14 wrz 2014

Punkt węzłowy (4) - zawiła historia KBWLLP



W poprzednich trzech notkach z tego cyklu poruszałem zagadnienia: 1. „Znikniętej” komunikacji kpt. A. Ziętka z „Korsażem”, 2. Kursu lądowania – (rus. „posadocznyj”), o którym nie rozmawia załoga PLF 101 z „kontrolą” Siewiernego, 3. Zaginionej (w dokumentacji oficjalnej) karty podejścia z zachodnim (tu KM 79) kursem podchodzenia na XUBS[1], 4. Braku grozy na filmie S. Wiśniewskiego z „miejsca katastrofy”[2], 5. Pominięcia zeznań członków załogi jaka-40 (PLF 031) w rekonstrukcji przebiegu rozmów między PLF 031 a PLF 101[3]. Teraz „węzeł” (niekoniecznie gordyjski), który można by określić lakonicznie jako:


Pseudobadania pseudokomisji

Nie chodzi o „MAK”, bo tę moskiewską komedię omówiono w wielu miejscach. Chodzi o polską komisję, która, jak zaznaczałem, winna się zwać „komisją Klicha-Grochowskiego-Millera”. Potocznie przyjęło się mówienie o „komisji Millera”, więc ja również tego skrótu myślowego używam, choć nie jest on precyzyjny. 10 Kwietnia powinna powstać/zadziałać „komisja Grochowskiego”[4]. To płk M. Grochowski był wtedy szefem „inspektoratu bezpieczeństwa lotów” MON, a „katastrofa” miała spotkać/spaść na/dotknąć etc. samolot 36 SPLT. Jeśli więc już miałaby powstać jakaś nadzwyczajna komisja (wojskowa), analogiczna jak KBWLLP powołana do zbadania katastrofy CASY (w styczniu 2008)[5], to pod kierownictwem Grochowskiego i on winien być ewentualnym „akredytowanym” nr 1. Jednak wcale nie leci on do Smoleńska w dniu „katastrofy” (i w ostateczności nie on stanie na czele KBWLLP, a ówczesny szef MSWiA, min. J. Miller niemający nic wspólnego z lotnictwem[6]).

O godz. 15:30 jakiem-40 wraz z kilkuosobową ekipą ekspercko-prokuratorską wybiera się na Siewiernyj płk dr E. Klich (późniejszy „akredytowany”, ale zarazem osoba niezaliczana oficjalnie do KBWLLP[7]), do którego w godzinach przedpołudniowych telefonuje sam „menażer”[8] A. Morozow z „MAK-u”[9], mimo że Klich jest wtedy szefem komisji badającej wypadki cywilnych samolotów, zaś statek powietrzny wojskowego specpułku za cywilny samolot pasażerski raczej nie mógł być uważany[10]. Klich z towarzyszącymi mu przedstawicielami polskiej strony po wylądowaniu na Siewiernym spędza 2 godziny w samolocie, po czym zostają oni odwiezieni autokarem pod namioty stojące nieopodal muru lotniska (gdzie zrobiono wyłom). Stamtąd spacerem odbywają króciutką[11] wycieczkę po księżycowym krajobrazie polanki samosiejek, ograniczoną do zony Koli i okolic „ogona”, przy którym okazane zostają Polakom „czarne skrzynki”[12].

„Badania” na polance samosiejek, przy brzozie i w zdradliwym jarze po wschodniej stronie XUBS, trwające „cały dzień, do nocy”, jak ujmie Grochowski w wywiadzie dla Naszego Dziennika[13], odbywają się więc nazajutrz po „upadku tupolewa”, w niedzielę, 11-04-2010 (gdy pobojowisko jest już od kilkunastu godzin w trakcie „sprzątania”). Z tym „całym dniem” to pewna przesada; ekipa Grochowskiego przybywa do Smoleńska w godzinach popołudniowych – jak pisze Klich[14]. Ale jeśliby doliczyć terenowe prace Klicha i jego ekipy tego dnia[15], to „cały dzień” by się może uskładał[16]. Rzecz jasna, z pominięciem czasu na uroczystości „pożegnania ciała Prezydenta” uniemożliwiające ekspertom poruszanie się po lotnisku i w okolicy[17]. Klich tego popołudnia „przekazuje kierowanie Grochowskiemu”[18] (jak się jednak wnet okaże, to Klich zostanie mianowany przez Moskwę dyrygentem polskiej orkiestry na jej występach w Smoleńsku i Moskwie; potem zaś zostanie „zdetronizowany” przez Millera)[19]. I właściwie na tych „całodniowych pracach” na „miejscu katastrofy” kończą się „terenowe badania” przyszłej KBWLLP[20]. Już od poniedziałku (12-04-2010) prace sprowadzają się do „egzekutyw” z radzieckimi wojskowymi i uczonymi. „Miejsce katastrofy smoleńskiej” zostaje w ciągu paru dni doprowadzone do porządku buldożerami, spychaczami i koparkami, z wydatną pomocą setek „ratowników”, aczkolwiek „ziemia będzie oddawać” jeszcze tygodniami i miesiącami rozmaite szczątki na polance samosiejek – akurat wtedy, gdy w tamtych okolicach będą się pojawiać wycieczki z Polski – zwłaszcza z mediów związanych ze szkołą Macierewicza wyspecjalizowaną w znajdowaniu dowodów „katastrofy”.

