18 kwi 2015

Słowo do Rolexa-Watsona od "Sherlocka Holmesa" :)



To słowo to „102” – tak w nawiązaniu do naszej wczorajszej, gorączkowej nieco, rozmowy. Nie chodzi o „Rudego 102”, a o tupolewa o bn. 102. Tak, „102” kończy sprawę. Pamiętasz, jak mówiłeś mi, że B. Komorowski prawie nigdzie nie jest zapraszany za granicę, jakby nikt się z nim nie chciał spotykać? To prawda. A czy wziąłeś pod uwagę – Drogi Przyjacielu, dzięki któremu znalazłem się na Wyspach[1] i który tyle mi pomogłeś, i który ze swoją prawniczą głową i niesamowitą biegłością w angielskim, ale też i piekielną inteligencją (i gadulstwem :)) mógłbyś spokojnie znaleźć swoje miejsce w jakiejś prezydenckiej kancelarii, tylko muszą Ci to zaproponować na piśmie, byś miał „konkret” (swoją drogą nie podejrzewam, byś odmówił) – czy więc wziąłeś pod uwagę, a propos wspomnianego Komorowskiego, taką „prawniczą możliwość”, iż Komorowski tylko pełni obowiązki prezydenta? Pełni je dość długo, owszem, bo 5 lat, ale nie jest prezydentem? Jeśli Cię ten wstęp zainteresował, a liczę, że tak, to czytaj dalej, ale musimy wrócić do 102-ki. Chodzi oczywiście o tupolewa.

Owa 102-ka przylatuje do Polski, jak może pamiętasz, drogi Watsonie-Rolexie :), Watsonie będzie krócej, jesienią 2010 z remontu - z opóźnieniem. Opóźnienia mogą być powodowane różnymi względami. Może być tak, że remont później się zaczął. Może być tak, że samolot później do remontu poleciał. Może być tak, że samolot do czegoś wykorzystano, nim do remontu oddano. Do czego, spytasz dr. Watsonie? Do lotu w dn. 7-04-2010 i do lotu w dn. 10-04-2010. Chodzi o tego pierwszego, wylatującego z Okęcia, tupolewa, czyli słynnego „Protasiuka” – rankiem 10 Kwietnia.  Tutką o bocznym numerze 101, i kto wie, czy nie „pustą”, jak podpowiadał nam i parlamentarzystom z ZP słynny S. Wiśniewski, „montażysta katastrofy smoleńskiej”, mógł polecieć B. Stroiński, Watsonie. Jak może sobie przypominasz „komisja Millera” w swej obszernej dokumentacji posługiwała się zdjęciami dwóch kokpitów – jakby w dn. 10-04-2010 leciały dwa tupolewy. Eksperci i fani ZP, z mgr. A. Macierewiczem, na czele, szydzili publicznie z KBWLLP, twierdząc, że „komisja Millera” to debile, którzy nie widzą różnicy i zamiast twardo pokazywać w bumagach tylko 101-kę, która „eksplodowała nad Smoleńskiem”, pokazują raz kokpit 101, a raz kokpit 102. Ale, Watsonie, mjr A. Protasiuk na pewno widział różnicę między 101 a 102, i nie chodzi o numerację, lecz o kokpity i statki powietrzne, bo wylatał na nich tysiące godzin. Protasiuk musiał widzieć różnicę między tupolewami, nawet, a może zwłaszcza, gdyby 7-04-2010 i właśnie 10-04-2010 poleciał na uroczystości katyńskie… 102-ką. Na te rządowe wybrałby się jako drugi pilot, na te prezydenckie już jako 1P.

