12 lut 2012

1

Poniżej do pobrania pierwsza część mojej książki (rozdziały 1-9 - uwaga otwiera się powoli, bo to 13,3 MB). Jutro wieczorem część 2. Będę wdzięczny za wychwycone jeszcze literówki lub inne drobne błędy, które mogły ujść mojej uwadze.

Miłej lektury :)

http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/02/FYM-cz-1.pdf

9 lut 2012

Rozmowa Protasiuk - Plusnin

Autorzy „Zbrodni smoleńskiej...” na s. 160 twierdzą, że 7 kwietnia 2010 doszło na Siewiernym do spotkania śp. mjr. A. Protasiuka z... P. Plusninem:


Ostatni raz kapitan dotarł do Smoleńska podczas przedostatniego wylotu w swoim życiu trzy dni przed tragedią, mając na pokładzie premiera. Widoczność była idealna. Major Protasiuk wiedział jednak świetnie, że jeszcze tam wróci i ze szczególną uwagą badał lotnisko. Udał się między innymi na wieżę kontroli i rozmawiał z podpułkownikiem Plusninem.


Jak wspomina świadek tego spotkania, technik radiostacji, rozmawiali głównie o kartach nawigacyjnych, które polski pilot postanowił pokazać kontrolerowi, by wyjaśnić jakieś wątpliwości. Rozmawiali o kartach podejścia.


Jak wspominają świadkowie Plusnin skarżył się na poczynania załóg samolotów C-295M polskich Sił Powietrznych. Twierdził, że pilot jednego z samolotów prosił go, aby mówił wolno i wyraźnie, ponieważ nie znał rosyjskiego.


No to ja jego przeprowadziłem nad pasem i zrobił jeszcze jeden krąg i dopiero mu pozwoliłem lądować”, powiedział Plusnin.


Protasiuk na wstępie zaznaczył, że wraca tam w sobotę i jak wspomina rosyjski podoficer, szef kontrolerów Plusnin miał mu rekomendować, aby nie używał w sobotę jednej radiolatarni. Powiedział, że mają tam energetyka, który twierdził, że z radiolatarnią jest wszystko w porządku, że to proste urządzenie, które daje namiar i nic tam nie może nie działać, ale załoga Tu-134 (zapewne lecącego 7-go kwietnia ze świtą Putina – pryp. F.Y.M.) miała twierdzić, że daje ona odchył w lewo.”

(http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/02/Protasiuk-Plusnin.png)


Jakimi sposobami autorzy „Zbrodni smoleńskiej” dotarli do tychże świadectw, nie wiadomo, ale jeśliby Plusin faktycznie odbył taką rozmowę z polskim pilotem i wiedział, iż Protasiuk leci 10-go, to po co by go pytał (właśnie 10-go o godz. 8.34/10.34), gdy tupolew miał zająć wysokość kręgu nadlotniskowego: „500 metrów, na wojskowym lotnisku lądowanie wykonywaliście?(http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100617&typ=po&id=po11.txt)


Czy nie można było zdobyć „zapisów” (magnetofonowych, a może i wideo) z wieży szympansów z 7 kwietnia 2010? Przecież, zgodnie z tym, co można przeczytać w raporcie komisji Burdenki 2, magnetofony „P-500” (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/02/dziwne-szpule.png) pracowały wtedy (w wieży nr 1, bo o pracy siewiernieńskiej wieży nr 2 nic nie wiemy (http://freeyourmind.salon24.pl/352625,opowiesci-o-pewnej-tajemnej-wiezy)), choć dosyć późno, bo od 21.30 do 23.30, ale może zapisały się wtedy także rozmowy nawiązujące do tego, co działo się w ciągu dnia (ze „stenogramów z wieży” wiemy, jak wielowątkowe potrafią być dialogi podczas dyżuru szympansów (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/stenogramy-z-wiezy.html))? Mnóstwo materiału natomiast nagrało się w wieży szympansów 8 kwietnia, bo dobre 4,5 godziny materiału i to na samej dziwnej szpuli nr 9, nie licząc dziwnej szpuli nr 5. Byłoby więc czego słuchać i co analizować. Co zaś działo się 8-go kwietnia? To samo, co 9-go kwietnia (choć 9-go i 10-go jeszcze dodatkowo operowały myśliwce ze Sieszczy), tj. (wg autorów „Zbrodni smoleńskiej”) parokrotnie na Siewiernym przeprowadzane jest podejście do lądowania, a nawet wykonane jest samo lądowanie jakiegoś tupolewa:


Najbardziej zagadkowe były jednak kolejne (w stosunku do 7-04-2010 – przyp. F.Y.M.) dni - 8 i 9 kwietnia. W Smoleńsku nie było wtedy Plusnina i Ryżenki, był owszem Krasnokutski, nie było żołnierzy zabezpieczenia, nie było dyżurujących milicjantów, nie było w pracy meteorologa, ani dyspozytora. Ale loty odbywały się(por. też http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2011/12/Zbrodnia-smole%C5%84ska-recenzja-Free-Your-Mind.pdf).


8 kwietnia przybył samolot Tu-154M Rossiya Airlines, wpisany jako lot treningowy. Samolot wykonał podejście do lądowania na kursie 259, a następnie odejście na drugi krąg (skąd przybył? - przyp. F.Y.M.). Po kilkakrotnym powtórzeniu tej procedury wykonał lądowanie i po kilkunastu minutach wrócił do Moskwy. Żołnierzom nie polecono podstawienia trapu do maszyny. Poza lakonicznymi wpisami nie wiadomo nic o tym locie. Zastanawiające jest to, że nie potrzebował zabezpieczania kontroli lotów, nie miał na pokładzie ani cargo, ani pasażerów, nie tankował paliwa.


Kierownik lotów w Smoleńsku (nie był to Paweł Plusnin – brak jest podpisu kierownika w dokumentacji, nieznane jest jego nazwisko) nie odnotował, jaki był numer ogonowy tej maszyny, ani kto był jej dowódcą, a jedynie zapisał fakt wykonania jej lotu – tym razem „technicznego”. Nie wpisał nawet godziny startu i lądowania enigmatycznego tupolewa.


Najbardziej zastanawiające są jednak loty wykonane 9 kwietnia, w przeddzień katastrofy. Te również odbyły tupolewy, ich właścicielem także była Rossiya. Dwa z nich miały status „Litiernyj K”, zaś trzeci „Litiernyj A”. Kto więc był tego dnia w Smoleńsku? Premier Putin czy prezydent Miedwiediew? Który z nich zdecydował się na potajemną wizytę na Siewiernym?”


A może żaden z nich? Trzy tupolewy na Siewiernym 9-04-2010, to dopiero miał co filmować Wiśniewski ze swego hotelowego pokoju, o ile nie był wtedy zawalony robotą.


Brak jest danych na ten temat. Być może po prostu samolot ten leciał bez pasażerów i bez ważnych osobistości, zaś status „A” (w ZSRR, Rosji i Białorusi odpowiednik polskiego HEAD) wynikał jedynie z planu lotu i nie miał przełożenia na stan rzeczywisty? Nie można tego w żaden sposób potwierdzić, ponieważ kierownik lotów nie wpisał w dzienniku, ani swojego nazwiska, ani tym bardziej nazwisk pilotów trójki maszyn. Paweł Plusnin uzupełnił jego zapiski wpisując w puste miejsca frazę „brak danych”.


