29 sty 2009

Nareszcie nowa Szymborska!


„Dziewiętnaście nowych wierszy z tomu "Tutaj" stanowi ciąg dalszy wybitnej twórczości, kontynuuje jej najważniejszą właściwość - spoglądanie na świat z boku, z ukosa, trzecim okiem. Co za ulga, czytać Szymborską” - pisze P. Śliwiński w niezmordowanej „GW”.

W niecierpliwości, tak jak zakochany, który otwiera list od oblubienicy, zasypuje się pytaniami:
„Jak czytać poetów największych? Na kolanach? To śmieszne i na dłuższą metę niewygodne. Krytycznie, zaczepnie, demaskatorsko, z nieukrywaną pretensją, że wielcy poeci nie chcą się zmienić, zaskoczyć nas czymś nowym, zboczyć z dawno obranego kursu?”

Oczywiście, że padanie na kolana jest już nieco spóźnionym gestem, odkąd Gombro wyszydził go na kartach „Trans-Atlantyku”, choć nie wiem, czy nie jest to przesadna kokieteria ze strony Śliwińskiego, który twierdzi, że na kolanach jest mu do śmiechu, ale przecież cały czas swoją recenzję właśnie na klęczkach pisze. Najwyraźniej wcale nie jest tak niewygodnie, jak mu się wydawało.

„To pociągające, bo dzielność naszą wynosi na piedestał. To żenujące, bo pokazuje, że o książkach myślimy w kategoriach wydarzenia, widowiska, dziwowiska, które zajmuje nas stadnie i tylko przez chwilę.”

Autor wprost nie może ustać na tych kolanach. Jeszcze ta stadność. Widać, że list chce już rozpakować i nareszcie zanurzyć się w lekturze, w odmętach przestrzeni poetyckich.

„Sokratejska ironia, analityczne podejście do przedmiotu, czyli najważniejsze narzędzia służące do ożywienia bezwładnych lub fałszywych poglądów, upodobniają jej wiersze do poezji Herberta. Jednak przy bliższym wejrzeniu pokrewieństwo tych dwóch poetyk okazuje się łudzące: ironia Szymborskiej ani na chwilę nie ustaje w pracy, gdy tymczasem Herbert szuka miejsca, w którym ironista mógłby nareszcie zmienić się w kapłana. W rezultacie ta pierwsza zainteresowana jest głównie w zdobyczach intelektualnych i estetycznych, ta druga zaś stara się wytyczyć jakąś wyrazistą granicę etyczną dla ludzkiej wolności. Pierwsza wierzy w introspekcję, która nie daje się oszukiwać pozorom siły, druga żąda mocy, odwagi, uporu.”

Ach, potęgo nieśmiertelnej ironii! Zwłaszcza na ustach autorki, która w latach 50. tą ironią niemal wcale się nie posiłkowała. No ale młodość ma swoje prawa, zwłaszcza w socrealizmie. W "liberalizmie" natomiast jest inaczej. Dobrze, że recenzent przy okazji przypomina, że Herbert z ironisty od razu w kapłana chciał się przebierać. Oczywiście, Śliwinski nie porusza się tu pośród jakichchś prymitywnych obrazów, że niby o kapłana katolickiego miałoby tu chodzić czy jakiegoś kapłana zasiadającego w gremium inkwizytorów – tu chodzi o kapłana, co chce coś celebrować. A co? Dalibóg czarną mszę dekomunizacji, jeślibyśmy tak dokładniej ze Śliwińskim poszukali. No ale nie o Herbercie mowa, jeno o Szymborskiej. Z tą jej ironią jednak to sprawa nie do końca jest jasna, ponieważ okazuje się, że kultywująca prywatność poezja Szymborskiej, „widząca świat trzecim okiem”, ma wciąż poważną nośność ideologiczną. Tak przynajmniej dekoduje przesłanie Szyborskiej ów recenzent. No ale nie można mu mieć tego za złe, skoro okazuje się, że przesłanie to jest liberalne. No, mamma mia, czegóż więc można dziś chcieć od poezji, jak nie porządnego, zdrowego liberalizmu?!

„Różnica postaw artystycznych odzwierciedla różnicę między czytelnikami obojga poetów. Za Szymborską idą raczej liberałowie, myślący o prawach natury, za Herbertem - konserwatyści wpatrzeni w powtarzalność historii.”

Gdybyśmy jeszcze wiedzieli, jak rozpoznać, co jest prawem natury, to może byśmy też mogli do liberałów dołączyć, pozostaje nam jednak wpatrywać się w powtarzalność historii, zamiast wybierać przyszłość. Aczkolwiek, jak sobie przypominam, to w słynnym dziele „Nienawiść” właśnie tę powtarzalność, jeśli nie upiorność historii akcentowała słynna poetka. No ale najwyraźniej coś poplątałem.

Jakieś echa tego wiersza pobrzmiewają mi w tekście „Zamachowcy”:
„Całymi dniami myślą
jak zabić, żeby zabić,
i ilu zabić, żeby zabić.
Poza tym z apetytem zjadają swoje potrawy
modlą się, myją nogi, karmią ptaki,
telefonują drapiąc się pod pachą,
tamują krew kiedy skaleczą się w palec,
jeśli są kobietami kupują podpaski,
szminkę do powiek, kwiatki do wazonów,
wszyscy trochę żartują, kiedy są w humorze,
popijają z lodówek soki cytrusowe,
wieczorem patrzą na księżyc i gwiazdy,
zakładają na uszy słuchawki z cichą muzyką
i zasypiają smacznie do białego rana
- chyba że to, co myślą, mają zamiar zrobić w nocy.”



Nieoceniona, zawsze stojąca na straży porządnej polskiej literatury z Masłowską na czele, „GW” zamieszcza dziś ten wiersz na swojej stronie głównej chyba jako jakieś memento, przy czym ciężko byłoby doszukać się tytułowych zamachowców w Polsce, no bo, czy ktoś u nas zabija z taką zimną krwią i na taką skalę, i siada sobie potem posłuchać mp3 przy soczku? Nie podejrzewam też, by chodziło o wojnę izraelsko-palestyńską lub rosyjsko-czeczeńską. Pewną sugestię podsuwa zwrot „modlą się”.


Kolejnym, istotnym kluczem może być też to, że poezja Szymborskiej dawno już odeszła od pewnej dosłowności, literalności charakterystycznej dla niektórych fraz z lat 50., gdy powstawały np. liryczne „notatki z lektury materiałów historycznych o obronie Stalingradu”:
„Dowódca zaintonował
i cała załoga za nim:
„Bój to jest nasz ostatni”
Potem dym zmieszał się z pieśnią” -
innymi słowy, w powyższym wierszu wcale nie musi chodzić o jakichś talibów czy innych terrorystów. Ci bowiem, jak możemy chyba całkiem słusznie podejrzewać, nie prowadzą takiego beztroskiego i konsumpcyjnego życia, jakiego obraz rysuje się z następnych strof „Zamachowców”. Co innego, gdybyśmy nasze myśli skierowali na „polskich talibów”, takich, o jakich pisał swego czasu ‘nortus skandynawski’ (http://nortus.pinger.pl/m/718389/polska-zamienia-sie-taliban?-chyba-tak,-bo-tak-chce-ipn-czyli-....), rozmaitych cynicznych teczkologów, co właśnie nieustannie zastanawiają się, jak za pomocą „esbeckich kwitów” zabić, żeby zabić i ilu zabić, żeby zabić. Jeśli Śliwiński tak tego wiersza nie zdekodował, to podpowiadam niniejszym. Może się przyda.

http://wyborcza.pl/1,75475,6204721,Szymborska_krzepi.html

Pod patronatem Łysenki


Czytam sobie felietony P. Johnsona autora słynnych „Intelektualistów” i nie mogę wyjść z podziwu dla jego przenikliwości spojrzenia, która w polewie ostrego sarkastycznego sosu daje piorunujący efekt. Oto, co np. pisze Johnson o uczelniach:

„Uniwersytety są najbardziej przecenianymi instytucjami naszych czasów. Ze wszystkich nieszczęść, jakie spadły na XX wiek, jeśli pominąć dwie wojny światowe, najbardziej trwałym okazała się ekspansja wyższego wykształcenia w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Jest mitem, że uniwersytety są kolebką rozsądku. Są one wylęgarniami wszelkiego rodzaju ekstremizmu, irracjonalności, nietolerancji i przesądu, miejscem, gdzie niemal celowo wsącza się w intelektualny i społeczny snobizm i gdzie wychowawcy usiłują przekazać swych studentom swe własne grzechy pychy. Dziw, że tak wielu spośród ludzi wyłaniających się w z tych jaskiń nadal nadaje się do zatrudnienia, choć znacząca mniejszość spośród nich, jak przekonaliśmy się na własnej skórze, wyrusza dobrze wyposażona akurat na życie wypełnione publicznymi intrygami.”

I nieco dalej, nieco mocniej:
„Nowa forma totalitaryzmu, polityczna poprawność, jest całkowicie uniwersyteckim wynalazkiem, a wybuch zaciekłego antysemityzmu wśród Czarnych, wywołującego w Brooklynie gwałtowną wrzawę, został wyhodowany w kampusach na oszukańczych wydziałach „studiów afroamerykańskich”…”

A gdyby i tego było mało, to jeszcze jeden pikantny fragment (z innego felietonu) dotyczący także naszego podwórka:

„Pomyślmy o ciasnocie życia milionów mieszkańców komunistycznej Europy, którym przez tak długi czas – cztery dziesiątki lat w państwach satelickich i siedem w Rosji – odmawiano prostej satysfakcji z posiadania rzeczy, takich jak ogrody i pola, domy czy małe interesy, gromadzenia kolekcji, zlecania rzemieślnikowi czy artyście wykonania jakiegoś szczególnego cennego przedmiotu. Pomyślcie o utraconym przez to pięknie. A wszystko dlatego, że arogancka i agresywna mniejszość uważała, że ma prawo do przekształcenia ludzkiej natury według swej upiornej świeckiej wiary. Mam nadzieję, że nie stoimy wobec groźby tego rodzaju deprywacji. Niemniej, przechodzi mnie dreszcz na myśl o możliwości, że Neil Kinnock, nieświadomy ignorant niemal niewykształcony a tuż za nim horda potencjalnych kulturalnych komisarzy, telewizyjnych literatów i hołoty szołbiznesu, będzie wydawać nam polecenia i narzucać swe obrzydliwe wyobrażenia o moralności oraz obywatelskim i artystycznym prowadzeniu się. Najgorszą ze wszystkich okupacji przez obcych przybyszów jest okupacja kulturalna.”

(Do diabła z Picassem. Eseje o polityce, sztuce i życiu, PLATAN, Kraków 2002, s. 15-16, 59).

Przywołuję te cytaty w kontekście eseju o uniwersytecie opublikowanego przez Kingę Marulewską na stronie „Teologii Politycznej” oraz rozmowy z min. B. Kudrycką. Sytuacja polskiego uniwersytetu jest bowiem o wiele bardziej skomplikowana niż uczelni na Zachodzie, mimo że i tu i tam „lewicowych myślicieli” namnożyło się jak w królikarni. Przy czym u nas, co musimy pamiętać, zastępy postmodernistów, dekonstrukcjonistów i im podobnych irracjonalistów to jeszcze nie tak dawno przemawiały językami Marksa, Engelsa, Lenina, Schaffa i wczesnego Kołakowskiego, tudzież mówiąca i pisząca Derridą, Foucaultem, Lyotardem, Deleuzem, Rortym etc. „polska złota młodzież” na posadach akademickich to wychowankowie marksistów i leninistów. To jednak tylko część prawdy o naszej sytuacji.

Osobną kwestią jest wszak to, na co zwrócił uwagę Johnson, czyli generalny regres cywilizacyjny, jaki zafundował nam komunizm w okresie powojennym, co także poważnie odbiło się na kondycji polskiego szkolnictwa wyższego (rugowanie naukowców nieprzychylnych czerwonej władzy, obsadzanie stanowisk uczelnianych pospolitymi matołami z legitymacjami PZPR-u, wydawanie w wielotysięcznych nakładach publikacji, które nigdy nie powinny się znaleźć w jakichkolwiek naukowych księgozbiorach, no chyba że ktoś miałby badać deformacje ludzkiego myślenia). Ja już nawet o dekomunizacji wśród akademików (choćby w stylu niemieckim) nie chcę tu wspominać, bo jej postulat jest czymś oczywistym i wiele razy już tę kwestię poruszałem (niedawno zresztą wróciła ona ze zdwojoną siłą w kontekście akcji obrońców agentury przeciwko dr. M. Migalskiemu). Do tych dwóch plag cywilizacyjnych (ekspansji neomarksizmu oraz komunistycznego regresu) należy jednak dorzucić trzecią, charakterystyczną już głównie dla naszego kraju – pauperyzację szkolnictwa wyższego poprzez gwałtowny, niemal niepohamowany od przełomu lat 80. i 90. rozwój „uczelni niepublicznych”, które w doskonały, efektywny sposób łączą w sobie rozmaite cechy bananowego kapitalizmu: tworzą fikcyjny produkt wystawiając sobie fikcyjne certyfikaty jakości, a jednocześnie na tę fikcję zgadzają się konsumenci (tj., studenci), którym niskie standardy pozyskiwania „utytułowanej wiedzy” nie tylko nie przeszkadzają, lecz wydają się czymś naturalnym w dobie królowania hasła „klient nasz pan”. Za proces pozorowanego kształcenia płacą oni bowiem całkiem realne pieniądze, za otrzymywanie których „uczelnie niepubliczne” przymykają oczy na to, co studenci otrzymujący dyplom po 3 czy 5 latach tak naprawdę potrafią. Piszę to w kontekście wizji reformowania szkolnictwa forsowanej przez Kudrycką, o której to minister nie od dziś wiadomo, że faworyzuje właśnie szkolnictwo „niepubliczne”.