Ale też, Watsonie, i pasażerowie lecący (z Protasiukiem i Stroińskim) już 7 kwietnia, musieli widzieć choćby wnętrze tego tupolewa, nawet, jeśliby nie zwracali uwagi na „zewnętrze”, czyli na to, iż „na zewnątrz” może ów tupolew wyglądać na 101. Taką pasażerką była choćby pos. M. Zuba z ZP, która leciała 7-go z Protasiukiem, a która o swej podróży z 10-go na przestrzeni 5 lat nic nam nie opowiedziała, choć 10-go żadnym tupolewem do Katynia się nie udawała, tylko pociągiem, jak wiesz. Ale nawet, jeśliby poleciała pociągiem, to musiałaby widzieć wnętrze tupolewa z 7-04-2010. Na pewno też robiła sobie sporo pamiątkowych zdjęć, bo, jak mogłeś zauważyć, Zuba lubi się fotografować przed samolotami, więc może i ma zdjęcia wnętrza tupolewa z 7-04 (takie jak te, co niedawno media opublikowały), choć podczas niezwykle owocnych prac ZP nie pokazała żadnej takiej fotki. Nie zabiera też (nie tylko w sprawie wnętrza tutki) głosu, gdy na posiedzeniu ZP z udziałem moonwalkera Wiśniewskiego, wychodzi kwestia „niezarejestrowania się” a ściślej „zaginięcia taśmy wideo” z przylotami z 7-04. Gdy więc parlamentarzyści dopytują świadka o to, skąd wiedział, jak filmować z parapetu hotelowego mgłę w dn. 10-04, ten tłumaczy im, że „dwa dni wcześniej” widział, jak przylatywały rządowe statki powietrzne z Tuskiem i Putinem – widział więc, skąd przylatywano.

Zuba nie zabiera głosu ws. 7-04, Watsonie, choć zaginięcie taśmy z przylotami bardzo ją i cały ZP dziwi, aczkolwiek niezawodny w odnajdywaniu przeróżnych materiałów, jak np. wizualizacja Ria Novosti dowodząca „eksplozji tupolewa nad Smoleńskiem” albo telegram Miedwiediewa z 11-04-2010 z kondolencjami, „pan przewodniczący”, jest wtedy zdania, że „dokumenty i dobre wiersze nie giną”. Nie giną, mówi ten kontrwywiadowczy znawca dokumentów i pewnie dobrych wierszy – nie wiem, czy moje wiersze czytał, ale moje teksty o „katastrofie”, chyba zgodzisz się, Watsonie, że tak i to z udziałem całej masy doradców z dziedziny katastrofologii. I wracamy na posiedzenie ZP jeszcze. Nie giną, mówi więc AM o bumagach i wierszach, ale co wtedy wtrąca Wiśniewski? Pamiętasz, Watsonie? Nie pamiętasz, bo masz pamięć dobrą, tylko krótką. SW dodaje od siebie wtedy – a jest to, znów Cię wyręczę w przypominaniu sobie – luty 2011: i dobrzy ludzie też. Czy teraz Ci się coś zaczyna jarzyć w głowie, Watsonie? :) Lech i Maria Kaczyński to dobrzy ludzie, chyba się zgodzisz ze mną.

Oczywiście ZP, z AM na czele i niezastąpioną w dedukcji Zubą, jakby nie dosłyszy tego, co jak wariat wtrąca świadek „katastrofy smoleńskiej”, jedyny, którego udało się znaleźć „komisji Millera”, w przeciwieństwie do dziesiątek, setek, a może i tysięcy świadków, jakich znalazł ZP (bo „MAK” znalazł tylko 4, w tym trzej to byli nawet „byli wojskowi”, o ile pamiętam :)). Podpowiedzią, że dobrzy ludzie nie giną, nie interesuje się ZP, choć przecież bada on zagadkę śmierci polskiego Prezydenta w wyniku „katastrofy nad Smoleńskiem”. Prezydent Kaczyński zginął przecież, a nie zaginął, mimo że tak wielkie były problemy ze „znalezieniem ciała”.