Ale nie tylko wtedy. Zrazu bowiem, podczas wielkiego sprzątania pobojowiska przy Siewiernym, „ziemia oddaje” przede wszystkim różne ważne urządzenia lotnicze, choć niekoniecznie „oddaje” je wtedy, gdy są w pobliżu polscy eksperci lub wojskowi. Przykładowo w poniedziałek podczas narady u „gen. Bajnietowa” (12-04) „okazany zostaje” przedstawicielom polskiej strony słynny rejestrator szybkiego dostępu, czyli ATM[21] cudownie znaleziony na „miejscu katastrofy” (przewieziony do Warszawy już 17-04-2010[22], a więc zaledwie tydzień po „zdarzeniu”, a 5 dni po „okazaniu”). Zachodzi to „komisyjne okazanie” wprawdzie dopiero dwa dni po „katastrofie”, ale to i tak bardzo szybko w porównaniu z losem tych urządzeń, których smoleńska ziemia już „nie odda”, jak np. rejestratora K3-63[23] czy większych fragmentów „prezydenckiego tupolewa”, jak choćby kokpitu[24]. Dzień lub dwa dni później po ATM-ie „ziemia odda” szczątki cudownie ocalałego rejestratora KBN-1-1, który zostaje dostarczony 14 kwietnia 2010 do Moskwy[25]. Kiedy dokładnie zachodzi „oddanie” przez „ziemię” komputera pokładowego PLF 101, czyli FMS-a[26] oraz TAWS-a – nie jest jednak w  żadnej dokumentacji podane. Nie ma to zresztą większego znaczenia, tak jak i to, gdzie dokładnie i kiedy „znaleziono czarne skrzynki” – ponieważ oryginały tych urządzeń i tak nie zostaną przekazane polskiej stronie. I jako takie okażą się w „badaniach” KBWLLP w ogóle niepotrzebne[27].

Katastrofologom znad Wisły wystarczają znakomicie wykonane radzieckie kopie oraz owocne narady w Moskwie. Nie przeprowadzają oni nie tylko szeroko zakrojonych „badań terenowych”, ale i żadnych szczegółowych „badań wraku”[28] (co zrozumiałe, skoro Klich wie już 10-go Kwietnia w drodze do Smoleńska, jakie są „przyczyny katastrofy”[29]). Co więcej, pojawia się też drobny problem ze zbadaniem pracy „kontrolerów”. Diabli smoleńskie sprawiają, że 10 Kwietnia „nie działa” sprzęt wideo w „wieży”[30]. Potem zaś wyłaniają się trudności z prześledzeniem pracy „wieży” podczas „oblotu” na XUBS[31]. Ponadto mnóstwo radzieckich dokumentów nie może się, w ferworze poszukiwań, znaleźć (por. polskie Uwagi). Te zaś, które się odnajdują, wykazują się pewnymi drobnymi usterkami[32]. I tak dalej, i tak dalej.

To wszystko bynajmniej nie zniechęca badaczy z KBWLLP, którzy potrafią zbadać Zdarzenie nawet bez materiału dowodowego. Malkontenctwem jednak byłoby twierdzenie, że NIC owi badacze nie mają, tudzież, że mają wyłącznie to, co „Moskwa” niezbyt hojną ręką „dała/przekazała/udostępniła/skopiowała” – i że w ten jedynie sposób, tj. łatając, czym się da[33], konstruują swoją rekonstrukcję Zdarzenia. Mają oni wszak np. bezcenne „taśmy z XUBS” zgrywane chałupniczą metodą kilka dni po „katastrofie” (bo przecież „w dniu katastrofy” się nie dało). Mają też, co warte odnotowania, własne źródła – jak choćby materiał poglądowy w postaci mgielnego sitcomu, czyli filmowania pogody zaokiennej z parapetu przez S. Wiśniewskiego, który przypadkiem[34] miał wystawić kamerę w smoleńskim hotelu akurat na wschodnią ścieżkę podejścia na tamtejsze wojskowe lotnisko. Premierowa prezentacja fragmentu tego materiału zachodzi w styczniu 2011, kilka dni po „zakończeniu prac” przez „MAK”.  

KBWLLP ma poglądowe materiały, do których nie odwołuje się „MAK”. Mgielny sitcom Wiśniewskiego należy tu do „perełek” gdyż, jak wiemy z lektury Uwag,  Ruscy nie udostępniają polskiej stronie danych dotyczących operacji lotniczych w strefie lotniska Siewiernyj w dniu 10-04. Także danych dot. iła-76[35], typu zapisy CVR etc. Tylko paranoik mógłby się doszukiwać tu jakiegoś drugiego dna i sądzić, że Ruscy coś ukrywają – aczkolwiek jakiś inny paranoik mógłby wskazać na to, że i polska strona nie upublicznia danych dot. z kolei „Wosztyla” (zapisy CVR itd.), co do którego nie wiadomo, kiedy dokładnie wylądował „w dniu katastrofy”, jaką trasą leciał i jak komunikował się z białoruską i ruską „kontrolą”. Ktoś rozsądny – z tych, co świetnie rozumieją funkcjonowanie instytucji katastrofologicznych dysponujących wybrakowanym i/lub spreparowanym materiałem dowodowym – mógłby rzec, iż działania „Frołowa” i „Wosztyla” nie miały nic wspólnego z „katastrofą smoleńską”. To nieprawda. Wiemy, że komunikacja PLF 101-PLF 031 to kamień węgielny oficjalnej narracji (pojawia się on już w drugiej połowie maja w tzw. wstępnym „raporcie MAK”), a poza tym załoga „prezydenckiego tupolewa” dopytuje pilotów jaka-40 o „przylot Rosjan” (do dziś nie wiadomo, jakich/jaki) – tak jakby był on skorelowany z przylotem PLF 101. (Co więcej, informacja o wylocie „Frołowa” (ponoć o 6:33 pol. czasu), podawana na „wieży” XUBS, mogłaby sugerować, iż ił-76 zostaje poderwany i skierowany na Siewiernyj w związku z ówczesnym wylotem PLF 101.)   

