22.09.2016

Rolniczy samolot dr. Laska

W wywiadzie opublikowanym w Polityce (nr 38/2016, s. 16-17) dr M. Lasek dzieli się swymi refleksjami na temat (obejrzanego przez niego) filmu Smoleńsk, a przy tym stara się prostować rozmaite (pojawiające się, jego zdaniem, w tymże filmie) nieścisłości. Jedną z takich wymagających wyprostowania kwestii jest wybroska, o której mowa jest – o dziwo – i na początku, i dwukrotnie w środku rozmowy z byłym członkiem KBWLLP. Piszę „o dziwo”, gdyż wyglądałoby na to, że samemu zadającemu pytania (Laskowi) redaktorowi G. Rzeczkowskiemu, zagadnienie to wydaje się niezwykle istotne, choć przecie dalibóg ani „komisja Millera” (komisja-matka), ani „komisja Laska” (komisja-córka) sprawą tą się bliżej nie zajmowały. Gdyby i tego było mało, to – przypomnę – słynny i szeroko komentowany w blogosferze (od czasów opublikowania CVR-1), ruski dialog o „zrzucie”, nie znalazł swego miejsca w CVR-3, tzn. wersji „stenogramów rozmów z kokpitu PLF 101” (tej autorstwa IES-u), tak jakby sprawa ta nie była wtedy wcale przesądzona (przynajmniej dla ówczesnej ekipy prokuratorsko-wojskowej), natomiast w CVR-4, najbardziej zagadkowych „stenogramach”, pojawia się „nowy zegar”[1], zgodnie z którym dialog o zakończonym zrzucie należałoby cofnąć w czasie o jakieś 37 minut (w stosunku do czasu podanego w CVR-1 i CVR-2)[2].

Wspomniany Rzeczkowski sam chyba do końca nie wie, jak podejść do sprawy wybroski, toteż zrazu przytacza jedynie wypowiedź: Zrzut zakończyłem, potem napomyka o zrzucie tajemniczego ładunku, aż wreszcie dopytuje Laska tak: Wróćmy do początku filmu [Krauzego – przyp. F.Y.M.], gdy słyszymy meldunek pilota iła-76 o zrzuceniu ładunku. Czy są jakiekolwiek choćby poszlaki, które wskazywałyby na to, że takie słowa rzeczywiście padły? I Rzeczkowski „idzie za ciosem”, jakby osobiście w Smoleńsku przebywał: Co zawierał ładunek, można bez trudu się domyślić, gdy kapitan tupolewa dziwi się, że o godzinie 10 jest mgła. Tak powróciliśmy do teorii sztucznej mgły. I po tym enigmatycznym wywodzie swój intrygujący monolog rozpoczyna Lasek:

Co do słów o zrzuceniu ładunku, jest to zwyczajna nadinterpretacja. Gdy piloci jaka rozmawiali z tupolewem, załogi przeszły na kanał 123,45, czyli taki, na którym piloci prowadzą nieoficjalne rozmowy, by nie przeszkadzać innym w łączności. I rzeczywiście taka korespondencja nagrała się na rejestratorze rozmów tupolewa o 6.28 UTC (13 minut przed wypadkiem), tylko że nie wiadomo, kto i gdzie ją wypowiedział ani z jakiego samolotu padła. Na pewno nie z iła, bo ten próbował wylądować w Smoleńsku niecałą godzinę wcześniej i dawno już odleciał. To mógł być choćby jakiś samolot rolniczy 100 km od Smoleńska. Nigdy się tego nie dowiemy, bo nikt takich rozmów nie nagrywa. Nie ma czegoś takiego jak rejestracja rozmów na kanale 123,45. A mgła o godzinie 10? 10 kwietnia mgłą pokryty był obszar większy niż terytorium Polski, ale o tej porze roku to nic nadzwyczajnego, wystarczy prześledzić zdjęcia satelitarne rejonu Smoleńska. Gdyby wojsko miało dobrą służbę meteorologiczną, to załoga o mgle dowiedziałaby się znacznie wcześniej niż podczas lotu. Ale załóżmy nawet, że mgły nie dało się przewidzieć i że w nieznany sposób ktoś rozpylił ją nad Smoleńskiem. Mgła sztuczna czy prawdziwa nie zwalnia załogi od obowiązku odejścia na drugi krąg, jeśli na określonej wysokości nie widzi ziemi.

Tyle jeśli chodzi o sprawę „tajemniczego zrzutu”. Inną ciekawą kwestią pojawiającą się w wywiadzie udzielonym przez Laska jest sprawa, jak to nazwano w blogosferze, „gumowej salonki”, co do której to salonki (i jej przebudowy) nie wiadomo, czy w błąd wprowadza sam Rzeczkowski, czy film Krauzego – tak czy tak Lasek nie prostuje tej sprawy:

G. Rz: A co z przebudowanym samolotem podczas remontu w Samarze? Koleżanka Niny [w filmie Krauzego – przyp. F.Y.M.] podaje jej taki trop: zamiast salonki ośmioosobowej, dwa tygodnie przed tragicznym lotem zbudowano 18-osobową: „i upchnęli ich tak, by zmieścił się cały Sztab Generalny”. Wszystko zaczyna się układać w całość – to wtedy Rosjanie umieścili w samolocie ładunki wybuchowe.
M. L.: Po powrocie do Polski tupolew został dokładnie sprawdzony, był też kontrolowany pod względem pirotechnicznym przed każdym lotem. Robiono to prawidłowo, co potwierdził prawomocnie sąd w wyroku, który zapadł w procesie zastępcy dowódcy BOR. O braku śladów materiałów wybuchowych na wraku mówiliśmy wcześniej. O tym, że samolot został przebudowany, twórcy filmu dowiedzieli się z naszego raportu. A dlaczego został przebudowany inaczej niż wcześniej planowano? Bo na taką liczbę pasażerów było zapotrzebowanie KPRM i KPRP. Sztab Generalny? Totalna bzdura. Do Smoleńska poleciał tylko szef Sztabu Generalnego, a wszystkich wojskowych zapraszała imiennie Kancelaria Prezydenta. Nikt z zewnątrz nie wsadził do samolotu oficerów.  