Watsonie, ale interesuje nas sprawa 102-ki teraz, wiesz, przypomnę, byśmy w dygresje się nie zagłębiali na razie. Otóż ZP nie może się więc nadziwić, że „taśma z 7-04” gdzieś przepadła, lecz jakby nie uwzględnia tych zdjęć, które choćby analizują blogerzy, a które to zdjęcia pokazują też wnętrze samolotu, którym przybywają z Polski uczestnicy uroczystości rządowych, jak i kierunek podchodzenia do lądowania. Ów tupolew wedle tych zdjęć podchodzi od wschodniej strony lotniska Siewiernyj a więc tak, jak głosi Wiśniewski. Ale co najważniejsze, a na co także, Watsonie, zwracali uwagę blogerzy, a na co nie zwracali uwagi spece z ZP – widać na tych zdjęciach stare uszczelki w oknach, jakby to był – no? Tak, Watsonie, jakby to był samolot przed remontem. Co więcej, zdjęcia pokazują również fragmentarycznie salonkę obok kabiny pasażerskiej, tę trzecią, i tam nie widać, by było 18 miejsc. Tak jakby, Watsonie, to był „premierski tupolew”, a nie „prezydencki”, po prostu, „premierski”, jak to powiada w jednej z rozmów (tak trochę z ruska), sam Macierewicz. Czy Zuba lub tenże Macierewicz mogliby tego o locie premierskiego Tu-154M w dn. 7-04-2010 nie wiedzieć? Czy świeżo opublikowane zdjęcia z L. Deptułą też czasem nie odsłaniają wnętrza premierskiej tutki, a nie „prezydenckiej”, tej, która, jak nas zapewniał J. Sasin, w której tyle osób się „nie zmieściło”, a w której Sasin tak wiele osób chciał zmieścić, tak bowiem szczodre ma serce?

Powiesz, Watsonie, że ZP nie zainteresował się 102-ką, bo ZP bada „katastrofę nad Smoleńskiem” 101-ki. I już masz na końcu języka, jak to się mówi, że „przecież 102-ka jest 10-go Kwietnia w remoncie”, o czym nas m.in. ZP zapewnia, choć zdawać by się mogło, że jeszcze 7-go (vide stare uszczelki) – 102-ka jest nie w remoncie, a w Smoleńsku. Gdyby więc, Watsonie, 102-ka poleciała jednak 10-go zakamuflowana z zewnątrz jako 101-ka, a więc jako „prezydencki tupolew”, czyli, gdyby „Protasiuk” to była 102-ka – to…, to jeszcze nie koniec mojego wywodu, choć widzę, że się niecierpliwisz i skaczesz wzrokiem po tekście, nie wgłębiając się w meandry rozumowania :). Gdyby bowiem na dodatek jacyś „święci”, czyli ludzie poza wszelkimi podejrzeniami, ludzie z dzisiejszego ZP polecieli przed świtem 10 Kwietnia owym „Protasiukiem”, ale gdyby też na pokładzie owego tupolewa nie poleciała Para Prezydencka (czy „słyszałeś głos” Prezydenta lub Prezydentowej na którejkolwiek z „taśm z kokpitu”?), to już się domyślasz, Watsonie, że „historia smoleńska” byłaby z kręgu tych, które u widza wywołują bojaźń i drżenie, ale i fascynację, bo to dopiero początek jakby. Trailer, jak ten z filmem o Powstaniu Warszawskim, który to trailer od razu wzbudza dreszcze. Ty coś na ten temat wiesz, bo film zdążyłeś obejrzeć z 30 razy.

Jak wiesz, Watsonie, jeśliby ta hipoteza 102, tak to na razie skrótowo i „cyfrowo” ujmijmy, tj. że w ramach roszad na EPWA rankiem 10-04, kiedy „zdrada przed świtem” zaczyna nabierać ostatecznego kształtu, zakombinował Prezydent wraz z wojskowymi tak, że Para Prezydencka w ogóle by nie poleciała ani „Protasiukiem” do Katynia (z „wieńcami w ostatnich 20 rzędach”), ani „Stroińskim” do Witebska („sama załoga” , jak to opowiada wariat-SW), to nie zdziwiłbym się, gdyby na 2 maja 2015 r. nad Warszawą pojawiła się ta 102-ka stojąca dotąd na lotnisku w Mińsku Mazowieckim. Wylądowałaby na Okęciu i ujrzelibyśmy, bo to by było na pewno transmitowane na cały świat – Parę Prezydencką wychodzącą z tupolewa. Tę 10-2-kę pokazuje wybitna śledcza, dziennikarka, A. Gargas w niesamowitym thrillerze „Anatomia upadku 2”, jak może przypominasz sobie, Watsonie, ale jak na śledczą służącą Macierewiczowi przystało – widzi, ale nie może jakby „dostrzec tego co najważniejsze”. Czego? Tego: 102 to nie 101, nie?

