego podsumowania naszego 10-letniego pobytu w NATO. Te 10 lat zleciało jak w pysk strzelił, no i nareszcie można wrócić do korzeni. Mam nadzieję, że sam Sikorski nie ma już słynnej tabliczki z napisem „strefa zdekomunizowana”, a jeśli ma, to wypadałoby ją szybko uaktualnić i jedną z liter wymienić, tak by wyszło: strefa zrekomunizowana.

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Rosja jest w stanie rozwiązać wiele europejskich i globalnych problemów, ponieważ dowiodła tego już od tryumfalnego pochodu rewolucji. Przykładowo sprawę pewnej republiki nadwiślańskiej najpierw usiłowała rozwiązać w 1920 r., a potem udało się jej to zrobić na przełomie lat 30. i 40., co sprawiło, że powstała tzw. „Polska lubelska”, no a potem już było z górki. Ileż innych problemów zostało rozwiązanych dzięki rosyjskiej pomysłowości – opisu tego, podejrzewam, nie pomieściłaby nawet prywatna biblioteka Sikorskiego. Zresztą w tejże bibliotece ma zapewne nasz dzielny minister książkę swojej małżonki pt. „Gułag”. Tam sporo rozwiązań jest zaproponowanych. Niektóre z nich zachowują aktualność po dziś dzień, choćby na obszarze Czeczenii. No ale co tam Czeczenia, gdy fotel szefa NATO świeci takimi wielkimi pustkami.

Powiedzmy sobie szczerze, wszyscy dostalibyśmy biegunki, gdybyśmy mieli kandydować, a jednocześnie byśmy nie kandydowali. Z jednej strony bowiem Sikorski nie ubiega się o to stanowisko, z drugiej jednak historia każe mu się ubiegać.

„” Minister spraw zagranicznych tłumaczył, że wejście Rosji do Paktu wzmocniłoby nie tylko tamtejszą demokrację, ale też zmusiło Moskwę do wprowadzenie cywilnej kontroli nad armią. "Dzięki temu rosyjscy generałowie przestaliby w końcu stosować groźby jako środek polityki zagranicznej. Gdyby zamiast wojskowych nadzór nad armią sprawowali politycy, tego typu rzeczy nie mogłyby się zdarzać" - mówił Sikorski.
Jego zdaniem przystąpienie Rosji do NATO wiązałoby się z jeszcze jedną korzyścią. Rosja zaniechałaby "interwencji na terenach granicznych", takich jak zeszłoroczny kryzys gruziński”
- donosi „Dziennik”.

Same zalety, zatem. Same plusy dodatnie. Jak mnie jednak pamięć nie myli, to wstępowaliśmy do NATO, żeby nareszcie Rosja się od nas odczepiła, ale przecież w obecnych czasach powszechnej szczęśliwości nic nie stoi na przeszkodzie, by Rosja, która wszak już się od nas odczepiła, czego wyrazem był jej sprzeciw sprzed paru dni, gdy pojawiła się pogłoska, że parę amerykańskich samolotów ma być przerzucone z Włoch do Polski, włączyła się teraz w struktury wojskowe wolnego świata i razem z nami walczyła o pokój. Czas po prostu na nowe sojusze, a nie na podtrzymywanie chorego klimatu zimnej wojny, która jest wodą na młyn nie tylko antykomunistycznych odwetowców, ale i rewanżystów wszelkiej maści, jak ci choćby, co się domagają, żeby Rosja za jakiś Katyń wzięła odpowiedzialność. Jaki Katyń? Gdzie ten Katyń w ogóle leży? Kto słyszał o Katyniu? Weźcie, ludzie.

Pomysł Sikorskiego w 10 rocznicę włączenia Polski do NATO jest bezcenny, dlatego pochylam się nad nim z całkowitą uwagą. Sikorski nie jest jednak prekursorem tej postępowej koncepcji. Oto przecież premier Mazowiecki był zwolennikiem pozostania Polski w Układzie Warszawskim, zaś prezydent Wałęsa miał pomysł na NATO-bis. Myślę jednak, że koncepcja Mazowieckiego była wyjątkowo dalekowzroczna a zarazem ekonomiczna (niczego nie trzeba było zmieniać, nawet pieczątek). Naturalnie, gdybyśmy uznali, że należy wrócić do idei Układu Warszawskiego, to niestety, Sikorski nie miałby szans na szefa tego rodzaju paktu. Na tak odpowiedzialnym stanowisku widziałbym jednak jakiegoś weterana wojny, czyli W. Jaruzelskiego.

W poprzednim poście proponowałem, by Jaruzelski był jedynym kandydatem w najbliższych wyborach prezydenckich. Moja obecna propozycja jest do pogodzenia z tą poprzednią, wszak prezydent jest zarazem zwierzchnikiem sił zbrojnych. Mielibyśmy więc i prezydenta, i szefa Układu Warszawskiego. Myślę, że ta kandydatura w żaden sposób nie rozdrażniłaby Rosji, a nawet przez Moskwę zostałaby poparta. Myślę też, że w sytuacji wyższej konieczności mógłby ją poprzeć też min. Sikorski. Kto wie, czy nie zostałby zastępcą „Naczelnego Dowódcy”? To zawsze mógłby być punkt wyjścia do dalszej kariery w strukturach odnowionego UW.

http://www.dziennik.pl/polityka/article351202/Sikorski_chce_Rosji_w_NATO.html

Popieram likwidację IPN-u, "Arcanów" i elementu kontrrewolucyjnego

Mówią, że jak ktoś chce uderzyć psa, to się kij znajdzie. IPN jako ostatnia placówka, którą można nazwać zapowiedzią nowego państwa – zapowiedzią, podkreślam, bo nie realizacją – odkąd jej szefem został prof. J. Kurtyka, zaczął być utożsamiany przez czerwonych i różowych z „bezpieką” (niejednokrotnie takie określenie widziałem lub słyszałem), mimo że, jak Bóg na niebie, nikt z pracowników IPN-u nikomu z czerwonych i różowych nawet tyłka pałką nie obił, a co dopiero robił konwejer czy ścieżkę zdrowia, jak to czynili z oddaniem dla lepszej sprawy pobratymcy komunistów w prawdziwych katowniach UB i SB. Co więcej, zaczęto „zbierać dowody” przeciwko IPN-owi w postaci jego naukowych publikacji, zaś czerwoni, z Olejniczakiem na czele, dosłownie zapluwali się, ilekroć wymawiali nazwę tej instytucji i domagali się jej jak najszybszej likwidacji. Rzecz jasna, dla dobra ogółu, jak to zwykle u czerwonych bywa. Z czasem na czele frontu jedności narodu przeciwko IPN-owi stanęła PO broniąca czci Wałęsy.

Dziś sam premier Tusk pogroził pięścią IPN-owi, choć jako żywo, głośnej książki biograficznej o byłym prezydencie – ta bowiem ma być kroplą, co czarę goryczy przelewa – wcale IPN nie wydał, tylko „Arcana”. Piszę wielką literą „ARCANA”. Należałoby więc zacząć od zamknięcia krakowskiego wydawnictwa. Mam nadzieję, że tam jakiś oddział specjalny został lub w najbliższym czasie zostanie wysłany. Może brygada antyterrorystów, niech chłopaki pokażą kontrrewolucji, gdzie raki zimują, a że chłopaki bitne, to i widowiskowo być może – przy okazji TVN24 mógłby zrobić relację na żywo z komentarzem Miecugowa, Sianeckiego czy choćby Daukszewicza. A i Palikot dobry, chyba że była żona sprowadzi go do parteru kolejnymi wywiadami, czego szczerze mu życzę w Wielkim Poście, bo to czas pokuty i nawrócenia także dla takich błaznów, jak Palikot. Wracając jednak do akcji „Arcana” - można by za jednym zamachem zamknąć nie tylko wydawnictwo, lecz i samą redakcję pisma, bo tam przecież też kontrrewolucjonista na kontrrewolucjoniście siedzi i w ogóle najgorszy element, a tak najlepiej, to od razu przyskrzynić paru naukowych pracowników Uniwersytetu Jagiellońskiego z prof. A. Nowakiem na czele. Jak szaleć, to szaleć. Już zresztą widzę oczyma duszy nagłówek w „GW” - „Środowisko krakowskich faszystów spacyfikowane”. Albo krócej i dobitniej „Kraków nasz!”.

Okazuje się bowiem, że wiele instytucji w naszym kraju powstało głównie po to, by konserwować strukturę postpeerelu, ale też by chronić od hańby pomnikowe postaci, zanim jeszcze na pomnik trafiły. Oczywiście nie mam nic przeciwko takiej definicji struktur „nowego państwa” czy nawet całej III RP, gdyż nie utożsamiam się z wytworem „okrągłego stołu” i wręcz wolałbym, by nazywano go jakoś po imieniu, i by nie ukrywano tego, że mamy do czynienia z pseudodemokracją, a nie z jakimś ustrojem, w którym zagwarantowane są pewne charakterystyczne dla wolnego świata swobody. Zagwarantowane i chronione. Istnieją wszak takie porządki prawne, gdzie zagwarantowanych jest wiele obywatelskich swobód, tylko że gwarancje mają się nijak do tego, jak faktycznie funkcjonuje państwo i jaki mają stosunek politycy, urzędnicy państwowi i „stróże prawa i porządku” do zwykłych obywateli.

Generalnie więc jestem za likwidacją i IPN-u, i „Arcanów” oraz za masowymi aresztowaniami tych ludzi, którym się nie tylko Wałęsa, ale i cała transformacja nie podoba. Niech nareszcie będzie jakiś porządek w tym kraju. Jestem też za tym, by zmienić nazwę państwa z powrotem na „peerel” i by w najbliższych wyborach prezydenckich był jak w 1989 r. jeden kandydat, W. Jaruzelski. Jak za dawnych lat. Niech on znowu nas wszystkich prowadzi ku świetlanej przyszłości. Dość już tego dwudziestoletniego szamotania się i udawania, że chodzi o coś innego niż niekończące się reformowanie „ludowej ojczyzny”. Myślę, że dziś Jaruzelskiego poparliby nie tylko wszyscy przedstawiciele postkomunistycznej koalicji z PO na czele tego barwnego peletonu, ale i większość ludu pracującego miast i WSI.

29 mar 2009

Funkcjonariusze a antykomuniści


Czy antykomuniści są wytworem służb specjalnych? Czytając artykuł P. Skwiecińskiego mam wrażenie, że mimowolnie wychodzi mu taka konkluzja z długiego, dość zawiłego i nie do końca logicznego wywodu, odwołującego się zresztą to osobistych, młodzieńczych fascynacji intelektualnych. Oczywiście każdy może się fascynować tym, czym chce („żyłem w swego rodzaju emocjonalnym transie”, wyznaje Skwieciński) – w tej materii, rzecz jasna, nie zamierzam nikomu narzucać lektur, jednak optyka przyjęta przez tego publicystę jest tak wąska, że warto przedstawić nieco szerszy obraz sytuacji, zwłaszcza że np. ja uważam, że w obecnych czasach, tj. AD 2009 antykomunizm nie tylko nie stracił nic na swojej aktualności, ale jest wprost naturalną postawą ideową kogoś, komu w Polsce zależy na trwałym uzdrowieniu polskiej kultury czy nawet zachodniej cywilizacji. Z tekstu przywoływanego przeze mnie wynikałoby natomiast, że antykomunizm jest już postawą archaiczną i co więcej, nieco skompromitowaną.

Zacznijmy od tego, że kto jak kto, ale bolszewickie i sowieckie służby od samego początku (bez względu na miejsce akcji, a więc wszędzie, gdzie docierał ociekający krwią „kaganek rewolucji”) celowały w kreowaniu „wrogów ludu”, których następnie z zapamiętałością typową dla nawiedzonych zbrodniarzy, zwalczali. Ponadto służby potrafiły umieszczać swoich agentów udających „wrogów ludu” po to, by rozpracowywać prawdziwych antykomunistów. W tym też przedostatnim sensie można by zasadnie powiedzieć, że przeciwnicy sowietyzmu stanowili wytwór tychże służb. Ale też w tym przypadku nie było mowy o żadnym sprzeciwie wobec systemu, gdyż agentura stanowiła najbardziej wyrafinowany sposób działania czerwonych, a także najlepiej intelektualnie (zwł. psychologicznie) przygotowany zespół ludzi do zwalczania jakiejkolwiek opozycji. Ktoś więc mógł gorliwie nawoływać do demonstracji lub strajków wyłącznie po to, by wystawiać naiwnych rozmaitym bezpieczniakom. Ktoś mógł prowadzić drukarnię podziemną wyłącznie po to, by bezdebitowe wydawnictwa szły na przemiał lub trafiały prosto na biurka „ekspertów”. Ktoś mógł nakręcać antysowieckie nastroje w jakimś towarzystwie wyłącznie po to, by czyjeś ostre wypowiedzi stanowiły podstawę do oskarżenia o „wywrotową, antypaństwową działalność”.

Czymś więcej jednak niż naiwnością byłoby uznanie, że antykomunizm właśnie z tego powodu się wziął. Oczywiście, Skwieciński nie pisze tego wprost, tylko odnosi zjawisko antykomunizmu do publikacji Volkoffa i Suworowa. J. Mackiewicza też przy okazji wymienia, ale na tamtych dwóch się przede wszystkim skupia, traktując ich niemalże jak klasyków antykomunizmu. W tym miejscu mogę od siebie dodać, że mimo iż czytałem obu rosyjskich specjalistów od agentury i dezinformacji, nigdy jednak nie traktowałem ich ze śmiertelną powagą, pamiętając, że służba w spec-organach pozostawia jednak pewien rys niewiarygodności. Czym innym jednak byli eks-bezpieczniacy ze swoimi zwierzeniami, a czym innym Mackiewicz, który widział komunizm w detalach i w detalach opisywał. Poza tym Bobkowski, S. Piasecki, Grubiński, Obertyńska, Ganowicz, można by doprawdy sypać nazwiskami autorów chociażby z polskiej szeroko rozumianej tradycji antykomunizmu, a przecież jest także fenomenalny W. Bukowski. Błędna, nieprawdziwa jest więc argumentacja Skwiecińskiego, jakoby formowanie się antykomunizmu determinowane było przez lekturę byłych pracowników służb specjalnych. Zresztą wskazywanie źródeł antykomunizmu wyłącznie w sferze intelektualnej jest także nadmiernym upraszczaniem sytuacji, wszak „samo życie” pod leninowskim i stalinowskim pręgierzem dostatecznie mocny wyrabiało w każdym zdrowo myślącym człowieku postawę antykomunizmu, bardziej lub mniej skrywaną przed bezpieczniakami. Poza tym za prawdziwy, nieprzejednany antykomunizm naprawdę ludzi prześladowano, torturowano, więziono, a nawet zabijano i na pewno Skwieciński to doskonale wie. Nie muszę chyba dodawać, że wiele osób było (i jest) antykomunistami bez wgłębiania się akurat w Volkoffa i Suworowa, którzy może dostarczają intrygującej lektury, lecz jedynie uzupełniającej, a nie obowiązkowej.

