06.06.2016

W poszukiwaniu dziennikarza śledczego



Wydawać by się mogło, że po zwycięstwie wyborczym niegdysiejszej niezłomnej opozycji, która przecież „Smoleńsk” miała wypisany na sztandarach, sprawa wyjaśnienia tragedii z 10-04 ruszy w błyskawicznym tempie i wprost zasypani zostaniemy nowymi materiałami, publikacjami, fotografiami, stenogramami, filmami i analizami. A tu minęło pół roku i nic. I żeby było śmieszniej, ale zarazem ciekawiej, zainteresowania takim stanem rzeczy nie przejawia żaden dziennikarz śledczy, choć nad Wisłą jest ich takie multum i tyle odważnych książek wydają. Potwierdza to moje podejrzenie, że to, co we współczesnej Polsce szumnie nazywane jest dziennikarstwem śledczym, w istocie stanowi działanie związane z realizacją politycznych zamówień, nie zaś poszukiwanie (często niewygodnej dla środowisk politycznych) prawdy i jej ujawnianie na własną rękę, a więc bez czyjegokolwiek przyzwolenia.

Takie spolityzowane dogłębnie dziennikarstwo śledcze charakteryzuje się więc tym, że 1) prowadzi się pozorowane ruchy, 2) steruje się emocjami odbiorców (kierując wzburzenie emocjonalne czytelnika/widza na ściśle wskazane obiekty/obszary), 3) publikuje się rzeczy z (ideologicznego) klucza, 4) przekazuje się odbiorcom to, co ma być im przekazane, a nie przekazuje się tego, co „nie powinno” być przekazane i – co najważniejsze, a zarazem przynoszące efekt komiczny – 5) szuka się tylko „tam” i wyłącznie „tego”, gdzie/czego należy szukać, tj. gdzie poszukiwanie jest politycznie dozwolone. Rezultat komiczny polega na tym, że z biegiem lat po takiej działalności śledczej pozostają zupełnie nietknięte przeróżne sfery związane z daną sprawą, ponieważ nie szukało się tam, gdzie „nie wolno było” szukać – co tym bardziej wzmacnia tezę, że mamy do czynienia z komedią, a nie autentycznym dziennikarskim i śledczym drążeniem tematu. Po 6 latach trudno doprawdy mówić o przypadku w tej materii – zjawisko wszak jest zbyt powszechne (bez względu na to pod jakim szyldem jest to dziennikarstwo śledcze uprawiane), by nie stanowiło obrazu pewnej procedury systemowej. Tak więc, czyli metodą pewnej „filtracji świata”, ten mechanizm działa (i może kiedyś nastaną dni, gdy będzie się pisać na ten temat prace magisterskie).

Ktoś jednak powie: zaraz, ale przecież powstała nowa komisja (Berczyńskiego) – dajmy jej podziałać, jeszcze wszystko przed nami. Nasuwa to skojarzenia z czasami działania KBWLLP, a potem ZP. „Dajmy im podziałać”, mówiono i pisano, gdy ruszały prace „komisji Millera” (a ściślej Grochowskiego-Klicha-Millera, por. https://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-brkm.pdf oraz https://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-lego-smolensk.pdf). Nie inaczej uspokajano nastroje niecierpliwych, gdy z medialnym impetem zaczynała „badania” - niezwykle płodna w najprzeróżniejsze „raporty”, jak się potem okazało - sejmowa „komisja Macierewicza”. Najnowsza komisja już od paru miesięcy nastawia nas na długofalowe prace, na modelowanie, na rekonstrukcje, na tunele aerodynamiczne i inne cuda-niewida. Te prace powinny szczególnie zainteresować tych, co nie tylko przegapili działalność ZP z jego przewybitnym gronem ekspertów, ale i kilka konferencji smoleńskich, na których nie czemu innemu, jak rozmaitego typu modelowaniu, symulacjom, rekonstrukcjom etc. „końcóweczki” poświęcono mnóstwo czasu i miejsca. Ale też, jak się dowiedzieliśmy nie tak dawno, komisja Berczyńskiego znalazła się – jakim sposobem, tego już nie podano – w posiadaniu nowych zdjęć satelitarnych (zwłaszcza z 9-04-2010) i jakichś nagrań korespondencji załogi PLF 101 pochodzących z Łotwy. I aż by się prosiło, by jakiś dziennikarz śledczy dopytał o to, CO dokładnie jest na tych zdjęciach, a CO na nagraniach i – co też niezwykle ważne – KIEDY zostaną te materiały opublikowane (np. podczas jakiejś konferencji prasowej ekspertów z Berczyńskim na czele). Niby rzecz prosta, a nikt na nią nie wpadł, choć przecież polski dziennikarz śledczy ma łeb jak sklep.

