21 maj 2013

Wizja lokalna (2)


Poniżej zamieszczam link do 2. części „Wizji lokalnej” (11,5 MB):

Miłej lektury :)


Link do poprzedniej części:

14 maj 2013

Wizja lokalna (1)

Chwilę trwało pisanie tego tekstu:
ale musiałem się przekopać przez sporo materiałów :)

25 kwi 2013

Trotyl z Afganistanu

Wiedziałem, że któregoś dnia ten „wykres” z „raportu MAK” ze strony 75, a pokazujący „historię lotów” legendarnego „prezydenckiego tupolewa”, na coś pożytecznego się przyda. Nie wiedziałem tylko, kiedy. Przydał się, a jakże, po trzech latach i to nomen omen dzięki „aferze trotylowej” wywołanej głośnym tekstem red. C. Gmyza, który za swoje odkrycie musiał zejść do podziemi, czyli przenieść się do bunkra „Do Rzeczy” z budynku „Uważam Rze”. Aferze trotylowej odpór dawali najwybitniejsi przedstawiciele oficjalnej moskiewsko-warszawskiej narracji, eksperci najprzeróżniejsi, piloci najlepsi i oblatani we wszystkim, redaktorzy najbystrzejszy; kto żyw bowiem kosę swą intelektualną na sztorc stawiał i odganiał się od pyłu trotylowego jak tylko potrafił (http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103454,12765883,Ekspert_weryfikuje_cztery_teorie_ws__trotylu___Ladunek.html#TRrelSST).

Jedną z anty-hipotez na hipotezę trotylową była ta, która wskazywała na ślady po II wojnie światowej, która, co wiemy z historii, przez Smoleńsk się przetoczyła tam i z powrotem, tedy i przez polankę przy tamtejszym wojskowym lotnisku, powstałym ponoć jeszcze w latach 20. XX wieku. Jedną z bardziej wyrafinowanych anty-hipotez na hipotezę trotylową była również taka, która wskazywała na ślady po współczesnej wojnie w Afganistanie – tzn. polscy żołnierze na mundurach przewozili „ślady powybuchowe”, te zaś, drogą fizycznego kontaktu, przenosiły się na fotele „prezydenckiego tupolewa”. I któregoś dnia red. R. Osica z RMF FM z rozpędu napisał na twitterze, by zamknąć sprawę trotylu: "Tu-154 był 2 kwietnia w Afganistanie. Około 50 osób wracało z pokazów strzeleckich. W tym dziennikarze".

Błogosławiony trotyl, chciałoby się rzec. Jeśli bowiem spojrzymy do „raportu MAK”, to 2 kwietnia 2010 żadnego lotu do Afganistanu „prezydencki tupolew” nie wykonywał. Nawet był w Krakowie przez jakiś czas, a więc tam, gdzie stacjonuje załoga RMF FM. Pytanie zatem do red. Osicy – jakimż to tupolewem polecieli owi dziennikarze z „pokazów strzeleckich” w Afganistanie 2 kwietnia 2010? Wszystko wskazuje na to, że nie tym o n-rze bocznym 101, który „rozbił się pod Smoleńskiem”, jak wykazał tegoż tupolewa pancerny FMS. Może więc tym statkiem powietrznym, że tak powiem, „Rudym 102” polecieli dziennikarze, „Rudym 102”, którego niedawne przebadanie przeprowadzone przez biegłych dla NPW, także potwierdziło obecność trotylu na siedzeniach (http://www.npw.gov.pl/491-Prezentacjanewsa-45503-p_1.htm)?

Z faktu wskazania przez urządzenia specjalistyczne napisów-symboli materiałów wybuchowych nie należy w tej chwili wyciągać pochopnych wniosków. Jak już bowiem wcześniej informowaliśmy, Ci sami biegli i specjaliści w dniu 12 listopada 2012 roku (czyli krótko po swoim powrocie ze Smoleńska), przeprowadzili eksperyment rzeczoznawczy mający na celu sprawdzenie wskazań urządzeń wykorzystywanych w czynnościach przeprowadzonych w Smoleńsku. Do tego celu posłużył bliźniaczy do samolotu TU 154 M nr 101, samolot o nr 102, znajdujący się w Mińsku Mazowieckim. W toku prowadzonych badań wykorzystano te same specjalistyczne urządzenia, których biegli używali w trakcie pobytu w Smoleńsku. Badaniom poddano różne elementy samolotu Tu 154 M nr 102, w tym fotele załogi, pasy foteli załogi, pasy foteli pasażerów, salonkę. W wyniku przeprowadzonego eksperymentu rzeczoznawczego stwierdzono, że w niektórych miejscach, urządzenia reagowały w analogiczny sposób jak w Smoleńsku, podając sygnały mogące wskazywać na obecność materiałów wysokoenergetycznych, w tym wybuchowych, takich jak: TNT, HMX, RDX.

Ale przecież „Rudy 102” był w Samarze 2 kwietnia 2010, prawda, panie Osica i panie płk. Rzepa, to jakim sposobem mógł być taki latający „czołg” w Afganistanie?

23 kwi 2013

Ciekawy wywiad z profesorem katastrofologii

Historia smoleńska pędzi ostatnio z kopyta, bo oto C. Gmyz dowiedział się już nie tylko o trotylu, ale też oktogenie i heksogenie „na wraku” (vide najnowsze wydanie Do Rzeczy z przełomu kwietnia i maja 2013), co skrupulatnie odnotował także P. Lisicki, tradycyjnie już odgrażając się G. Hajdarowiczowi, zaś w znienawidzonej Rzeczpospolitej (the day after) ukazał się wywiad z prof. A. Macierewiczem, znawcą katastrof wszelakich, ale przede wszystkim tej smoleńskiej. Wywiad pt. ma się rozumieć Wybuchy nad Smoleńskiem (http://www.rp.pl/artykul/9160,1002688-Wybuchy-nad-Smolenskiem.html?p=1) – domyślamy się, że chodzi o wybuchy w „prezydenckim tupolewie”. Wywiad zresztą zaczyna się także wybuchowo, bo od odgrażania się (implicite) Hajdarowiczowi i jemu podobnym.