Należy więc podkreślić, że to nie byli bezpieczniacy stoją za konstytuowaniem się antykomunizmu. Nie znaczy to jednak, że książki byłych pracowników (zwł. sowieckich) służb nie są warte analizowania z antykomunistycznego punktu widzenia. Wprost przeciwnie. Los choćby śp. A. Litwinienki dowodzi, że odejście od tychże służb traktowane jest przez nie jak śmiertelna zdrada i tępione na najbardziej okrutne sposoby. Jeśli więc ludziom przechodzącym na „jaśniejszą stronę mocy” potrzebna jest od razu ochrona (czasami zresztą nieskuteczna, jak wiemy), zmiana tożsamości i wyglądu albo odizolowanie od świata, to ich zeznania mają rzeczywistą wartość - nie tylko dokumentalną czy zgoła sensacyjną.

Oprócz tego ważna jest kwestia sprawdzalności tego, co oni głoszą. Według mnie hipoteza postawiona przez Golicyna w jego dwóch głośnych książkach, jakoby cały proces „głasnosti” i „pierestrojki” (wraz z procesem „obalania komunizmu”) był mistyfikacją sowieckich służb nie została jak dotąd sfalsyfikowana. Golicyn zresztą nie formułuje swoich obserwacji dotyczących ewolucji sowietyzacji w trybie przypuszczającym. My jednak, podchodząc do jego spostrzeżeń nieco ostrożniej, możemy po prostu poddać je weryfikacji, odwołując się do tego, co napisał wspomniany Litwinienko, Politkowska czy Kowaljow, ale też do naszego bogatego doświadczenia, które pokazuje jak wielką rolę pełnią „ludzie służb” nie tylko na obszarze byłego ZSSR, ale całego bloku sowieckiego, a szczególnie naszego kraju. To przecież jest tajemnica poliszynela. Bezpieczniacy wyskakują z każdej poważniejszej dziedziny naszego życia społeczno-politycznego, jak króliki z kapelusza iluzjonisty.

Kto zaś wie, do jakiego stopnia wyrafinowani w dezinformowaniu potrafią być ludzie służb sowieckich (nawet bez wnikliwej lektury Volkoffa i Suworowa, odsłaniających skomplikowaną metodykę prania mózgu), ten przede wszystkim się dokładnie zastanowi szczególnie nad tym, dlaczego pierwszym, co ogłoszono w „ferworze zmian”, było „obalenie komunizmu”. Tenże ustrój nie tylko przez długie dekady był nieobalalny i stanowił „koniec historii”, „konieczność dziejową” czy też „realia” (jak to zwykle pisywali pragmatyczni peerelowscy publicyści), z którymi należało się bezwzględnie pogodzić, ale był zażarcie broniony w przypadku jakichkolwiek prób kwestionowania jego legalności oraz omnipotencji.

Skwieciński zaś pisze:

„Aż przyszedł rok 1989 i imperium zła, które przed chwilą miało podbić zniewieściałe kraje Zachodu, niemal z dnia na dzień się rozpadło.

Przegrało historyczną konfrontację z pogardzanymi przez nas zachodnimi demokracjami, którymi według Volkoffa od dawna sterować miało KGB, a na gruzach których, według Suworowa, już niebawem miały stanąć radzieckie łagry. Przegrało totalnie i bezapelacyjnie. Co z perspektywy czasu zadziwiające – ten niezaprzeczalny fakt nie skłonił nas do zrewidowania niedawnych ocen. Wkroczyliśmy energicznie w lata 90., komunistów (do roku 1993) uważaliśmy za bezapelacyjnie przegranych. A jednocześnie z dawnych czasów – w jakiejś mierze z lektur Volkoffa i Suworowa – zachowaliśmy skłonność do wiary i w upadek Zachodu, i we wszechmoc tajnych służb. Oczywiście, tych komunistycznej proweniencji.

Chcę być dobrze zrozumiany. Nie tylko emocjonalno-intelektualne doświadczenie przeszłości spowodowało, że III RP postrzegaliśmy jako manipulowany przez służby – czy to ówczesne polskie, czy to rosyjskie, czy wreszcie przez postesbeckie mafie – Ubekistan. Ta diagnoza była realna, wypływała z trzeźwej oceny rzeczywistości. Bywała jednak często przerysowana. I tę skłonność do jej przerysowywania zawdzięczamy właśnie, moim zdaniem, w jakiejś mierze młodzieńczej fascynacji Volkoffem i Suworowem. Fascynacji, wywierającej swój wpływ do chwili obecnej.”


Nie wiem, kto uważał komunistów za „bezapelacyjnie przegranych”, skoro prezydentem Polski po „obaleniu komunizmu Skwieciński dodaje:

„Jeśli dziś spotykam swoich mniej więcej rówieśników, żyjących mentalnie w roku 1982 (albo 1992), tworzących skądinąd ciekawe intelektualnie wizje, w myśl których komunizm tak naprawdę nie upadł, to bez większego ryzyka zakładam, że kiedy wymienię oba te nazwiska, mojemu rozmówcy roziskrzą się oczy. A zapytany, kiedy po raz pierwszy czytał ich książki, odpowie, że w latach 80. I z reguły w takich przypadkach się nie mylę.”

Z tego wywodu wynikałoby, że albo Skwieciński wierzy w faktyczny koniec komunizmu, albo że komunizm naprawdę upadł, zaś Skwieciński to jedynie chłodno konstatuje. Ja zaś nie tylko nie wierzę w upadek komunizmu, ale wiem, że sprawa z nim wygląda zupełnie inaczej niż to ukazują te najpopularniejsze wersje historii. Uzasadnienia dostarcza z jednej strony dobra kondycja posowieckich służb specjalnych w Rosji i innych krajach byłego bloku sowieckiego (Polska jest tu cały czas „chlubnym przykładem”) oraz trwanie komunizmu w rozmaitych krajach świata, a z drugiej postępująca wielkimi krokami recydywa marksizmu oraz socjalistycznego myślenia w świecie Zachodu. Jeśli ktoś sprowadzałby komunizm wyłącznie do marksistowsko-leninowskiej frazeologii i ideologii, to należałoby go uznać za osobę nie mającą pojęcia o tym, o czym mówi i nawet odradzać analizowanie zjawiska komunizmu – wiem jednak, że Skwieciński taki nie jest, wobec tego nie powinien, jak sądzę, powtarzać komunałów o „rozpadzie imperium zła” i to „niemal z dnia na dzień” oraz o tym, że owo imperium „przegrało totalnie i bezapelacyjnie”, gdyż to właśnie jest jedna z bajek skonstruowanych przez specjalistów od dezinformacji. Podejrzewam zresztą, że los Litwinienki czy Politkowskiej to dostatecznie wyraziste memento.

Nie powiem chyba niczego szczególnego, przypominając, że o upadku „totalnym i bezapelacyjnym” narodowego socjalizmu przesądziła II wojna światowa, denazyfikacja oraz osądzenie hitlerowskich zbrodniarzy w procesie norymberskim. Nic podobnego zaś nie spotkało komunistów, którzy stworzyli o wiele bardziej zbrodniczy system od Niemców. Komunizmu nie udało się obalić zbrojnie (mimo paru z nim wojen toczonych w różnych zakątkach świata), co więcej, gdyby nie twarda postawa NATO, a szczególnie USA, to kto wie, czy czerwoni w niedługim czasie nie zaczęliby forsować projektu dalszej światowej ekspansji „idei Wielkiego Października” z sowieckimi bagnetami, rzecz jasna.

Komunistów nie tylko nie osądzono, dekomunizacji nie przeprowadzono, ale – podkreślmy – pozwolono im spokojnie, legalnie działać w sferze gospodarczej, medialnej, kulturalnej i politycznej. No więc „imperium zła”, jak to mawiają z radosnym przekąsem rozmaici „publicyści” od lat, „rozlazło się jak stare gacie”, czy nie? Owszem, znikły pewne sowieckie emblematy (u nas tak, bo przecież już w Rosji nie), zahamowano procesy rusyfikacji w Polsce, poluzowano nieco gorset obywatelom, ale czy to nie za mało jak na obalenie systemu, który wymordował blisko sto milionów ludzi? Jeśli zaś nikogo tak naprawdę nie postawiono przed sądem, a całą maszynerię bezpieczniacko-wojskową, która była kośćcem systemu, pozostawiono samej sobie, to może należałoby nieco przetrzeć różowe okulary?

Skwieciński pisze o rozczarowaniu, jakie dla antykomunisty niesie ostatnia książka Volkoffa gloryfikująca rosyjski nacjonalizm i wizję świata Putina. No ale chyba nie chodzi o samego Volkoffa. Podobnej „przemiany”, jak pamiętamy, doznał choćby A. Sołżenicyn, lecz i o niego nie chodzi. To nie jest problem wyborów moralnych i intelektualnych rozmaitych dysydentów. To chodzi o to, co tak naprawdę niesie nam dzisiejszy świat. Mamy bowiem maszynerię Bezpieki, która już nie posługuje się znakami rozpoznawczymi ideologii komunistycznej tylko strategią mimikry w kontrolowanej przez służby pseudodemokracji wielu krajów byłego bloku sowieckiego, mamy permanentny bałagan w tychże krajach (w naszym widoczny bez szkła powiększającego), mamy utopijny projekt unijnego superpaństwa nasuwający wprost skojarzenia z eurokomunizmem, mamy wreszcie wspomniany renesans marksizmu, który, co jeszcze ciekawsze, powraca „jak gdyby nigdy nic” także do polskiej rzeczywistości kulturowej.

Oczywiście to, czy Unia przyjmie postać superpaństwa nie jest jeszcze przesądzone, możemy jednak być świadkami kolejnego maniackiego eksperymentu, który będzie próbą budowy „systemu szczęśliwości” z – a jakże – ludzką twarzą. Nic zresztą zaskakującego w tym, że komuniści tak ochoczo włączyli się w „procesy integracji europejskiej” - kto jak kto, ale oni potrafią rozpoznawać środowiska nadające się do zagospodarowania, zwłaszcza że socjaldemokratów i komunistów na Zachodzie dostatek, nie tylko we Włoszech czy we Francji. Superpaństwo przecież nie musi być lustrzanym odbiciem ZSSR, wystarczy, że wykorzysta te metody inżynierii społecznej i zamordyzmu, które wypracowali towarzysze z Kremla i okolic.

Co do marksizmu, to rozwijał i rozwija się on na Zachodzie już od lat 20. ubiegłego wieku (Gramsci, Szkoła Frankfurcka, postmodernizm, szkoła z Birmingham, „szkoła z Essex” etc.) z podziwu godną wyrozumiałością dla „błędów i wypaczeń” bolszewizmu i sowietyzmu. Miliony ofiar i niezliczone cierpienia oraz upokorzenia ludzkie, jakie przyniosło ze sobą rewolucyjne „zmienianie świata” jak tego chciał Marks, nie robią na marksistach większego wrażenia, wychodzą oni bowiem z założenia, iż należy do marksistowskiego projektu podejść jeszcze raz, po nowemu. Niekoniecznie poprzez eksterminację „burżuazji i kleru”, ale poprzez radykalną transformację kultury związanej z cywilizacją łacińską.

W tej sytuacji postawa antykomunizmu, którą nie tylko Skwieciński posyła do lamusa (podobne zdanie wygłosił kiedyś nawet prof. R. Legutko), wydaje się niezwykle aktualna, racjonalna i w pełni uzasadniona. Piszę o tych kwestiach także w najnowszej, marcowej odsłonie POLIS MPC, odwołując się do tragikomicznej ewolucji ideowej R. Smoczyńskiego, który od katolicyzmu, antykomunizmu i konserwatyzmu przeszedł do neomarksizmu, na co zresztą szczęść Boże jemu i jemu podobnym intelektualistom.

http://www.rp.pl/artykul/61991,283051_Volkoff__czyli_pretekst_do_rozrachunku.html

25 mar 2009

Ole Obama

Historia nie z tej ziemi byłaby, gdyby prezydentura Obamy okazała się nagle nieaktualna. Oczywiście, dopóki sprawa nie zostanie wyjaśniona, nie należy popadać w euforię, ale przyznam szczerze, rzecz wybitnie intrygująca, choć nie taka nowa. Kwestia urodzenia Obamy, bo o nią tutaj chodzi, która powraca teraz za sprawą działań amerykańskiej prawniczki, dr Orly Taitz, która doprowadziła do tego, że problemem zajmie się Sąd Najwyższy USA i Departament Sprawiedliwości – kursowała po Internecie już w ubiegłym roku, kiedy to przeciwnicy Obamy twierdzili, że brakuje dokumentów potwierdzających jego obywatelstwo amerykańskie, zaś zwolennicy zapewniali, że dokumenty są i to prawdziwe. Poniżej zamieszczam link do strony „potwierdzającej” obywatelstwo Obamy, ale zamieszczam też link do strony, z której skorzystał monter montujący newsa dla TVN24, gdyż jest na niej wiele ciekawych szczegółów dotyczących całej tej historii.

Ciężko mi uwierzyć, by ci, co forsowali „Człowieka Zmiany”, czyli wielkiego zwrotnicowego amerykańskiej polityki, nie sprawdzili dokładnie, czy przypadkiem jego kandydatura nie stoi w sprzeczności z paragrafem 1 drugiego artykułu Konstytucji USA (link poniżej) brzmiącym tak:

„Nie może zostać Prezydentem osoba, która nie jest obywatelem Stanów Zjednoczonych urodzonym w tym państwie, która nie była obywatelem Stanów Zjednoczonych w chwili uchwalania tej Konstytucji; nie może zostać Prezydentem osoba, która nie ukończyła trzydziestu pięciu lat życia i nie jest stałym mieszkańcem Stanów Zjednoczonych od czternastu lat.”