102 to nie 101, powie i wie każde paroletnie dziecko – nie trzeba tu „ekspertów Macierewicza” od siedmiu boleści, którzy potrafią każdą śrubkę 102-ki od śrubki w 101-ce odróżnić. 102 to nie 101, więc jeśliby „Protasiuk” to była „premierska tutka”, to „samolot z prezydentem”, o którego to „upadku” tak szybko dowiaduje się 10 Kwietnia zarówno AM, jak i J. Sasin (sądząc zrazu, nie wiedzieć, czemu, że coś się stało „niezwykle leciwemu prezydentowi Kaczorowskiemu”, jakby ów Sasin nie był przekonany, że na pokładzie z Kaczorowskim był Kaczyński), jak i A. Duda, który dostaje telefon „od znajomej” już „koło 9-tej”, że „spadł samolot z prezydentem”, i który to Duda już od razu wie, że z Kaczyńskim, a nie np. z Kaczorowskim, jak się skojarzy błędnie Sasinowi, mimo że sobotę 10 Kwietnia Duda jest w Krakowie, a nie na warszawskim Okęciu, bo nie leci nigdzie – tylko dopiero pogna do Warszawy na „wieść o katastrofie”.

Watsonie, jak pamiętasz, Sasin jako specjalista od nagłośnienia i krzesełek, ogłasza przed mszą w Katyniu, że „Prezydenta nie ma z nami”, tak jakby przez usta i myśl – choć wiele sobie owego dnia myśli Sasin, jak wiemy z jego barwnych opowieści – mu nie mogło przejść: „Prezydent nie żyje”. Lub, Watsonie, dodasz już zaczynając łapać klimat – jakby Sasin, prezydencki było nie było minister, nie był pewien, czy Prezydent w ogóle poleciał. I słuszna jest ta uwaga, Watsonie. Na „wieść o katastrofie”, co do której Sasin zrazu sądzi, że chodzi o „jakiś niegroźny wypadek/zjechanie z pasa” i to że dotyczy to „niezwykle leciwego Kaczorowskiego”, tenże Sasin rzuca się za borowcami w drogę na lotnisko, by osobiście sprawdzić, jak wygląda „miejsce katastrofy”. No i tam wydzwania do niego Duda, by znalazł Sasin ciało Prezydenta, ale ów JS nie znajduje i nie szuka nawet ciała „niezwykle leciwego Kaczorowskiego”. Żadnego ciała nie rozpoznaje. Widzi kilka, może kilkanaście, a obejść ma całe pobojowisko, jak opowiada przed ZP, który jest „porażony opowieścią”.

Sądzi Sasin, że może pozostałe ciała są „pod wrakiem”, dodasz Watsonie. Tak, tak właśnie mówi eks-minister. Ale trzymajmy się sedna sprawy: czy JS znajduje ciało Prezydenta? Nie, odpowiesz. Czemu więc nie poczeka z ogłaszaniem „nieobecności” Prezydenta? Zauważ, owego dnia, ani Macierewicz, ani Sasin, ani Duda nie czekają na ustalenie faktu, podkreślam, FAKTU śmierci Prezydenta. Faktu, zdawać by się mogło podstawowego, jeśli chodzi o „historię smoleńską”. Pewnie Ciebie to już niejednokrotnie dziwiło Watsonie, jak i mnie, i wielu, wielu innych Polaków. Żaden z tej „trójki muszkieterów katyńskich” (AM, JS, AD), że się tak obrazowo wyrażę, nawiązując do staropolskiego powiedzenia o „nożu w plecy”, nie ma możliwości zobaczenia/zidentyfikowania ciała Lecha Kaczyńskiego. Ty, Watsonie, też byś się chyba wstrzymywał, jak i ja, z ogłaszaniem czyjejś śmierci, gdybyś nie widział, że dana osoba zginęła lub nie widział zwłok, a sprawa śmierci tej osoby byłaby kluczowa dla losów polskiego państwa. Na pewno byś się z „rewelacją” żadną nie spieszył, tylko badał wszystko powoli i dokładnie jak lekarz. I czekał na ostateczne ustalenia.