Mgielny sitcom okazuje się unikatowym materiałem KBWLLP „wypełniającym lukę” w postaci braku zapisów związanych z iłem-76, a szczególnie ze „smoleńską mgłą”, która już o 7:19 pol. czasu (zgodnie z „zegarem kamery”) ma być taka jak o 8:37, kiedy montażysta S. Wiśniewski „zdejmuje kamerę” po nadejściu „blacharzy”[36]. Przypadek sprawia, iż SW „nie zdąża” sfilmować podejścia do lądowania „Wosztyla” (choć o 7:19, jeśliby się trzymać „zegara kamery” i ofic. danych, winno być słychać z hotelowego okna końcówkę kołowania PLF 031 po płycie lotniska)[37]. Wiśniewski „zdąża” natomiast z rejestrowaniem „Frołowa”, do którego katastrofy też nie dochodzi, mimo że świadkowie twierdzą (załoga i pasażerowie jaka-40), jakoby skrzydłem niemal o ziemię zahaczał. Pilot „Frołowa” ma dać pełną moc silników, podrywając samolot w ostatniej chwili[38], lecz nie słychać tego gwałtownego skoku obrotów na mgielnym sitcomie. Tak jakby nagrał się tam… jakiś inny „przelot”. Może nie ten pierwszy? Jeśli zaś „nie-pierwszy”, to który? To pytanie do SW.

Niemniej jednak, jako pierwszy właśnie, czyli z godz. 7:25, przedstawiany jest ten przelot (rzekomo iła[39]) oficjalnie przez KBWLLP i ppłk. R. Benedicta w styczniu 2011[40]. KBWLLP prezentuje wtedy (i w swej finalnej dokumentacji) tylko jedno „podejście iła-76”[41]. Ściślej, podejście „widma samolotu” – równie dobrze mógłby być to przelot smoleńskiego UFO, ale nie wybrzydzajmy. Nie zostaje, podkreślam, przedstawione „drugie podejście”, choć warto by oba porównać. Chyba że z tym drugim coś jest „nie tak”[42]. Co? To np., jak niedawno wskazywałem[43], iż „za drugim razem” nie jest już zarejestrowany „Frołow”, tylko taki samolot-widmo, którego ów montażysta („godzinę wcześniej” w stosunku do „chwili katastrofy”) – słysząc, jak podchodzi do lądowania, a potem odlatuje – pomylił z „prezydenckim tupolewem”[44]. SW ma swój plik z mgielnym sitcomem oznaczony m.in. jako 7:38[45]. To oficjalnie „godzina drugiego przelotu” iła-76, ale też czas „godzinę wcześniej” w stosunku do słynnej 8:38[46], która miała być chwilą, gdy gubernator S. Antufjew słyszał: ten nierealny, nienaturalny dźwięk silników samolotu i nagle zrobiło się cicho. 8:38 to już też czas po „zdjęciu i wyłączeniu” przez SW parapetowej kamery w hotelu Nowyj.

Sama KBWLLP, napotykając nieprzewidziane trudności ze strony radzieckich badaczy i mundurowych, przygotowując swoją dokumentację końcową, radzi sobie jako się rzekło, własnymi oryginalnymi metodami. Nie mogąc brać udziału w ocenie pracy radaru na XUBS – ocenia pracę radaru na lotnisku… Mirosławiec[47]. Czy tam również przeprowadzane są uchod experiments mające wykazać, że tupolew nie mógłby odejść zszedłszy zbyt nisko[48]? Gdyby tego było mało w dokumentacji KBWLLP brak jakichkolwiek danych o poprzednich lotach polskich tupolewów na XUBS czy do Smoleńska – a więc i brak danych, jaką trasą/jakimi trasami latano, jak wyglądała komunikacja między załogami a kontrolerami oraz szczególnie, jak wyglądały loty smoleńskie Protasiuka. Nie ma nawet zapisów dot. prac „kontrolerów” w dn. 7-04-2010, tak by można było porównać ich pracę z tą (nagraną) z 10-04. KBWLLP nie zamieszcza też danych dot. lotniska Jużnyj (ślad po locie 101-ki z tego lotniska znajduje się nomen omen wśród „danych FMS-a”), prac tamtejszej obsługi. Można postawić proste pytanie, czemu nie wykonano po prostu technicznego lotu z W-wy do Smoleńska 102-ką, tak by mieć materiał poglądowy (także odnośnie do pracy załogi w kabinie, checklisty, komunikacji z kontrolerami, funkcjonowania TAWS-a, FMS-a) – chyba o wiele bardziej stosowny do okoliczności rzekomego wypadku przy Siewiernym aniżeli lot do Mirosławca?

Można by też pytać, czy dokumentacja KBWLLP została wydana papierowo jako dokumentacja urzędowo-państwowa i jest np. dostępna w jakichś bibliotekach akademickich do prac choćby z dziedziny prawa? Zwłaszcza że, jak zwracał kiedyś w swej notce uwagę Polaczok, sprawa badań prowadzonych przez KBWLLP znalazła intrygujący finał w Ustawie Prawo Lotnicze (http://poljaczki.salon24.pl/506280,szczesliwa-trzynastka-platformy-obywatelskiej) – taki, że badania wraz z badaczami z „komisji Millera” zostały przesłonięte wojskowym kordonem. W takim bowiem kontekście, kiedy to w gestii sądu wojskowego pozostaje sprawa tego, co/komu/z jakiego powodu można by ujawnić z zebranej przez KBWLLP dokumentacji, zagadnienie tego nieskomplikowanego przecież wypadku lotniczego (CFIT), którego przebieg E. Klich znał jeszcze zanim wylądował z ekspertami i prokuratorami w Smoleńsku – jakoś się niesamowicie komplikuje. Komplikuje się do tego stopnia, że trzeba będzie nadzwyczajnych decyzji, by tę dokumentację odtajnić.  