Z drugiej jednak strony, pośpiech, z jakim Obama zabrał się do pompowania olbrzymich pieniędzy w rozmaite lobbies, wydaje się aż podejrzliwy. Możliwe byłoby coś takiego, że ktoś pchał Obamę na to stanowisko, wyłącznie po to, ażeby dokonał zmiany tego typu, a potem już mógłby być choćby potop? Ci, którzy sugerują, że coś jest nie tak z potwierdzeniem obywatelstwa Obamy, zwracają uwagę, że ojciec obecnego prezydenta mógł mieć w chwili urodzin Obamy podwójne (tzn. także brytyjskie) obywatelstwo, że matka, jeśli urodziła Obamę poza granicami kraju, to nie mogła ze względu na swój młody wiek uzyskać dla niego amerykańskiego obywatelstwa w 1961 r., że Obama w dzieciństwie chodził do indonezyjskich szkół i dopytują przy okazji, na podstawie jakiego paszportu jeździł on do Pakistanu przed trzydziestoma laty. Przede wszystkim jednak sam Obama ponoć kluczy z tymi dokumentami, kluczą też hawajskie władze, a właśnie w Honolulu miał się właśnie obecny prezydent USA urodzić.

Tak czy tak sprawa nabiera wagi, choć, co naturalne w takich sytuacjach, pojawiają się głosy, by zajmować się NAPRAWDĘ poważnymi sprawami, kryzysem ekonomicznym, rosnącym bezrobociem itd., a nie kwestią obywatelstwa kogoś, kto przeszedł taki długi i ciężki marsz do fotela prezydenckiego. He, he, skąd my to znamy.


http://www.tvn24.pl/-1,1592602,0,1,prezydentura-baracka-obamy-wisi-na-wlosku,wiadomosc.html
http://worldnetdaily.com/index.php?fa=PAGE.view&pageId=92810
http://www.factcheck.org/elections-2008/born_in_the_usa.html
http://konstytucja.e-studio.biz.pl/konstytucja_USA.html

Między mundurem a sutanną

Przyznaję się bez bicia, że jak nie mam o czym pisać, to włażę na bezczelnego między komunistów i słucham, co też w czerwonych trawach piszczy. Jest to niezawodny sposób na znalezienie tematu, ponieważ zazwyczaj komunistom spędza sen z powiek to, co dla normalnego człowieka jest czymś naturalnym. Nigdy się jeszcze nie zawiodłem na tej metodzie i proponuję ją każdemu, kto zaczyna dzień z pustką w głowie. Oczywiście, ktoś może powiedzieć, a na cholerę śledzić to, co czerwoni piszą. Sprawa jest prosta – dlatego, że czerwoni wciąż są u władzy od 1989 r. w mniej lub bardziej widoczny sposób. Kto tego nie widzi, niech sobie skonsultuje kwestie ostrości obrazu z okulistą. No ale ktoś może powiedzieć, że młodsze pokolenie czerwonych jeszcze władzy w ogóle nie zakosztowało, jeno sobie dyrdymały wypisuje i nikomu to specjalnie nie szkodzi. Śmiem więc przypomnieć, że taki Olek Kwaśniewski zaczynał skromnie w czasopiśmie „itd.”, a jak wysoko go fala historii potem wyniosła?

Nie należy zatem lekceważyć tego, iż staż ludzi związanych z komunizmem odbywa się zwykle w ramach realizowania organizatorskiej funkcji prasy. Gdzie wszak sprawdza się ideowców, jak nie na froncie walki ideowej? Czytać zatem należy czerwonych, ponieważ nie znamy dnia ani godziny, gdy kolbą załomocą do naszych drzwi, wiemy bowiem skądinąd, że żadnemu czerwonemu włos z głowy nie spadł po 1989 r., choć wydawało się, że komunizm to system bardziej zbrodniczy od niemieckiego narodowego socjalizmu. No ale Niemcy niby też z jednej strony rozliczali ten swój wschodnioniemiecki komunizm, ale takiego E. Honeckera to ani nie powiesili, ani jakoś szczególnie po kazamatach nie powłóczyli. Może to jakiś sentyment do twardorękich, który odzywa się w duszy niemieckiej raz po raz, a dziś nawet bardziej? No ale cicho sza, bo w naszym kraju niejedno niemieckie ucho pilnie nasłuchuje, co z kolei w oszołomskiej sferze piszczy.

Skoro już pewne rzeczy sobie wyjaśniliśmy, przejdźmy do meritum. Oto niejaki K. Tomasik, mały wielki człowiek, zdumiewa się na łamach „Krytyki Politycznej” repertuarem kina polskiego. Temat, jak każdy inny, ale ujął mnie tytuł tekstu: „Mundury i sutanny”. Od razu rzuciłem się do lektury. Kto bowiem wie więcej o mundurach, no i przy okazji o sutannach, jak nie komuniści? Wszak rewolucja bolszewicka to był zryw bardzo wielu mundurowych (choć niektórzy woleli występować w cywilu), zresztą taki np. L. Trocki, ukochany przez marksistów na zachodnich uczelniach (choć i Lenin coraz śmielej powraca; jedynie do Stalina jakaś mniejsza wciąż sympatia, nie wiedzieć, czemu) to nawet optował za tzw. wojennym komunizmem, czyli czymś takim, co realizował np. Mao w okresie chińskiego „wielkiego skoku” (w Europie wielki skok dopiero przed nami, spokojnie, niech no się UE nareszcie ukonstytuuje jako superpaństwo). Mundurowi tworzyli też zręby „Polski Ludowej” (do której wciąż wzdycha niejeden czerwony, jakby nie chciał zauważyć, że postpeerel daje o wiele więcej komunistom aniżeli mógł dać peerel), bo przecież najpierw musieli rozprawić się z potwornymi „leśnymi bandami”, potem zaś zbudować „demokrację socjalistyczną”, co wymagało wielu poświęceń w postaci ciężkiej pracy w sądownictwie i więziennictwie. Mundurowi pilnowali, by chuligani czy inna bananowa młodzież nie demolowali miast lub zakładów. Mundurowi też doprowadzili do wprowadzenia ozdrowieńczego stanu wojennego, stanowiącego, jak wiemy, początek transformacji ustrojowej, czyli gruntownej przebudowy chałupy właścicieli Polski. Mundurowi stworzyli ośrodki badań opinii publicznej, założyli wolne media, słowem - dali obywatelom to, czego sami obywatele osiągnąć nie byli w stanie. Mundurowi też, dodajmy, trzymali niejednego „sutanniarza” w szachu, bo akurat sutanniarze nie za bardzo pojmowali, na czym polegają uroki budowania bolszewickiego raju na ziemi.

No ale nie o takie mundury, niestety, Tomasikowi chodzi:

„„Polacy chcą historii w kinie” – obwieściła „Rzeczpospolita” (19.03). I ma na to mocne dowody– przeprowadzony na własne zlecenie sondaż GFK Polonia.

Jakie pytanie - taka odpowiedź, jaka teza - taki sondaż, chciałoby się powiedzieć patrząc na badania, którym poddano 1000 osób. Główna kwestia dotyczyła określenia czy filmów i seriali o współczesnej polskiej historii powstaje: za mało, za dużo czy w sam raz. 43% badanych uznało, że za mało, 36%, że w sam raz, 4%, że za dużo, a 17% nie miało zdania.

A teraz kolejne pytanie: o postać polskiej historii najnowszej o której najchętniej by się obejrzało film. Odpowiedzi znów dość przewidywalne: Jan Paweł II (40%), Jerzy Popiełuszko (31%), Józef Piłsudski (18%), Stefan Wyszyński (17%), Władysław Sikorski (16%).”


Proszę zwrócić uwagę, jak ładnie, tzn. klasycystycznie zaciąga w swej mowie Tomasik, powiada bowiem: Stefan Wyszyński, Jerzy Popiełuszko. Dziwne, że nie dodał Karol Wojtyła, choć mógł się też posłużyć słynną frazą „pan papież” i byłoby dobrze. No ale mniejsza o szczegóły, o co bowiem Tomasikowi chodzi?

„Mnie jednak bardziej zainteresowały wyniki drugiego sondażu. Bo jak się dostaje taki zestaw nazwisk, to aż się prosi, żeby zadać kolejne pytanie: czy to znaczy, że poprzednie produkcje poświęcone tym osobom zawiodły państwa oczekiwania? Tak się bowiem składa, że o całej piątce filmy lub seriale już zrealizowano, choć w komentarzach nikt się o tym nie zająknął. Problemem nie jest więc jak zwykle „czy”, ale „jakie” filmy historyczne robić. Na pewno nie takie jak Karol – człowiek, który coś tam czy Katastrofa w Gibraltarze o ostatnich chwilach z życia Sikorskiego (faktycznie katastrofa).

A swoją drogą to ciekawe, że postacie jakie zaproponowano w badaniu, to wojskowi i księża. Najwyraźniej polska historia to tylko mundury i sutanny. Może już najwyższa pora sięgnąć po inne kostiumy, kino też na tym zyska.”


Tomasik powinien napisać, nie „Karol-człowiek który coś tam” (pisownia oryg.), jeno „Karol cośtam”, wtedy byłoby śmieszniej, ale skądinąd wiemy, że konwencję humoru wyznacza czerwonym film „Świat się śmieje” i właściwie poza ten kanon nikt z czerwonych stara się nie wychodzić od wielu lat. Nic więc też dziwnego, że taki Tomasik nie ma na co chodzić do kina, ponieważ nie takie mundury są pokazywane jak trzeba. Chociaż, Bogiem a prawdą, w filmie „Katyń” Wajdy, niezwykle pozytywie przedstawiony jest oficer armii czerwonej, no więc choćby na ten skromny ukłon w stronę starych tradycji kina sowieckiego powinien Tomasik zwrócić uwagę. No bo chyba takie mundury są OK, do cholery, nie można powiedzieć przecie, że wszystkie mundury są do wyrzucenia, bo przecież Lenin w mauzoleum, a Dzierżyński w grobie by się zwywracali. Gorzej z sutannami, to fakt. Tu by trzeba konstruować jakiś porządny film o księżach zaangażowanych w teologię wyzwolenia w III świecie. W głównej roli mógłby wystąpić ten eks-ksiądz, co „Fakty i Mity” zakładał z innymi esbekami, aczkolwiek i Tomasikowi dałbym jakąś choćby drugoplanową rolę, wszak „temat Kościoła” powraca w jego felietonistyce co rusz.

W innym miejscu bowiem pisze publicysta „Krytyki Politycznej” tak:

„Piąta strona środowej „Gazety Wyborczej” z 4 marca informuje, że przeprowadzono badania nt. wiary na reprezentatywnej grupie losowej. Wynika z nich, że 95% polskiego społeczeństwa określa się jako katolickie. Dalej jest triumfalne obwieszenie Rafała Boguszewskiego z CBOS-u: „deklaracje wiary i praktyk religijnych nie uległy znaczącej zmianie w ciągu ostatnich 20 lat”. Na mnie te wyniki nie robią specjalnego wrażenia, chętniej bym przeczytał raczej co ten katolicyzm za sobą pociąga. Podano, że ponad połowa deklaruje co najmniej raz w tygodniu udział we mszy świętej, a 42% codzienną modlitwę (cokolwiek to znaczy). A dalej? Jaki procent przyjmuje komunię świętą? A jaki obowiązkową dla katolików komunię w czasie Wielkanocy? Może należy policzyć liczbę wydanych wtedy hostii i to nam da realne pojęcie o tym ile w Polsce jest katolików i katoliczek?

A teraz kolejne pytanie, co to katolickie 95% czyta? I czy w ogóle czyta? Bo na następnej stronie środowej „Gazety” kolejny news – „Stan kryzysowy w ‘Tygodniku Powszechnym’”. Okazuje się, że pismo pada, a ksiądz Boniecki apeluje do czytelników o finansowe wsparcie.”


Tak się zacząłem zastanawiać (za autorem, rzecz jasna), co dla komunisty może za sobą pociągać katolicyzm. Zaskakujące, że sam czerwony tego nie wie, wszak „już Marks powiedział”, że religia to opium dla mas, zaś w systemie łagrów i pracy niewolniczej przekuwało się duchowieństwo na jakąś bardziej strawną dla sowieckiej władzy papę, choć w przypadku Polski to może nie do końca się udało, ale kto wie, czy gdyby wielki i mądry Soso, którego stopy całował niejeden poeta, nie pożył dłużej, to by i inaczej sutanniarze nie zatańczyli. No ale wspominam to wszystko nie przypadkowo, gdyż Tomasik chyba ma jakieś pojęcie w tym kontekście przynajmniej o tradycji marksistowsko-leinowskiej, a gdzie jak gdzie, ale na UW to sporo marksistowskiej elity intelektualnej wichry dziejów przywiewały. Wot, stolica.

Tomasik jednak pisze dalej:

„Dlaczego korporacja nie wykłada niezbędnych funduszy na swój produkt? Dlaczego w społeczeństwie w 95% katolickim kupowanie katolickiego tygodnika przedstawia się jako misję, do której trzeba będzie dokładać? A przede wszystkim – gdzie jest to słynne, racjonalne działanie korporacji? Dlaczego firma pół roku po zakupie nie ma niewielkich pieniędzy dla pisma, w które już zainwestowała?

Może to wszystko zostało wliczone w koszty? Może korporacje w kwestii zdobywania funduszy stosują po prostu strategię Kościoła katolickiego, który sam będąc bardzo majętną instytucją ciągle prosi o datki wiernych.”


Jak to jest, że ludzie nie kupują „TP”? No tak to jest, że najpewniej „TP” jest za mądry. Już tylu zacnych ludzi przestrzegało przed polską niedojrzałością do demokracji, a czyż „TP” nie miał swojego mądrego i niezastąpionego wkładu w ład demokratyczny szczególnie po 1989 r.? Nawet bidny Jan Paweł II musiał napisać otwarcie do redakcji (nomen omen w kwietniu 1995; z tego, co wiem, redakcja opublikowała list dopiero po miesiącu zwlekania), że – mówiąc oględnie – otwarty katolicyzm katolickiego tygodnika poszedł już tak daleko, że samego Następcę św. Piotra zaczęła ona sztorcować jak prowincjonalnego kaznodzieję:

„Rok 1989 przyniósł w Polsce głębokie zmiany związane z upadkiem systemu komunistycznego. Odzyskanie wolności zbiegło się paradoksalnie ze wzmożonym atakiem sił lewicy laickiej i ugrupowań liberalnych na Kościół, na Episkopat, a także na papieża. Wyczułem to zwłaszcza w kontekście moich ostatnich odwiedzin w Polsce w roku 1991. Chodziło o to, ażeby zatrzeć w pamięci społeczeństwa to, czym Kościół był w życiu Narodu na przestrzeni minionych lat. Mnożyły się oskarżenia czy pomówienia o klerykalizm, o rzekomą chęć rządzenia Polską ze strony Kościoła, czy też o hamowanie emancypacji politycznej polskiego społeczeństwa. Pan daruje jeżeli powiem, iż oddziaływanie tych wpływów odczuwało się jakoś także w ,, Tygodniku Powszechnym ". W tym trudnym momencie Kościół w ,,Tygodniku" nie znalazł, niestety, takiego wsparcia i obrony, jakiego miał poniekąd prawo oczekiwać; "nie czul się dość miłowany" - jak kiedyś powiedziałem. Dzisiaj piszę o tym z bólem...”