Ciekawe (w tej końcowej części wypowiedzi), prawda? Ba, ale czy z tymi „Rosjanami” trop właściwy zapodaje Rzeczkowski, jak można sądzić, za filmem Krauzego? Nie tak dawno wszak, nomen omen 17 września br., dowiedzieliśmy się o tym, że nie kto inny a właśnie Rosjanie zwrócili się do strony polskiej[3] o „przekazanie materiałów dowodowych” zebranych przez „podkomisję smoleńską” działającą pod auspicjami nowego MON-u – przekazania owych materiałów, tu uwaga, „dla ewentualnego podjęcia badania”, jak informował min. A. Macierewicz. Wydawać by się mogło, że „wszystko już wiemy” i wszystko zostało już zbadane – jeśli nie nad Wisłą, to na pewno w Moskwie (vide niezapomniane z posiedzeń ZP wizualizacje Ria Novosti) – a jednak nie. Czemu nie? Może bowiem nastąpić zaskakujący przełom w śledztwie. Przełom tego typu, że np. Rosja zacznie ramię w ramię z Polską ustalać winnych katastrofy PLF 101. W takiej sytuacji raczej mało prawdopodobnym byłby pewnie wariant zarysowany przez Rzeczkowskiego (Rosjanie umieścili w samolocie ładunki wybuchowe), ale kto wie, czy wariant z niezwykłego filmu Syndrom katyński[4] - zaproponowany przed paroma laty przez T. Sakiewicza - nie nabierze nagle aktualności: na świecie, myślę, że jest wielu ludzi, którzy mu bardzo źle życzyli. Polska bierze udział w co najmniej dwóch wojnach. (…) Miała wojska w Iraku, w Afganistanie. Można założyć, że ktoś, kto dokonywał zamachów na terenie Rosji, mógłby równie dobrze dokonać zamachu na polskim prezydencie, przecież takiej wersji wykluczyć nie można.

Czyżby więc ISIS „na otarcie łez”?                   



[2] I nie muszę chyba dodawać, że polska załoga słyszałaby go odpowiednio o 37 minut wcześniej (w stosunku do czasu podawanego w CVR-1 i CVR-2), a tym samym o 37 minut wcześniej byłaby w okolicach Smoleńska.

25.08.2016

Plan doskonały a zdarzenia "przed czasem"

Jak wiemy z niezawodnego źródła, już od godzin nocnych z 10 na 11-go kwietnia 2010, Prezydent L. Kaczyński mógł „wybłagać co najwyżej jeden samolot” [1], którym mieli polecieć „wszyscy”. Podobnie zresztą publicznie zapewniał prezydencki minister J. Sasin, jeden z głównych albo i główny organizator (sobotnich, 10-kwietniowych) uroczystości katyńskich[2], mówiąc na posiedzeniu ZP (październik 2010), że na etapie wstępnym przygotowań „w ogóle nie zakładano dwóch samolotów. Zakładano, że będzie jeden samolot, w którym pomieszczą się wszyscy – cała delegacja i towarzyszący jej dziennikarze”[3]. Ale, jak też wiemy od głównego prezydenckiego akustyka, delegacja w jakiś sposób puchła, stąd też – cały czas relacjonuję zeznania Sasina – uznać miano w KP, że dla dziennikarzy wygospodarowany zostanie jak-40[4], ponieważ jakby takim oczywistym wnioskiem było to, że samej oficjalnej delegacji nie powinno się dzielić, prawda, bo yyy… zaraz powstaną tak naprawdę pytania, dlaczego akurat ktoś leci z Prezydentem, a ktoś inny dostał, że tak powiem, gorsze miejsce w innym samolocie, prawda?

Prezydent więc mógł „wybłagać co najwyżej jeden samolot”, informował nocą kwietniową były szef SKW i późniejszy przewodniczący ZP A. Macierewicz. Co jednak np. z ówczesnym Dowódcą Sił Powietrznych albo z szefem Sztabu? Czy gen. A. Błasik lub gen. F. Gągor nie mógł „wybłagać” jakiegoś trzeciego samolotu na 10-04 dla części prezydenckiej delegacji, skoro – to także wiemy od Macierewicza – w dn. 9-04-2010 miała pojawić się informacja o terrorystycznym, a więc śmiertelnym[5], zagrożeniu dla wylatujących następnego dnia? Gdyby Błasik wybłagał na 10 Kwietnia dla części odlatujących np. mały, wojskowy samolot typu jak-40, którego zresztą sam mógłby pilotować, to co wtedy? Nie wiemy, mimo upływu ponad 6 lat, co wtedy, gdyż ani ZP, ani żadna z konferencji smoleńskich, ani jak na razie komisja Berczyńskiego, nie wzięli pod uwagę takiego wariantu „katastrofy smoleńskiej”, w której biorą udział dwa „prezydenckie samoloty”. Tymczasem już w kwietniu 2011, parę miesięcy po konferencji MAK i niedługo też po przesłuchaniu moonwalkera S. Wiśniewskiego, który z maniackim uporem opowiadał o „katastrofie małego wojskowego samolotu”, można było się zainteresować fragmentami stenogramów COP z 10-04, z których wyłaniał się, zamglony wprawdzie (ale nieco wyraźniejszy od widma iła-76 na hotelowym wideo SW) obraz osobnego samolotu dla części prezydenckiej delegacji[6]. (Oczywiście nie był to pierwszy taki intrygujący sygnał kłócący się z oficjalną narracją, gdyż można było się pochylić z uwagą (od początku prac „Zespołu”) np. nad tym, co już 2 listopada 2010 dwaj dziennikarze śledczy „Wprost” publikowali. Chodzi o zdumiewający (jak na okoliczności „smoleńskiej katastrofy”) materiał zaczynający się od słów: Asia, Asia. W tle słychać było trzaski, a właściwie to głos mojego męża był w tle. Słychać było głos tłumu, krzyk ludzi. Nagranie trwało 2-3 sekundy. Trzaski były krótkie, ostre dźwięki. Tak jakby łamał się wafel lub plastik[7] - wskazujący, jakby 10 Kwietnia działo się coś nie do końca wyglądającego na lotniczy wypadek.)   