[4] Na „finałowej konferencji” KBWLLP, na której podsumowano wszystkie „badania”, jest mowa o „inspektoracie bezpieczeństwa” MON i o tym, że już o 9:12 tam dotarła informacja o „katastrofie”. Już o 9:12, czyli 32 minuty po – licząc od „godziny Bastrykina”, czyli tej zaproponowanej przez Rusków w godzinach wieczorno-nocnych podczas „narady” prokuratorskiej na XUBS.
[5] Por. odtajniony raport: http://www.gp24.pl/assets/pdf/GP810945.PDF (oraz http://www.gp24.pl/assets/pdf/GP811045.PDF). Kilka osób z KBWLLP pracującej w 2008 pojawi się w KBWLLP pod kierownictwem J. Millera (por. „raport końcowy”, s. 11-12): B. Biernat, L. Filipczyk, D. Majewski, M. Milanowski, J. Niczyj i M. Wierzbicki.
[6] Jego zastępcą zaś będzie Grochowski.
[8] Por. http://autorzygazetypolskiej.salon24.pl/375125,rozmowa-dwoch-klichow [S]potkałem go w Montrealu na takiej konferencji 10-dniowej, ale jest to człowiek… bardzo wysoki poziom, ja się od niego wiele uczę, to jest po prostu menażer. A my jesteśmy przygotowani do biurokracji. My robimy biurokrację. (…) On mówi: „Żadnych pieczątek. Podpis, data, trzeba sobie wierzyć”. I tak jest.
[9] „MAK” rozpoczyna „badania” dopiero w godzinach wieczornych 10-04 (por. „raport MAK”, s. 12: Grupa [specjalistów – przyp. F.Y.M.] przystąpiła do pracy na miejscu zdarzenia lotniczego o 19.15 tegoż dnia), ale chodzi pewnie o wycieczkę gen. Anodiny et consortes po polance samosiejek, nic więcej.
[10] To, że nie mógł być uważany nie znaczy, że nie był uważany. Tak go potraktował „MAK”, określając lot PLF 101 jako międzynarodowy, nieregularny (jednorazowy) lot w celu przewozu pasażerów („raport MAK” s. 147) i tak w gruncie rzeczy traktuje go, wzorem radzieckich ekspertów, KBWLLP (por. wypowiedź Millera przytaczaną w artykule NDz: samolot wojskowy Tu-154M wykonywał przelot pasażerski - http://stary.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100609&typ=po&id=po31.txt).
[11] Jak wspomina płk. Z. Rzepa: nie obszedłem całego tego terytorium (…), nie byłem na terenie całego… miejsca katastrofy. Poruszanie się po terenie katastrofy, po terenie miejsca katastrofy, przepraszam, wymagało zgody Rosjan.  http://freeyourmind.salon24.pl/489924,gora-z-gora
[12] To, że „czarne skrzynki” leżą w pobliżu „ogona”, a nie „statecznika”, dziwić może tylko paranoików od maskirowki twierdzących bezczelnie, że moonfilm Wiśniewskiego mógł być kręcony np. 9 kwietnia 2010.
[13] http://www.radiomaryja.pl/bez-kategorii/jak-nie-powstala-wspolna-komisja/ Już pierwszego dnia poszliśmy na miejsce zdarzenia i rozpoczęliśmy czynności pomiarowe. Spędziliśmy na tym cały dzień, do nocy. Obeszliśmy całe miejsce katastrofy, udaliśmy się także jak najdalej po trajektorii ostatniej fazy lotu, szukając śladów, które mogłyby świadczyć, że coś się działo z samolotem w powietrzu. Od razu zwróciliśmy uwagę na brzozę, niedaleko której leżała końcówka skrzydła. Doszliśmy do drzewa przy bliższej radiolatarni, gdzie było widać, że jest ścięcie, i do wąwozu. Eksperci doszli więc do bliższej radiolatarni, ale nie dotarli wtedy do dokumentacji przechowywanej ani w bliższej, ani w dalszej radiolatarni po wschodniej stronie Siewiernego (por. Uwagi do „raportu MAK”, s. 6, 8 i 23). Zachodnia strona XUBS, jak wiadomo, była poza kręgiem zainteresowań ekspertów, mimo że, jak sam Grochowski przyznaje, ani MSZ, ani 36 SPLT nie miał żadnych informacji od Rusków o „wyłączeniu z użycia” zachodnich radiolatarni, a z nimi zachodniego kierunku podejścia: Na pytanie naszej ambasady w Moskwie, czy w kartach podejścia z 2009 r. coś się zmieniło, strona rosyjska odpowiedziała, że są one aktualne. Okazało się, że to nie do końca prawda, bo np. w międzyczasie NOTAM-ami (depeszami lotniczymi) zniesiono jeden kierunek podejścia, a rosyjskie wojskowe NOTAM-y do nas nie docierają. Załoga opierała się na tym, co dostarczyli im Rosjanie. Warto dodać, że i „kontrolerzy” z XUBS nie mówią nic polskim załogom 10 Kwietnia o tym, że zachodni kierunek podejścia jest nieczynny. Gdyby tego było mało, to Grochowski przypomina: Nawet załoga rosyjskiego Iła-76 o nich nie wiedziała, bo pytała o możliwość lądowania z drugiego kierunku. Odpowiedziano jej, że tam nic nie ma! – co dobitnie świadczy, że ruskie wojskowe NOTAM-y dotyczące smoleńskiego Siewiernego były tak „utajnione”, że nawet do ruskich wojskowych załóg nie docierały. Albo też, że pojawiły się w toku „powypadkowych prac MAK-u”    . 
[14] Moja czarna skrzynka, Dokumenty, s. 3:  W godzinach popołudniowych przybyła duża delegacja wojskowa, z Inspektoratu MON do spraw bezpieczeństwa lotów, około dwudziestu osób bez tłumacza [podkr. F.Y.M.].
[15] Oglądanie wraku – dokumentowanie miejsca, zdjęcia, co na początku wiadomo, że najlepiej uchwycić jest te pierwsze efekty (Moja… (Dokumenty), s. 3).