Jeśli wszak, Watsonie, Duda nie wierzy 10-04 „paskom w telewizji”, to powinien uwierzyć Sasinowi, że „Prezydenta nie ma”, ale niekoniecznie Macierewiczowi czy komukolwiek innemu, że „spadł samolot z prezydentem”, prawda? Jeśli tenże Duda, prezydencki prawnik, konstytucjonalista etc., złoty człowiek, nie widział ciała Prezydenta i nie miał żadnego potwierdzenia zgonu Kaczyńskiego. Ale… uwierzył Duda w tę śmierć, czyż nie – 10 kwietnia? I to na jakiej podstawie dał tę wiarę? Ruskiej bumagi. Ponoć od samego Dimki Miedwiediewa. Wprawdzie chyba nawet tej bumagi na oczy Duda 10 Kwietnia nie widzi, a jedynie słyszy o niej przez telefon, ale ruska bumaga potwierdzająca zgon polskiego Prezydenta, to jest coś, musisz przyznać Watsonie; zwłaszcza gdy się wie, jaką tradycję z dokumentowaniem czyjejś śmierci ma Rosja. Duda więc nawet pewnie nie widzi bumagi (no chyba że mu ktoś na komórkę skan podesłał), ale traktuje ją jako „pocałunek śmierci”. Moskwa posyła na odległość całusa, do Krakowa, starego stołecznego polskiego miasta. Do samego prezydenckiego konstytucjonalisty. From Russia with love, jakbyś dodał Watsonie.

A więc wykonało się, myśli Duda, choć, przypomnę Ci Watsonie, ani pozostali, czyli Macierewicz i Sasin z trójki muszkieterów ciała Prezydenta nie widzą. Ale może Dimka widział? Może ktoś od niego widział? Nad tym już Duda nie deliberuje, bo traci trzeźwość umysłu, widząc oczyma wyobraźni „koniec pewnego świata”. I teraz zauważ, Watsonie, jak trzech muszkieterów gna coś od razu do Polski. Macierewicz już na pierwsze „wieści o katastrofie” mówi do parlamentarzystów (vide film J. Kruczkowskiego Na własne oczy): „prawdopodobnie wszyscy. Musimy jechać”. Coś w tym stylu. Sasin, jak już wspomniałem, gna na „miejsce katastrofy”, szukać ciała, choć znaleźć za cholerę nie może – zaś Duda gna do stolicy pociągiem, jakby nie mógł w niej zostać z piątku na sobotę, tylko jakby chciał się „oddalić na chwilę” od czegoś – tak jak tchórz się chowa dyskretnie w cień, nim coś strasznego i nieodwołalnego nastanie.