Dochodzi do zastraszania i presji na dziennikarzy, którzy piszą prawdę. Pana Cezarego Gmyza i innych zwolniono dyscyplinarnie z pracy po publikacji artykułu „Trotyl na wraku tupolewa” o wykryciu śladów materiału wybuchowego na wraku Tu-154M. Nawet wtedy, gdy prokurator wojskowy po miesiącu potwierdził tę informację, ani redaktor Gmyz, ani pozostali zwolnieni w ramach represji dziennikarze nie zostali przeproszeni i przywróceni do pracy. Tak brutalnych działań wymierzonych w wolność słowa nie było od czasów komunistycznych – powiada Macierewicz, choć dalibóg Gmyz wylądował w nowym kolorowym tygodniku (którego naczelny chwali się już na wewnętrznej stronie okładki, jak to rosną nakłady z numeru na numer), wydał w międzyczasie książkę nagłaśnianą i wychwalaną przez media pod patronatem Macierewicza, a nawet odbywa publiczne spotkania z publicznością, znów, rzecz jasna, w ramach szkoły Macierewicza. Jeśliby więc można było mówić o jakichś prześladowaniach Gmyza czy jemu podobnych niepokornych, to chyba w takim samym znaczeniu, jak się mówi o „drugim obiegu” filmu Anatomia upadku, wydawanego na płytach, przedstawianego publicznie, dostępnego na YT, a także prezentowanego w reżimowej TVP.

To, że w ustach samego Macierewicza i ludzi ze szkoły Macierewicza, którzy chętnie się odwołują do Z. Herberta (vide Biała Księga choćby), a który ukuł kiedyś termin zapaść semantyczna, język polski nabrał wymiarów zupełnie nowej mowy, czyli ekwiwokacje, tj. przesunięcia znaczeniowe, są w nim na porządku dziennym, a kłamstwa i konfabulacje opowiadane są jak szczera prawda; z kolei prawda skrywana jest jak najgłębiej przed zbyt dociekliwymi pytaniami i ludźmi – to już pewien stały fragment gry. Dobrze jednak, że można od czasu do czasu zobaczyć tych grających w akcji. No i – jako się rzekło – kapitan drużyny, czyli prof. Macierewicz, jest właśnie na boisku Rz. Co takiego intrygującego mówi? Prezentuje nam tzw. logikę Macierewicza obowiązującą zresztą w całej jego szkole. Po pierwsze, wskazuje on na środowisko uczciwych dziennikarzy i mediów tworzących strefę wolnego słowa – pod tym ostatnim pojęciem rozumiane jest słowo Macierewicza, zapewne, bo czyjeż inne? Po drugie, szef ZP ubolewa nad tymi, co pozostają pod zgubnym wpływem kłamstwa: Żal mi ludzi, którzy brną w kłamstwo smoleńskie – spotka ich taki sam los jak tych, którzy kiedyś zabrnęli w kłamstwo katyńskie. Jak zaś czytamy dalej: Nazywanie prawdy kłamstwem to znana metoda zwalczania przeciwników.

Logika Macierewicza polega więc na tym, że zgodnie z nią kłamcami nazywa się po prostu tych, którzy mają odmienne od obowiązującego w szkole Macierewicza zdanie. Sama szkoła Macierewicza natomiast nigdy nie kłamie – kłamią wyłącznie ci, którzy mówią coś innego niż szkoła Macierewicza. To proste: Nazywanie prawdy kłamstwem to znana metoda zwalczania przeciwników. W momencie zatem, gdy Macierewicz nazywa czyjeś poglądy kłamstwem – nie zwalcza przeciwników znaną sowiecką metodą, lecz po prostu nazywa rzeczy po imieniu. Czy i to nie proste? Jak najbardziej.

Na tym tle bez trudu zrozumiemy głębię tego spostrzeżenia: propaganda kłamstwa ma zastąpić badanie faktów i rzetelną informację na temat przyczyn i przebiegu katastrofy smoleńskiej. A w tej sprawie fakty są najważniejsze... Fakty bowiem „zespół” prowadzony przez Macierewicza ustalił drogą żmudnych badań bezdotykowych, z udziałem badaczy z wszystkich stron świata, włącznie z przedstawicielami NASA, Pentagonu i duńskich lotników, jak czytaliśmy we wstępie do najnowszego raportu – i drogą odwołania się do efektów specjalnych zastosowanych przez telewizję Ria Novosti. Przeprowadzająca wywiad E. Olczyk jednak nie wchodzi w ten obszar badawczy, bo najwyraźniej nie jest dokładnie zorientowana w meandrach metodologii interkontynentalno-smoleńskiej zastosowanej przez ZP i jego najznakomitszych ekspertów. Toteż zamiast pogonić kota Macierewiczowi, jedynie przerzuca się z nim na te argumenty, które zgłaszano w mainstreamowych mediach.

Rozmowa sięga tedy głośnej od niedawna (głośniejszej nawet niż sam „raport Ria Novosti”) sprawy trójki rannych po „katastrofie”, którą to sprawą zainteresował się Macierewicz akurat po trzech latach od tragedii, a nie np. po trzech minutach od usłyszenia o tym w Katyniu. Jak można bowiem podejrzewać – skoro już o godzinie 8.47 pol. czasu Macierewicz wiedział o tym, że „spadł samolot z Prezydentem”, o czym opowiadał w zadumie posłowi A. Górskiemu (http://freeyourmind.salon24.pl/501683,borowiec-x), to mógł równie szybko uzyskać dane o trójce ocalałych z tej katastrofy, nieprawdaż? Jeśli zaś weźmiemy pod uwagę to, że w Katyniu 10 Kwietnia do pomocy pielgrzymom wysłani byli także polscy ratownicy medyczni, to Macierewicz i inni parlamentarzyści, którzy usłyszeli o trójce (a wspominano o tym także podczas wrześniowego (2010) przesłuchania min. J. Sasina (http://freeyourmind.salon24.pl/403331,1-przesluchanie-sasina)), mogli z powodzeniem posłać ratowników na „miejsce katastrofy” do pomocy tym rannym. Sami wybitni parlamentarzyści zaś, zamiast popadać w nastrój modlitewno-żałobny, a po mszy udawać się na obiad w Smoleńsku i potem na dworzec do pociągu, mogli pognać w te pędy na XUBS w celach choćby wsparcia ludzi z ambasady podczas „identyfikowania ofiar” lub chociaż odszukania szpitala, do którego odwieziono rannych. W ten sposób jednak dziennikarka nie kontruje wywodów Macierewicza.

