28 lut 2009

Folklor


MarkD słusznie pomstuje na E. Mistewicza, że miesza fikcję z faktami oraz wiele rzeczy przeinacza, ale w swojej krytyce poglądów „specjalisty od politycznego wizerunku” nie dociera do sedna sprawy, tzn. że tak naprawdę dla Mistewicza, ale też Karnowskiego i wielu innych, Sieć to folklor. Oczywiście można by się zżymać na ten fakt, oburzać, iż „ludzie wpływowi” tudzież „ludzie mediów” nie traktują blogosfery ze śmiertelną powagą, a raczej z mniej lub bardziej nieskrywanym szyderstwem, lecz według mnie to bardzo dobrze.

W dość głośnej, choć niezbyt mądrej, książce (protestanckiego intelektualisty) Anrew Keena „Kult amatora”, pada wprost teza, pod którą mogliby się bez wątpienia podpisać w olbrzymiej większości przedstawiciele medialnego establishmentu, tzn. że w Sieci panoszą się ludzie mający blade pojęcie o czymkolwiek i zabierający się za rzeczy, które ich zwyczajnie przerastają (wiemy bowiem z doświadczenia, że w Polsce z reguły powtarza się w wielu książkach i dyskusjach to, co powiedziano ileś lat temu na Zachodzie i cmoka z samozadowolenia podczas bankiecików, w trakcie których uczeni dyskutanci śledzą wzorki na swoich skarpetkach, jak w słynnej scenie „starcia intelektualistów” w „Trans-Atlantyku”). Mimo że w tym spostrzeżeniu Keena jest jakieś ziarno prawdy, bo przecież tzw. wikipedia to znakomity przykład „encyklopedii dla matołów” (nierzadko przez matołów opracowywanej), zaś skala grafomanii w Internecie bije wszelkie rekordy, to przecież nie sposób przy odrobinie dobrej woli nie dostrzec socjalizującej funkcji Sieci, tworzenia się strefy wolnego handlu, wolnego rynku idei, czy wreszcie – co chyba najistotniejsze, tworzenia się alternatywnych mediów, które za nic mają mainstream.

Naturalnie mainstream ma także za nic jakiekolwiek alternatywy w stosunku do niego. Dlaczego bowiem M. Karnowski z Trójki miałby się interesować blogosferą, skoro nikt mu w redakcji nie powiedział, że warto się tym interesować lub też skoro w innych mediach głównego nurtu o blogosferze pies z kulawą nogą nie wspomina? This is not America, chciałoby się rzec, gdzie funkcjonuje profesjonalny, stały przegląd tego, co jest publikowane na blogach, zaś blogerzy tworzą silne organizacje (takie jak stowarzyszenia dziennikarskie) i mają realny wpływ na sferę medialną. Gdyby Polska była normalnym krajem, to np. takie drobiazgowo przygotowane teksty, jak Aleksandra Ściosa byłyby przedmiotem poważnej debaty wśród dziennikarzy. Nawet, jeśli Ścios czasami spekuluje, to przecież nie różni się w tym niczym od ludzi mediów nieustannie spekulujących na rozmaite tematy. Ja jednak podejrzewam, że w tekstach Ściosa jest zbyt mało spekulacji, a zbyt dużo faktów oraz druzgocących argumentów i z tego powodu jego śledztwa są zupełnie pomijane.

To nie przypadek. Jeśli weźmie się pod uwagę to, że w większości polskich gazet w ciągu tygodnia trafiają się wartościowe teksty, które można policzyć na palcach jednej ręki, czyli jeśli – bez cienia przesady – uzmysłowimy sobie, że na ogół nie ma nic interesującego w polskiej prasie, to wydaje się, że naturalnym następstwem takiego stanu rzeczy byłoby poszukiwanie przez mainstream tematów ciekawych, rozmaitych stories, docieranie do intrygujących, niezależnych analiz, śledzenie publikacji najbardziej przenikliwych autorów. Tak się jednak nie dzieje z prostego powodu – polska prasa bowiem wcale nie ma być ciekawa. Niech się ktoś przyzna z ręką na sercu, że czyta którąś z gazet od deski do deski, a nie przelatuje wzrokiem po tekstach, gdyż generalnie (zwłaszcza w publicystyce) komentatorzy rozpisują się o tym, co już wiemy, albo powtarzają to, co inni powiedzieli, albo wreszcie nie mają nic naprawdę odkrywczego do powiedzenia. Nie twierdzę oczywiście, że takiego wtórnego mielenia banału i powierzchownych opinii nie znajdziemy w blogosferze, ale bez wątpienia znajdziemy nie tylko to.

Wracając jednak do inkryminowanego wywiadu, któremu osobiście się przysłuchiwałem, choćby z tego względu, że już dzień wcześniej Karnowski żegnał się ze słuchaczami w tonie, jakby następował koniec świata, gdyż czarne chmury wzeszły nad „inteligenckim radiem” (to ostatnie określenie Karnowskiego), tym bardziej mnie ubawiło ponowne pożegnanie Karnowskiego po wywiadzie nazajutrz, które zresztą W. Mann skwitował komentarzem, iż on sam nie wie, czy zostanie (odpowiadając na antenie na maila któregoś ze słuchaczy), choć zarazem dodał, że nie chciałby się z odbiorcami rozstawać. Żeby było jasne: mnie również Trójka Skowrońskiego ujęła za serce choćby pod tym względem, że powróciło mnóstwo muzycznych audycji autorskich i także, jak wielu ludzi oburzonych podkopami wokół niedawnego szefa Trójki, które zakończyły się sukcesem (więc Agora może święcić kolejny tryumf na rynku medialnym), bylem zly, ale przecież nazywanie Trójki jakimś „radiem inteligenckim”, jeśli się posłucha inteligenckich programów K. Strzyczkowskiego czy B. Michniewicz brzmi jak czysta kpina. Może zabrzmi to obrazoburczo, ale z dwojga dziennikarek, Michniewicz, którą pamiętam, jak z M. Olejnik w latach 80. czytała na przemian „listy do redakcji” w popołudniowym „Zapraszamy do Trójki”, to ja już wolę audycje Olejnik, która mimo swojego okropnego, zblazowanego głosu i salonowych poglądów, które podbudowywane są przez jakąś cotygodniową prasówkę, bo przecież nie przez refleksję i lekturę jakichś poważnych politologicznych książek, ma przynajmniej więcej polotu w prowadzeniu dyskusji (co, oczywiście, nie znaczy, że tą dyskusją na bieżąco nie steruje, by niewygodne tematy się nie pojawiły – no ale to norma w mainstreamie, jak wiemy).

Rozgadałem się, zamiast mówić o wywiadzie. Zauważmy, że Karnowski patrzy na Sieć z lekceważeniem: „gadają sobie”, zapominając, że najwięcej gadulstwa w mainstreamie przecież zapewniają dziennikarze. Słyszymy ich komentarze od rana do wieczora i stawiam dowolną sumę, samochód, a nawet mojego psa, że w ciągu całej doby więcej jest na wszystkich antenach gadulstwa dziennikarzy aniżeli wypowiedzi polityków (biorąc ich wszystkich łącznie). No ale tu, rzecz jasna, zachodzi różnica, bo co innego, jak się zejdą w TOK FM czy porannej Trójce, Jedynce i gdzie tam sobie chcemy, komentatorzy i snują swoje dywagacje (bo wtedy świat polityczny drży w posadach), a co innego, jak sobie amatorzy dziamoczą w Sieci. Karnowski i wielu innych wychodzi w ten sposób z założenia nie tylko takiego, że dziennikarze są ważniejsi, wpływowi, ale też dysponują realną siłą w postaci możliwości (całodobowego podkreślmy) prezentowania się w mediach głównego nurtu. Nie bierze jednak pod uwagę, że tego rodzaju sytuacja nasuwa analogię z monopolem mediów za peerelu, kiedy to też dziennikarzom wydawało się, że to, czego nie ma w „Dzienniku Telewizyjnym” (czy „Wieczorze z Dziennikiem” :)), „Polityce”, „Perspektywach” czy „Trybunie Ludu”, to zwyczajnie nie istnieje. Szydzono w latach 80. z II obiegu, z „emigrandy” etc., twierdząc, że wpływ tego typu mediów na realną sytuację w kraju jest znikomy.

Ten sposób myślenia opiera się na założeniu, że ilość jest ważniejsza od jakości przekazu medialnego, czyli, że mass media przytłoczą odbiorców swoją masą właśnie :) Tymczasem, jeśli przyjmiemy, że ludzie nie są matołami i jednak szukają jakichś cennych rzeczy w tym, co dostarczają im środki przekazu, to naturalne będzie nie tylko dokładne selekcjonowanie tego, co dostarczają media, ale i szukanie takich miejsc i takich autorów, którzy po prostu mówią coś ważnego, ciekawego, oryginalnego i zarazem racjonalnie uzasadnionego, co w dzisiejszym, niemal całkowicie zemocjonalizowanym dyskursie w mediach jest rzadkością.

Przyjrzyjmy się jednak tej wymianie zdań:

„- A gdzie jest lider buntu? Chyba najbardziej wyrazistym przedstawicielem tego pokolenia – choć na pewno nie białym kołnierzykiem – jest Sławomir Sierakowski; środowisko „Krytyki Politycznej”, które tworzy struktury quasi-polityczne.
- Chce pan zinterpretować współczesną politykę technikami z XIX wieku, potrzebuje pan w związku z tym prezesa, wiceprezesów, skarbnika…
- Nie, potrzebuję lidera.
- Sieć jest gigantycznym liderem.
- Ale kto wystawi listę w wyborach do parlamentu?
- A dlaczego to ma być lista do parlamentu? A dlaczego nie ma być to zablokowanie instytucji państwa w oczekiwaniu na to, aż instytucje państwa powiedzą: „słuchajcie, coś ważnego mówicie, w związku z tym zastanówmy się, jak z tego wyjść”. Tak było na Islandii i tak było w innych krajach. Czasem wystarczy iskra.”


Jak powiedziałem na wstępie, jest to widzenie nowych mediów jako folkloru. Można jeszcze dorzucić, że twórcy nowych mediów, czyli między innymi blogerzy to takie ludowe grajki, których można czasem zaprosić na zabawę, by „państwu pograli”. Wprawdzie Mistewicz mówi o jakimś liderowaniu Sieci, ale chodzi mu zapewne o akcje sprzeciwu obywatelskiego (być może takie, jakie urządzano w Stanach np. zasypując jakieś instytucje mailami czy nawet organizując jakieś pikiety) – generalnie więc folklor. Jednakże Sieć może wnieść zupełnie nową jakość do debaty publicznej, ponieważ może zjednoczyć rozmaite środowiska, których wspólną cechą (oprócz dość zgodnych poglądów politycznych) jest kontestowanie mainstreamu i pragnienie stworzenia nowych mediów właśnie.

Piszę to w kontekście perturbacji, jakie spotykają media publiczne. Z jednej strony słyszymy lamentacje dotyczące polityzacji tychże mediów tudzież ich tabloidyzacji, ale przecież nikt z lamentujących nie wpadnie na dość prosty pomysł, że wyjściem z patologicznej sytuacji jest powoływanie (czemu nie przez zawodowych dziennikarzy i prezenterów?) prywatnych, alternatywnych środków przekazu, które przyciągałyby odbiorców znanymi głosami, nazwiskami i stylem prowadzenia programów. Trudne? Nic na początku nie jest łatwe. Ludzie załamują ręce nad wywaleniem Skowrońskiego, ale przecież, gdy za chwilę przyjdzie jakiś Dziubuś z SLD czy Maniek z PSL, to po krótkim szemraniu po korytarzach, wszystko wróci do normy – mało kto rzuci słuchawkami i pójdzie gdzie indziej, gdyż przyzwyczajenia w środowisku dziennikarskim są silniejsze niż ewentualne animozje ideowe (o ile takowe istnieją tu w ogóle), a ogólna fraternizacja większa niż sądzimy my „ludzie z zewnątrz”. Toteż, gdy w „Dzienniku” (z 23.02.2009, s. 8) zobaczyłem zdjęcie Wildsteina tańczącego z Olejnik niemalże jak John Travolta z Umą Thurman w „Pulp Fiction” na jakiejś (rzecz jasna dobroczynnej) imprezie z udziałem celebrities i legendarnego Ćwiąkalskiego, to pomyślałem sobie – to dopiero jest folklor.


http://www.niepoprawni.pl/blog/54/mistewicz-bredzi-w-trojce
http://www.polskieradio.pl/trojka/salon/

27 lut 2009

Trzęsienie nieba

Kto by pomyślał, że tak szybko niebiosa się zatrzęsą na wieść, że „Dziennik” opublikował demaskatorski wywiad o imperium Michnika z M. Cichym? Oto w Środę Popielcową abp J. Życiński zatrząsł murami katedry lubelskiej poruszony do żywego tym, że „jedno z pism codziennych wydrukowało atak na drugą gazetę, oskarżając, że tam są Żydzi”. Ja sobie ten wywiad nieco inaczej odczytałem, no ale mniejsza z tym. To jednak, że imperium Michnika na pomoc samego Pana Boga wzywa (oczywiście za pośrednictwem Życińskiego) to już chyba oznaka czasów ostatecznych albo po prostu jeden ze znaków, że Wielki Post mamy jak nigdy dotąd – nie tylko oczywiście ze względu na kryzys, którego w Polsce miało nie być, jak nas solennie zapewniał gabinet ciemniaków. Co ciekawsze, tak czuła na przejawy polityzacji Kościoła, czyli mieszania się duchowieństwa do spraw polityki, redakcja „GW”, tym razem wydrukowała obszerne fragmenty popielcowej homilii Życińskiego, które, jak na mój gust z samym inicjowaniem duchowych przygotowań do Triduum Paschalnego niewiele mają wspólnego. Może jednak specjalistą od homiletyki nie jestem, a jedynie zwykłym buraczanym katolikiem, który powinien czapkować bez względu na to, co z ambony mówi, ale wydaje mi się, że ta obrona Ministerstwa Prawdy posunięta już jest za daleko:

„Tego typu prowadzenie walki o czytelnika, w której wszystkie chwyty są dozwolone i nawet osoba chora może być potraktowana instrumentalnie, przekracza dopuszczalne granice kultury.

Więc dlatego, jako znak nadziei i właściwej reakcji odebrałem wczoraj reakcję jednej z osób zasłużonych dla polskiego filmu. Reżyser, która przed laty reprezentowała kino niepokoju moralnego, nakręciła przed laty film o księdzu Popiełuszce "Zabić księdza", a teraz do redakcji, która nie stosowała żadnych zasad moralnych i sądziła, że to jest metoda walki o czytelnika, właśnie ta zasłużona twórczyni kultury przysłała z zagranicy list, że już nigdy więcej nie udzieli wywiadu tej redakcji, że nigdy nie poda ręki naczelnemu, ani temu, kto prowadził wywiad, i że jest zażenowana, że można znaleźć antysemityzm na tym poziomie w prasie, która pretenduje do miana europejskiej.”