Kulturowo ta sytuacja może być porównywalna z procesami „przyspieszonego kształcenia”, jakie komuniści uruchomili po zakończeniu II wojny, w ramach „walki z analfabetyzmem”, a tak naprawdę, w celu jak najszybszego zindoktrynowania części społeczeństwa i wykształcenia stalinowsko rozumianych „kadr” do rozmaitych obszarów państwa. To podobieństwo jednak jest pozorne, ponieważ proces fikcyjnego, niedbałego i w gruncie rzeczy bezwartościowego kształcenia dziesiątek tysięcy ludzi może zaowocować powstaniem rzeszy „nowego proletariatu”, czyli ludzi niewiedzących za bardzo, co ze sobą począć, a umiejących zawodowo zdziałać niewiele. Jest to sytuacja wołająca o pomstę do nieba, ponieważ częstokroć sami młodzi ludzie nie mają świadomości, w jakim wielkim oszustwie biorą udział i ile pieniędzy wyrzucają w ten sposób w błoto. „Biznes edukacyjny” można potraktować jako jeszcze jeden z aspektów uwłaszczania się nomenklatury, gdyż jest tajemnicą poliszynela, że większość „uczelni niepublicznych” zakładali „naukowcy” z odpowiednim PZPR-owskim stażem, co pozwalało uzyskać nie tylko preferencyjne kredyty inwestycyjne, ale i zatrudniać kolesi z takiej czy innej branży. Biznes ten jednak wraz z nadejściem „niżu demograficznego” zacznie się stopniowo „zwijać”, tak jak poznikały łóżka polowe, które kiedyś służyły na chodnikach (za wczesnej polskiej „transformacji”) za punkty sprzedaży przeróżnych atrakcyjnych towarów, jak choćby chałupniczo skopiowane kasety magnetofonowe. Biznesmeni zaś po posprzedawaniu infrastruktury zainwestują w inne dziedziny życia i spadną znowu na cztery łapy.


http://www2.teologiapolityczna.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1015&Itemid=113
http://www.polskieradio.pl/jedynka/sygnalydnia/?id=17787
http://www.nauka.gov.pl/mn/index.jsp?place=Menu08&news_cat_id=951&layout=2
http://pl.youtube.com/watch?v=jh8ktNsie0I (N. Kinnock kiedyś lider partii labourzystów)

28 sty 2009

Głupota nie boli


Weź jeden sondaż, a powiem ci kim jesteś, powinno brzmieć hasło tych, co zabierają się za czytanie ludzi „rozkochanych w sondażach”. Ponieważ o samym sondażowaniu w Polsce i manipulowaniu sondażami napisano już wiele, a za klasyczną uchodzi pozycja prof. Ryszarda Dyoniziaka, pokazująca w detalach, jak polskie „ośrodki badawcze” umiejętnie kreują opinię publiczną nie zaś ją opisują, to warto się przyjrzeć, jak ludzie mający blade pojęcie o czymkolwiek zabierają się za teoretyzowanie, posiłkując się takim rozumem, w jaki zostali przez Pana Boga i niespecjalnie skomplikowany proces dydaktyczny, wyposażeni.

Oto niejaki Gniewko Ś. z euforią powitał sondaż, z którego wyczytał, co następuje:

„Polacy maja dosyć przykrywania prawdziwych, bo teraźniejszych, problemów historią i lustracją, a z drugiej strony, dzięki daleko posuniętym sk….niu zaprezentowanemu w Starachowicach(nie tylko) przez spadkobierców Ancien Regime nie dadzą im wrócić do władzy. Żyjemy w pięknych czasach w których coraz trudniej będzie nas zbyć rozliczeniem przeszłości, albo straszeniem “jaskiniowym antykomunizmem”. Polakom trzeb zaproponować coś innego niż lustracja lub jej brak. Sukinsyny spasione w PRL i oszołomy, które pasą się na istnieniu tych pierwszych, tracą rację bytu.


Do kompletu brakuje mi jeszcze badań na temat stosunku Polaków do alternatywnych tematów zastępczych, takich jak prawa gejów, czy aborcja. Mogło by się okazać, że dominacja poppolityki w Polsce jest tylko pozorna.”

[pisownia oryg. – przyp. F.Y.M.]


Werwa, z jaką te powyższe słowa napisał, dowodzi, że emocje górowały nad myśleniem, ale tak zwykle bywa u ludzi, co komunizm, jak i antykomunizm znają z drugiej, jeśli nie z trzeciej ręki. Jeśli jeszcze weźmie się pod uwagę fakt, że post zatytułowany jest buńczucznie „Ile wart jest antykomunizm na Polskiej scenie politycznej?” [pisownia oryg. – przyp. F.Y.M.] (http://amyniechcemy.salon24.pl/382941.html ), to można z dużą dozą prawdopodobieństwa sądzić, że autorowi chodzi bardziej o antykomunizm niż komunizm. Z drugiej jednak strony, jeśli uwzględnimy to, że autor (nie od dziś) nie wspomina choćby słowem o tym, co rozumie pod pojęciem antykomunizmu, i jak możemy mniemać, nie czytał ani J. Mackiewicza, ani S. Piaseckiego, ani A. Bobkowskiego, ani A. Golicyna, ani V. Volkoffa, ani wielu wielu innych specjalistów od krytyki komunizmu, to powinniśmy założyć, że nie wie on zupełnie, co pisze. Takie założenie jednak byłoby zgoła niesprawiedliwe, ponieważ daje się z tego Gniewkowego tekstu przecież wyczytać, że atykomunizm to jest kwestionowanie zasadności i wartości „okrągłego stołu”, a tego wszak dotyczył ów słynny sondaż. Sprawa jest o tyle ciekawa, że przecież w pytaniach sondażowych w ogóle termin „antykomunizm” się nie pojawia, tak więc Gniewko dopowiedział tu, o co respondentom naprawdę chodziło, no ale tego typu praktyki tłumaczące po takim a takim sondażu, co Polacy naprawdę sądzą na dany temat, są tak powszechne w mainstreamie, którego zdolnym wychowankiem jest autor wspomnianego posta, że nic dziwnego, iż sam się zmierzył z taką praktyką, jak porządny terminator w dziennikarskim cechu.


Co mu z takiego intelektualnego starcia wyszło? To oczywiście, co wyszłoby przeciętnemu „tłumaczowi sondaży” z „GW”, czyli mówiąc dokładnie, to, co dusza zapragnie. Hasło bowiem mówiące, że Polacy mają dość lustracji, bo się przejmują prawdziwymi problemami, to ja już pamiętam z wiosny 1992 r., ledwie się za lustrację zabrano. Autor tamtych czasów nie musi dobrze pamiętać, oczywiście, ma do tego prawo, aczkolwiek jakaś dbałość o rzetelność w pisaniu nakazywałaby większą wstrzemięźliwość w wypowiadaniu się na tematy, o których się nie ma pojęcia. Tym niemniej stwierdzenie Gniewka jest bardzo intrygujące, ponieważ dowodzi, jak niewiele można rozumieć z polskiej rzeczywistości, tzn. jak umiejętność kojarzenia pewnych skutków z pewnymi przyczynami została zapoznana w procesie edukacji dzieci i młodzieży ( amoże umiejętność jarzenia w ogóle). Czy wielkiego wszak trzeba wysiłku umysłowego by zapytać, czy nie jest tak, iż prawdziwe problemy Polaków biorą się właśnie z tego powodu, że lustracja nie została konsekwentnie i dokładnie przeprowadzona? Chyba nieżyjący K. Olewnik miał jakieś problemy z niezlustrowanym i rozpasanym w III RP towarzystwem o jednoznacznie komunistyczno-bezpieczniackiej proweniencji. No chyba, że uznamy, iż tragiczne losy Olewnika, to nie są poważne problemy.


Tymczasem autor przekonuje nas: „Polakom trzeb zaproponować coś innego niż lustracja lub jej brak.”


I oczywiście same święte to są słowa, pytanie tylko, co by tu można zaproponować. Może jakąś fajną, zbiorową zabawę? Może WOŚP przez cały rok albo karnawał jak w Rio? Gniewko jednak dodaje zaraz:


„Sukinsyny spasione w PRL i oszołomy, które pasą się na istnieniu tych pierwszych, tracą rację bytu.”


No i tu brzmi jak prawdziwy ZMP-owiec z podkasanymi rękawami, który nie może wytrzymać ani tego, że zapał rewolucyjny w Partii osłabł, ani tego, że wredna reakcja wciąż żeruje na tym osłabnięciu - i tupie on nogą, aż klepki podskakują w parkiecie. Ja zaś odnoszę wrażenie, że „oszołomów pasących się na istnieniu spasionych sukinsynów” przybywa z każdym rokiem. Było ich całkiem sporo w 2005 r., a jeszcze więcej w 2007. Pech jednak chce, że sondaże akurat ich szerokim łukiem omijają, więc pewnie z tego powodu istnienie sukinsynów-oszołomów nie dociera w pełni do świadomości Gniewka, gdyby zaś dotarło, to strach pomyśleć, jakie reakcje emocjonalne by wywołało. Można to zjawisko omijania oszołomów przez sondaże wyjaśnić dość prosto, sięgając do biogramów ojców-założycieli tych instytucji, ale pisała o tym swego czasu bardzo obszernie „Gazeta Polska” i każdy rozgarnięty człowiek coś już na temat polskich sondażowni wie.


Krótko mówiąc, Gniewko przekonuje nas, że republika bananowa, w jakiej żyjemy, jest piękna, czyli że tego stanu, jaki jest, nie należy ruszać, a jedynie wziąć się do porządnej roboty, rzecz jasna. Znakomicie to współgra z wciąż żywą ideologią postkomunistyczną, tak więc pozostaje autorowi zapisać się do młodzieżówki SLD, ewentualnie do „centrolewu”, który młodych gniewnych bardzo potrzebuje - do odważnych świat należy przecież. No i któż jest lepszy w rozwiązywaniu poważnych problemów, jak nie stara, porządna lewica (którą, nawiasem mówiąc, można nazwać jednym wielkim generatorem poważnych problemów ludzkości)? Zwłaszcza że kto jak kto, ale ona bardzo kocha „okrągły stół” i dobrodziejstwa, jakie on sprawił, włącznie z gwarancjami nietykalności.

Redukcja


Pomysł PiS-u, by zmniejszyć liczbę posłów o 100 osób uważam za idący we właściwym kierunku, choć niewystarczający, sądzę bowiem, że powinniśmy zredukować liczbę posłów do stu osób, co przyniesie od razu nie tylko wiele oszczędności na zbędnej biurokracji, ale też poważne obostrzenia dotyczące startu ludzi chcących się bezpośrednio zajmować decydowaniem o sprawach polskiego państwa. Jeśli w USA jest 435 reprezentantów na ponad 300-milionowy naród (a senatorów jest 100), to na 40-milionowy stu posłów to w sam raz (50 senatorów to też w miarę rozsądna liczba).

Jednocześnie jednak należałoby gruntownie zreformować całą administrację państwową, radykalnie zmniejszając liczbę samorządowców, likwidując urzędy marszałkowskie itd. Co więcej, przydałaby się w ogóle debata dotycząca ustroju państwa, tak by ustalić, jaki model chcemy realizować – parlamentarno-gabinetowy czy prezydencki, ponieważ obecnie mamy coś na kształt systemu panującego we Francji, co zapewne jest zasługą rozkochanego w tym kraju „wujka Bronka”, który należał bez wątpienia do głównych konstruktorów III RP. Oczywiście, w związku z tym potrzebny byłby nowy projekt konstytucji, zamykający okres beztroskiego eksperymentowania nazywanego szumnie „transformacją”, prowadzącego do pogłębiającej się dysfunkcjonalności państwa, czyli mówiąc krótko coraz większego bałaganu (nie tylko kompetencyjnego, ale i politycznego).

Drastyczna redukcja ilości posłów miałaby zbawienne skutki z paru względów. Po pierwsze zmuszałaby obywateli do wybierania parlamentarzystów spośród wąskiego grona kandydatów, ale po drugie (i kto wie, czy nie ważniejsze), obligowałaby same ugrupowania polityczne do takiego selekcjonowania kandydatów, by byli najlepszymi z najlepszych, nie zaś, jak to przez ostatnie 20 lat bywało, brania ludzi z łapanek czy pospolitego ruszenia ochotników. Dodałbym jednocześnie taki wymóg, by posłem mogła zostać osoba z wyższym wykształceniem, co ukróciłoby praktyki nie tylko zgłaszania ludzi „oderwanych od pługa”, lecz i takich, co jeszcze nie ukończyli studiów. Pełnienie funkcji parlamentarzysty powinno bowiem wiązać się z pewną powagą tego urzędu i jakimś szacunkiem dla zdrowego rozsądku, nie zaś kpiną z niego i z obywateli.