Biorąc pod uwagę fakt, że w ciągu tygodnia w Smoleńsku wylądowało aż 9 samolotów tupolewa, w tym jeden wykonywał dwa dni wcześniej tajemniczy lot na wzór polskiego, który nie uległ jeszcze katastrofie, należy postawić pytanie, jaki sens miały te loty? Szczególnie lot fikcyjnie oznaczony jako VIP.” (s. 659-660).


Wróćmy jednak jeszcze do 7 kwietnia (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/02/7-kwietnia-l%C4%85dowania.png) (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/02/7-kwietnia-l%C4%85dowania-2.png). Wychodziłoby na to, że dość swobodnie sobie poczynały polskie załogi.

7 lut 2012

Osoby niezidentyfikowane

13 kwietnia 2010:

Wczoraj po północy czasu moskiewskiego pojawiła się wiadomość, że wśród ofiar katastrofy są dwie osoby niebędące na oficjalnej liście – podała Lenta.ru. Według strony rosyjskiej rozpoznano 62 osoby, w tym właśnie te dwie dodatkowe. Ich nazwisk na razie nie podano.”

http://www.rp.pl/artykul/461265.html


Forum smoleńskie – moderowany przez doc. S. Amielina wątek: „Spadł samolot w Smoleńsku”.

27 kwietnia 2010 o 18:48 rus. czasu komunikat wysłany („Robert” logujący się z Lublina):

Я разговаривал с женщиной из Смоленска. Она спросила, чей ребенок, который погиб в катастрофе. Я сказал, что в самолётe не былo ребенкa. Она ответила, что её подруга (медсестра)была направлена в местo катастрофы. Туда, они увидели ручку ребёнка в возрасте 5-7 лет. Есть ли у вас какие-либо новости о том, что какaя - нибуд семья искaeт ребёнкa?

Rozmawiałem z jedną kobietą ze Smoleńska. Ona pytała, czyje to było dziecko, które zginęło w katastrofie. Powiedziałem, że w samolocie nie było żadnego dziecka. Odpowiedziała, że jej przyjaciółka (pielęgniarka) była wysłana na miejsce katastrofy. Tam oni widzieli rączkę dziecka w wieku 5-7 lat. Pojawiły się u was jakieś wieści o tym, że jakaś rodzina szuka dziecka?

http://forum.smolensk.ws/viewtopic.php?f=74&t=48375&start=9420


(makstrader) komunikat wysłany 27 kwietnia 2010 o 18:55 rus. czasu

(po zacytowaniu treści wysłanej przez Roberta)

Официальные данные о пострадавших на земле отсутствуют.”

Oficjalnych danych o ofiarach na ziemi nie ma.

http://forum.smolensk.ws/viewtopic.php?f=74&t=48375&start=9440


Z jednego z tzw. drastycznych zdjęć (tego z przedziwnym fotelem x (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/02/fotel-x.jpg)), które jakiś czas po tragedii pojawiły się w Sieci, wykadrowałem fragment (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/02/wykadrowany-fragment-zdj%C4%99cia-pobojowiska1.png), który pasowałby do tego opisu przedstawionego przez smoleńską pielęgniarkę. Może ktoś ma zdjęcie lepszej jakości?

4 lut 2012

Loty specjalne

Z niedawno opublikowanych ustaleń kontrolerów NIK wyłonił się dość ponury obraz praktyk instytucji biorących udział w przygotowywaniu i zabezpieczaniu przewozów najwyższych polskich dostojników państwowych w latach 2005-2010. Dostało się i 36 splt, i kancelarii Prezydenta, i BOR-owi. Nie wszyscy jednak okazali się czarnymi owcami. Jedna z kluczowych instytucji (jeśli nie najważniejsza) wyszła z całej surowej kontroli zaskakująco obronną ręką:


NIK pozytywnie oceniła MSZ w zakresie reagowania na sytuacje kryzysowe. Ministerstwo posiadało stosowne procedury i prawidłowo reagowało na zdarzenia nadzwyczajne. NIK pozytywnie ocenia działania MSZ po zaistnieniu katastrof komunikacyjnych poza granicami kraju, w tym działania podjęte w związku z katastrofą smoleńską.


MSZ posiadało też stosowne instrukcje, procedury i zbiór dobrych praktyk w zakresie przygotowywania wizyt najważniejszych osób w państwie. W niektórych procedurach występowały jednak luki. (np. zdaniem NIK uzyskiwanie zezwoleń dyplomatycznych na przeloty i lądowania nie było przez MSZ skutecznie monitorowanie). Np. przed lotem Prezydenta do Smoleńska w kwietniu 2010 roku o zgodę dyplomatyczną na przelot i lądowanie wystąpiło nie MSZ, a szefostwo Służby Ruchu Lotniczego Sił Zbrojnych RP, podpisując wniosek, bez formalnej podstawy prawnej, jako „Protokół Dyplomatyczny MSZ”. NIK ustaliła, że był to zwyczajowy sposób postępowania w tego rodzaju sprawach.



(teraz uwaga – przyp. F.Y.M.) Przed wizytą 10 kwietnia 2010 roku informacja na temat zgody dyplomatycznej dotyczącej przelotu i lądowania została przekazana jedynie telefonicznie z MSZ Federacji Rosyjskiej do ambasady RP w Moskwie, a następnie również telefonicznie do MSZ w Warszawie. 10 kwietnia 2010 roku, w czasie, gdy samolot z Prezydentem RP na pokładzie wylatywał z Warszawy, nikt z polskich urzędników nie był w posiadaniu zgody dyplomatycznej (w formie pisemnej noty) na przelot i lądowanie.



Jak się później okazało (już po katastrofie smoleńskiej, kiedy dokument dotarł do MSZ) nota dotyczyła zgody dyplomatycznej na przelot (na trasie Warszawa - Smoleńsk - Warszawa). Nota nie zawierała odrębnej zgody na miejsce lądowania. NIK odnotowuje, że MSZ uregulowało (uzupełniło) procedury uzyskiwania zgody na przelot i lądowanie w sierpniu 2010 roku.” (http://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-wizytach-vip-w-latach-2005-2010.html)



Wygląda więc na to, że samoloty wojskowe i to z prezydentami na pokładzie mogą sobie wlatywać w ruską przestrzeń powietrzną „na telefon” albo inaczej, kolokwialnie, mówiąc: na gębę. Dzwoni Jasiek z Warszawy: „Weź mi tam, Wowa, wpuść takiego rządowego tupolewa, co se będzie leciał nad ranem do was”. Na co Wowa z Moskwy: „Nu, charaszo, Jasiek, co tam se do nas wyślesz, to se do nas wleci, my nie budiem wam ni odnych probliemow diełat'.” Byłoby to też zgodne z tą tradycją postępowania badawczego i śledczego, którą zaproponował płk. dr. E. Klichowi legendarny „menażer”A. Morozow: „on zaproponował taką… Znałem go, spotkałem go w Montrealu na takiej konferencji 10-dniowej, ale jest to człowiek… bardzo wysoki poziom, ja się od niego uczę bardzo dużo, to jest po prostu menażer. A my jesteśmy przygotowani do biurokracji. My robimy biurokrację. Kiedyś będzie więcej czasu, to panu ministrowi powiem, na czym to polega. My od razu piętrzymy trudności, pieczątka, podpisy. On mówi: „Żadnych pieczątek. Podpis, data, trzeba sobie wierzyć”. I tak jest.1



I słusznie, „trzeba sobie wierzyć”, zwłaszcza że wiara cuda czyni, a tylko jakimś niewdzięcznym biurokratom są potrzebne bumagi i pieczątki, szczególnie jeśli chodzi o przeloty rządowych samolotów oraz o dochodzenia po „wypadku” takiego samolotu. Już Kazimierz Pawlak w „Samych swoich” mawiał, że u niego „słowo droższe pieniądza”, cóż dopiero warte może być słowo kogoś z Moskwy, a zwłaszcza z samego Kremla? Tak przecież swoje bezcenne słowo dał telefonicznie władzom nad Wisłą „prezydent Miedwiediew” 10-go Kwietnia, że zginął polski Prezydent, zanim ktokolwiek oficjalnie ciało śp. L. Kaczyńskiego „odnalazł”.



