4 paź 2014

Punkt węzłowy (5) - NPW albo "brzoza warszawska"



Jeśliby ktoś spytał mnie, który z punktów węzłowych historii związanej z tragedią z 10-04, jest tym największym „supłem”, który na razie nie został ani przecięty, ani rozwiązany, to odrzekłbym: praca polskich prokuratorów wojskowych (tudzież instytucji z nimi związanych, szeroko rzecz ujmując), którą możemy określić kryptonimem „warszawska brzoza” (analogicznie do „brzozy smoleńskiej”). Na stronie NPW mamy czarno na białym podane, że: W pierwszych dniach po katastrofie przebywający na miejscu zdarzenia polscy prokuratorzy wojskowi nie prowadzili samodzielnie żadnych czynności procesowych[1]. Koresponduje to zresztą intrygująco z tym twierdzeniem prok. gen. A. Seremeta, który w wywiadzie dla Czerskiej Prawdy (kwiecień 2012) stwierdził (a propos „brzozy smoleńskiej”), iż prokuratorzy widzieli ją bezpośrednio po katastrofie. Niestety bowiem, nie tylko Seremet „bezpośrednio po katastrofie” nie widział żadnej brzozy w Smoleńsku, ale też żaden z prokuratorów wojskowych z Polski.

Nawiązując zaś do tego enigmatycznego cytatu ze strony NPW należałoby powiedzieć po prostu, nieco go korygując, iż 10 Kwietnia „na miejscu zdarzenia” prokuratorzy wojskowi z Polski nie prowadzili żadnych czynności procesowych – nawet niesamodzielnie. Jak pisałem w notce o KBWLLP[2], płk dr E. Klich, z którym paru prokuratorów wojskowych zabrało się owego dnia do Smoleńska na Siewiernyj jakiem-40 (045; tym, co rankiem miał mieć „awarię” na Okęciu) ponoć o godz. 15:30, wspominał, że z delegacją znad Wisły musiał najpierw przeczekać na pokładzie po wylądowaniu dwie godziny. Tak długo trwały „formalności”. Następnie zaś delegacja ta udała się na krótką wieczorną wycieczkę po polance samosiejek z gospodarzami, gdzie przy „ogonie tupolewa” zostały polskim przedstawicielom przez tychże gospodarzy „okazane czarne skrzynki”. Te zaś potem nocą, jak opowiadał z kolei płk Z. Rzepa, poleciały w kartonach do Moskwy (i płk. Rzepą między innymi też)[3]. I tyle, jeśli chodzi o jakiekolwiek „oględziny” po „katastrofie” na „miejscu zdarzenia”.

Tym niemniej to nie byłby pełny obraz sytuacji z 10-04, ponieważ, przynajmniej wedle poczynionych w 2010 r. ustaleń P. Nisztora i K. Galimskiego, (którzy już od bardzo długiego czasu nie zajmują się „sprawą”, tak jak i inni przedstawiciele mediów zależnych i niezależnych, pokornych i niepokornych), prokuratura wojskowa w godzinach popołudniowych 10-04 wysyła ludzi na Okęcie[4]. Lotnisko to wprawdzie oficjalnie „miejscem zdarzenia” żadnego nie było, ale akurat od niego jakieś „czynności procesowe” się zaczynają. Pewnie dlatego że Wojskowy Port Lotniczy był o te kilkaset kilometrów bliżej niż np. XUBS, ktoś może powiedzieć. Albo też dlatego, że na stołecznym lotnisku było więcej do zabezpieczenia, prawda. Tak się bowiem złożyło, jak już historia „smoleńsko-warszawska” nam pokazała na przestrzeni minionych lat, że o ile zdjęć wschodniej części Siewiernego (rzecz jasna „po katastrofie”, bo z czasem „sprzed” niej jest nieco gorzej i z zachodnią częścią tego lotniska w dn. 10-04 także) upubliczniono sporo – o  tyle zdjęć WPL z czasów wylotów delegacji jest tyle co nic. Z tego ostatniego wynika, że fotosy WPL zabezpieczono tak dobrze, że aż za dobrze. I ktoś niegramotny mógłby podejrzewać, że NPW coś ukrywa przed ludźmi, jakby cokolwiek do ukrycia mogło być. Mimo upływu czasu zresztą „wątek okęcki” pozostaje pilnie strzeżony nie tylko przez NPW, ale i zaprzyjaźnione media z lewej i prawej strony oraz wszystkie środowiska polityczne, zarówno rządowe, jak i opozycyjne. Uwaga „wszystkich” niezmiennie spoczywa na „końcóweczce” oraz polance samosiejek.

Hipnoza społeczna trwa w najlepsze, aczkolwiek, i samą polankę samosiejek z popołudniowych (lokalnego czasu) godzin 10-04 okrywa mgła tajemnicy wojskowej, ponieważ do dziś nie wiadomo, kto, jakie i ile zdjęć pobojowiska wykonał – wraz z ewentualnymi fotografiami ciał podczas „ewakuacji” prowadzonej rzekomo od godz. 15-tej rus. czasu (za pomocą czerwonych i fioletowych trumien). Prawdopodobnie byli to borowcy (z Katynia), lecz – znów zgodnie z ustaleniami Galimskiego i Nisztora – ich materiały utajniono[5] (tak jak wiele innych dokumentów, ustaleń etc.[6]). Co w takim razie z kłębiącymi się w okolicach remizy strażackiej i bocznej bramy Siewiernego żurnalistami i operatorami, którzy mogliby zrobić mnóstwo zdjęć aparatami, komórkami, kamerami etc.? Legenda głosi, że nie mogli oni o własnych siłach dotrzeć do polanki samosiejek, tak szczelny był kordon ruskich mundurowych wokół „miejsca katastrofy”. Ale przecież nie jest to do końca prawda, bo, jak pamiętamy, kamery – także polskiej telewizji – towarzyszyły politykom (zarówno rządowym, jak i opozycyjnym) na pobojowisku i, co należy zdecydowanie podkreślić, kamery te były w pobliżu ciał. Przynajmniej tych trzech, które w jakiś sposób, „wyeksponowano” (R. Kaczorowskiego, L. Kaczyńskiego i K. Putry), a nie „ewakuowano” w godzinach popołudniowych. Czy w takim razie nie mogły te telewizyjne kamery – zwłaszcza na potrzeby czynności procesowych – dokładnie sfilmować wyglądu i stanu tychże ciał? Czy też ktoś, np. krzątający się owego wieczoru w Smoleńsku P. Kowal, dopilnował, by operatorzy nie dokumentowali tego? To pytania, które czekają na odpowiedzi.

Wracając jednak na polską ziemię i podchodząc do sprawy „czynności procesowych” i ich utajniania nieco naokoło (a tylko takie drogi zawiłe funkcjonują w przypadku historii z 10-04 – te najprostsze bowiem są zabarykadowane i zabetonowane przez instytucje „badawczo-śledcze”) na koniec. Musimy się przenieść nieco w czasie, do marca 2012. Podczas posiedzenia ZP z udziałem M. Badena, amerykańskiego specjalisty z dziedziny medycyny sądowej, którego NPW nie dopuściła do udziału w czynnościach procesowych związanych z poekshumacyjnym badaniem paru ciał ofiar, sen. B. Gosiewska wspomina taki, zaskakujący nie tylko dla niej, jak sądzę, epizod (związany z jednym z wojskowych prokuratorów):