[16] Poza tym ppłk. R. Benedict twierdzi, że on spędził nawet 11 dni na badaniach terenowych: Każdy z 18 członków komisji obecnych w Smoleńsku spędził na miejscu katastrofy i przy wraku dziesiątki godzin. Ja sam chodziłem po tym obszarze przez 11 dni (por. http://www.polskatimes.pl/artykul/433806,pplk-benedict-udalo-nam-sie-okreslic-precyzyjnie-szczegoly-katastrofy-smolenskiej,2,id,t,sa.html), co z pewnością należałoby uznać za swoisty rekord, szczególnie, że już po paru dniach na pobojowisku „nie ma nic” poza koleinami po buldożerach. Kwestię tego, kto faktycznie i jak długo był w Smoleńsku, drążył kiedyś, w maju 2012, NDz (http://stary.naszdziennik.pl/index.php?dat=20120529&typ=po&id=po07.txt).
[17] Jak wspomina Klich (Moja…, s. 25): przy brzozie spotkałem jednego z rosyjskich badaczy, Georgija Jaczmieniewa, jak się później okazało, zastępcę Morozowa – doświadczonego pilota tupolewów. W tym samym czasie na Siewiernym wylądowali już nasi wojskowi: Mirosław Grochowski i jego zespół, razem z nimi Bogdan Fydrych, który dzień wcześniej nie zdążył na samolot. Nie mogliśmy się jednak spotkać, bo trwało pożegnanie ciała prezydenta i rosyjskie służby zablokowały przejście. Z kolei Grochowski (w linkowanym wyżej wywiadzie dla NDz) twierdzi, że Ruscy stosowali system „przepustkowy”, jeśli chodzi o możliwość zbliżania się do „wraku” – co zapewne dodatkowo ograniczało możliwości „zbadania” na miejscu czegokolwiek. Podczas narady 12-04-2010 z „gen. Bajnietowem”, jak wspomina Grochowski: Pan generał zanotował nasze propozycje i powiedział, że będzie się konsultował z Moskwą. Rozmowa była rzeczowa, ze strony rosyjskiej nie czułem żadnej niechęci. Zawsze trzeba wybrać jakiś wariant działania, żeby obie strony były usatysfakcjonowane. Przedstawiłem nasze potrzeby. Chodziło o zgodę na używanie naszych krótkofalówek, o przepustki do wraku. Już wtedy prosiłem też o możliwość zgrania rozmów z wieży i jeszcze kilka innych spraw. Powiedział, że się tym wszystkim zajmie. O „przepustkowym systemie poruszania się” na XUBS wspomina i Klich w Mojej czarnej skrzynce (s. 26): Prosiłem Rosjan o przepustki, żebyśmy mogli swobodnie poruszać się po lotnisku, w końcu to wojskowy teren. Morozow od razu odpowiedział, że nie będzie chodzenia samopas. Jeśli gdzieś chcemy iść, mamy to zgłaszać, i będziemy chodzić z miejscowymi oficerami.  
[18] Moja… (Dokumenty), s. 3.
[19] Do czasu, kiedy ostatecznym szefem „komisji badającej” nie zostanie min. J. Miller, ówczesny szef MSWiA. W międzyczasie zaś, jak odkryje „akredytowany” Klich po nocnej telefonicznej rozmowie z B. Klichem (15-04-2010), to gen. K. Parulski jest tym „numerem 1” w Smoleńsku: Minister krzyczał na mnie i nie dawał mi dojść do słowa. (…) Mówił, że brak tłumacza to moja wina, bo trzeci dzień kieruj[ę] pracami polskiej grupy i niczego nie załatwiłem. Ale co ja mogłem? Faks z decyzją o akredytacji i powołaniu na przewodniczącego KBWLLP dostałem dopiero dzień później. Głównie chodziło mu jednak o mój konflikt z Krzysztofem Parulskim. Minister mówił, że jest on najważniejszą osobą w Smoleńsku i wszyscy mu podlegamy (Moja…, s. 60; na temat pracy prokuratorów wojskowych jeszcze będę pisał w jednym z „punktów węzłowych”). 
[20] Jeśli ktoś uważa, że „jeden dzień badań terenowych” to mało, to jest to o wiele dłuższy okres czasu w stosunku do „badań terenowych” uczonych, którzy zgrupowali się wokół „komisji Macierewicza”, czyli katastrofologicznego „Zespołu Parlamentarnego”, którzy nie tylko (tak jak parlamentarzyści z ZP) nie postawili stopy w okolicach lotniska Siewiernyj, ale też „badali wrak” bezdotykowo, na odległość. Co, naturalnie, wcale ekspertom ZP nie przeszkadzało w uzyskaniu znakomitych naukowych wyników dających się przedstawić na niejednej konferencji i w niejednym „raporcie” ZP. Należy też pamiętać, iż nie wszyscy członkowie KBWLLP byli osobiście w Smoleńsku (np. dr M. Lasek, który tak wiele miał do powiedzenia w filmie National Geographic (por. http://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-lego-smolensk.pdf), mgr A. Kaczyńska itd.). Zaznaczam: w Smoleńsku. Część ludzi z KBWLLP prowadziła „badania katastrofy” jedynie w Moskwie: narady plus „odsłuch zapisów CVR”. Pozostaje otwartą kwestia, czy z tych „odsłuchów” sporządzano protokoły, notatki w trakcie prac, czy rejestrowano na wideo prace z tym związane etc. (z wywiadu z Targalskim, który z ppłk. S. Michalakiem i płk. Rzepą udał się 10 Kwietnia z zapakowanymi rejestratorami do Moskwy, wynikałoby, że nie: wszystko robili Rosjanie. My nawet nie mieliśmy aparatów (…) jasne, że powinniśmy mieć tę dokumentację. Ale nie wie, czy pozwoliliby nam na fotografowanie, na wniesienie aparatu w ogóle (…) (http://stary.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110827&typ=po&id=po03.txt).  