Pomysł, by zlikwidować KRRiT też uważam za słuszny, przy czym za nim powinien pójść projekt zapewnienia szerokich warunków dla wolności mediów, tj. rezygnacji z procesów koncesyjnych w ogóle. Pozwoliłoby to na dalszy rozwój mediów niezależnych, nie zaś na nieustanną ingerencję jakichś dziwnych (i podlegających politycznej koniunkturze) gremiów w to, jakie rozgłośnie i stacje mają działać i w jaki sposób.

PiS wykonuje więc krok w dobrą stronę, który mam nadzieję, uruchomi szerszą debatę nad sposobami reformowania obecnej republiki bananowej.

http://www.tvn24.pl/-1,1583566,0,1,pis-zmniejszyc-liczbe-poslow,wiadomosc.html

Wesołe newsy


Będę do znudzenia powtarzał, że studium struktury tekstów publikowanych przez funkcjonariuszy „GW” stanowić będzie kiedyś materiał ilustrujący, w jaki sposób można nie tylko odejść od standardów dziennikarstwa, ale i znakomicie wypełniać standardy dezinformacji. Z tego też powodu wszystkim blogerom, którzy zastanawiają się z rana, o czym by tu napisać, zalecam uważną lekturę tego dziennika, a gwarantuję w stu procentach, że codziennie (codziennie podkreślam) coś ciekawego do analizy znajdą.

Oto, co ja znalazłem: „Biskup-antysemita popiera Kaczynskiego” wyczytałem w zajawkach tekstów, no więc, rzecz jasna nie zważając na literówkę w tytule, ponieważ w Sieci błędy w pisowni są czymś nagminnym (także w mainstreamie), zacząłem się zastanawiać, o jakiego biskupa polskiego może chodzić i na czym to poparcie ma polegać. Czy to kolejny dyżurny tekst o „imperium Rydzyka”, czy może ujawnienie jakiegoś mrocznego epizodu któregoś z hierarchów. Tak sobie na gorąco spekulowałem, ale do głowy mi jednak nie przyszło, że chodzi o jednego z lefebrystów. Człowiek jednak tępy nie jest w stanie nadążyć za skosami myślenia funkcjonariusza „GW”, zwłaszcza że po ostatnich zwolnieniach w Agorze walka klasowa w łonie redakcyjnym nasiliła się, jak jasna cholera.

No ale, co autor (owego artykułu, czy jak to nazwać, owej zbitki tekstowej) chce powiedzieć:

„Jako przedstawiciel lewicowo laickiej relatywistycznie moralnej cywilizacji śmierci przyjąłem z radością decyzję papieża Benedykta XVI o zdjęciu ekskomuniki z biskupa Richarda Williamsona. Guglam sobie właśnie dla relaksu wypowiedzi Jego Eminencji z których wyłania się obraz osoby znacznie bardziej odjechanej niż to wynika z tekstu w "Gazecie Wyborczej".”

Tak ten kryminał się zaczyna, więc od razu można nabrać apetytu. Tak się bowiem złożyło, że kwestię zdjęcia ekskomuniki z lefebrystów przedstawia się w taki sposób (nie tylko w „GW”), jakby ta ekskokunika wcześniej dotyczyła antysemityzmu i jakby wszyscy lefebryści byli antysemitami. Mała rzecz, a cieszy, prawda?

To jednak zaledwie początek. W. Orliński, bo to jest ten semantyczny geniusz marnujący się na posadzie zaledwie dziennikarza i dyżurnego blogera „GW”, donosi bowiem dalej tak:

„Williamson to negacjonista Holocaustu w wersji radykalnej - to nie jest miękkie "Holocaust może i był, ale nie taki straszny" jak w wykonaniu późnego Irvinga. Williamson idzie na całość, full monty. W 1989 w Kanadzie oznajmił "there was not one Jew killed in the gas chambers. It was all lies, lies, lies.".To wprawdzie jest tylko zapis publicznego wystąpienia, więc może być nieścisły, ale pisemne wypowiedzi Williamsona też są czadowe.”

Zapis może być nieścisły? Ależ jakież to ma znaczenie dla Ministerstwa Prawdy, który nie takie nieścisłości potrafi ścisnąć intelektualnie tak, że przekaz jest jednoznaczny jak myśl Michnika. Orliński zresztą nie sprawdza, czy Williamson głosi to samo w 2009 r., a więc po dwudziestu latach od tamtego zapisu, tylko, jak sam przyznaje „gugluje sobie”. Oczywiście, guglowanie to podstawowa metoda zdobywania informacji przez większość polskich dziennikarzy, więc nie ma co się na nich zżymać, że robią to, co potrafią. No i co sobie wyguglował Orliński?

Między innymi to:


„W 1996 roku biskup wyraził swoje poparcie dla Kaczynskiego. Nie Jarosława, nie Lecha, nie Bogusława - ale Teda. "The author of the Unabornber's Manifesto might have since become a Saint without its contents being changed by one word".”

Czyż piękniejszego zestawienia nie można sobie wyobrazić? Taką kolekcję mógł ułożyć w swoim zdrowym umyśle jedynie funkcjonariusz Ministerstwa Prawdy. Jarosław i Lech Kaczyńscy oraz terrorysta-zamachowiec Ted Kaczynski. A wszystko na wesoło, by nam wszystkim lepiej się żyło. Powiadam tedy: jeszcze trochę zwolnień w Agorze SA i nie takie cuda na łamach „GW” zobaczymy. Wiedziony jednak dalszą ciekawością zajrzałem na bloga Orlińskiego i doczytałem jeszcze:

„Czytelnicy niniejszego bloga mogą też z zaciekawieniem przeczytać cyberpunkowy list z 1997 roku, zainspirowany szachowym zwycięstwem Deep Blue nad Kasparowem. Czy komputery zapanują nad ludzką rasą? - pyta biskup i uspokaja nas, że Bóg na to nie pozwoli.”

Pęknąć można ze śmiechu, ale i na tym nie koniec. Biskupowi dostaje się nawet za to, że skrytykował lewacką „The Wall” Pink Floyd i popełnia błędy językowe po angielsku. Słowem, Sodoma i Camorra. Mnie tam Williamson ani brat, ani swat, podobnie zresztą wszyscy lefebryści, natomiast nie mogę nie docenić pracy funkcjonariuszy Ministerstwa Prawdy na odcinku religioznawstwa, boć przecie już od wielu dni zdjęcie ekskomuniki nie daje im spokoju.

Pal diabli jednak Orlińskiego, skoro od wczoraj co godzinę (a nawet i częsciej) słyszę o wyborze nowego patriarchy w Cerkwi. No i zachodziłem w um, usiłując dociec, co mnie to wszystko może obchodzić, aż w końcu dziś rano padło wyjaśnienie i lektorka w Jedynce doczytała w końcu (powtarzanego do upadłego) newsa (w porannym serwisie nawet podawano rosyjski komunikat, żeby było weselej – ech przypominają się stare dzieje i relacje z obrad KC KPZS), otóż nowy patriarcha Rosji „cieszy się ponoć poparciem Kremla”. No i nie można było tak od początku? Czemu ci polscy dziennikarze tak strasznie kombinują, by powiedzieć dokładnie to samo, co kiedyś mówiła „Trybuna Ludu”?

27 sty 2009

Teraz Polska

Ani się obejrzeliśmy, jak z krainy cudu gospodarczego zamieniła się Polska w centrum kryzysowe i powróciło stare, ale przecież jare hasło o zaciskaniu pasa. Jak to możliwe, że wyspa stabilności została zalana przez mętne wody recesji, jeden premier ze swoim wesołym ministrem finansów wie, dość że okres beztroskiej zabawy w rządzenie i wrzucanie tematów zastępczych do mediów, ma się chyba ku końcowi. Tegoroczne obchody wiekopomnego roku 1989 mogą w tym kontekście nie tylko skierować nasze umysły i serca ku rycerzom okrągłego stołu, ale i ku legendarnym czasom reformy Balcerowicza, która następowała po reformie Wilczka i Rakowskiego, kiedy to człowiek miał tyle banknotów w portfelu, że nie wiedział, co za nie kupić może.

„Nastroje przedsiębiorców jeszcze nigdy w tej dekadzie nie były tak złe jak obecnie — wynika z badania NBP. Wskaźnik sytuacji ekonomicznej przedsiębiorstw (pokazuje, co sądzą przedsiębiorcy o przyszłości ich firm) spadł w pierwszym kwartale o 11 pkt, do poziomu -3 pkt. Za jednym zamachem ankietowani pobili dwa niechlubne rekordy: wskaźnik zanotował najbardziej gwałtowny spadek i najniższy poziom w historii badania. W najgorszym momencie (w połowie 2002 r.) był na poziomie +5 pkt. Gorsze niż w kryzysie z początku dekady są też wskaźniki dla produkcji, eksportu, nowych zamówień i popytu krajowego. Problem z tym ostatnim jest też wskazywany przez firmy jako największa bariera w rozwoju.”
(http://www.pb.pl/Default2.aspx?ArticleID=7de763e0-4599-42bb-a094-a5306c82e411&open=sec )

Oczywiście w tej sytuacji, jak zapewnia nas niezawodny, dyżurny ekonomista kraju, Gleb Chlebowski, euro mogłoby nas uratować, zaś równie niezawodne sondażownie starają się podkręcać optymistyczne nastroje, dowodząc jakoby już prawie połowa Polaków chciała pozbycia się złotówki, aczkolwiek już z taką fascynacją jak w pierwszych dniach stycznia media nie przyglądają się stawianej nam do niedawna za wzór postępu Słowacji. Nie tylko ze względu na perturbacje, jakich zaznała gospodarka tego kraju, gdy Rosja z Ukrainą się szamotały przy kurkach gazowych, ale zapewne z tego też powodu, że na Słowacji ruch turystyczny po wprowadzeniu euro zmniejszył się o 80%. Tak, o 80%


Niemożliwe, żeby się turyści nie poznali na dobrodziejstwach płynących z wejścia do strefy euro. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę dość oczywisty fakt, że na Słowacji nie ma PiS-u, który można by obwinić o sianie czarnej propagandy ekonomicznej, to trudno znaleźć jakiś inny racjonalny powód, dla którego hotele i pensjonaty w samym środku sezonu świecą pustkami?


Zresztą, co tam Słowacja. W ramach oszczędności na administracji mógłby Tusk zwolnić przy okazji min. Rostowskiego i Pawlaka, których zapewnienia o stabilności gospodarczej i finansowej Polski wygłaszane w apogeum światowych zawirowań na giełdach wciąż pamiętamy, ale obawiam się, że akurat w resortach finansów i gospodarki nie będzie cięć. Musiałby bowiem i sam się przy okazji zdymisjonować.

http://www.dziennik.pl/polityka/article305499/Polacy_chca_euro_ale_sie_go_boja.html
http://finanse.wnp.pl/slowaccy-gorale-zatesknili-za-korona,70901_1_0_0.html

Metamorfoza



Data rozpoczęcia XI „zjazdu PZPR”, na którym doszło do „wyprowadzenia sztandaru” partii komunistycznej w Polsce, przechodzi po raz kolejny bez wielkiego echa w mediach. G. Napieralski w porannej Jedynce nie wspomina o tym ani słowem, w „Trybunie” nawoływania skierowane do polskich polityków, by mieli „odwagę Obamy”, tygodnik „Polityka”, jak wiadomo nigdy z komunistami nic wspólnego nie miał, nawet „Przegląd” ani jednej łzy nie roni, a przecie jeszcze rok i będzie kolejne 20-lecie. 27 stycznia (1990) można by ustanowić kolejnym świętem „końca komunizmu”, ponieważ 4 czerwca 1989 r., o czym mało kto pamięta (zwłaszcza z komunistów, którzy obok „opozycji demokratycznej” przypisują sobie zasługę „obalenia”) w ówczesnej „konstytucji” istniał wciąż zapis „o przewodniej roli PZPR”, który został usunięty dopiero nowelizacją z 29 grudnia 1989 r. Nawiasem mówiąc grudzień to jakiś wyjątkowy miesiąc w dziejach Polski, wystarczy wspomnieć choćby grudzień ’41, kiedy sowieci zrzucili na nasze ziemie „grupę inicjatywną” mającą stworzyć „PPR” czy grudzień ’48, gdy nastąpiło „zjednoczenie” w postaci „PZPR”, bo o grudniu ’81 dziś nie musimy pamiętać :), skoro doprowadził on do „okrągłego stołu”, jak twierdzi sam „mistrz ceremonii” transformacji, tj. „gen. Jaruzelski”.