Treść tego listu, jak dla mnie to było wtedy niezłe memento po kilkudziesięciu latach działalności „TP”, z którym przecież także współpracował swego czasu ks. abp Wojtyła. Przyznam szczerze, że dla mnie było to jak zatrzaśnięcie wieka od trumny (sporządzonej przez Kisiela w jego „Dziennikach”) i od tamtej pory traktuję „TP” jako coś w rodzaju rzadkiego okazu dziczki w naszej postpeerelowskiej oranżerii, zaś to, że pielęgnacją tej dziczki zajął się akurat zacny i znany koncern ITI specjalizujący się w inżynierii dusz a la XXI w. to już tylko znak czasów wspaniałej III RP.

Tymczasem Tomasik pisze tu tak, jakby o całej skomplikowanej historii „TP” nic kompletnie nie wiedział. Ejże, taż przecież nie samym Żiżkiem człowiek żyć może! Opamiętajcie się młodzi marksiści-leniniści. W prawdzie do czasopisma „Bez Dogmatu”, w którym skryła się cała masa biednych, trzęsących portkami, marksistów i marksistek, jeszcze „TP” daleko, ale bez dogmatyki katolickiej coraz lepiej on sobie zaczyna radzić. Może więc przyjść dzień, że sam Tomasik zacznie czytywać „TP” i ratować go finansowo, choć, jak się domyślamy, z katolicyzmem nic wspólnego mieć nie chce (co dla czerwonych jest czymś naturalnym, nie tylko bowiem diabeł się święconej wody piekielnie boi). Oczywiście, sutanny Tomasik w ten sposób nie założy, ale już mundurek pioniera czy ZMS-owca pasować będzie, jak ulał, wszyscy czerwoni bowiem nie tylko z jednej gliny są ulepieni, ale i spod jednej matrycy wychodzą, jakby wciąż ta sama tłocznia politruków pracowała gdzieś pod Moskwą.


http://www.krytykapolityczna.pl/Krzysztof-Tomasik/Mundury-i-sutanny/menu-id-198.html
http://www.krytykapolityczna.pl/Krzysztof-Tomasik/Korporacja-jak-Kosciol/menu-id-198.html

21 mar 2009

Proletariusze łączą się coraz bardziej

To prawda, że postkomuniści dobijają media publiczne, ale w końcu dziwne by było, gdyby nie spłacali długu wobec mediów komercyjnych, które przy obalaniu kaczyzmu grały wiodącą rolę. Coś więc za coś. Zresztą chodzi nie tylko o obalanie kaczyzmu, ale i przy okazji komunizmu, bo przecież środowiska postkomunistyczne uważają się za te, które przyczyniły się do bezkrwawego przejścia od reżimu czerwonych do reżimu różowych, zatem kupa ludzi dobrej woli na tym „ustalaniu ładu medialnego” korzysta. Dokładnie na takiej samej zasadzie, na jakiej w latach 80. już pod koniec wdrażania „drugiego etapu reformy”, tworzono zręby NEP-u, czyli transformacji gospodarczej, pozwalającej nomenklaturze partyjnej poddać się metamorfozie, dzięki której co drugi kacyk czy esbek stawał się biznesmenem, a co większy „ludowy wojskowy” deweloperem czy fabrykantem. To rzecz jasna był proces naturalny, który wpisany był w może nie tyle ewolucję, co nieustającą mutację systemu, polegającą na tym, że wiele rzeczy ulegało zmianie, ale rdzeń systemu w postaci czerwonej pajęczyny, pozostawał ten sam. Już agent Gomułka pełniący funkcje jednego z moskiewskich gubernatorów „Polski Ludowej” wyraził to dobitnie w haśle „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. I nie oddają.

Postkomunizm ze swoimi fajerwerkami ulicznymi można uznać za swoisty przejaw geniuszu komunistycznej agentury. Jeśli bowiem jest ona w stanie skonstruować państwo, które udaje kraj zachodni, to znaczy, że te dekady tłuczenia marksizmu-leninizmu i te twórczego eksperymentowania z bratnimi służbami sowieckimi w różnych regionach świata nad rozmaitymi wariantami „rewolucji”, przyniosły niespodziewany efekt w postaci pełnej kontroli nad rzeczywistością społeczno-polityczną. Wydaje się to niemożliwe, ale przecież podobne uczucia żywiliśmy za komuny, gdy patrząc na niewydolność systemu, na marnotrawstwo przechodzące ludzkie pojęcie, na totalną tępotę kacyków i bezpieczniaków, na buractwo i ciemniactwo na każdym szczeblu administracji obozowej (bo trudno to nazwać państwową), na niewyobrażalne wprost chamstwo trepów, gdy borykając się z „walką o byt”, czyli zdobywając przedmioty codziennego użytku niemalże w taki sposób jak jaskiniowcy pożywienie i ogień – nie mogliśmy wyjść ze zdumienia, jak to jest możliwe, że to wszystko, czyli cała ta komunistyczna, dysfunkcjonalna ewidentnie struktura, działa. No ale wyjaśnienie tego fenomenu nie jest wcale takie trudne i z powodzeniem pracuje ono w odniesieniu do „efektywności” postkomunizmu. Otóż nawet jeśli samochód nie działa, jeśli nie ma paliwa, jeśli nawet nie ma kół – to przecież wystarczy zapędzić do pchania auta (czy wprost niesienia) masę niewolników i będzie „szło”. Określenie „idzie”, które rzucają z uciechą robotnicy po naprawieniu jakiejś zepsutej przez nich na budowie maszyny, znakomicie oddaje to, w jaki sposób działa reżim komunistyczny i postkomunistyczny. „Idzie”, a stoją za tym rzecze ludzi, którzy pozwalają sobą manipulować, pozwalają się wykorzystywać i godzą się na to, by agentura pozostała najważniejszą siłą sprawczą „państwa”. Proszę sobie zresztą przypomnieć, jakie były dąsy czerwonych, gdy na przykład wychodziło na jaw, że co poniektórzy „negocjatorzy” pośredniczący między Polską a Wspólnotą Europejską, to agenci służb komunistycznych, czyli mówiąc wprost, sowieckich. Truszczyński, młody Wiatr... Nie tylko zachwalano ich profesjonalizm, ale i dziwiono się, że jeszcze „w tych czasach” można kogoś za jakieś przedpotopowe sprawy odsądzać od czci i wiary. Zwracam uwagę: już nawet agenturalność nie była żadną przeszkodą w pełnieniu służby publicznej, no bo sama przynależność do komunistycznej zgrai, czyli legitymowanie się jakimiś wysokimi stanowiskami w „PZPR” nie miało absolutnie żadnego znaczenia w robieniu kariery w „niekomunistycznej, wolnej Polsce”.

„Goebbels stanu wojennego”, jak technicznie nazwano Urbana, mógł swobodnie założyć swoje pismo, a nawet „ruch społeczny”, nie kryjąc swoich związków z Bezpieką i wojskówką, częstokroć zresztą korzystając z materiałów służb na swoich łamach i w swojej działalności. Potem pojawiło się pismo „Zły”, co do którego żałuję, że zniknęło z dystrybucji, ponieważ stanowiło ono znakomity przykład wolności pracy a la III RP, kiedy to ścigało się prawicowych publicystów za „mowę nienawiści”, lżyło się w mediach duchownych katolickich i symbole religijne na wszelkie możliwe sposoby, natomiast publikowanie zdjęć gwałtów, samobójców czy ofiar zabójstw salonowcom nie przeszkadzało. Tak jak i dziś nie przeszkadza wszędobylska pornografia w salonach prasowych, rozłożona niejednokrotnie w pobliżu stoisk z chińskimi zabawkami czy artykułami papierniczymi dla dzieci. Zresztą, jaki gwałt się podnosił w „wolnych mediach”, gdy jakiś oszołom nawoływał do wycofania pornografii z tego rodzaju miejsc sprzedaży lub chociaż do zafoliowania pism, by dzieci nie mogły ich przeglądać. Śliniące się dansing-bubki powiadały nam wtedy z takim charakterystycznym uśmieszkiem błąkającym się na twarzy, że „to przecież nie jest żadna pornografia”. Dopiero, gdy Urban zapowiedział, że planuje wydawać „NIE” dla dzieci, zaczęto jednak kręcić nosem.

Myślę, że któregoś dnia po prostu przestało nam przeszkadzać to, że nasz kraj zwyczajnie pod względem kulturowym schodzi na psy, stając się dziadownia, dzięki panoszącej się zupełnie bezkarnie, agenturze. Czerwoni mieli i mają wciąż tak mocne poczucie „bycia u siebie”, że już nawet nie zwracają uwagi na głosy krytykujące stan rzeczy powstały po 1989 r. Oni już nie muszą się bać, gdyż to właśnie ich uznano za aliantów w wojnie z klerofaszyzmem. No a kto jak kto, ale czerwoni wiedzą świetnie, jak się z Kościołem i kontrrewolucją walczy. Teraz wystarczy im do tego usłużna agentura posadzona w mediach, która gdy zbliżają się Święta Wielkanocne lub rocznica śmierci Jana Pawła II to potrafi niemal krzyżem leżeć przed kamerami, zaś na Boże Narodzenie ostentacyjnie dzielić się opłatkiem „z naszymi kochanymi widzami”,zaś, gdy trąbka myśliwska zagra, potrafi szczuć na klerofaszystów (w sutannach lub nie) z zajadłością, której nie powstydziliby się agenci z propagandowej szkoły Urbana.

Po „obaleniu komunizmu” nie stworzono w Polsce żadnego ładu medialnego, ponieważ od samego początku, czyli już od „negocjacji ze stroną rządową” wiedziano, że owszem, wolność wolnością, lecz o organizatorskiej funkcji prasy nie można nigdy zapominać. Na tej zasadzie potraktowano media państwowe, które komuniści „udostępnili” do szerszego użytku. Rzecz jasna, żadnemu z tryumfujących przed kamerami czy na łamach „GW” „obalaczy komunizmu” nie przyszło nie tylko do łba, ale i nie przeszło przez usta, by zastosować opcję zerową w molochu, który „udostępniali” czerwoni. Było to wyrazem szerszej filozofii myślenia panującej od samego początku „transformacji”, a wyrażającej się w takiej złotej sentencji, że może komunizm był niewydolny i marnotrawił wiele ludzkiego wysiłku, pieniędzy itd., ale przecież na wielu stanowiskach było wielu fachowców, których nie sposób wyrzucić ot tak, na pysk. W ubecji czy esbecji, dowiadywaliśmy się, pracowały głównie sprzątaczki, zaś w mediach komunistycznych, głównie miłośnicy kultury polskiej, co robili wszystko, co w ich mocy, by dziedzictwo narodowe między wierszami nowomowy przekazywać i cały czas, co oczywiste, „posyłali oko”. Może odsunięto paru spikerów kojarzących się z dziennikiem telewizyjnym, ale na tym się skończyła cała reforma.

Ekipa Mazowieckiego nie kryła, że jakiś przełom w mediach jej nie interesuje. Michnik z mównicy sejmowej odżegnywał się od odwetowców klerofaszystowskich, poza tym nastawały czasy „reformy Balcerowicza” i mało kto się oglądał na to, że niby rewolucji nie ma i nie będzie, ale tak się składa, że „transformacja” sprawia, że na „robieniu mediów” można robić wielkie pieniądze, byleby wiedzieć, z której strony wiatr wieje i byleby odpowiednich, sprawdzonych ludzi zatrudniać. Komercyjne media stawały się więc na przestrzeni lat propagandowym ramieniem koalicji postkomunistycznej, ale ilekroć czerwoni (z nieodłącznymi „ludowcami”) przejmowali władzę w kraju, tylekroć porządkowano także sprawy „mediów publicznych”. To ostatnie określenie należy brać w cudzysłów, gdyż jedynie zakłamuje ono rzeczywistość. W Polsce nie ma żadnych mediów publicznych – ewentualnie media toruńskie można za takie uznać, choć finansowane one są w sposób odmienny od mediów publicznych funkcjonujących na świecie, a zwłaszcza na kontynencie europejskim. Zresztą, nie okłamujmy się, poza jakimiś przebłyskami, kiedy pojawiały się w TVP czy Polskim Radiu ciekawsze osoby, programy czy treści, to przecież cudu nie było, bo i nie miało być. Szczególnie TVP przez te długie lata wypracowała formułę nawiązującą do najlepszych lat gierkowskiej telewizji, formułę, w której twórczo łączy się głupotę jakichś bombastycznych igrzysk (turnieje miast, teleturnieje, zabawy ludyczne itd.) z propagandą. Nie przypominam sobie, by „media publiczne” były przez jakiś długi czas miejscem poważnej publicznej debaty, sporu, ścierania się wielu sił (czy ktoś jeszcze pamięta, jak wyglądała dyskusja dotycząca akcesji Polski do UE?), a nie tylko dokładnie wyselekcjonowanych, by pieczołowicie odtwarzały (a ściślej, odkłamywały) historię peerelu (pieczołowicie, a nie zasadzie „przeżyjmy, kochani, to jeszcze raz” i radosnego odtwarzania „ukochanych polskich seriali”), by pełniły funkcję rzeczywiście edukacyjną, kulturotwórczą, a nie po prostu podtrzymywały nastrój jakichś obłędnych postpeerelowskich bachanaliów. Owszem, powtarzam, zdarzały się czasem ciekawsze programy, ba z łezką w oku wspominam (nadawany krótko za „pampersów”) przedpołudniowy cykl z analizowaniem socrealistycznych filmowych gniotów (na co krzykiem oburzenia reagowały zacne środowiska kultury komunistycznej), ale Bogiem a prawdą, to były krople w morzu. TVP nigdy nie przyjęła formy medium poważnego i odpowiedzialnego za – mówiąc obrazowo - podniesienie polskiej świadomości społecznej z ruin, w jakich pozostawił ją reżim czerwonych zbrodniarzy. Wprost przeciwnie TVP z premedytacją włączyła się w proces ogłupiania odbiorców i obniżania standardów kulturowych. Z tego też punktu widzenia nie żal mi molocha, który przez postkomunę zostanie ostatecznie przejęty i rozparcelowany. W przyszłej konstytucji RP trzeba będzie bowiem ustanowić zupełnie nowe rozwiązania także w tej dziedzinie, realizujące ideę trwałego i radykalnego zerwania z dziedzictwem „Polski Ludowej”, w którym obecnie tkwimy po uszy.