Ustalenia NIK-u są jednak niezwykłe z tego względu, że potwierdzają przypuszczenia zawarte już dość dawno temu w książce K. Galimskiego i P. Nisztora („Kto naprawdę ich zabił?”, s. 44-45), tzn. że rządowy tupolew 10-go Kwietnia (w przeciwieństwie do lotu z 7-go kwietnia 2010!) wystartował bez pisemnej zgody na wlot w ruską przestrzeń powietrzną i lądowanie na północnym smoleńskim lotnisku (pozwolę sobie zacytować cały ten obszerny fragment, bo jest bardzo ważny w całej sprawie):



Pomiędzy lotami z 7 i 10 kwietnia jest jednak zasadnicza różnica, która może wskazywać, że lot prezydenckiego samolotu nie był do końca przygotowany. Otóż w planie lotu Tupolewa z premierem wpisany jest numer zgody na przelot nad terytorium Białorus (BIALORUS SAC972/020410/LITER A) oraz numer zgody na przelot oraz lądowanie na terytorium Rosji (ROSJA 194 CD/07). Tymczasem w planie lotu prezydenta znajduje się tylko numer zgody na przelot nad terytorium Białorusi (BELARUS SAC248/220310/LITER CD/07). Nie ma natomiast numeru zgody na wejście w rosyjską przestrzeń powietrzną Federacji Rosyjskiej oraz zgody na lądowanie w tym kraju (podkr. F.Y.M.).



O problemach z numerem tego, jakże istotnego dokumentu, świadczą także maile wysyłane w dniach 8 i 9 kwietnia między pracownikami Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Wynika z nich, że jeszcze przynajmniej 8 kwietnia lotnisko Smoleńsk-Siewiernyj nie miało wszystkich danych o przylocie prezydenckiego samolotu. W tym, kluczowej informacji numeru zgody na przelot w rosyjskiej przestrzeni powietrznej i pozwolenia na lądowanie. O tym problemie Jerzego Bahra, ambasadroa RP w Moskwie, informował Dariusz Górczyński. „Lotnisko w Smoleńsku nic nie wie o zgodzie na lądowanie samolotu z prezydentem. Będę wdzięczny za przekazanie e-mailem numeru zgody na przelot i lądowanie” - pisał 8 kwietnia po południu Górczyński. Odpowiedź nadeszła następnego dnia po 18 od ministra Andrzeja Kremera (zginął w katastrofie). „Zwracam uwagę, że kwestia lądowania samolotu/samolotów jest fundamentalna. Proszę o pilne wyjaśnienie wszystkich szczegółów związanych z dojazdem delegacji i innych szczegółów organizacyjnych”.



Według MSZ Górczyński otrzymał informacje o braku numeru zgody od przedstawicieli strony rosyjskiej, odpowiedzialnych za bezpieczeństwo prezydenta RP 8 kwietnia. Niezwłocznie, jeszcze tego samego dnia poinformował o tym nie tylko ambasadora Bahra, ale także innych pracowników placówki dyplomatycznej, którzy tego dnia udawali się do Moskwy, aby sfinalizować przygotowania do uroczystości (...). Otrzymali ją m.in. Andrzej Kremer i dyrektor Mariusz Kazana. MSZ podkreśla, że Górczyński przekazując informacje kierował się ogólnie przyjęta przy organizacji wizyt praktyką przekazywania wszelkich istotnych informacji mogących mieć wpływ na ich bezpieczeństwo lub sprawny przebieg.



Według mjr. Tomasza Frączkowskiego z szefostwa Służby Ruchu Lotniczego, numer zgody przelotu i lądowania na terytorium Rosji prezydenckiego samolotu został przesłany do Polski dwa dni przed wylotem. „Zgoda z Federacji Rosyjskiej wpłynęła w późniejszych godzinach dnia 8 kwietnia (...) Ktoś z pracowników uzupełnił te ostatnie brakujące dane 8 kwietnia i na drugi dzień, kiedy dokument był już gotowy do podpisu, Szefa Oddziału nie było, podpisałem go z upoważnienia (podkr. F.Y.M.). Upoważnienie to ma charakter ustny. (...) Dokument ten wysłany był 9 kwietnia o godz. 7.50 ja ten dokument wysłałem. (...) Wydaje mi się, że Smoleńsk nie figuruje w danych ICAO, gdyż jest lotniskiem wojskowym i mógł nie być ujawniany (...)”.



Także resort spraw zagranicznych twierdzi, że numer takiej zgody został uzyskany. „Po [jej] uzyskaniu (...) D. Górczyński potwierdził tę informację na miejscu w Smoleńsku u przedstawicieli Federalnej Służby Ochrony FR, co oznaczało, że scenariusz uroczystości w Katyniu oraz program pobytu Prezydenta RP w Smoleńsku winien przebiegać z godnie z ustalonym przez strony harmonogramem, którego wyznacznikiem były również uzgodnione z Kancelarią Prezydenta RP – godziny lądowania na lotnisku wojskowym w Smoleńsku samolotów Jak-40 i Tu-154M z Prezydentem RP z dziennikarzami i delegacją polską na pokładzie”. Tego samego dnia przez Ambasadę RP w Moskwie wpływa dokumentacja lotniska, w tym karty podejścia. Według ustaleń prokuratury, karty były aktualne na wrzesień 2009, były jednak dokładnie takie same, jak otrzymane na lot z premierem 7 kwietnia.



Dlaczego jednak mimo, jak twierdzi MSZ, posiadania numeru zgody, nie wpisano tej jakże istotnej informacji do planu lotu? Nie wiadomo.



Doświadczeni piloci, z którymi rozmawialiśmy, twierdzą, że praktyką jest, że takie numer są często wysyłane już podczas lotu. Jednak brak numeru zgody może mieć poważne konsekwencje. - Na pewno spowodowałby niewpuszczenie prezydenckiego samolotu na lotnisko – mówił dziennikarzowi „Rzeczpospolita” Dariusz Szpineta, pilot-instruktor, który podkreśla, że brak numeru takiej zgody prze lotem tak ważnej delegacji to poważne przeoczenie. - Zdarzało się, że lotniska np. w Berlinie nie wpuszczały lub kazały płacić za brak numerów takich pozwoleń – podkreśla.”