Nikt też nie dopytywał o szczegóły, jak np. czy widać na zdjęciu z 9-04 śniegi na polance samosiejek, w jakim stanie jest „masyw leśny”, jak w ogóle kształtują się wtedy okolice smoleńskiego północnego lotniska (no bo o południowe to już w ogóle nikt z dziennikarzy śledczych w swym dociekaniu nie zahacza, mimo iż 10 Kwietnia to właśnie ekipa z Jużnego miała zawiadamiać mundurowych z Siewiernego, że nadlatuje PLF 101). Nikogo też nie zaciekawiło, jak wygląda zawartość enigmatycznych nagrań z Łotwy – choćby w porównaniu z tym, co do tej pory, jeśli chodzi o komunikację PLF 101, opublikowano. I w ten sposób dochodzimy do sedna sprawy. Nowa komisja niby działa, ale żadnej nowej dokumentacji nie publikuje. Historia jednak nie kończy się na ludziach Berczyńskiego. Nie kto inny wszak, a były szef SKW, a późniejszy szef ZP, a więc ktoś, kto dokumentacją dotyczącą wydarzeń związanych z 10-04, powinien być żywotnie zainteresowany, stoi na czele MON, a mimo to tenże MON nie uchyla ani rąbka tajemnicy.

A byłoby co ujawniać, skoro historia z 10-04 to historia „wojskowa” właśnie. Wojskowe samoloty, wojskowe załogi, wojskowy specpułk, wojskowe lotnisko w Warszawie, wojskowe procedury, najwyżsi wojskowi dowódcy w prezydenckiej delegacji etc. etc. Już zresztą wspomniana przeze mnie wcześniej KBWLLP sygnalizowała, że w dokumentacji wojskowej pojawiają się pewne „braki” czy nieprawidłowości (http://freeyourmind.salon24.pl/346023,samoloty-zastepcze-i-inne). Ciekawostek (w kontekście 10-04) można by znaleźć o wiele więcej. Wyjątkowo wybrakowane zapisy wideo z Okęcia, historia tajemniczego samolotu SP-LCX, o którym pisałem w Suplemencie
(https://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-uchod-experiment-suplement.pdf , s. 186-193), problem wyglądu kokpitu 101-ki (Suplement, s. 195-199), zagadnienie „zaginionego” raportu gen. Załęskiego (http://freeyourmind.salon24.pl/374828,medytacje-smolenskie-5-okecie-warszawa), rekonstrukcja przebiegu lotów z 7-04-2010 do Smoleńska, dokumentacja lotów tupolewa/ów na Jużnyj, czy - generalnie rzecz biorąc - obieg informacji w wojsku w dn. 10-04. Jak może pamiętamy z finałowej konferencji KBWLLP, płk Grochowski wyjawił tam, że inspektorat bezpieczeństwa MON miał otrzymać wieść o „katastrofie” dopiero o godz. 9:12. W Centrum Operacji Powietrznych zaś jeszcze koło 9-tej miano sądzić, iż „on jest teraz w powietrzu”, choć „powinien praktycznie lądować w tej chwili” (jak to ujawniali dziennikarze Wprost jesienią 2010 https://www.wprost.pl/215934/Oficerowie-monitorujacy-lot-Tu-154-Witebsk-jest-na-Bialorusi). To tak, tj. w takim ekspresowym tempie, rozchodziły się informacje w polskim wojsku w dn. 10-04 – czy też jest to legenda dorobiona już na użytek narracji powypadkowej, że się tak wyrażę?