powiedziałam, że to jest nieludzkie postępowanie prokuratury, jeżeli teraz, po dwóch latach, z urzędu zarządza ekshumację i nie pozwala mi do zespołu biegłych włączyć nawet jednego biegłego na mój wniosek. Tylko zespół jest ustawiony od początku do końca przez biegłych prokuratury[7]. Prokuratura stwierdziła, że ona ma wszystkich biegłych, wszystkich specjalności i nie jest możliwe włączenie kolejnego biegłego ze Stanów Zjednoczonych. Natomiast ta wypowiedź moja [telewizyjna – przyp. F.Y.M.], szefa i z-cę szefa prokuratury doprowadziła do tzw. szewskiej pasji. W momencie, kiedy pojawiłam się z tym ostatnim wnioskiem, w momencie, kiedy ciało było już ekshumowane – z prośbą o wykonanie badań, tak naprawdę rozmowa po kilku minutach kurtuazyjnych zamieniła się w dosyć, czy w bardzo emocjonalne ze strony panów prokuratorów przesłuchiwanie mnie, co i dlaczego ja mówię w mediach. I tutaj panowie stwierdzili oczywiście, że wykonanie badań sekcyjnych prywatnie jest niemożliwe, że jeżeli ja coś będę robić na własną rękę bez ich zgody, to będzie to przestępstwo, natomiast na moje pytanie do szefa prokuratury, który stwierdził, że on musi strzec prawa – zapytałam, dlaczego nie pociągnął do odpowiedzialności tych, którzy nie dopilnowali solidnych badań w Moskwie bądź w Polsce po przylocie trumien. Usłyszałam odpowiedź, która mnie naprawdę zdumiała. Pan prokurator stwierdził: „przecież pani wie, że Rosja to suwerenne państwo” i po pewnym momencie wahania stwierdził: „muszę, ja muszę to powiedzieć: to jest mocarstwo”. I myślę, że to jest w świetle jeszcze wypowiedzi wcześniejszych premiera naszego rządu, który mówił o tym, że nie ma powodu do tego, żeby nie ufać Rosjanom – jeżeli połączymy te fakty, jeżeli po katastrofie smoleńskiej były takie głosy, żeby palić znicze poległym bolszewikom, bardzo szybko pomnik wybudowano, w krótkim czasie…

[I teraz najistotniejsze – przyp. F.Y.M.]

I jeszcze to, co mnie zszokowało – to w pewnym momencie z-ca prokuratora, który tak naprawdę tam jest od początku, bo pan prokurator jest przez krótko – dosyć emocjonalnie wykrzyczał, że „ja wiem, że wy mnie uważacie na… mnie za zdrajcę, ale… i człowieka, który działa na zlecenie obcego mocarstwa, ale tak nie jest!” Ja się zastanawiałam, dlaczego człowiek niepytany, sprawa zupełnie inna, porusza takie kwestie? Ja nigdy nie posądzałam żadnego z prokuratorów o to, że jest zdrajcą, nie używałam takich słów (…).   

Można odnieść wrażenie, że rozmowa ta prowadzona jest na różnych poziomach, sama Gosiewska zauważa zresztą, iż prokurator mówi o czymś, o co go nie pytała ani nie posądzała – tak jakby nie do końca kierował swoje słowa do samej Gosiewskiej. Tak jakby trochę mówił do… nas, tj. tych ludzi poza, by tak rzec, kręgami wtajemniczonych. Pytanie jednak, kiedy „brzoza warszawska” zostanie przełamana – kiedy zacznie na jaw wychodzić to, co się naprawdę z Delegatami stało. Jeszcze bowiem parę miesięcy, a upłynie 5 lat od „zdarzenia”. A może scenariusz (rozpisany ponad politycznymi podziałami) jest taki, że następne 5 lat będzie to samo, co widzieliśmy/słyszeliśmy/czytaliśmy do tej pory? Czyli scholastyczne, choć gasnące z roku na rok z racji „zmęczenia materiału”, spory między smoleńskimi „wypadkowcami” a „wybuchowcami”? Z węzłami w „węzełkowej” historii związanej z 10-04 jest tak, że niektóre z nich to rozmaite „zbiegi okoliczności”, a niektóre to sploty celowych działań różnych instytucji i środowisk dbających o to, by hasło „ludziom nic nie mówimy” pozostało jak najdłużej aktualne. Pytanie, kiedy zacznie na jaw wychodzić to, co się naprawdę 10 Kwietnia stało, jest też w istocie pytaniem o to, o czym wspomniał przed dwoma laty ów prokurator wojskowy w powyższej rozmowie z Gosiewską – bo przecież rzecz nie sprowadza się wyłącznie do samej tragedii Delegatów i jej ujawnienia, ale właśnie też do zdrady, która z tą tragedią (i tuszowaniem prawdy o niej) jest związana. I pytanie, kiedy zdrada ta zacznie wychodzić na jaw, jest chyba najpoważniejsze.


[4] Kto naprawdę ich zabił?, Warszawa 2010, s. 107: Pierwszymi czynnościami prokuratury po katastrofie było zlecenie Żandarmerii Wojskowej zabezpieczenia m.in. dokumentacji rozbitego Tu-154M, znajdującej się w 36.SPLT. Między 13:45, a 17:50 na terenie 1 Bazy Lotniczej i 36. pułku pracowała ekipa dochodzeniowo-śledcza z Żandarmerii Wojskowej wraz z ambulansem kryminalistycznym. W tym samym czasie ok. 14:00 zabezpieczono też listę pasażerów i zaczęto przesłuchiwać świadków. Zaczęto od żołnierzy 36. SPLT, którzy przygotowywali samolot do wylotu do Katynia oraz funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu zabezpieczającego lotnisko, z którego wystartował prezydent. W dniu katastrofy przesłuchano także kontrolerów lotu z Polskiej Żeglugi Powietrznej oraz pilotów Jaka-40, który 10 kwietnia z dziennikarzami na pokładzie wylądował na lotnisku Siewiernyj.
W tym cytacie wyjątkowo ciekawie wygląda informacja o zabezpieczeniu listy pasażerów „ok. 14:00”. Czyżby dopiero o tej godzinie ta lista była „gotowa”? To znaczy, „zweryfikowana”. Galimski z Nisztorem, jak widać, nie wspominają też, by NPW przesłuchała 10-04 A. Kołacz-Sarnowską z prezydenckiej kancelarii, która miała lecieć z dziennikarzami, a która chyba w KP pracuje do dziś. Nie wygląda też na to, by NPW zabezpieczyła rejestratory właśnie pochodzące z jaka-40 044, a jaka jest historia wciąż nieupublicznianych „taśm z jaka” (zarejestrowanej na magnetofonie korespondencji radiowej innych załóg już po wylądowaniu „Wosztyla”), to też już aż za dobrze wiemy.
[5] Do pierwszych raportów funkcjonariuszy BOR z miejsca katastrofy dołączone były wykonane przez nich telefonem komórkowym zdjęcia oraz film. Materiałom nadano klauzulę „tajne”. Jeden z nich wykonał również fotografie czarnych skrzynek odnalezionych przez Rosjan. „W mojej ocenie wyglądały na nieuszkodzone. Zdjęcia te później wieczorem pokazałem Ministrowi Obrony Narodowej i Ministrowi Sprawiedliwości.” (Galimski, Nisztor, Kto…, s. 106).
[6] Mgła tajemnicy wojskowej okrywa nawet prace KBWLLP, zaś wojsko posyłało psychiatrę wojskowego do E. Klicha (o czym on wspomina M. Krzymowskiemu w Mojej czarnej skrzynce) podczas „badań katastrofy”.
[7] Jak ujawni sam A. Macierewicz pod koniec tego posiedzenia (co też warto przypomnieć): prokuratura nie wyznaczyła ani jednego biegłego mającego choćby jednorazowe doświadczenie w badaniu ofiar tragedii lotniczych – chociażby jednego (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2012/08/posiedzenie-z-udziaem-prof-michaela.html). Oczywiście Macierewiczowi nie przejdzie przez usta taki wniosek, że może to niewłączanie ani jednego biegłego od katastrof lotniczych ma związek z tym, iż w katastrofie lotniczej dana osoba, której ciało poddawano medyczno-sądowym badaniom, nie zginęła – o czym nie tylko NPW, ale i ZP może doskonale wiedzieć. No ale „ludziom nic nie mówimy”.

21 wrz 2014

Obwód kaliningradzki w terenowych badaniach KBWLLP


Babuszka

Babuszka Nosarczukowa - ta, która w "Superwizjerze" z kwietnia 2010 opowiadała o myciu okna, gdy "coś gruchnęło".