Jeśli więc tę „zgodę” usytuowano „dyplomatycznie” na poziomie „ustno-telefonicznym”, to można było właśnie na tym poziomie dowolnie nią manipulować – zarówno potwierdzać, jak i... wycofywać, zwłaszcza w sytuacji zwanej w lotniczym żargonie jako TWA, czyli „trudnych warunków atmosferycznych”, a o nich wiemy niemal wszystko od godzin przedpołudniowych 10 Kwietnia. Powtarzam więc: rządowy samolot nie miał pisemnej zgody na wlot w ruską przestrzeń powietrzną (potwierdza to kontrola NIK), wobec tego, zwyczajnie, mógł do „Federacji Rosyjskiej” nie wlecieć, bo zwyczajnie nie miał na to formalnego zezwolenia. Oczywiście Ruscy mogli „łaskawie” podczas przelotu „zezwolić” w jakimś „nadzwyczajnym trybie” na taki wlot – ale wcale nie musieli i mieliby ku temu prawne podstawy: nie została pisemnie przesłana ruska dyplomatyczna zgoda na wlot i lądowanie. Być może też z tego powodu w drodze na Siewiernyj J. Bahr rezerwuje (wg opowieści „inspektora Clouseau” G. Kwaśniewskiego) oprócz moskiewskiego lotnisko mińskie za pośrednictwem amb. H. Litwina (obecnie urzędującego z D. Górczyńskim na kijowskiej placówce).

Czemu jednak nie witebskie? No bo, rzecz jasna, było nieczynne - choć niekoniecznie dla wszystkich.

24 sty 2012

Pierwsze nawrócenia smoleńskie

Tak to bywa jak się jest złym prorokiem :), już nieraz bowiem przestrzegałem, że nadejdą dni, kiedy nie tylko zacznie się załamywać moskiewsko-warszawska oficjalna narracja, ale i pojawią się zjawiska „nawróceń” i niegdysiejsi twardzi wyznawcy moskiewskiej czy czerskiej prawdy naraz zaczną stawiać pytania, dziwić się i „nie przesądzać niczego”. I nagle się okaże, że dogmatyka wypracowana na Kremlu, a klepnięta ochoczo przez gabinet ciemniaków i zasłużonych „ekspertów”, będzie poddawana w wątpliwość, tak jakby właśnie wątpienie było „powinnością chwili”, a już nie ta niezachwiana pewność, z jaką się stawiało różne śmiałe tezy o naciskach, winie pilotów, szarżowaniu we mgle, ignorowaniu wskazań przyrządów, lekceważeniu standardów bezpieczeństwa itd. I tak jak w słynnej piosence Stuhra „Śpiewać każdy może”, tak i wątpić, okazuje się, każdy już może, nawet dziennikarze najnowszego „Wprost”, które – koniec świata panie dzieju – ni stąd ni zowąd zamieszczają wywiad z prof. W. Biniendą mówiącym takie słowa: „Uważam, że w najlepiej pojętym interesie społeczności międzynarodowej jest powołanie niezależnej międzynarodowej komisji do spraw zbadania katastrofy smoleńskiej pod kątem wszystkich możliwych hipotez. Rząd Polski ma narzędzia, które umożliwiają powołanie takiej komisji, ale z nich nie korzysta. Wierzę jednak, że nawet Rosjanie nie chcieliby doprowadzić do sytuacji, w której Smoleńsk staje się drugim Katyniem.” („Wprost”, 4/2012, s. 25)

Koniec świata, panie dzieju, takie rzeczy we „Wprost” T. Lisa można przeczytać AD 2012 w styczniu. „Wprost” - nie „Nasz Dziennik” czy „Gazeta Polska”. Takie, i inne można przeczytać. Co np. jeszcze? Rzućmy okiem parę stronic wstecz do tekstu M. Krzymowskiego pod tytułem „Anatomia katastrofy”:

Do tej pory komisja Millera twierdziła, że dowodem na obecność generała (Błasika – przyp. F.Y.M.) w kokpicie było odnalezienie jego zwłok przy nawigatorze. Tyle, że jak ujawniliśmy kilka dni temu, leżały one tam razem z ciałami jedenastu innych pasażerów. I – co równie ważne – wśród nie było zwłok mjr. Protasiuka. Te znaleziono znacznie dalej, prawdopodobnie z kabiny wyrzuciła je siła zderzenia z ziemią. Gdyby więc kierować się logiką komisji Millera, to trzeba by uznać, że dowódca samolotu tuż przed katastrofą wyszedł z kokpitu i oddał stery pasażerom” (s. 15).

Dosłownie „2 in 1” jak pierwszych szamponach „Wash and Go” na ziemiach polskich, Krzymowski bowiem za jednym zamachem krytykuje i „millerowców” i „makowców”, na których to radzieckich badaniach się wszak „millerowcy” w swych „ustaleniach” wzorowali. No jakże to tak? Czyż z kolei na ustaleniach jednych i drugich nie opierał się sam Krzymowski, pisząc wraz z M. Dzierżanowskim grubaśną książkę pt. „Smoleńsk. Zapis śmierci”? Tam wszak mogliśmy przeczytać (s. 264-265):

- Dowódco, pokład gotowy do lądowania – oświadczyła stewardesa.
Wcześniej zwracała się do Protasiuka „Aruś”, ale teraz, gdy w kokpicie był generał Błasik, wypadało używać bardziej oficjalnego języka. Dwie minuty później przyszła kolejna informacja z jaka. Widoczność zmniejszyła się jeszcze bardziej, tym razem do 200 metrów. Chwilę później w kokpicie padły słowa, których autora nie udało się ustalić:
- Wkurzy się, jeśli jeszcze...
Podczas konferencji prasowej MAK Rosjanie podali dłuższą wersję wypowiedzi:
- Wkurzy się, jeśli jeszcze... Jeśli nie wylądujemy, będzie się mnie czepiał.
Zdaniem tamtejszych ekspertów mowa o ewentualnej reakcji prezydenta. Polska strona nie potwierdziła jednak ani tych słów, ani ich rosyjskiej interpretacji.”

Dawne dzieje i tylko paranoik smoleński może łączyć jakieś prehistoryczne księgi (w których z nabożną czcią przywoływano moskiewskie dezy) z najnowszymi ustaleniami dziennikarzy śledczych „Wprost”, które przecież odkrywają prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, jak w sądzie. Tempus fugit, wszystko płynie, tak więc nawet rzeka kłamstw smoleńskich ma swoje odnogi, nurty i wiry. Chciałoby się jedynie zapytać, a czemuż to dziennikarzom śledczym ze „Wprost” nie udało się ustalić tego, co ustalili niedawno, tj. „kilka dni temu” – przed dwoma laty chociażby? Przecież chodzi chyba o ten sam „materiał dowodowy”?

Jakie są więc ich obecne ustalenia? Takie np., że za cholerę nie można znaleźć człowieka, co rozpoznał głos śp. gen. Błasika w kokpicie. Nie ma takowego gieroja. Nie ma komu orderu dać „za ofiarność i odwagę”. Co więcej, naraz się okazuje, że „ekspert z policyjnego laboratorium” na pytanie „Czy przypisywanie wypowiedzi poszczególnym osobom na podstawie kontekstu sytuacyjnego jest zgodne z metodologią odsłuchu?” odpowiada (zachowując anonimowość): „Interpretacja kontekstu dostarcza wiedzy uzupełniającej, ale nie może być jedynym dowodem. Komisja poszła o krok za daleko” (s. 17).