Niestety, sprawami spod tej, jak się okazuje, najciemniejszej, wojskowej latarni, nie interesuje się żaden dziennikarz śledczy, toteż po dziś dzień nie mamy nawet pełnej publikacji stenogramów rozmów oficerów Centrum Operacji Powietrznych i nie wiemy, jak de facto wyglądała łączność między Warszawą a załogami udającymi się do Katynia. Nawet więc tak elementarne sprawy nie zostały wyjaśnione na przestrzeni 6 już lat (i ostatniego półrocza), tymczasem nowa komisja zamierza poświęcić się kompleksowym badaniom wirtualnego tupolewa. Czy można mieć jeszcze wątpliwości, dokąd to wszystko zmierza? Na zakończenie ciekawostka z kwietniowego (br.) wywiadu z A. Krauzem (https://www.youtube.com/watch?v=5f8jmx05UGU), który opowiadając o trudnościach z zakończeniem prac nad swym filmem dzieli się z widzami swoimi doświadczeniami i wątpliwościami. Jakimi? Np. takimi, że nie uzyskał zgody na kręcenie zdjęć na pokładzie tupolewa 102-ki (na stojance od lat w Mińsku Mazowieckim) – jedynie udało mu się jakąś skromną migawkę z kokpitu zrobić i to z udziałem legendarnego ppłk. B. Stroińskiego (wielkiego nieobecnego co do rekonstrukcji przebiegu kwietniowych lotów z 2010). Rozumiem, że za poprzedniego rządu taki zakaz obowiązywał, ale czy i przez ostatnie pół roku był on utrzymany i nie można było dokręcić jakichś scen? Krauze dziwi się też, że oczekujący na Siewiernym 10-04 rano nie wszczęli alarmu po tym, jak „Frołow” odleciał, (alarmu) ze względu na to, iż nie ma samochodów dla delegacji prezydenckiej – Krauze dodaje „jakby wiedzieli, że samochody nie będą potrzebne”. Rzeczywiście sprawą tą mógłby się zająć jakiś dziennikarz śledczy – ale czy ktokolwiek chciałby niepokoić zbędnymi pytaniami np. „smoleńską” ekipę min. Sasina, kiedy tak wiele dowiedzieliśmy się od niej z filmu „Mgła”? I jeszcze poruszona przez polskiego reżysera, kwestia  (ujawnionego już w pierwszej wersji „stenogramów rozmów z kokpitu” PLF 101) rus. dialogu dotyczącego „wybroski”, czyli zrzutu, która to kwestia także nie została dotąd wyjaśniona. Czy zajmie się nią nowa komisja? Nie sądzę.   

05.02.2016

Pytanie: jak?

W szumie medialnym wokół nowej KBWLLP umknęła chyba nie tylko mnie informacja podstawowa, tj. odpowiedź na pytanie, w jaki sposób ta nowa komisja ma zamiar badać to, co się wydarzyło 6 lat temu. O ile bowiem w przypadku starej KBWLLP, nazwanej potocznie „komisją Millera”, przynajmniej jakaś jej część brała udział w „badaniach terenowych” w Smoleńsku, o tyle w przypadku nowej KBWLLP, którą można by nazwać „komisją Macierewicza”, jak podejrzewam, nikt z jej członków do tej pory nie postawił nogi na „miejscu katastrofy” i nikt nie miał okazji z bliska oglądać „wraku tupolewa”. Z doświadczeń, jakie przyniosły nam „konferencje smoleńskie”, można sądzić, iż KBWLLP-bis będzie po pierwsze podążać drogą „ustaleń”, jakie poczynili badacze występujący na tychże konferencjach – jak na razie wszak nie wspomina się o możliwości badania ciał ofiar tragedii z 10-04 (http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/komisja-smolenska-wznawia-prace-komentarze-rodzin-ofiar-katastrofy,616503.html). Na ile owocna okazała się ta droga „ustaleń”, to przekonaliśmy się na ostatniej z „konferencji”, kiedy to właściwie zamknięto prace zorientowane wokół „końcóweczki”, uznając, że wszystko już zostało powiedziane.