Taki zamglony obraz drugiego „prezydenckiego samolotu” wyłaniał się wszelako już z październikowego (2010) wystąpienia Sasina przed ZP, jak pisałem w poprzedniej notce[8] (poza tym przy różnych okazjach informację o osobnym statku powietrznym dla części delegacji podawała choćby K. Kwiatkowska powołująca się na źródła wojskowe[9]), kiedy to minister przyznawał, że słyszał jakoby doszło do „zjechania z pasa” i „wypadku w samolocie”, w związku z czym tenże Sasin podejrzewał, że może coś złego przytrafiło się „niezwykle leciwemu” Prezydentowi R. Kaczorowskiemu[10]. Czemu akurat Kaczorowskiemu, a nie młodszemu Kaczyńskiemu lub jego Małżonce? (Czemu nie mocno schorowanej A. Walentynowicz?) Czemu? Bo może Sasin skądś jednak wiedział, iż ten samolot, który uległ wypadkowi po wylądowaniu, to nie ten statek powietrzny, na pokładzie którego miał być Kaczyński. W jaki inny bowiem sposób można wyjaśnić to niezwykłe skojarzenie: wypadek-Kaczorowski? No ale przecież właśnie Sasin na posiedzeniu ZP zapewniał, że: Nigdy na żadnym etapie nie była dyskutowana kwestia jakiegoś oddzielnego lotu jakiejkolwiek części delegacji, tym samym również generałów[11].

Podobnie osobliwe zachowanie można zaobserwować u ówczesnego pracownika BBN-u W. Waszczykowskiego, który przyszedłszy do warszawskiego Trójkowego studia w sobotni poranek, nie rozpoczyna programu od informacji o jakiejkolwiek katastrofie (nikt do niego nie zatelefonował ze Smoleńska/Katynia na przestrzeni tak długiego czasu, licząc od 8:41?) tylko deliberuje z innymi politykami o znaczeniu zdarzeń z 7-04-2010, zaś na wieść o rozbiciu się samolotu z parą prezydencką (w domyśle prezydenckiego jaka-40) reaguje komunikatem o możliwości przesiadki Prezydenta[12]. Nie trzeba nikomu chyba wyjaśniać, że przesiadka nie jest możliwa bez istnienia dwóch środków lokomocji, a przesiadka z samolotu do samolotu bez dwóch statków powietrznych. Jeśli jednak „prezydenckiego jaka” (tego z oficjalnej narracji) miał przed świtem 10 Kwietnia wziąć ze stołecznego lotniska wraz z dziennikarzami (i jedną pracownicą KP) por. A. Wosztyl, to musiał na EPWA być drugi „prezydencki jak” (np. czekający w hangarze) jako zabezpieczenie dla Pary Prezydenckiej i części gości. Miał prawo być „schowany”, jeśli istniało wielkie zagrożenie, a więc jeśli też chciano zwyczajnie ukryć (przed potencjalnymi zamachowcami) to, którym samolotem Kaczyński (i część Dowódców) udaje się na uroczystości[13].      

Ciekawie też wygląda sytuacja z pos. Macierewiczem, który na Cmentarzu w Katyniu w porannych godzinach owego tragicznego dnia, spacerując w zadumie, dzieli się, a to z pos. A. Górskim, a to z pos. J. Szczypińską, uzyskaną telefonicznie niesamowitą informacją, że „spadł samolot z prezydentem”, a nie biegnie, dajmy na to, do dziennikarzy, dość licznie wszak stacjonujących w Lesie Katyńskim, by choćby zweryfikować tę przerażającą wiadomość. Ale Macierewicz nie podaje też wtedy, o który samolot chodzi – a chyba nie o „prezydenckiego jaka”, wszak ten ostatni ma jedynie – wedle relacji Sasina – „zjechać z pasa”. Zjechanie z pasa, jeśli już, to zachodzi zwykle po wylądowaniu i nie wygląda jak upadek samolotu, który, jeśli już, lądowaniem nie jest. Zostawiamy na razie AM, aczkolwiek wrócimy do niego za chwilę, analizując wraz z nim kwestię przedczasu[14].

Czyżby więc ruski plan doskonały na 10-04 polegał na tym, że jest jeden samolot („prezydencki tupolew” z „wszystkimi”), który „ma spaść” w pewnym momencie (i na którego „czeka” przy Siewiernym polanka samosiejek usłana zawczasu lotniczym złomem ucharakteryzowanym na szczątki polskiego statku powietrznego)? A jeśliby „wszyscy” zostali jednak rozdzieleni na „prezydenckiego jaka” i „prezydenckiego tupolewa”, które w miałyby przylecieć tak w okolice Smoleńska, by ich (przewidywane, zaznaczam) lądowania dzieliła niewielka różnica czasu, np. parunastu minut[15]? Ba, a jeśliby nie wszyscy (z „listy” czy z „książeczki MSZ-u” wydrukowanej ponoć na dzień przed) polecieli? Wtedy to dopiero byłaby katastrofa – zwłaszcza gdyby na pokładach obu „prezydenckich” samolotów znajdowali się pasażerowie, że się tak wyrażę, spoza „szeroko krążącej” przed 10-04 „listy pasażerów”[16] – i nie mam na myśli „japońskich dziennikarzy”[17].