[21] Jak odnotowuje Klich: Pokazano urządzenie podobne do rejestratora ATM na którym były oznaczenia ATM. Urządzenie częściowo zniszczone. (…) Kapitan Woźniak i [tak w oryg. – przyp. F.Y.M.] rozpoznał rejestrator ATM. Oświadczył również, że dane na nim będą takie same jak w katastroficznym (Moja… (Dokumenty), s. 4). To, że dane „zapisane” przez rejestrator szybkiego dostępu, są „takie same jak w katastroficznym”, było oczywiste i należy się tylko cieszyć, że „kapitan Woźniak” miał tego świadomość jeszcze zanim „katastroficzny” zdeszyfrowano w Moskwie. Na s. 61 „raportu końcowego” KBWLLP figuruje „zdjęcie rejestratora ATM-QAR na miejscu wypadku”, lecz jest ono zrobione w trudnych do ustalenia warunkach – szczątki urządzenia rozłożone są na niebieskiej folii i być może błoto pokrywające te szczątki ma być dowodem na to, że jest to „miejsce wypadku”. Nie wiadomo, kto jest autorem zdjęcia i kiedy je wykonano. Należy przy tym zaznaczyć, iż ani w „raporcie MAK”, ani w „raporcie komisji Millera” nie ma zdjęć dokumentujących znalezienie na „miejscu wypadku” obu czarnych skrzynek, które miały być w okolicy „ogona” okazane przedstawicielom polskiej strony wieczorem 10 Kwietnia – i sfotografowane. KBWLLP posiłkuje się w tej materii (s. 64 „raportu końcowego”) fotomontażem kadrów z moonfilmu S. Wiśniewskiego; „raport MAK” (s. 69-70) pokazuje zabłocone rejestratory po ich przewiezieniu do Moskwy.
[22] „Raport MAK”, s. 80. Legenda głosi, że moskiewscy uczeni nie mogli odczytać zawartości ATM-a, stąd niezbędna była pomoc nad Wisłą (por. też http://atmavio.pl/wp-content/uploads/2014/08/Odczyt-Czarnych-Skrzynek-w-ATM.pdf s. 2; niestety link z niegdysiejszym opisem technicznym ATM już nie działa, por. http://atmavio.pl/pl/prod_lot021.htm). Problem jedynie w tym, że ATM-y montowano od wielu lat w wielu samolotach, także ruskich (por. http://lotniczapolska.pl/Rejestrator-Tu-154M-z-polskiej-firmy,12841 i http://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-raport_problem-danych-fms-a-plf-101.pdf s. 44 przyp. 42), ale pewnie nie zorientowano się, jak one działają. Wracając zaś do ATM-a PLF 101, to „odczyt zapisów” zostaje przeprowadzony 20-04-2010 (por. http://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-raport_problem-danych-fms-a-plf-101.pdf s. 47 przyp. 45).
[23] „Raport MAK”, s. 80: brak rejestratora K3-63 nie miał wpływu na jakość badań.
[24] Jedynie znakomicie zorientowany w „sprawach smoleńskich” szef ZP dysponującego dziesiątkami tysięcy unikalnych zdjęć, czyli min. A. Macierewicz, widział fotkę kokpitu transportowanego przez helikopter wywożący tę część, jak się możemy domyśleć, „prezydenckiego tupolewa”, w niewiadomym kierunku. Były szef SKW informował o tym publicznie podczas „rozmowy niezależnej” w maju 2011, na niedługo przed zakończeniem prac „badawczych” przez „komisję Millera”, lecz nie przekazał jej tej niezwykłej fotografii – tak jak i innej zdjęciowej dokumentacji kokpitu (z polanki samosiejek), której tak brakuje w „powypadkowej” dokumentacji KBWLLP (https://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=HHlOFkDaKAI od 5’24’’: Kokpit był przynajmniej przez cztery godziny, są jego zdjęcia – jest nawet zdjęcie, jak jest transportowany przez helikopter, gdzieś wywożony, ten kokpit – tak że to tak nie jest, że, że on zupełnie wyparował).  Na przestrzeni ponad 4 lat także sam ZP nie opublikował tego unikalnego zdjęcia w żadnym ze swych „raportów”. To o tyle dziwne, że przecież mógł przewodniczący Macierewicz przekazać to zdjęcie, jeśli już nie KBWLLP (ze zrozumiałych względów), to choćby któremuś z dziennikarzy śledczych ze szkoły Macierewicza, którzy z pocałowaniem ręki wrzuciliby fotkę na okładkę niejednego tygodnika, a może nawet i „gazety codziennej”. Dziwne jest również to, że nikt z dziennikarzy śledczych wyspecjalizowanych w analizowaniu „końcóweczki” PLF 101 i „miejsca katastrofy” (tudzież „stanu wraku”) nigdy o ten sfotografowany kokpit nie dopytywał szefa ZP w żadnym wywiadzie.
[25] „Raport MAK”, s. 72-73. Radzieccy autorzy nie podają, kiedy dokładnie znaleziono KBN-1-1 i zamieszczają zdjęcie zabłoconego urządzenia już znajdującego się w „laboratorium MAK” (por. też „raport Millera”, s. 60-61; kopie zapisów rejestratorów MŁP-14-5 i KBN-1-1 oraz MARS-BM strona polska otrzyma dopiero 31 maja 2010 (j.w., s. 61, 64)).