Na słynnym XI „zjeździe” ówczesny I sekretarz M. Rakowski (po rezygnacji z tej funkcji „prezydenta Jaruzelskiego” 29 lipca 1989 r.) przemawiał w te słowy:

„Przyjęliśmy uchwałę o zakończeniu Partii, która, moim zdaniem, niezależnie od tego wszystkiego co było powiedziane o niej, co ja wczoraj powiedziałem, odegrała wielką historyczną rolę, czy się to komuś podoba czy nie w życiu narodu polskiego, co więcej wrosła w jego świadomość. I dziś kończąc, żegnając się z nią, wcale nie uważam, że kładziemy ją do trumny, tylko zamykamy pewien rozdział w historii, pogmatwanego wprawdzie, ale także bogatego w twórcze osiągnięcia polskiego rewolucyjnego ruchu robotniczego. Wiele złego powiedziano o tej Partii, ale ja sądzę, że godność i uczciwość ludzka powinna nas chronić od wydawania o niej sądów tylko negatywnych albo też wydawania sądów potępieńczych. Poczekajmy jeszcze, co powie historia o tej Partii. Jest tu wielu historyków na sali i dobrze wiedzą jak zawiłe są losy rewolucji, jak każda z nich obfituje w dramaty. I sądzę że, być może że gdzieś 30, 40 lat po rewolucji francuskiej, grono Jakobinów, też dochodziło do wniosku że nie udało się to, co zamierzali. No a dzisiaj chyba nikt nie wydaje jednoznacznych potępieńczych sądów o Jakobinach. Ja apeluję po prostu, o to by, nie znęcać się nad PZPR, bo jest to znęcanie się także często nad swoim życiem. Ja chciałbym, mówiłem raczej na różnych spotkaniach, że powstała taka przedziwna sytuacja, że sami siebie nie lubimy. Nie lubimy tej Partii, już tej byłej Partii. Otóż chciałoby się chodzić jednak z podniesioną głową. Ogłaszam zakończenie obrad XI Zjazdu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Proszę o powstanie Towarzyszy, Towarzyszek i Towarzyszy. Sztandar Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – wyprowadzić…”

Ale jeszcze kilka lat wcześniej, tj. 1983 r. Rakowski przemawiał zupełnie innym tonem, gromiąc „ekstremę” i przypominając przeszkadzającym mu w przemawianiu robotnikom, że „niejeden by krówki pasał, gdyby nie ten system” (http://pl.youtube.com/watch?v=hkUrKmg4H8w). Warto tego posłuchać, tak samo jak warto poczytać wywiad z „gen. Kiszczakiem” w POLIS MPC z 1986 r. (http://www.polis2008.pl/), ponieważ to są jeszcze czasy, kiedy komuniści przemawiali otwartym tekstem, nie śniąc nawet o samolikwidowaniu się PZPR.

No i właśnie z tym „wyprowadzaniem sztandaru” to była ciekawa sprawa, ponieważ ani nie doszło do delegalizacji zbrodniczej partii komunistycznej, ani nie postawiono nikogo przed sądem za gospodarcze i cywilizacyjne zrujnowanie kraju po wojnie, ani nie udało się przejąć finansów (choćby po peweksach) i ruchomości po komunistach (z nieruchomościami też były problemy), likwidacja „koncernu” wydawniczego przebiegła w bardzo szemrany sposób, a co więcej, wnet „PZPR” zamieniła się, jakby nigdy nic, w „SdRP”, otrzepała drelichy z krwi i przystąpiła do normalnego politycznego koegzystowania z innymi partiami, dostając na nową drogę „pożyczkę” od bratniego narodu sowieckiego reprezentowanego przez tamtejszy „proletariat”.

I co? No i nic. Było to o tyle ciekawe rozwiązanie, że jeszcze kilka lat wcześniej za kwestionowanie „przewodniej roli PZPR” ludzie trafiali do więzienia, już nie mówiąc o „paleniu komitetów”. Monopartia z sowieckiego nadania, która przez kilkadziesiąt lat penetrowała wszystkie obszary społecznego życia za pomocą bezpieczniaków i za pomocą „ludowego wojska” wspieranego przez armię czerwoną stacjonującą u nas od czasów „wyzwolenia Polski”, nagle rozpływała się w powietrzu i nikt na to nie zwracał szczególnej uwagi.

Oczywiście warunki ku temu przeobrażeniu były komfortowe: „kontraktowy sejm”, prezydentura Jaruzelskiego, systematyczne niszczenie archiwów bezpieczniackich, uwłaszczanie nomenklatury.



W taki właśnie sposób wybieraliśmy przyszłość i tworzyliśmy „nowe państwo”.

26 sty 2009

Rok 1988 (na marginesie tekstu A. Ściosa)


Rok ów był czasem, gdy komuniści zostali rzuceni na kolana i dalszy los czerwonej władzy zależał wyłącznie od „otwartości negocjacyjnej” strony solidarnościowej. Gdy pisałem tekst „Michnik i Urban jako mózgi ‘polskiej pieriestrojki’” zwracałem uwagę na pewną „ideową koincydencję” propozycji „zmian ustrojowych”, propozycji formułowanych mniej więcej w tym samym czasie w latach 80. przez „obie strony konfliktu”, ale też starałem się podkreślić innowacyjną rolę „Rudego 102”, czyli think tanku składającego się z S. Cioska, W. Pożogi oraz J. Urbana - stanowiącego w drugiej połowie najbardziej zaufane ciało analityczno-doradcze Jaruzela i opracowujące plany „ostatecznej dekompozycji opozycji”.

Otóż komunistyczni analitycy pisali tak (8 września 1987 r.):


„Stoimy przed największymi zagrożeniami i wyzwaniami w ciągu 5 ostatnich lat, to znaczy: sytuacja jest groźniejsza niż przez cały czas po 13 grudnia 1981 r. z wyjątkiem pierwszej połowy 1982 roku. Zarazem w kraju panuje spokój. Trzeba uprzedzać wydarzenia, nim zaczną się toczyć, nabiorą dynamiki, nie czekać, aż zostaną w naszej dyspozycji tylko schyłkowe, jak uczy doświadczenie kryzysów, nieskuteczne poczynania awaryjne.” (cyt. za Garlicki, Karuzela, Czytelnik, Warszawa 2004, s. 63).

Zwracam uwagę na to zalecenie „uprzedzania wydarzeń”, czyli mówiąc ściślej, prowokowania biegu rzeczy, a nie tylko sterowania tymże biegiem. Tak należy bowiem patrzeć na wszelką działalność komunistów, którzy w momencie doprowadzenia do przewrotu bolszewickiego w Rosji nabrali przekonania, że nad historią, nad dziejami ludzi można przejąć kontrolę.

Z kolei w styczniu 1988 r. think tank w następujący sposób diagnozował sytuację:

„Uwiąd zaufania i nadziei jest to tendencja falująca, ale stała. Ośrodki badawcze OBOP i CBOS potwierdzają ją. OBOP przy tym sygnalizuje narastający brak nie tylko zaufania i wzrost pesymizmu, ale zanikanie elementów pozytywnego kontaktu władzy ze społeczeństwem. Większość nie wierzy nam i nie słucha już tego, cokolwiek mówimy (…) Nastroje spadły poniżej czerwonej kreski, czyli przekroczony został wyliczony przez socjologów, a oparty o doświadczenie, punkt krytyczny wybuchu. Nie występuje on, gdyż skłonności wybuchowe są w społeczeństwie przytłumiane przez różne stabilizatory (doświadczenia historyczne, w tym głównie 13 grudnia 1918 r., rola Kościoła, spadek wpływów opozycji, apatia (…). Mieszanina zniechęcenia i napięć rychło uczyni więc sytuację dramatyczną, a napiętą przede wszystkim w zakresie stosunków wzajemnych społeczeństwa i władzy. Odbija się to już na nastrojach kadry, której znaczna część, jak zawsze w okresie schyłkowym, poczyna kwestionować przywództwo, intrygować, projektować przyszłe konfiguracje personalne. Z czasem zacznie spiskować.” (Garlicki, s. 80)


Jak trafne były te prognozy, nie muszę chyba nikogo przekonywać. Wiosną wybuchnie pierwsza poważna fala strajków w 1988 r. W owym styczniowym dokumencie pada też propozycja utworzenia rządu składającego się z komunistów oraz „działaczy katolicko-narodowo-prawicowych, przedstawiających siebie jako lepszych niż komuniści polscy gwarantów radzieckiej racji stanu” (Garlicki, s. 81). Co więcej, postuluje się utworzenie „stronnictwa chrześcijańskiego”:


„Stosunkową słabość nowej formacji politycznej zapewniałoby też możliwe do przewidzenia skłócenie wewnętrzne różnych nurtów i osób, które skupiałaby nowa partia (…) W razie nadmiernego rozwoju stronnictwa z dziecinną łatwością można by w nim prowokować secesje i awantury aż po zastosowanie wariantu, który proponujemy wobec OPZZ.” (Garlicki, 83)


No ale o tym wspominam bardziej w charakterze ciekawostki i jednocześnie pokazania, do jakiego stopnia komuniści uważali się za animatorów jakiegokolwiek obszaru życia politycznego, co warto pamiętać po dziś dzień. Już wtedy (styczeń 1988 r.) analitycy owi myśleli o modelu prezydenckim (z Jaruzelem na czele państwa, rzecz jasna), powołaniu senatu oraz, rzecz jasna, o zachowaniu wpływów czerwonej nomenklatury. W styczniu też zaczynają się ukazywać wspomniane przez Aleksandra Ściosa, reżimowe (PRON-owskie) „Konfrontacje” (naczelny Jarosław Goliszewski), mające pełnić rolę „forum, na którym spotkać by się mogli partyjni reformatorzy i umiarkowani opozycjoniści”, jak pisze Garlicki i dodaje: „W realizacji pomysłu dużą rolę odegrał płk Wojciech Garstka, wówczas rzecznik prasowy gen. Kiszczaka” (Garlicki, s. 84-85). Faktycznie też, jak podaje Ścios, już w lutym publikowany jest wywiad z B. Geremkiem (zarejestrowany w grudniu 1987 r.).

Tymczasem w marcu ’88 „trzej” (Ciosek, Pożoga, Urban) przygotowują kolejną analizę sytuacji. Ponownie postulują powołanie „stronnictwa katolickiego”, reformy gospodarcze oraz, by Jaruzel stanął na czele niezadowolenia społecznego i także reform politycznych:

„Niezwykle ważne jest, aby postacią centralną tych zmian był I Sekretarz KC, żeby zarysowany przełom tak samo kojarzył się z gen. W. Jaruzelskim, jak wprowadzenie stanu wojennego, aby inne osobistości nie dyskontowały zmian i nie stawały się ich bohaterami.” (Garlicki, s. 91)

Zdaję sobie sprawę, że brzmi to niemalże jak wyimek z któregoś rocznicowego artykułu publicystów „GW”, ale przypominam, że to tekst komunistycznych analityków sprzed 21 lat. W kwietniu rozpoczynają się strajki, a równocześnie (do tego wątku jeszcze wrócę) „kontakty na linii państwo-Kościół”. W maju 1988 r. w Nowej Hucie dochodzi do ostrej pacyfikacji protestujących i jest to dosłownie parę dni po ogłoszeniu przez konferencję plenarną Episkopatu Polski komunikatu zachęcającego do dialogu „reprezentatywnych grup społecznych” z „władzami państwowymi”. W czerwcu w trakcie obrad „VII Plenum KC PZPR” Jaruzel wrzuca pomysł urządzenia „okrągłego stołu”.

W sierpniu, tuż przed wybuchem kolejnej fali strajków, think tank pracuje dalej (i to wyjątkowo ciekawy fragment):

„Uważamy, że już nie można uchronić obecnej ekipy od upadku, a być może nie można nawet odwlec przesilenia do końca 1989 roku ani że nie leżałoby to w interesie Polski i socjalizmu., Sądzimy także, że żadne kierownictwo PZPR nie może nadal zachować w ręku całej władzy i musi przystać na jej realny podział, a powinno tego dokonać na tyle wcześnie, aby móc zabezpieczyć pozycję dominującą PZPR w warunkach dokonanego i przekształcającego się potem podziału władzy. Czym wcześniej, tym lepiej, gdyż stale tracimy w realnym układzie sił. Przyzwolenie na podział władzy związane ze współodpowiedzialnością umiarkowanej opozycji i ludzi Kościoła może nas po pewnym czasie wzmocnić na tyle, że zdołamy zachować swój okrojony stan posiadania.” (Garlicki, s. 107)

Te ostatnie zdania są aktualne do dziś, można powiedzieć. W owej analizie postulowano zmianę modelu państwa na prezydencki, podział miejsc w sejmie i senacie, zmiany w ordynacji wyborczej (oczywiście w żadnym wypadku nie chodziło o wolne i powszechne głosowanie), proponowano też dymisję rządu (Z. Messnera) we wrześniu 1988 r., a nawet legalizację NZS-u. Wszystko to świadczyło, że czerwoni chcieli dokonać wyprzedzającego ruchu pozwalającego im stymulować dalszy przebieg zmian politycznych, choć, co warto podkreślić, czynili to już wtedy z pozycji przegrywających całą walkę. Co więcej, połowa sierpnia przynosi nową falę strajków w całym kraju i komuniści, jak wspomniałem na początku, są w tym momencie rzuceni na kolana.

Garlicki pisze, że 20 sierpnia:

„odbyło się posiedzenie Komitetu Obrony Kraju (KOK), na którym m.in. zapadła decyzja o rozpoczęciu przygotowań do wprowadzenia stanu wyjątkowego, a w nocy z 21 na 22 sierpnia obradowało Biuro Polityczne. Władze były zaniepokojone, jeśli nie wręcz przerażone rozwojem sytuacji.” (Garlicki, s. 111).