Nie pyta go też, dlaczego tak niewielu świadków przesłuchał sam ZP, bo o ile NPW i inne instytucje są reżimowe, o tyle przecież ZP jako ostoja wolnej Polski, może z powodzeniem wzywać świadków całymi tabunami – także przecież w kwestii trójki ocalałych, jak i w wielu innych sprawach „smoleńskich” i „warszawskich”. Nawet gdyby to byli wyłącznie świadkowie polscy. Do części świadków tych zagramanicznych wszak, tj. leśnych ruskich dziadków, dociera od trzech lat z niezwykłymi rezultatami procesowymi ekipa śledcza red. A. Gargas. Tak więc sprawę przesłuchań „na miejscu katastrofy” też ZP ma poniekąd z głowy. Ostatnio, dodajmy, tj. w thrillerze Anatomia upadku udało się Gargas dotrzeć nawet do jednego z urzędników MCzS.

Jeszcze jeden odcinek smoleńskiego serialu Gargas i może sam S. Szojgu wystąpi z jakimiś rewelacjami, tak jak przemaglowany został przez Gargas płk Z. Rzepa opowiadający o przewożeniu czarnych skrzynek w kartonach (http://freeyourmind.salon24.pl/489924,gora-z-gora). Nic tylko brać się do kolejnej śledczej roboty, a po drodze można też znaleźć w Smoleńsku i okolicach „pracownice pogotowia”, z których jedne widziały na XUBS około 90 ciał, a inne tylko fragmenty ciał (http://freeyourmind.salon24.pl/301386,2-akcje-ratunkowe); jak i tego ratownika, niejakiego Andrieja Kasjanowa, pokazanego w Śmierci prezydenta (film National Geographic), który autorytatywnie stwierdził, iż żadne z 96 ciał na „miejscu katastrofy” nie było kompletne. Jak można sądzić, tych kompletnych po prostu nie miał okazji zauważyć, bo nie był w „morgu” w Moskwie.

O ile bowiem, jak stwierdza z przekonaniem Macierewicz w wywiadzie dla Rz: prokuratura nie dopełniła swoich obowiązków, o tyle znakomicie ze swych obowiązków wywiązuje się przecież ZP i cała szkoła Macierewicza. Publikują oni bowiem obszerną korespondencję kancelarii Prezydenta związaną z przygotowaniami do katyńskich uroczystości, stenogramy przeróżne, dokumenty związane z zamówieniami samolotów specjalnych, dziesiątki tysięcy zdjęć z XUBS, zeznania setek świadków (zwłaszcza załogi „Wosztyla” oraz dziennikarzy udających się 10 Kwietnia na uroczystości), analizy fonoskopijne oraz materiały wideo nakręcone 10 Kwietnia itd. Zawrotu głowy od sukcesów można dostać.

Nic też dziwnego, że szef ZP, mając świadomość tego ogromu prac wykonanych przez ZP na przestrzeni paru lat, apeluje do różnych instytucji o jawność: Jesteśmy gotowi dyskutować z ekspertami premiera Donalda Tuska, ale wszystko musi się dziać na oczach opinii publicznej. Warunkiem uczciwego badania jest jawność. Z tego też względu pewnie ów szef ZP niedawno wpadł na pomysł, by niejawne były z kolei posiedzenia ZP (http://niezalezna.pl/40541-identyfikacja-anny-walentynowicz-coraz-wiecej-watpliwosci?page=2): Zaproszenie prokuratora generalnego na posiedzenie zespołu, odwołanie prokuratorów wojskowych, prowadzenie części posiedzeń zespołu parlamentarnego w trybie niejawnym – to wnioski po posiedzeniu Parlamentarnego Zespołu ds. Katastrofy Smoleńskiej. Powtarzanie przez urzędników państwowych, że winni są piloci, oznacza stanięcie po stronie rosyjskiej – mówił Antoni Macierewicz.

Ciekawie też się prezentuje w wywiadzie opublikowanym w Rz sprawa mec. R. Rogalskiego, który, jak wynika z najnowszych ustaleń Macierewicza, okazał się kimś w rodzaju „zaplutego karła reakcji” lub sabotażysty sypiącego piach w tryby porządnej maszyny: Aktywność pana mec. Rogalskiego służyła systematycznie do kompromitowania zespołu parlamentarnego i dyskredytowania wyników jego prac. Zapewne z tego względu zamieszczono poniższą wypowiedź Rogalskiego w Białej Księdze:

(...) Pewne ciała wbrew pewnym informacjom medialnym, nie było proszę Państwa tak, że każde ciało było w fatalnym stanie, są pewne ciała, które były (...) w bardzo dobrym stanie. (...) Natomiast jeżeli popatrzymy na zdjęcia z miejsca zdarzenia bezpośrednio wykonywane po tym zdarzeniu, po katastrofie to okazuje się, a także jeżeli zapoznamy się z relacjami świadków, którzy przybyli bezpośrednio po zdarzeniu to okazuje się, że ma się nieodparte wrażenie, że nie była udzielona w ogóle pomoc medyczna. To znaczy chodzi o brak w ogóle o weryfikowanie czy ktoś przeżył, czy też nie, a można bardzo łatwym sposobem jest to, że ciała były odwrócone na brzuchu, więc jak można udzielać pomocy medycznej, jeżeli jest ktoś odwrócony na brzuch, trzeba odwrócić na plecy. Stąd też, jeżeli jest odwrócone ciało na brzuchu, to znaczy że w ogóle nikt nawet nie próbował sprawdzić, czy ta osoba żyje. (...) Nie można było stwierdzić czy osoba żyje, czy też nie, jeżeli się jej nie odwróci na plecy, ona na plecach na pewno nie była odwrócona. (...) (s. 121).

Oczywiście sygnał wysłany przez szefa ZP do podwładnych jest tu jednoznaczny – Rogalski has left the building, a więc już nie będzie wywiadów z nim na łamach wielu gazet lub czasopism związanych z nieomylną szkołą Macierewicza. Jak w tej aurze nieomylności można było się tak pomylić, co do przebiegłego Rogalskiego, który chciał skompromitować i zdyskredytować ZP? Nie nam to wiedzieć i nie nam o to pytać, wystarczyć nam winna 1) wiedza o tym, na jakim to koniu łaska „przewodniczącego” jeździ oraz 2) atmosfera uroczystego potępienia sabotażysty. Dopóki bowiem Rogalski mówił to samo, co się w szkole mówiło, dopóty był OK, gdy jednak ośmielił się skrytykować prof. Macierewicza – wylądował wśród „kłamców”. Zasady gry więc są czytelne. Kto nie z nami, ten przeciwko nam, zaś jednomyślność ma być taka jak w podstawowej organizacji partyjnej na poziomie gminnym. I OK, wielu ludziom to pasuje.