Trzymajcie mnie ludzie - „komisja Millera”, ta przecież złożona z najwybitniejszych ekspertów nad Wisłą, „poszła o krok za daleko”? Za daleko, to znaczy, dokąd? W las, jak przysłowiowa nauka? Na szczęście jest ostatni sprawiedliwy w tejże komisji, M. Lasek, który wszystko wyjaśnia, jak należy:

Po pierwsze, jego ciało (chodzi o śp. gen. Błasika – przyp. F.Y.M.) zostało znalezione przy ciele jednego z członków załogi. Po drugie, te słowa były poprzedzone oficjalnymi powitaniami („Witam”, „Dzień dobry”), co oznacza, że ktoś musiał wchodzić do kabiny. I po trzecie, podchodząc do lądowania, członkowie załogi posługują się skrótami: zamiast „250 metrów” mówią „250”. Przyjęliśmy założenie, że „250 metrów” musiał powiedzieć ktoś spoza załogi. Naszym zdaniem gen. Błasik czytał te wysokości, mając świadomość, że piloci go nie słyszą” (s. 17).

Krzymowski pisze pod koniec swego artykułu „Uzbrójmy się w cierpliwość”, ale jakże możemy być cierpliwi, kiedy nagle „Wprost” zabrało się za demaskowanie kłamstwa smoleńskiego, a na okładce komunikuje: „Smoleńsk. Wciąż we mgle” i nieco niżej: „Brzoza? Naciski? Zamach? Czyli jak niewiele wiemy dwa lata po katastrofie”? Aż strach pomyśleć, co będzie w następnym numerze, wydawać by się bowiem mogło, że po dwóch latach wiemy wszystko, tak jak M. Lasek z „komisji Millera”. Jeszcze chwila, a dziennikarze śledczy zaczną węszyć na Okęciu w poszukiwaniu jakichś utajnionych samolotów z 10 Kwietnia lub samych lotów.

23 sty 2012

Telefony (2)

Na ubiegłorocznym grudniowym posiedzeniu Zespołu smoleńskiego, kiedy p. M. Wassermann powiedziała słynne, wielokrotnie cytowane i komentowane, słowa: „Nigdy się prawdopodobnie nie dowiecie, czy oni przeżyli tę katastrofę i ile minut lub godzin żyli po tej katastrofie i czy w związku z tym udzielana im była jakakolwiek pomoc” (http://polska.newsweek.pl/nigdy-sie-nie-dowiecie—czy-przezyli-katastrofe--corka-wassermanna-przed-zespolem-macierewicza,86195,1,1.html), powróciła po raz kolejny kwestia telefonów należących do ofiar tragedii oraz problemów z ustaleniem podstawowych danych z tymi telefonami związanych. M. Wassermann powiedziała wtedy, oprócz cytowanych wyżej słów, także: „Praca ABW jeżeli chodzi o katastrofę smoleńską jest taka, że opinia odnośnie telefonów jest kolejny raz odesłana jako nie do przyjęcia i dalej nie istnieje opinia odnośnie telefonów osób, które tam zmarły, co za tym idzie, dalej nie wiemy, o której się zalogowali lub nie” (www.youtube.com/watch?v=5XCA2xZyTq4 (11' materiału sejmowego)).

Zagadnienie telefonów prywatnych i służbowych, należących do członków delegacji prezydenckiej od samego początku „śledztwa” prowadzonego oficjalnie, było niesamowicie skomplikowane, podczas gdy sprawa powinna być arcyboleśnie prosta, skoro „wsie pogibli” o 8.41, tj. w „godzinie Morozowa”. Jeśliby bowiem wszyscy członkowie delegacji prezydenckiej zginęli właśnie wtedy, to rzecz jasna, nikt z użytkowników telefonów nie mógł ani telefonować, ani sms-ować, wszystko to zaś powinno być czytelne na bilingach oraz łatwe do wykrycia po kryminalistycznych oględzinach tychże telefonów. Co zatem mogłoby stać na przeszkodzie, by po upublicznieniu informacji o tychże bilingach i po zbadaniu tychże telefonów, oddać je rodzinom zabitych? Tymczasem, jak można było choćby usłyszeć na posiedzeniu podsumowującym 4-miesięczne prace Zespołu (październik 2010), min. A. Macierewicz za min. A. Seremetem, powtarzał, iż prokuratura nie ma jeszcze bilingów, o które wystąpiła do ABW. Jak sytuacja wygląda dziś z tymi bilingami? Ja osobiście nie wiem, ale nie zdziwiłbym się, gdyby wyglądała podobnie jak 4 m-ce po „katastrofie”.

Na tymże dawnym posiedzeniu Zespołu (październik 2010) sprawa telefonów, a zwłaszcza jednego z nich, który, jak się po opublikowaniu informacji o nim, okazało, miał być jedynie faktem medialnym, czyli dezą, jaką podpuszczono dziennikarzom „GP” - została kapitalnie skomentowana przez p. M. Mertę, której wywód pozwolę sobie we fragmencie przytoczyć poniżej. Zdaniem bowiem p. Merty, owe nieprawdziwe informacje (związane z rzekomym połączeniem śp. J. Surówki i przekazaniem przez niego dramatycznej opowieści) „to nie są zwykłe pomyłki”, tzn. „ten fałsz w nich zawarty jest po coś” (38'42'' materiału sejmowego):

Mamy informację, która do nas wróci. W którymś momencie takie rewelacje znowu się pojawią. I teraz, co się będzie działo. Jeżeli tę informację uznajemy za kaczkę dziennikarską, za totalną nieprawdę, to każdą następną z tego gatunku też zakwestionujemy. Jeśli nie my, to zakwestionuje ją społeczeństwo (...). W którymś momencie może wyjść coś na jaw i wtedy powiemy: aha, już to słyszeliśmy, już to miał być Surówka i nie był, więc każdy kolejny też będzie, ten na pewno jest wymyślony. I ja myślę, że cała ta sprawa z „Gazetą Polską” miała właśnie to na celu, że to nie była taka sobie... taki sobie wymysł czyjś, takie sobie przekłamanie, że to było w mojej intuicji zrobione po to, żeby z góry zdezawuować takie ewentualne późniejsze doniesienia (...)

Jednym z takich późniejszych (w stosunku do historii z telefonem śp. J. Surówki) doniesień było to, które przekazał choćby J. Sasin podczas swego pierwszego wystąpienia przed Zespołem (wrzesień 2010) przy okazji dyskutowania sprawy informacji o trzech osobach, które „przeżyły katastrofę”:

„Minister Jacek Sasin:
To ja może bardzo króciutko. Ja bardzo króciutko, jeśli pan przewodniczący pozwoli. Też jakby może tak bardzo ogólnie, do tego co pan powiedział, bo ja myślę, że no wokół całej tej sprawy, tej tragedii, rzeczywiście jest bardzo wiele takich informacji, też i plotek, i takich informacji nieścisłych, które w bardzo wielu przypadkach mogą zaciemniać właściwy obraz. Ja też słyszałem, też będąc na cmentarzu, potwierdzam to, słyszałem taką informację o tych, o trzech osobach, które przeżyły, i też nie potrafię powiedzieć, skąd tą informację słyszałem, znaczy ona gdzieś po prostu się pojawiła. Ona się gdzieś pojawiła po prostu i no ja jakby uczepiłem się też tej informacji, no bo jak jest informacja, że ktoś przeżył prawda, no to...

Przewodniczący Antoni Macierewicz:
Każdy z nas.

Minister Jacek Sasin:
Ale proszę państwa..

Przewodniczący Antoni Macierewicz:
Ale skądś do tych mediów dotarło.

Minister Jacek Sasin:
Proszę państwa, nawet ja to do mediów powiedziałem, bo podszedł do mnie dziennikarz i pyta się coś, a ja mówię: - Nie mamy informacji w tej chwili.