Pogoda "następnego dnia"

S. Wiśniewski prezentuje przed ZP materiał wideo, który - jak sam SW określa - zrobiony jest "następnego dnia":

- ale parlamentarzystów ten materiał jakoś specjalnie nie interesuje. Choć powinien. Z okna hotelowego wychodzącego na ten teren powinno być widoczne "oderwane skrzydło" za ul. Gubienki, a pewnie i patrole ruskie, a może i nawet krzątających się przedstawicieli późniejszej KBWLLP. Jeśliby zaś tego "oderwanego skrzydła" nie byłoby widać na zdjęciach SW, to by znaczyło, że moonwalkerowe określenie "następnego dnia" nie dotyczy dnia po "katastrofie smoleńskiej".

Ciekawe zresztą, że "następnego dnia" SW nie sfilmował samolotów przylatujących i odlatujących z XUBS. Jako dokumentalista.

"Jestem mądry czyjąś mądrością" - kwietniowy (2010) wywiad moonwalkera dla Radia Plus



Wywiad ten jest istotny z paru powodów. Po pierwsze, odbywa się w dniu, w którym montażysta S. Wiśniewski pojawia się (zapewne ponownie[1]) w prokuraturze, gdyż SW nawiązuje do tego faktu w swej studyjnej wypowiedzi – jest to więc najprawdopodobniej sobota 24-04-2010; dzień dokonania modyfikacji pliku wideo z mgielnym sitcomem[2] i ujawnienia przez SW (w telewizji) dokładnych godzin filmowania polanki samosiejek „zgodnie z zegarem kamery”. Dwa tygodnie po „katastrofie”. Po drugie, moonwalker, dopytywany na antenie radiowej przez prowadzącego (tu: Rafał Porzeziński) o mgielny sitcom, odpowiada ni mniej ni więcej, tylko, że podejrzewa, iż we mgle… sfilmował z parapetu hotelowego lądowanie jaka-40 z dziennikarzami[3] (stanowi to novum na tle innych, późniejszych wypowiedzi SW, które będą głosiły, że sfilmowany jest „zarys iła”). Jak pamiętamy z posiedzenia ZP, montażysta w trakcie słownej przepychanki z pos. E. Kruk[4] stwierdza coś w tym stylu, że on post factum uzupełnia sobie dane, co do tego, co sfilmował (nie wnikam w takie szczegóły, czy to był samolot ił, czy to był tupolew, czy to był jak itd. itd. – przyleciał samolot. Jako dokumentalista – to później mam zwyczaj uzupełniania pewnych wiadomości). Pytanie tylko, z czyją pomocą przeprowadzana jest taka „uzupełniająca lekcja historii”[5]. Jeśliby bowiem sam SW nie wiedział, co sfilmował w gęstej mgle, to kto inny miałby to wiedzieć? Fachowiec wojskowy, którego nie było w Smoleńsku 10 Kwietnia? Tak czy tak wydaje się, że 24 kwietnia 2010, SW jeszcze „nie wie”, że „widmo” na mgielnym sitcomie to „ił” – z czego należałoby wnioskować, iż ktoś montażyście to potem podpowiedział, co zarazem dowodziłoby tego, że pamięć SW jest rezultatem „postprodukcji”, a nie rzeczywistego doświadczenia percepcyjnego.

Po trzecie, SW potwierdza, że był w Katyniu robić jakieś zdjęcia (podobny wątek pojawia się na posiedzeniu ZP). Tych zdjęć jednak nie prezentował publicznie. Po czwarte, SW nie wspomina ani słowem o przelotach iła-76 (po lądowaniu jaka-40). Wprawdzie Porzeziński go o „Frołowa” nie pyta, lecz wydaje się, że moonwalker, „montując” przez parę godzin „materiały do transmisji”, nie mógłby przeoczyć lub choćby nie dosłyszeć dwóch podejść ruskiego transportowca – tak więc choćby na zasadzie ciekawostki powinien o nich krótko opowiedzieć. Podobnie zresztą pod boczną bramą SW nie opowiada o ile-76, którego manewry miały poprzedzać „katastrofalne” podchodzenie „prezydenckiego tupolewa”[6]. Po piąte, SW nie mówi nic o „polskim dyplomacie”, który miał być pośród zatrzymujących montażystę ruskich mundurowych na polance samosiejek. Po szóste, SW, otrzymując SMS-a z Warszawy, ma siedzieć na ławce, a nie w samochodzie ruskich służb – być może więc pełna wersja legendy „z zatrzymaniem przez sowiecką nagonkę” nie jest jeszcze wtedy gotowa. Ale jakieś auto się w relacji moonwalkera pojawia. Po siódme bowiem, SW ma słyszeć, by wsiadł do samochodu i się ogrzał. Po ósme, co zupełnie jest „odlotowe”, SW sytuuje swoje filmowanie polanki samosiejek (z lotniczymi szczątkami) „następnego dnia”, a (rzekomo zarejestrowane na taśmie wideo) przyloty delegacji rządowej z Tuskiem na czele – odpowiednio: „dzień wcześniej”. Oczywiście prowadzący program w swej zadumie nie dopytuje o tę zaskakującą „chronologię” – sytuacja więc jest podobna jak na posiedzeniu ZP, kiedy to SW powtarzając, że „dwa dni wcześniej” (w stosunku do kręcenia moonfilmu) przylatywała delegacja rządowa, parlamentarzyści nie pytają świadka, dlaczego błędnie umiejscawia „katastrofę” (tu 9 kwietnia 2010).

Po dziewiąte, SW opowiada (znaną nam z późniejszego posiedzenia ZP) legendę o przewijaniu taśmy podczas zatrzymania przez ruskich mundurowych. Każdy, kto miał w ręku kamerę Sony miniDV (ja, dzięki uprzejmości pewnej osoby – miałem), wie, że przewijanie taśmy nie jest wcale prostą czynnością i jeśli ktoś „patrzy nam na ręce”, to nie może ona pozostać niezauważona – zwłaszcza gdybyśmy chcieli oszukać kogoś, nie cofając nagrania do początku zapisu. Sama zresztą historia z przewijaniem, które miałoby dowieść, że „nic się nie nagrało”, wydaje się opowieścią nie z tej ziemi (już pomijając fakt, że Ruscy odkryliby, iż SW sobie z nimi pogrywa, dając „taśmy na wabia”). Nawet jednak zakładając, że Ruscy nie wiedzieliby, jak sprawdzić, co zarejestrował na swych taśmach moonwalker (co wydaje się mało prawdopodobne) – to tym bardziej wzięliby go na dłuższą rozmowę z prezentacją funkcji kamery (np. w cieniu makarowa) albo zarekwirowaliby cały sprzęt i przekazaliby swoim ludziom do zbadania, nie pozwalając montażyście nic przy kamerze grzebać.

Po dziesiąte, SW nieco uchyla rąbka tajemnicy a propos „znajomej, która przysłała SMS-a” (że „rozbił się prezydencki samolot”) – otóż ta znajoma miała kiedyś zetknąć się przepowiednią dotyczącą  moonwalkera, że będzie on świadkiem historycznego wydarzenia w postaci… „śmierci kogoś ważnego”. Przekładając to na ludzką mowę, jasnowidzenie przekazane „znajomej” mogłoby być związane z rozpoznaniem prowadzonym przez służby od takiego „widzenia na odległość, wprzód” (tzn. widzenia zachodzącego, zanim jakieś zdarzenia nastąpią – widzenia, gdyż są te zdarzenia przez kogoś przygotowywane). SW wprawdzie zaznacza, że wyrocznia miała tak zasądzić już w 2005 r., lecz jeśli chodzi o określenia czasowe, wiemy, iż moonwalker nie bywa precyzyjny i posługuje się „ruchomym zegarem”. Po jedenaste, pod koniec programu montażyście wyrywa się intrygujące powiedzenie o „zrzuceniu samolotu”, które to wyrażenie zaraz SW koryguje na „strącenie samolotu” (jak ja bym, nie wiem, specjalnie ten samolot zrzucił, yyy…, strącił, po to, żeby mieć nakręcić materiał) – to oczywiście opowiadane jest w trybie przypuszczającym, ale właśnie w tymże trybie – jak pamiętamy choćby z posiedzenia ZP (i kwestii np. „pełnych autokarów” czekających przy lotnisku) – świadek potrafi sygnalizować rzeczy, które warto drążyć. To, że kwestii takiej jak zrzucenie samolotu nie drąży prowadzący program Radia Plus, bardziej skoncentrowany na zagadnieniach metafizycznych, nie powinno nas dziwić. Po dwunaste, SW wyraźnie uskarża się na to, że nie ma się komu szczerze wygadać, tak jakby coś bardzo ciężkiego leżało mu na sercu – posługuje się nawet enigmatycznym sformułowaniem „zła świadomość”[7].   