Przed wieloma laty, tj. w czasach, kiedy zimna wojna osiągała swoje apogeum, a więc za R. Reagana, był głośny film The Day After przedstawiający apokaliptyczny świat po III wojnie światowej i zagładzie nuklearnej. Czy 10 Kwietnia byli ludzie „oczyma duszy” wyglądający (może niekoniecznie nuklearnej, ale na pewno trzeciej) wojny? Musieli być, wszak wyznaczenie na cele (zamachu) osób z polskiej prezydenckiej delegacji – zarówno wysokich urzędników państwowych, jak i najwyższych oficerów wojska – musiało się wiązać z planami wojennymi. Czemu w takim razie do wojny nie doszło? Otóż zapewne dlatego, że pewne wydarzenia pojawiły się… przed czasem. Tak, to warto podkreślić, przed czasem.

Zjawisko przedczasu – jak sygnalizowałem już w jednym z przypisów niniejszej notki, lecz teraz  rozwinę – ujawnia się w historii 10-04 dwojako. Jest to po pierwsze: przedwiedza rozmaitych osób o tym, co się „ma stać”, a się jeszcze nie stało, która swoistym falstartem (w stosunku do „katastrofy smoleńskiej” usytuowanej zrazu o 8:56, potem o 8:50, 8:40 etc.) ujawnia się owego tragicznego dnia przy różnych okazjach. Po drugie zaś, jest to uprzedzające jakieś działania zachowanie, które w pewien sposób komplikuje przebieg owych (zaplanowanych w taki czy inny sposób) działań. Najprościej odwołać się do przykładów. Co do „przedwiedzy”, to np. red. W. Bater dostać ma telefon „o nieszczęściu” o 8:40, co pozwala mu zrazu usytuować czasowo „katastrofę” o 8:36[18]. Z kolei Gazeta.pl już o 8:38 zamieszcza informację o „dekapitacji”, okraszając ją zdjęciem Kaczorowskiego[19]. Pos. J. Wiśniewska (dziwiąc się „godzinie katastrofy 8:56”) informuje na posiedzeniu sejmu (kwiecień 2010), że już „około 8:40” zaobserwować można było wielkie poruszenie wśród borowców w Katyniu[20]. To zaledwie garść przykładów przedwiedzy, którą łatwiej pojąć, jeśli się przyjmie, iż najpierw  dochodzi do „wypadku” (czy na lotnisku Jużnyj?) „prezydenckiego jaka”, następnie zaś dopiero ma dojść do „upadku tupolewa” – z czasem zaś w przekazie medialnym zostanie zatarta ta istotna różnica, gdy ogłosi się „katastrofę smoleńską” pokazując wideo Wiśniewskiego.

No i właśnie do montażysty katastrofy należy koniecznie wrócić, wszak ZP poświęcił jego pracy długie lutowe (2011) posiedzenie, choć nie przyniosło ono przełomowych ustaleń, mimo że już wtedy można było wywnioskować z relacji i zachowań, jak i z samych - przedziwnych - materiałów SW, że coś jest nie tak z… realnością smoleńskiej katastrofy. Jak pamiętamy, mający filmować podchodzenie do lądowania „prezydenckiego tupolewa” i czający się od paru godzin w hotelowym pokoju moonwalker, ma wyznać z ubolewaniem przed parlamentarzystami, że „dwie minuty przed czasem” wyłączył na parapecie kamerę[21]. To odkrycie, tzn. że - mimo wiedzy szefa ZP o filmie z upadkiem samolotu[22] - nie nagrał się we mgle moment zachodzenia „smoleńskiej katastrofy”, pojawia się podczas sejmowej emisji mgielnego sitcomu (a więc „rejestracji mgły” SW). Na szczęście jednak dla wnikliwych badaczy z ZP, SW wprawdzie przed czasem wyłącza kamerę, nie nagrywając katastrofy, ale za to można by rzec „na czas” pojawia się na polance samosiejek, by sfilmować „miejsce upadku tupolewa”, które to miejsce tak zdumiewa przewodniczącego ZP (niemogącego znaleźć „leja po upadku”[23]). Ale niestety i tu, tj. z owym wideo z „wrakowiska”, pojawia się pewien drobny problem, tzn. jakby i tym razem coś się działo przed czasem. Otóż szef ZP pod koniec posiedzenia wyciąga dane z raportu MAK, gdzie jak byk stoi, iż dopiero o 8:55 pol. czasu miało być pojawienie się wozu pierwszej straży na pobojowisku, zaś na moonfilmie już od 8:49 widać krzątaninę strażaków.

I co najciekawsze, nie pada banalne pytanie: kiedy to pan kręcił? A jedynie: co to za ludzie? Nie jest istotne kiedy zarejestrowano osobliwe wideo z „miejsca upadku tupolewa”, na którym nie widać żadnej z polskich ofiar? Dla ZP okazuje się, że nie. Mimo że SW wielokrotnie podkreśla, że dwa dni wcześniej filmował lądowania rządowej delegacji na XUBS – z czego wynikałoby, iż moonfilm pochodzi z dnia przed „katastrofą smoleńską”. Dzień przed? Spora różnica – nie tylko dla biegu wypadków w dn. 10-04, lecz i dla rozmaitych badaczy potrafiących (latami) do setnej sekundy rekonstruować „końcóweczkę” („prezydenckiego tupolewa”). SW ze śmiechem mówi wtedy na posiedzeniu ZP o przebierańcach, lecz parlamentarzyści i tego wątku nie podejmują, choć zdawać by się mogło, że „osoby przebrane za strażaków”, to wyjątkowa chyba rzadkość na terenie powypadkowym. Chyba, że się wie, iż do „upadku samolotu z prezydentem” nie doszło, a mimo to, się go bada. Wtedy uzyskujemy historię jak z Hitchcocka.        