[27] Sprawę wyjaśnia ppłk. R. Benedict już po zakończeniu prac KBWLLP w wywiadzie z 1-08-2011: Praca na kopiach to powszechnie przyjęty sposób działania. Nigdy podczas badania zdarzeń lotniczych nie pracuje się na oryginałach rejestratorów. Rejestrator otwiera się tylko raz, by materiał skopiować. Potem przez cały czas pracuje się na kopiach. Tak było i w tym wypadku. Po wykonaniu kopii rejestratory trafiły z powrotem do sejfu i zostały zaplombowane przez stronę polską i rosyjską. Komisja korzystała z kopii zapisów z rejestratorów  (http://www.polskatimes.pl/artykul/433806,pplk-benedict-udalo-nam-sie-okreslic-precyzyjnie-szczegoly-katastrofy-smolenskiej,2,id,t,sa.html). Z takim dictum właściwie nie należałoby się spierać, pod warunkiem, że ma się stuprocentową pewność, iż nikt nie ingerował w zawartość rejestratorów do czasu kopiowania zapisów oraz że kopiowanie zapisów przebiegło bez jakiejkolwiek manipulacji. Można by wspomnieć przy tej okazji słynną sprawę z „dogrywaniem końcóweczki” właśnie „kopii zapisów CVR”, ale to rzecz znana. Skoro jednak zwrócił na siebie uwagę Benedict (niezapomniany ze styczniowej (2011) prezentacji fragmentu mgielnego sitcomu oraz „zapisów z XUBS”), to w tymże wywiadzie twierdzi on, a propos rejestratorów i 10 Kwietnia, co następuje: Natychmiast po naszym przylocie do Smoleńska około 17 dostaliśmy od Rosjan szczegółowe informacje, gdzie znaleziono rejestratory. Wspólnie tam pojechaliśmy, każdy z rejestratorów został podniesiony z ziemi, włożony do osobnej skrzyni i podwójnie zaplombowany. Przez nas i przez Rosjan. Wspólnie z Rosjanami przeanalizowaliśmy wtedy możliwości odczytania ich zawartości. Następnie rejestratory zostały zabrane do Moskwy i złożone w sejfie. Razem z Rosjanami ustaliliśmy godziny rozpoczęcia prac przy zgrywaniu danych z rejestratorów rosyjskich. O ósmej rano komisyjnie otworzyliśmy sejf i rozpoczęło się zgrywanie. Tymczasem płk. Rzepa w rozmowie z Gargas (http://freeyourmind.salon24.pl/489924,gora-z-gora) powiada, że rejestratory były zapakowane w kartony, a nie skrzynie: AG: Mieliście ze sobą czarne skrzynki, tak [podczas transportu ze Smoleńska do Moskwy – przyp. F.Y.M.]? ZR: Tak, czarne skrzynki były na... w samolocie. AG: Widział pan je fizycznie? ZR: Widziałem kartony, w które zostały zapakowane, w których one były zapakowane. AG: A jak wylądowaliście w Moskwie, to co się działo?  ZR:  Zostały zabrane przez przedstawicieli MAK-u do, do siedziby MAK-u. AG: I wtedy się pan z nimi rozstał. ZR: Na kilka godzin tak. Następnego dnia rano stawiliśmy się wraz z przedstawicielami komisji do siedziby MAK-u, rejestratory zostały wyjęte, taśmy zostały założone na specjalny magnetofon, z którego zostały zgrane na twarde dyski komputerów. Po czym o... taśmy zostały zabezpieczone i zaplombowane w sejfie, który sam plombowałem razem z przedstawicielem MAK-u. AG: Co to za plomba? ZR: ...To był kawałek papieru z pieczątkami, z moim nazwiskiem, na którym się podpisałem. AG: Kawałek papieru przyklejony do tego sejfu czym? ZR (po chwili): Klejem.
[28] Z tego, co wiem, w Smoleńsku nie było nikogo, kto w tej dziedzinie [chodzi o konstrukcję tupolewa 154M – przyp. F.Y.M.] byłby specjalistą – opowiada Klich (Moja…, s. 42). [Czy to znaczy, że Polacy w ogóle nie chodzili do wraku?] – Jeśli chodzili, to niewiele z tego wynikało. W czerwcu zrobiłem odprawę w Moskwie, na której omawialiśmy wyniki pracy. Wierzbicki przedstawił na niej tylko tyle, ile przekazali mu Rosjanie (Moja…, s. 43). Wcześniej zaś Klich wspomina: Poszedłem do szefa naszego zespołu technicznego Mirosława Wierzbickiego (…), prosząc o przygotowanie badania wraku. On mówi, że czeka na propozycje rosyjskie. Na to ja, że lepiej przygotować własny plan działania i wymagać od Rosjan uczestnictwa w tych badaniach. Nie, on będzie czekać. Mówię o tym Grochowskiemu, a on go popiera. Następnego dnia sytuacja się powtarza. Pytam o plan, Wierzbicki mówi, że nie ma. Płk Grochowski znowu go popiera i grozi mi wyjazdem ze Smoleńska. Poprosiłem, by zgłosił swoim przełożonym w Sztabie Generalnym, że jego człowiek chce czekać na Rosjan. W dzienniku zapisałem sobie nawet: „Wierzbicki nie ma żadnej inicjatywy. Chodzi i się dziwi.”
Nie muszę dodawać, że w Mojej czarnej skrzynce nie znajdziemy „dziennika” Klicha. Pytanie jednak, dlaczego Targalski (były pilot Tu-154M, związany kiedyś z 36 SPLT) nie został w Smoleńsku po przylocie z Klichem (choćby do „analizowania wyglądu wraku tupolewa”), tylko odesłano go do „odsłuchiwania zapisów CVR”, na czym się kompletnie nie znał, jak sam przyznaje (w linkowanym już wywiadzie: http://stary.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110827&typ=po&id=po03.txt)?
[29] Por. Moja…, s. 16-17. Z tego zresztą, co opowiada Klich, w Smoleńsku nie ma (z polskiej strony) nikogo, kto znałby się na konstrukcjach tupolewów. Jedyny Targalski, jak wspomniałem w przypisie wyżej, urzęduje w Moskwie przy „zapisach CVR”. KBWLLP nie zaprosi do współpracy ani płk. R. Latkowskiego, ani płk. T. Pietrzaka, ani kpt. J. Więckowskiego – długoletnich pilotów tupolewów 154M – choć (owa KBWLLP) „bada katastrofę tupolewa 154M”. Piloci tutek pojawiają się tylko w utajnionym uchod experimencie, czyli „badaniach” dot. tego, czy tupolew może odejść z wysokości parudziesięciu metrów (por. http://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-uchod-experiment-1.pdf, s. 2, 12-13).