[poniższy stenogram jest z moimi skrótami (wtrętów, zagajeń, wielu Mhm Porzezińskiego[8]), podkreśleniami i komentarzami[9]]

RP: (…) Dziś kolejny bohater. Bohater, którego dane mi było poznać na dwa dni przed 10-tym dniem kwietnia 2010 – Sławomir Wiśniewski, montażysta Telewizji Polskiej. Witam cię, Sławku, bardzo.
SW: Witam pięknie.
RP: Dwa dni przed tą katastrofą bardzo radosny i roześmiany – pogodą ducha zarażający całą ekipę, bo znaleźliśmy się w jednym hotelu po to, by robić transmisję wizyty premiera Donalda Tuska, później prezydenta Lecha Kaczyńskiego dla TVP 1 – no, nie przewidywaliśmy tego, co nas czeka.
SW: Ja nie czuję się żadnym bohaterem, kimś wyjątkowym, szczególnym.
RP: Bohaterem tego programu jesteś, nie ma to tamto…
SW: Bohaterem tak, może bardziej uczestnikiem. Ale ja po prostu nie czuję się komfortowo, jak ktoś mnie nazywa bohaterem tylko za to, że zrobiłem coś ponad moje obowiązki. Jeśli chodzi o atmosferę…, znaczy, z natury staram się być wesołym…, człowiekiem radosnym, otwartym do życia i do ludzi, że ktoś kiedyś nadał mi sławne imię „Sławomir”, człowiek sławiący pokój, czyli po prostu nielubiący żadnego zamętu itp. rzeczy. Będąc w Katyniu, gdzie udało się znaleźć chwilę czasu, żeby pójść zobaczyć, poczuć troszczeczkę atmosferę tego smutnego miejsca. No to człowiek usiadł w kąciku i tak sobie popatrzył, wsłuchał się w szum tych drzew, westchnął, no i wrócił. Taka na-, taka nasza praca – taki nasz los pamiętać o tych, którzy odeszli, o tych, którzy nie mieli tego szczęścia jak my – żyć, mieszkać w wolnej Polsce.
RP: Byłeś ostatnią osobą z naszej ekipy, z całej paczki, która została w hotelu owego 10-go dnia. Powiedz mi, czy usłyszałeś huk? Co spowodowało, że pobiegłeś na miejsce zdarzenia? Bo to właśnie Sławomir Wiśniewski jest osobą, która, no, była pierwsza, na pewno pierwsza zarejestrowała na taśmie te wydarzenia, które, którymi żyje Polska od ponad… od 10-go, od ponad 10 dni. Co spowodowało, że pobiegłeś tam?
SW: Może zau… Może trochę przy-, przypadek, trochę zrządzenie losu, trochę dar Boży – to trudno jednoznacznie zdefiniować. Bo, rzecz prosta i banalna – wiele osób mnie zna z tego, że chodzę wszędzie z aparatem albo z kamerą.
RP: To prawda.
SW: Lubię robić zdjęcia, robić, jak to się mówi, lubię kamerować.
RP: Dokumentować chwile.
SW: Dokumentować chwile, zatrzymywać ten czas. Bo mając córkę, która pyta: „tata, co tam było? Co było? Jak tam tego?” – łatwiej pokazać niż opowiedzieć. I chcąc zarejestrować lądowanie polskich samolotów, bo wcześniej mi się to udało, jak lądował premier Tusk i premier Putin. No, wtedy była piękna pogoda, wręcz wymarzona do nagrywania. I mówię, no, następnego dnia [tak w oryg. – przyp. F.Y.M.], mówię, też sobie nagram. Ustawiłem sobie kamerę w oknie, a że miałem trochę coś do roboty, to robiłem swoje, a kamera sobie nagrywała [nie wspomina o zmianie położeń kamery – przyp. F.Y.M.]. A że akurat pogoda była fatalna, mówię, no to co będę nagrywał, jak nic nie widać…
RP: I o tym, co było dalej, za chwileczkę w programie Słowo daję – dziś naszym gościem jest Sławomir Wiśniewski.
*
RP: (…) Ale dzisiaj jesteśmy w 10-tym dniu kwietnia 2010-tym, o którym będą się uczyć nasze dzieci w szkole [swoją drogą, ciekawe, czy się faktycznie uczą, nie wydaje mi się bowiem, by w szkołach obchodzono jakoś specjalnie jakiekolwiek rocznice 10-04 – przyp. F.Y.M.]. Niestety, nie jest to data żadnego tryumfu, chociaż może tryumfu pamięci będzie. Zostawiłeś kamerę włączoną w oknie, ale była marna pogoda tego dnia. Nie wszędzie, bo nad Lasem Katyńskim nie było jakichś strasznych chmur i było dosyć ładnie – natomiast nad lotniskiem smoleńskim była mgła?
SW: Była mgła i to bardzo gęsta mgła. Niektórzy nawet snuli taką, takie przypuszczenia, że ta mgła się nagle pojawiła, nagle znikła. No, tak się składa, że właśnie robiąc zdjęcia, znaczy, zdjęcia, kam-, kamera sobie pracowała, nagrywała to, co było…, niestety, no, mówię, pogoda była fatalna… Owszem udało mi się nagrać lądujący pierwszy samolot, ale to trzeba się dobrze wpatrzeć w tą mgłę, zobaczyć, jak on ląduje. To zrezygnowany mówię: „no, co będę nagrywał…?”
RP: A co to był za samolot? Ten pierwszy, który lądował?
SW: Podejrzewam, z tego, co pamiętam, to był – tym samolotem przyleciały ekipy dziennikarskie.  On tylko przemknął tak, więc trzeba się dobrze wpatrzeć w ten materiał nagrany, żeby go dojrzeć. Ja mówię: „no, dobra, to zobaczymy, może się pogoda poprawi.” I stoi ta kamera. Ja robiłem swoje…
RP: Czyli montowałeś materiały do transmisji, tak.
SW: Przygo-, przygotowywałem materiały, które miały być tłem do, do transmisji. Później jakieś inne rzeczy przygotowywałem. Jak to zwykle w telewizji zawsze coś jest do zrobienia. I stojąc w oknie, bo stwierdziłem, nie ma sensu dalej tego kręcić, a jeszcze przy okazji jak ci robotnicy weszli tam na taki daszek – coś tam remontowali[10]. Mówię: „jeszcze mi strącą albo nawet ukradną”, ja mówię: „no to nie ma co”. I zdjąłem tą kamerę właśnie z okna otwartego. I w tym momencie usłyszałem właśnie nadlatujący samolot. Ale już było trochę za późno, bo wyjąłem kasetę i – mówię, no – zanim się zorientowałem, mówię, no, dobra, wy-, wyglądam przez okno i zobaczyłem skrzydło, które cięło ziemię, później huk usłyszałem, no i wybuch – słup ognia. No to, czym prędzej, jak już miałem otwartą tą kieszeń tego – wyjąłem kasetę, wrzuciłem pierwszą lepszą, którą znalazłem, wziąłem całą torbę, bo mam taki zwyczaj. No i biegiem na, na miejsce. No i co dalej, no to już było widać, że brnąc po tym błocie, ile się tylko dało, udało się coś, cokolwiek nagrać dopóty, dopóki dało się, dopóty Federalna Służba Ochrony… po prostu mnie zatrzymali i mnie wyprowadzili stamtąd przy pomocy, właśnie, żołnierzy OMON-u.
RP: Znaczy, zrobiono to, ale powiedz jeszcze o tym momencie, w którym spojrzałeś w okno, to, co zobaczyłeś z… znamionowało, znaczy, pokazywało, że to będzie ta, ta katastrofa o takim zasięgu?
SW: O nie. Na pewno nie, no bo była tak gęsta mgła, że z odległości mniej więcej 400 m w linii prostej widziałem tylko zarys skrzydła.
RP: Zarys skrzydła, mhm.
SW: Czyli to też, sam, to można sobie mniej więcej jako tako wyobrazić, przecież samolot prezydencki to jednak duża maszyna – to nie jest awionetka.
RP: Tu to jest kawał maszyny.   
SW: Kawał, kawał, mówiąc nieładnie, metalu. Nie powiem żelastwa teraz, raczej to brzydko by zabrzmiało. Ale… przecież to spora maszyna – skrzydło było pod… akurat wyglądało prawie jak pług, co, podejrzewam, chodząc po tamtym miejscu tragedii nawet dało się czuć, bo była tam tak głęboka, przeorana, że się nie dało normalnie tam po niej chodzić. Stąd niektórzy mi zarzucali: „dlaczego filmowałeś krzaki, a nie samolot?” No to jak człowiek idzie po, brnie po takim błocie, no to stara się, owszem, robić…
RP: Patrzy, gdzie iść… Ta.