Pomijam już metodę „na schizofrenię bezobjawową”, czyli metodę przypisywania komuś choroby psychicznej i w ten sposób podważania wiarygodności jego poglądów, która wciąż święci tryumfy, mimo głośnego „obalenia komunizmu” (najwyraźniej jednak okazała się skuteczna, więc dlaczego sympatycy Ministerstwa Prawdy mieliby z niej rezygnować). Warto bowiem przypomnieć, że film „Zabić księdza” stanowił raczej pamflet na ks. Popiełuszkę, aniżeli dzieło warte polecenia (nie tylko w Środę Popielcową). Być może Życiński nie pamięta, ale to w owym filmie z nieskrywaną sympatią portretowany jest esbek (w każdym razie przeżywa niesamowite dylematy egzystencjalne, niemalże jak bohater Dostojewskiego albo nawet Camusa), zaś sam główny bohater nie dość że zagrany przez Ch. Lamberta z półgłówkowatym wyrazem twarzy i jeżdżący, nie wiedzieć czemu, maluchem, ma niemalże romans z jedną kobietą. Jeśli to ma być kino moralnego niepokoju, to ja dziękuję i za takie kino, i za taki niepokój, aczkolwiek nie kryję, że skompletowałem sobie cały serial Holland pt. „Ekipa” jako dokument neosocrealizmu na odcinku walki z klerokaczyzmem, tak jak pieczołowicie zbieram inne wytwory epoki zmasowanej inżynierii dusz.

Wracając jednak do arcypasterskiej homilii. Najciekawsze jest wszak to, że „Dziennikowi” dostaje się za antysemityzm, choć dalibóg głos miał niemal wyłącznie Cichy, a w jego wypowiedziach ja się żadnych obraźliwych stwierdzeń pod adresem Żydów nie doszukałem (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2009/02/obalanie-postkomunizmu.html ), no chyba, że uznamy stwierdzenie, że dla Łuczywo ważniejsza była obrona Wolińskiej aniżeli ludzi przez nią skazanych. W tym jednak wypadku to raczej Łuczywo obrażałaby swoją postawą tych Żydów, którzy w polskiej kulturze pozostają wzorcami patriotyzmu i oddania ojczyźnie, jak choćby Hemar czy Brandstaetter. O to jednak chyba nie chodzi ani Holland, ani Życińskiemu.

Arcypasterz przecież nie poprzestaje na tym, co powiedział powyżej, lecz dorzuca jeszcze porządnych drew do ognia:

„To są właśnie czytelne reakcje, że nie tylko popiół jest realny, że nie tylko to co prymitywne musi stanowić polski pejzaż. W popiele można odnaleźć diamenty, w naszym zmęczeniu życiem, doświadczając agresji i brutalności możemy dawać świadectwo kultury, w którym wyrazi się nasza wierność Chrystusowi i musimy pamiętać, że ten wiraż kulturowy, który nieraz nas męczy, nie jest tylko specyfiką naszego pokolenia. W czasach pierwszych chrześcijan też wierni w Rzymie słyszeli hasła "chleba i igrzysk". Dla jednych poza troską o chleb nie istniały wyższe wartości, inni lubowali się w igrzyskach i wszystko robili ażeby zademonstrować swoją igrzyskową filozofię życia.”

Holland jako kulturowy diament? No, powiedzmy. Chyba, że w takiej konstelacji szlachetnych kamieni, jak Wajda czy Konwicki. To wtedy tak, choć może dodajmy zaraz, że nie są to diamenty naturalne. Jak to jednak ma się do wierności Chrystusowi, to doprawdy nie mam pojęcia. Czy chodzi o to, że Ministerstwo Prawdy miałoby być wierne Chrystusowi? To chyba nazbyt śmiała wizja nawet dla wybitnie wizjonerskiego umysłu Życińskiego. Co więcej, dałbym głowę, że to właśnie imperium Michnika realizuje wizję świata nieustających bachanaliów czy igrzysk. Bywa nawet tak, że wspaniała zabawa obejmuje symbolikę związaną z katolicyzmem, gdy rozmaici „artyści”, co „odważnie zwalczają tabu” są głośno promowani przez Ministerstwo Prawdy. No ale tego typu igrzysk Życiński może nie zauważać, zajęty poważniejszymi sprawami.

http://wyborcza.pl/1,75475,6314919,Cierniowe_korony_Nieznalskiej.html
http://kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53662,5704278,Jestem_troche_zdzira.html


Środa Popielcowa, ho ho. Przyszło mi do głowy, że arcybiskup Życiński wzorem Pana Jezusa mógłby udać się na 40 dni na pustynię i tam w ciszy i oddaleniu podeliberować nad swoim stanem ducha i umysłu, gdyż nie znamy dnia ani godziny, kiedy coś naprawdę złego na nas przyjść może, jeśli tkwimy w ułudzie własnej nieomylności. Byłoby to zbawienne nie tylko dla samego polskiego hierarchy, ale i dla tych wiernych, którzy zmuszeni byli słuchać jego homilii w lubelskiej katedrze. Ja bowiem wyszedłbym, trzaskając drzwiami.

http://wyborcza.pl/1,88975,6324329,Abp_Zycinski__szokujacy_atak_w_mediach.html

22 lut 2009

Obalanie postkomunizmu?

Toyah ma rację, mówiąc o tym, że wywiad z M. Cichym dotyczący „imperium Michnika” jest niezwykle ważny, ponieważ stanowi „głos stamtąd”, czyli z otchłani Ministerstwa Prawdy, warto jednak pamiętać, że to już kolejny tekst z całego serialu zapoczątkowanego głośnym artykułem prof. R. Bugaja, po którym poruszone zostały niebo i ziemia oraz posypały się następne publikacje. Oczywiście, bylibyśmy naiwni, by sądzić, że „Dziennik”, uruchamiając bezprecedensową i zarazem spektakularną ofensywę przeciwko środowisku z Czerskiej, nie rozgrywa własnej rynkowej gry związanej z dramatycznym spadkiem sprzedaży pisma. Sam „Dziennik” bowiem w wielu swoich wydaniach od „GW” prawie niczym się nie różni, a C. Michalski, co już kiedyś sugerowałem, z nieprawdopodobnymi wprost banialukami, które wypisuje, mógłby spokojnie znaleźć miejsce wśród wesołej kompanii z Ministerstwa Prawdy, gdyby nie to, że nie jest namaszczony przez odpowiednie środowisko (dlatego też widzę jego miejsce w neo-leninowskim gronie „Krytyki Politycznej”). Niezwykle ciekawy wywiad z Cichym obnażający nacjonalistyczne i antypolskie zarazem nastawienie środowiska z Czerskiej publikowany jest wszak w tym samym numerze z innymi arcyintrygującymi tekstami. Na przykład z wywiadem z (jak sama redakcja pisze) filozofką A. Bielik-Robson, zachwalającej judaizm (vs katolicyzm, żeby było jasne) i twierdzącej wprost:

„Są elementy polskiej kultury inteligenckiej, które lubię i w sobie pielęgnuję, ale to przez wierność mojej rodzinie i przywiązanie do Anina, mojej małej ojczyzny. Ale ta wielka Ojczyzna, sprawa narodowa, wierność Polsce itd. – to już nie dla mnie. Po latach zaczadzenia trucizną narodową nareszcie czuję się wolna.”
(s. 14)

Tego rodzaju wyznania znakomicie by się zaprezentowały w „Wysokich Obcasach” czy (zawsze krzepiącej) „Świątecznej”, no ale przez to, że Bielik-Robson kiedyś „sympatyzowała z prawicą” (spod znaku Michalskiego :), to, niestety, nie ma na to szans. Swoją drogą, że filozofka nie pisuje swoich książek wyłącznie po angielsku, idąc konsekwentnie za swoimi deklaracjami, to się dziwię, no ale może to kwestia czasu. Obok tego wywiadu jest też publikowana rozmowa z eks-zakonnikiem T. Bartosiem (oczywiście „o Kościele”, gdzie, jak dodaje redakcja „za fasadą instytucjonalnej potęgi kryje się intelektualna i religijna pustka”), autorem niesławnej książki „Jan Paweł II. Analiza krytyczna”, jak też wywiad z jednym z autorytetów moralnych Ministerstwa Prawdy, czyli zmarłym niedawno prof. J. Błońskim.

Zwracam na to uwagę, ponieważ tego rodzaju zestaw dań mógłby z powodzeniem być podany na łamach „GW” i nikt by się zupełnie nie zdziwił. Mówiąc bowiem szczerze, „Dziennik” pod względem „ideowym” niczym szczególnym od „GW” się nie różni, toteż jego walka z Czerską dotyczy jedynie sfery wpływów, a nie jakiejś wizji kultury. Mało tego, ja wcale nie jestem pewien, czy wyparcie jednego Ministerstwa Prawdy nie doprowadziłoby do zbudowania następnego, nawet porządniejszego, bo z niemieckimi tradycjami. No ale mniejsza z tym.

Ciekawe w tej historii jest to, że echa wystrzałów z redakcji „Dziennika” nie dolatują za bardzo do budynków Agory. „GW” skoncentrowana jest obecnie na wspieraniu walki z mediami publicznymi (z TVP i radiową Jedynką się udało, teraz czas na Trójkę) oraz (już tradycyjnie) z „imperium Rydzyka”. Te dwie akcje Ministerstwa Prawdy mają także charakter komercyjny, media publiczne ze swoim sukcesem rynkowym, jaki odniosły dzięki kaczystom (widać to szczególnie po radiowej Jedynce, ale obecnie i Trójka się znakomicie sprawuje) zagrażają mediom finansowanym przez ludzi Agory, tak więc, im będą gorzej zarządzane i słabsze, tym lepiej dla interesów ludzi z Czerskiej. Z RM zaś Ministerstwo Prawdy toczy wieloletnią wojnę nie tylko w ramach wypierania „klerofaszyzmu”, ale także dlatego, że wciąż niepogodzone jest z tym, że nie ma swojej telewizji. Agora jednak walcząc (dodajmy wraz z zastępem tzw. bezstronnych sympatyków) o odzyskanie swojej (dawno już utraconej) pozycji monopolisty na polskim rynku medialnym (i na „rynku idei”), przypomina dziś starego pijaka, który wspomina czasy, gdy rządził na podwórku i wymuszał od wszystkich haracze na wódkę.

Natomiast w całym tym serialu „grzebania żywcem” ministrów prawdy jest ten cień nadziei, że może to być proces powolnego umierania postkomunizmu, którego Agora ze swoimi funkcjonariuszami jest wielkim i dość niesamowitym reliktem. Czy nastanie wobec tego epoka polodowcowa? Daj Boże.

20 lut 2009

But Chruszczowa


Szkoda, że min. Rostowski nie ściągnął wczoraj w sejmie buta, by walić w mównicę, jak kiedyś Chruszczow na forum ONZ w październiku 1960 r. Dobrze natomiast, że premier wyskoczył w roli arbitra elegancji i starał się uspokoić sytuację, bo przecież nerwica na Titaniku coraz większa. Tak wielka, że sam premier przy okazji zapewnił, że mamy jak w banku, że odejdzie, jak morze się za bardzo wzburzy. Czemu taka nerwa zaczęła tłuc najświatlejszych polityków z PO? Trudno powiedzieć. Wiemy już nie tylko, że sprawcą kryzysu jest PiS, ponieważ nie wciągnął Polski do eurolandu, lecz i to, że tym, który uniemożliwia rządowi uruchomienie strategii antykryzysowej jest po prostu J. Kaczyński, który wychodzi z sali, doprowadzając w ten sposób ministra finansów na skraj rozpaczy.

Dziś zresztą taką argumentację zapodał w porannej radiowej Jedynce min. Schetyna, też człowiek światły i światowy, choć nie tak światły jak Gleb Chlebowski, stwierdził mniej więcej tak, że sytuacja była wczoraj niezwykle trudna ze względu na nieformalny szczyt NATO i rząd musiał się w związku z tym niezwykle natrudzić, by w sejmie odbyła się okołokryzysowa debata, a ten Kaczyński wszystko popsuł. Zaraz jednak nie mógł się Schetyna nachwalić „punktowej interwencji” gabinetu Tuska, która sprawiła nie tylko, że złoty się umacnia (co widać na załączonym obrazku), ale i wprawiła w zachwyt inne rządy, które planują podobne interwencje na rynkach innych krajów. Teraz przynajmniej jest jasne przynajmniej to, że nie mamy do czynienia od ponad pół roku z bezczynnością koalicji PO-PSL i tępym przyglądaniem się temu, jak kryzys z wolna paraliżuje polską gospodarkę, tylko obecny rząd opracowuje taką unikalną strategię, która posłuży innym gabinetom za wzorzec antykryzysowego działania. W ramach tej strategii musimy pożyczyć 155 mld zł. Ja zaś myślę, że można by więcej pożyczyć. Być może za pomocą sprzedaży kolejnych obligacji Skarbu Państwa (których, jak stwierdził w porannej Trójce sam Gleb, "nikt nie chce kupować") sprawi się, że wzrośnie produkcja przemysłowa. Przy okazji może załata się straty, które poniosły spółki skarbu państwa, które przejechały się na opcjach walutowych, no bo przecież nikt za to głowy nie straci z zarządów tych spółek. Nie uda się pewnie załatać dziur w ponad połowie dróg w naszym kraju, które nadają się do remontu, jak właśnie ustalił NIK. Nawiasem mówiąc, kierowcy już chyba dużo wcześniej stwierdzili to samo.

Co tam zresztą drogi czy spadająca produkcja przemysłowa. Co tam nawet te tysiące mundurowych, którzy wczoraj protestowali. Oto eurodeputowani pokazali wczoraj klasę, ponieważ V. Klaus mówiący o zbiurokratyzowaniu UE, oddalaniu się „instytucji unijnych” od Europejczyków oraz zbyt silnej roli Brukseli został wygwizdany i wytupany w „Parlamencie Europejskim”, zaś część europarlamentarzystów zwyczajnie wyszła. A wystarczyło ściągnąć buty i porządnie postukać w pulpity – Klaus musiałby się poddać.

http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/przemysl;ma;klopoty;a;rzad;zwleka,254,0,428798.html
http://www.pb.pl/Default2.aspx?ArticleID=d0f0f8fd-8264-4282-8673-5db24e8f2f6a&open=sec
http://www.money.pl/pieniadze/forex/waluty/forex,eurpln.html

18 lut 2009

O Familiadzie i taczkach dla Tuska

W bardzo ciekawym artykule prof. R. Bugaja analizującym proces uwłaszczenia się familii przy Czerskiej pada informacja, która nie do końca jest ścisła. Otóż Bugaj sugeruje wprawdzie, że „GW” od samego początku nie starała się być wyrazicielem poglądów całej opozycji, ale zarazem powiada, że pierwszym poważnym symptomem było starcie środowiska Michnika z Wałęsą. Tymczasem, co warto przypomnieć, ponieważ sama „GW” od czasu do czasu otwiera swoje archiwa i ponownie publikuje materiały sprzed wielu lat, otwarty sprzeciw wobec środowisk antykomunistycznych (doprawdy trudno nie tylko dziś, lecz i wtedy uznać środowisko Michnika za antykomunistów) wyrażany był ustami choćby Modzelewskiego, tokującego przeciw ludziom ośmielającym się bojkotować wybory do kontraktowego parlamentu czy Skalskiego ubolewającego nad „antyradzieckimi hecami studentów” w Krakowie. Mówimy o pierwszej połowie roku 1989, przypominam.

Modzelewski pisał m.in. tak:
„Jak dotąd, każdy kolejny kompromis zbliżał naród do pełnej niepodległości i demokracji. Opozycyjni przeciwnicy Okrągłego Stołu chcą mieć pełną niepodległość i demokrację od zaraz. Pragnienie to, podobnie jak uliczny okrzyk "precz z komuną", nie stanowi jednak programu, dopóki nie wskaże się środków, które by pozwoliły osiągnąć zamierzony cel. Dość już było w tym kraju przegranych powstań.”