Ale nowa KBWLLP może obrać też drugą drogę (jak widzimy z doniesień „zaprzyjaźnionych mediów”), tj. poszukiwanie różnorakiej dokumentacji – zwłaszcza takiej, która ponoć została zniszczona (http://niezalezna.pl/75869-mon-wie-kto-zniszczyl-meldunki-zwiazane-z-katastrofa-smolenska). Nic tak nie podgrzewa emocji, jak zniszczona dokumentacja, wokół niej bowiem można tworzyć atmosferę jeszcze większej sensacji. Co więcej, można nawet kilka lat spędzić na przeszukiwaniu strychów, archiwów i innych depozytów, w celu odnalezienia dokumentacji, która niekoniecznie istnieje, a jednocześnie czas ten zmarnować nie szukając tych dokumentów/materiałów dowodowych, które powinny być. Jakich? Np. stenogramów z Centrum Operacji Powietrznych, które kiedyś, przed laty, li tylko we fragmencie wyciekły do mediów (http://freeyourmind.salon24.pl/294090,czas-na-nowa-narracje) albo – co jeszcze ciekawsze – zapisów z monitoringu z Okęcia. Po nie chyba nie trzeba się udawać do Moskwy, jak to było w przypadku „kopii zapisów CVR”.

Nowa KBWLLP mogłaby też obrać trzecią drogę, tj. przesłuchiwanie świadków. Drogą tą przez parę miesięcy (do czasu, gdy się okazało – jak to stwierdził szef „zespołu parlamentarnego”, że „wszystko już wiemy”) podążał na przełomie 2010 i 2011 roku ZP, który, jak doskonale pamiętamy, bo to dzięki analizom blogerów relacje owych świadków (wezwanych przed oblicze ZP) zostały prześwietlone na wylot, poprzestał na wysłuchaniu zaledwie kilku osób z prezydenckiej kancelarii i jednego skromnego „polskiego montażysty” (http://freeyourmind.salon24.pl/416196,posiedzenie-z-udzialem-moonwalkera-1 por. też http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2013/03/blacharze-i-inne-osobliwosci-godziny.html), po czym sprawę dogłębnego zbadania tego, co widzieli/słyszeli ludzie jakoś związani z wydarzeniami z 10-04, całkowicie zarzucił - ku aprobacie „zaprzyjaźnionych mediów” (które też jeśli już koncentrowały się na relacjach świadków to głównie w postaci wyznań smoleńskich leśnych dziadków – vide filmoteka smoleńska A. Gargas). Jak dotąd jednak nie udało mi się znaleźć zapowiedzi dotyczących ewentualnych przesłuchań świadków przez nową KBWLLP (a listę taką można by utworzyć długą – poczynając od parlamentarzystów biorących udział w delegacji na uroczystości katyńskie, poprzez dziennikarzy będących w Smoleńsku/Katyniu (ale i w Warszawie), na wielu wojskowych kończąc).


Niewykluczone więc, że czeka nas prozaiczny scenariusz, czyli podobny cyrk, jak w przypadku „zespołu parlamentarnego”, który na przestrzeni paru lat działalności dostarczył nam kilka „raportów” włącznie z tym, w którym zamieszczone były „wizualizacje” telewizji RIA Novosti, ale może jestem zbytnio uprzedzony? Może właśnie teraz, wbrew moim pesymistycznym wizjom, otworzą się redakcyjne i wojskowe depozyty, wysypią zdjęcia, rozwiążą milczące dotąd usta świadków (choćby z Okęcia), ukażą dokumenty, które trzymano pod korcem długimi miesiącami? Może. Pod warunkiem, że nowa KBWLLP będzie zmierzała do czegoś więcej niż „analiza końcóweczki”.