Minister Jacek Sasin:
... mamy i mówię, usłyszałem, gdzieś tu informację taką, że ktoś przeżył, że kilka osób przeżyło, ale nie potrafię tego potwierdzić. Więc ta informacja funkcjonowała.
Natomiast też jest proszę państwa, ja też różnego rodzaju informacje mniej lub bardziej fantastyczne też do mnie docierały, również w późniejszym okresie. Między innymi miałem taką, dostałem taką informację, no która mnie trochę zmroziła, powiem szczerze, a mianowicie, że jeden z pracowników Kancelarii tuż przed śmiercią wysłał sms-a do swojej rodziny, mówiącego o tym, prawda, że: - Giniemy! Ratujcie nas! No takie bardzo dramatycznego prawda. No było to coś mrożącego krew w żyłach. Ja wstrząśnięty tą informacją podjąłem próbę ustalenia z rodziną tego człowieka, gdzie miałem kontakt, czy to jest prawda. Okazało się, że nikt z rodziny nie potwierdził, aby taki sms dotarł. Więc, znaczy to też pokazuje, że tutaj mogą różnego rodzaju po prostu plotki się pojawiać. Ja myślę, że każdą taką plotkę trzeba sprawdzić oczywiście, bo to jest tak, że wśród takiego szumu informacyjnego może być ileś bardzo prawdziwych informacji, które zmienią może czasami nawet obraz tego co, jaki mamy tego, co się wydarzyło. Natomiast myślę, że to po prostu wymaga sprawdzenia, każda sprawa.

Natomiast zgadzam się oczywiście z tym, co pan mówił, dotyczące tego, że można naprawdę pewnie jeszcze wiele źródeł takich informacji, gdzie wiele spraw w tej chwili zaciemnionych mogłoby się wydać, chociażby te kwestie satelitarnego oglądu, to myślę, że jest coś, co rzeczywiście wiele spraw być może by nam wyjaśniło” (http://freeyourmind.salon24.pl/382860,samolot-zjechal-z-pasa#comment_5603420 cytuję za stenogramem).

P. Merta, którą cytowałem wyżej, dodawała jeszcze w swoim wywodzie a propos historii z telefonem śp. J. Surówki: „Dobrze byłoby sprawdzić, jak dochodzi do takich dezinformacji i skąd one się biorą, bo myślę, że to dużo powie o samej sprawie śledztw i tego, co przewiduje się, że wyjdzie na jaw”. Podejrzewam, że historia z tym nieistniejącym telefonowaniem była podobna jak z przesłuchaniem A. Miendiereja i słynną notatką „oficera AW”, o czym pisali i K. Galimski z P. Nisztorem w swej książce, i autorzy „Zbrodni smoleńskiej”. Ci pierwsi stwierdzili, że notatka jest fałszywką sporządzoną przez specsłużby, zaś ci ostatni, wprost przeciwnie, potraktowali ją jako wiarygodny dokument (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2011/12/Zbrodnia-smole%C5%84ska-recenzja-Free-Your-Mind.pdf). L. Szymowski, jak pamiętamy, do tego stopnia dał się wkręcić „ludziom cienia”, że opublikował nawet dziwne zdjęcie z „Bilda” (jest ono cały czas do obejrzenia tu http://el.ohido.siluro.salon24.pl/231970,dwie-trajektorie-zakopywanie-samolotu) jako... materiał przekazany naszym służbom przez amerykańską NSA i podpisał: „Tupolew awaryjnie wylądował w lesie. Potem doszło do wybuchu” (http://freeyourmind.salon24.pl/304267,zamach-tak-ale-czy-na-siewiernym).

Sam jednak fakt, że „ludzie cienia” tak wiele zadają sobie już od długiego czasu fatygi, by „zdynamizować” śledztwo smoleńskie (szczególnie, gdy zajmują się nim zwolennicy zamachu na Siewiernym), dowodzi, iż muszą mieć w tym swój żywotny interes. Po co bowiem konstruowaliby fałszywe notatki czy podsuwali autorom książek/artykułów śledczych dotyczących tragedii, błędne tropy (które, jak w przypadku sprawy śp. J. Surówki, omal nie skończyły się dla redakcji „GP” procesem wytoczonym przez p. K. Łuczak-Surówkę (o całej sprawie raz jeszcze wspomina ona w książce J. Racewicz „12 rozmów o miłości. Rok po katastrofie”, s. 220-221))? Po to, by ukryć prawdziwe. Jeśli więc po dwóch latach nadal tak niewiele wiemy o telefonach ofiar tragedii, to tam, w tychże telefonach, na pewno tkwi jakaś część prawdy o tym, co się 10-go Kwietnia stało. Zamiast więc czekać następne dwa lata na wrak, może czas zajrzeć do tego, co się zachowało w telefonach? No, chyba że do ich zbadania wymagana jest zgoda Kremla – to wtedy faktycznie, także z tym badaniem trzeba będzie nieco poczekać.

W dzisiejszym „Uważam Rze” (4/2012, s. 16) p. E. Błasik po raz kolejny potwierdza to, iż Dowódcy mieli 10-go lecieć odrębnym samolotem: „Pierwotnie cała generalicja miała lecieć na pokładzie jaka. Decyzja, że polecą tupolewem, zapadła w piątek, dzień przed wylotem.” Czy faktycznie umieszczono Dowódców w „prezydenckim tupolewie”, tak by dwóch z nich mogło się potem „znaleźć” nawet w jego kokpicie, tego wciąż nie wiemy, warto by jednak ustalić, kto w piątek wieczorem taką decyzję chciał podjąć – B. Klich? J. Sasin przed Zespołem smoleńskim z naciskiem powtarzał, iż na żadnym etapie przygotowań osobny statek powietrzny dla generalicji nie był przewidywany (http://freeyourmind.salon24.pl/313310,podzial-delegacji), ale przecież to nie w gestii Sasina leżało ewentualne decydowanie o tym, jakim samolotem polecą Dowódcy, sądzę zaś, że relacja p. Błasik nie pozostawia tu cienia wątpliwości (podobnie zresztą, jak słynna rozmowa w COP z 10-go Kwietnia (http://freeyourmind.salon24.pl/294090,czas-na-nowa-narracje: „Wcześniej było planowane, że Dowódcy będą lecieć Jakiem”)). Chyba że rację ma intheclouds twierdząca już od dłuższego czasu (http://clouds.salon24.pl/306662,tajemnice-okecia-dwa-tu-154-7-kwietnia), że na 10-go przygotowano, tak jak na 7-go, specjalnie 2 tupolewy (ale o numerze bocznym 101, tzn. 102-ka użyta byłaby jako druga 101-ka), i do jednego z nich zaproszono by pierwszą część delegacji, a do drugiego – drugą. No to wtedy faktycznie, nie tylko ABW miałaby problem z telefonami.



http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/02/telefony.html

19 sty 2012

"Samolot zjechał z pasa"

Jak dotąd nie dowiedzieliśmy się, w jaki sposób prezydenccy „akustycy” sprawdzali nagłośnienie w Lesie Katyńskim (czy np. oglądali, czy poprawnie są wpięte kable, czy robili próby mikrofonów, czy dokonywali oględzin konsoli mikserskiej, czy przejrzeli stanowiska w wozach transmisyjnych itd.), wiemy natomiast, w jak przedziwny sposób krążyły informacje związane z losami delegacji udającej się na uroczystości. I temu obiegowi informacji chciałbym poświęcić dzisiejszą notkę.