Już w maju ’89 hasło „precz z komuną” wyglądało na niebezpieczne. I nieco dalej Modzelewski dodaje:

„Bojkot wyborów jest odruchem wyćwiczonym w czasach monopolu PRON, gdy niska frekwencja godziła we władzę. "Solidarność Walcząca" odwołuje się do tego odruchu, ale sytuacja się zmieniła. W wyborach do Senatu kandydaci "Solidarności" rywalizują bezpośrednio z kandydatami PZPR, a w wyborach do Sejmu - z kandydatami formalnie bezpartyjnymi, lecz wysuniętymi przez OPZZ i popieranymi przez partię.Jest to prawdziwa walka wyborcza, w której każdej ze stron do zwycięstwa potrzebna jest jak najwyższa frekwencja własnych zwolenników i jak najniższa frekwencja zwolenników obozu przeciwnego.
Agitacja za bojkotem, prowadzona przez "Solidarność Walczącą" czy Polską Partię Socjalistyczną - Rewolucja Demokratyczna, jest oczywiście adresowana do zwolenników opozycji i zmniejsza szanse jej kandydatów. Można poprzeć partię w wyborach bezpośrednio, głosując na nią, lub pośrednio - odejmując głosów jej oponentom. Okazuje się, że można to zrobić nawet pod sztandarem nieprzejednanego antykomunizmu.Trudno przypuścić, by przywódcy SW i PPS-RD nie rozumieli prostej arytmetyki wyborczej. Ich akcja jest w pełni świadoma i może sprawić, że zamiast 35 proc. zdobędziemy np., tylko 25 proc. mandatów poselskich. Koalicja rządząca będzie wówczas miała w Sejmie większość wystarczającą do odrzucenia każdego weta Senatu i parlamentarna ochrona przed arbitralnym prawodawstwem zostanie udaremniona.
Wezwanie do bojkotu to coś innego, niż brak wiary w szansę stopniowego wprowadzania demokracji. To rozmyślna próba zniweczenia tej szansy. W ten sposób zasada "wszystko albo nic" wciela się w polityczną praktykę, której nie sposób niczym usprawiedliwić.”

Warto podkreślić to, jak od wczesnych dni po legendarnym „stole”, „strona solidarnościowa” od posługiwała się retoryką „nieznoszącą żadnego sprzeciwu”. I tak jak w czasach sowieckiej Polski nie było alternatywy dla „programu Partii”, który był „programem narodu”, tak od „obalenia komunizmu” musieliśmy wysłuchiwać pouczeń mędrców przekonujących nas, że nie ma żadnej alternatywy dla „historycznego kompromisu”.

Skalski, nieco mitygując milicjantów, co w najlepsze pałowali studentów po „obaleniu komunizmu”, za to, że może trochę przesadzili, kręcił nosem na „antyradzieckie nastroje” krakowskiej młodzieży, zapewniając przy okazji, że „antyradzieckość” nie jest wynalazkiem Solidarności. (Niezapomniany jednak dla mnie Skalski pozostanie z okresu tuż przed akcesją Polski do UE, gdy namawiał do retoryki wojennej w stosunku do eurosceptyków).

„GW” od samego początku brała na siebie „organizatorskie” (w sensie leninowskim) obowiązki „Trybuny Ludu”, co z biegiem lat przysporzyło środowisku Michnika, czyli Familiadzie, szacowne miano Ministerstwa Prawdy. Warto bowiem pamiętać, że na tle manipulacji i dezinformacji, w jakich wyspecjalizowała się ekipa z Czerskiej, redakcja załganej „Trybuny Ludu” wygląda jak grono amatorów od prania mózgów. Znane są przypadki osób, którym dopiero trzeba było paru lat, by odkryć to, że przekaz z Czerskiej jest niemal całkowicie zafałszowany, choć skonstruowany jest w tak wyrafinowany sposób, że sprawia pozory prawdy. Moja osobista teoria jest taka, że im kto dłużej bezkrytycznie czytywał „GW”, tym dłuższa (i boleśniejsza) musi być jego intelektualna rekonwalescencja, a i tak zawsze istnieje niebezpieczeństwo nawrotów choroby, którą można nazwać Michnikozą, choroby niepozwalającej dostrzegać wszystkich istotnych szczegółów otaczającej nas rzeczywistości społeczno-politycznej, a jedynie te, które naświetlane są reflektorami Ministerstwa Prawdy. Toteż za powód do dumy poczytuję sobie, że już po paru miesiącach wyrywkowego czytania „GW” w 1989 r. stwierdziłem, że jest to kolejna inicjatywa inżynierów dusz, nie zaś normalna gazeta ludzi związanych ongiś z opozycją.
Oczywiście człowiekowi wtedy przez myśl nie przeszło, że z czasem środowisko Michnika stanie się, na co także zwraca uwagę Bugaj, nieformalną partią mającą ewidentny wpływ na bieg wydarzeń w Polsce i to od kaprysów Michnikoludków będzie zależało, jakimi torami toczyć się będzie polska kultura, kto będzie promowany, kto przemilczany lub wprost zwalczany i w jak bałamutny sposób przedstawiana będzie spuścizna peerelu.

Można na pocieszenie dodać w tym miejscu, że jednak rola Ministerstwa Prawdy nie była tak wielka, jak sądzili sami jej funkcjonariusze. Natknąłem się kiedyś, przeglądając archiwa „GW” na ankietę z końca 1991 r. (opublikowaną w n-rze 303 z przełomu grudnia i stycznia) pod znamienitym tytułem „Co nas czeka w 1992 r.?” Oprócz klasycznego pitolenia ludzi takich, jak Bujak, Łopuszański, Frasyniuk itp., pojawiają się głosy ciekawe, np. wyubitny znawca polskiej polityki, A. Wajda twierdzi, że „socjaldemokracja” będzie największą siłą opozycyjną w Polsce „ponieważ wejdą ustawy dekomunizacyjne”.

W sprawie tych ostatnich zresztą odpytywany Kwaśniewski wypowiada się następująco: „Na pewno zostaną zaproponowane, a z układu sił w Sejmie można wnosić, że pewnie będą przegłosowane. Z punktu widzenia prawa okażą się niemożliwe do realizacji, niemniej będą realizowane. W takim sensie, że wywołają atmosferę nagonki, falę poszukiwania gdzie się da komunistów”. Tak więc komuniści nie popijali na zbytnim luzie w ówczesnego sylwestra. Przede wszystkim nikt z ankietowanych nie stawia tezy, że odbędą się przedterminowe wybory.

Wprawdzie snują sobie goście rozmaite prognozy dotyczące zmiany premiera, Rulewski mówi o Geremku, Kwaśniewski na wesoło proponuje Rewińskiego i marzy o „bardziej kompetentnym rządzie” (co oczywiste), generalnie jednak bojaźń i drżenie dotyczy planów zwalczania aborcji i problemów ekonomicznych. Jako ciekawostkę (warto to wspomnieć w tych dzisiejszych czasach, gdy nasze zarobki są średnio na poziomie zasiłków dla bezrobotnych na Zachodzie) podam pytanie dotyczące płac:

„Ile pod koniec przyszłego roku wyniesie [płaca średnia]?
Nie powinna wynieść więcej niż 2,5 mln zł, przy założeniu niskiej inflacji. Z tym że operowanie średnią płacą to typowy relikt komunizmu, od którego powinno się odejść (Bielecki).
3 mln zł (Łopuszański).
3,5 mln (przy założeniu inflacji rzędu 80-100 proc. (Kwaśniewski).
3,8 mln zł (Bujak).
6 mln zł (Frasyniuk).”

Dawne dzieje, co? :)

Wracam jednak do Bugaja, bo wspomina o konkurencji, która częściowo osłabia dziś wpływy Ministerstwa Prawdy. Prawdziwym gwoździem do trumny tego całego środowiska może być tylko i wyłącznie kryzys finansowo-ekonomiczny, który nie tylko drastycznie zmniejszy wpływy z reklam na łamach „GW”, ale i w ogóle osłabi zupełnie nienaturalną, gdyż uzyskaną dzięki praktykom monopolistycznym, pozycję rynkową Familiady. Znakomicie byłoby, gdyby upadek rządu Tuska zbiegł się z upadkiem środowiska Michnika, bo mielibyśmy klasyczne „two in one”, ale nie wiem, czy Pan Bóg wyszykował dla nas takie prezenty na najbliższy czas (no i czy sobie na nie zasłużyliśmy).

A propos Tuska, któremu już możemy taczki szykować, strasznie się rozeźlił prof. I. Krzemiński, który stwierdził, że perfidia PiS-u powoduje, iż zaczęły spadać notowania premiera. Zaznacza on jednak, że nie należy się przejmować zaledwie jednym sondażem, choć dalibóg, gdy dotychczas mierzono rekordowe poparcia dla gabinetu ciemniaków, to nikt nie tonował nastrojów, że to zaledwie „jedno badanie”.

„Jego zdaniem i PiS, i prawie wszystkie media tworzą atmosferę strachu. – Można mieć wrażenie, że lepiej nie wychodzić z domu, bo kryzys czyha i rzuci nam się do gardła. Jakieś wariactwo opanowało nasz kraj – ocenia Krzemiński. – A w tym wszystkim premier jak zwykle jest wstrzemięźliwy. Ma za swoje. Powinien być bardziej aktywny i odpowiedzieć na te wyzwania, zarówno populistyczne PiS-owskie, jak i panikę, którą sieją media.”
Można z tego wywnioskować, że Krzemiński żadnego kredytu już nie ma, a już na pewno nie we frankach, no i bezrobocie też mu raczej nie grozi. Poza tym nerwy jak widać z jednej strony ma na postronkach, ale z drugiej stalowe, bo wrogów gabinetu ciemniaków się nie boi. Tak więc sobie myślę, że może gdy już Tuska wywiozą na taczkach, to Kamińskiego dałoby się wwieźć choćby na parę dni do kancelarii premiera, to popajacowałby tak, jak Rewiński swego czasu w sejmie?


http://wyborcza.pl/1,97190,6231125,Modzelewski__Przeciw_komu_bojkot_.html
http://wyborcza.pl/1,97190,6231063,Skalski__Awantury__oszczerstwa__histeria___.html
http://www.dziennik.pl/opinie/article322033/Jak_uwlaszczali_sie_ludzie_Wyborczej.html
http://www.rp.pl/artykul/2,264957_Spadaja_notowania_premiera.html

17 lut 2009

Załoga G


Kiedy szydziłem z powstania rządu Tuska, portretując ów fakt historyczny jak dobijanie statku do brzegów Irlandii 2, to wielu komentatorów zżymało się, że jeszcze gabinet nie zaczął działać, a już oszołomy go grzebią. Mówiono, że trzeba dać rządowi trochę czasu, że niczego się nie da od razu, że te wiekopomne reformy, które prowadzą do cudu gospodarczego już wnet zostaną wprowadzone, byleby tylko nie sarkać. Oczywiście ten ton przeważał w wielu tzw. poważnych analizach rozmaitych fachowców, którzy od lat specjalizują się w naszym kraju w opowiadaniu o tym, co nie istnieje. W oczach tychże fachowców Tusk wyrastał na znakomitego pragmatyka w polskiej polityki, zaś Pawlak na niesamowitego znawcę ekonomii.


Gdy mijały miesiące, a szydercy nie ustępowali, to klakierzy gabinetu ciemniaków z wolna zaczynali tłumaczyć naokoło, że tak naprawdę to nikt przecież nie liczył na jakieś radykalne zmiany, grunt bowiem, że w Polsce jest spokój, że nie ma awantur ani atmosfery lustracyjnej i co chwilę pokazywali sondaże z niesamowitym, rekordowym poparciem dla ciemniaków. Potem, gdy szydercy zaczęli wskazywać, że ciemniaki faktycznie są ciemniakami, ponieważ nie tylko z obiecywanego przez ciemniaków cudu gospodarczego, niskich podatków, wysokich pensji, autostrad itd. zostało wielkie g..., to w dodatku na wieść o nadchodzącym kryzysie wywracającym na nice poważne światowe gospodarki, ciemniaki zaczęli zaklinać węża i deszcz, zapewniając, że kryzys Polski nie dotknie, że wprost przeciwnie, to do nas będą inwestorzy walić drzwiami i oknami, widząc, jak cienko przędą inne rynki. W rezultacie, gdy już wszyscy wokoło (nawet ślepi na zmiany gospodarcze) widzieli, że kryzys w Polsce jest i to na całego, ciemniaki przyznali, że jednak coś takiego jak kryzys się pojawił i w związku z tym zaczęli urządzać cyrk z oszczędnościami. Przypominało to bieganie wariata po parku i łapanie się czego bądź, skoro oszczędnościami objęto szczególnie bezpieczeństwo zewnętrzne i wewnętrzne kraju. Podejrzewam, że słoń w składzie porcelany ani nawet małpa z brzytwą nie zdziałaliby więcej zła niż rząd ciemniaków, a przecież – tu uwaga – to dopiero początek katastrofy, która nadciąga jak słynne tajfuny nad amerykańskie wybrzeża.



Czy ktoś jeszcze pamięta, jak straszono apokaliptycznymi spadkami wartości złotego, gdy PiS wygrał wybory i formował rząd? Dziś stoimy w przede dniu rekordowego kursu euro w postaci 5 zł, ale czy Żakowski, Wołek, Olejnik i im podobni rwą swe siwe włosy z głów? Ależ skąd. Przecież dopiero co dowiedzieliśmy się, że „lider sondaży” uznawany jest przez „nas” za męża stanu, a gdyby tego było mało, to się okazało z innego sondażu, że Polacy może nie najlepiej oceniają to, jak sobie ciemniaki radzą z gospodarką, ale nadal wysoce cenią sobie ten rząd. Nie no, oczywiście, nie może być inaczej, choć jak tak sięgnąć znowu pamięcią wstecz, to przecież ciemniaki właśnie z PROGRAMEM GOSPODARCZYM szli do władzy. Tusk na słynnej debacie z Kaczyńskim robił wrażenie faceta, co palcami strzeli i w Polsce będzie się żyło lepiej i weselej. Dzisiaj hasło „cud gospodarczy” brzmi już wyłącznie szyderczo, a nawet grobowo. Niewykluczone bowiem, że to za rządów ciemniaków przeżyjemy taki krach gospodarczy, jakiego nie widzieliśmy od wczesnych lat 80.


Rzecz jasna wcześniej rozsypie się koalicja „liberalno-ludowa”, bo kto jak kto, ale „ludowcy” mają wyjątkowo wyczulony instynkt przetrwania i wiedzą, że gdzie jak gdzie, ale na tonącym okręcie zabawa w politykowanie nie trwa zbyt długo. Zawsze więc lepiej poudawać, że się pomagało pakować ludzi do szalup, a nie, że się siedziało przy suto zastawionych stołach z zafrasowanymi minami ekspertów zatroskanych o przyszłość kraju. Tak też należy oceniać hasła Pawlaka dotyczące unieważnienia opcji walutowych (proponuję przy okazji unieważnić zwykłym konsumentom kredyty we frankach), jak też i to, że dziś w popołudniowej Jedynce Pawlak daje do zrozumienia, że Tusk powinien był pozostawić wolną rękę Rostowskiemu w kwestii interwencji w sprawie polskiej waluty i że nie powinna się ta interwencja odbywać oficjalnie, lecz poufnie. Być może w tym względzie Pawlak zwyczajnie wsłuchał się w ostre słowa krytyki Andrzeja Sadowskiego, który uznał, że akcja Tuska będzie miała katastrofalne dla polskiej waluty skutki, ale nie jest to ważne w tej chwili.