23.12.2015

Króciutko



W ferworze przygotowań do Świąt Bożego Narodzenia umknęła nam chyba jedna rzecz, to jest to, że ani widu na razie, ani słychu o nowej KBWLLP, która już parę tygodni temu miała się ponoć ukonstytuować i rozpocząć badawczo-śledczą działalność. Czy jest problem ze skompletowaniem składu, czy też cała sprawa zeszła na jakiś daleki plan? Czy może pojawiły się jeszcze inne problemy? Jakie? Czas pokaże, jak zwykle. Nic również nie wiadomo jak dotąd o „śledztwie w sprawie śledztwa”, o którym swego czasu było głośno. Nie otworzyły się wciąż żadne nowe „depozyty”. Wszystko jakby przykryła przedświąteczna gorączka. W tej sytuacji nic innego i mnie nie pozostaje, jak życzyć Bywalcom mojego bloga radosnego przeżywania Bożego Narodzenia, złapania oddechu, nabrania sił i nadziei :)

Wesołych Świąt!

P.S.
To informacja dla osób lubiących literaturę – w najnowszym, grudniowym numerze miesięcznika „Twórczość” (12/2015) można znaleźć fragment mojego utworu „Ricochette” opowiadającego o współczesnej Polsce. Osoby zainteresowane odsyłam do lektury, choć od razu zaznaczam, że to proza trudna i mroczna. („Twórczość” jest do nabycia w salonach Empiku – można też, z tego, co wiem, zamówić egzemplarze w samej redakcji, pisząc na mailowy adres redakcji). Może w przyszłym roku, jak się znajdzie wydawca, utwór ujrzy światło dzienne w formie książkowej.

26.11.2015

Jeszcze o kwestii prawdy



Moja niniejsza notka powstała z inspiracji postem Piko, który w kontekście „smoleńskim” przeprowadza krótki wywód dotyczący prawdy[1]. Piko wszelako, wymieniając różne koncepcje prawdy, nie uwzględnia jednej, która (świadomie lub nieświadomie) wykorzystywana jest zarówno przez „wypadkowców”, jak i „wybuchowców” – chodzi o koherencyjną koncepcję prawdy. Koncepcja ta uznaje za kryterium prawdy zgodność zdań - należących do jakiejś teorii - między sobą, ewentualnie wewnętrzną spójność danej teorii. Nie trzeba dodawać, że przy takim podejściu nie stawia się już pytania o prawdziwość samej teorii (na którą składają się „zgodne ze sobą” zdania), gdyż tę (prawdziwość) się z góry zakłada. I z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w przypadku narracji wypadkowej oraz wybuchowej. Przedstawiciele środowisk wiernych tymże narracjom z podziwu godną konsekwencją potrafią od lat odsyłać (osoby stawiające zbyt wnikliwe pytania) do dokonanych „ustaleń”, „wyliczeń”, „wizualizacji”, „zapisów urządzeń”, „danych” itd., a w ostateczności jedni badacze odsyłają do prac swych kolegów (ci zaś do następnych kolegów trzymających się tego samego paradygmatu) i tak to się kręci.

Z jak błędnym kołem w dowodzeniu i wyjaśnianiu mamy tu do czynienia mógł się niedawno na własnej skórze przekonać G. Braun, który na IV smoleńskiej konferencji ośmielił się zadać parę podstawowych pytań zebranym[2] i miał w dodatku czelność przypomnieć im, że – wbrew temu, co głoszą, a ściślej, co tłuką ludziom (nieznającym się na nauce) do głowy – poruszają się wyłącznie w obszarze hipotezy, a nie faktografii. Zacytuję może fragmenty wystąpienia Brauna, które w pewnym momencie zostało po prostu przerwane, co dodatkowo świadczy o kulturze dyskusji w ramach smoleńskich konferencji[3] (do tej kwestii jeszcze wrócę.):