„Musimy jechać”, mówi Macierewicz do parlamentarzystów w Lesie Katyńskim 10 Kwietnia, lecz gdzie, Watsonie, oni muszą jechać? Na miejsce, gdzie „spadł samolot z prezydentem”? Nie, oni nagle muszą wracać do Polski, do obowiązków. Późniejszy wnikliwy badacz „miejsca katastrofy” i samej „katastrofy nad Smoleńskiem” zrazu wcale się nie interesuje lotniskiem Siewiernyj i tym, co się tam dzieje – nie wydaje Ci się to, Watsonie, przedziwne? Co więc tych trzech muszkieterów nagle tak gna? I czy nie znają oni staropolskiego powiedzenia: co nagle to po diable? Albo nawet po ruskim diable? Czy nie wiedzą, że wchodząc w pakt z diabłem można coś zyskać, choćby na 5 lat – ale potem traci się absolutnie wszystko? Czy nie znają historii z cyrografami? Nie wchodząc dalej w te demonologiczne dywagacje, Watsonie, zwróć uwagę na jedno: trzej muszkieterowie (AM, JS i AD) nie spostrzegają – taka gorączka ich ogarnia – jednego, że Prezydent Kaczyński mógł nie polecieć „samolotem z prezydentem”. Ale ci trzej sądzą, że może coś przeoczono na Okęciu, poza tym są „kondolencje Miedwiediewa”, no i już w godzinach popołudniowych „ciało Prezydenta” zostaje „znalezione” przez BOR i nawet „zidentyfikowane” na ileś procent, bo nie na 100, przez M. Wierzchowskiego z prezydenckiej kancelarii – znalezione na polance samosiejek w błocie. Gdy nocą 10 Kwietnia zaś premier J. Kaczyński dokonuje na XUBS „identyfikacji” po trzykrotnym podchodzeniu do zwłok, trzej muszkieterowie odczuwają ulgę.

A jeśli brat Prezydenta tylko mówi im, że rozpoznał Lecha? Jak to „tylko mówi”, spytasz Watsonie. Otóż tylko potwierdza coś, co niekoniecznie zaszło. Tylko tyle i aż tyle. Co by było, gdyby nie potwierdził? Nie urządzono by, Watsonie, tak szybkiego pogrzebu Prezydenta (jak i innych ówczesnych pogrzebów), którym tak szybko i sprawnie zajmuje się Sasin, główny chyba „organizator pogrzebów”, jak mi się wydaje, by nie rzec: grabarz Prezydenta. Sasin wprawdzie nie miał okazji zobaczyć Prezydenta Kaczyńskiego na „miejscu katastrofy”, lecz za „trumną z ciałem” to przejechał przez całą zapłakaną do łez Warszawę, jak jakiś wołomiński bonzo w lśniącej limuzynie. Tu ludzie na ulicach kwiaty rzucają, szlochają, modlą się, a tu prezydencki minister w zadumie – zaraz za trumną – prawie jak „dziedzic na włościach”. Widzisz, Watsonie, jaka to wciągająca historia? Ja przez pewien czas nawet sądziłem, iż to Sasin będzie kandydował na prezydenta w 2015 r., a nie Duda. Sasin jednak zrazu kandyduje na prezydenta Warszawy, jak pamiętasz, jakby chciał przejść „drogę Kaczyńskiego Lecha”. Pięknie, jak w jakimś śnie kataryniarza.

Premier Kaczyński więc potwierdza 10 Kwietnia na XUBS „zgon Prezydenta” i kamień spada z serca muszkieterom. Jak LK poległ, no to poległ i kwita, Watsonie. Co się stało, to się nie odstanie, prawda, czas biegnie naprzód, a Historia tym bardziej przyspiesza. Obóz patriotyczny musi się zjednoczyć na nowo i z większą siłą, prawda, wziąć władzę. Zmiany, Watsonie, w polityce od razu niesamowite, a wokół brata Prezydenta kotłuje się, mrowie takie, że jeden przez drugiego na plecy włazi, by „zastąpić tych”, co „bezpowrotnie odeszli”. Czujesz klimat tego mrowia, Watsonie. Bo, wprawdzie LK zginął, ale za to JK żyje, bo nie poleciał „prezydenckim tupolewem”, co zresztą musiało zdziwić niejednego „muszkietera”. I wokół JK zbiera się całe grono „najświętszych”. Tak jakby jednego Kaczyńskiego było im za mało, dodałbyś. Dokładnie tak. Macierewicz staje przy J. Kaczyńskim tak blisko niemalże jak przyrodni brat. I wybory prezydenckie przyspieszone nadchodzą i JK ma wygraną w kieszeni, ale – ku zdumieniu „pewnych wygranej” muszkieterów – nie wygrywa. Przegrywa z Komorowskim. Na własne życzenie. Wielu ludzi zdumiewa czyn JK, lecz jeśli weźmiesz Watsonie hipotezę 102, to może Ci się „pokojarzą fakty”. Lecz i to nie koniec historii.