Możemy się pocieszać, że w USA szaleństwo jest jeszcze większe, gdyż miliardy dolarów z kolejnej akcji pomocowej, przeforsowanej przez Obamę i jego hojną ekipę, nie odniosły żadnego (!) uzdrawiającego skutku w amerykańskiej gospodarce. Ja coraz bardziej jestem przekonany, że jesteśmy świadkami przekrętu tysiąclecia, w którym te grupy wpływu, które umiejętnie wprawiwszy tłumy w histerię, wyniosły Obamę do władzy, znalazły znakomity sposób na wzbogacenie się kosztem otępiałych kompletnie pod wpływem medialnego prania mózgu, podatników. Wiemy doskonale, że w trakcie wojny robi się największe interesy. Czy w trakcie sztucznie wywołanego, globalnego kryzysu nie można zrobić jeszcze większych? Można. Wystarczy tylko tak pokierować procesami społecznymi i mediami, by politycy stanowili marionetki w rękach naprawdę „wielkich tego świata”.


Wielcy tego świata z troską pochylają się nad maluczkimi, którzy, co oczywiste, muszą bankrutować, gdyż zmiata ich z powierzchni ziemi niewidzialna ręka rynku. Wielcy zaś nie bankrutują, bo są „zbyt poważnymi ludźmi” i zbyt wielu polityków trzymają na postronku.

http://www.pb.pl/Default2.aspx?ref=lastcomm&ArticleID=4a67b02d-148d-4787-88cc-efe0c82e7597&readcomment=1#comment
http://www.pb.pl/Default2.aspx?ArticleID=100e2fa9-1f3b-45bc-bcff-0f276966ef96&open=sec
http://www.pb.pl/Default2.aspx?ArticleID=4a67b02d-148d-4787-88cc-efe0c82e7597&open=sec
http://www.pb.pl/Default2.aspx?ref=toppr&ArticleID=fd2bedce-c553-4042-8228-758ed8237e22

16 lut 2009

O Michnikoludkach

Czasami się zastanawiam, jaką trzeba mieć konstrukcję umysłu, by trafić do szacownego grona Michnikoludków, ale na to pytanie odpowiadają sami jego reprezentanci, którzy, terminując w przedsionkach „Salonu”, muszą się wykazać odpowiednią dozą ideowości oraz wygimnastykowania. To ostatnie zwykle sprowadza się do padania na kolana przed odpowiednimi osobami lub najlepiej całymi instytucjami, następnie zaś wyrazistego bicia czołem o podłogę. Po takim wstępie dany terminator może zacząć wyrażać swoje zdanie, które z reguły sprowadza się do jakiejś nieśmiałej glossy do tego, co wcześniej wyraził w szczerozłotych słowach Michnik czy jemu podobni. Widzieliśmy to już swego czasu w legendarnym liście R. Kalukina, teraz zaś możemy dostrzec w tekście niejakiego Jakuba Halcewicza-Pleskaczewskiego, o którym to autorze dotąd nie wiedziałem kompletnie nic, lecz na szczęście on sam zadbał, by się przedstawić, jak Pan Bóg przykazał:


„Jeszcze jako student z uwagą śledziłem głosy w debacie o inteligencji. Na kolejne numery "Świątecznej" z tekstami Adama Michnika, prof. Jerzego Jedlickiego i innych autorów czekałem jak na gwiazdkowe prezenty. To w weekendy. A w ciągu tygodnia spotkania na uniwersytecie, w PAN-ie, "Polityce", KIK-u, Ośrodku Karta, Domu Literatury, Klubie "Goście Gazety", a także - czemu nie - u konserwatywnych liberałów z Kolibra. W międzyczasie praca w jezuickim "Przeglądzie Powszechnym", staż w "Tygodniku Powszechnym" - pod okiem Krzysztofa Kozłowskiego - w końcu "Wyborcza". Zwyczajna droga ćwierćinteligenta, by uprzedzić żachnięcie się wiadomego publicysty.”

Ja rozumiem, że są ludzie, którzy kiedyś dzień w dzień czytali „Trybunę Ludu”, a teraz czytują „GW”, no ale to jest to starsze pokolenie, któremu robi się cieplej na sercu na hasło „nie ma jak za komuny”. Natomiast nie zdawałem sobie sprawy, jaką pasję czytelniczą może wywoływać „GW” u młodego pokolenia, wszak Halcewicz-Pleskaczewski to rocznik 1984. Czekanie na weekendowe wydania „Gazety”, jak na świąteczne prezenty… - mój Boże, chciałoby się z troską i szczerym zrozumieniem zapytać, na jakie jeszcze inne objawy się uskarżasz, młody człowieku, ale przecież to zaledwie cień wspomnienia był. Sam autor obecnie nie musi już czekać na koniec tygodnia, bo sam pracuje w jako redaktor serwisu „Wyborcza.pl”, wobec tego ma zapewne wgląd w teksty przed ich opublikowaniem, a tym samym może czerpać ze skarbnicy mądrości całymi garściami. Nie powinniśmy się zatem rozczulać, ponieważ autor jest w znakomitej intelektualnej kondycji, o czym świadczy ta, mimochodem zgoła wydobyta, nuta autoironii: „zwyczajna droga ćwierćinteligenta”.


Swoją drogą jest coś niesamowitego w ludziach zakochanych w III RP, co nasuwa analogię z ludźmi zakochanymi w PZPR, ponieważ z lubością mówią oni o sobie za pomocą inwektyw, czym, jak podejrzewam, nadają sobie piętno męczenników w wielkiej sprawie. Pamiętam, jak w pradawnym peerelowskim liceum urządzono nam spotkanie z dwoma kolesiami z ZSMP (ówczesnymi maturzystami), którzy mieli opowiadać coś o swojej organizacji. Oczywiście, goście mieli świadomość, że w gronie słuchaczy nastroje aprobaty dla komuny były nieobecne, toteż nawet się nie wysilali specjalnie z przekonywaniem kogokolwiek do prosowieckiego oportunizmu, lecz jedna rzecz była ciekawa. Otóż młodzi towarzysze zaczęli spotkanie mniej więcej tak: „my wiemy, że świat się dzieli na czerwonych i nie-czerwonych, no i my akurat jesteśmy wśród tych pierwszych, mimo że wiemy zarazem, jaki jest stosunek większości do komunistów”. Była to więc taka sama forma ekspresji środowiskowej więzi, jak w przypadku tych, co z emfazą mówią dziś o sobie per „wykształciuchy”, „ćwierćinteligencja”, „lemingi” itd. Męczennicy, słowo daję. Jeśli kogoś tamta historia chwyta za serce, to dla ukojenia dodam, że przewodniczący ZSMP z mojego liceum, cierpiący intelektualnie za komunizm, gdy po latach nastały czasy „transformacji”, znalazł się na wysokim dyrektorskim stanowisku w sporym przemysłowym zakładzie. No ale chyba dziwne byłoby, gdyby jego losy potoczyły się inaczej, prawda?


Wspomniałem o tej analogii między ćwierćinteligentami a dawnymi PZPR-owcami, ponieważ łączy ich nie tylko przekonanie o męczeństwie (jest to o tyle może zabawne, że przecież ćwierćinteligencji znakomicie się dziś powodzi finansowo, no ale może apetyt rośnie w miarę jedzenia, a przecież życie w Warszawie drogie jak cholera), lecz i wspólna z czerwonymi ocena przeszłości Polski:


„Podobnie jak Michnik nie znam lepszej Polski niż III RP, a gorszej niż IV (z racji wieku Michnik gorszą zna), ale bez przesady.”


Czyżby istniało coś gorszego niż IV RP? Oczywiście, że nie. To młodzieńcze krygowanie się autora jest zupełnie niepotrzebne, skoro – wiemy to doskonale z historii - sowiecka Polska się reformowała, reformowała, reformowała i tak się, zreformowała, że aż komunistyczna „władza” osobiście swoje insygnia Michnikowi przekazała. Natomiast słyszał ktoś o reformowalności IV RP? Na litość boską, przecież na prawo od IV RP już była tylko Rosja Putina i Białoruś Łukaszenki, o czym Michnik przypominać musi po dziś dzień w rocznicowych wystąpieniach, kiedy w programie Lisa (2008 r.!) ostrzega, że „jest Polska Narutowicza i tych, co zamordowali Narutowicza”.


No ale musi się pojawić jakiś ton lekkiej polemiki. I pojawia się. Terminator pisze bowiem:

„Michnik uważa, że dzisiejsze spory polityczne czy ideowe są prostym przedłużeniem tych sprzed ponad 80 lat. Advocatus diaboli mógłby zapytać: czy "pełzający zamach stanu" braci Kaczyńskich da się porównać z zabójstwem pierwszego polskiego prezydenta? Publicystycznie - być może. W obu przypadkach zakwestionowany został pomysł na liberalno-demokratyczny model państwa. Ale przecież wszystkie pojęcia uległy redefinicji, a Polska lat 1918-39 i 1989-2009 to odmienne rzeczywistości. Inni szatani są dzisiaj czynni. Diagnozy sprzed dziesięcioleci nie da się przełożyć na współczesne realia. Nie tylko dlatego, że będzie ona nieścisła i publicystyczna. Jeśli nawet takie ujęcie ma charakter metaforyczny, wydaje się ono dzisiaj mało czytelne.”


Pomijając już tę charakterystyczną dla rasowych salonowców dialektykę, w której walczy się nie tylko z fobiami Michnika, ale i przyjąwszy jego paranoiczną wizję świata, dokonuje się zbiorowej autoterapii, to warto jeszcze raz zwrócić uwagę na to, jak bardzo „transformatorom” sowieckiej Polski zależało na tym, by za żadne skarby nie dopuścić do skonstruowania polskiego państwa nawiązującego do II RP. Jeśli więc czasami zadziwia nas to wyrażane coraz głośniej uwielbienie dla sowietyzmu powojennego w naszym kraju oraz podkreślanie związków III RP z peerelem, to powinniśmy tę perspektywę historiozoficzną brać cały czas pod uwagę. Odcięcie się od II RP było świadomym zabiegiem.


Transformator dorzuca jeszcze jedno ważne spostrzeżenie:

„Oprócz diagnoz istotną rolę w sporze o Polskę i rolę inteligencji odgrywają recepty. Dziś inteligencja liberalno-demokratyczna mówi skromnie: żyj uczciwie, płać podatki, organizuj się; pamiętaj, że obywatelstwo wymaga twojej aktywności i niesie sens moralny. Czy ten rodzaj patriotyzmu małych kroków wystarczy? Trudno wymagać od inteligencji głoszenia haseł o Bogu, Honorze i Ojczyźnie - eksploatowane przez populistów brzmią dziś fałszywie. Niełatwo jednak oprzeć się wrażeniu, że inteligencja oddała język i miejsce w debacie publicznej.”

To fascynujące, jak ludzie ledwie skończą studia już się za inteligencję uważają, zależy to jednak oczywiście od tego, jakie się studia kończy i u kogo terminuje. Sądzę zresztą, że samo regularne czytanie „GW”, komunistycznej „Polityki”, „Przekroju” itp. automatycznie czyni z człowieka inteligenta, więc nie ma co się tu zagłębiać w niuanse mentalnego rozwoju danego osobnika. W tym powyższym fragmencie pada to eleganckie: „Trudno wymagać od inteligencji głoszenia haseł o Bogu, Honorze i Ojczyźnie - eksploatowane przez populistów brzmią dziś fałszywie”. Od inteligencji niewierzącej ale praktykującej, na pewno nie można wymagać „głoszenia haseł o Bogu”, od inteligencji, co wyniosła na piedestał Jaruzela z Kiszczakiem jako ludzi honoru nie można wymagać, by coś o Honorze mówiła. Podobnie też, od inteligencji, dla której ojczyzną jest Unia Europejska nie można wymagać, by coś opowiadała o Ojczyźnie. Co gorsza „hasła o Bogu, Honorze i Ojczyźnie” są eksploatowane przez populistów i „brzmią dziś fałszywie”. Na szczęście jest „GW”, która nam mówi, które hasła nie brzmią fałszywie: „inteligencja liberalno-demokratyczna” czy „nowoczesna centrolewica”.

„Jeśli inteligencja liberalno-demokratyczna chce wpływać na kształt życia społecznego, musi odzyskać wiarygodność. Nie chodzi więc ani o kwestionowanie dotychczasowego dorobku inteligencji liberalno-demokratycznej, ani o to, by jej publicyści porzucili pióra czy sale wykładowe i zaczęli pisać programy polityczne - to zadanie dla nowoczesnej centrolewicy (nieistniejącej). Inteligencja powinna umieć zdiagnozować problemy współczesności i poszukiwać na nie właściwych rozwiązań. Obecnie tak się nie dzieje.”

Nowoczesna centrolewica, niestety, jak się dowiadujemy, nie istnieje. Młodzi szukają swego miejsca, deklarując się z żarliwą ideowością, a tymczasem po dwudziestu latach budowy nowego socjalizmu w Polsce, nie udało się skonstruować porządnej partii matki dla ćwierćinteligencji wszystkich stanów. Kiedyś była Unia Demokratyczna, potem Unia Wolności, teraz niby Partia Demokratyczna, ale wszystko to jakie blade, pokruszone, nieapetyczne, jak stare, poświąteczne ciasto. Pełno więc tych osieroconych ćwierćinteligentów, a jakoby nikogo nie było.


http://wyborcza.pl/1,76498,6245042,Zeromski_z_papieru.html
http://wyborcza.pl/1,76842,6085251,List_do_starszych_kolegow.html

11 lut 2009

Do życzliwych świat należy


Zastanawiałem się, co takiego mógł zrobić J. Rokita, że, jak informuje na swojej stronie głównej niedościgła Gazeta.pl, wyprowadzono go w kajdankach z samolotu. Tytuł skonstruowany jest tak, że nie wiemy, z jakiego samolotu i za co, ale przynajmniej wiemy, że Rokita. No i że był jakiś życzliwy, co to widział i zadenuncjował do Ministerstwa Prawdy za pomocą łącza Alert.24. właśnie przeznaczonego dla życzliwych.

No więc po powrocie z pływalni zatopiłem się w lekturze tekstu skomponowanego na podstawie życzliwego donosu. Życzliwy, co się Halny zowie, przyznaje, że siedział „trzy rzędy za miejscem Rokitów”. Wynika stąd, że Rokitowie zajmowali jeden fotel we dwoje, co już oczywiście mogłoby być naganne, ale mniejsza z tym. Na czym polegało całe zajście, które zaobserwował życzliwy?

„Pan Jan chciał samowolnie umieścić swój i żony płaszcz w szafce w klasie biznes, a jechał - w ekonomicznej - opisuje pasażer. Jak mówi, stewardessa po chwili przeniosła płaszcze do klasy ekonomicznej. Jan Rokita zaczął się sprzeciwiać i kłócić. Stewardessa poszła więc do kapitana i powiedziała mu, że na pokładzie jest awanturujący się pasażer. Kapitan powiedział pasażerom, że w samolocie doszło do incydentu i że jedna osoba musi opuścić pokład.”