Na koniec wspomnienie pochodzące z (nie mniej zastanawiającego jak materiały Wiśniewskiego[24]) filmu Syndrom katyński[25] - i tym razem nie chodzi mi o frazę dotyczącą Prezydenta Kaczyńskiego, że nie odwiedził rosyjskiej stolicy nawet po śmierci (od 13’41’’). Pojawia się w tym filmie – pośród wielu innych „ciekawostek” – taka informacja (od 28’46’’) przekazywana przez A. Jewsiejenkę (rzecznika smoleńskiego gubernatora): W polskiej telewizji stale powtarzano zapowiedź, że za trzy, za dwie godziny rozpocznie się bezpośrednia transmisja. Delegacja musiała za wszelką cenę wylądować w Smoleńsku w odpowiednim czasie. A jeśli, wbrew Jewsiejence, transmisja zrazu była, lecz została przerwana? Może gdyby dobrze poszukać w archiwach telewizyjnych, znalazłyby się (nieretuszowane) zapisy z godzin wczesnoporannych[26] i oczekiwaniem na przylot (zapewne „prezydenckiego jaka”), której to transmisji by zaprzestano, gdyby zaczęło się dziać coś niepokojącego (sygnalizującego, że o pokojowym przebiegu uroczystości nie ma mowy). Potem bowiem, stopniowo, godzina po godzinie, zacząłby się wyłaniać w mediach obraz „katastrofy smoleńskiej”, który to obraz musiał się bez transmisji obejść, ale zmienił Polskę na lata.



[2] A na pewno pierwszy i chyba najważniejszy świadek dla ZP. Na marginesie dodajmy, że Sasin jest świadkiem wciąż niedocenionym nie tylko przez ZP, wszak w filmie Syndrom katyński opowiada: gdy wynosili cała ofiar, cały czas dzwoniły komórki (https://www.youtube.com/watch?v=SIn2MGAOguI od 5’38’’), co następnie okraszone jest… fragmentem moonfilmu z odgłosami dzwoniących telefonów. Chciałoby się spytać, gdzie Sasin te komórki lub o tych komórkach słyszał. Gdzie dzwoniło, że się tak skrótowo wyrażę.
[4] Przypomnę, że w mailu K. Doraczyńskiej (publikowanym przez Białą księgę ZP) z marca 2010 do pracowników KP mowa jest o podziale dziennikarzy na 2 połowy – część do jaka-40, a część do tupolewa.
[5] Nie ma cienia przesady w tym stwierdzeniu – ataki terrorystyczne to nie jest „straszenie” czy jakaś forma „zabawy z dreszczykiem”. Jeśliby więc wiedziano o takim zagrożeniu, to musiano by podjąć specjalne kroki zabezpieczające życie delegatów (takie np. jak niewysłanie kogoś w delegację lub przydzielenie dodatkowej wojskowej ochrony).
[9] Dostałam telefon z Dowództwa Operacyjnego Sił Zbrojnych. Adiutant męża mówił, żebym się nie martwiła, bo generałowie polecieli innym samolotem (http://www.dziennikpolski24.pl/artykul/3133332,jest-mi-go-zal,id,t.html).  
[13] Oczywiście można było jeszcze zastosować, wspomniany przeze mnie w jednym z wcześniejszych przypisów, wariant z niewysłaniem kogoś w delegację – także i Prezydenta oraz – uwaga – zmienić załogę tupolewa (z podanej na liście na inną); proszę zwrócić uwagę na powiększony kadr w moim opracowaniu Uchod experiment. Suplement (https://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-uchod-experiment-suplement.pdf s. 222), na którym zdaje się być widoczny (na schodkach u wejścia do tupolewa) mjr G. Pietruczuk. Przypomnę, że to zdjęcie wykonane przez jednego z pasażerów (W. Seweryna). To Pietruczuk, nawiasem mówiąc, jak wskazywałem w moich analizach „zapisów CVR”, sygnalizował (w swoim komentarzu do opublikowanych „stenogramów”) przybycie w okolice Smoleńska dwóch samolotów.
[14] Niecierpliwym lub niezorientowanym wyjaśnię, że chodzi o zjawisko dwojakiego typu – wszechobecne w historii smoleńskiej – swoistej prekognicji (np. ktoś dowiaduje się o katastrofie, zanim do niej doszło – klasyczny przykład W. Batera, choć krąg ten można by rozszerzyć, sądzę) i przedwczesnego wydarzenia się czegoś, co miało zajść później (np. montażysta Wiśniewski „dwie minuty przed czasem” ma wyłączać swoją parapetową kamerę; można też sądzić, że dwa „prezydenckie” samoloty przybyły w okolice Smoleńska przed czasem).
[15] Tak by pierwsza część delegacji nie czekała zbyt długo na drugą.
[16] Sasin przyznaje przed ZP z podziwu godną beztroską, że nie czyniono tajemnicy z listy osób mających się udać na uroczystości z Parą Prezydencką.
[17] Ale może np. jakichś polskich żołnierzy (podkomendnych „Potasa”) do dodatkowej ochrony lecących osób.
[19] Dopiero potem zostanie wklejony moonfilm Wiśniewskkiego.
[23] Stąd też weźmie się słynna narracja ZP i jego ekspertów o „katastrofie w przestworzach”.
[24] Warto go sobie odświeżyć po latach.
[26] Por. relacje dotyczące transmisji przywoływane przez intheclouds: http://clouds.salon24.pl/455371,120-osob-na-liscie-delegacji-smolensk

22.08.2016

Screen ze smoleńskiego forum

Dla przypomnienia:

Czarna skrzynka "prezydenckiego jaka"