Możemy sobie przez chwilę wyobrazić, co by się stało z komunistami, gdyby wtedy faktycznie poszli na siłowe rozwiązanie takie jak w grudniu ’81. Zrealizowałby się wariant budapesztański, tj. wieszanie na latarniach, a tego czerwoni brali się najbardziej:

„…generałowie udali się na posiedzenie Rady Ministrów. W południe zatelefonował do Górnickiego Rakowski informując, że stanęła Stocznia Gdańska, że strajki rozszerzają się błyskawicznie i nie ma nadziei na ich powstrzymanie. Rakowski oceniał trwanie rządu na kilka dni. Powiedział też, że poprzedniego dnia zwrócono się do Wałęsy z propozycją rozmowy z Kiszczakiem. Wałęsa się zgodził, ale gdy usłyszał, że warunkiem jest niedopuszczenie do strajku w Stoczni, odmówił dalszych kontaktów i stanął na czele strajku. Rakowski odrzucił przypuszczenie, że strajki mogą same wygasnąć. Miał powiedzieć: „Tym razem cało z tego nie wyjdziemy”. Uważał, że wprowadzenie stanu wojennego będzie nieobliczalnie kosztowne.” (Garlicki, s. 111)


Nic więc dziwnego, że wnet nastąpił zwrot akcji i „gen. Kiszczak” w telewizyjnym wystąpieniu zaczął przebąkiwać o możliwości „rozmów”. Komunistom palił się grunt pod nogami z dnia na dzień, bo nawet OPZZ zaczynało się domagać ustąpienia rządu.

„Jak wynika z różnych źródeł państwowych i partyjnych, ów poniedziałek 22 sierpnia był dniem, w którym gen. Jaruzelski znajdował się na granicy załamania błędnie oceniając, że powtarza się scenariusz z sierpnia 1980 r.” (Garlicki, s. 113)


Przypomnę, że jest to dzień na jakieś trzy tygodnie przed rozpoczęciem „negocjacji” w Magdalence. Zresztą w rozmowie z Górnickim (24 sierpnia 1988 r.) sam Jaruzel powiada:

„nowym elementem, którego w 1980 roku nie było, jest wyraźnie rysujący się „sojusz tronu i ambony” (…), zapewne nie bez cichej aprobaty „Totusa” (potoczne dawne określenie Jana Pawła II, od jego herbowej dewizy papieskiej „Totus tuus”). Wówczas tylko Wyszyński próbował mitygować eksplozywne nastroje, zresztą bez rezultatów. Obecnie nie tylko Glemp, ale również Macharski i Gulbinowicz otwarcie wypowiadają się za normalizacją stosunków z państwem.” (Garlicki, s. 115)


No i jak wiemy, stopniowo mediacje z udziałem przedstawicieli Kościoła doprowadzają w końcu do zainicjowania szerszych „negocjacji”. To, że komuniści dążyli za wszelką cenę do zachowania władzy (i „twarzy”), widząc już na horyzoncie rychły swój koniec, gdyby konflikt społeczny się nasilił - to całkowicie zrozumiałe, gdyby bowiem protestujący nie poprzestali na strajkach, tylko zaczęli palić komitety partyjne, to na żadne paktowanie czerwoni już nie mieliby czasu, jedynie na ewakuację kukurużnikami do Moskwy, jeśliby zdążyli. Jednak były jeszcze dwa czynniki w ówczesnej sytuacji - „demokratyczna opozycja”, która dążyła do przejęcia władzy przede wszystkim na opozycji – czyli jakby przyznania sobie monopolu na możliwą opozycyjność (vs radykałowie, ekstremiści etc.) oraz Kościół, którego część hierarchów (także, sądzę, nieco na wyrost w stosunku do zachowań i oczekiwań Ludu Bożego), zaczęła pertraktować z czerwonymi na temat „porozumienia ogólnonarodowego”.


Zabrakło „non possumus”, które należało sformułować w „Memoriale do „generała Jaruzelskiego””, tak jak kiedyś (tj. w maju 1953 r.) hierarchowie pisali w memoriale do innego moskiewskiego agenta, czyli Bolesława Bieruta. To „non possumus” jednak powinno się było pojawić w październiku 1984 r. po zabiciu przez czerwonych ks. J. Popiełuszki. Wtedy Kościół w Polsce powinien był zerwać jakiekolwiek kontakty z komunistami, a przynajmniej nie próbować ich w żaden sposób normalizować. Tak się jednak nie stało.


W 1985 r. W. Kulerski przestrzegał: „W stosunkach z komunistami istnieje tylko jedna alternatywa: uległość, nieuchronnie prowadząca ku zniewoleniu aż do uprzedmiotowienia człowieka, albo walka pozwalająca człowieczeństwo ocalić lub choćby przechować”, a rok później pisał Cz. Bielecki w paryskiej „Kulturze”: „Polskiej polityce grozi dziś liberum mediato – wolność pośredniczenia, przetargów, którą przyznają sobie osoby i instytucje (…) Przetarg, w którym nie dzieli się władzy, zmierza tylko do pozbawienia słabszej strony autorytetu, pozbawienia go przy stole rokowań, skoro nie udało się to w społecznej konfrontacji.” (cyt. za Garlicki, s. 24 i 23).


Tego typu głosy jednak nie zdominowały postaw w środowiskach opozycyjnych. Po trójstronnych negocjacjach z lat 1988-1989 otrzymaliśmy w rezultacie na blisko 20 lat nową formułę wielopłaszczyznowego sterowania społeczeństwem nie zaś jego upodmiotowienie. Grupa „rządowa” i „opozycyjna”, jak wiemy, za jedno z podstawowych zagrożeń dla „demokracji” uznały „ekstremistów” i ich zwalczały, przy czym ekstremizm był rozumiany w zależności od aktualnej optyki – ekstremistami mogli być kontestatorzy okrągłego stołu, ale też nazbyt antykomunistyczni księża. W tym kontekście warto cały czas pamiętać, że jednym z pierwszych wyzwań „systemowych” było też zapobieżenie „klerykalizacji Polski”, czyli stworzeniu „państwa wyznaniowego”; zatem z jednej strony marginalizowano ugrupowania i środowiska domagające się rzeczywistego zerwania z peerelem i komunistami, a z drugiej (ku uciesze komunistów) wypychano Kościół ze sfery społeczno-politycznej. Taki stan rzeczy można z powodzeniem nazwać kontynuacją peerelu.


Nic zaskakującego nie ma w tym, że spora część obywateli ma poczucie wyobcowania w nowym państwie polskim; to wyobcowanie nie bierze się znikąd; państwo zbudowane na kłamstwie („obalenie komunizmu”), bezprawiu („zalegalizowanie peerelu”) i niesprawiedliwości („nierozliczenie komunistów”, uwłaszczenie nomenklatury), choćby nie wiem jak to kłamstwo, bezprawie i niesprawiedliwość były przypudrowane i choćby nie wiem jakie urządzano igrzyska, by zagłuszyć sumienia - nie może być krajem, z którym obywatelowi chce się utożsamiać. Dlatego też Polska potrzebuje radykalnej zmiany.



25 sty 2009

Od pseudodemokracji do ustroju republikańskiego


Z. Stawrowski obok R. Legutki należy do najciekawszych współczesnych filozofów polityki w Polsce, toteż z zaciekawieniem przeczytałem (nomen omen na łamach „GW”, niech mi ziemia lekką będzie) wywiad dotyczący jego poglądów na będącą w kryzysie demokrację oraz na perspektywy powstania państwa republikańskiego w Polsce, szczególnie, że chciałbym, by te dwa tematy, tj. dysonans między demokracją a republiką (nieźle zarysowany w pismach Legutki) oraz kondycja ustrojowa i kulturowa współczesnej Polski stały się podstawą debaty w lutowej odsłonie POLIS MPC.



Przyjrzyjmy się najpierw temu, co mówi sam Stawrowski, nota bene uczeń ks. J. Tischnera:

„Nazwanie współczesnego państwa demokracją jest oczywistym skrótem myślowym i daleko idącym uproszczeniem. Mamy raczej do czynienia ze złożonymi, wielowarstwowymi organizmami politycznymi, których ustrój polityczny ma charakter mieszany. Nazywamy je z dumą demokracjami, bo dziś, po doświadczeniach z systemami totalitarnymi, pojęcie "demokracji" jest uznawane za wartość samą w sobie. Spróbowałem jednak przyjrzeć się współczesnemu państwu nieco bliżej i jak skalpelem wyodrębnić te elementy, które ludzie cenią, uznając je za istotne składniki demokracji, a które faktycznie z demokracją nie mają nic wspólnego. Ich pochodzenie jest zupełnie inne. W tym sensie demokracja ma coś z mistyfikacji, udaje coś - rzeczywiście wartościowego - czym wcale nie jest.

Jeśli zapytamy ludzi, co to jest demokracja, usłyszymy z pewnością: sprawiedliwość, szacunek dla podstawowych wolności i praw człowieka. To jednak mylenie pojęć. Demokracja w sensie dosłownym to tylko ustrój polityczny - rządy ludu. Dzisiejsze państwo należałoby już raczej nazwać demokratycznym państwem prawa i to właśnie instytucje państwa prawa słusznie budzą nasze uznanie. A państwo prawa, co do swej zasady, nie ma nic wspólnego z demokracją!

To takie państwo, gdzie jednostki mają zapewnione osobiste bezpieczeństwo i sprawiedliwe warunki działania w sferze publicznej, chociaż niekoniecznie politycznej. Państwo prawa może znakomicie funkcjonować w państwie jak najdalszym od demokracji, w którym nikt nie ma praw politycznych - na przykład w Prusach, monarchii Fryderyka Wielkiego, czy dziś w Singapurze. Prawa człowieka i prawa polityczne nie są bowiem tym samym, inne jest ich źródło, inne rozumienie wolności, które stanowi ich uzasadnienie, inna instytucjonalna przestrzeń, w których mogą się one realizować.Podobnie jest z innymi wartościami, które także przypisujemy dzisiejszej demokracji, a które także mają odmienne pochodzenie. Odpowiedzialność za wspólnotę polityczną, możliwość uczestniczenia w życiu publicznym, szkoła debatowania, troska o dobro wspólne - to idee nie tyle demokratyczne, ile republikańskie.”


(http://wyborcza.pl/1,76498,6170560,Totalitaryzm_i_demokracja_jak_jednojajowi_blizniacy.html )


Myślę, że warto się wspólnie zastanowić, w jaki sposób można zaprowadzić ustrój republikański w Polsce i jak zapobiec nie tylko pogłębiającemu się kryzysowi demokracji, który przyjmuje postać kolejnej (jak za sowietyzmu) fasadowości instytucji państwowych i politycznych, fasadowości, na której korzystają rozmaite grupy interesu, ale też zapobiec rekomunizacji Polski po 1989 r., rekomunizacji polegającej na dość regularnym przejmowaniu władzy przez czerwonych oraz poszerzaniu wpływów formacji komunistycznej, która już przed 20 laty powinna mieć definitywny zakaz jakiegokolwiek udziału w życiu politycznym.

I jeszcze jeden obszerny cytat z wywiadu ze Stawrowskim:



„W ustrojach właściwych rządzący troszczą się o dobro rządzonych, o dobro wspólne - czyli celem władzy jest res publica. W ustrojach zwyrodniałych władcom chodzi wyłącznie o ich własne dobro, traktują państwo jak prywatny folwark - interesuje ich tylko res privata. Monarchia, oligarchia i demokracja mogą więc być zarówno sprawiedliwe, czyli republikańskie, jak i zwyrodniałe, czyli despotyczne, w zależności od tego, jakie cele przyświecają tym, którzy stoją na czele państwa.W czasach nam bliższych Immanuel Kant - wielki teoretyk państwa wolności, zwolennik państwa prawa, lecz bynajmniej nie demokracji - uzupełnił to starożytne rozróżnienie dodatkiem, że chociaż monarchia czy oligarchia mogą być zarówno republikańskie, jak i despotyczne, to demokracja ze swej natury nigdy nie będzie republikańska. W demokracji rządzą bowiem ci, którym chodzi tylko o władzę, a pojęcie dobra wspólnego jest w ich motywacjach zupełnie nieobecne. Wyobraźmy więc sobie, że w rządzeniu państwem uczestniczą wszyscy dorośli obywatele, ale są to tacy ludzie, którym chodzi wyłącznie o władzę oraz korzyści związane z jej sprawowaniem - kiedy piszę o demonkracji, mam na myśli taki właśnie model. Uważam, że się do niego zbliżamy.Zmistyfikowany charakter demokracji widać chyba najlepiej w działalności demokratycznych polityków. Istotą ich działalności - pisał o tym już Platon w dialogu „Gorgiasz” - jest umiejętność wzbudzania przekonań o własnej kompetencji, mimo że się jej zupełnie nie posiada.”