Pasuje im także to, że Macierewicz w kółko powtarza to samo, choć nie tak samo: Samolot rozpadał się w powietrzu, jego części, spadając, ścinały krzewy, wbijały się w drzewa, niszczyły płoty, spadały na dachy domów. Na jakie to smoleńskie domy te części spadły, jeden Macierewicz (z Gargas) wie, bo ma zapewne zdjęcia domów, nad którymi „prezydencki tupolew” leciał (już jako „chmura części”). W raporcie Millera jako materiał dowodowy wykorzystano amatorskie fotografie wykonane trzy dni po katastrofie Tu-154M. Zdjęcia te nie mają dokumentacji procesowej, nie wiadomo, gdzie i jak zostały wykonane. Żaden sąd nie uzna takiego materiału dowodowego za wiarygodny. A jakież to fotografie zamieszczono w raportach Macierewicza – o jakiej dokumentacji procesowej? Oto dziennikarka Rz już maestra nie spytała, zapewne przytłoczona wiedzą, którą dzielił się z nią główny katastrofolog nadwiślańskiego kraju: Ekspertyza czarnych skrzynek wykonana przez krakowski Instytut Ekspertyz Sądowych im. prof. dr. Jana Sehna potwierdza, że uderzenia w brzozę nie było! W tym miejscu eksperci wychwycili dźwięki z ostatnich sekund lotu zidentyfikowane jako „dźwięki przesuwających się przedmiotów” trwające do końca nagrania. Te dźwięki pojawiły się wcześniej, zanim samolot doleciał do miejsca, w którym rosła brzoza. 
A więc to nie brzoza była powodem tego, co się stało później.

Dziennikarce nie przyszło do głowy to, że wiarygodność „końcóweczki” poddawanej tylu już analizom może być zerowa, w związku z tym odwoływanie się do enigmatycznego zjawiska „przesuwających się przedmiotów” może mieć równie mocne metodologiczne uzasadnienie, jak twarde dane z „raportu MAK”, z których wzięła się genialna hipoteza dwuwybuchowa. Jeśli bowiem w jednych zapisach CVR pojawia się „uderzenie w brzozę”, a w innych nie – to na zdrowy rozum (nawet nie na taki zdrowy jak intelekt neokantowski Macierewicza), nasuwa się wniosek, iż zapisy CVR są niewiarygodne. Ale logika Macierewicza w takie kwestie nie wchodzi, bo nie ma potrzeby takiego wchodzenia. Wiarygodne bowiem jest zwyczajnie to, co głosi profesor katastrofologii – zawsze zresztą może on na spotkaniu parafialnym, świetlicowym etc. zapytać: co, mnie nie wierzycie – mnie?! I sprawa wyjaśniona.

Choć na tym nie koniec. Macierewicz przecież opowiada za K. Nowaczykiem i innymi znawcami problematyki „smoleńskiej”, że: trajektoria została sfałszowana. Jeśli została sfałszowana, to w jaki sposób uzyskano – biorąc przecież za punkt wyjścia te same dane – prawdziwą trajektorię? Jakiego hokus-pokus tu użyto lub jakiej abrakadabry? Czy dysponowano źródłami informacji innymi niż te, które miała do dyspozycji „komisja Millera”? Innymi niż opublikowane przez „MAK”? Ależ skąd. I to właśnie wcale nie przeszkadza mistrzom katastrofologii – oni wszak z tych samych ruskich fusów potrafią wywróżyć lepiej, a więc uzyskać lepsze wnioski aniżeli „MAK” czy „millerowcy”. [E]ksperci zespołu parlamentarnego postanowili prześledzić wszystkie okoliczności katastrofy, wszystkie dostępne dowody, krok po kroku – opowiada Macierewicz, dlatego też grupa ta udała się do Smoleńska i przeprowadziła badania na miejscu. Miała też wgląd w dokumentację sporządzoną przez E. Klicha, M. Grochowskiego etc., jak też dokumentację prokuratorów wojskowych.

Analiza dr. inż. Grzegorza Szuladzińskiego z Australii, specjalisty w dziedzinie wybuchów i działania materiałów wybuchowych, wskazuje, że kształt wraku z wywiniętymi na zewnątrz burtami ma cechy typowe dla eksplozji wewnętrznej – ani chybi więc nie zestrzelenie „prezydenckiego tupolewa” (z powietrza lub z ziemi), a podłożenie ładunków w samolocie jeszcze na Okęciu (9 kwietnia 2010 nocą?). Ewentualnie podłożenie ich wcześniej, np. podczas remontu w Samarze, a na Okęciu celowe przeoczenie w trakcie pirotechnicznego sprawdzania (BOR jako współsprawca bombowego zamachu w takim razie). Czy więc ZP nie powinien szukać innych świadków z Okęcia poza T. Szczegielniakiem, który tak niewiele był zapamiętał z tamtego ranka (http://freeyourmind.salon24.pl/398929,tajemnice-okecia-2)? Tylu ich tam przecież oprócz Szczegielniaka było, więc może któryś dostrzegł coś podejrzanego. Nie, ZP nikogo już nie musi szukać, bo oni „wszystko już wiedzą na pewno”. Tylko na razie jest to wiedza niejawna.