Innymi słowy słynny, podejrzewam znany także za granicą, polski polityk, ośmielił się umieścić ubiór w niewłaściwej szafce, za co kapitan kazał mu opuścić pokład. Gdzie takie rzeczy są możliwe? Ano w Monachium. I co było dalij?

„Próbowano przekonać pana Jana, by dobrowolnie opuścił samolot. Niestety, pan Jan kurczowo trzymał się fotela - mówi Halny. Ok. 22.30 pojawili się panowie w zielonych mundurach - mundury takie w Niemczech nosi policja. Według świadka, skuli oni b. posła i wyprowadzili z samolotu. Żona ruszyła za nim. B. poseł wznosił dramatyczne okrzyki i wzywał pomocy rodaków obecnych na pokładzie - mówi świadek. - Nikt nie kwapił się do pomagania mu. Wszyscy byli raczej źli, że jeszcze bardziej opóźni się wylot - podsumowuje Halny.”

No i słusznie, co jakiś polski ciołek będzie się rządził w niemieckim samolocie. I tak sobie pomyślałem, a jakby tak niemiecki parlamentarzysta czy były minister zechciał w polskim samolocie umieścić ubranie w niewłaściwej szafce, to czy stewardessa skoczyłaby na niego z pyskiem, czy nie? Czy poszłaby na skargę do kapitana, czy nie? Czy kapitan z załogą i pasażerami nakłaniałby takiego delikwenta do wyjścia z samolotu, czy nie? Czy wezwano by polską policję i wyprowadzono gościa w kajdankach na lotnisko, czy nie? I – co chyba najważniejsze - czy znalazłby się życzliwy, co by to opisał? Warto by taki eksperyment przeprowadzić, łapiąc w taką pułapkę jakiegoś przykładowego niemieckiego polityka. Wot, to są rzeczy, o których się nie śniło filozofom superpaństwa paneuropejskiego, a tyle na tej drodze jeszcze przygód przed nami.

http://politbiuro.pl/politbiuro/1,85402,6259215,Swiadek__Jan_Rokita_wyprowadzony_w_kajdankach_z_samolotu.html

10 lut 2009

O potrzebie zwalczania pasożytów

Są autorzy, których teksty powodują, że człowiekowi ręce i nogi się uginają. Do takich autorów zaliczam Tomasza Jastruna, Jacka Żakowskiego, Tomasza Wołka itd., ale od dziś należy do tego szacownego grona włączyć Cezarego Michalskiego, który jeszcze chwila, a zatrudniony zostanie w Ministerstwie Prawdy przy Czerskiej albo, co bardziej prawdopodobne, w „Krytyce Politycznej”. Ja wiem, że czasami ludziom z biegiem lat Pan Bóg rozum odbiera, stwierdziwszy, że nie potrafią się nim należycie posługiwać, ale przecież Michalski taki stary jeszcze nie jest, można by powiedzieć, iż sporo życia przed nim; skoro jednak zaczyna przemawiać głosem liberalnego Charona, który ma nas przewieźć na drugi brzeg Styksu niewiedzy, to ja się poważnie zastanawiam, czy nie dopadła go jakaś przedwczesna starcza demencja. Był to kiedyś przecież młody gniewny konserwatyzmu, dziś zaś można by go z powodzeniem posadzić w jednej ławce z S. Sierakowskim i kto wie, czy nawet ten ostatni nie wydałby się sympatyczniejszy choćby z tego powodu, że przynajmniej grzeszy cynizmem, natomiast Michalski ze swoim neoliberalizmem jest poważny jak mauzoleum Lenina.

No ale o co chodzi?, że zacytuję klasyka polskiej myśli neoliberalnej. Otóż Michalski dostał białej gorączki na wieść, że rozmaite buce broniły prawa do życia śp. Eluany, o której uśmiercenie z tak wielką determinacją zabiegał kochający ojciec. W ślepej furii zaczął więc Michalski miotać się po swoim pokoiku redakcyjnym strącając wszystko z półek i biurka, jakby szatan w niego wstąpił i w końcu wyrzucił z siebie garść słów:

Nie lubię pasożytów, którzy okłamują ludzi - na temat historii, na temat teraźniejszości i na temat przyszłości. Dlatego nie lubię naszych dzisiejszych zideologizowanych „obrońców życia”.
[podkr. C.M.]

Wprawdzie, jeśli ktoś używa określenia „pasożyt”, to mówienie o „nielubieniu” wydaje się przynajmniej eufemizmem. (To raczej brzmi, jakby ktoś cedził to słowo przez mocno zaciśnięte zęby, jakby ktoś cedził je w obawie, że zaraz wpadnie w szał). Szczególnie, jeśli za pasożytów uchodzą obrońcy życia, a raczej „obrońcy życia”. To jednak, co przeczytaliśmy powyżej, to jeszcze nie jest jeszcze powód do zaliczenia Michalskiego do grona najwybitniejszych publicystów polskich, o których wspomniałem na wstępie. Szczerozłota myśl, po której padłem na kolana, jak bohater „Trans-Atlantyku”, to ta:

„Nawet Unia Europejska, niepotrzebnie wstydząca się Boskiego imienia, jest pod względem stosowanych standardów, prawa i norm bardziej chrześcijańska niż wszystkie katolickie monarchie średniowiecza i absolutyzmu razem wzięte.”


Mnóstwo rzeczy już czytałem, ale takiego aforyzmu na temat UE jeszcze nie znalazłem. To tylko świadczy, że człowiek źle szuka lub też wciąż nie za wiele wie o świecie. No ale od czego są polscy publicyści? Czy ktoś może się z nimi ścigać w wypisywaniu ze śmiertelną powagą największych bredni? Nie podejrzewam. Ciągnąc wątek zawarty w tym fragmencie tej myśli Michalskiego można by rzec też tak, że UE do tego stopnia jest chrześcijańska, że już nawet nie potrzebuje odwoływać się do nauk Chrystusowych, ponieważ uważa je za oczywiste. Aborcja, eutanazja, małżeństwa homoseksualne, to można powiedzieć, twórcze rozwinięcie pewnych ewangelicznych wątków, pozostaje jedynie kwestia odpowiednich egzegez, ale to już Michalski z kompanią popracuje intelektualnie nad tym, jeśli Pan Bóg zdrowia na umyśle jeszcze przysporzy.

Wróćmy jednak do samego felietonu, bo naprawdę warto:

”Gdyby Marek Jurek i jego globalni koledzy od Berlusconiego nie dostali od nowoczesnej świeckiej nauki mikroskopu elektronowego, nie wiedzieliby nawet, skąd bierze się życie i gdzie się zaczyna. Nie mogliby nawet spojrzeć na zygotę, co najwyżej wywodziliby jej istnienie, za pomocą ryzykownych sylogizmów, z pism Arystotelesa. Gdyby nie dostali od nowoczesnej świeckiej nauki medycznych urządzeń do podtrzymywania życia, nie mogliby urządzać swoich pikiet pod szpitalami, w których lekarze i tak walczą o ludzkie życie tak długo, jak to tylko możliwe. Ci ludzie pasożytują na nowoczesności, udając przed lustrem, że żyją w jakiejś innej epoce. Np. w średniowieczu, kiedy państwo co prawda było katolickie, ale błogosławieni, a czasami nawet uświęcani przez Kościół monarchowie mieli całe haremy kochanek, a swoich konkurentów do władzy, często najbliższych krewnych, likwidowali za pomocą trucizny i miecza.”

Zdawać by się mogło, że jako neoliberał (a może ultraliberał) Michalski jest zwolennikiem i swobody wypowiedzi (ergo Jurek może sobie wygadywać, co chce), swobody manifestowania poglądów (ergo koledzy od Berlusconiego mogą pikietować co chcą, nawet kliniki nazywające się „Spokój”), wygląda jednak na to, że nie do końca. Wolność – tak, ale przecież nie dla pasożytów, co trują ludziom w głowach. No bo przecież o to chodzi. Co robią pasożyty? Pasożytują. Gdzie? Na zdrowym ciele społeczeństwa. Bardzo to przypomina podejście czerwonych do „myśli burżuazyjnej”, ale najwyraźniej neoliberalizm czy ultraliberalizm niedaleko od marksizmu pada. O tym zaś, że Michalskiego coś musiało nieźle ukąsić (nie tylko Hegel), świadczy wypowiedź o pożytkach z mikroskopu elektronowego i jego zdolności wyświetlania widoku zygoty. Świat poszedł tak do przodu dzięki mikroskopom, a buce wciąż w średniowieczu chcą żyć. No, ludzie kochani, czy to jest do wytrzymania?

Nie należy się więc zżymać na Michalskiego, że mu nerwy całkiem puściły. Dość już tego cholernego średniowiecza, do czarta nagłego! Ale i to, co do tej pory powiedziałem, to mało, Michalski wszak przyznaje otwarcie:

„przestałem już widzieć symetrię pomiędzy liberałami a „obrońcami życia”. Otóż żaden liberał nie zmusza zideologizowanych „obrońców życia” do dokonywania aborcji - choćby i w paru pierwszych dniach życia zygoty. Nikt nie zmusza ich do stosowania środków antykoncepcyjnych czy wczesnoporonnych. Żaden liberał nie nakaże „obrońcy życia” wyłączenia aparatury medycznej swojego krewnego, choćby „obrońca życia” zdecydował się na używanie tej aparatury choćby i przez tysiąc lat. Tymczasem ludziom takim jak Marek Jurek, takim jak chłopcy od Berlusconiego, takim ja nasi młodociani lefebryści, nie wystarcza tolerancja liberalnego społeczeństwa wobec nich, nie wystarcza im ich własna wolność, nie wystarcza im ich własna bezgrzeszność. Oni chcą metodami prawnymi zmuszać do bezgrzeszności ludzi, którzy nie podzielają ich przekonań na temat pełnego człowieczeństwa dwóch komórek czy sakralnej roli urządzeń medycznych.”

Ileż to udręk ta cholerna zygota wywołuje, doprawdy. Wiadome, że bez zygoty jest weselej, ale jak widać nie wszystkim, bo upiorni obrońcy zygoty pchają się przed kamery, piszą o tej zygocie i piszą, jakby nikt o niej nie wiedział, a na domiar złego, jeszcze wywalają tę cholerną zygotę przed oczy ludziom wolnym, śmiałym i dalekowzrocznym, szantażując ich psychicznie tym widokiem. Ja bym nawet rzekł, ze to coś gorszego niż średniowiecze, tylko nazwy na to nie wymyślono, choć pasożytnictwo uważam za krok we właściwym kierunku. Od razu zresztą walka z pasożytami zamienia się w walkę o wolność (i rzecz jasna o pokój, bo kto tyle sieje niepokoju jak nie obrońcy zygoty). Powiedzmy sobie szczerze, jaka może być symetria między rozkrzyczanymi śmierdzącymi średniowiecznym gnojem bucami, co odebraliby rodzoną córkę ojcu, byleby tylko prymitywnie podtrzymywać ją przy życiu (i to za pomocą maszynerii nowoczesnych ultraliberałów), a ludźmi wolnymi, eleganckimi, pachnącymi, co rozumieją ojcowskie prawo do skrócenia życia dziecka? Nie masz bucu innych zajęć? Za różaniec się weź albo w wór zgrzebny się przebierz, czy cośtam.

Świat z pewnością byłby lepszy, gdyby nie obrońcy zygoty. Tak już kiedyś myślał niejeden faszysta i komunista. Witaj w klubie, Czarek, ktoś to na pewno doceni.

http://www.dziennik.pl/opinie/article315931/Eutanazyjne_wniebowstapienie_Berlusconiego.html

9 lut 2009

To idzie młodość

W komunistycznej „Polityce” nareszcie jakiś powrót do źródeł – oto tow. J. Podgórska z radością donosi o tym, że koła młodzieżówki ateistycznej „pączkują w całym kraju”. Tekst okraszony, jak Pan Bóg przykazał, fotografią z napisem „STOP”, gdzie literę „T” stanowi krzyż z Ukrzyżowanym (autorem zdjęcia jest niejaki Fred de Noyelle). Wprawdzie, Bogiem a prawdą, na Święta Bożego Narodzenia redakcja czerwonej „Polityki” śpiewała z innego klucza, więc tekst wydaje się nieco spóźniony, ale lepiej późno niż wcale, zwłaszcza że to idzie młodość – idzie i, jak wiemy, śpiewa, tak więc nie ma co czekać na świętowanie przez Polaków Zmartwychwstania Pańskiego, tylko trzeba dać szansę młodym. No a młodzi, jak na tradycje ZMP-owskie i ZSMP-owskie przystało, muszą się zmagać ze znieczulicą społeczną oraz trudnościami bytowymi, ale, tu dodajmy krzepiąco, w takich warunkach wykuwa się porządna świadomość klasowa.

„Ateiści to jedno z najbardziej niewidzialnych środowisk w Polsce. Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów powstało po to, by to zmienić. Jego kolejne oddziały pączkują w całym kraju.”

Tak się ten tekst zaczyna, więc od razu serce rośnie, to oczywiste, jednakże już pod zdjęciem wieje nieco chłodem:

„Lekcja polskiego w jednym z grudziądzkich liceów. Temat: romantyzm. Nauczycielka pyta, jakie jest źródło przeżyć metafizycznych. Wtedy Kasia Aleksandrowicz wypaliła: są generowane przez płaty skroniowe mózgu. W klasie zaległa głucha cisza.
Kasia razem ze szkolną koleżanką Moniką Szpringiel i gimnazjalistką Moniką Stogowską założyły w Grudziądzu racjonalistyczną młodzieżówkę. „Szukamy młodych ludzi o racjonalistycznym światopoglądzie, którzy nie chcą być tylko biernymi obserwatorami sytuacji w Polsce i na świecie, ale nie boją się mówić głośno tego, co myślą, i działać" - napisały na plakatach, zarezerwowały stolik w kawiarni i czekały. Stolik nie wystarczył; przyszło 25 osób. W klubie garnizonowym założyły klub dyskusyjny. Temat pierwszego spotkania: „Ateista w Wigilię. Gdzie kończy się tradycja religijna, a zaczyna świecka”.”


Z jednej strony bowiem ten pęd do skomplikowanej wiedzy o płatach skroniowych mózgu, z drugiej, charakterystyczna dla sklerykalizowanej współczesnej polskiej szkoły, głucha cisza na wieść o takich płatach. Z jednej strony śmiałe poszukiwanie „młodych ludzi o racjonalistycznym światopoglądzie”, z drugiej konieczność spotykania się w klubie garnizonowym. Swoją drogą, co to za garnizon – jakiś oddział armii czerwonej gdzieś się zapodział i daje lokal na spotkania pionierów? Nieważne. Czytamy dalej o owym spotkaniu:

„Przyszli także wierzący, ale dziewczyny moderowały sprawnie i udało się uniknąć pyskówki. Następne ma być o źródłach moralności; bo to, co je wkurza najbardziej, to pytania: jak jesteś niewierząca, to skąd wiesz, co jest dobre, a co złe. Oczywiście poza nagminnym łączeniem ateizmu z satanizmem lub komunizmem.”