Główny „akustyk” kancelarii Prezydenta, czyli J. Sasin (JS), w sejmie przed Zespołem min. Macierewicza twierdzi, że jest w Katyniu ok. 7.30 (11'07'' materiału sejmowego), ale w książce „Mgła” mówi, iż koło 8-mej (pol. czasu). Wiemy, że jeszcze wieczorem 9-go kwietnia 2010 r. JS planuje pojechać z M. Wierzchowskim (MW) na lotnisko, ale już nad ranem zmienia plany i postanawia dopilnować wszystkiego w Katyniu, aczkolwiek po drodze urządza sobie kilkudziesięciominutową wycieczkę po Smoleńsku („Mgła”, s. 39). Te kwestie nas teraz nie interesują, a przypominam je tylko po to, by nieco naświetlić kontekst. MW, wedle porannej umowy ze swym przełożonym, ma informować JS (gdy będzie w Lesie Katyńskim) o lądowaniu samolotu z delegacją, więc muszą być w telefonicznym kontakcie. Ale właśnie - czy są? A jeśli są, to czemu ten kontakt tak dziwnie wygląda? MW w jednym z wywiadów dla „NDz” powiada (http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110209&typ=po&id=po08.txt), że telefonował z Siewiernego do JS jeszcze jakiś czas przed tragedią „Kiedy czekałem na lotnisku, wykonałem ostatnią rozmowę telefoniczną z ministrem Jackiem Sasinem. Później oczekiwaliśmy na przylot samolotu, luźno rozmawiając”, ale nie znamy treści tej rozmowy i nie wiemy, czy wtedy JS był już w Katyniu, czy jeszcze na turystycznej wycieczce.

Przenosimy się zatem do Lasu Katyńskiego. Jak tu wygląda (wg sejmowej relacji JS) przebieg zdarzeń? Primo: JS dowiaduje się w pewnej chwili (gdy już wszystko jest gotowe i jest czas swobodnych rozmów) od A. Kwiatkowskiego (AK), że samolot z powodu trudnych warunków atmosferycznych nie będzie lądował, tylko zostanie skierowany do Moskwy. To zdarzenie niesie ze sobą trzy ślady: 1) JS nie był do tego momentu w Lesie Katyńskim z AK (i chyba AK nie był z nim na wycieczce, skoro jak twierdzi AK w „Mgle”, s. 86, „o dziewiątej rano tamtego czasu przyjechaliśmy na miejsce”, a więc był w Katyniu już od 7-mej pol. czasu), 2) JS nie dostał tej informacji od MW, 3) MW nie informuje JS o skierowaniu samolotu do Moskwy. Co więcej AK otrzymuje tę wieść od... T. Stachelskiego (TS) (do dziś nieprzesłuchanego przed Zespołem smoleńskim), który musi tę informację mieć z kolei od D. Górczyńskiego (DG) będącego na Siewiernym (http://www.rp.pl/artykul/544614.html). Czy MW tej, było nie było, niezwykle ważnej z punktu widzenia organizatorów uroczystości, informacji sam nie miał, czy może po prostu nie zdążył jej przekazać, jak na razie nie wiemy.

Co się dzieje dalej? Secundo: JS, dowiedziawszy się, że AK ma tę wiadomość od TS, szuka tego ostatniego, a odnalazłszy go wzrokiem, kieruje się w stronę TS (proszę przy okazji wziąć pod uwagę, ile czasu muszą pochłonąć wszystkie późniejsze zdarzenia od tej pierwszej przekazanej informacji, nim kolumna rusko-polska wyjedzie na sygnale na Siewiernyj), przy czym, gdy już zbliża się do TS ten dostaje drugi telefon od DG z kolejną informacją o „wypadku w samolocie”; „samolot zjechał z pasa czy coś takiego”. Nim jednak JS usłyszy to z ust TS, będzie przysłuchiwał się rozmowie TS-DG i czekał na jej zakończenie, a przy tym będzie myślał tak:

„nie przypuszczałem, że mogło stać się coś bardziej groźnego i coś gorszego niż to lądowanie w innym miejscu, w związku z czym tak sobie psychicznie zbudowałem taką konstrukcję, że on (tzn. TS – przyp. F.Y.M.) tak strasznie panikuje z tego powodu, że ten samolot wyląduje gdzie indziej i w związku z czym będziemy mieli tutaj opóźnienie w rozpoczęciu uroczystości” (15'02'').

Chciałoby się zapytać: a gdzie indziej? Przecież od AK była chwilę temu jednoznaczna informacja, że w Moskwie – to dość konkretne miejsce. No ale załóżmy, że tak się głównemu „akustykowi” tylko powiedziało czy pomyślało. Zauważmy jednak, iż JS, mimo że dostał wiadomość od AK, nie wydzwania do MW, by spytać: jak właściwie wyglądają ustalenia na Siewiernym w obecnym momencie (a to chyba byłoby najprostsze rozwiązanie, zamiast szukać TS i czekać aż skończy rozmawiać przez telefon). Czemu na tak prosty pomysł nie wpadł? Nie dzwoni też do amb. J. Bahra (JB), który, jak można sądzić, byłby najlepiej zorientowany, co do ustaleń na Siewiernym.

Wracamy do sytuacji z TS. Ten ostatni mówi więc JS, że samolot zjechał z pasa; „nic więcej nie był w stanie powiedzieć”, dodaje JS przed Zespołem, a parę minut później powie (20'43'') w kontekście dramatycznej rozmowy z MW, gdy ten już będzie telefonował z pobojowiska: „Tak sobie już wyobraziłem pewien obraz, który się stał, prawda, czyli drobnego wypadku przy lądowaniu samolotu (...) być może się koła nie otworzyły, prawda, coś takiego...”. I nawet o to będzie ów JS pytać telefonującego (z informacją o tragedii) MW: „Ale co, zjechał ten samolot z pasa?”

Trzymamy się jednak tej sytuacji po kolejnej rozmowie TS-DG i przekazaniu informacji o „zjechaniu samolotu z pasa” - nikt przecież w tym momencie (przynajmniej wg oficjalnych relacji, zeznań etc.) nie może wiedzieć w Katyniu, co dokładnie się stało z polską delegacją. JS uzyskuje zatem informację, że samolot zjechał z pasa, wyobraża sobie to jako drobny wypadek przy lądowaniu - i co? Usiłuje się dodzwonić do MW, ale mu się nie udaje, idzie więc do oficera BOR, czyli C. Kąkolewskiego (CK), ten zaś nic nie wie o żadnym zjechaniu z pasa. CK nie ma również możliwości sprawdzenia informacji u kogoś na lotnisku, bo, jak stwierdza, nie ma tam ludzi BOR, do których można by zadzwonić.