SW: …ale przede wszystkim podstawa to, żeby się nie zapaść – przecież gubiłem bu-, buty w tym błocie. I mając świadomość tego, że jednak coś jest ważnego, starałem się skupiać na jakichś szczegółach. Właśnie na skrzydle, na silnikach. Dopiero podchodząc bliżej, mówię: „to polski samolot”, no ale później, jak się przyjrzałem, bo to jest szachownica. I za… skojarzyłem, że być może jest to samolot kogoś ważnego, ale nie miałem w ogóle pojęcia i wyobrażenia, że to właśnie przyleciała cała delegacja z Prezydentem na czele…
*
RP: (…) Brnąłeś przez błoto, zobaczyłeś, że to polski samolot – przeszło ci to przez myśl, że to może być ten najważniejszy samolot, na który wszyscy tam w Lesie Katyńskim czekają?
SW: W żaden sposób. Być może dobrze, szczęście w nieszczęściu, że nie wiedziałem, jakiej rangi się to rozbił samolot – z ja-, z jakimi gośćmi, z jaką obsadą, bo podejrzewam, że, nie wiem, czy strach, czy przerażenie, czy wręcz szok spowodowałby, że bym stanął i po prostu stał. Być może, ale podejrzewam, że mam… po mojej reakcji, jak już będąc aresztowany, zatrzymany przez służby ochro-, te federalne służby bezpieczeństwa, dostałem właśnie SMS-a z Warszawy…, że właśnie rozbił się prezydencki samolot. To… zrobiło mi się ciemno w oczach. Ledwie co nie spadłem z tej ławki, na której siedziałem. To jeśli będąc w pewnym sensie bezpieczny – nazwijmy to w ten sposób – bo wtedy już wiedziałem, że – jak mi powiedziano „wsiądź do tego samochodu, się ogrzej” – to nie będzie tak źle. Jeśli w tym momencie zrobiło mi się ciemno przed oczami, no to pod-, będąc już na samym miejscu, no, to podejrzewam, że…
RP: Osunąłbyś się na ziemię.
SW: Podejrzewam, że bym oparł się o drzewa albo po prostu padł jak długi. Albo stanął jak słup. I nie byłoby żadnej rozmowy, żadnego tematu. Nie byłoby żadnych zdjęć. I chwila moment zostałbym złapany, kamera by nic ciekawego nie nagrała. Podejrzewam, że tylko nagrałaby moje brudne buty i spodnie – i nic poza tym.
RP: Te zdjęcia, które obiegły, no, na pewno całą Polskę, ale i świat, które są z…, na których widać fragmenty naszego Tu-154, w większości są twojego autorstwa. Te, które…
SW: Znaczy, te któ-re ja widziałem, to… z tego, co mi wiadomo, to były publikowane trzy zapisy: mój, człowieka, jakiegoś Igora, który później dawał wywiady do Wiadomości, który szedł za mną [ta uwaga powtarza się też na posiedzeniu ZP, choć Igor Fomin, jak przynajmniej wynika z jego filmiku, nie szedł za Wiśniewskim, tylko laskiem od warsztatu samochodowego – przyp. F.Y.M. – Tym niemniej na materiale moonwalkera widać, gdy SW filmuje już po dotarciu do pobojowiska na wysokości „strażaków”, że za nim ktoś od ul. Kutuzowa idzie]. I później jeszcze chyba po dwóch dniach jakieś zdjęcia robione też chyba telefonem komórkowym ludzi, którzy prawdopodbnież byli oceniani jako szabrownicy. Bo tam niby jakieś strzały były i tak dalej. Nie znam innych materiałów, które pokazałyby, ujrzały światło dzienne, były publikowane w jakichkolwiek stacjach. Wszystko są już zdjęcia po tym, jak weszły służby porządkowe, służby bezpieczeństwa…
RP: Tak.
SW: …wszystko, po prostu, służby ochrony…
RP: Ty byłeś przed strażą pożarną, przed służbami porządkowymi [to założenie wynika nie wiadomo, skąd, skoro na filmie Wiśniewskiego widać „strażaków” od pierwszych kadrów – przyp. F.Y.M.] i trwał pożar, kiedy tam przyszedłeś? Paliły się części samolotu?
SW: Jak dobiegałem, znaczy, ja byłem na miejscu przed strażą, ale mniej więcej, jak zdążyłem już dochodzić, to oni już byli. Tak więc można powiedzieć, że byłem pierwszy. Służby te pożarnicze dość szybko przyjechały, bo tam zaraz blisko jest remiza strażacka. Pożaru, jak na tak wielki samolot, który ważył, z tego, co pamiętam, około stu ton, który powinien mieć, co najmniej, dwie tony paliwa – to tam prawie się nic nie paliło. Tam się paliły drzewa, które strzelały, bo były mokre. Ktoś podejrzewał, że to są strzały, a to nie były strzały tylko po prostu takie trzaski typowe, jak dla palącego się drewna [ta uwaga jest o tyle intrygująca, że chwilę temu SW mówił o filmiku Koli jako o materiale z szabrownikami, bo słychać strzały – przyp. F.Y.M.] i trochę tam dalej w głębi, to zresztą było widać na moim materiale, jakichś różnych rzeczy. Dlatego wiele osób mnie pyta, czy widziałeś, to, co najważniejsze, a może to najbardziej straszne, czyli…
RP: Ofiary.
SW: Ofiary…
RP: …tej tragedii…
SW: Ja akurat to w pewnym sensie uświad-, to ten, przekonałem się, znaczy, byłem przekonany cały czas – nie widząc właśnie ani, powiedzmy, ubrań, walizek, bagaży jakichkolwiek, czy nawet foteli, że to nie był samolot aż z taką wielką ilością osób na pokładzie. Byłem kiedyś świadkiem, znaczy, świadkiem – byłem na miejscu katastrofy w Lesie Kabackim. No to tam to, co widziałem, no to była masakra. Pomijając, że samolot był większy i tak dalej, ale to, co mnie pytano, dzisiaj, między innymi na przykład w prokuraturze wojskowej – nie czułem ani specyficznego zapachu paliwa – ale nawet, jak się rozleje kanister benzyny, to przecież śmierdzi, bo to, bo to nie pachnie, ale wręcz śmierdzi, chociaż znam ludzi, co lubią taki zapach benzyny… Ale też… Ale też przede wszystkim to, że nie było czuć tego zapachu właśnie paliwa lotniczego ani takiego specyficznego zapachu… palonych ciał. No wiadomo, jak czasami, jak ktoś sobie włosy przypali, to mniej więcej wie…
RP: Tak, tak, tak.
SW: …jak taki jest zapach [tak w oryg. – przyp. F.Y.M.].
RP: Ale nie było widać też żadnych ofiar. Jak to tłumaczysz dzisiaj sobie? Dlaczego tak było?
SW: …Ja sobie mogę nie tyle co tłumaczyć – jestem mądry czyjąś mądrością – rozmawiałem z fachowcami od techniki lotniczej [chodzi o specjalistów z KBWLLP, z którymi SW współpracował? – przyp. F.Y.M.]. Mniej więcej, jak ja im opisywałem, mniej więcej jak ten samolot leciał, jakie, być może się mógł rozbijał [tak w oryg. – przyp. F.Y.M.] – to prawdopodobnież gros tych ciał i zwłok [tak w oryg. – przyp. F.Y.M.] było w dalszej, przedniej części samolotu, które po prostu zostały przez tą siłę hamującą wrzuceni do środka i tak, mówiąc językiem samochodowym, samolot dachował i on przykrył pod sobą szczątki ludzkie. I może dlatego dobrze, że tak się stało, że, mówię, mając… obraz przed oczami takiego, takiej tragedii, takiej masakry, no to podejrzewam, że troszeczkę bym się gorzej czuł niż dzisiaj.
*
RP: (…) Sławku, zaraz po katastrofie tego samego dnia władze rosyjskie zażyczyły sobie wymiany oświetlenia na pasie startowym. To jedno. Dwa – dezinformowano przez media, że podchodził do lądowania czterokrotnie [SW tu się nie wtrąca, by np. opowiedzieć o ile-76 – przyp. F.Y.M.], co jakby w żaden sposób nie potwierdzasz, bo słyszałbyś tą maszynę wcześniej, siedząc w hotelu [ciekawe, że Porzeziński za świadka opowiada, czego ten ostatni mógł być świadkiem; tymczasem SW w rozmowie z P. Zychowiczem twierdzi, że właśnie słyszał wcześniej samolot, który wziął za tupolewa[11]. W rozmowie z Porzezińskim SW nie wraca jednak do tej niezwykle ważnej kwestii – przyp. F.Y.M.] Trzy, mówiono, że nie znał języka rosyjskiego[12], podczas, gdy był świetnie w tym języku wyszkolony [tak w oryg. – przyp. F.Y.M. – Porzeziński z rozpędu, wyrzucając z siebie tę litanię, zapomina powiedzieć, o kogo chodzi, ale domyśleć się można, iż o polskiego pilota z załogi PLF 101]. Dużo tych dezinformujących treści, które się okazują nieprawdziwe [a mogą być dezinformujące treści, które się okazują prawdziwe?[13] – przyp. F.Y.M.].