No i słusznie. Broń Boże, żeby ktoś łączył ateizm z satanizmem i komunizmem. To już nie te czasy. Wprawdzie młodzież ta w czasach peerelu miałaby o wiele lepsze warunki do krzewienia racjonalizmu, istniały zresztą rozmaite poważnie tym zajmujące się instytucje, np. Towarzystwo Krzewienia Kultury Świeckiej, no ale dziś trzeba radzić sobie w odmiennych warunkach państwa wyznaniowego, w którym światopogląd racjonalistyczny jest na indeksie. Nic więc dziwnego, że sekunduje racjonalizmowi komunistyczna „Polityka”:

„Monika Stogowska, szefowa młodzieżówki, intensywnie pracuje już nad projektem zorganizowania Dnia Darwina w Grudziądzu. Marzy się jej debata między kreacjonistą a ewolucjonistą. Nie pasjonuje się specjalnie naukami przyrodniczymi. Woli poczytać Woltera, ale jako racjonalistka ma obowiązek propagowania światopoglądu naukowego.W gimnazjum działalność Moniki przyjęto raczej chłodno. Czuje dystans dyrekcji i nauczycieli.”

Dzień Darwina niemalże jak Dzień Lenina, można by rzec, no ale wciąż mi się nasuwają głupie skojarzenia z dawnymi złotymi czasami (także dla „Polityki”, która kształtowała światłą racjonalistyczną myśl czerwonej inteligencji), aż dziw, że autorka artykułu nie sugeruje, by tygodnik objął patronat nad tego rodzaju imprezą. Grudziądz mógłby być zarzewiem kolejnej rewolucji kulturowej przecież. Jeszcze jakby z prelekcją o darwinizmie przybył J. Wiatr czy może J. Reykowski? Palce lizać. O Wolterze z kolei mógłby opowiedzieć A. Szostkiewicz. Pytanie tylko, czy ten społeczny dystans uda się pokonać. Chociaż, od czego jest K. Hall, najlepsza z ministerek edukacji po wojnie? Czy nie można by jakoś prikazami odgórnymi wspomóc młodych racjonalistów, skoro samo ministerstwo zmierza w kierunku krzewienia w Polsce społecznego darwinizmu?

Autorka tekstu kreśli sylwetkę jednej z czołowych młodych racjonalistek – przy okazji dowiadujemy się, jaka jest lektura obowiązkowa w takich przypadkach:

„Pochodzi z bardzo katolickiej rodziny. W dzieciństwie nie mieściło jej się w głowie, że można być niewierzącym czy nie chodzić do kościoła.”

To oczywiste – w państwie wyznaniowym każdy tak zaczyna. Z tej beznadziei jednak są drogi wyjścia:

„Pod koniec podstawówki zaczęła interesować się innymi religiami, co zaowocowało łagodnym agnostycyzmem. A kiedy w II gimnazjalnej przeczytała „Boga urojonego" Richarda Dawkinsa, przeżyła - jak mówi - ateistyczne objawienie.

Dla Kasi Aleksandrowicz objawieniem był „Antychryst" Fryderyka Nietzschego, choć też dojrzewała do niego powoli. Tata, historyk - antyklerykał, ma nieźle zaopatrzoną bibliotekę, z której podbierała książki Deschnera, krytyka Kościoła. Zainteresowała się filozofią, teorią ewolucji, inżynierią genetyczną. Nietzsche tylko postawił kropkę nad i.”

Chciałoby się zawołać, a gdzie Marks, Engels, Lenin? No, choćby wczesny Kołakowski lub Schaff? Albo może Broszkiewicz – z jednej strony pisarz dla młodzieży, z drugiej ateista, jak diabli. No ale nie żądajmy zbyt wiele. Młodzież nie ma czasu, by od razu poznać całą klasykę. Poza tym, jak było już powiedziane, ateizm wcale nie musi się łączyć z satanizmem czy komunizmem.

No ale my tu gadu gadu, a problemy młodych ateistów się spiętrzają. Otóż okazuje się, że Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów nie przewidziało dotąd takiej sytuacji, że młodzież drzwiami i oknami pcha się do ateizmu. Dzięki Bogu jednak, racjonalistycznie podchodząc do rzeczy, zaczęły się deliberacje, jak rozwiązać ten problem:

„- Od pewnego czasu zgłasza się jednak do nas coraz więcej nastolatków, którzy mają fantastycznie poukładane w głowie i mnóstwo energii do działania - mówi Mariusz Agnosiewicz, przewodniczący PSR. - Kiedyś bym się zastanawiał, czy 16-latek może być świadomym racjonalistą. Dziś jestem przekonany, że tak. Myślimy o obniżeniu granicy wieku. Na razie powstają kolejne młodzieżówki.”

Dobrze, tylko kiedy to wszystko się zaczęło? Oczywiście, za kaczyzmu:

„Pierwszą założył w Krakowie Andrzej Kierski, jeszcze za czasów ministra Romana Giertycha. Atmosfera była taka, że młodzi się wkurzyli. Zaczęli pytać: dlaczego ciągle nie ma w szkołach etyki, dlaczego wierzący nauczyciele zaczynają ich indoktrynować, na biologii nie ma nic o teorii ewolucji, a geograf opowiada o sferach niebieskich, ale w kontekście życia pozagrobowego, dlaczego katecheta za niewygodne pytania wyrzuca za drzwi.”

Każdy by się wkurzył. Nic dziwnego, że powstał od razu portal „Młody Racjonalista” (coś jak pismo „Młody Technik” – eee, znowu mi się głupio kojarzy), a z czasem tak napączkowało ochotników, że w tym roku planują oni marsz ateistów przez Kraków. Daj im, Panie Boże zdrowie, pytanie jedynie, kto im to wszystko finansuje? Możemy się domyślić, że ani sataniści, ani komuniści.

Rozgadałem się jednak o problemach, a przecież są i blaski działającego ruchu ateistycznego, wszak PSR sprzeciwiając się rytualizacji ciemnego katolicyzmu, sam wprowadza swoje ryty i rytuały:

„W grudniu 2007 r. pierwszy humanistyczny ślub wzięli Monika i Miłosz. Zamiast bieli była zieleń, zamiast czytania fragmentów Biblii - fragment z „Kociej kołyski" Kurta Vonneguta, zamiast księdza - dwoje celebransów: kobieta i mężczyzna, jako symbol równości płci. Do tej pory odbyło się takich ceremonii siedem (w tym jedna pary homoseksualnej), a w kolejce czekają następni. Treść przysięgi wymyśla sama para. Ona też decyduje, gdzie ślub się odbędzie i jaka ma być jego oprawa. Jeden z nich odbył się w warszawskim kinie Muranów dla 150 osób. Po emisji filmu „Pan i pani Smith" młodzi odtworzyli na scenie jego fragment. Na maj tego roku szykowana jest pierwsza ceremonia powitania dziecka, odpowiednik chrztu, podczas której rodzice złożą swojemu synowi przyrzeczenie miłości i opieki.”

No, dobre i to, jak się nie ma, co się lubi. Wprawdzie w satanizmie, z tego, co wiem, szczególnie dużą wagę przywiązuje się do parodii rozmaitych modlitw oraz nabożeństw, no ale podejrzewanie o coś podobnego ateistów byłoby przecież nonsensem. Podobnie jak szukanie analogii z ceremonialnością quasireligijną, jaka występowała i wciąż występuje w komunizmie. Problemem jednak realnym może być to, że do PSR należy jak na razie 200 osób (za to jakich!, proszę sprawdzić). Mam nadzieję, że redakcja „Polityki” cała się zapisała lub też zrobi to po obecnym artykule. Apostołów też zrazu niewielu było, a potem jak się to wszystko rozlało na cały świat. Wprawdzie już kiedyś Lenin ze Stalinem i innymi racjonalistami próbowali krzewić porządny darwinizm za pomocą bagnetu, sierpa i młota – i nie do końca im się to udało, ale co stoi na przeszkodzie, by spróbować jeszcze raz? Zwłaszcza, gdy tego chcą młodzi, co się wkurzyli?

http://www.polityka.pl/ida-rybki/Lead33,1137,281507,18/

7 lut 2009

Nic się nie stało

Rozumiem intencje Galby (choć ich zupełnie nie pochwalam), że w sytuacji zamordowania Polaka przez Talibów staje w obronie premiera, żeby na niego nie spadła wina za tę tragedię. Problem jednak w tym, że to nie jest sprawa Tuska, tylko całego polskiego państwa.

Co może zrobić polski obywatel, gdy zostanie porwany przez bandytów? Może najwyżej dokonać rachunku sumienia i czekać na rozmowę ze św. Piotrem. Nic więcej. Już pomijam sprawę K. Olewnika, która także obnażyła słabość naszego państwa zwłaszcza w kwestii zapewniania bezpieczeństwa obywatelom i zwalczania przestępczości zorganizowanej. Porwanie polskiego geologa i przetrzymywanie go przez blisko pół roku zakończyło się egzekucją Polaka.

Jak się powinien zachować normalny polski rząd w takiej sytuacji? Oczywiście zrobić wszystko, by obywatela polskiego uchronić przed śmiercią. W sprawie porwanego inżyniera od razu wykluczano jakąkolwiek akcję zbrojną, by – tu uwaga – nie pogorszyć jego sytuacji. Już głupszego wyjaśnienia nie mogliśmy usłyszeć, a przecież nieraz urządza się specjalne operacje zmierzające do odbicia przetrzymywanych zakładników. Jeśli mamy nadzwyczajną sytuację, to nadzwyczajne środki zapobiegawcze podejmujemy. Zapewniano nas tymczasem, że trwają dyplomatyczne naciski, parę dni temu wysłany został specjalny negocjator, zaś, żeby było jeszcze weselej, premier zapewnił, że polski rząd nie płaci nikomu okupu. Problem tylko w tym, że porywacze nie żądali żadnego okupu, o ile wiem.

Ktoś arcymądry może powiedzieć, iż urządzanie zbrojnej akcji odbijania zakładnika może się zakończyć śmiercią porwanego. Owszem, ale przynajmniej inni obywatele mają świadomość, że w podobnej sytuacji siły bezpieczeństwa, na które ci obywatele płacą ciężkie pieniądze, ruszają z odsieczą. (W polskich tradycjach zresztą nie tylko w okresie II wojny, ale i świeżo po jej zakończeniu, gdy walczono z sowiecką okupacją, takie akcje odbijania więźniów były czymś normalnym, choć rzecz jasna, wymagającym wielkiego heroizmu). Co więcej, takie akcje miały (i mają) też skutek psychologiczny dla potencjalnych porywaczy, którzy mają wtedy świadomość, że porwany takiej a takiej narodowości może liczyć na zbrojne wsparcie.

Jeśli zaś uznano, że akcja zbrojna nie wchodzi w grę, to jeśli rząd chciał wykazać twardość i niezłomność, należało głośno i otwarcie powiedzieć Talibom, że w odpowiedzi na ich porwanie zostanie poważnie wzmocniony kontyngent wojsk polskich w Afganistanie i już szykowane są do wysłania kolejne dywizje. Czyli za jednego zabitego polskiego obywatela my wytłuczemy waszych stu „bojowników”. Co zaś robi polski rząd z Tuskiem na czele? Redukuje wydatki na armię i policję, przecież. Gdyby rząd polski chciał wykazać nieugiętość i siłę charakteru, to powinien był zapowiedzieć i powtarzać z cała stanowczością, że za przetrzymywanie choćby jednego polskiego obywatela przez Talibów, będą w naszym kraju przetrzymywani Talibowie z amerykańskich więzień, że specjalnie z tej okazji – z okazji porwania polskiego obywatela, jeśli nie zostanie on uwolniony, zostanie w Polsce uruchomione więzienie dla tego rodzaju bandytów, jak Talibowie.

Tak należało postąpić. Co zaś zrobił polski rząd? Czekał po prostu na rozwój wypadków i na to, że sprawa sama się rozwiąże. To była tymczasem nasza sprawa, polska sprawa i my Polacy powinniśmy byli ją rozwiązać. W rycerski sposób, a nie tchórzliwy. Jeśli zdecydowaliśmy, że w obronie wolności i w imię zapewnienia bezpieczeństwa innych ludzi, prowadzimy z kimś wojnę, to walczymy. Jeśli zaś nie chcemy walczyć, czyli tchórzymy, to siedźmy wszyscy w domach i wzywajmy psychologów w chwilach większego zestresowania. Chociaż w takiej sytuacji nawet psychologowie nie pomogą. Biada Polsce, jeśli dalej będzie tak wyglądało jej podejście i do obywateli, i do ich bezpieczeństwa. Biada, powiadam.

6 lut 2009

W obliczu ostateczności


Nadchodzą czasy ostateczne, przekonuje nas „GW”, twierdząc, że Czabański z Targalskim „dziś ostatecznie pożegnali się z publiczną radiofonią”. Jeśli tak funkcjonariusze Agory znają znakomicie przyszłość, to może przy okazji wywróżą ceny akcji swojej firmy w najbliższych tygodniach, bo ostatnio różnie z nimi bywa, no i ustalą, o ile w tym roku spadnie nakład ich ukochanej „Gazety”? Temu bowiem, że Agora SA cieszy się z akcji niszczenia Polskiego Radia, nie należy się dziwić, skoro sama od wielu lat zajmuje się radiofonią i to na wiele sposobów, zaś właśnie za czasów Czabańskiego i Targalskiego słuchalność Polskiego Radia, a zwłaszcza Jedynki niesłychanie wzrosła, co wynikało między innymi z tego, że bardzo wzbogacona została oferta publicystyczna, ale też z tego, że zwiększono wydatnie zasięg UKF Jedynki, czego dziwnym trafem we wcześniejszych latach nie dawało się zrobić. Gdyby sprawcami takiego sukcesu byli tacy wybitni ludzie, jak M. Olejnik czy P. Wroński, to co innego, no ale, że sukcesy Polskiego Radia zbiegły się z tym, że akurat zarządzali nim kaczyści, to należało użyć wszelkich środków, by tę samowolę ukrócić.


No i nareszcie się udało. Nie trzeba chyba nawoływać: „komuno wróć”, tak jak to czynią postkomuniści, bo, jak wiemy z historii III RP, komuna wcale tak daleko nie odchodzi. Nigdy. Szczególnie, gdy się jej zapewniło godziwy wikt i opierunek w „wolnym i niepodległym państwie”. III RP bowiem to doskonały pod względem koordynacji splot interesów czerwonych i różowych, którego kłótnia w rodzinie - kłótnia, jakiej wyrazem była „afera Rywina” - ani na chwilę nie naruszyła. Ktoś naiwny mógłby zapytać: czym właściwie zawinili prezesi Polskiego Radia, że ścigano ich na wszelkie sposoby z taką zapamiętałością, jednocześnie głosami rozmaitych Chlebowskich, Niesiołowskich i innych pożytecznych idiotów, atakując samą instytucję publicznego radia, włącznie ze sposobem jej finansowania i prowadzenia programów? Ano tym, że wpuścili do radia za dużo świeżego powietrza. Dopóki radio wyglądało tak, że w „Sygnałach Dnia” występował Miller, a po nim Borowski lub Oleksy, zaś w Trójce przepytywano Olejniczaka, natomiast w Radiu Zet Olejnik deliberowała ze Szmajdzińskim czy innym Kaliszem, a w RMF-ie w kontrwywiadzie występował na przykład Zemke, no to pluralizm w polskich mediach był taki, że mucha nie siadała (nawet ta, co ma wyjątkowo kolorowe skrzydła). W momencie jednak, gdy pojawili się jacyś oszołomieni antykomunizmem publicyści czy dziennikarze, no to wszelkie plagi egipskie pospadały na publiczne radio i nawet Olejnik nie mogła spać spokojnie, pracując w tylu komercyjnych mediach naraz i zwalczając instytucję wobec nich konkurencyjną.