Zarówno poprzednia, jak i obecna, nowa, ekipa władzy zadbały o to, by nie została odtworzona praca MON i MSZ w dn. 10-04-2010, pozostaje zatem wciąż nierozwiązaną zagadką sprawa „prezydenckiego jaka-40”, o „problemach z lądowaniem którego” miał zrazu, owego tragicznego ranka, poinformować media ówczesny rzecznik MSZ P. Paszkowski[1]. Z buńczucznych zapowiedzi aktualnego szefa MSZ, W. Waszczykowskiego[2], który 10 Kwietnia był pracownikiem BBN głoszącym w porannej Trójce (na wieść o tym, że, uwaga, samolot z prezydencką parą rozbił się w okolicach Smoleńska), że prezydent mógł się przesiąść jednak[3], wynika, że we wrześniu br. planuje on opublikować jakieś kwity na rząd Tuska, ale chyba kwitów dotyczących „prezydenckiego jaka-40” nie przewidział do ujawnienia w tym „pakiecie”. W oficjalnej narracji dotyczącej przebiegu zdarzeń z 10-04, jak wiemy, „prezydenckiego jaka-40” (bn. 044) wziął sobie na Okęciu por. A. Wosztyl; tam też miano upchać wszystkich dziennikarzy (z których przynajmniej część pierwotnie miała lecieć z Prezydentem[4]), a ów samolot został przechrzczony potem na „dziennikarskiego jaka”. Miał on też, co również wiadomo z ofic. danych, wylądować o godz. 7:25 na Siewiernym. Dopiero o 7:27 zaś miał wystartować z Okęcia „prezydencki tupolew”. Ten ostatni wystartować miał, by udać się (tak jak i „dziennikarski jak”) na XUBS, niemniej jednak, o czym nadmieniłem na początku, pierwsze doniesienia medialne były takie, że „problemy z lądowaniem” miał „prezydencki jak”[5]. Tak za MSZ-em podawał od godz. 9:19 J. Kuźniar na antenie rządowej telewizji  (przy czym mówił on też, jakoby start – w domyśle „prezydenckiego jaka-40” – miał być o godz. 6:50), takie też (tj. na jaka-40) były pierwsze reakcje polityków w studiu Trójki (i gości w studiu TVN-u24[6]), dopóki nie „okazało się”, że chodzi o „rozbicie się prezydenckiego tupolewa”. Warto przy tej okazji zwrócić uwagę, że TVN24 na paskach u dołu ekranu operuje zrazu enigmatyczną frazą „samolot z prezydentem” (ewentualnie „prezydencki samolot”)[7], a nie – co przecież powinno być oczywiste już parę minut po „godzinie katastrofy”, czyli od 8:41 – „prezydencki tupolew”. Tak jakby – i tu wracam do „freudowskiego przejęzyczenia” Waszczykowskiego – dla Prezydenta przewidziane były na 10-04 dwa samoloty. I jest wiele śladów potwierdzających taki właśnie scenariusz. Zaraz tę sprawę rozwinę.

Niestety, zapisów czarnej skrzynki „dziennikarskiego jaka”, mimo że 10 Kwietnia żadnej katastrofie on na Siewiernym nie uległ (a w związku z tym nie trzeba było czekać na żadne kopie z Moskwy ani informacje o parametrach buczenia ruskiego prądu), nigdy nie opublikowano, tak jakby kryły w sobie jakieś nieziemskie wprost tajemnice[8]. (Podobnie zresztą wiele lat upłynęło nim światło dzienne ujrzały „zapisy z druta” (owego „dziennikarskiego jaka”), które, nawiasem mówiąc, sprawiały wrażenie zdekompletowanych.) Tymczasem KBWLLP w swej dokumentacji sygnalizowała, iż 044 to miał być „zapasowy samolot” dla tupolewa[9] i dodawała, że [n]ie istniał żaden plan użycia w razie konieczności samolotu zapasowego uwzględniający znaczną różnicę pojemności między samolotem Tu-154M a Jak-40 – choć przecież taki plan istnieć nie musiał, jeśli chodziłoby o… Parę Prezydencką i towarzyszące jej (np. kilkunastoosobowe) grono osób[10], a nie o wszystkich pasażerów tupolewa.

I kto wie, czy pierwotnie właśnie w planie na 10-04 nie było: „dziennikarskiego jaka”, „prezydenckiego jaka” i… „prezydenckiego tupolewa”. Jak pamiętamy z relacji dziennikarzy (np. P. Świądra), na Okęciu przygotowane były 4 statki powietrzne: (jaki) 045, 044, tupolew i „samolot w hangarze”, a ponadto odlatującym żurnalistom zapowiedziano, iż po 6-tej odleci następna część delegacji. I faktycznie mógł być przewidziany wariant z dwoma „prezydenckimi” samolotami, gdyż w delegacji prezydenckiej było dwóch prezydentów: Kaczyński i Kaczorowski. Ale np. ze względów bezpieczeństwa (vide choćby komunikat z 9-04-2010) „zapowiedziano by”, że „prezydenckim jakiem” leci Kaczyński z Małżonką, naprawdę jednak poleciałby, dajmy na to, Kaczorowski[11]. Śladów „prezydenckiego jaka” istnieje dość sporo. W „stenogramach z wieży” XUBS pojawia się – na co kiedyś zwrócił uwagę R. Misiewicz – zwrot pierwszy Polak (w odniesieniu do PLF 031, czyli jaka-40), jakby (dla kogoś) to był/miał być właśnie „prezydencki samolot”, tudzież samolot zgłoszony/zgłaszający się jako „prezydencki”[12]). W relacji producentki P. Tamulewicz z TVN24 (film Poranek[13]) pojawia się takie wspomnienie z 10-04 (w kontekście telefonujących ze Smoleńska/Katynia dwóch korespondentów: J. Mroza i R. Poniatowskiego, z których ten pierwszy miał przylecieć „dziennikarskim jakiem”): brakowało potwierdzenia, który to był samolot i kto był na pokładzie. Z kolei operator Polsatu (tak jak Mróz z TVN-u lecący „dziennikarskim jakiem”) P. Wudarczyk mówi 10 Kwietnia na antenie: ci ludzie, o których wspominałaś, czyli marszałkowie sejmu, pan Prezydent z Małżonką, no i wszyscy ministrowie, to był jeden, ale był jeszcze jeden samolot[14]. Wspomniany już Kuźniar, gdy pojawi się 10 Kwietnia tuż przed 11-tą pol. czasu informacja o stu kilkudziesięciu ofiarach „katastrofy” (dokładnie 132), powiada: agencje rosyjskie mogły niesłusznie złączyć dwie delegacje[15]. Prezydencki minister J. Sasin podaje na posiedzeniu ZP (październik 2010), że 36 SPLT najpierw podał czas lotu dłuższy, a potem skorygowano to o pół godziny[16] - jakby chodziło najpierw o wolniejszy, a później o szybszy statek powietrzny (dla Prezydenta).       