SW: Zarzut, że on nie zna rosyjskiego jest tym bardziej dziwny, bo jak się lata na samolocie, który jest rosyjskiej konstrukcji, ma rosyjską dokumentację, to też trochę dziwi. Tym bardziej, podejrzewam, znaczy, oprócz tego, że akurat mógł się zdarzyć błąd ludzki – nie upieram się przy tym zdaniu, bo akurat to, że były jak, fatalne warunki, jeśli chodzi o w ogóle latanie. To w taką mgłę, będąc pilotem, wydaje mi się, że bym raczej poleciał gdzie indziej. Prawdopodobieństwo, że akurat zepsuło się coś ważnego w maszynie akurat przed lądowaniem, co mówili fachowcy, jest niewielkie, tym bardziej, że wiele układów ważnych dla przetrwania samolotu jest zdublowane.
RP: Dlaczego wykluczasz… hipotezę o sabotażu? Na tym pokładzie byli najważniejsi generałowie. Bardzo wiele osób, nazwijmy to, o ostrożnym, jeśli nie nieprzychylnym w stosunku do władz Kremla. Dlaczego wydaje ci się to mało prawdopodobne, by była ro robota służb specjalnych… Rosji?
SW: Prawdopodobieństwo, że ktoś w tym, mówiąc nieładnie, maczał palce, jest też niewielkie, bo Rosjanie, jacy są, tacy są – czy mniej, czy bardziej zadufani w sobie, czy mniej, czy bardziej mają skłonności imperialistyczne – wydaje mi się, nie są takimi idiotami. Jeśli ja np. miałbym robić sabotaż…
RP: Oby nie, oby nie.
SW: …to nie na własnym podwórku.
RP: Tam najłatwiej.
SW: No tak, ale w tym momencie ja robię bałagan u siebie i wtedy ja się muszę tłumaczyć. Jak zrobię u kogoś na podwórku, to on odpowiada.
RP: Mhm, choć zawsze możesz się tłumaczyć, że przecież, gdybym robił sabotaż, to przecież nie na własnym podwórku.
SW: No tak, można tą wie-, no tak, na dwoje babka wróżyła. Tak się ładnie mówi.
RP: Mhm. Ale powiedz mi, czy w momencie, kiedy zatrzymano cię tam na lotnisku i zabrono ci również taśmę, prawda?
SW: Spryt polega – to mnie nauczyli koledzy operatorzy z telewizji – że, mając świadomość, że to może być świadomość jakiś tam, gdzie może być z tego powodu jakiś problem, to przygotowałem się na to, że być może będą chcieli zabrać mi taśmę. W tym momencie, jak zostawałem już zatrzymywany przez fede-, federacyjną służbę ochrony, pokazałem, że chowam kamerę do… torby i daję im kasetę, którą miałem wcześniej przygotowaną. Obawiam się, że wśród tych trzech kaset, które akurat dałem [z jednej kasety robią się trzy od razu – przyp. F.Y.M.] były kasety, które dzień wcześniej, znaczy wcześniej właśnie rejestrowałem przylot samolotów polskiej delegacji, też samolotów Putina. To chyba byłoby teraz głupio do nich się zwrócić o zwrot. Po, że, oddajcie mi moje kasety i przewód, który żeście mi ukradli. I to po prostu to, że ta taśma ocalała, to jest tak, na pewno trochę szczęścia, trochę sprytu, bo później, jak by-, prosił mnie oficer FSB: „pokaż, co tam nagrałeś?” [Ruscy wzięli taśmy na wabia, a mimo to pytają SW, co nagrał – przyp. F.Y.M.] – nie wiem, czy przypadkiem, czy sprytem, przewinąłem do przodu tą tego. No, on patrzy, nic nie ma. No, jak nic nie ma, to nic nagrał [tak w oryg. – przyp. F.Y.M.], to nie ma czego się człowieka czepiać. Czyli trzeba go puścić. [To kolejna opowieść dziwnej treści – jeśliby bowiem okazało się, że „nic nie nagrał”, to i tak powodu do wypuszczenia nie byłoby żadnego – przyp. F.Y.M.].
(…)
*
RP: (…) człowiek (…), który nie dał się okraść z kasety przez służby federalne Rosji – Sławku, po co tam byłeś? Jak myślisz, tak pytając już głębiej – jak rozumiesz swoją obecność w tym…, w tej tragedii [nie ma jak wejście na poziom „ubogacających” rozważań metafizycznych zamiast ustalać jakieś fakty – przyp. F.Y.M.]?
SW: Przede wszystkim można powiedzieć, tak zacznę od początku, przede wszystkim tam, w samym Smoleńsku, byłem z racji obowiązków. A to, że coś mnie tknęło i pchnęło, i kazało biec – to trudno powiedzieć. Może to jest taka przepowiednia, bo… tej znajomej, która, akurat od niej dostałem SMS-a, że ktoś kiedyś wywróżył, że będę świadkiem śmierci kogoś ważnego, [zwróćmy uwagę na osobliwą konstrukcję tego zdania: znajomej ktoś wywróżył, że SW będzie świadkiem śmierci kogoś ważnego – przyp. F.Y.M. – wywróżono znajomej, a nie samemu SW] ale to było 5 lat temu. Podejrzewałem, że chodzi to o śmierć ojca Jana…
RP: Ojca świętego.
SW: …Pawła II, bo byłem wtedy w Watykanie. Myślałem, że to, to odejście kogoś nam bliskiego, jest tym, jakby, powiedzmy, tym, ten, ale prawdopodobnież być może ta wyrocznia, czy, powiedzmy, ta słu-, ta przepowiednia tyczyła się tego, co się stało w Smoleńsku[14]. Przecież równie dobrze mogłem po prostu zwyczajnie po ludzku ze strachu siedzieć w tym hotelu, nie wyciągnąć, nie wy-, nie wybiegać z tą, z tą kamerą… To jest… mówię, to trudno zdefiniować, no. Trochę taka żyłka, jak to mówią, szukającego guza, kogoś lubiący dokumentować [tak w oryg. – przyp. F.Y.M.], kogoś, kto tak gdzieś czasami gdzieś pcha w różne dziwne miejsca. To jakby jest trudno jednym słowem to określić.
RP: To nie pierwsza katastrofa lotnicza, z którą spotkałeś się niemal twarzą w twarz, bo wspominałeś wcześniej o katastrofie na Kabatach, sławnym… locie [tak w oryg. – przyp. F.Y.M.] – powiedz mi, czy, czy to wydarzenie, ten 10 kwietnia, zmieni twoje życie jakoś?
SW: Na dobrą sprawę już zmieniło, bo akurat sprawa… Lasu Kabackiego, no to było też trochę ten – mój brat, który pracował w… tego, mówił, żebym się tam nie pchał, o, a ja byłem jak już po fakcie. Bo jakbym był w tym czasie, co faktycznie, to bym podejrzewał, byśmy już nie rozmawiali [ta mgławicowa wypowiedź może się odnosić zarówno do tamtego przeszłego zdarzenia, jak i do 10-04 – przyp. F.Y.M.]. To też, dajmy to, jakiś palec Boży albo jakaś iskra taka spowodowała, żebym tam się, tam nie ten, wtedy nie było. Życie się zmieniło w ten sposób, że… z jednej strony mam radość taką wewnętrzną, że zrobiłem coś ponad przeciętność, którą robię normalnie w pracy. Z drugiej strony jest takie lekkie rozgoryczenie i taka rysa na psychice, że byłem tam i byłem, widziałem coś, co jest na miarę dziesięciolecia albo wręcz, no, głęboka karta historii.
RP: Myślę, że więcej. Nie pamiętam takiej tragedii w historii międzywojennej Rzeczpospolitej czy też niewojennej.
SW: Jakiejkolwiek, no.
RP: Tak.
SW: Tak.
RP: Bo pra-, niewiele więcej ofiar, chociaż tego trudno też dociekać, pochłonął cały stan wojenny. [Skojarzenie zastanawiające – przyp. F.Y.M. – Wydawać by się mogło wszak, że „stan wojenny chłonął ofiary” w wyniku zbrojnej agresji sowieciarzy przeciwko Polakom – w studiu zaś ma być mowa o lotniczym wypadku. Z tego też pewnie względu SW nieco mityguje redaktora].