Dobrze jednak, że to się dzieje w kontekście nieustających radosnych obchodów „odzyskania wolności” czy nawet „wyzwolenia”, jakie przyszło na nas wraz z nasiadówą przy okrągłym stole. Widzimy, jakie są granice tej wolności i tego wyzwolenia. Należy tylko postawić pytanie, kiedy sternicy III RP zajmą się Siecią i swobodną wymianą myśli w cyberprzestrzeni, bo przecież tacy swobodnie sobie gadający po antykomunistycznemu buce to skaranie boskie.


http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,6244832,_GW___Ostateczny_koniec_prezesury_Czabanskiego.html

Res privata

Nie wydaje mi się, by ostateczna ocena „okrągłego stołu” i jego konsekwencji, była aż tak trudna, jak to słyszymy z rozmaitych stron. Wystarczy bowiem spojrzeć na to, kto najbardziej skorzystał po tym wydarzeniu, komu jak się wiedzie, kto sobie najbardziej chwali III RP i z jakich względów, a kto pozostał na marginesie nie tylko życia politycznego, ale społecznego i ekonomicznego.

Niedawno zaproszony do radiowej Jedynki przez R. Bugaja jeden z uczestników rozmów „o.s.” J. Olszewski (link do rozmowy z nim pod moim poprzednim postem) zwrócił uwagę na to, że frekwencja przy wyborach 4 czerwca 1989 r. wskazywała na to, że dla sporej części Polaków te wybory to było oszustwo. Ja sam, jak skreślałem wtedy kandydatów solidarnościowych, miałem nieprzyjemne poczucie jakiegoś zamętu, a nawet robienia czegoś wbrew sobie, zwłaszcza że wcześniej wraz z moimi przyjaciółmi i znajomymi protestowaliśmy na ulicy przeciwko dogadywaniu się przedstawicieli opozycji z czerwonymi. Tłumaczyłem sobie, że to poparcie dla starych opozycjonistów ma formę wyłącznie warunkową, że może wnet sprawy zaczną się dalej prostować, ale przecież sam widok „drużyny Wałęsy” budził z jednej strony zaciekawienie, z drugiej zażenowanie. Kandydowanie Holoubka czy Łapickiego, że o Wajdzie nie wspomnę, odbierałem jako klasyczne polskie zamienianie czegoś poważnego w autoparodię – tu zaś chodziło o robienie z parlamentu teatru, a nawet cyrku.

W błyskawiczny sposób zresztą głosy tych, co nawoływali do bojkotu wyborów czerwcowych okazały się całkowicie słuszne. Po pierwsze, gdy przepadła „lista krajowa” zrobiono drugą turę wyborów (co już zostało jednoznacznie zinterpretowane przez wyborców – vide frekwencja), a gdy już powstał parlament, wybrano „generała Jaruzelskiego” na prezydenta, który desygnował „generała Kiszczaka” na premiera. Tak to przecież wyglądało. Już wtedy żałowałem, że poparłem solidarnościowców w wyborach, no ale było za późno. Ponieważ Kiszczakowi kompletowanie gabinetu szło dość opornie, a poza tym powstanie takiego rządu stanowiłoby jawną kpinę z polskiego społeczeństwa, Michnik zaczął „konstruować” nowy rząd, wyjeżdżając ze słynnym hasłem o prezydencie i premierze. Znowu jednak wygrała opcja najgorsza z możliwych, gdyż premierem został kompletnie nieudolny Mazowiecki, ale żeby było wszystko „po Bożemu”, to wicepremierem został Kiszczak, a szefem MON-u Siwicki. Tego rodzaju gabinet nazywany jest całkiem na serio przez niektórych życzliwych „pierwszym niekomunistycznym rządem” w Polsce po II wojnie.

Do tego obrazu dorzucić trzeba słynne, reytanowskie mowy sejmowe Michnika o tym, że nie będzie on walczył bronią nienawiści, co w tłumaczeniu na nasze znaczyło, iż gwarancje nietykalności dla komunistów są niepodważalne, bezprawną zupełnie kwerendę „komisji Michnika” po esbeckich archiwach, no i rzecz jasna, żwawe i zupełnie bezkarne uwłaszczanie się czerwonej nomenklatury. Z czasem więc w całym tym zgiełku zaczęła się pojawiać koncepcja „przyspieszenia” i „użycia siekierki”, dzięki którym Wałęsa mógł w pewnym momencie stanąć po przeciwnej stronie barykady co Mazowiecki, udając tylko, niestety, trybuna ludowego, który na stanowisku prezydenckim zaprowadzi w końcu w zabałaganionym kraju jakąś sprawiedliwość. Jak to się skończyło, to doskonale wiemy.

Ten obraz można by kreślić dalej, ale mija się to z celem. Chcę wyłącznie powiedzieć, że nieprawdą jest to, jakoby „okrągły stół” był jakimś etapem pośrednim w budowie III RP, jakimś „punktem zwrotnym i tyle”, po którym „wszystko już było inaczej” albo „nic nie było takie, jak dawniej”, tj. za komunistycznego reżimu. Nieraz wszak pisze się, ile to wiekopomnych paneuropejskich zmian zapoczątkowały te negocjacje, choć akurat w samej Polsce tych zmian w kierunku budowy normalnego, republikańskiego ustroju i utrwalenia swobód obywatelskich można się doliczyć najmniej. Tymczasem „okrągły stół” stanowił betonowy fundament całego „nowego państwa” i stanowi go, podkreślmy, po dziś dzień. Co więcej, ustalenia okrągłego stołu wciąż i wciąż były udoskonalane i wzmacniane, czego wyrazem był nie tylko 1) słynny czerwiec 1992 r., kiedy Wałęsa znalazł się znowu w okrągłostołowym obozie „walczących z ekstremą”, ale i 2) spektakularne „zapobieganie powstaniu z państwa wyznaniowego”, czemu zgodnie patronowały medialne drużyny Urbana i Michnika oraz 3) „prace nad konstytucją”, w których twórczo połączono stare tradycje komunizmu i świeże postkomunizmu. Oczywiście dość wyczekująca rola Kościoła w całej tej sprawie jest „nie do przecenienia”, choć mówiąc Kościół, powinienem mieć na myśli część hierarchów oscylujących wokół salonu, którzy niestety mieli decydujący głos w kwestii przemian w Polsce.

Nie da się inaczej określić tego, co zdołano skonstruować dzięki tym mozolnym wieloletnim pracom „opozycji demokratycznej” a la Michnik-Kuroń-Geremek-Mazowiecki kooperującej na coraz szerszych polach z komunistami, jak żerowisko – państwo jako zestaw posad, synekur do rozdzielenia, jako coś do złodziejskiego zagospodarowania – nie zaś jako res publica, jako coś w czym udział mają obywatele i dążący do wspólnego, a nie własnego (!) dobra, politycy. Żerowisko, czyli res privata. Coś, co należy do Michnika, do „socjaldemokratów”, do szemranych byznesmenów, którzy gdyby nie „okrągły stół” i jego perspektywiczne ustalenia, nie osiągnęliby na polu ekonomicznym, bazując wyłącznie na swoich umiejętnościach, kompletnie nic; do sprzedajnych sędziów, do skorumpowanych stróżów prawa, do zakłamanych dziennikarzy z Czerskiej i okolic – do tego typu osobników. Ale nie do zwykłych obywateli, którzy czekali na państwo, w którym talent, przedsiębiorczość, determinacja, pomysłowość, wykształcenie zawodowe, inteligencja, UCZCIWOŚĆ, stanowią o sukcesie, a nie przynależność do sitwy, DOJŚCIA i wazeliniarstwo.

Polacy nie oczekiwali zbyt wiele, bo też wiedzieli, kto się do tej władzy pakuje i z jakimi umiejętnościami, ale nawet nie dostali przecież tego, co się im należało jak ludziom, których zmuszono do życia w upodleniu przez dziesiątki lat. Nie ma dróg, nie ma normalnej administracji państwowej, tylko biurokracja przerastająca ludzkie pojęcie, nie ma racjonalnego systemu ubezpieczeń, tylko monstrualne złodziejstwo, nie ma zdrowej służby zdrowia, nie ma porządnej edukacji, nie ma silnej armii – jest jedna wielka parodia państwa. Trudno właściwie powiedzieć, co w ogóle w tej Polsce AD 2009 naprawdę JEST poza rosnącym zadłużeniem i znakomitym samopoczuciem tępych rządzących polityków, którym żerowisko wydaje się najlepszym z możliwych światów. Pal diabli jednak obecną koalicję. Najgorsze jest to, że elita solidarnościowa, która przecież, gdyby nie te dziesiątki, a czasem i setki tysięcy strajkujących, wychodzących na ulice, okładających się z zomolami, nie byłaby w stanie nic zrobić, ma wciąż poczucie, jakby to ona wywalczyła własnoręcznie „zwycięstwo nad komunistami”. Jest to chyba największy skandal „obchodów 20-lecia”.

Ta postawa jednak była akcentowana od samego początku „transformacji ustrojowej”. „Dziki tłum”, jak malowano większość Polaków w makabrycznych wizjach „realistów” i „pragmatyków”, zagrażał a to „bratobójczą wojną domową”, a to „niedojrzałością w budowaniu demokracji”, a to „polskim piekiełkiem”. Cały czas więc trzeba było Polakom przypominać, że tylko światła elita wie, w którą stronę i jak sterować okrętem, w przeciwnym bowiem razie mogą się obudzić straszliwe demony ksenofobii, antysemityzmu, klerykalizmu, nacjonalizmu, no i rzecz jasna „ślepego odwetu” na boguduchawinnych przecież, komunistach.

W rezultacie postanowiono przez 20 lat konstruować kolejną fikcję, a nie normalne państwo. Ślepy prowadził kulawego i dobrze im się wiodło. Elity z czasem tak się zrosły, tak zżyły ze sobą, że odróżnienie dziś czerwonego od różowego jest bardzo trudne, co widać nie tylko po zachowaniu i mentalności Michnika, Frasyniuka czy Mazowieckiego. To zaś, że konsumują te elity owoce swojego własnego porozumienia z komunistami, to nic dziwnego. Zasadziło się drzewo, to i się zrywa z niego to, co na nim wyrośnie, nawet jeśli owoce są zatrute. Jestem bowiem przekonany, w czym zgadzam się z tym, co napisał Rybitzky, że to tylko obecna gerontokracja nasyci się tego rodzaju fruktami, nie zaś następne pokolenia Polaków.

Powiada się nam uporczywie, że komuniści podzielili się władzą, a nawet… oddali władzę. Co dowcipniejsi nazywają to „aksamitną rewolucją”. Jednakże władza władzy nierówna, to chyba kazde dziecko wie. Władza może być realna i czysto formalna. Jak realna władza była rządu Mazowieckiego to pokazał Kiszczak ze swoimi podopiecznymi, gdy sobie ogniska z archiwów esbeckich urządzali. Jak dalece komuniści oddali władzę, to mieliśmy przykład w 1993 i 1995 r., gdy wrócili oni do rządzenia już jako „zalegalizowani czerwoni”. Jak głęboko sięgnęła „rewolucja”, to widzimy po dekomunizacji i lustracji (o majątkowej nie wspomnę), jak też po ciągnących się w nieskończoność procesach dotyczących zabójstw protestujących przeciw czerwonej władzy robotników czy procesach dotyczących wojny jaruzelsko-polskiej. Jak moralnie zaszliśmy daleko to doskonale i dobitnie pokazał nam Urban ze swoją gadzinówką oraz ostentacyjnymi szyderstwami z Jana Pawła II, katolicyzmu, duchowieństwa, ludzi religijnych – szyderstwami, po które komuniści nie sięgali za czasów peerelu! Jaką wolność słowa i wolność prasy nam zafundowano pokazał oligopol medialny jaki utworzono na przełomie lat 80. i 90., ku zgodnej uciesze różowych i czerwonych.

Tak więc zamiast świętowania należałoby urządzić stypę po nadziejach, jakie Polacy wiązali z budową nowego państwa. Nadziejach w 1989 r. stanowczo przedwczesnych.

5 lut 2009

W obawie przed rewolucją

Komuniści przez cały okres swoich uzurpatorskich, zbrodniczych rządów bali się tylko jednej rzeczy: prawdziwej rewolucji. Mając pełną świadomość, że władza przez nich zdobyta nie pochodzi ani z legalnego nadania, ani z sukcesji po kimkolwiek, ani wreszcie z walk o narodowe wyzwolenie, tylko jest formą bezwzględnego służenia okupantowi, formą usankcjonowanej zdrady – drżeli jedynie przed dniem, kiedy gniew prześladowanych obywateli osiągnie stan wrzenia, w którym ludzie wybiegają na ulice i przestają się bać kogokolwiek, a zabierają się za palenie budynków symbolizujących okupacyjną, obcą władzę, zaś uzurpatorów zaczynają wieszać bez oglądania się na jakiekolwiek procedury sądowe. W związku z tym komuniści z jednej strony dbali o to, by „raz zdobytej władzy” faktycznie nikomu nie oddawać, a więc rozbudowywali w sposób niezwykle precyzyjny system represji i inwigilacji, penetrujący i paraliżujący aktywność społeczną na wszystkich poziomach życia – z drugiej zaś o to, by mieć ogląd „nastrojów” czy nawet wgląd w „świadomość społeczną”, do czego służyły badania komunistycznych specjalistów od psychologii społecznej i socjologii, pracujących zarówno w jednostkach naukowych, jak i bezpieczniackich.


E. Matkowska w swojej słynnej książce „System. Obywatel NRD pod nadzorem tajnych służb” („Arcana”, Kraków 2003) poświęca jeden z rozdziałów tzw. psychologii operacyjnej oraz specyficznym metodom psychodestrukcji (dyskredytacja, dyscyplinowanie, izolacja), po jakie sięgała komunistyczna Bezpieka we wschodnich Niemczech rozpracowująca rozmaite środowiska. Pomysłowość STASI sięgała tak daleko, że wykorzystywano nawet osoby chore psychicznie jako źródła informacji. W Polsce pracami badawczymi służącymi władzy komunistycznej kierował „prof. J. Reykowski”, którego „Logika walki. Szkice z psychologii konfliktu społecznego w Polsce” (Książka i Wiedza, Warszawa 1984) powinna być lekturą obowiązkową dla każdego, kto śledzi destrukcyjne działania komunizmu w obszarze cywilizacji europejskiej. Pomijając już to, że Reykowski był jednym z protagonistów „historycznego porozumienia” z końca lat 80. i to, że jest on doradcą komunistów po dziś dzień, o czym wielokrotnie pisałem, to warto prześledzić, w jaki sposób stawiał on diagnozy sytuacji podpowiadając określone rozwiązania sowieckiej władzy w Polsce. Reykowski wielokrotnie przyznaje w swojej książce, że korzysta z wyników rozmaitych badań dotyczących obywateli peerelu, jednakże nie podaje absolutnie żadnych związanych z nimi danych bibliograficznych, co daje asumpt do przypuszczenia, iż były to takie same tajne obserwacje, eksperymenty, analizy i raporty, jak te, o których wspominała Matkowska, pisząc o STASI. Nie pomylimy się, jeśli uznamy, że Bezpieka we wszystkich krajach bloku funkcjonowała wedle tych samych sowieckich wzorców, działania mogły się jedynie różnicować pod względem specyfiki danej grupy narodowościowej (STASI mogła być nieco dokładniejsza od SB zgodnie z niemieckim zamiłowaniem do porządku), ale to też wyłącznie w ograniczonym zakresie, bo przecież nad wszystkim czuwali towarzysze z Moskwy gromadzący dokumentację z każdego okupowanego przez Rosję kraju.