To usiłowanie definitywnego rozparcelowania mediów ma już swoją tradycję. Komercyjny kartel usiłowano wszak zawiązać kilka lat temu, gdy Rywin odwiedził Michnika. Ponieważ jednak czerwoni czuli się zbyt pewnie, to znaczy nieco ich poniosło, gdyż uznali się za gospodarzy III RP, co jednak dla „transformersów” musiało być przejawem arogancji – nie po to bowiem przez kilkanaście lat budowano mitologię „obalania komunizmu”, „skoków przez płot”, „aksamitnej rewolucji”, „uruchomienia jesieni ludów”, żeby nagle nomenklatura „wzięła wszystko” i by z mitologii pozostały wióry, toteż podniesiono w Agorze S.A. i innych agorach okropny wrzask, że czerwoni chcą się urządzić w mediach, jakby to jakąś wielką tajemnicą było po 1989 r. Pamiętne zresztą były mowy R. Kwiatkowskiego, który przed komisją twierdził, że zachowanie środowiska różowych to przyganianie przez kotła garnkowi. Potem natomiast posady tego świata się zatrzęsły, ponieważ pojawił się „straszny Macierewicz” i zaczął rozganiać agenturę na wszystkie strony, co z kolei upewniło „obie strony konfliktu”, czyli obie „grup trzymające władzę”, które jeszcze parę lat wcześniej nie mogły dojść do ładu, że spory w rodzinie trzeba potraktować jako niebyłe, a co było a nie jest, nie wpisuje się w rejestr, no i nastąpiło wielkie zjednoczenie czerwonych z różowymi, porównywalne do „I zjazdu PZPR”, do którego zresztą omal nie doszło, kiedy usiłowano skonstruować (a jakże) ruch obrońców demokracji od Kwaśniewskiego, poprzez Olechowskiego, na Wałęsie kończąc, w gronie których znalazł się m.in. znany kontestator systemu komunistycznego, czyli A. Wajda. Gdyby jeszcze dokooptowali paru ZboWiDowców, paru ludzi honoru, paru porządnych biznesmenów, to byłaby nowa monopartia, jak się patrzy. Zabrakło jednak determinacji. Poza tym stwierdzono, że koalicja od monopartii jest lepsza, a obecnie to PO coraz lepiej sobie radzi, jako ugrupowanie chcące być monopartią, wchłaniając co tylko się rusza na scenie politycznej, co w Trójce nieoceniony dr Gowin nazywa dziś eufemistycznie „przyciąganiem programu Platformy”. Teraz więc czerwoni domagają się w kwestii „ładu medialnego” mniej, dzięki temu różowi mogą na nich spojrzeć spolegliwie. Tym niemniej już ideałem czy „punktem docelowym”, gdy na wzór niektórych kanałów we Francji, zostanie sprywatyzowana TVP, zaś Polskie Radio przyjmie postać z lat 80. (śledzę od wielu tygodni renesans peerelu w Jedynce; peerelowscy artyści, peerelowska nostalgia, peerelowskie klimaty), nie będzie kartel komercyjny. Więc co?

Legendarny A. Halber wyraził to kiedyś słynną frazą w SMS-ie do ówczesnego szefa TVP, frazą, którą warto otrzepać z kurzu i ponownie przywołać. Ta fraza, według mnie, doskonale wyraża filozofię mediów publicznych w Polsce.

„Może byś wrócił do Piotrka Urbankowskiego. To jest świetny koleś - pracowity i lojalny, lubię go i cenię. Precz z siepactwem. Chwała nam i naszym kolegom. Ch... precz!”
(http://new-arch.rp.pl/artykul/486929_Halber_sie_wycofal.html )

Teraz jednak już nie będzie kartelu komercyjnego, tylko uformuje się komercyjny monopol. Tym się zatem różni postkomunizm od komunizmu, że w tym pierwszym nomenklatura może o wiele lepiej zarobić. Minęły czasy gumioków i radiomagnetofonów „Kasprzak”. Proletariat stał się arystokracją.

20 mar 2009

Uwaga, debile na górze


Wydaje się, że postkomunizm charakteryzuje się porównywalną skalą debilizmu w stosunku do komunizmu. Oczywiście debilizm społeczny w postkomunizmie wynika w wielu wypadkach z życiorysowej ciągłości wielu przedstawicieli administracji państwowej, którzy z gumofilców przedzierzgnęli się w błyszczące parlamentarne lakierki, ale przecież „nowy ustrój” sam stwarza doskonałe warunki do swobodnej, destrukcyjnej twórczości, choćby w ten sposób, że uniemożliwia jakiekolwiek pociągnięcie do odpowiedzialności urzędników pracujących na ministerialnych stanowiskach czy tzw. posłów, mimo że działają świadomie i z pełną determinacją na szkodę obywateli. Poczucie bezkarności zaś pozwala „ludziom polityki” na robienie dosłownie wszystkiego, od złodziejstwa do trwałego psucia państwa, ponieważ nikt tymże ludziom nie jest w stanie zagrozić.

Najnowszym przykładem debilizmu jest oczywiście ustawa dot. edukacji, forsowana z maniackim uporem i w końcu przeforsowana na siłę, mimo oporu rodziców czy środowisk nauczycielsko-pedagogicznych, ku uciesze cepów. Słusznie przedstawiciele tego spontanicznego, broniącego dzieci, ruchu oporu chcą opublikować listę tych cepów, którzy tę ustawę przepchnęli, choć przecież zawartość personalna tej listy nie jest bynajmniej trudna do przewidzenia, to wszak cepy z PO, PSL i SLD, czyli establishment postkomunistyczny, czerpiący od lat profity z systematycznego bałaganienia państwa. Im większy bajzel, tym większe profity – rok za rokiem. Coś tak jak na wojnie – im mniejsza kontrola cywilno-wojskowa nad obszarem, tym większa jego penetracja ze strony maruderów i rzezimieszków. Publikowanie list i postulowane przez rodziców maluchów niegłosowanie na cepów w kolejnych wyborach, to oczywiście mądra decyzja, ale należy pamiętać, iż nie po to sobie cepy skonstruowały republikę bananową, by ona nagle przestała być ich żerowiskiem. Zauważmy też ponadto, że politycy-cepy nie biorą się znikąd. Ktoś ich przecież w głosowaniach przepycha coraz wyżej. Ktoś takiego Gleba Chlebowskiego, co nawet wójtem nie powinien był zostawać, dopchał jednak do parlamentu. Że o Olejniczaku czy innych mędrcach tego postkomunistycznego świata nie wspomnę. Niewykluczone zresztą, że wypychani są oni celowo przez tych obywateli, którzy polskie państwo mają za nic i chcą innym obywatelom zostawić w spadku jeszcze większy bajzel. Rezultat jest taki, że głupota tyranizuje nas zewsząd. Głupcy natomiast, nie mając możliwości przekonania obywateli do swoich idiotycznych, szaleńczych pomysłów, forsują swoje rozwiązania na siłę, wiedząc, że i tak nie zostaną z tego rozliczeni, bo przecież skorumpowane sądownictwo i prokuratura prędzej wsadzą za kratki tych, co protestują przeciwko bezprawiu aniżeli jakichkolwiek beneficjentów bezprawia.

Gdy jakiś debil nie potrafi zamknąć drzwi normalnie, to w nie kopie, po prostu. Do skutku. Jak inny debil nie może się dodzwonić z budki telefonicznej, to zwyczajnie rozwala aparat. I tak to przecież działa w świecie naszej polityki. Debil debila debilem pogania i dobrze im się wiedzie. Smutną jednak prawdą jest to, że ktoś tych cepów na stanowiskach sadza. Musimy więc mieć świadomość, że spora część Polaków to także debile. Nie bójmy się tego określenia. Dzień w dzień na przykład spotykamy mnóstwo z nich na drogach. Wyróżniają się oni jazdą bez kierunkowskazów, slalomem między autami w korku, pruciem pod prąd („z drogi śledzie”) – sam kiedyś wracając z Gdańska do Warszawy omal nie zderzyłem się czołowo z burakiem, który swoją beemką po prostu ruszył z przeciwległego pasa ni stąd ni zowąd pod prąd jednopasmówki, bo nie mógł wytrzymać wolnego tempa w sznurze aut), zwyczajnym chamstwem, z którym oswoiliśmy się tak, jak z dziurawymi jezdniami, po których się rozbijamy dzień w dzień. Zresztą, tak jak fatalne nawierzchnie były wizytówką peerelu, tak są nią i dzisiaj, czyli w postpeerelu, postęp mamy więc jak diabli, no ale to normalne w bantustanie. Co w sytuacji istnienia fatalnych dróg robią debile pracujący przy rozmaitych „pracach legislacyjnych”? Ustalają coraz ostrzejsze kary dla kierowców, wprowadzają system zwiększonego monitoringu dróg itp., no bo przecież nie są w stanie zbudować szerszych, bezpieczniejszych i o dobrej nawierzchni szlaków komunikacji, gdyż takie rozwiązanie przerasta pojęcie jakiegokolwiek debila na porządnym, państwowym stanowisku. Te wszystkie udogodnienia mają to do siebie właśnie, że są forsowane „za wszelką cenę” – ma tak być i koniec. Dokładnie jak za komuny. Forsują je zresztą debile wyznający zasadę, że są reprezentantami społeczeństwa, w związku z tym, to, co oni wymyślają w parkosyzmach swojej tępoty, jest jakimś wyrazem zbiorowej mądrości. Innymi słowy, my wszyscy jesteśmy kooperantami coraz to głupszych pomysłów na polską rzeczywistość.

Żywioł głupoty jest potworny i zarazem skala zniszczeń, jakie on przynosi, jest właściwie nie do przewidzenia, choćby z tego powodu, że głupota działa na ślepo na zasadzie takiej, jak małpa z brzytwą. Nie wiadomo, w którą stronę uderzy i kogo zaatakuje. Niedawno wyczytałem w „Newsweeku” o projekcie „ministerstwa zdrowia” zmierzającym do schowania papierosów przed kupującymi:

„Newsweek.pl dotarł do projektu nowelizacji ustawy antynikotynowej, opracowanego w resorcie Ewy Kopacz. Zakłada on wprowadzenie zakazu „informacji o wyrobach tytoniowych”. - Wejście w życie nowych rozwiązań będzie w praktyce oznaczało konieczność usunięcia sprzedawanych papierosów z widocznych miejsc. (…)To bardzo dobre rozwiązanie ze względów społecznych - dodaje (…) Damian Raczkowski (PO). - Widoczne w sklepach kolorowe paczki papierosów nie będą kusiły. Celem nowelizowanej ustawy jest przecież zniechęcenie, zwłaszcza młodych ludzi, do palenia. (…)

Mało tego, w myśl opracowanych przepisów handlowiec nie będzie mógł powiedzieć klientowi, jakie papierosy ma w ofercie. Jeśli więc palacz nie przypomni sobie nazwy ulubionej marki, nie kupi tego, czego szuka. Zostanie za to uświadomiony, jak groźny jest nałóg, któremu się oddaje - nowela przewiduje bowiem obowiązek umieszczania w punktach sprzedaży papierosów specjalnych tablic z napisami o szkodliwości palenia.”


Pomysł nie mniej debilny, jak reforma K. Hall, ale przecież nie pierwszy i nie ostatni w ramach swobodnego postkomunistycznego marszu przez instytucje. Czemu na przykład nie mają zniknąć z wystaw i salonów sprzedaży pisma pornograficzne i erotyczne, a akurat papierosy, choć w przypadku tych pierwszych pokusa, zwłaszcza gdy chodzi o „młodych ludzi”, jest jeszcze większa, zaś skutki społeczne rozpowszechniania pornografii także mogą być katastrofalne? No tak, ale przecież głupcom nie chodzi o to, żeby innym ludziom było lepiej. Na tym właśnie polega głupota, że dobra nie potrafi za cholerę rozpoznać.

Człek mądry (nawet nie musi być specjalnie wykształcony – w dzisiejszych, zdominowanych u nas przez postmarksistów uczelniach, więcej ludzie się nie dowiedzą niż dowiedzą) charakteryzuje się umiejętnością rozpoznawania dobra, głupi nie wie, co to dobro. Już Sokrates zwracał na to uwagę, jak bardzo głupota ludzka spokrewniona jest z moralnym złem. Sporo na temat głupoty i głupców mówi Biblia. Warto jednak pamiętać, że głupota ma to do siebie, że jest sama dla siebie niewidzialna. Głupiec nie powie o sobie, że jest głupi, tak jak i tępak nie przyzna się do swojej tępoty. To prędzej człowiek rozgarnięty puknie się w czoło i powie „jakiż ja byłem głupi, robiąc to a to”. Głupiec, postępując głupio, będzie twierdził, że wszystko jest w najlepszym porządku. „Tak ma być i już”. Jeśli rozwali aparat telefoniczny, to zapytany, dlaczego to zrobił, powie, że nie mógł się dodzwonić. Jeśli rozwali system edukacji, to powie, że „należało reformować”. Jeśli doprowadzi do drenażu kieszeni podatników, to będzie się tłumaczył „niezbędnymi kosztami reformy” – i tak bez końca.

Debila charakteryzuje głównie to, że nie ma on oporów. Żadnych. Moralnych, intelektualnych itd. Człek rozsądny, gdy stawia się go przed jakimś zadaniem nie związanym z jego kompetencjami, powie: „lepiej, żeby to zrobił ekspert w takiej a takiej dziedzinie, ja się nie czuję tu osobą nadającą się do działania” i ewentualnie wskaże takiego eksperta. Debil natomiast nie zraża się w ogóle tego rodzaju trudnościami. Swoją niekompetencję, ignorancję traktuje bowiem jako atut (!) w działaniu. „Nie będę przynajmniej przesądny, nie będę działał jak dogmatyk”, myśli sobie z zadowoleniem debil. No i oczywiście w tym, że on akurat nadaje się do działania w danym obszarze spraw publicznych, utwierdzają go inni debile, którzy są w podobnej życiowej i intelektualnej sytuacji, tzn. trafiły im się posady, na których nie wiedzą oni, co robić, ale przynajmniej porządnie się zarabia.