Nie koniec, ponieważ, drogi Watsonie, zaraz po czerwcu 2010 i przegranej JK „najświętsi patrioci” powołują „Zespół Parlamentarny” do badania „katastrofy smoleńskiej”. Patrioci bowiem nie są zadowoleni z prac badawczych MAK-u, ale szczególnie tej całej „komisji Millera”, więc potrzebna jest jakaś niezależna, porządna, arcypolska komisja. I nawet Ty, Watsonie, jak i ja, jak i wielu innych Polaków, sądzimy wtedy, że powstaje coś sensownego, a nie „komisja Łysenki” – bo tego nawet „komisją Burdenki” nie warto nazywać. ZP to „komisja Łysenki”, a czym był łysenkizm i Łysenko, to niech sobie młodzież doczyta. Jeśli bowiem 102, to nie 101, a więc jeśli 10-04-2010 nie doszło do żadnego „upadku samolotu z prezydentem” – to co robi ZP? Dowodzi – dowodzi, dowodzi w „naukowy sposób”, że doszło nawet nie tylko do upadku, ale nawet do zamachu z eksplozją nad Smoleńskiem. Trzeba mieć niebywały tupet, by takich rzeczy się podejmować, lecz od czego są „najświętsi patrioci”, arcy-Polacy, jak nie od takich właśnie tupeciarskich zagrań?

Watsonie-Rolexie, zejdźmy na ziemię, na chwilę. Brytyjską. Kiedy wczoraj spacerowaliśmy po Hitchin, a ja Ci o tym wszystkim skrótowo mówiłem, pytałem Cię, kiedy Macierewicz napisał do Ciebie maila, byśmy przestali zajmować się „hipotezą maskirowki”. Ja sądziłem, że był to mail po posiedzeniu z udziałem Wiśniewskiego, ale Ty stwierdziłeś, że musiała to być nawet jesień 2010, kiedy hipoteza głosząca, że nie doszło do żadnej katastrofy lotniczej dopiero się wykluwała w blogosferze. Wykluwała, powtarzam – jeszcze sporo było wątpliwości, niejasności, ostrych dyskusji. Czymże bowiem zajął się ZP przede wszystkim, oprócz dowodzenia nieistniejącej katastrofy? Zajął się zwalczaniem w najbardziej plugawej kampanii jaką można sobie wyobrazić – rodem z bolszewickiego piekła – ludzi poszukujących prawdy. ZP bowiem, przyznawszy sobie monopol na prawdę, jak na „komisję Łysenki” przystało, uznał zarazem, że nikt poza ZP do tej prawdy nie dochodzi i nie może dojść, jeśli na prowadzenie tego dochodzenia nie ma zgody od „pana przewodniczącego”. Ten ostatni zaś zasłynie powiedzeniem „kłamstwo smoleńskie”, Watsonie, jak pamiętasz. Zdaniem Macierewicza kłamcami smoleńskimi są np. ludzie z KBWLLP, bo opisują jakiś smoleński wypadek lotniczy, podczas gdy doszło do eksplozji nad Smoleńskiem. Ale w optyce Macierewicza kłamcami nie mogą być ci, co dowodzą nieistniejącej katastrofy, zauważ. Taka to definicja kłamstwa, autorstwa mgr. historii „smoleńskiej”. Tymczasem, drogi Watsonie, już rankiem 10 Kwietnia, dostając telefon, że „spadł samolot z prezydentem”, Macierewicz musiał wiedzieć, że to wierutne kłamstwo.