W eseju „Psychologia narastającego konfliktu” pisanym jeszcze wybuchem wojny jaruzelsko-polskiej, Reykowski charakteryzował atrybuty władzy, przestrzegając zarazem, że podobne atrybuty udało się nabyć „Solidarności”. Zdaniem jego, władza może nagradzać, dysponować przemocą, opierać się na kompetencji, na szacunku dla prawa i na świadomości obywateli (s. 16-17). Oczywiście, nie możemy oczekiwać, że uzurpatorską, nielegalną władzę komunistyczną Reykowski w jakikolwiek sposób chciał lub miał podważać – wskazywał on jednak na jej ewidentne słabnięcie pod wpływem działań ruchu opozycyjnego, pisząc wprost o „kryzysie autorytetu państwa” (s. 18), ale zarazem, co pragnę szczególnie podkreślić o „powstaniu sytuacji rewolucyjnej” (s. 19 i n.). Wspomniałem wszak na początku, że komuniści jak ognia bali się właśnie dnia, w którym prawdziwa, nie żadna bolszewicka, ale właśnie antybolszewicka rewolucja zastuka do okien „komitetów wojewódzkich” i „wojewódzkich komend milicji obywatelskiej” tudzież do innych poważnych instytucji – w momencie więc, gdy pojawiły się przesłanki, że sytuacja społeczno-polityczna może się całkowicie wymknąć spod kontroli, zaczęli pracować nad takim „zarządzaniem kryzysem w państwie”, by napięcia zostały rozładowane, zaś opozycja (jak pisałem już kiedyś) „ostatecznie zdekomponowana”. Można tego rodzaju sposób działania porównać do takiego stylu walki, w którym siłę przeciwnika wykorzystuje się przeciwko niemu, nie pozwalając mu na frontalny atak, tylko skutecznie go obezwładniając.


Reykowski zwracał więc uwagę, że „Solidarności” udało się uzyskać władzę nagradzania (umiejętność wywalczenia podwyżek płac itp.), realną siłę (usuwanie przedstawicieli władzy z zakładów), kompetencje (wpływ na „masy”) oraz wsparcie ze strony Kościoła katolickiego (por. s. 22). „W tej sytuacji położenie państwa stawało się coraz trudniejsze”.


Mówiąc „państwo” autor miał na myśli oczywiście „Partię”, do której sam przez długie lata należał. I dokonawszy dalszej analizy nastrojów społecznych, stwierdziwszy, że obywatele mogą być już w dużej mierze impregnowani na wszelką propagandę ze strony „władzy”, pisał:

„Społeczeństwo nie lubi słowa „konfrontacja”. Sądzi, że jest to straszak, którym władza chce sterroryzować społeczeństwo. Kojarzy się ono z katastrofą, a katastrofa nie jest wkalkulowana w rozwój wydarzeń. Nawet ci, którzy są gotowi wyobrazić sobie ową ostateczność, zatrzymują się chyba na fantazjach o nadjeżdżających czołgach, na które lecą butelki z benzyną. Młodzi bohaterowie unieszkodliwiają jeden po drugim wrogi tank. Ale co się dzieje dalej?” (s. 29)


Wbrew pozorom jednak Reykowski nie sugerował li tylko rozwiązania siłowego całej ówczesnej sytuacji. To rozwiązanie było czymś oczywistym dla każdego komunisty, a zwłaszcza dla „Politbiura”. Reykowski analizował sytuację dużo głębiej niż na poziomie surowo karzącej pałki systemu policyjnego, któremu sam ochoczo służył. Proszę zresztą zwrócić uwagę jak język diagnozy łączy się z metaforyką odnoszącą się do „polskiej martyrologii”. Nie ma tu zbyt wiele czasu i miejsca, by ten wątek pociągnąć szerzej, ale Reykowski wiele mówi w swojej książce o tym, co kształtuje polską świadomość narodową, jakie „obrazy” i „symbole”, jakie „mity”, jakie wydarzenia historyczne. W tym też kontekście opracowuje kolejną pieriekowkę. Wracam jednak do kwestii rewolucji, przywołując wyjaśnienia Reykowskiego z przypisu 3 na s. 31:

„Użycie słowa „rewolucja” budzi w tym kontekście wielkie kontrowersje. Jedni sądzą, że ruch, który zmierza do obalenia istniejącego porządku prawno-politycznego, zasługuje automatycznie na to, by uznać go za rewolucyjny, nawet jeżeli jak głoszą niektórzy jego zwolennicy, miałoby to być „rewolucja samoograniczająca się”. Drudzy natomiast uważają, że rewolucja dokonała się w Polsce 35 lat temu i że to, co dzieje się obecnie, jest próbą odwrócenia ówcześnie zapoczątkowanego procesu, a więc kontrrewolucją. Jeszcze inni sądzą, że jest to dalszy etap społecznych przemian zmierzających do osiągnięcia prawdziwych celów socjalistycznej rewolucji, czyli ludowładztwa. Autorowi niniejszego szkicu wydaje się, iż niezależnie od sposobu umieszczenia tego, co się wydarza, w ramach szerszego kontekstu historycznego, mamy do czynienia z pewnymi zjawiskami w sferze aktywności dużych grup społecznych, spełniającymi wiele istotnych kryteriów rewolucji. Nie wyklucza to jednak, że w określonym kontekście międzynarodowym i wewnętrznym ruch rewolucyjny może potoczyć się torem, który prowadzi do kontrrewolucyjnych efektów.”


Oficjalnie więc „Solidarność” była kontrrewolucją, rzecz jasna, jednakże naprawdę odbierana była jako realna rewolucja mogąca zmieść bolszewików w Polsce z posad. Reykowski, snując hipotetyczny scenariusz, w którym opozycja stworzyłaby własny rząd, pytał:

„Jakimi więc środkami można będzie zgnieść tych, którzy przeciwstawiają się nowej władzy? Czy wystarczy, jeżeli wywiezie się ich na taczkach? Albo przetrzyma chwilowo w zamknięciu, aby nie mogli się porozumieć i przeszkadzać? Czy potrzebne będą procesy polityczne? Czy trzeba będzie strzelać? Do kogo? W jakich przypadkach? A może trzeba będzie rozstrzeliwać? Za sabotaże? Za zamachy?
Czy trzeba będzie ograniczać działalność niektórych środków masowego przekazu, aby nie mogły manipulować opinią publiczną i dezinformować o prawdziwych intencjach nowej władzy? Nie dawać akredytacji lub ją cofać? A może użyć jakichś innych jeszcze sposób?
Czy więc trzeba będzie ograniczać prawo do pisania i mówienia przez radio i telewizję? Lista osób, którym należałoby zakazać występów, była ogłaszana przez jedną z komórek „Solidarności”. Jak długa może stać się taka lista? Kto ją będzie układał w przyszłości?”
(s. 34-35).


Reykowskiemu więc roiło się, że gdyby „Solidarność” przejęła władzę, to zaprowadziłaby iście bolszewickie porządki, co jeszcze raz potwierdza nie tylko tezę, że czerwoni bali się realnej rewolucji, ale też to moje spostrzeżenie, że komunistom wszystko się z komunizmem tylko kojarzy. Naiwnością jednak byłoby sądzić, że „władza” przyglądać się będzie takiemu rozwojowi wydarzeń z założonymi rękami. Autor pisał o rewolucyjnej działalności wydawniczej „ruchu”, a także o „akcjach o charakterze antyradzieckim” i dodawał z przestrogą: „ruch, tak jak i inne rewolucje, ma skłonność do „wylewania się” poza granice kraju” (s. 40).


No dobrze, ale jakie było wyjście z tej zaognionej sytuacji? Jak można spacyfikować przeciwnika, który biegnie w naszą stronę, chcąc nas powalić? Reykowski wskazał rozwiązanie, które można uznać za prekursorskie wobec „umowy okrągłego stołu” – należy uzmysłowić przeciwnikowi, że „mamy wspólny cel”. Zamiast rewolucji, zamachu stanu, „wojny domowej”, walki – kooperacja? Jak najbardziej.


Nic jednak nie przychodzi tak łatwo, zwłaszcza w sytuacji społecznego wrzenia i pustych półek sklepowych. Wprowadzenie stanu wojennego jest tylko drogą do stabilizacji, cała zaś strategia kooperacji pozostaje niezmieniona. Już po 13 grudnia 1981 w eseju „Logika walki” Reykowski przypominał o różnicy między konfliktem konstruktywnym a destruktywnym:

„Kiedy w roku 1981 dochodziło do konfliktów między milicją a grupami rozlepiającymi ulotki i plakaty o treści antyradzieckiej, zdarzenia te opisywane były, z jednej strony, jako bohaterska akcja bojowników o prawdziwą niepodległość narodu, a z drugiej – jako łamanie obowiązującego prawa przez nieodpowiedzialne grupy podburzone przez wroga.
Przytaczając ten konflikt nie stawiam racji obu stron na jednej płaszczyźnie. Należę do tych, którzy uważają, że owi rozlepiacze pojmowali w nader opaczny sposób „prawdziwą niepodległość”, a uniemożliwianie im tych czynności było dyktowane przez interes państwa.”
(s. 63).


I nieco dalej dodawał, wymieniając rozmaite sposoby radzenia sobie z konfliktem destruktywnym:
„polega[ją] (…) na usiłowaniu usunięcia tych wszystkich czynników, które do zaognienia i podtrzymywania go mogą się przyczyniać. Do takich należą warunki społeczne wzmagające stan umysłowego podniecenia, działania przywódców i grup opiniotwórczych, nakłaniających do walki i sprzeciwu, głoszących ideologią walki, pomagających ideologicznej krystalizacji postaw oporu. Działania „przeciwkonfliktowe” polegają więc na tym, aby neutralizować takich przywódców, którym przypisać można podsycanie konfliktu (a ściślej – podsycanie niechęci czy wrogości wobec jednej ze stron). Można to osiągnąć za pomocą środków propagandowych, jak i administracyjnych – w skrajnym przypadku przez stosowanie środków policyjnych.” (s. 76).


Zaznaczał jednak, że to leczenie musi się koncentrować na przyczynach, nie zaś tylko na objawach. Rozwiązaniem w owej sytuacji było, jak już wspomniałem, ustalenie „wspólnego, bardzo ważnego celu”, a więc po „wstępnym zdekomponowaniu opozycji” dokonanym w grudniu ‘81, czyli po odsunięciu „ekstremy”, należało tym, dla których „ważny cel” jest wart realizacji, uświadomić, że owa realizacja możliwa jest wyłącznie „wspólnymi siłami”. Wspólne cel, wspólne siły i już jesteśmy na drodze do „historycznego porozumienia”, czyli, jak to kiedyś sugerowali „trzej” z czerwonego think tanku, do „ostatecznego zdekomponowania opozycji”.


„Takim celem bywa niekiedy konieczność zwalczania wspólnego wroga, co niejednokrotnie prowadziło do zaniechania najgwałtowniejszych sporów i likwidowało, przynajmniej na jakiś czas, najbardziej zadawnione konflikty”, przekonywał Reykowski (s. 77-78), przywołując przykłady porozumienia aliantów w walce z Hitlerem, ale też, co ciekawsze, samego Hitlera, który potrafił jednoczyć niemieckie społeczeństwo wokół „wspólnego wroga”. Zaznaczał zarazem, że taka formuła kooperacji z przeciwnikiem, czyli rozwiązywania konfliktu nie jest skuteczna na dłuższą metę, dlatego stwierdzał:

„Istnienie wspólnego celu – opartego na wspólnym interesie – może odegrać rolę w likwidowaniu konfliktu, o ile cel taki jest rzeczywiście ważny, tzn. wysoko ceniony przez wszystkie strony; jeżeli jest wyrazisty, a więc każdy może go dostrzec, a także jeżeli jest aktualny, a więc wymaga działań natychmiastowych, i jeżeli panuje powszechne przekonanie, że tylko wspólnymi siłami da się go osiągnąć” (s. 78).

Nie sądźmy jednak, że chodziło o uporanie się z kryzysem ekonomicznym. Reykowski pisał (w warunkach stanu wojennego, zaznaczam) wprost, że istotą rzeczy jest „sposób sprawowania władzy”, a więc, że tu leży najważniejsze źródło destruktywnego konfliktu, który doprowadził do rewolucyjnego zagrożenia. Zatem należało wypracować formułę podzielenia się władzą, po prostu:

„w interesie znaczących sił w Polsce (i to po obu stronach barykady) jest istnienie takiej władzy, która respektuje istniejący porządek europejski i ma dostateczną siłę, aby chronić interes państwa i społeczeństwa jako całości. Zarazem takiej władzy, która gwarantuje obywatelom poczucie współodpowiedzialności za sprawy kraju i podmiotowe uczestnictwo w życiu publicznym. Nie leży więc w interesie całości ani utrzymywanie despotycznych form władzy, ani takich jej form, jakie w naszych warunkach groziłyby powstaniem zjawisk anarchii.
Ale koncepcja takiej władzy nie jest dana w formie gotowej. To ją właśnie trzeba wynegocjować, wypróbować, stopniowo korygować, dostosowując do społecznych aspiracji i aktualnego stopnia rozwoju kultury politycznej rządzących i rządzonych. Można więc powiedzieć, że wyszukanie i budowanie takich form władzy stanowić może cel nadrzędny dla wszystkich stron konfliktu w Polsce
(s. 79-80) [podkr. F.Y.M.]


Czy nie jest to krótki i treściwy przepis na III RP? I niech mi ktoś teraz powie, że nie narodziła się ona 13 grudnia 1981. No dobrze, ale zaraz może się podnieść głos, że przecież „obie strony konfliktu” były wtedy silnie zantagonizowane i takiego rozwiązania nie można było zastosować wprost. Oczywiście. Dlatego Reykowski postulował, by do mediacji włączyć „trzecią stronę”: „jeżeli ma prestiż, pewną moc (społeczną, polityczną lub inną) oraz kompetencje rozumienia konfliktu, może przyczynić się do przekształcenia konfliktu destruktywnego w konstruktywny” (s. 81). Tą trzecią stroną, rzecz jasna, była część hierarchów Kościoła katolickiego.


W eseju „Podstawowy dylemat” Reykowski pisał:

„Mało kogo trzeba przekonywać, że sytuacja, w jakiej się znajdujemy w Polsce w pierwszej połowie 1982 roku, nie ma cech trwałości. Jest to stan przejściowy, z którego dopiero wyłonią się zasady funkcjonowania systemu politycznego i życia gospodarczego, mające określić warunki życia Polaków na dłuższy przeciąg czasu. Wprawdzie każda forma życia ludzi i społeczeństw jest z perspektywy historycznej przejściowa, ale z perspektywy życia określonego pokolenia można odróżnić takie, które trwają krótko i rozpadają się po kilku miesiącach, i takie, które determinują los generacji.” (s. 83).


Komuniści wiedzieli już, jak uporać się z groźbą realnej rewolucji.

http://cogito62.salon24.pl/384032.html
http://michael.salon24.pl/384389.html
http://www.polskieradio.pl/jedynka/debaty/debaty.aspx?id=502&c=7
http://solidarni.org/publicystyka/polska/dlaczego_przewrocilem_okragly_stolik