„(…) Do protokołu dyktuję: pytania, które zadałem tutaj dzisiejszego ranka, nie zyskały żadnej sensownej, uczciwej intelektualnie, wyczerpującej odpowiedzi. Zostały natomiast zbyte, zmanipulowane w przekazie. Wyjątek stanowi patrzący na mnie w tej chwili p. prof. Nowaczyk, który udzielił mi odpowiedzi, która w całości potwierdza moją diagnozę. (…) Na pytanie, na czym opieracie państwo swoje przeświadczenie o tożsamości części rozrzuconych na pobojowisku smoleńskim z płatowcem, który wzniósł się z lotniska okęckiego rankiem 10 kwietnia ’10 r. pan profesor odpowiada, że dowód, jaki na to posiada, jest pośredni. Z całą pewnością użył pan profesor tego słowa i powołał się pan profesor na protokół TAWS, tak? A zatem nie słuchajcie państwo mnie, słuchajcie prof. Nowaczyka, który niniejszym stwierdził, że wszystko, co mówicie tutaj państwo, formułując scenariusz pozytywny zdarzeń, jest hipotezą li tylko, a nie stwierdzeniem faktu. I kiedy otwierając dzisiejszą (…) konferencję p. prof. Witakowski powiedział dwukrotnie, używając tej formy w nauce bardzo kategorycznej, powiedział o fakcie nastąpienia wybuchów, o fakcie zainstalowania instalacji detonującej na pokładzie tego płatowca, to pan profesor wykroczył poza granice przez was samych, szanowni państwo, zakreślone dla waszej tutaj działalności. Pan profesor bowiem stwierdził fakt, gdy tymczasem uprawniona jest tylko hipoteza. Powiedziałem, że moja wypowiedź została również zmanipulowana, ponieważ minęło parę godzin, a w mediach, czy, powiedzmy, w środkach masowej dezinformacji, pojawił się taki oto przekaz, że ja insynuuję, że na pobojowisku smoleńskim nie ma części tupolewa Tu-154M, gdy tymczasem ja pytam, na jakiej podstawie twierdzicie państwo, że to są części tego samego tupolewa o numerze bocznym 101, a nie jakiegoś innego.

O faktach nie dyskutuję, to jest złom niewątpliwie, niewątpliwie pochodzący od płatowców tego typu, ale czy istotnie od tej konkretnej jednostki. Tego nie wiecie, szanowni państwo. Tego nie wiecie, ponieważ nie ma na to żadnych dowodów i nie pojawiły się one, z całym szacunkiem, w żadnym z referatów czterech odbytych konferencji. A zatem tak, jak to powiedziałem rankiem, byłoby zaprawdę lepiej, gdybyście państwo poprzestawali na tym, co jest waszym ogromnym sukcesem. Na tym, żeście sfalsyfikowali skutecznie wersje oficjalne, wersje Millera i Anodiny – i te 4 konferencje w zupełności kompromitują te publiczne, oficjalne, rządowe komunikaty. I moskiewskie, i warszawskie. I to jest wasz ogromny sukces, i używam zdań z licznymi superlatywami, żeby wam za to podziękować. Ale nie budujcie państwo na tym scenariuszy pozytywnych. Nie wypowiadajcie z kategoryczną, naukową pewnością, do której na gruncie faktów tu przytoczonych nie jesteście uprawnieni. Nie budujcie państwo wersji pozytywnych: jak było. Wdajecie się państwo w bardzo detaliczne rozważania, które szalenie mi imponują – o trajektorii lotu tych części, o tym, jak się spala które paliwo (…) czy materiał wybuchowy – to są hipotezy. To są hipotezy. Nie przeanalizowaliście materiału wizualnego z tego wrakowiska dostatecznie wnikliwie, chociaż jak mi wiadomo skądinąd część przynajmniej z państwa zna analizy tego materiału, które nasuwają bardzo wiele powodów, żeby kwestionować tożsamość tych elementów, urządzeń, części płatowca z tupolewem o numerze 101.