I teraz najważniejsze, czyli tertio: wiedząc, że samolot zjechał z pasa po wylądowaniu i doszło do drobnego wypadku, JS nie dzwoni do kogoś z osób na pokładzie, by spytać, co się stało? Przecież taka powinna być pierwsza reakcja każdego, kto by się właśnie dowiedział, że delegacja wylądowała. Na informację o lądowaniu przecież JS czekał, jako ten, który miał wyjść przed bramę katyńskiego cmentarza. Czy nie należało więc natychmiast zadzwonić i upewnić się, czy wszystko w porządku oraz, co dokładnie się stało? Pamiętają Państwo, jak prowadzący TVP Info dzwonił 10-go Kwietnia koło 9.30 pol. czasu do dziennikarza W. Cegielskiego, „w samolocie był także nasz reporter (...) Połączyliśmy się z nim w tej chwili. Wojtku, powiedz, co się dzieje w Smoleńsku?” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/woko-zeznan-bahra.html. (Nawiasem mówiąc Cegielski zresztą w tej relacji powie, że jak dziennikarski przyleciał... „pół godziny wcześniej”: „wszyscy dziennikarze, którzy towarzyszyli Lechowi Kaczyńskiemu, przylecieli do Smoleńska pół godziny wcześniej samolotem jak-40 i stąd też na pokładzie tego samolotu tu-154m nie było żadnego, żadnego dziennikarza, stąd jest teraz to ogromne zamieszanie, ponieważ myśmy w tej chwili, przed chwilą otrzymali taką informację, że był problem z samolotem prezydenckim”. Oczywiście Cegielski, nie będąc na Siewiernym nie mógł wiedzieć, o której, co się tam działo, lecz będąc na Okęciu mógł usłyszeć od kogoś, że tupolew wyleci „pół godziny po jaku-40 z dziennikarzami” - to tak dodaję a propos badanej ostatnio koncepcji intheclouds))?

Wracamy do Katynia. JS (wg jego relacji) nie telefonuje ani do kogoś z będących na pokładzie, ani też do JB, by uzyskać jakieś inne informacje w związku z tym „zjechaniem z pasa”. Co zaś się dzieje? Najpierw odbywa się jakaś narada pracowników pracowników kancelarii z borowcami. Ile ona trwa, nie wiemy. Naradzie jednak przysłuchują się jakieś postronne osoby, więc naradzający się przenoszą się do budynku przy wejściu do cmentarza, tam zaś postanawiają, że należy się udać na lotnisko. Ile znowu to wszystko trwa, też nie wiemy. Nie wiemy też, czemu naradzający się (zamiast telefonować do pasażerów) się naradzają. CK ma po naradzie zorganizować transport, ruską eskortę i zgodę na wjazd na Siewiernyj, podwładni JS zaś mają odszukać w Lesie Katyńskim kierowcę JS (kierowca był bez telefonu?). Po „kilku minutach” grupa wyjazdowa jest gotowa, natomiast JS „wykonuje” następne telefony – do M. Łopińskiego (nie odbiera) i „pani dyr. Kasprzyszak z Biura Prasowego” (nie odbiera), ale też do żony „żeby się nie denerwowała, jeśli usłyszy coś w mediach dotyczącego mojej osoby” (połączenie parę minut po 9-tej wg ustaleń JS). Czy te wszystkie zachowania nie są jednak nieco dziwne, skoro samolot tylko zjechał z pasa, a więc wystarczyłoby najpierw telefonicznie ustalić z kimś będącym na lotnisku, co dokładnie się stało i czy sytuacja jest poważna? Czy zamiast naradzać się nie wystarczyło zadzwonić do osób, które „wylądowały”? Czy im się nic nie stało?

Przyjrzyjmy się jednak jeszcze raz od początku „obiegowi informacji”. Najpierw AK przekazuje JS wieść o skierowaniu samolotu do Moskwy, JS usłyszawszy to idzie do TS, by się dowiedzieć czegoś więcej, zaś TS po rozmowie telefonicznej mówi o wypadku przy lądowaniu i zjechaniu z pasa, po czym JS (mówiąc w telegraficznym skrócie) zwołuje naradę ze swymi pracownikami i borowcami, bo trzeba pojechać na lotnisko. No dobrze, ale przecież samolot skierowano do Moskwy, skąd więc nagle wiadomo, że trzeba jechać na smoleńskie Siewiernyj? Czemu JS nie pyta TS: „panie, gdzie ten samolot zjechał z pasa?”, tylko skądś już wie, że chodzi właśnie o Smoleńsk?

Czy po drodze nie było jeszcze jakiejś informacji, którą JS w sejmie pominął? Hm, a jak wygląda przebieg opisywanych wyżej zdarzeń w relacji samego AK? Zupełnie inaczej (s. 87-88), proszę rzucić okiem:

„W czasie przygotowań do uroczystości, które miały się odbyć w lesie katyńskim, postanowiliśmy – ja byłem tam pierwszy raz (czyli nie był 9-go w Katyniu? - przyp. F.Y.M.) – wykorzystując chwilę oczekiwania, obejrzeć to miejsce, przejść się po cmentarzu. Jeszcze raz chcieliśmy sprawdzić, czy wszystko jest już gotowe na przyjazd pana prezydenta i delegacji mu towarzyszącej. Opuściliśmy teren, na którym miała odbywać się msza. W alejce, przy ścianie z tabliczkami z nazwiskami pomordowanych oficerów zrobiłem kilka zdjęć. Pamiętam, że zaczęło rosnąć napięcie, zrobiła się nerwowa atmosfera, czekaliśmy na informacje z lotniska, czy już wylądowali, ile mamy czasu? W pewnym momencie zaobserwowałem dziwne zachowanie pracownika protokołu dyplomatycznego Tadeusza Stachelskiego, który, rozmawiając przez telefon, wykonywał jakieś dziwne gesty, mówił jakieś niezrozumiałe słowa, wyraźnie był zdenerwowany. To był pierwszy sygnał, że coś jest nie tak. Wydawało się nam, że pogoda, która podobno się psuła – czego w samym lesie katyńskim nie było widać – mogła pokrzyżować plany. Myślałem – być może samolot nie mógł wylądować lub leciał na jakieś inne lotnisko?

W pewnym momencie odebraliśmy telefon od Marcina Wierzchowskiego, który był na lotnisku. Mówił, że coś jest nie tak, że była jakaś awaria. Pamiętam swoją pierwszą myśl, że samolot nie zmieścił się w pasie, nie wyhamował, zjechał z niego – tak sobie tę „awarię” wyobraziłem.”

AK nie mówi więc o żadnej informacji od TS na temat skierowania delegacji do Moskwy z powodu trudnych warunków atmosferycznych (skąd więc JS się dowiedział o tej Moskwie? Nie czasem od MW?). TS jest obserwowany z jakiejś odległości przez AK (skoro ten ostatni nie słyszy dokładnie wypowiadanych słów) i to chyba podczas tej rozmowy TS-DG na temat „zjechania z pasa”, o której mówił wyżej JS. No ale czy AK nie widzi głównego „akustyka” stojącego przy TS i przysłuchującego się tej telefonicznej rozmowie? Gdzie jest więc w końcu JS – przy TS czy obok AK? Czy jeszcze w innym miejscu? Co więcej, AK mówi („odebraliśmy”, też nie wiadomo, jacy „my” - AK i np. D. Gwizdała?) o telefonie MW mówiącym o awarii i sądzi, że... samolot zjechał z pasa. Powraca więc pytanie: jeśli sądził(li), że doszło do jakiegoś awaryjnego lądowania, podkreślam, lądowania (a nie katastrofy), to przecież wystarczyło zadzwonić do pasażerów, np. kolegów z kancelarii, by się dowiedzieć, jak to lądowanie przebiegło. Skoro odebrał telefon od MW mówiący o awarii, to miał komórkę włączoną w przeciwieństwie do J. Opary, który przygotowując się do uroczystości, wyciszył sobie ją, żeby mu nie przeszkadzała: „Gdy już byłem pewien, że wszystko jest zapięte na ostatni guzik, po prostu usiadłem i wyłączyłem dźwięk dzwonka w telefonie, by potem nieoczekiwanie nie zaczął dzwonić” (http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110110&typ=po&id=po41.txt).