Tematyka wydaje się więc nie tylko poważna czy nawet fundamentalna, lecz niezwykle ciekawa do podjęcia w sytuacji, gdy te nieliczne ugrupowania polityczne, które uważamy za warte poparcia, nie do końca zdają sobie sprawę z konieczności dokonania takiej gruntownej przebudowy, a jeśli mają świadomość, że warto by takiej przebudowy dokonać, to nie zawsze ją artykułują explicite. Pomijam już fakt, że wielu polityków ma dość blade intelektualne zaplecze, by dokonywać tego rodzaju refleksji nad podstawami współczesnego państwa i jego ustroju. W tym jednak wypadku rozmaite środowiska powinny wesprzeć polityków, by łatwiej było im takiej refleksji dokonać. Blogosfera zatem może także spełniać funkcje dydaktyczno-pedagogiczne w sferze polityki polskiej :)



Wracając do Stawrowskiego. Jest on autorem paru książek z dziedziny filozofii polityki, ale też tekstu „Aksjologiczne podstawy konstytucji” (http://www.rpo.gov.pl/pliki/12180269390.pdf ), który dodatkowo prowokuje do zastanowienia nad tym, jaki kształt powinniśmy nadać państwu polskiemu po dwudziestu latach kręcenia się w kółko za sprawą czerwonej kuli u nogi, kuli, jaką nam przykuto w 1989 r.


Namawiam więc wszystkich, którym ideały, do jakich odwołuje się POLIS MPC są bliskie, do nadsyłania swoich przemyśleń, tak byśmy kompleksowo podeszli do problemu. Także od strony, by tak rzec, techniczno-prawnej: do ilu osób zmniejszyć liczbę posłów i senatorów, jak zminimalizować fatalne skutki reformy administracyjnej za rządów AWS-u, która doprowadziła do zwielokrotnienia biurokracji państwowej i zdublowania się kompetencji na różnych szczeblach, jak doprowadzić do lepszej kontroli społecznej instytucji państwowych, jak ustalić strukturę rządu (z prezydentem jako głową państwa) w ustroju republikańskim, z jakich wzorców skorzystać itd.

Deadline: 10 lutego.

24 sty 2009

Ulica ślepa jak diabli


Gdyby tak z grubsza wziąć historię III RP, to można by powiedzieć, że są to dzieje nieustających powrotów komunistów do władzy, zakłócane czasami mniej lub bardziej udanymi próbami zmiany owego stanu rzeczy. Ten ciągły comeback czerwonych nie jest oczywiście wynikiem jakiegoś przypadku, lecz okrągłostołowego zalegalizowania peerelu i tym samym pozostawienia komunistom wolnej ręki w dalszym zagospodarowywaniu polskiego państwa. Można to porównać do sytuacji, w której lekarz, stwierdziwszy u pacjenta istnienie nowotworu, mówi: a, zobaczmy, czy się po prostu nie da z tym normalnie pożyć. No i tak z komunistycznym nowotworem żyjemy sobie już 20 lat w „wolnej Polsce”.



Może nie będę tej metafory rozwijał (przyznam tylko, że zaczerpnąłem ją z wypowiedzi śp. K. Kieślowskiego, który kiedyś, ku zgrozie zasłuchanych dziennikarzy, powiedział na jednej z konferencji prasowych, że komunizm jest jak rak, na to się umiera), bo i tak mamy dostatecznie mocne poczucie, że żyjemy w zapaskudzonym kraju. Najgorsze jednak jest nie tylko to, iż komuniści mają nad sobą cały czas parasol ochronny, zapewniony im przez „demokratyczną opozycję”, ale to, że uważają się za uprawnionych do decydowania o, by tak rzec, „kształcie demokracji” oraz dalszych przemian III RP. Gdyby nie to, że, jak wspomniałem wyżej, komuniści nieustannie powracają do władzy i dokonują dalszej destrukcji państwa, to można by na ich „projekty” patrzeć z przymrużeniem oka – są oni jednak cały czas realną siłą polityczną, która ma swoje realne zaplecze bezpieczniackie i „naukowe”.


Niezmordowany „prof. Reykowski”, jeden ze sterników Jaruzela, opracowuje właśnie „Projekt dla Polski”, który ma stanowić intelektualne wsparcie dla błakającej się bez pasterza, komunistycznej braci. Warto pamiętać, że Reykowski należał nie tylko do psychostrategów stanu wojennego oraz złotej dekady lat 80., że był jednym z czerwonych uczestników „okrągłego stołu”, ale i należy do stałych „psychoanalityków”, a ściślej, socjotechników, III RP, co łatwo sprawdzić, czytając jego diagnozy w zbiorówce „Podstawy psychologii politycznej”, która została już parokrotnie wydana, a o której szerzej napiszę w lutowym POLIS MPC (http://www.polis2008.pl/ ). O „Projekcie dla Polski” możemy przeczytać w najnowszym komunistycznym „Przeglądzie”:


„Określając ten projekt jako lewicowy, powinniśmy od razu wyjaśnić, w jakim sensie używamy tu pojęcia lewicowości. Pojęcie to bywa rozumiane różnorako. Jeśli pominiemy, zdezawuowany przez historię, komunistyczny wariant lewicowości, to różne obecnie występujące odmiany lewicowości można rozpatrywać jako przejawy wąskiego lub szerokiego rozumienia tego pojęcia. Lewicowość w wąskim rozumieniu to formacja polityczna (mniej lub bardziej zorganizowana), która czuje się reprezentantem potrzeb i interesów upośledzonych warstw społeczeństwa. Zmierza ona do takich celów jak:

- Rozbudowa opiekuńczych funkcji państwa.

- Umocnienie związków zawodowych.

- Zwiększenie kontroli państwa nad działalnością gospodarczą.

- Obrona i poszerzenie praw pracowniczych.

- Przeciwstawianie się klerykalizacji kraju.

- Obrona praw mniejszości.



Wydaje się, że „przeciwstawianie się klerykalizacji kraju” to znak rozpoznawczy każdego prawdziwego komunisty, więc jesteśmy w domu. Na tym jednak nie koniec. Reykowski kreśli wskazuje na inne zagrożenia społeczno-polityczne:



„Wbrew temu, czego można by oczekiwać, tak sformułowane cele polityczne lewicy wcale nie zaskarbiają jej szerokiego poparcia wśród warstw upośledzonych. Jednym z powodów tego stanu rzeczy jest fakt, że wśród tych samych grup społecznych, które są zainteresowane np. rozbudową opiekuńczych funkcji państwa (takie postawy deklaruje znacznie powyżej 50% Polaków), spotkać można niemałą proporcję osób nastawionych niechętnie lub wrogo wobec mniejszości, nastawionych ksenofobicznie, silnie związanych z Kościołem katolickim i nieskorych do przeciwstawiania się mu. Właśnie na te grupy nastawiona jest polityka prawicy populistyczno-autorytarnej, takiej jak PiS, i z poparcia tych grup czerpie ona swoją siłę.”



Wrogów komunizmu widzi się więc już dwóch: Kościół katolicki oraz „prawicę populistyczno-autorytarną”. Pisze to zresztą długoletni członek PZPR, który być może z Kościołem katolickim zbyt wiele wspólnego nie miał, natomiast z populizmem i autorytaryzmem monopartii bardzo dużo, więc wie, w czym rzecz. Od tych problemów szczegółowych Reykowski przechodzi do ogólnej analizy sytuacji w kraju z dalszym wskazaniem realnych zagrożeń:


„Punktem wyjścia lewicowego Projektu dla Polski musi być diagnoza problemów, przed którymi obecnie staje nasz kraj na tle problemów współczesnego świata. W ostatnim 20-leciu mieliśmy do czynienia z dwiema rozbudowanymi diagnozami problemów polskiego społeczeństwa i z dwoma projektami ich rozwiązywania. Pierwsza, ukształtowana na progu III RP, jest dziś nieaktualna. Druga, sformułowana w ramach formacji populistyczno-autorytarnej i związana z nazwiskiem Jarosława Kaczyńskiego, jest powszechnie znana, toteż nie ma powodu nad nią dłużej się zatrzymywać. Można tylko zaznaczyć, że diagnoza ta dezawuuje dokonania Polaków nie tylko w okresie PRL, lecz także w okresie III RP, a u jej podstaw leży szeroko rozwijana koncepcja wrogów wewnętrznych i niebezpiecznych rywali naszego kraju w otaczającym nas świecie. Oparty na tej diagnozie program naprawy zakłada konieczność bezwzględnego rozprawiania się z wrogami, nieustępliwości wobec rywali i nieustannej czujności wobec knowań przeciwników i wrogów. Ale także szukania oparcia u zamorskich przyjaciół. Nie trzeba nikogo przekonywać, że ta w gruncie rzeczy prymitywna diagnoza grozi wprowadzeniem naszego kraju w ślepą ulicę. [podkr. F.Y.M]


Nic dziwnego więc, że formacja populistyczno-autorytarna jawi się Reykowskiemu jako największe zagrożenie dla wciąż młodej demokracji III RP. Wprawdzie dziwnie współbrzmi to z tezami, jakie nie tak dawno w swym otwartym liście do młodego bojownika o demokrację R. Kalukina napisał sam A. Michnik, ale chyba takie wspólne tory myślenia u konstruktorów ładu i porządku na ziemiach polskich po 1989 r. to rzecz normalna. W przeciwieństwie jednak od tego ostatniego, Reykowski stwierdza, że najgorsze dla polskiej demokracji minęło.



„Przypuszczam, że większość z nas zgodzi się z poglądem, że w ciągu ostatniego prawie 20-lecia zbudowane zostały jej nader silne fundamenty, na tyle silne, że była ona zdolna obronić się przed groźną falą autorytaryzmu, z jaką mieliśmy niedawno do czynienia.”


Być może jednak przecenia on siły fundamentów i nie bierze pod uwagę sytuacji, w której zdeptany gad klerofaszyzmu jednak podniesie głowę? Tak czy tak, konstruuje on program powrotu komunistów do realizowania kolejnych wyzwań współczesności, wyznaczając obszary problemowe poszczególnym specjalistom, których nazwiska brzmią, z oczywistych względów, dość znajomo:



„Uruchamiamy prace sześciu zespołów tematycznych zajmujących się następującymi problemami: - Jakość demokracji – pod kierunkiem prof. Janusza Reykowskiego. - Modernizacja kraju i walka ze społecznym upośledzeniem – pod kierunkiem prof. Zdzisława Sadowskiego. - Edukacja jako sposób zwalczania społecznego upośledzenia i czynnik społecznego rozwoju – pod kierunkiem prof. Janusza Gęsickiego. - Media publiczne i polityka kulturalna – pod kierunkiem prof. Wiesława Godzica. - Miejsce Polski w Europie i na świecie – pod kierunkiem senatora Włodzimierza Cimoszewicza. - Polityka miejska, lokalny ład a lewica – pod kierunkiem dr. Piotra Żuka. Uruchamiamy też zespół poświęcony tożsamości współczesnej lewicy. Zespół ten zająłby się tradycją lewicową w Polsce oraz kwestią stosunku lewicy do współczesności. Zespołem tym pokieruje prof. Jerzy Wiatr.”



Wprawdzie całe to gremium nie nazywa się Instytut Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu, jak choćby ten, którym kiedyś „prof. Wiatr” kierował, ale ideały pozostały te same. Stalin jednak przestrzegał przed zlekceważeniem problematu kadr. Towarszysze, kadry przede wszystkim! W sytuacji zaś, gdy część mastodontów komunizmu jest już o krok od rozmowy kwalifikacyjnej ze św. Piotrem, to może się okazać, że szczytnych idei Reykowskiego nie będzie komu wcielać w czyn, wszak przywilej wiecznej młodości jeno Leninowi w udziale przypadł (kto był w moskiewskim mauzoleum, ten wie). A i sowieckich bagnetów nie za wiele w okolicy. Tak więc na mój ciemny rozum to wcale nie tak surrealistyczny może się okazać najczarniejszy, czarnosecinny zgoła, scenariusz zwrotu dziejów do ślepej ulicy z populistami i autorytarystami na czele Polski. A wtedy niech ręka boska komunistów broni.

Michnik i Urban jako mózgi "polskiej pieriestrojki"


Sądzę, że za głównych stolarzy, czyli konstruktorów „okrągłego stołu” legalizującego peerel, czyli, jak to określił T. Mazowiecki, "polskiej pieriestrojki", należy uznać A. Michnika i J. Urbana. Do takich wniosków można dojść choćby po lekturze „Karuzeli” A. Garlickiego. Sam autor, nie tylko członek PZPR i współpracownik SB (o tym już na okładce książki wydawca nie wspomina, oczywiście, bo jakie to może mieć znaczenie dla czytelnika historycznej książki), ale osoba zbliżona do władz komunistycznych, pisząc swoją książkę korzystał z rozmaitych archiwów oraz, co warte odnotowania z „kolekcji Jerzego Urbana”. Kolekcję tę, jak pisze Garlicki, stanowią „materiały nieuporządkowane”, a nazywa się ona „Archiwum Dokumentacji Historycznej PRL”. Warto by się zastanowić, ile takich kolekcji skompletowali sobie inni czołowi komuniści i co tam w tych kolekcjach (i na kogo) jest, lecz nie o tym chcę opowiadać.