I specyficzny ślad mogą stanowić (w dn. 10-04) niezwykle zastanawiające reakcje głównego akustyka prezydenckiego na wyjątkowo tajemnicze (w kontekście „smoleńskiej katastrofy”, rzecz jasna) informacje T. Stachelskiego (ówczesnego szefa protokołu dyplomatycznego) w Katyniu o tym, że jakiś samolot zjechał z pasa[17] i wydarzył się wypadek w samolocie. Rekcje te bowiem świadczą, jakoby Sasin skądś wiedział, iż na pokładzie „samolotu, który zjechał z pasa”… nie mogło być Pary Prezydenckiej. Przypomnijmy sobie, jak to relacjonuje Sasin na posiedzeniu ZP: mówi mi, że, wie pan, no, dostałem informację, że… jakąś dziwną informację, że zdarzył się jakiś wypadek. Ja mówię: „jaki wypadek?” A on mówi na to, że wypadek w samolocie. (…) Taka moja myśl była, że być może stało się coś któremuś z pasażerów. (…) Pierwsza myśl, która mi przeszła, że być może coś się stało Prezydentowi Kaczorowskiemu, no, który był człowiekiem niezwykle leciwym (…) on [Stachelski – przyp. F.Y.M.] mówi: „nie, nie, nie – jakiś wypadek przy lądowaniu (…) samolot zjechał z pasa, czy coś takiego”[18]. Sasin dzwoni więc wtedy do M. Wierzchowskiego, ale nie może się dodzwonić, a ponadto rozmawia z jakimś oficerem BOR-u, który o niczym nie wie. Następnie prezydencki minister (wedle jego relacji, zaznaczam) urządza jakieś narady w Katyniu i prosi borowców o zorganizowanie transportu na wojskowe smoleńskie lotnisko, choć jak na razie ma (Sasin) wiedzieć jedynie to, że „samolot zjechał z pasa”, wcześniej zaś miał słyszeć, iż samolot zostanie skierowany do Moskwy. Nie wchodząc dalej w meandry opowieści głównego prezydenckiego akustyka, pragnę przypomnieć jedynie, że zanim Sasin przybędzie 10 Kwietnia do Katynia, by doglądać krzesełek i nagłośnienia przed uroczystościami, urządzi sobie blisko godzinną wycieczkę po Smoleńsku. O jej szczegółach nic jak dotąd nie wiemy, ale warto by kiedyś ustalić podczas jakiegoś poważnego przesłuchania (nie takiego w stylu ZP), czy jednym z punktów sightseeingu nie było lotnisko cywilne Jużnyj, na które mogłaby się udać jakaś część delegacji „prezydenckim jakiem”.  

Zauważmy, że moonwalker S. Wiśniewski na posiedzeniu ZP (luty 2011) mówi o delegacjach czekających na przylot Pary Pre- i poprawia się zaraz szybko całej delegacji polskiej[19] - tak jakby chciał zasygnalizować, iż Prezydent z Małżonką (zapewne z jakimiś osobami towarzyszącymi) mieli przylecieć osobnym, mniejszym, statkiem powietrznym. Wątek delegacji oczekujących i „pełnych autokarów”, na które mógł spaść „prezydencki tupolew”, nie zostaje wszelako podjęty przez ZP – A. Macierewicz kwituje to tylko stwierdzeniem, że ma wrażenie, iż te autokary były puste, choć dalibóg na żadnym lotnisku chyba na nikogo 10 Kwietnia nie czekał, by takie rzeczy wiedzieć. Na smoleńskim forum natomiast owego tragicznego dnia pojawia się, co już nieco uleciało nam pewnie z pamięci (choć jeszcze w kwietniu 2011 dygresyjnie wracała do tego Czerska Prawda[20]), enigmatyczne doniesienie o tym, że coś się zdarzyło z polskim samolotem na naszym lotnisku… stoi bez kół, wszyscy strażacy z miasta są tam. Osobliwość tego komunikatu dostrzec łatwo, gdy się go zestawi z „symbolicznymi” odwróconymi kołami z polanki samosiejek z 10-04 (o której można wiele powiedzieć, lecz na pewno nie to, iż jakikolwiek samolot na niej tamtego dnia stał). Bloger Arturb wynalazł kiedyś przed laty rus. wizualizację pokazującą „miejsce upadku samolotu” przy Jużnym i sugerował, że informacja o zjechaniu z pasa mogła pochodzić od kogoś z pasażerów[21] - z kolei w CNN miała być przez moment fotka z Jużnym i podpisem Crash kills Polish president.    
 