Zapytałem rano o „śnieg pana profesora Cieszewskiego”. Bardzo proszę to odnotować. Nie zadaję tu pytań z kosmosu. Nie wprowadzam do waszego dyskursu elementów, których sami nie wprowadziliście. P. prof. Cieszewski przecież i dzisiaj występujący tu wśród nas nie osobiście, ale jako współautor jednego z referatów – 2 lata temu (…) po raz drugi odwołał się do pokazanego już wcześniej zdjęcia z 5 kwietnia i zaznaczył reasumpcję własnych wniosków pierwotnych. Stwierdził, że za pierwszym razem prezentował to zdjęcie jako uwieczniające ostatni śnieg na przyszłym (…) pobojowisku smoleńskim, a w 2013 r. powiedział: „to nie śnieg – to coś ludzką ręką uczynionego”. I teraz państwo abstrahujecie od tego faktu. Jeszcze raz powtórzę, to nie jest element z kosmosu, tylko to profesor, wasz kolega i uczestnik tego procesu badawczego, wprowadził ten element. Bardzo proszę nie abstrahować od tej sytuacji. Kontury tego śniegu ludzką ręką uczynionego w sposób zaiste zastanawiający pokrywają się z miejscami, w których 5 dni później znajdą się wszystkie duże szczątki wraku. Ale państwo bardzo drobiazgowo obliczacie właśnie trajektorię ich lotu po wybuchu jednym, dwóch, trzech – nie udzielacie natomiast odpowiedzi na pytanie, co zatem widnieje na tym zdjęciu satelitarnym z 5-go kwietnia. I popełniając takie zaniedbanie, brniecie państwo w scenariusz pozytywny, nieuprawniony. (…)”

Truizmem byłoby powiedzenie, że poszukiwanie prawdy winno się rozpocząć od zebrania prawdziwych danych. Poszukiwanie prawdy jest w istocie niezwykle prostym zajęciem (jeśli prawdę traktuje się jako ideę regulatywną badań), ponieważ wystarczy nie zadowalać się wynikami ani danymi niepełnymi, niepewnymi, podejrzanymi, wątpliwymi, a szczególnie, co podkreślę, wystarczy nie wychodzić z danych fałszywych. To jest twarda podstawa poszukiwań, o jakie nam winno chodzić. Dysponując prawdziwymi danymi, możemy dążyć do prawdy w ramach jakichś badań, opracowywania teorii itd. Jeśli zaś nie mamy pewności, co do prawdziwości danych, albo, co gorsza, wcale nie przejmujemy się tym, czy wyszliśmy od prawdziwych danych, czy nie – na nic są nasze obliczenia, rachunki, prezentacje, teoretyzowanie itp. Piszę to z całkowitym przekonaniem i znów w nawiązaniu do celnej i cennej notki Piko. W pewnym jej miejscu bowiem autor odnosi się do historycznego (na kilka miesięcy przed IV KS) spotkania paru blogerów z prof. P. Witakowskim i innymi naukowcami, o którym to spotkaniu mało kto wie: „W czerwcu tego roku uczestniczyłem w roboczym spotkaniu zorganizowany przez prof. Witakowskiego dotyczącym inwentaryzacji szczątków samolotu. Jednym z zaproszonych gości był 3zet, który miał okazję zaprezentować swoje analizy potwierdzające fakt inscenizacji katastrofy TU 154 101 na Siewiernym. Prezentacja zamiast planowanych 20 minut trwała 120 minut. Na koniec ze strony oglądających padło zdanie - „i co, parę lat pracy do kosza?”.”