Otóż, być może szerzej nieznanym faktem jest to, iż pomysł „kontraktowego sejmu” wykrystalizował się na kartach książki „Takie czasy… Rzecz o kompromisie” („Aneks”, Londyn 1985), gdzie Michnik pisał m.in. tak:


„Despotyzm może być wynikiem poczynań zwycięskiej rewolucji (Nikaragua, Iran) lub represyjnego rewanżu kontrrewolucji klas panujących (Chile, Polska). Warunkiem niezbędnym tedy pokojowej realizacji przeobrażeń społecznych czy politycznych jest osiągnięcie kompromisu sił postulujących reformy ze skłonnymi do ugody odłamami klasy rządzącej. Kompromis taki powiódł się w Hiszpanii, jego skutkiem była transformacja frankistowskiego despotyzmu w system parlamentarnej demokracji. Czy analogiczny kompromis możliwy jest do wyobrażenia w Przodującym Ustroju, w Polsce? Od odpowiedzi na to pytanie zależy przyszłość naszego kraju.

Bowiem lekcję 13 grudnia można odczytać na dwa sposoby. Jeden z nich sprowadza się do przeświadczenia: nigdy i nigdzie nie należy zasiadać do wspólnego stołu z komunistami, nie należy ufać nawet jednemu ich słowu ani też podpisywać z nimi żadnych porozumień. Ten sposób czytania lekcji grudniowej dyktuje rozum analityków niedawnej przeszłości i emocje ludzi okłamanych.

Drugi sposób odczytywania przeszłości zasadza się na przekonaniu, że przyszłe kompromisy – jeśli mają być realne – muszą przyjąć za punkt wyjścia rzeczywiste i precyzyjnie nazwane interesy układających się stron, a nie pomieszczone w konstytucji frazesy o władzy ludu. Za takim odczytywaniem minionych kart naszej najnowszej historii przemawia przypuszczenie, że dopóki nie zmieni się zasadniczo sytuacja międzynarodowa lub też nie dojdzie do niewyobrażalnych dziś zmian w ZSRR (co zresztą na jedno wychodzi), dopóty Polacy, a także rządzący Polską komuniści, będą zmuszeni rozstrzygać swe konflikty metodą kompromisów.”


Jak widać, Michnik nie brał pod uwagę trzeciej możliwości, o której wspominałem w tekście „’Okrągły stół’ jako legalizacja peerelu” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2009/01/okrgy-st-jako-legalizacja-peerelu.html ), czyli takiej, że negocjacje z komunistami traktuje się dokładnie tak jak pertraktowanie z przetrzymujących zakładników terrorystami, czyli de facto, ustala się z nimi warunki ich poddania się, które później posłużyć mogą za ewentualne okoliczności łagodzące w osądzaniu popełnionych zbrodni (i w ten sposób za poddanie się bez stawiania zbrojnego oporu (tu: posyłania wojska i Bezpieki przeciwko obywatelom) można by Jaruzelskiemu i Kiszczakowi darować życie, a skazać na długoletnie więzienie, choć w tradycji polskiej (i nie tylko polskiej) utarło się, że zdrajców narodu, ludziom służącym okupantom zwyczajnie się karze śmiercią). Ale Michnik pisze nieco dalej tak (i to będą te najciekawsze fragmenty):


„Jesteśmy jednak w pełni świadomi, że w ramach totalitarnych reguł gry nie są możliwe takie wybory do Sejmu, które z pewnością dowiodłyby, że rządzący komuniści nie dysponują poparciem społeczeństwa. Żadna totalitarna dyktatura nie oddała władzy dlatego, że przegrała wybory – o tym też pamiętamy. Nie formułujemy tedy postulatu, by komunistów odsunąć od władzy, bowiem byłoby to hasło do totalnej konfrontacji, a nie płaszczyzna kompromisu (…)

Jednak droga do kompromisu nie musi być na zawsze zamknięta. Wyjściem mogłoby być rozwiązanie umożliwiające społeczeństwu autentyczny wybór do Sejmu choćby 30 procent spośród deputowanych. Jednak tych samych 30 procent wpisanych na jedną listę obok Siwaka i Urbana spowodować może tylko tyle, że osoby te utracą swój dotychczasowych autorytet. Inaczej mówiąc, realną drogą do kompromisu jest poszerzenie sfer podmiotowości, a nie kupowanie głosów i nazwisk za cenę kilku czy kilkunastu mandatów.”
(oba fragmenty cyt. za Garlicki, s. 16-18)


Brzmi znajomo, prawda? A przecież propozycja ta pada parę miesięcy po zabójstwie ks. J. Popiełuszki. Wygląda więc na to, że idea wolnych wyborów od samego początku „deliberowania” (na łamach wydawnictw podziemnych i w trakcie rozmaitych poufnych spotkań z ludźmi „generała Kiszczaka”) na temat możliwości „kompromisu” czy nawet „pojednania”, w ogóle nie była brana pod uwagę. Nie należy więc dziwić się komunistom, że taki scenariusz wydarzeń uważali za warty przyjęcia. Oczywiście, na realizację tego scenariusza potrzeba było paru lat „negocjacji”, które w 1988 nabrały już rozpędu (zwł. w sierpniu na spotkaniu Kiszczaka z Wałęsą), gdy akurat krajem zaczęły trząść poważne strajki, bo jeszcze w 1985 r., czego młodzież pamiętać nie może, odbyły się „wybory parlamentarne” do peerelowskiego „Sejmu”.


No ale wspomniałem o Urbanie. Poznaliśmy bowiem jedną stronę medalu, a teraz przyjrzyjmy się drugiej. Otóż Garlicki wspomina o istnieniu w latach 80. czerwonego think tanku, takiego ideologicznego Rudego 102, załogę którego stanowiły trzy osoby: S. Ciosek, „generał Pożoga” (szef wywiadu MSW) i J. Urban. Załoga ta, chyba nie trzeba wyjaśniać, dlaczego, cieszyła się całkowitym zaufaniem Jaruzela, przygotowując (m.in. w willi w Magdalence) specjalne raporty, w których prezentowano analizy zmieniającej się sytuacji (np. kwestia zwolnienia więźniów politycznych) i propozycje dalszych ruchów podporządkowujących „demokratyczną opozycję” komunistycznym planom. Warto więc przejrzeć przynajmniej niektóre fragmenty tekstów z „kolekcji Urbana”, by mieć świadomość, z jaką precyzją działał ten think tank, opracowując nawet szczegółowe scenariusze dla działań policji politycznej:



„MSW przypuszczalnie potrafi określić czas i miejsce zebrania TKK [Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej „Solidarności” – przyp. F.Y.M.]. Jeśli uda się zapewnić, że wkroczenie na zebranie MO nie zdekonspiruje wiedzy MSW o terminie i miejscu zebrania, proponujemy, aby na zebranie to wkroczyła milicja mundurowa złożona z nielicznych funkcjonariuszy niskiej rangi (np. sierżant- dzielnicowy MO) oraz ekipa TVP. Milicjant powiedziałby, że zebranie jest nielegalne, proszę o dokumenty, rozszyfrowałby prawdziwe nazwiska, pytał – od jak dawna obywatel nie pracuje, nic nie robi, tylko tak zbiera się i marnuje czas. I dalej – proszę się rozejść do domu, do żony, do dzieci, do roboty. Może pomóc w zdobyciu pracy?

Wszystkie te zabiegi dokonywane w tonacji łagodnej, a ośmieszającej – TVP by rejestrowała. Reporter TVP podjąłby dialog z członkami TKK według z góry starannie przygotowanego scenariusza. Na przykład – po co tak panowie marnujecie czas. Cztery lata temu zapowiedzieliście program, który zbawi Polskę i nie ma programu. Cztery razy wzywaliście do strajków, siedem razy do manifestacji i nie było strajków ani manifestacji.

Następnie odpowiednio skrojone nagranie zostanie nadane w dzienniku telewizyjnym jako relacja reporterska z zebrania tajnej TKK.”
(Garlicki, s. 40-41).


Ten think tank opracowywał rozmaite warianty możliwego rozwoju wydarzeń, zmierzające do włączenia przedstawicieli „opozycji demokratycznej” w proces „pojednania”. Proponowali np. by Wałęsę włączyć do (działającej jako ciało doradcze, z którym spotykał się Jaruzel) tzw. Rady Konsultacyjnej (powołanej w 1986 r.), tak by Wałęsa mógł wystąpić obok „przewodniczącego Rady Państwa” w trakcie powitania Jana Pawła II przybywającego z pielgrzymką do Polski w 1987 r. Miało to przynieść następujące rezultaty:



„Po pierwsze (…) pogłębienie podziału w opozycji i jej ostateczna dekompozycja. Po drugie, byłoby to zamknięcie konfliktów politycznych z 1981 r., usankcjonowanie przez przywódcę „Solidarności” stanu wojennego i jego publicznych następstw z likwidacją „Solidarności” włącznie, i to niezależnie od tego, co by Wałęsa mówił dla zrównoważenia wrażenia, jakie wywołałby jego akces do Rady. Po trzecie, stanowiłoby to spektakularne, widoczne dla całego świata, ukoronowanie procesu porozumienia narodowego. Po czwarte, byłoby to wybicie Zachodowi, dla którego Wałesa jest symbolem, ostatnich argumentów antypolskich. Członkostwo Wałęsy w Radzie Konsultacyjnej oznaczałoby odebranie opozycji jej głównego symbolu.” (Garlicki, s. 45).


Warto zapamiętać określenie „ostateczna dekompozycja opozycji”. To właśnie się udało i Michnikowi, i Wałęsie, i Urbanowi z jego think tankiem. A co było dalej, mimo że Wałęsa akurat do Rady Konsultacyjnej nie wszedł, to mniej więcej wiemy z opracowań na temat spotkań w Magdalence itd.


Kiedyś pół żartem, pół serio napisałem, że być może rok 1981 (zwł. grudzień) należy uznać za początek legendarnej polskiej transformacji. Myślę, że zbliżamy się powoli do takiego stwierdzenia, przy czym należałoby uświadomić wszystkim chętnym do świętowania „20-lecia III RP”, że jeszcze dwie wiosny, a będziemy mieć „trzydziestolecie”. Tak ten czas leci, proszę Państwa, tak ten czas leci.


Andrzej Garlicki, Karuzela, Czytelnik, Warszawa 2004.
http://www.wprost.pl/ar/?O=73908&C=57

23 sty 2009

"Okrągły stół" jako legalizacja peerelu


Kiedyś, przed kilkunastu laty, na jednym weselu trafiła mi się okazja pogadania (po paru głębszych, rzecz jasna) z jednym z pradawnych „dyrektorów zjednoczenia” (młodzi pewnie nie wiedzą, co to były zjednoczenia, więc niech sobie poszukają w historii gospodarczej peerelu), no i – ma się rozumieć – zeszliśmy na problemy polityczne. Ja zacząłem rzewnie od popularnego wówczas hasła (a i po dziś dzień w niektórych środowiskach ono się pojawia) „nie ma jak za komuny”, chcąc wprawić mojego interlokutora w błogi nastrój wspomnień złotych lat, niestety jednak wyczuł w moim głosie jakąś fałszywą nutę (to w ogóle ciekawa rzecz, że ilekroć w komunistycznym środowisku mówię „nie ma jak za komuny”, to od razu ktoś patrzy na mnie spode łba, nie wiedzieć czemu), no i najeżył się z lekka, sądząc, że ja się za jakieś rozliczenia mam zamiar wziąć. Tymczasem ja pragnąłem wyrazić swój niekłamany podziw dla całej skomplikowanej komunistycznej machiny w ówczesnym państwie, mówiąc mojemu sąsiadowi przy weselnym stole, że wszystko to od samego początku było nielegalne. Nie da się bowiem ukryć, że nie istniały żadne podstawy prawne pozwalające zaistnieć „Polsce Ludowej”, czyli, innymi słowy, wszystkie instytucje, „dekrety”, a następnie „ustawy”, „kodeksy”, to była jedna wielka uzurpacja i bezprawie. Pomijam już kwestie agenturalności osób tworzących rozmaite „struktury władzy” sowietyzowanego kraju nad Wisłą, jak też kwestie zatrudniania w strukturach służb specjalnych, wymiaru sprawiedliwości oraz milicji – zwykłych bandytów – choć też są istotne. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że struktury państwa „ludowego” są nielegalne, to właściwie czymś drugorzędnym pozostaje to, czy obsadzają je „pożyteczni idioci”, czy też zwykli przestępcy (czasami jedno, tj. pożyteczny idiotyzm, idzie w parze z drugim, tj. przestępczością, oczywiście), mimo że dla obywateli skutki ich działań mogą się różnić pod względem represyjności.


Dobrze, tylko co mi na to powiedział mój rozmówca? Zaperzył się i odparował, że przed II wojną światową władze i państwo polskie też powstały w nielegalny sposób i też były nielegalne. Oczywiście nie miał racji, ale tego wątku w tej chwili rozwijać nie muszę. Wystarczy powiedzieć (w bardzo dużym skrócie), iż czym innym jest odzyskiwanie niepodległości w sposób zbrojny i zapewnienie warunków do funkcjonowania swobód obywatelskich i normalnego rozwoju państwa, a czym innym tworzenie dublujących legalne struktury państwa (w czasie II wojny istniejące zarówno poza granicami okupowanego kraju, jak i na jego terenie) organizacji i przyznawanie im mocy „państwotwórczych” ukierunkowanych na tworzenie satelity okupanta i na zniewolenie obywateli. Jeśli jeszcze dodamy, że te organizacje powstają na terenie jednego z okupantów, a następnie, dzięki osłonie armii okupacyjnej, rozpoczynają działalność „legislacyjno-polityczną”, to nie powinniśmy mieć najmniejszych wątpliwości, co do statusu prawnego takiego państwa i jego struktur.