19 kwi 2013

Borowiec X

Jednym z wielkich nieobecnych, jeśli chodzi o świadków z 10-04, jest od trzech już lat T. Stachelski z protokołu dyplomatycznego. Miał on owego dnia w Katyniu około godz. 8.45 (wg ustaleń M. Krzymowskiego i M. Dzierżanowskiego; Smoleńsk. Zapis śmierci, s. 16) odebrać telefon z XUBS od będącego na lotnisku D. Górczyńskiego z MSZ i, wedle relacji min. J. Sasina z KP, znajdującego się wtedy również w Katyniu (http://freeyourmind.salon24.pl/404659,2-przesluchanie-sasina-cz-1), miał (ów Stachelski) poinformować Sasina o tym, że zdarzył się „wypadek w samolocie” i że „samolot zjechał z pasa” (http://freeyourmind.salon24.pl/382860,samolot-zjechal-z-pasa). Niestety do dziś nie było ani wysłuchania Stachelskiego przed ZP, ani nawet wywiadu-rzeki tegoż świadka z Katynia, ani nie pojawił się on w żadnym z głośnych filmów śledczych A. Gargas et consortes. Pozostają nam więc do analizy relacje innych czołowych świadków (por. też http://freeyourmind.salon24.pl/318082,wokol-zeznan-bahra).

Jak pamiętamy z zeznań głównego prezydenckiego akustyka, informacja o tym, że samolot zjechał z pasa wywołuje cały szereg zastanawiających (jak na takie właśnie okoliczności) reakcji, bo zgoła niewspółmiernych do wydarzenia. Sasin nie dopytuje Stachelskiego, kto go poinformował o zjechaniu z pasa ani nie telefonuje na pokład samolotu, by od kogoś z KP się dowiedzieć, jak wygląda sytuacja z tym zjechaniem z pasa (tak jak to robił choćby S. Siezieniewski na antenie TVP Info, łączony telefonicznie z red. W. Cegielskim, który „był w prezydenckim samolocie”: http://freeyourmind.salon24.pl/500830,ptaki-wisniewskiego). Nie znaczy to wcale, że Sasin do nikogo w ogóle nie dzwoni – według jego słów: „wykonuje telefony” kolejno do M. Wierzchowskiego (nie odbiera), M. Łopińskiego (nie odbiera) i „dyr. Kasprzyszak z biura prasowego” (http://freeyourmind.salon24.pl/404659,2-przesluchanie-sasina-cz-1), która nie odbiera. Następnie telefonuje Sasin do żony: że coś się yyy... dzieje i żeby się nie denerwowała, jeśli usłyszy coś w mediach yyy... dotycz... dotyczącego mojej osoby. W międzyczasie prezydencki minister kontaktuje się z borowcami, którzy nic nie wiedzą i nie mają się z kim na lotnisku skontaktować (co Sasin ma dopiero teraz odkrywać, mimo że, jak twierdzi, rozmawiał z borowcami wieczorem 9 kwietnia), a którym minister każe uformować swoisty konwój na lotnisko oraz odbywa naradę ze swymi współpracownikami – zrazu w tłumie ludzi, a następnie w budynku przy wejściu do Memoriału.

Doszło więc, jak nam opowiada ów złotousty Sasin, do niegroźnego, drobnego wypadku przy lądowaniu, natomiast główny akustyk prezydencki dzwoni w przeróżne miejsca, tylko akurat nie na pokład samolotu, który takiemu niegroźnemu wypadkowi właśnie uległ (tak sobie już wyobraziłem pewien obraz, który się stał, prawda, czyli jakiegoś drobnego wypadku przy lądowaniu samolotu, pra[wda]... Miałem taki obraz, że być może się koło, koła nie otworzyły, prawda, czy coś takiego). Co więcej, Sasin chce zawiadomić pracowników KP będących w Polsce, zawiadomić „jakby coś się działo” (po pierwsze, oni powinni wiedzieć, po drugie mogą też jakieś pytania być tutaj... formułowane i dobrze, żeby, żeby taka informacja była przekazana), powiadamia też żonę, gdyby się coś w mediach miało o samym Sasinie pojawić (z jakiej racji, skoro nie był na pokładzie?) - i wraz z borowcami prezydencki minister udaje się na miejsce, gdzie samolot prawdopodobnie zjechał z pasa. To wszystko po zwykłym zawiadomieniu o zjechaniu samolotu z pasa.

Czy czegoś tu nie brakuje? Brakuje ewidentnie. Poza telefonami Sasina na pokład „prezydenckiego samolotu”, także ustalenia z kimś będącym na miejscu i mogącym podać bliższe dane: co się właściwie stało; jak poważna jest sytuacja – jakich działań wymaga. Ale, jak pamiętamy, tuż przed wyjazdem „konwoju” na XUBS (ruskiej milicji, borowców i Sasina z Kwiatkowskim na doczepkę; por. też http://freeyourmind.salon24.pl/483771,wokol-relacji-a-kwiatkowskiego) pojawi się słynny telefon Wierzchowskiego z informacją, że samolot jest w postaci „miazgi” i „wszyscy zginęli” ((http://freeyourmind.salon24.pl/401203,tajemnice-smolenska) por. też http://freeyourmind.salon24.pl/482537,syrena-lesna).

Czy jeszcze czegoś i kogoś w katyńskiej relacji Sasina nadal nie brakuje? Ależ brakuje, jak najbardziej, brakuje wtedy (tj. 10 Kwietnia w Katyniu, kilka chwil po informacji o „zjechaniu z pasa”) późniejszego szefa ZP, który już o godz. 8.47, jak wiemy z relacji samego A. Macierewicza w jednej z pierwszych „smoleńskich” Misji specjalnych, dowiaduje się od kogoś - i to ponoć od borowca będącego w Katyniu - że „spadł samolot z Prezydentem” (jak z kolei wiemy z relacji A. Górskiego: Pamiętam, że czekając na rozpoczęcie uroczystości, oglądałem miejsca, w które kiedyś wsiąkła krew polskich oficerów, zamordowanych przez NKWD. Spacerując po cmentarnych alejkach spotkałem posła Antoniego Macierewicza, który szedł w wielkiej zadumie. Przez chwilę mu towarzyszyłem. Nagle ktoś do niego zadzwonił. Pan Antoni przystanął. Myślałem, że to jakaś tajna rozmowa i nie chce, bym słyszał jej treść. Po chwili podszedł do mnie i powiedział: „Nie uwierzy pan, ale spadł samolot z prezydentem”. Nie uwierzyłem; por. http://www.artur-gorski.waw.pl/?p=1834).