W związku z tym wszystkim pojawia się poważny dylemat. Jak się uporać ze zjawiskiem społecznego debilizmu, który skutkuje cyklami wyłaniania „reprezentantów” społeczeństwa czy narodu, którzy to zjawisko podtrzymują? Nie wiem, czy ludzie rozsądni nie są na przegranej pozycji. Problem bowiem w tym, że to, co dzieje się na terenie Polski jest zarazem częścią szerszego procesu ogłupiania społecznego, który wprowadzany jest z równie maniacką determinacją na terenie UE. Podnosząc więc rękę na matolstwo w naszym kraju (vel regionie), narazić się możemy na to, że któregoś dnia usłyszymy u drzwi pukanie, a potem zapytanie: „Was ist das?”

http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/spoleczenstwo/papierosy-tylko-spod-lady,37554,1
http://www.dziennik.pl/swiat/article212463/Papierosy_znikna_ze_sklepow.html

19 mar 2009

Przeludnienie albo "Gods Must Be Crazy" - sequel


Co zrobić, by ludzi gorszego sortu było mniej? Ten dylemat nie pozwala spać wielu oświeconym i świętym ludziom, którzy z dobroci serca wyściełaliby nam najlepszy z możliwych światów, pod warunkiem, byśmy nie zawadzali na drodze do ideału. Tedy różne były sposoby na radzenie sobie z ludzkimi odpadami. Z reguły sprawę załatwiały wojny albo rewolucje. Pech jednak chciał, że ludzi wciąż i wciąż przybywało. W XX w. było ich tak wiele, że niektórzy oświeceni uznali, iż tak dalej być nie tylko nie musi, ale i nie może, toteż wymyślili eugenikę, eutanazję, sterylizację, a także rozmaite formy metodycznego eksterminowania – od głodzenia, poprzez niewolniczą pracę, a na „fabrykach śmierci” kończąc. Na szczęście dla oświeconych, co mniejsze i słabsze ludzkie jednostki dało się zabijać jeszcze przed narodzeniem, co do perfekcji doprowadzono w „Ludowych” Chinach, ale i w wielu innych krajach. Zadziwiające jednak jest to, że mimo tak wielu skomplikowanych metod radzenia sobie z ludzką biomasą, wciąż i wciąż tej biomasy przybywa, co widać choćby po krajach Afryki.

Zdumiewa się tym prof. Sadurski:

„Smutnym ale niezaprzeczalnym faktem jest, że istnieje jakiś związek – pośredni ale realny – między wypowiedzianymi w Afryce słowami Papieża Benedykta XVI, odrzucającymi użycie prezerwatyw – a tysiącami ludzkich istnień, które dałoby się uchronić, gdyby użycie prezerwatyw było szerzej stosowane w Afryce.”

Czemu akurat papieżowi dostaje się za przeludnienie Afryki, to się domyślamy. Nie chodzi wyłącznie o kwestię tego, że to Kościół przywlókł na ten kontynent AIDS, ale też o to, że papież powinien jakoś zadziałać, by AIDS nareszcie nie było. No ale jak to zrobić? Ha. Łatwo powiedzieć. Już Stalin ponoć dowodził przy dzieciach słabości Boga, każąc im, by prosiły, aby Pan Bóg zrzucił im cukierki, a jak – rzecz jasna – nie zrzucał, to Soso wspaniałomyślnie proponował, by jego poproszono o taki zrzut i spod stropu danej sali sypały się słodycze. No więc papież nawet jeśli mógłby coś zrobić z Afryką, to i tak nic nie zrobi, więc winien jest, tak czy tak. Skoro jednak papież nie zachęca do wesołego zakładania kondomów, to co stoi na przeszkodzie, by prof. Sadurski wystosował całkiem poważną rezolucję do ONZ (pod którą entuzjaści walki z przeludnieniem mogliby się podpisywać – i dajmy na to zebrano by z miliard podpisów od Wowy z Kamczatki po niepiśmiennych ostatnich Aborygenów lub Papuasów), by na Afrykę zrzucono wielkie paki z kondomami, tak po kilka tysięcy sztuk prezerwatyw na ar. Zresztą ilość jest do ustalenia, wystarczy wysłać oenzetowskich lub choćby unijnych specjalistów od kondomistyki, by ustalili, jaki współczynnik zapotrzebowania na prezerwatywę przypada na określony obszar Czarnego Lądu.

Oczywiście „program Sadurskiego” (coś jak plan Marshalla albo lepiej plan Rapackiego – młodzież może poszukać o co chodzi z tym ostatnim), należałoby poprzedzić odpowiednią akcją o charakterze, by tak rzec, misyjnym. To znaczy należałoby zademonstrować tubylcom, jakie pożytki są ze stosowania prezerwatyw oraz, co chyba oczywiste dokonać prezentacji, że tak się wyrażę, uzusu ogumienia. Gumo-misjonarze przebrani w stroje przypominające kondomy, mogliby nadal głosić szczytne hasło: „No glove, no love”, co znakomicie by uzupełniało to, co z bólem wyraża prof. Sadurski:

„Jeden z politykόw francuskich, gaullista Alain Juppe, komentując wypowiedzi Papieża użył słowa „autyzm”. Istotnie, jest coś przejmującego chłodem w tej walce z prezerwatywami, jeśli ich użycie mogłoby ocalić choćby życie jednego człowieka. A tu mόwimy o tysiącach i milionach.”

Ja tam bym bowiem machnął ręką na papieża i po prostu zapędził społeczników takich i owakich do działania. Przecież nie ma na co czekać. Chyba nikt sobie nie wyobraża, że same zrzuty bez akcji misyjnej by wystarczyły. Jeden mój przyjaciel, który służył w wojskach w Afryce, opowiadał, jak rozdając tubylcom leki musieli pilnować, by nie uległy one skonsumowaniu w taki sposób, jak dzieciarnia łyka czekoladowe drażetki. Niestety nie zawsze się to udawało. Biorąc to pod uwagę należałoby przeprowadzić jakąś zmasowaną akcję edukacyjną dotyczącą zalet ogumienia oczywiście przy zachowaniu odpowiednich procedur. Przecież nawet nam, ludziom nieoświeconym, a żyjącym w świecie XXI wieku i nanotechnologii oraz skanowania tęczówek, jak też bioczipów, które niedługo mogą się okazać niezbędne, byśmy się bezpiecznie po świecie poruszali, no więc, nawet nam, burakom cukrowym, co chwilę w spotach reklamujących parafarmaceutyki powtarza się do upadłego, że niewłaściwe zastosowania może zaszkodzić życiu lub zdrowiu. Ba, skoro oświeceni ludzie twierdzą, że zaledwie 30% Polaków rozumie, co się do nich w mediach mówi, to tym bardziej akcja z edukowaniem farmaceutycznym nie jest jeszcze zakończona. No ale nie chodzi o przeludnienie Polski (tu już akurat są plany z eutanazją, więc jakoś sobie damy radę), ale Afryki.

Wprawdzie nie wiem, czemu by nie zastosować jakieś masowej sterylizacji, skoro eutanazja nie wchodzi w grę, bo z tego, co wiem, to jeszcze na forum ONZ takich perspektywicznych planów uzdrowienia sytuacji nikt oświecony nie zaproponował, no ale, skoro już padło na kampanię prezerwatywową, to niech i to będzie. Na bezrybiu i rak ryba, a co dopiero w Afryce. Problem wszelako w tym, iż skoro w takiej niekomunistycznej, dostatnie żyjącej, bezpiecznej i nowoczesnej Polsce ludziom trzeba wciąż i wciąż powtarzać, żeby uważali z medykamentami, to jak taką kampanię przeprowadzić skutecznie i szybko w Afryce? I właśnie tego nam Il Professore nie wyjaśnia. Myślę też, że przecenia możliwości pancernego, zimnego papieża, no bo nawet załóżmy, że Benedykt XVI nakazałby mieszkańcom Afryki używanie prezerwatyw, no to pozostaje pytanie, jak wprowadzić to w życie społeczne? Wiśta wio łatwo powiedzieć. Niestety, akurat Kościół i misje katolickie na Czarnym Lądzie zajmują się wieloma rzeczami – budują szpitale, szkoły, ochronki etc., tylko nie propagowaniem użycia prezerwatyw, toteż nie liczyłbym na wsparcie w tej dziedzinie. Należałoby więc ogłosić akcję: kto na ochotnika poleci do Afryki jako gumo-misjonarz? To jest dopiero zadanie dla oświeceniowców. Myślę, że co druga gorąca czerwona głowa, by długo się nie namyślała, tylko w te pędy zabierała do wylotu. Już kiedyś zresztą sporo takich czerwonogłowych po przeszkoleniu w ZSSR czy innych bratnich krajach, na Czarny Ląd przybywała i doprawdy cuda niewida się działy, gdy wprowadzała rewolucję, czego znakomitym przykładem była choćby Etiopia. Ale zaraz zaraz, nie chodzi o tego rodzaju rewolucję, tylko o seksualną. Wprawdzie marksizm przynosi także rewolucję seksualną, no ale wygląda ona dość siermiężnie i nie będziemy tu wchodzić w jej szczegóły. Weźmy np. Ugandę, gdzie w jednym plemieniu panuje obyczaj taki, że kobiety, jak widzą mężczyzn to nie tylko ustępują im z drogi, ale i klękają (wyczytałem o tym w znakomitej książce W. Roszkowskiego) – w takiej sytuacji należy się nastawić na długą i żmudną edukację antropologiczno-kulturową praca w ramach kampanii prezerwatywowej.

W starym filmie „Gods Must Be Crazy”, który w sposób może za bardzo szyderczy pokazuje kontrast między ludźmi Starego i Czarnego Kontynentu, jest zawarta cenna przestroga. Główny bohater, na którego spada wyrzucona z samolotu butelka po coca coli, traktuje ją zrazu jako dar bogów i wykorzystuje do przeróżnych celów, ale ponieważ butelka ta doprowadza do wielkich konfliktów w plemieniu, decyduje się wyrzucić ją na krawędzi świata. W celu uniknięcia podobnych perturbacji należałoby więc zrzuty prezerwatyw wykonać w skali gigantycznej – najlepiej w postaci dywanowych nalotów. No ale potem byłaby poważna, odpowiedzialna robota dla gumo-misjonarzy, powtarzam. We wspomnianym filmie jest też kapitalna scena przewrotu wojskowego, lecz to chyba osobna historia, kto by bowiem dziś w Afryce miał się zabijać z powodu prezerwatyw? Naloty najlepiej rozpocząć od Rwandy.

http://wojciechsadurski.salon24.pl/392748.html
http://www.thebody.com/content/world/art22895.html

18 mar 2009

Na marginesie cyklu Ściosa

Ciekawe, czy ktoś zgadłby, przeczytawszy poniższe twierdzenie, kto jest jego autorem? Twierdzenie brzmi tak: „Nie można zrozumieć nonsensu życia społecznego i życia gospodarczego w 1990 roku w Polsce bez zrozumienie źródeł sprawowania władzy nad tymi dziedzinami. Źródło tej władzy tkwi w Moskwie.” Trudno odgadnąć? To może dłuższy cytat:

„Dziś – jest rok 1990 – publicznie można napisać w Polsce, że osobnik o pseudonimie Lenin, agent między innymi austriackiego wywiadu, dotarł do Rosji w trakcie Pierwszej Wojny Światowej XX stulecia. I oto szpieg z walizką pieniędzy został szefem władzy w państwie – nic nowego. Czy zdradził mocodawców, tego nie wiem - to oni musieliby powiedzieć - osobiście wydaje mi się, że nie. Wkoło kamraci zbrodni, też agenci tajnych służb z różnych stron i trochę ideowych durniów. Przewrót ten o tyle jest godny uwagi, że główny ośrodek władzy przekształcił się z monarchii absolutnej czyli dyktatury, w centralę wywiadowczo-dywersyjną, czyli też w dyktaturę. Każda centrala wywiadowcza jest narażona na penetrację i każda broni się przed tym. Ale co wyznacza byt centrali w normalnym państwie? Środki i cele działania wyznacza władza. Są to przede wszystkim badania ewentualnego agresora oraz poszukiwanie możliwości ekspansji. Tutaj centrala stała się władzą, a więc to ona miała określić, co jest jej przydatne do rozwoju, co jest jej celem i ona miała od tej pory decydować, co jest informacją prawdziwą, fałszywą, lub nieistotną. Własne społeczeństwo oraz narody podbite stały się rezerwuarem kadr oraz niewolnikami dostarczającymi środków do ekspansji. Tylko ekspansja jest ideą pochwyconych na lep władzy pracowników centrali. Zawładnięcie kolejnymi obszarami strategicznych informacji i wykorzystanie ich do kolejnych podbojów strategicznych stref życia. Ale co jest strategiczną strefą i czyjego życia ? To określa każdorazowo Centrala, bo ona decyduje, co jest ważne, a co nie. Ona decyduje, co jest prawdą. Elementarną prawdą centrali jest jej byt. Stąd ustalenie przez nią, kto i dlaczego zagraża bytowi Centrali.”