Na to ostatnie pytanie odpowiedź jest twierdząca w sytuacji, w której nie dysponuje się (ze stuprocentową pewnością) prawdziwymi danymi. I byłoby dla nauki katastrofalne, gdyby tylko z racji „wysłużonych lat”, że się tak wyrażę, miały zyskiwać na wartości czyjeś prace albo gdyby „ilość (prac) przechodziła w jakość”, tzn. gdyby obowiązywała nas zasada tego typu, że im więcej ludzi napisało coś na jakiś temat, tym pewniejsze (i zarazem prawdziwe) jest to, co na piśmie głoszą[4]. A przecież z takim typem myślenia mamy do czynienia w przypadku „konferencji smoleńskich”. Wyraził to zresztą ostatnio na IV KS wprost dr K. Nowaczyk, który stwierdził, że tyle już prac napisano, iż osiągnięto 99,9% pewności, co do przebiegu zdarzeń w Smoleńsku[5]. Zapomniał jedynie dodać, że żaden z piszących prace „badawcze” i prezentujących je na przestrzeni lat na kolejnych KS nie postawił nogi na „terenie katastrofy”, nie mógł osobiście zbadać „wraku prezydenckiego tupolewa” ani też nie miał dostępu do oryginalnych zapisów poszczególnych urządzeń tudzież do samych urządzeń pokładowych (przypisywanych PLF 101). Niby drobiazg, a chyba dość istotny w prowadzeniu badań. Ale na tym nie koniec. W nie tak dawnym czasie prof. W. Binienda w jednym z wywiadów przyznał, że niektóre dane (wykorzystywane do badań katastrofologicznych) mogą być zmanipulowane, ale w żaden sposób nie wyjaśnił, jak badacze „smoleńscy” oddzielają/oddzielili dane prawdziwe od tych zafałszowanych. Tymczasem ta kwestia powinna być postawiona w punkcie wyjścia tak kompleksowych (za jakie chcą/mają uchodzić w gronie eksperckim) badań.

A jakżeż te badania (a może BADANIA) się zaczęły? Z jakiego źródła albo pnia wyrosły? Z ruskiego „raportu MAK” przecież. Jeśli ktoś nie pamięta, to przypomnę. To tamże, w ramach badawczych prac ekspertów Zespołu Parlamentarnego znaleziono „informację” o „zamrożeniu danych FMS-a na wysokości 15 m”, co stanowiło swoistą „bazę danych” dla dalszych „badań” (wybuchowców) – niedowiarków odsyłam do lektury legendarnej „Białej księgi” ZP, w której właśnie ten wątek jest po raz pierwszy zasygnalizowany i rozwinięty. To był „archimedesowy punkt oparcia” całej wybuchowej „teorii”, która wychodząc od lakonicznej ruskiej informacji w ruskim „raporcie”, podążała dalej w poszukiwaniu „dowodów” na wybuch na pokładzie „prezydenckiego tupolewa” (którego pierwszy dowód znalazł się w „raporcie MAK”). Skoro bowiem FMS „zastygł” na wysokości 15m, snuli wywód eksperci, to coś wcześniej, a więc jakiś czas przed „zderzeniem z ziemią”, musiało się z PLF 101 stać. I dalej, jak doskonale pamiętamy, już poszło badaczom. Poszło im, jak z górki, bo „dane wyjściowe”, jak się okazało potem, „potwierdził TAWS”. Autorem tego ciągu myślowego był, rzecz jasna, Nowaczyk, nie kto inny. Ten sam Nowaczyk, który przed pierwszą KS stał na czele „krucjaty” przeciwko hipotezie dwóch miejsc, grzmiąc, że nawet na poziomie hipotezy nie wolno dopuścić tego rodzaju rozważań na forum konferencji. Przypominam to nie tylko dlatego, że na parę miesięcy przed I KS moja „Czerwona strona Księżyca”[6] widniała na stronie KS jako jeden z materiałów „źródłowych” obok takich klasycznych publikacji jak „raport MAK” i „raport KBWLLP” (nim została zdjęta po „protestach” wybuchowców) – ale dlatego, by uzmysłowić Piko, z jakiego rodzaju uprawianiem nauki mamy tu do czynienia. I z jaką kulturą dyskusji. I jakim szacunkiem dla prawdy.


[3] Przyznam szczerze, że brałem udział już w wielu konferencjach naukowych, ale nigdy nie spotkałem się, by osobę chcącą wziąć udział w dyskusji i zadającą pytania potraktowano w taki sposób jak Brauna na KS.  
[4] Żeby było śmiesznie, stosując to kryterium w przypadku moich prac, należałoby uznać, że mają najmocniejsze ugruntowanie w faktach, ponieważ na pewno napisałem o wiele więcej opracowań badawczych (w tym obszerną objętościowo książkę z aneksami) na tematy „smoleńskie” aniżeli badacze występujący na kolejnych KS.