Ten borowiec informujący (w jakiejś tajnej rozmowie, jak to ładnie ujął Górski) Macierewicza, to jednak chyba nie ten szef borowców, czyli C. Kąkolewski, z którym rozmawia wtenczas Sasin i który nie tylko niczego jeszcze nie wie, ale nawet nie ma do kogo zadzwonić na XUBS, by się dowiedzieć (poprosiłem oficera dowodzącego funkcjonariuszami BOR-u (...) Przywołałem go i spytałem, czy może być może, czy może ma jakieś informacje na ten temat, co się stało. Yyy... on wydał mi się w ogóle zaskoczony yyy... moim pytaniem czy moją, moją jakby zapytaniem, że jest jakiś wypadek. Znaczy, jakby odniosłem wrażenie, że on w tym momencie nie miał informacji jeszcze na ten temat. Zapytałem go, czy on może skontaktować się z kimś na lotnisku, kto by mógł tą informację potwierdził i powiedział, co się naprawdę stało. On mi powiedział, że on nie ma właściwie nikogo tam, znaczy, nie ma nikogo na lotnisku, z kim on mógłby rozmawiać i od kogo mógłby taką informację, yyy..., uzyskać) (http://freeyourmind.salon24.pl/404659,2-przesluchanie-sasina-cz-1).

Godz. 8.47 (czas tajemniczej rozmowy: borowiec X - Macierewicz) lokuje się w niewielkiej odległości czasowej od telefonu Górczyński-Stachelski (ca. 8.45, jeśli wierzyć oficjalnym danym). Ktoś powie: może min. Macierewicz jest wtedy w jakiejś bardzo odległej części Cmentarza, może, dajmy na to, w tej części „radzieckiej”; stąd też może on nie mieć możliwości odbycia bezpośredniej rozmowy z Sasinem, który się dopiero co dowiedział od Stachelskiego o „zjechaniu z pasa”. Owszem, może tak być, zwłaszcza że Górski nic o obecności Sasina przy Macierewiczu nie wspomina.

Czy jednak min. Macierewicz z tej właśnie komórki, na którą dostał tę świeżą wiadomość o „upadku samolotu z Prezydentem”, nie może zwyczajnie zadzwonić do min. Sasina, jednego z głównych organizatorów uroczystości katyńskich? Przecież taką wiadomością powinien się podzielić natychmiast (nie tylko jako były szef SKW) – „upadek samolotu z Prezydentem” to nie to samo co „zjechanie z pasa”, prawda? Sasin jednak w ogóle o jakichkolwiek swych kontaktach (w Katyniu) z Macierewiczem nie wspomina, ani w wywiadach, ani podczas posiedzenia ZP (czy to wrześniowego, czy to październikowego; 2010). Tenże Macierewicz także o tym, co zrobił z tak ważną informacją pozyskaną od „borowca X” i czemu się nią nie podzielił od razu z Sasinem, się publicznie nie wypowiada. Czyżby panowie ministrowie się nie znali rankiem 10 Kwietnia? Nie widzieli się tamtego dnia na Cmentarzu między godz. 8.45 a 9.00?

Cofnijmy się w czasie do chwil sprzed „katastrofy”. Sasin przed ZP relacjonuje, jak to czas oczekiwania w Katyniu wypełniał sobie pogawędkami z parlamentarzystami (sporo czasu spędziłem na cmentarzu. Miałem okazję spotkać też państwa parlamentarzystów (...) W trakcie, kiedy właściwie wszystko już było sprawdzone, była taka chwila właśnie na to, żeby porozmawiać, więc ja chodziłem, rozmawiałem. Wiele osób na tym, na tym cmentarzu znałem). Wydawać by się wprawdzie mogło, że owi parlamentarzyści, nim dotarli na Cmentarz, urządzili sobie interesującą i symboliczną wycieczkę do Gniezdowa (http://freeyourmind.salon24.pl/467008,2-wycieczki; posłanka M. Zuba już kolejną z rzędu po tej z 7-04-2010), ale może zdążyli już dojechać do Katynia i spotkać głównego prezydenckiego akustyka oczekującego ze spokojem na uroczystości. Czy więc wśród tych przemiłych interlokutorów Sasina w Katyniu nie było również byłego szefa SKW? Aż trudno uwierzyć, sądząc po zażyłości, jaka ujawniła się między dwoma ministrami podczas burzliwych prac ZP. Czemu więc szef „Zespołu” został pominięty we wspomnieniach ministra z KP? Ba, Bóg jeden raczy wiedzieć – no i obaj zainteresowani ministrowie.

Jest to taka sama zagadka, jak ta, że zgłoszony z wyprzedzeniem przez KP na lotnisko XUBS (wraz z Wierzchowskim i Kwiatkowskim; por. http://freeyourmind.salon24.pl/398929,tajemnice-okecia-2) do witania delegacji prezydenckiej, Sasin, jeszcze 9 kwietnia 2010, przybywszy do Smoleńska o godz. 20-tej, ma w planie udanie się na XUBS (zdecydowałem wieczorem, że yyy... udam się wraz z jeszcze jednym pracownikiem na lotnisko rano, natomiast pozostali pracownicy udadzą się na yyy... na cmentarz i tam na cmentarzu będą yyy... pilnować, aby wszystko zostało należycie przygotowane). Ale już nazajutrz, rankiem przy hotelowym śniadaniu, Sasin dochodzi do wniosku, że „lotnisko nie niesie ze sobą niebezpieczeństw” (I w trakcie tej rozmowy zmieniłem ustalenia poprzedniego dnia. Mianowicie stwierdziłem, że jednak... lotnisko jest takim miejscem, które yyy... nie niesie żadnych niebezpieczeństw. Paradoksalnie nie niesie żadnych niebezpieczeństw, yyy... problemów z yyy...ląd... czy, czy... z... yyy... jakby z początkiem tej wizyty, no, że samolot, stwierdziłem, samolot po prostu wyląduje, wszyscy z tego samolotu wysiądą, będą podstawione yyy... będą podstawione samochody...Zresztą pracownicy kancelarii byli na pokładzie samolotu, więc stwierdziłem, że jakby oni wzmocnią również yyy... tą obsługę techniczną yyy... delegacji). Jedzie więc w te pędy do Katynia, by dopilnować nagłośnienia i krzesełek, lecz po drodze jeszcze znajduje czas i okazję na blisko godzinną wycieczkę po smoleńskim śródmieściu.