To śp. Michał Falzmann we wrześniu 1990 r. na łamach „Głosu Wolnego Robotnika CDN” – ten tekst przypomniał niedawno M. Dakowski na swojej stronie http://dakowski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=983&Itemid=53, zwracając uwagę, że niedługo upłynie 20 rocznica od opublikowania tego tekstu wartego uważnej lektury także dziś. Może nawet bardziej dziś niż kiedykolwiek. Słusznie zresztą Magda F. wraca do całej sprawy „burzliwych początków” transformacji (http://wing2009.salon24.pl/392425.html ), ja pozwolę sobie, dla uzupełnienia obrazu Magdy, zacytować jeszcze jeden istotny fragment głośnej publikacji Falzmanna:

„Sieć władzy w Polsce zaczyna się w Moskwie. Tam są komputery i ludzie na bieżąco analizujący to, co się dzieje tutaj, tam są przygotowywane i uchwalane (tak, uchwalane) decyzje. W Polsce znajduje się tylko aparat wykonawczy. Obejmuje on swym zasięgiem całość życia społecznego i gospodarczego. Przykład: Sejm uchwala ustawę o Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Ustawa ta nakazuje na dobro tego „nowotworu” instytucjonalnego (czyli Funduszu) wpłacać quasi-podatek, kwotę stanowiąca pewien procent (zmienny) liczony od wartości sprzedaży produkcji przedsiębiorstw. Zmienność ta jest furtką pozostawioną przez ustawodawcę. Furtką tą wchodzić i wychodzić będzie jeden z szeregowych zastępców dyrektora departamentu handlu zagranicznego w super-resorcie, czyli w Ministerstwie Finansów. Pan ten (nazwisko jakie figuruje na zarządzeniach, decyzjach, wyjaśnieniach Ministerstwa finansów w tej sprawie brzmi: Rejent) miotając się w twórczym szale prawa powielaczowego, inkasuje od przedsiębiorstw nie wiadomo ile złotówek. Kolejne zmiany różnych ustaw, uchwał, rozporządzeń, zarządzeń, instrukcji, pism okólnych pozwalają zamienić te złotówki na dolary USA, oznacza to, że decydent w Moskwie otrzymał do dyspozycji - gratis - pewną sumę w dolarach USA. Problem ekspedycji tych walorów do zachodniej Europy został również rozwiązany. Fundusz jest oficjalną polską instytucją zajmującą się prowadzeniem Księgi „polskich długów”, to tu mieści się wykaz wierzycieli i tu teoretycznie powinny się znajdować dane: komu, ile i za co zapłacono. Ale tak nie jest. Decydent moskiewski każe łączyć pieniądze z Polski ze swoimi i płacić na odpowiednie konta. Każe dokonywać operacji polegających na ukryciu transakcji Funduszu poprzez innych kontrahentów. I tak, prezes Funduszu, pan Żemek, podpisuje umowę z panem Przywieczerskim, dyrektorem przedsiębiorstwa UNIVERSAL o tym, że nie będą dokonywali wymaganej prawem dokumentacji umów na piśmie. Następnie Fundusz udziela pożyczek, udziela gwarancji, udziela poręczeń, a UNIVERSAL zaciąga długi, płaci zobowiązania i ekspediuje pieniądze (już tym razem jako prowadzący działalność handlową) na prywatne konta poza granicą Polski. Proceder ten jest ukryty za parawanem tajemnicy państwowej, a faktycznie jest co najmniej pomaganiem złodziejowi w kradzieży państwowego mienia. Słowo kradzież jest tu o tyle na miejscu, że ten sam Przywieczerski jako dyrektor UNIVERSALU podpisuje kontrakty na wywóz wyrobów z polskiej miedzi na warunkach rażąco mniej korzystnych od innego polskiego przedsiębiorstwa i wywołuje straty (na przykład tylko w marcu 1990 r.) sześć miliardów złotych, to jest 600 tysięcy dolarów USA po kursie 10 tysięcy złotych za 1 dolara) u producenta Walcowni Metali „Warszawa”, dawny Norblin. Oznacza to zabór mienia znacznej wartości i (śmiejąc się) nawet bez uzasadniania, na przykład „dobrem gospodarki polskiej”. Galimatias pogłębia działanie ówczesnego monopolisty, jakim był Bank Handlowy SA: gubienie części z wymaganych kompletnych zbiorów dokumentów uzasadniających przekazywanie pieniędzy, zwroty, pomyłki, korekty przelewów. Co dopełnia obrazu.
PODSUMUJMY: Wymieniliśmy winnych kradzieży:
- Sejm - ustawa o Funduszu Zadłużenia Zagranicznego;
- Ministerstwo Finansów (rząd) – przepisy wykonawcze:
- Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (to instytucja) - umowy o dokonywanie transakcji;
- Przedsiębiorstwo Handlu Zagranicznego UNIVERSAL - transfer pieniądza, wadliwe transakcje;
- Bank Handlowy SA – obsługa techniczna, przekazywanie pieniędzy.”


Wszystko to przyszło mi jakoś do głowy, gdy niedawno przeczytałem znakomity cykl Aleksandra Ściosa („Kręgi”), po lekturze którego można dojść do wniosku, że po 20 latach jesteśmy w punkcie wyjścia, czyli w sytuacji zarysowanej tak naprawdę przez A. Glicyna – pozorny demontaż komunizmu z pozostawieniem pełni wpływów dla komunistycznej Bezpieki we wszystkich istotnych dziedzinach życia. Ten wniosek jednak byłby powierzchowny, bo wiem po 20 latach jesteśmy już nie w sytuacji „konstruowania chaosu”, lecz jego pełnego kontrolowania. Oczywiście chaos nie wymykał się spod kontroli od wczesnych dni „transformacji”, o czym świadczy film J. Zalewskiego pt. „Oszołom” (1994), kiedy to Falzmann, jeszcze pracując w Izbie Skarbowej, dostaje do rąk dziwny dokument pokazujący wielorakie „szczeble” wytransferowania miliona dolarów za granicę (na jakieś Kajmany) i okazuje się, że Izba Skarbowa nie jest w stanie znaleźć winnych tych transferów. Już wtedy więc Bezpieka i Wojskówka „rozpoznają walką” rozmaite „demokratyczne” (no bo przecież już nie komunistyczne – „jesteśmy w swoim domu”, panie dzieju, prawda) instytucje mające służyć kontroli newralgicznych sfer działalności państwowej i gospodarczej – i już wtedy okazuje się, że wielkich przeszkód tego rodzaju działaniom stawiać się nie będzie. No, pojawią się najwyżej drobne przeszkody w postaci jakichś oszołomów, typu Falzmann, ale z nimi ludzie dawnego systemu potrafią sobie radzić po staremu, tak jak sowiecka mafia obchodzi się zwykle z niewygodnymi świadkami. Jak pamiętamy zresztą, niedługo po zawale serca 38-letniego Falzmanna, a jeszcze przed ogłoszeniem raportu NIK-u nt. Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego ginie w wypadku samochodowym W. Pańko, ówczesny szef NIK-u, no i parę innych osób.
Tak bowiem musiała się hartować stal w warunkach neokomunizmu (określenie Z. Herberta, inny oszołom).

Co może mieć FOZZ i afera związana z nielegalnym wykupywaniem własnych długów przez Polskę z czego odsetki trafiały do tajemniczych kieszeni, do dzisiejszych, złotych czasów, w których żadnych już afer nie ma, a nawet jeśli są, to i tak już nikogo nie obchodzą? Otóż w marcu 1990 r. w poufnym memorandum dla szefa Międzynarodowego Funduszu Walutowego L. Balcerowicz deklarował m.in. utrzymywanie przez kilka lat (tj. do 1993 r.) stałego kursu dolara oraz zezwalał na nieograniczony transfer pieniędzy – kto miał dostęp do tych wiadomości, ten żył jak król. Obecnie szykuje się przecież analogiczna polityka monetarna związana z wchodzeniem do eurolandu. Czy na tym nie można będzie znowu zbić kokosów? Ależ można będzie i niejedną fortunę ujrzymy. Niejeden pucybut Bezpieki zostanie milionerem – takie bowiem są koleje rzeczy w postpeerelu, który nie tylko coraz bardziej skraca nam smycz, ale coraz wyraźnie zaczyna peerel przypominać. I to jest właśnie moja ostatnia refleksja na marginesie tekstu nieocenionego Ściosa. Dziś już nikt ze złodziejstwem się specjalnie nie kryje, nepotyzm staje się swego rodzaju wizytówką życia politycznego, a korupcja już dawno stała się normą w funkcjonowaniu życia publicznego. Dziś oszołomami są ci, co uważają, że to wszystko jeszcze da się jakoś zmienić. Możemy się pocieszać tylko tym, że oszołomów jest więcej niż w 1990 r., ale czy to wystarczy, by obalić neokomunizm?

http://cogito62.salon24.pl/392175.html

14 mar 2009

O estetyce

J. Gowin skomentował w dzisiejszej Trójce, że sprawa W. Pawlaka, to naruszenie norm estetycznych, a nie etycznych. J. Kalinowski z kolei skwitował to nie tyle filozoficznie, co na chłopski rozum, ale zarazem wielkopostnie, tzn. że niektórzy kradną miliony, a tu chce się ukrzyżować kogoś za to, że spojrzał na kurę. Na tym jednak nie koniec, ponieważ T. Lis w „Polsce” (dzienniku, którego poza samą redakcją już chyba nikt nie czyta), wyszydził konferencję prasową wicepremiera, że on jeden niby nie wie, co to jest nepotyzm, ale przy okazji sprawę puentuje w następujący sposób:

„Pojawia się też pytanie, czy najlepszym miejscem do stawiania Pawlakowi zarzutów i pytań o standardy jest gazeta, która notorycznie wszelkie standardy łamie - kłamie, sporządza paszkwile oparte wyłącznie na anonimach, pisze donosy do polityków na innych dziennikarzy, urządza odrażające nagonki, gazeta, której redaktor strzela do innych, że firmują złego prezesa TVP, zapominając, że jego brat, PiS-owski wicebliźniak, jest w tej telewizji dyrektorem, gazeta wreszcie, która chcąc przyłożyć konkurencji, robi wywiad z wieloletnim pracownikiem konkurencyjnej gazety, obecnie będącym na... pewnej kuracji. Jeśli "Dziennik" pyta o standardy, to odechciewa mi się gadać o standardach. Bo i o czym. A przede wszystkim z kim?”

http://www.polskatimes.pl/opinie/felietony/94125,kargul-nepotyzm-i-standardy,id,t.html

Warto jednak wspomnieć, że obok „Dziennika” także „Puls Biznesu” opisywał działalność Pawlaka (http://www.pb.pl/Default2.aspx?ref=topread&ArticleID=cf2d031d-e262-4148-a932-e0b59b9d53a6 ). No ale, było, minęło.

Estetyka, eschatologia, no i etyka dziennikarska. W głowie się kręci, doprawdy. Chociaż, tak na zdrowy rozum, czy cokolwiek się stało? Od czego są pieniądze publiczne, jeśli nie od jakiegoś efektywnego dzielenia? No i właśnie w podobną zadumę musiał wpaść J. Lewandowski, którego tak długo ciągano po sądach. Ciągano, ciągano, aż w końcu dano spokój, co W. Gadomski skwitował tak:

„Przez lata Janusz Lewandowski musiał dziesiątki razy stawiać się na wezwanie prokuratury i odpowiadać na absurdalne zarzuty. Był upokarzany przez politycznych chuliganów, którzy powołując się na oskarżenia stawiane przez prokuratorów, nazywali go złodziejem. Gdzie są dzisiaj? Gdzie są powiązane z Radiem Maryja media, które świadomie lub przez brak rozeznania kłamliwie przedstawiały sytuację. Czy ktoś z tych, którzy rzucali w Lewandowskiego obelgi, przeprosi go po wyroku sądu? Politycy PiS, LPR, Samoobrony, wy, którzy wciąż powołujecie się na chrześcijańskie, katolicko-narodowe wartości - czy dawanie fałszywego świadectwa o bliźnim przestało już być grzechem?”

http://wyborcza.pl/1,75248,6382087,Gorzka_satysfakcja_Janusza_Lewandowskiego.html

Mamy więc nie tylko estetykę, eschatologię, ethos dziennikarski, ale i katechizację. Ta ostatnia zaś, na łamach „GW” ma oczywiście już długie tradycje. Wróćmy jednak do estetyki, mimo że jeszcze nie tak dawno Gowin zwracał uwagę na to, że na wsi szczególnie kultywuje się tradycje rodzinne (http://www.dziennik.pl/polityka/article340036/Gowina_o_PSL_Na_wsi_wspiera_sie_rodzine.html ) i nawet nie wykluczał naruszenia pewnych „standardów etycznych”. Cóż bowiem jest nieładnego w tym, że ktoś korzystając ze swojej pozycji w administracji państwowej, sprawi, że jemu i jeszcze komuś innemu będzie się żyło lepiej i weselej? Powiedzmy sobie szczerze, na świecie funkcjonuje przecież wiele firm rodzinnych i nie robi się z tego wielkiego problemu. Wprawdzie owe firmy (np. restauracje prowadzone przez jakąś rodzinę) budują swoją pozycję rynkową na gruncie własnego, prywatnego kapitału, no ale w Polsce nie musimy wszystkich naśladować, jak te niedouczone małpy, wystarczy, że pewne standardy działania wykorzystamy w twórczy sposób, a nie dysponując zbyt wielkim kapitałem własnym, wykorzystamy pieniądze publiczne. Ktoś w końcu te pieniądze musi gdzieś zainwestować, żeby zaczęły przynosić zyski. Później zaś, tj. po zainwestowaniu, przeznacza się te pieniądze na wsparcie rodziny. Wspierając rodzinę, wspiera się kraj, mówiąc obrazowo. I to jest piękne.

Nie wiem tedy, dlaczego Gowin uważa, że naruszone zostały normy estetyczne. Każdy, kto choć trochę otarł się o estetykę, wie, że zajmujący się tą dyscypliną badacze, analizuję m.in. problem piękna naturalnego, czyli takiego, jakiego dostarczają nam np. niesamowite krajobrazy czy bajeczne zakątki. „Ludzie ze wsi”, na których obyczajowość powoływał się Gowin, znają powiedzenie „nic w przyrodzie nie ginie”, natomiast „ludzie ze wsi” związani z „partią ludowców” są do tego stopnia zapobiegliwi, że pilnują przezornie, by nic w przyrodzie polskiej nie zginęło, zanim groźba takiego zaginięcia powstanie. Jest to bardzo ważne w takim kraju, jak Polska, w którym już bezpowrotnie zaginęło bardzo wiele rzeczy. Zabytki, pieniądze, zakłady przemysłowe, ba, nawet trochę ludzi zaginęło, no ale w świecie przyrody to normalne, skoro historia kołem się toczy. Skoro więc dobra zostało stosunkowo niewiele, to nic dziwnego, że zapobiegliwi politycy z instynktem gospodarskim, starają się zabezpieczyć resztki majątku.

Jeśli majątku jest mało, to oczywiste jest też, że nie dla wszystkich może wystarczyć. W pierwszym rzędzie powinien być więc majątek rozdzielany najbardziej potrzebującym z regionów wiejskich, a i o tych regionach, i o osobach potrzebujących najlepiej jest zorientowana „partia ludowców”, co z ludem idą już ramię w ramię od czasu wytrzebienia PSL założonego przez S. Mikołajczyka. Dlatego o tego rodzaju politykach mówi się z odpowiednią dozą szacunku należnego monarchom: „właściciele Polski”. Nie należy więc opacznie przypisywać tymże właścicielom jakichś niecnych zamiarów czy też podwójnych standardów estetycznych, są oni bowiem przecież mecenasami sztuki i nauki. Do właścicieli Polski przyszłość naszego raju, przepraszam, kraju, należy. I to już od kilkudziesięciu lat.