Oczywiście, gdyby 10 Kwietnia najpierw doszło do „zjechania z pasa” jakiegoś samolotu (tu: „prezydenckiego jaka”), a potem do „rozbicia się prezydenckiego tupolewa”, to w wydarzeniach z 10-04 brałyby udział trzy samoloty: 044 (PLF 031), (zniknięty w narracji) X oraz PLF 101 czyli Tu-154M bn. 101. Na koniec warto zaznaczyć, iż o godz. 9:35 Paszkowski z MSZ-u podaje na antenie rządowej telewizji (zdumiewającą w kontekście „katastrofy smoleńskiej”) informację o tym, że podejmowana jest przez „służby” próba wydobycia pasażerów samolotu prezydenckiego. Już kilka minut później, bo o 9:41, TVN24 podaje jednak, powołując się na agencję Reuters, że 87 osób zginęło w katastrofie w Smoleńsku (o 9:56 będzie zaś mowa o tym, że nikt nie przeżył). Skąd takie dokładne wyliczenie, skoro Sasin, przybywszy (koło 9:40, a może dużo wcześniej, jeśli widzieć miał strażaków, którzy dogaszali[22]) na Siewiernyj z Katynia, 1) dolicza się kilku/kilkunastu ciał, z których żadnego nie może zidentyfikować i zakłada, że większość ciał znajduje się gdzieś tam w…, prawda, w samolocie oraz 2) poza strażakami nikt tam czynności wobec tego wraku nie podejmował?      



[5] Pomijam w tym miejscu zupełnie zagadkowy pod wieloma względami wątek z W. Baterem i jego źródłami informacji.
[6] Tu jedynie „pan Władimir” od razu wiedział, że może chodzić o „problemy z tupolewem”.
[8] Jakie tajemnice? Dotyczące choćby radiowej korespondencji załogi PLF 031, ale też dotyczące tego, jakie zmiany zaszły na EPWA (kto czym kiedy leci). Początkiem tych zmian wszak było wzięcie przez Wosztyla jaka-40 bn. 044, a nie jaka-40 bn. 045, który był dla pierwszej grupy wylatujących przygotowany. W ofic. narracji tłumaczy się to „awarią” 045 (i koniecznością przesiadki pasażerów), aczkolwiek owym 045 po południu miała się udać do Smoleńska ekipa prokuratorsko-badawcza, więc awaria chyba nie była zbyt poważna. KBWLLP informuje, że na jaka-40 (045) do przewiezienia delegacji dziennikarzy (…) 36 splt nie wystąpił o zgodę na przelot i lądowanie w Smoleńsku (por. http://freeyourmind.salon24.pl/346023,samoloty-zastepcze-i-inne), ale nie wiemy (gdyż do tej pory nie opublikowano „Białej księgi” z dokumentacją obrazującą korespondencję instytucji związanych z przygotowaniami do uroczystości katyńskich), czy nie było np. wariantu z przelotem i lądowaniem w Witebsku, skąd – jak z kolei podawali autorzy filmu Syndrom katyński – do Katynia była godzina drogi samochodem.  
[10] Kto to mógłby być? Te osoby, które wiedziały, iż muszą się stawić na warszawskim lotnisku bardzo wcześnie rano.
[11] W tej chwili abstrahuję od tego, czy „prezydencki jak” to byłby rzeczywiście jak-40, a nie np. CASA, wyczarterowany samolot cywilny, „lewy” tupolew etc. – istota rzeczy polega na tym, że byłby to trzeci samolot z jakąś częścią delegacji na 10-04 – utajniony potem w ofic. narracji (z oczywistych względów: dwóch katastrof lotniczych nie dałoby się przedstawić w mediach jako losowych wypadków wynikających z niepogody i głupoty pilotów).
[12] Do dziś nie wiemy (choćby dlatego, że zapis CVR „Wosztyla” przepadł), jak wyglądało zgłaszanie się załogi PLF 031 białoruskim instytucjom kontroli ruchu powietrznego. Po wypowiedzi dyspozytora sygnalizującego Plusninowi, że o 8:55 rus. czasu ASKIL będzie przekraczał „pierwszy Polak”, pojawia się stwierdzenie Plusnina, iż Logika oszukała (ewentualnie wprowadziła w błąd) – czyżby chodziło o to, że ów jak-40 (wbrew zapowiedziom/zgłoszeniom) nie ma na pokładzie „głównego prezydenta” lub „głównego Polaka”? Zresztą użyte także w „stenogramach” określenie „główny prezydent” (o 10:30 lądowanie głównego prezydenta, mówi Krasnokucki do Sypki) może dodatkowo znaczyć, iż Ruscy rozróżniali Kaczyńskiego i Kaczorowskiego (tego pierwszego uważając za głównego).
[13] Por. Czerwona strona Księżyca rozdział Medialny obraz Zdarzenia.
[16] http://freeyourmind.salon24.pl/408456,2-przesluchanie-sasina-cz-2 Sasin tu zapewnia, że [w]szyscy polecieli jednym samolotem, gdyż drugi tupolew był remontowany w Rosji. Ale przecież wcale nie musiało być tak, że Para Prezydencka nie ma innej możliwości udania się na uroczystości, jak tylko lot tupolewem.
[22] Kiedy dokładnie kto przybył (o ile przybył, bo to też sporna kwestia) na XUBS trudno ustalić bez wiarygodnej dokumentacji (choćby zdjęciowej). Jak dotąd nie udało się znaleźć blogerom żadnego zdjęcia pokazującego Sasina (jak też A. Kwiatkowskiego, M. Wierzchowskiego) chodzącego po „miejscu katastrofy” przy XUBS. Jednakże w kontekście „godziny przyjazdu” Sasina na XUBS warto wspomnieć o tym, co w sejmie mówiła pod koniec kwietnia 2010 pos. J. Wiśniewska:  Kiedy czekałam w Katyniu na przylot prezydenta Kaczyńskiego wraz z polską delegacją, już ok. godz. 8.40 było dziwne zamieszanie i poruszenie wśród funkcjonariuszy BOR, wszyscy mieli słuchawki przy uszach, czuliśmy bardzo duży niepokój, narastało napięcie  (por. https://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-uchod-experiment-suplement.pdf s. 175). Około 8:40 to przecież zanim doszło do „upadku tupolewa”, czyż nie? Ale może już po „zjechaniu z pasa” jakiegoś samolotu. Może to był ten „mały, wojskowy”, o którym tyle swego czasu opowiadał S. Wiśniewski?