Prezydencki minister zmienia zdanie oraz oficjalne ustalenia co do XUBS nagle (i zgoła niewytłumaczalnie). Tak jakby skądś się rankiem dowiedział, np. od jakiegoś, by tak rzec, „borowca X” (podobnie jak Macierewicz się dowie 10 Kwietnia o godz. 8.47 o tym, że „spadł samolot z Prezydentem”), że na XUBS nie będzie żadnego lądowania prezydenckiej delegacji. No ale kto by takie rzeczy mógł wiedzieć? Jaki borowiec? Czyj?

17 kwi 2013

Niedziałające lotnisko

Na 55 s. „raportu RIA NOVOSTI”, czyli najnowszej publikacji ZP stanowiącej owoc wszechstronnych analityczno-badawczo-śledczych prac najwybitniejszych uczonych, pilotów, ekspertów, doradców, wizjonerów itd. z całego świata, powraca, a więc pojawia się po raz kolejny już z rzędu (jeśli chodzi o dokumentacje ZP) lakoniczny mail urzędnika KP M. Jakubika do śp. D. Jankowskiego z KP datowany na 11-03-2010 (a więc przesłany blisko miesiąc przed tragedią), z godz. 13:16, o treści: Darku, możesz sprawdzić co jest z lotniskiem w Smoleńsku bo słyszałem plotkę że Rosjanie twierdzą, że ono niezbyt działa... Maciek.

Ten mail parokrotnie prezentowany jest w Białej Księdze (s. 51-52 oraz 71-72), jest też cytowany podczas przesłuchania (grudzień 2010) M. Wierzchowskiego przez ZP. Stanowi więc, jak można by sądzić, ważny element w wyjątkowo skromnej, oficjalnej dokumentacji urzędowej, zebranej i opublikowanej na przestrzeni lat przez ZP. Tym niemniej, mimo iż mail Jakubika jest tak ważny, autor tego maila, czyli ów Jakubik, nie został ani na tę okoliczność, ani na inne (np. zdjęcia z XUBS, które są w jego posiadaniu; relacja z lotniska z 10-04 etc.) przesłuchany przez ZP.

Prezydenccy akustycy z Mgły zaś, tak zatroskani o prawidłowe działanie nagłośnienia podczas uroczystości z udziałem Prezydenta, nic kompletnie zawczasu nie wiedzą o sprawie niedziałającego lotniska, na które ma lecieć prezydencka delegacja. Min. J. Sasin powie nawet podczas porannego, hotelowego śniadania ze swoimi podwładnymi w Smoleńsku 10-04: stwierdziłem, że jednak lotnisko jest takim miejscem, które nie niesie żadnych niebezpieczeństw (...) stwierdziłem, samolot po prostu wyląduje, wszyscy z tego samolotu wysiądą, będą podstawione (...) samochody (http://freeyourmind.salon24.pl/404659,2-przesluchanie-sasina-cz-1) – w związku z czym, jak wiemy, nie uda się on osobiście na XUBS (mimo że został formalnie zgłoszony, wraz z A. Kwiatkowskim, przez KP Ruskom), tylko na niemal godzinną wycieczkę turystyczną po mieście.

Wracając do Jakubika i jego mailowania. W Białej Księdze ZP na s. 50 zamieszczony jest wcześniejszy mail Jakubika (z tego samego dn. 11-03-2010 (lecz z godz. 9:46)), na którego liście adresowej figuruje także Wierzchowski (obok innych pracowników) KP, wydaje się więc niemożliwe, by Wierzchowski (podobnie jak i inni ludzie z KP zajmujący się organizowaniem uroczystości katyńskich i przygotowaniami do wylotów członków delegacji, załatwianiem formalności wizowych etc.) o tak poważnej, alarmującej, co tu dużo kryć, sprawie, jak niedziałające docelowe lotnisko, nie został poinformowany przez ten miesiąc między mailem Jakubika a dniem tragedii Delegatów. Mimo to Wierzchowski podczas przesłuchania przed ZP (gdy Macierewicz czyta mu treść owego maila) wygłasza najpierw długą przemowę „naokoło”, po czym stwierdza z mniej lub bardziej udawanym przekonaniem, że nie słyszał o tej plotce:

Jeśli chodzi o tego maila, powiem szczerze, że... nie znam tej plotki i nie wiem. Nie wiem. Biuro spraw zagranicznych, w którym, w którym pracuje p. Maciej Jakubik, yyy, współpracuje bardziej bezpośrednio z... współpracuje z ambasadą, tak, jako biuro spraw zagranicznych, z MSZ-em, (...) śp. p. min. Handzlik... Pisma wychodzące szły na jego podpis i na jego decyzję... On po prostu swoim podpisem... na pewne rzeczy się zgadzał jako że... że... z rangi ministra mógł takie rzeczy robić, tak?

Podkreślam, mówi to ten sam Wierzchowski, który z Jakubikiem miał 1) z parodniowym wyprzedzeniem jechać do Smoleńska w ramach „białoruskiego safari” na dwa auta i busik, miał 2) z tymże Jakubikiem oczekiwać na lotnisku XUBS na przylot prezydenckiej delegacji i z tymże Jakubikiem miał 3) robić sobie zdjęcia przy pomniku miga, w ramach tego oczekiwania 10-04 rano (wedle ustaleń L. Misiaka i G. Wierzchołowskiego z książki Musieli zginąć).

Rzecz jasna, zapracowani parlamentarzyści podczas przesłuchania Wierzchowskiego sprawą tej plotki lotniskowej się głębiej nie zajmują, bo nie po to ZP działa, by padł jakiś cień podejrzenia na KP, a szczególnie na głównego prezydenckiego akustyka, wyjątkowo zasłużonego dla śledztwa smoleńskiego, „pana ministra” Sasina, któremu swego czasu podlegały nie tylko „krzesełka i nagłośnienie w Katyniu”, lecz także np. Biuro Listów w KP (jak się dowiadujemy z Uzasadnienia; http://www.naszdziennik.pl/uploads/special/uzasadnienie.pdf, s. 46). I sprawa maila Jakubika rozmywa się w następnej wymianie zdań między „przewodniczącym” a „przesłuchiwanym” urzędnikiem KP, bo ten ostatni odsyła do Jakubika, a Jakubik, jako się rzekło, nie wystąpi przed ZP:

AM: Czyli krótko mówiąc, ta infor...
MW: Trzeba by było zapytać pana... Macieja Jakubika...
AM: Ta informacja mówiąca jakoby o tym, że jest zaniepokojenie w... yyy... kancelarii Prezydenta odnośnie stanu lotniska, do pana nie dotarła. Ona była przekazywana, tak jak tutaj jest, między panami Jakubikiem i...
MW: Ja powiem szczerze, nie wie...
AM: ...Jankowskim, a do pana...
MW: Ja powiem szczerze: nie pamiętam, żeby coś takiego...
AM: Mhm.
MW: ...do mnie dotarło i... i... yyy...
AM: Pana nie poinformowano o tym. Dobrze. Znakomi... Proszę pana, następna kwestia. To jest 11 marzec.