10 mar 2009

O debatowaniu

Lubię wsłuchiwać się w głos takich ludzi, jak T. Mazowiecki, ponieważ im dłużej ich słucham, tym mocniej jestem przekonany, że mój osąd sprzed wielu lat, kiedy tenże Mazowiecki został premierem był całkowicie trafny. Legenda głosi, że był to pierwszy premier niekomunistycznego rządu, ale niedługo tę legendę będą mamki opowiadać już tylko niegrzecznym dzieciom na dobranoc. Nigdy zresztą nie zapomnę tej zadyszki, jakiej dostawali reporterzy i reporterki opowiadający, jak to premier zasłabł na mównicy sejmowej. Oglądając to wtedy w telewizji miałem poczucie, że oto zaczyna się kolejna polska komedia pomyłek. Ktoś, komu nie tylko kompetencje, ale i zdrowie, nie pozwalają na zajmowanie tak wysokiego stanowiska „w takiej chwili” zostaje premierem, a wokoło niego zbiera się wesoła zgraja dziennikarzy, którzy nakręcają atmosferę spontanu i wielkiej radości z powodu „obalenia komunizmu”. Wśród obalaczy zresztą znane skądinąd twarze, „prezydent Wojciech J.”, „wicepremier Czesław K.” czy „minister F. Siwicki”, no ale komu można było powierzyć obalanie zbrodniczego ustroju, jak nie samym zbrodniarzom? Kto znał się lepiej na systemie, jak nie jego długoletni monterzy?

Nad tym wszystkim Mazowiecki z białą flagą zatkniętą już na samym początku rządzenia ku wielkiej uciesze komunistów. Już wtedy można było żywić wątpliwości, czy wybór tej akurat osoby nie był majstersztykiem monterów, no ale wtedy tego typu wątpliwości zgłaszali jedynie kompletni oszołomi, natomiast po 20 latach można, co do tego nabrać stuprocentowej pewności. To nie był przypadek, że Mazowiecki został tym premierem. Dziś zresztą jego własne słowa są znakomitym potwierdzeniem tego, iż spełnił on swoje zadanie. Do historii zatem przejdzie jako polityk, który tak naprawdę ważnego nie zrobił NIC.

Ale do rzeczy. Oto odbyła się debata – cholera, to słowo zrobił niebywałą karierę w „postpeerelu” – można powiedzieć, że od 1989 r. trwają co rusz wywoływane z tej lub tamtej strony debaty. I tym debatom nie ma końca, samo zaś debatowanie przeradza się z czasem w biesiadowanie, po czym, gdy stół biesiadny pustoszeje (kończy się kadencja parlamentu), znowu rozpoczyna się debata, która po jakimś czasie przyjmuje postać biesiady i tak wkoło Macieju. Debata o szkolnictwie. Czy ktoś pamięta, kiedy się zaczęła? A czy ktoś widzi jakiś koniec tej debaty? Debata o służbie zdrowia. Debata o gospodarce. Debata o autostradach. Debata o płacach. Debata o przestępczości. O pijanych kierowcach. O mediach. O lustracji.

No i oczywiście – debata o III RP, zainicjowana, jakżeby inaczej, przez największych wygranych transformacji, czyli (obok komunistów) środowisko Agory SA, czyli – mówiąc językiem PO – taki istniejący od czerwca 1989 r. gabinet cieni, spośród których jeden cień wyjątkowo się rzuca w oczy, ale nazwisko jego jest powszechnie znane, gdyż obsadzał on nieraz zarówno stolec prezydencki, jak i ministerialne (z różnymi skutkami, ale obsadzał). W debacie mały Klaus i duży Klaus, czyli Tusk i Mazowiecki. Jest jakieś podobieństwo między tymi postaciami. Nie tylko obaj ci politycy kojarzą się z „cudem gospodarczym”, ale i stanowią chodzący przykład indolencji połączonej ze znakomitym samopoczuciem. W kręgach ludzi trzeźwo patrzących na świat tego typu cechy kojarzone są zwykle z głupotą, ale przecież nie na salonach, które szczególnie indolencję i głupotę nagradzają. Dlaczego taki proces nagradzania zachodzi? Dlatego że salony obsadzone są ludźmi podobnego pokroju. Samozwańcze elity III RP stanowią przecież przedłużenie (nie tylko ideowe, ale częstokroć życiorysowe) tych elit, które zbudowały peerel, a z kolei elity intelektualne „kraju węgla i stali” to było coś co miało więcej wspólnego z sierpem i młotem oraz pługiem i zabłoconymi gumiakami aniżeli śródziemnomorską kulturą. Głupich nie sieją, powiada przysłowie i choć, jak ktoś kiedyś złośliwie powiedział, że przysłowia są głupotą narodów, to to przysłowie zawiera świętą prawdę. Dla nas to marna pociecha, gdyż żywioł głupoty w Polsce wydaje się niemożliwy do opanowania. Jeśli jednak pozwoliliśmy, by w 1989 r. zasiano wiatr, to dziś, po 20 latach, zbieramy żniwo w postaci nieustannych wyładowań atmosferycznych wielkiej głupoty. Na salonach, w mediach, w literaturze, na uczelniach – gdzie dusza zapragnie.

No dobrze, bo ja tu pląsam dygresyjnie, zamiast do debaty wspomnianej – i to nie byle jakiej, bo o tym, że się skończyła „Solidarność” - powrócić. Mówię to wszystko jednak dlatego, że za chwilę przywołam cytaty na potwierdzenie moich obrazoburczych tez. Oto pierwszy z nich:

„Polska demokracja ma mocne podstawy. Nie można jej obalić. Ale miałem obawy, że tę demokrację można wypaczyć. I oczywiście była kwestia przygotowania ówczesnego społeczeństwa do demokracji. Jakie było to przygotowanie pokazał nam przypadek Stana Tymińskiego [polski emigrant, tajemniczy biznesmen z Peru, który obiecując Polakom gruszki na wierzbie wygrał z Mazowieckim pierwszą turę wyborów prezydenckich w 1990 r. Ostatecznie wybory wygrał Lech Wałęsa - red.] Skąd tu przyszedł, jak się pojawił, jakoś historycy IPN nie zabierają się do tego tematu.”

Bogu dziękować, że przynajmniej Mazowiecki był do demokracji przygotowany, ponieważ strach pomyśleć, co by było, gdyby zabrakło tak zdeterminowanych w budowaniu demokracji, jak on. Zwróćmy jednak uwagę na ten intrygujący komentarz odredakcyjny: „obiecując gruszki na wierzbie wygrał z Mazowieckim”. Można by się bowiem zapytać, czy czasem i Mazowiecki nie naobiecywał, no może nie gruszek, a ulęgałek, na wierzbie, no bo o siekierkowo-skarpetkowych bajaniach Wałęsy z przybocznym Mieciem nie warto wspominać.

Redakcja dalej nas wychowuje, powiadając przed kolejnym aforyzmem byłego premiera tak:

„Tadeusz Mazowiecki o elementach psucia państwa w ciągu tych 20-lat: - Słynny obiad prezydenta Wałęsy z generałami w Drawsku, nieuprawniona ingerencja w skład Krajowej Rady Radiofonii i TV. Potem afera Rywina, bardzo groźna afera starachowicka, a potem to już IV RP ze wszystkim, co ona niosła, z kwestionowaniem prawa, z kwestionowaniem niezależności NBP, inwigilacją własnego wicepremiera. To nie były przypadki grożące, że demokracja się zawali. Najlepszy dowód, że nasza demokracja to przetrwała. Ale to były groźne momenty.”

To także jest ciekawa historia, że do psucia państwa nie zalicza się pozostawienie komunistów, bezpieczniaków i wojskówki w kluczowych sferach państwa i gospodarki, no ale jakże można by tak myśleć, skoro okrągły stół to także nie było psucie państwa. Ani też nowa monopolizacja mediów po 1989 r. w postaci wszechwładzy Ministerstwa Prawdy. Warto zresztą w tym miejscu zauważyć, że po „obaleniu komunizmu” wcale nie utworzono mediów publicznych na wzór choćby brytyjski, tylko pozostawiono upaństwowione media odziedziczone po czerwonych (i wraz z wieloma czerwonymi dziennikarzami i innymi funkcjonariuszami, rzecz jasna) pozmieniano nieco fasady budynków i dokooptowano trochę nowych ludzi. To także nie było psucie państwa.

Nawiasem mówiąc, w weekendowym „Dzienniku”, nieco zabłąkany konserwatysta R. Matyja (choć nie tak zagubiony jak Cz. Michalski, który do reszty rozum utracił, co w młodym skądinąd wieku nie wróży dobrze na starość), dokonuje rachunku sumienia pokolenia „pampersów” i AWS-u. To wszystko w atmosferze jakiegoś niesamowitego odkrycia, jakby nikt po latach nie wiedział, jaką żenadą okazało się AWS z premierem J. Buzkiem na czele. No ale czy wtedy Matyja tak głośno przeciwko AWS-owi pomstował? Nie przypominam sobie. Gdyby zaś nieco wyostrzył wzrok, to by zobaczył, że dzisiaj AWS ponownie jest u władzy tym razem pod postacią PO. Dzisiaj natomiast sam fakt współpracy z „Dziennikiem”, który w głupocie ściga się z Ministerstwem Prawdy, kompromituje Matyję. Nie przeszkadza mu to chyba specjalnie, skoro chwali sobie „Dziennik” za to, że może w nim pisać, co chce, a publikowanie ożywczej neoleninowskiej myśli Żiżka uważa za coś wesołego. Dobrze. Jak na umiarkowanego konserwatystę, to wcale odkrywcze stwierdzenie.

No ale wróćmy jeszcze do ożywczej myśli Mazowieckiego. Kiedy demokracja nie była zagrożona? Kiedy w czerwcu 1992 zawiązała się koalicja antydekomunizacyjna, kiedy w 1993 i 1995 zwyciężyli komuniści, kiedy Urban i inni komuniści znakomicie się bawili w III RP, kiedy w 2001 czerwoni wzięli wszystko i kiedy w 2007 ruchy pacyfistyczne w Polsce obaliły wspólnymi siłami nareszcie kaczyzm po dwóch latach walki narodowowyzwoleńczej. Acha, zapomniałbym, no i kiedy G. Piotrowski zaczął publikować.

W tym swoim szczerym zgięciu w pół wobec wielkich i niewidzialnych sił historii, Mazowiecki trwa od wielu lat. Wprawdzie zastanawia się, dlaczego IPN do tej pory nie zainteresował się zapleczem Stana Tymińskiego, ale przecież tym zapleczem nie interesował się także „poprzedni” IPN, który interesował się tyloma pożytecznymi rzeczami za L. Kieresa. Co więcej, o wiele poważniejsze instytucje nie interesowały się komunistycznym zapleczem (i to nie tylko Stana Tymińskiego) przez długie lata zanim IPN (czy ktoś pamięta, jak wariowali przy jego powstawaniu komuniści?), powołano. Powiedziałbym, że sam Mazowiecki się dość słabo tym interesował jako szef rządu – niekomunistycznego, jak wiemy. Zwłaszcza wtedy, gdy bezpieczniacy sobie ogniska z akt robili.

Przy tej okazji (tzn. badając zaplecze Tymińskiego) warto by dokładniej zbadać zaplecze Mazowieckiego, ta jego postawa zgięcia sugeruje jakby go ktoś ciągle magnetyzował. Bo przeszłość innego kandydata na prezydenta z owych słynnych wyborów z początku lat 90. już dokładnie poznaliśmy, zresztą to ten ostatni zaproponował premierostwo Mazowieckiemu.

Tusk powiada w pewnym momencie „debaty”:

„Takie gdybanie nie bardzo ma sens, bo wszyscy jesteśmy mądrzejsi o 20 lat. Chociaż nie, niektórzy są głupsi o 20 lat. Ale nie dotyczy to nikogo z tu obecnych”.

Może miał na myśli swoją minister Hall i jej zaplecze intelektualne? Kto wie. Bogu dzięki, że prezydent zawetował kretyński pomysł ministerstwa edukacji. Wprawdzie matolstwo zasiadające w ławach sejmowych już gromko zapowiedziało dalsze forsowanie „reformy”, mimo że już nawet pieniędzy nie ma na jej wprowadzanie, nie mówiąc o nieprawdopodobnym bajzlu, jaki ta „reforma” niesie obecnie ze sobą, ale przecież matolstwo specjalizuje się w bałaganieniu tego kraju i za to bierze z państwowej kasy porządne pieniądze. Aczkolwiek ja mam taką cichą nadzieję, że czas tego matolstwa powoli mija, tzn. że zatrzyma się ono wnet na jakiejś ścianie.

Na koniec myśl Mazowieckiego do wydrukowania złotymi czcionkami:

„Wady naszego ustroju nie tkwią w konstytucji, a w sposobie jej interpretowania. Tu chodzi o zasadę falandyzacji, którą ulepszyli bliźniacy.”

W tym miejscu już nie chcę przypominać "dróg do polskiej konstytucji" po 1989 r., bo to rzecz na szerszy artykuł (kwestie te poruszał niedawno Grudeq w lutowej odsłonie POLIS MPC (www.polis2008.pl)), ale nasuwa mi się skojarzenie z nie tak dawną, bo z lutego, rozmową J. Żakowskiego z Jaruzelskim (który przypomina, że on proponował Kiszczaka na fotel prezydenta – słowo daję, szkoda, że ta kandydatura nie przeszła – „zaczęły się rezolucje – partyjne, wojskowe, milicyjne, kombatanckie – że powinienem kandydować”), kiedy ten ostatni, indagowany właśnie o konstytucję, powiada:

„JŻ: Pamiętam taki moment między świętami a sylwestrem 1989 r. Byłem rzecznikiem Bronisława Geremka. Profesor nagle zwołał nas na naradę. Przygotował projekt zmian w konstytucji i jechał go panu przedstawić. Bez pańskiej zgody zmiana konstytucji nie była możliwa. Chodziło o zmianę ustroju – koniec kierowniczej roli partii, skreślenie przyjaźni z ZSRR, powrót do nazwy Rzeczpospolita Polska. Myśleliśmy, że pan się wścieknie. A pan przyjął te zmiany w zasadzie bez sprzeciwu. To było kompletne zaskoczenie, bo w ten sposób wydał pan wyrok śmierci na system, któremu pan całe życie służył.
WJ: Prosiłem tylko, ażeby skoro już skreślamy socjalizm, wpisać sformułowanie „sprawiedliwość społeczna”. Dla lewicy ma ono znaczenie kluczowe. Formuła o przyjaźni ze Związkiem Radzieckim za Gorbaczowa nie była już konieczna.”

Jaruzelski patronem nie tylko III RP, ale i jej konstytucji? Nie ma się z czego śmiać, bo to Polska właśnie :P

http://wyborcza.pl/1,76842,6361693,Debata_Tadeusz_Mazowiecki___Donald_Tusk.html
http://www.polityka.pl/general-wojciech-jaruzelski-mowi-o-przelomie-1989-r/Lead33,1897,282082,18/