8 sie 2009

O złożonych osobowościach

Wczoraj, jadąc przez Polskę, słyszałem w Jedynce korespondencję jakiejś pańci, która, stojąc na granicy polsko-ukraińskiej z przekąsem opowiadała o protestujących przeciwko wjazdowi do naszego kraju – jak to ujęła - „dzieci” (sławiących pamięć S. Bandery), a dziś czytam tekst urągający jakiejkolwiek przyzwoitości jakiegoś człowieka z „Newsweeka” (określenia dziennikarz wolałbym nie używać), wpisujący się w ponurą tradycję tych wszystkich głosów (słyszalnych w Polsce od tylu lat) „rozumiejących racje” Ukraińców, Rosjan, Niemców, Żydów itd., ale nigdy Polaków. Nigdy, podkreślam. Wczoraj zresztą paru „korespondentów” i „komentatorów na gorąco”, już nie pamiętam, czy w Trójce, zetce czy innym rmf-ie, przekonywało, że Bandera to „złożona osobowość”, a poza tym postać tragiczna, więzień obozu koncentracyjnego itd., no ale przede wszystkim WAŻNE, powtarzali, jest to, co dla Ukraińców (przynajmniej z części zachodniej Ukrainy) ten człowiek znaczy. Oczywiście w tych korespondencjach i komentarzach nie było mowy o ludobójstwie na Wołyniu, o planowej eksterminacji Polaków ani nawet o „wydarzeniach wołyńskich” - polityczna poprawność, a ściślej pieriekowka, idzie już bowiem tak daleko, że nie używa się żadnych określeń mogących budzić „drażliwe skojarzenia” u naszych rodaków. O Banderze więc należy myśleć w kategoriach psychologiczno-egzystencjalnych i już jakoś tak bardziej swojsko człek się czuje bez jakichś nieszczęsnych związków z riezaniem. Pomyślałem sobie zresztą, że Hitler to jeszcze bardziej złożona osobowość, w końcu artysta (kto widział jego obrazy, ten wie, że są całkiem niezłe) i czy tak naprawdę kogoś osobiście zabił? Poza tym postać tragiczna, jej życie zakończone samobójstwem. Jakież to olbrzymie pole do studiów psychologiczno-egzystencjalnych. Pech jednak w tym, że jedynie dla neonazistów Hitler stanowi wzorzec wodza walczącego o lepszy byt Niemiec i jakoś u naszych zachodnich sąsiadów niechętnie się do tradycji Hitlera wraca, a już na pewno rajdów ku jego pamięci się nie urządza dla „chłopaków” (jak pisze „pan z „Newsweeka”). Ba, ale może w Polsce coś takiego należałoby urządzić? To kwestia do przemyślenia dla redakcji „Newseeka” i tych wszystkich złożonych osobowości pracujących w publikujących po polsku mediach, które z polską racją stanu programowo nie mają i nie chcą mieć nic wspólnego.

Skoro mowa o tych właśnie złożonych osobowościach, to zastanawiam się, czy jakieś specjalne gratyfikacje dostaje się od wydawcy, naczelnego itd. (who cares?) za pisanie w sposób urągający jakiejkolwiek przyzwoitości, czy też robi się to spontanicznie, na zasadzie radosnego wybiegania przed szereg i/lub orkiestrę? Tak żeby właściwi ludzie na właściwych miejscach dostrzegli? Są różne sposoby na „zaistnienie” - jedni wieszają genitalia na krzyżu i już jest o takich „artystach” głośno, inni zaś piszą w taki sposób:

„zablokowanie, tego tak zwanego rajdu narobiło więcej szkody, niż gdyby czterech chłopaków przejechało się rowerami przez Polskę”

i nieco niżej:

„Pokazaliśmy Ukraińcom brak klasy. Zamiast otwartości europejskiego sąsiada, który powinien świecić przykładem, protesty księdza Isakowicza-Zaleskiego, kombatantów i decyzja naszego MSWiA udowodniły potężne kompleksy Polski i klasę na poziomie Rosji, czy Białorusi.”

Już abstrahując od skandalicznej treści tekstu, w którym mowa jest o „pochowaniu upiorów Wołynia” („A już się prawie udało pochować upiory Wołynia. Kuczma i Kwaśniewski, Juszczenko i Kaczyński zabiegali, by trudna historia pozostała wyłącznie historią, by radykalna interpretacja wydarzeń sprzed ponad pół wieku nie kładła się cieniem na polsko-ukraińskie relacje.”) - nawiasem mówiąc, że też nikt od Żydów się nie domaga, by „pochowali upiory Holokaustu”, prawda? - to się zastanawiam, jak wygląda struktura takiej złożonej osobowości. Czy ludzie posiadający taką osobowość są w stanie samodzielnie myśleć, czy jedynym azymutem ich myślenia jest wyłącznie to, by bronić – pisząc w polskim języku – NIEpolskich interesów? Zasada ta jest dość prosta – jeśli jest mowa o II wojnie, to się eksponuje problem „wypędzonych” oraz pokazuje Niemców przez pryzmat „Listy Schindlera”. Jeśli mowa o stosunkach polsko-rosyjskich, to zawsze z naciskiem na to, jak wielkim i poważnym państwem jest Rosja, a jak zakompleksionym i małym jest nasz kraj oraz jak bardzo należy wczuwać się w „duszę rosyjską”, a jak pełna mroków i pokatyńskich tudzież pozesłańczych frustracji jest dusza Polaka. Jeśli wchodzi w grę kwestia relacji polsko-ukraińskich, to niezbędne jest podkreślenie narodowowyzwoleńczych tradycji tamtego kraju (rzecz jasna z pominięciem tradycji współpracy ukraińsko-hitlerowskiej, także w pacyfikacji Powstania Warszawskiego) oraz, a jakże „pomarańczowej rewolucji”, pilnując zarazem bacznie, by „drastycznych obrazów” zarzynania przez Ukraińców przedstawicieli polskiej ludności (od niemowląt po starców) w ogóle nikt nie wyświetlał w świadomości Polaków. Dałby Bóg, żeby przewaliła się przez Polskę taka debata o Wołyniu jak o Jedwabnem – ale gdzie tam! To nie ten kraj! I to nie te media. Nie od tego zresztą są te redakcje „opiniotwórczych tytułów”, by kultywować polską historię, a jedynie, by na nowo lepić Polaków na bezmyślną masę, która ma jedynie płacić podatki i cieszyć się, że może sobie poszaleć w „centrach handlowych”.

Pozostaje jednak pytanie, jeśli ktoś nie rozumie polskich racji, nie obchodzi go polska historia, a jedyne, co nim kieruje, to jakieś interesy, które mają w Polsce nieprzychylni jej ludzie, to po cholerę pisze i publikuje po polsku? Niech pisze po ukraińsku, po niemiecku, po rosyjsku – w zależności od poruszanej problematyki, lecz niech nie udaje POLSKIEGO DZIENNIKARZA. Robi w ten sposób krzywdę wszystkim tym, co służą Polsce i z troską się pochylają nad morzem krwi, które wsiąkło w jej ziemię.

http://newsweek.salon24.pl/119048,tour-de-bandera