SW: No tak, tylko tu co innego jest sytuacja związana z jakimś stanem nadzwyczajnym, a co, mówiąc…
RP: Ta.
SW: …w jednej wielkiej katastrofie, w której zginie, zginął kwiat polskiego, właśnie, jak wspomniałeś…
RP: Ta.
SW: …służb wojskowych itd. itd.
RP: Najbardziej państwowotwórczy element. Dokładnie to samo, co 70 lat w Katyniu, temu, w Katyniu. Też ci najlepsi.
SW: Kwiat polskiej, tego, oficerów. Następna sprawa – no, jest to wiele. To, wbrew pozorom, to nie jest takie proste żyć ze świadomością, że było się w tym miejscu i mieć świadomość, że się zrobiło, to trochę jest to przykre, słuchając, oglądając, jak ktoś kradnie moją pracę – w tym sensie, że przypisuje sobie. Ja nie mam jakichś chorych ambicji, ale może ktoś by czasami podpisał, że to jest moja praca. Choćby to, że wiele właśnie ludzi, którzy kradną tą, tego, przypisują sobie tą, tego… Rozumiem, każdy by chciał mieć te swoje 5 czy 7 minut. Druga sprawa, że coraz trudniej mi, wbrew pozorom, fun-, normalnie funkcjonować, bo ten mój, nazwijmy, płaszcz ochronny czy ta strefa, która w jakiś sposób jeszcze mnie broni przed tym, żeby jakoś w miarę funkcjonować – przecież normalnie pracuję, chodzę do pracy. Koledzy pytają, jedni gratulują, inni się śmieją, że teraz będę bogaty i sławny. A sławny może jestem, bo ludzie mnie na ulicy rozpoznają, dzwonią ludzie, do których, nie wiem, skąd mają numer, mój telefon, dzwonią z wielu różnych kr-, państw nawet.
RP: Spotykamy się w Radiu Plus.
SW: Spotykamy się w Radiu Plus. Spotykamy się w różnych telewizjach. No, ale trochę przykro, że ci, co według mnie, powinni, nie powiedzieli nawet zwykłego dziękuję. To nie o to chodzi, że ja oczekuję nie wiadomo czego, noszenia na rękach, czy jakichś wielkich oklasków, czy czerwonego dywanu, jak gwiazda, czy, jak mówią niektórzy, bohater, ja się nie czuję ani gwiazdą, ani bohaterem, tylko normalnym, wrażliwym człowiekiem, który…  Ale tak, żeby ktoś po ludzku powiedział zwyczajne dziękuję.
RP: Sła-, Sławku, ja ci bardzo dziękuję. Nie tylko za to spotkanie, nie tylko za słowa, ale za to, że miałeś odwagę i we mnie pozostaje świadomość, że to twoje zdjęcia towarzyszyły tym trudnym, ale też w jakimś sensie pięknym momentom zjednoczenia całej Polski w modlitwie, we wspomnieniach, w takim trwaniu, może w osłupieniu, w przerażeniu, ale też, wierzę, w nadziei, że nic się jeszcze nie skończyło, że jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy.
*
RP: (…) Sławku, dałeś całej Polsce dokument, prawdziwy dokument tego, co, myślę, nie zapomnimy nigdy – sądzę, że nasze dzieci też nie zapomną nigdy.
SW: Osoby, o których się nawet nie spodziewałem, nawet kilka koleżanek, po prostu, jak przyjechałem, rzuciło mi się na szyję, płacząc: „jak się cieszę, że ty, że żyjesz”, i to, i to się robi w tym momencie już przyjemne. Ale właśnie te niektóre zarzuty, że… woda sodowa uderzy do głowy i takie, trochę takie nieprzyjemne komentarze w niektórych miejscach, to po prostu się robi troszeczkę przykro. Jak ja bym, nie wiem, specjalnie ten samolot zrzucił, yyy…, strącił, po to, żeby mieć nakręcić ten materiał. I mówię, z jednej strony są takie obj-, przejawy, właśnie ciepłego, serdecznego słowa, a są takie momenty, że od kogoś bliskiego, zamiast usłyszeć ciepłe słowo, to słyszy się coś, co jest przykre. I to przede wszystkim boli. Bo przecież ja, pomijając tego, te rodziny, ale ja mam też wrażliwość i też mi jest przykro. Łzy mi się w, w oczach kręcą – ale tym bardziej, że – raz, że muszę z tą świadomością żyć i jeszcze ludzie… robią mi przykrość, jakbym, mówię no, jakbym to specjalnie zrobił, no. I po prostu no, nawet, mówię, słyszę kpiny różnego rodzaju, że… Jako normalny, zwykły człowiek, czasami też chciałbym poczuć właśnie to słowo, usłyszeć te słowo, które przede wszystkim pokrzepi. Przecież to nawet, minęło przecież sporo czasu, co dla niektórych jest wręcz dziwne – do tej pory nikt, podkreślam, nikt nie zainteresował się mną jako człowiekiem. Z tym problemem, z tym bólem, z tym tragedią [tak w oryg. – przyp. F.Y.M.] muszę sobie sam radzić [podobne zarzuty wygłaszać będzie SW na posiedzeniu ZP – przyp. F.Y.M.]. Nikt mi nie podał ręki, tak żeby na przykład, mówiąc: „chodź, pogadamy, może chcesz jakoś z tym porozmawiać, może jesteś, powiedzmy, jakoś coś wydobyć z siebie – może jakoś tam, żeby ta jakaś… zła świadomość, może z ciebie spłynęła [jaką złą świadomość ma na myśli SW? Świadomość uczestniczenia w wielkiej fikcji oficjalnej narracji? Na pewno kiedyś SW (o ile jakaś „niewidzialna ręka” mu w tym nie przeszkodzi, będzie musiał zasiąść na sali przesłuchań, by zeznawać pod przysięgą w tej sprawie – przyp. F.Y.M.]. Nie. Ja z tym, wbrew pozorom, mimo tego, że jestem, mówię, twardym człowiekiem, mam swoją wrażliwość i z tym wszystkim muszę sobie, niestety, radzić sam. Nie mam żadnej pomocnej dłoni.
RP: A co w tym wszystkim jest dla ciebie najkosztowniejsze, Sławku?
SW: Kosztowniejsze?
RP: W sensie kosztów tych duchowych, właśnie, psychicznych.
SW: …To trudno jednoznacznie powiedzieć. Sam fakt, mówię, że wiele osób, które, których się tego nie spodziewałem, okazało, no wręcz takie, takie, no, takie emocje, że, mówię, aż mnie zdziwiło. Przede wszystkim to, że ja próbuję znaleźć jakiś punkt odniesienia, żeby móc się wyciszyć, żeby móc normalnie funkcjonować. Przecież normalnie pracuję, normalnie muszę zarabiać na, na swoje utrzymanie, normalnie muszę spłacać swoje długi, zobowiązania – ale właśnie o to chodzi, że, że nie mam tego miejsca, w którym mógłbym się wypłakać, czy osoby, do której mógłbym się wypłakać. Bo to nieprawda, że mężczyźni nie płaczą. Jeśli, jeśli w takiej sytuacji ktoś mówi, że nie płacze, to po prostu ewi-, ewidentnie kłamie albo po prostu nie jest człowiekiem. Bo nawet kiedyś ktoś gdzieś powiedział, że kamień zapłacze, jak go zaboli. A ja mi się wydaje, że nie jestem kamieniem, jestem zwyczajnym, normalnym człowiekiem, który akurat miał to szczęście, że był w… tym czasie, w tym miejscu – pokazał Polsce i światu ogrom tej tragedii, z którym on, która w tym momencie w jakiś sposób połączyła nas, Polaków i nie tylko. I, mówię, z jednej strony się cieszę, że akurat byłem świadkiem czegoś takiego, ale nie chciałbym być, właśnie, takim świadkiem, czy… historii, która niesie… taki ogrom śmierci i zniszczenia. Bo sam, mówię, sam, w mojej nazwie, w moim imieniu jest to: „sławiący pokój” – czyli radość życia, a nie tragedia. No, niestety, taką mam pracę – wiele razy mi się zdarzyło przynosić światu smutne wiadomości jako montażysta, ale nigdy nie podejrzewałem nawet w najkoszmarniejszych snach, że przyniosę aż tak smutną wiadomość świat-, urbi et orbi, jak to się mówi.
(…)     
SW: Dziękuję za możliwość wypłakania się przed wami.
(…)                   