Ważniejszy jest wszak inny wątek, który warto podjąć w kontekście utrwalającej się mitologii wokół tzw. „obalenia komunizmu” i dwudziestolecia tego „obalenia”. Otóż musimy sobie powiedzieć jasno: „okrągły stół” dokonał rzeczy, która nie udała się samym komunistom przez kilkadziesiąt lat – zalegalizował peerel. Jeśli nikt tego jeszcze głośno nie powiedział, to ja to chcę powiedzieć. Po pierwsze, uznano legalność władz peerelu, po drugie uznano legalność peerelowskiego systemu, po trzecie, zakonserwowano przejściowy stan rzeczy w sposób prawno-polityczny. Postąpiono zatem tak, jakby policja przybyła do dzielnicy opanowanej przez mafię i ustaliła z ojcami chrzestnymi, że owszem, mafia już nie będzie zabijała, ale zostawi sobie pewne rewiry do swojej działalności, a poza tym będzie z policją żyła w zgodzie i nawet urządzi się wspólne, mafijno-policyjne patrole na ulicach dla bezpieczeństwa obywateli.


Kiedy czyta się te coraz bardziej baśniowe opowieści protagonistów ówczesnych „rewolucyjnych przemian”, to można dostrzec zjawisko zacierania się pamięci (z biegiem lat to proces naturalny nie tylko dla tak wybiórczych pamięci, jak T. Mazowieckiego czy A. Michnika) oraz coraz większego zamazywania się istoty rzeczy. Mazowiecki w swoim wykładzie, do którego link podaję poniżej, posuwa się do takiego twierdzenia, że pod koniec lat 80. mieliśmy do czynienia z „polską pieriestrojką”. To nawet nie takie złe określenie, jeśli uznamy, że tak jak w Związku Sowieckim, pieriestrojka służyła takiej transformacji systemu komunistycznego, by zapewnić mu (a ściślej jego mundurowym beneficjentom) lepszą wydolność ekonomiczną, a jednocześnie zachować pełnię władzy w rękach Bezpieki, co widać w Rosji po dziś dzień i to nawet bez czytania książek A. Litwinienki czy wywiadów W. Bukowskiego. Podejrzewam jednak, że Mazowieckiemu nie o to chodziło, skoro mówi:


„Po pierwsze, nie było żadnych tajnych ustaleń w Magdalence. Wszystko, co było w Magdalence dyskutowane, jest ujawnione w publikacjach, o których wspomniałem. Po drugie, to nieprawda, że za długo trzymaliśmy się ustaleń Okrągłego Stołu. Przecież już w tym 1989 roku powstaje rząd z niekomunistycznym premierem. To dalekie odejście poza ustalenia Okrągłego Stołu. Przy Okrągłym Stole sądziliśmy, że przejściowy stan będzie się utrzymywać trzy, cztery lata. Okazało się, że utrzymywał się on trzy miesiące.


I wybory, i utworzenie rządu, którym kierowałem, są następnym krokiem do przejęcia władzy, czego przy Okrągłym Stole nie przypuszczano. Więc nie jest prawdą, że trzymano się zbyt długo ustaleń Okrągłego Stołu. Życie je przekraczało i myśmy w tym brali aktywny udział. Jeżeli natomiast krytykuje się na przykład to, że za późno czy zbyt długo nie robiłem zmiany w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i w MON, kiedy byłem premierem, to proszę mnie tym obciążać, a nie Okrągły Stół. To wynikało z mojej oceny sytuacji, z mojej oceny przygotowania do przejęcia przez nas tych ministerstw, a nie z żadnych tajnych ustaleń Okrągłego Stołu.


Dlatego jeżeli mamy być uczciwi, jeżeli 20-lecie ma przełamać te nieprawdy i przełamać tę barierę wzajemnego niezrozumienia, to trzeba spojrzeć prawdziwie, jak było: Okrągły Stół był wielkim krokiem, wielkim otwarciem. Był naturalnie kompromisem, ale kompromisem, który stanowił otwarcie do dalszych rozwiązań. I te przyszły szybciej, niż myśleliśmy.”

(http://wyborcza.pl/1,88975,6193434,Nie_trzymalismy_sie_Stolu.html)


Mazowiecki tłumaczy zatem nam, niedowiarkom, jakie skokowe zmiany zachodziły w Polsce, choć jakoś pomija takie fakty, jak majstrowanie przy ordynacji w trakcie „kontraktowych wyborów” (między jedną turą a drugą), wybór „prezydenta Jaruzelskiego” i desygnowanie przez niego „premiera Kiszczaka”. Mantra o „pierwszym niekomunistycznym premierze” brzmi dla mnie zgoła fantastycznie w sytuacji, gdy resorty siłowe były w rękach członków WRON-u. Mazowiecki mógłby jeszcze wspomnieć, jaki miał wtedy stosunek do Układu Warszawskiego i stacjonowania wojsk sowieckich w Polsce, no ale przecież nie można wymagać zbyt wiele, skoro pamięć potrafi płatać figle nie tylko „niekomunistycznym premierom”. Nawiasem mówiąc, warto zajrzeć do radiowej rozmowy R. Bugaja z Mazowieckim (na „dwudziestolecie”, naturalnie), której przysłuchiwałem się niedawno i w której ten ostatni oburzał się na nazywanie junty Jaruzela „organizacją przestępczą” i jej sądzenie z tego tytułu (http://www.polskieradio.pl/jedynka/debaty/debaty.aspx?c=7&id=498 ).



To zresztą może być clue całej sprawy. Przekonuje się nas przecież od lat, że prowadzono mozolne negocjacje, po których powstało nowe państwo. Taka wersja przynajmniej obowiązuje oficjalnie. Co więcej, dorzuca się zwykle hasło „pacta sunt servanda”, co ma stanowić wyjaśnienie, dlaczego nie doszło do jakiegokowiek poważnego rozliczenia komunizmu i czerwonych zbrodniarzy. Zauważmy przy okazji, że Mazowiecki powyżej zaznacza, że „nie trzymali się Stołu”, jak to zatytułowała „GW”, a więc, że w pewnych sferach możliwe było odejście od „negocjacyjnych ustaleń”, czyli od „umów” – pytanie, dlaczego tylko w niektórych sferach? Mniejsza jednak z tym. Podkreślanie jakiejś wagi umów służy bowiem nie tylko „usprawiedliwieniu” przerażającej indolencji „obalaczy komunizmu”, ale też – na co chcę szczególnie zwrócić uwagę – dalszej legalizacji statusu peerelu i jego zarządców. Nic dziwnego, że z marszu niemalże komuniści przystąpili do zagospodarowywania najrozmaitszych obszarów „niekomunistycznego państwa”, no i poza „uwłaszczeniem” uzyskali całkowicie legalną reprezentację polityczną, a następnie (po wielokroć) realny wpływ na rządzenie III RP.


Mimo że w zapisach konstytucyjnych pojawiły się po iluśtam latach zakazy dotyczące propagowania komunizmu, to przecież nikomu z „obalaczy komunizmu” nie przyszło do głowy, by zwyczajnie po zakończeniu „negocjacji” w 1989 r. zdelegalizować partię komunistyczną (oraz organizacje satelickie) i zakazać działalności politycznej jej (ich) członkom (zwł. wyższego szczebla). To rozwiązanie, które można by uznać za pre-dekomunizację mogłoby od razu uzdrowić sytuację polityczną w kraju, uniemożliwiając pchanie się do parlamentu wszelkiej rogacizny z wypalonym na czole znakiem czerwonej gwiazdy, rogacizny, której miejsce jest w oborach, nie zaś w fotelach sejmowych czy senackich. No ale, jak wiemy, „obalaczy komunizmu” takie rozwiązania wcale nie interesowały, ponieważ „umowy zobowiązywały” o wiele dłużej niż, jak mówi Mazowiecki, „3 miesiące”. „Umowy” te obowiązują, niestety, do dziś, co widać po parasolu ochronnym, pod jakim skryci są komuniści, wojskówka i bezpieczniacy od 20 lat.


O co chodzi z tym dotrzymywaniem umów? Ktoś może powiedzieć, że jeśli się z kimś negocjuje i się coś wynegocjuje, to potem należy się zachować godnie i nie łamać ustaleń. Pozornie tak. Problem jednak w tym, z kim negocjujemy i w jakich okolicznościach. Jeśli ktoś przetrzymuje zakładników i grozi ich zabiciem, to negocjujemy zwykle po to, by uratować życie niewinnych ludzi i odwlec jak najdłużej sytuację, w której porywacze stracą nad sobą kontrolę. Jednocześnie jednak, o ile to możliwe, urządzamy zwykle (tajną dla drugiej strony) akcję zmierzającą do odbicia zakładników. Względy wyższe przemawiają za tym, że obiecujemy przestępcom w trakcie takich negocjacji rzeczy, których tak naprawdę nie zamierzamy spełnić (uwolnienie kogoś z więzienia, zapłacenie wysokiego okupu, podstawienie helikoptera umożliwiającego ucieczkę itp.) i nikt też (ze zdrowo myślących ludzi) do negocjatorów nie ma potem pretensji, że po schwytaniu porywaczy pakują ich do więzienia. Co więcej, nawet sami porywacze wiedzą, że skoro przegrali, to domaganie się przez nich „egzekwowania umów” jest nonsensem, ponieważ oni sami złamali jakiekolwiek umowy, decydując się na porwanie ludzi i przetrzymywanie ich dla przestępczych celów.


Właśnie z taką sytuacją mieliśmy do czynienia u schyłku peerelu – komuniści byli przestępcami, zbrodniarzami, a co gorsza, ludźmi przetrzymującymi w represyjnym systemie całe społeczeństwo polskie. O ile więc negocjowanie można było z nimi podjąć (choć może lepsze byłoby siłowe przejęcie władzy), to należało potraktować je tak, jak negocjacje z porywaczami. Tymczasem mitologia „okrągłego stołu” nie tylko przedstawia obie strony negocjacji jako „równe” czy „partnerskie”, ale i legalne. „Pacta” zawarte przy „okrągłym stole” należało uznać jako zawarte ze zbrodniarzami i w bardzo specyficznym kontekście (troska o zniewolonych, przetrzymywanych bezprawnie w komunizmie, obywateli; obecność sowieckich wojsk okupacyjnych; podporządkowanie „ludowego” wojska i „ludowych” sił bezpieczeństwa Moskwie itd.). Tymczasem uznano je jako porozumienie niemalże równoprawnych stron. W ten sposób dokonano rzeczy niebywałej i skandalicznej – zalegalizowano peerel z całą jego infrastrukturą, zaś III RP konsekwentnie skonstruowano jako jego polityczno-prawną kontynuację.

22 sty 2009

Zaśnieżone, styczniowe Miasto Pana Cogito


Nareszcie :) Z radością donoszę o nowej, styczniowej odsłonie Miasta Pana Cogito, w której nie tylko pojawiają się nowi Obywatele, ale i jeszcze więcej atrakcji niż w grudniowym POLIS MPC. Są przede wszystkim wywiady – przy czym jeden wyjątkowy. Po pierwsze o sztuce i swojej życiowej drodze mówi Gosza Safronow, którego znakomite prace ubogaciły grudniowe POLIS MPC (i których nie brakuje i w styczniowej odsłonie). Po drugie jest obszerny wywiad z Kiszczakiem z 1986 roku wydany swego czasu w wewnątrzpezetpeerowskiej broszurze. Warto go poczytać w kontekście niedawnych grudniowych oświadczeń „generała” oraz zbliżających się wielkimi krokami „obchodów dwudziestolecia III RP”.


Poza tym mnóstwo świetnej publicystyki, trochę poezji i prozy, wiele znakomitych zdjęć – żyć nie umierać :) No i można nasze teksty komentować, oczywiście.

http://www.polis2008.pl/

Przy okazji podaję aktualny adres do korespondencji: Miasto_Pana_Cogito@polis2008.pl – dla tych wszystkich, którzy chcieliby podesłać nam swoje teksty lub ilustracje do lutowej odsłony. Proszę zapoznać się z rubryką ‘Call for papers’ (nadsyłanie prac w odpowiednim formacie i odpowiednio opisanych bardzo ułatwia nam potem życie). Za miesiąc POLIS MPC poświęcimy debacie o współczesnej Polsce, o jej podstawach ustrojowych i jej przyszłości, odwołując się między innymi do pism filozoficzno-politycznych Ryszarda Legutki i krakowskiego Ośrodka Myśli Politycznej, z którym chcemy nawiązać współpracę równie owocną, jak dotychczasowa nasza kooperacja z „Arcanami”.


Acha, wydanie w PDF-ie Miasta Pana Cogito już jutro :), ale i tak wszystkie teksty są on-line, więc naprawdę jest co czytać przez najbliższe dni i jest o czym dyskutować.


Mam nadzieję, że styczniowa odsłona Miasta Pana Cogito zainteresuje wiele osób :)