[30] „Raport MAK”, s. 82.
[31] Rosjanie od razu powiedzieli, że nas nie dopuszczą [do oblotu – przyp. F.Y.M.]. My chcieliśmy być i w samolocie, i na wieży. Oni, że nie, absolutnie nie ma mowy, to są obiekty wojskowe, zakaz wstępu. (…) „Trudno, to chociaż – mówimy – wpuśćcie nas na wieżę.” Nie, nie ma mowy. (…) Mówili, że wieża jest wojskowa, a poza tym będziemy zakłócać pracę kontrolerów. (…) W tej sytuacji zaproponowaliśmy wynos. (…) Obok wieży stawia się namiot i robi takie same stanowiska jak w środku. Trzeba tylko podłączyć się do urządzeń w wieży (…). Niestety na to Rosjanie też się nie zgodzili. [A mogliście przynajmniej obserwować oblot z boku?] Tu też próbowali nas ograć. Umówili się z nami na konkretną godzinę, a potem przyspieszyli wszystko o prawie pół godziny. Przez to nasi przyszli w rejon lądowania spóźnieni i nie widzieli pierwszego zajścia do lądowania. Na szczęście następne już obejrzeli. Dzięki temu złapaliśmy Rosjan na kolejnym kłamstwie. Dwa miesiące później zaproszono nas na omówienie oblotu. Przygotowali wizualizację, ale lot doprowadzili tylko do odległości półtora kilometra od progu pasa. Twierdzili, że samolot ze względów bezpieczeństwa odszedł na drugie zajście. A to nieprawda, bo pogoda była bardzo dobra i nasi widzieli, że lądował. (…) [P]owiedziałem, że jeśli chcą z nas idiotów zrobić, to my nie będziemy w żadnym omówieniu uczestniczyć. (Moja…, s. 38-40). 
[32] Jak np. instrukcja lotniska. Klich wspomina: „Brak wiersza lub fragmentu tekstu” – pisze tłumacz. Wracam do oryginału i rzeczywiście: rozdział się urywa, a następne zdanie zaczyna się od połowy. Dokument jest pocięty i to jeszcze nieudolnie, to ksero dwóch nałożonych na siebie kartek. Jeśli się przyjrzeć, widać nawet odcięcie (Moja…, s. 115).
[33] Przykładem takiej łataniny może być przedstawianie zdjęć pracy radaru, który nie jest tym, którego używano na Siewiernym, ale ma być taki jak tamten z XUBS (por. „raport Millera”, s. 257, 259, 261, 263-265). Nie jest to jednak radar „byle jaki”, a ponoć z lotniska w Mirosławcu, nad którym wykonano na potrzeby KBWLLP lot specjalny tutką bn. 102 w kwietniu 2011 (por. http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2014/09/lot-specjalny-102-ki-na-potrzeby-kbwllp.html).
[34] S. Wiśniewski na posiedzeniu ZP zapewnia, że nikt go nie informował w żaden sposób, iż „z tej strony” będą podchodzić 10 Kwietnia samoloty.
[37] Na posiedzeniu ZP nikt nie zadaje Wiśniewskiemu banalnego pytania: ile minut/jak dużo czasu upłynęło od wylądowania jaka-40 do chwili, kiedy włączył pan kamerę na parapecie?
[38] Por. relację P. Ferenca-Chudego w Misji specjalnej z 5-05-2010: https://www.youtube.com/watch?v=BMURfqY2n4c od 6’18’’ materiału wideo: No i w pewnym momencie nagle pełen gaz z wszystkich czterech silników – wyrwał prawie pionowo w powietrze, przechylając się maksymalnie tak na prawą stronę, że o mało skrzydłem nie zawadził, dosłownie też kilka metrów, skrzydłem prawym, nie zawadził pasa startowego. [I odleciał?] I odleciał, tak.
[39] Por. też „raport Millera”, s. 251. Pod kadrem z mgielnego sitcomu (z godz. 7:25:28) wyraźnie napisano: Samolot Ił-76 podczas pierwszego podejścia do lądowania – brak zdjęć drugiego podejścia. Nie widać na filmie Wiśniewskiego np. reflektorów iła-76 włączonych podczas tego przelotu. W „stenogramach” obejmujących dialogi szympansów z XUBS zaznaczone jest, że słychać huk przelatującego samolotu nisko nad wieżą – ale tylko przy pierwszym podejściu (por. pdf „MAK-u” ozn. jako open_micr, s. 15. Na konferencji KBWLLP w styczniu 2011 jest ten fragment „nagrań” zaprezentowany: https://www.youtube.com/watch?v=IkyX6-Rx4jk od 4’11’’ materiału wideo).
[40] Na posiedzeniu ZP w lutym 2011 okaże się, iż plik z mgielnym sitcomem oznaczony jest datą 24.4.2010 – co, jak pisałem w innym miejscu (https://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-timebreaker.pdf s. 31) – może mieć związek z zakończeniem prac nad „zapisami z XUBS”, w których zostają m.in. „ustalone” godziny/minuty podejść iła-76. Przypomnę, że Klich w swej notatce skierowanej do D. Tuska (15-04-2010) pisze, iż zrazu nie można ustalić precyzyjnych godzin podejść „Frołowa”.
[41] Podobnie tylko to jedno podejście prezentuje A. Gargas w 10.04.10.
[42] Można zresztą i to „pierwsze” problematyzować. Na s. 251 „raportu Millera” kadr ma przedstawiać „Frołowa” o godz. 7:25:28, podczas gdy w „stenogramach” zaprezentowanych przez „MAK” 18 stycznia 2011 (por. open_micr, s. 15) o godz. 9:25:19 (rus. czasu) Plusnin mówi: Dwa. (poprawiając Ryżenkę). Ryżenko o 9:25:22 podaje: Omyłkowo, dwa, a o 9:25:32: Jeden, na kursie, ścieżce (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2014/08/jaki-samolot-sfilmowa-s-wisniewski-o.html). Ryżenko zaś miał z wyprzedzeniem podawać załogom odległość od progu pasa.