[1] Trudno ustalić dokładnie, kiedy pierwszy raz SW składa zeznania w prokuraturze (w obecności prok. J. Seja). Enigmatycznie moonwalker opowiada o tym przed ZP, przyznając, że jego druga wizyta w prokuraturze związana była z tym, iż przypomniał sobie, jak się uruchamia zegar kamery (jak się wywołuje datę i godzinę (…) chodziło o (…) uściślenie czasu) https://www.youtube.com/watch?v=BP3lInh8yrg od 1h58’25’’ materiału wideo. SW nie dodaje, w jaki sposób jednak synchronizował zegar kamery – tj. czy z jakimś zegarem ściennym, czy może z oficjalną narracją i „zapisami z XUBS”, które mogły być „kanoniczne” w badaniach katastrofologicznych, jeśli chodzi o chronologię „zdarzeń” przy Siewiernym.  
[3] To z kolei paradoksalnie pasowałoby do relacji por. A. Wosztyla z jego zeznań w dn. 10-04, jakoby PLF 031 lądował na Siewiernym o 9:25 rus. czasu/7:25 pol. czasu (http://rebelya.pl/post/2798/zeznania-por-wosztyla-mowi-do-nich-zeby-nie-sch).
[5] Do dziś nie „wypłynęły” żadne protokoły zeznań SW w prokuraturze.
[7] Całość materiału audio można znaleźć tu: http://chomikuj.pl/yurigagarin/10-04,4 jako „wywiad ze sławomirem wiśniewskim” (6,5 MB; można też odsłuchać sobie na stronie)
[8] Co nie zmienia faktu, że nie spotkałem się do tej pory z relacją Porzezińskiego ze Smoleńska i Katynia. On sam w tej rozmowie z SW nic prawie nie mówi o swoich doświadczeniach/przeżyciach z tamtych dni. Ale oczywiście takich dziennikarzy, co „niewiele pamiętają” lub „wolą nie pamiętać”, jest z kwietnia 2010 dużo więcej. Najmniej chyba pamięta M. Pyza obecnie, który niechcący zapamiętał rano 10-04 o wiele wcześniejszy (od oficjalnie obowiązującego w narracji) przylot tupolewa w okolice Siewiernego.
[9] Na ile samo nagranie jest kompletne, trudno powiedzieć. Osoba, która zarejestrowała ten program radiowy z SW, włączała zapis i wyłączała, zapewne ze względu na muzykę, która przetykała antenowe wypowiedzi zaproszonego gościa.
[11] http://www.rp.pl/artykul/460798.html (Godzinę wcześniej wydawało mi się bowiem, że maszyna lądowała. Wówczas również słyszałem huk silników. Gdy więc usłyszałem go ponownie, myślałem, że nasza delegacja wylądowała już bezpiecznie, a samolot leci załatwić jakieś sprawy techniczne, na przykład zatankować, albo wraca do Polski i potem przyleci z powrotem po prezydenta.) Porzeziński może tego wywiadu z 13-04-2010 nie znać, bo tak głęboko przeżywa wtedy żałobę, ktoś może powiedzieć. Jeśli jednak faktycznie Porzeziński by nie znał relacji SW dla Rz, to tym bardziej na antenie radiowej nie powinien za świadka opowiadać tego, jak (zdaniem Porzezińskiego) było z przylotami w dn. 10-04.
[12] Jak starałem się wyjaśnić w Suplemencie do opracowania Uchod experiment – „nieznajomość” ruskiego języka mogła cechować komunikację „Ziętasa” (nawigatora PLF 101) z „Korsażem”, komunikację wyciętą z „zapisów CVR” i „zapisów z XUBS” – nieobecną w oficjalnej narracji, a najprawdopodobniej poprzedzającą (późniejszą) rozmowę mjr. A. Protasiuka z mundurowymi „kontrolerami” z Siewiernego (https://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-uchod-experiment-suplement.pdf s. 84-87).
[13] Jest to rzecz zasługująca na osobną dyskusję – w jaki sposób dziennikarze ustalili ex post, co jest wiarygodną informacją, a co dezinformacją, jeśli w swej olbrzymiej większości sami nie byli świadkami tego, co się działo?
[14] Interpretacja przepowiedni czy wróżby ciekawa, jeśli się weźmie pod uwagę to, że SW twierdził, iż nie widział ciał na pobojowisku. W jaki więc sposób mógłby być świadkiem czyjejś śmierci?