Wierzchowski składa swoje zeznania przed ZP (nieopublikowane w żadnej z „książek” ZP) w grudniu 2010, tj. już po dwóch kurtuazyjnych zgoła wysłuchaniach Sasina (wrzesień, październik 2010), podczas których mnóstwo niezwykle ważnych, ma się rozumieć, kwestii, jest omawianych, ale akurat zagadnienie tego jednego maila Jakubika z plotką o niedziałającym lotnisku – już nie. Ciekawe więc, czy mail ten nie pojawił się „w dokumentacji ZP” właśnie dzięki inicjatywie Sasina, który w selekcji korespondencji kancelaryjnej na potrzeby ZP jakiś swój udział niewątpliwie musiał mieć, skoro pracował w KP jeszcze przez parę miesięcy po 10-04 „zajmując się pogrzebami”.

Choć... nie tylko pogrzebami, bo i korespondencją kancelaryjną, wszak w książce Mgła Sasin opowiada zasłuchanym dziennikarkom (tj. M. Dłużewskiej i J. Lichockiej): Na skandal zakrawa fakt, że informacja o tym, że lotnisko w Smoleńsku jest nieczynne i może nie być w pełni bezpieczne [jeśli nieczynne, to chyba nieczynne, a nie niebezpieczne, bo się na nim nie ląduje w takiej sytuacji – przyp. F.Y.M.], wpłynęło z MSZ do Kancelarii Prezydenta 12 kwietnia. Dwa dni po katastrofie! (s. 34). Podobnie zresztą zezna Sasin przed ZP: informacja o tym, że lotnisko było nieczynne przyszła do kancelarii już po 10-tym. Natomiast wcześniej żadnych informacji na ten temat nie otrzymywaliśmy (http://freeyourmind.salon24.pl/408456,2-przesluchanie-sasina-cz-2).

Oczywiście, problem niedziałającego lotniska, to nie (nie rozwikłana przez ZP, jak już wiemy) tajemnica czy może zagadka samego maila Jakubika sygnalizującego (na potrzeby KP) niepokojącą sprawę na miesiąc przed wylotami Delegatów – maila, o którego treści prezydenccy akustycy nie mieli bladego pojęcia. Kwestia niedziałającego lotniska powraca przecież nie tylko, jak cytowałem wyżej z Mgły za Sasinem, „dwa dni po katastrofie!”, lecz w alarmującej korespondencji na poziomie ministerialnym - na dwa dni, a nawet dzień przed tragedią. Mianowicie śp. A. Kremer (na maila D. Górczyńskiego z 8 kwietnia 2010 do amb. J. Bahra z informacją: Lotnisko w Smoleńsku nic nie wie o zgodzie na lądowanie samolotu z Prezydentem. Będę wdzięczny za przekazanie mailem numeru zgody na przelot i lądowanie (por. 28 miesięcy po Smoleńsku, skan na s. 38)) pisał 9 kwietnia 2010 o godz. 18. w mailu: Zwracam uwagę, że kwestia lądowania samolotu/samolotów jest fundamentalna. Proszę o pilne wyjaśnienie wszystkich szczegółów związanych z dojazdem delegacji i innych szczegółów organizacyjnych (cyt. za K. Galimski i P. Nisztor, Kto naprawdę ich zabił?, s. 44).

Co ciekawsze A. Duda przed ZP wspominał, jak to będąc na Litwie rozmawiał z ludźmi z prezydenckiej obsługi medialnej (tymi, którzy, wg Wierzchowskiego, mieli być w tym czasie na białoruskim safari, zwłaszcza prezydencki fotograf „fizycznie niemieszczący się w tupolewie” (http://freeyourmind.salon24.pl/401203,tajemnice-smolenska: był tylko jeden samolot i... yyy... mmm... fotograf się po prostu fizycznie nie mieścił, tak?), że ci z kolei panowie od filmowania i fotografowania mieli słyszeć narzekania śp. M. Kazany na to, że wizyta jest dramatycznie nieprzygotowana:

Nie było mmm... wśród nas, w gronie kierownictwa kancelarii żadnego jakiegoś zaniepokojenia związanego z tą wizytą, aczkolwiek muszę przyznać, że już po, po tym jak doszło do katastrofy, to... panowie, którzy stanowili obsługę... bezpośrednią obsługę p. Prezydenta – myślę tutaj w tej chwili o, o panach, którzy zajmowali się mmm... fotoreportażem z działalności p. Prezydenta, mówili mi, że w czasie – że dwa dni wcześniej, przed katastrofą, tzn. w czwartek, kiedy p. Prezydent odbywał wizytę na Litwę, gdzie ja także towarzyszyłem p. Prezydentowi, że rozmawiali mmm... z p. dyrektorem Mariuszem Kazaną, szefem polskiego protokołu dypl., który im powiedział, że wizyta katyńska jest dramatycznie nieprzygotowana.

O tym wszystkim, naturalnie, nie mógł słyszeć ani wiedzieć Sasin, Wierzchowski, Kwiatkowski etc., bo byli wtedy już w drodze do Mińska, a nie przebywali 8 kwietnia 2010 w Wilnie, jak Duda czy ludzie z obsługi medialnej. Dziwne jednak, że sprawa dramatycznego przygotowania wizyty katyńskiej nie wyszła nawet w piątek 9 kwietnia 2010 podczas spotkań w KP, w których Duda brał udział, nim wieczorem wrócił do Krakowa. Ale to pewnie dlatego, że o sprawie wiedzieli tylko ludzie z obsługi medialnej, którzy już wtedy byli w drodze busikiem z Mińska do Smoleńska (jak zeznać miał Wierzchowski) (por. też http://freeyourmind.salon24.pl/397936,zagadka-prezydenckiego-fotografa).