Co więc, spytasz Przyjacielu, gdyby za jakiś czas, z jakiegoś miejsca wystartował jakiś samolot, np. tupolew bn. 102, z Prezydentem na pokładzie i Panią Prezydentową także? I przylecieliby na EPWA? Czy powitaliby ich na płycie lotniska Sasin, Duda, Macierewicz, Zuba i cała ta reszta? Czy powitaliby ich „eksperci ZP”, co lata spędzili na uporczywym, haniebnym dla ich profesji, głoszeniu nieprawdopodobnych wprost kłamstw w naukowy sposób i z całkowitą powagą? Czy może legendarny ZP, Watsonie, badałby jeszcze „katastrofę nad Smoleńskiem”, tak z rozpędu swego kilkuletniego urzędowania? Może min. Duda, co nie odprowadza Prezydenta na Okęciu 10 Kwietnia (jak wiemy z posiedzenia ZP z udziałem Sasina, z września 2010), może teraz pojawiłby się przed terminalem – jako znakomity kandydat na prezydenta? Ten Duda, co 10 Kwietnia sądzi, że Prezydent mógł wypaść na fotelu i pobiec gdzieś w szoku, a nawet się schować? Bo, owszem, Lech Kaczyński mógł się schować. Ale czy, Watsonie, schowałby się przed trzema muszkieterami na 5 lat? Na całą kadencję Komorowskiego? Po takich pogrzebach? Po „Wawelu”? Po niezapomnianych wiekopomnych ustaleniach ZP? Po kinematografii śledczej, „smoleńskiej” Gargas i innych?

Mógłby. Mógłby, sądzę, Watsonie, mógłby się LK schować nawet na 5 lat, by Dudzie, Macierewiczowi, Sasinowi, Zubie i całej Polsce po 10 Kwietnia przyjrzeć się z oddali – jakby „prezydent na uchodźstwie”. Jak Kaczorowski kiedyś latami, tak, długimi latami patrzył na Polskę, nim do niej przybył z wygnania – patrzył Kaczorowski z „naszej”, Watsonie, chciałoby się powiedzieć, Wyspy. Mógłby Kaczyński zrobić tak, (choć niekoniecznie wyjeżdżając do Londynu :)), po to, by dostrzec nareszcie: kto jest kim nad Wisłą. Kto jest kim wokół niego, Lecha i wokół jego brata, Jarosława, byłego premiera. A więc, kończąc i nie zabierając Ci już czasu, byle do wiosny, Watsonie, bo czekają nas wiosenne porządki. Jeśli bowiem Komorowski będzie przekazywał władzę z powrotem L. Kaczyńskiemu, to będzie to wydarzenie, które Duda na pewno będzie śledził „na pasku telewizji” – nie tylko polskiej, ale i wielu zagranicznych. Maj, Watsonie, to taki piękny polski miesiąc – 2 maja, 3 maja. No i święto Królowej Polski. Żyć, nie umierać. Teraz może łatwiej, Watsonie, Ci pojąć, na co czeka (tupolew) 102 na lotnisku w Mińsku Mazowieckim – lub na kogo. Jak poza tym wiesz, ja również w maju do Polski się wybieram. Taka… zbieżność dat przypadkowa.

Pozostając w ukłonach,
Twój Free


[1] Z których pewnie, jak się domyślasz, będę musiał wnet wrócić, bo żona, dzieci, dom itd., a jednak w seledynowej robotniczej kamizelce mi nie do twarzy, jak zauważyłem :), choć fizyczna praca pozwoliła mi „wrócić do formy” i solidnie schudnąć, co możesz potwierdzić.

16 kwi 2015

Zapomniani świadkowie



Nie, nie chodzi o żadnych rezolutnych ruskich mechaników z KIA Motors, którzy w przerwie na papierosa widzieli za płotem warsztatu samochodowego spadający samolot ani innych smoleńskich leśnych dziadków gotowych potwierdzić wszystko na temat spadającego samolotu „paniom i panom z kamerami” iz Polszy. Chodzi o świadków dużo większego kalibru – takich znad Wisły, dwóch poważnych i ważnych ministrów, którzy 10 Kwietnia byli w Katyniu duchem i ciałem, choć – wszystko na to jak dotąd wskazuje – nie mogli być osobiście na smoleńskim Siewiernym, gdy tam dochodziło (o ca. 8:41, jak ustalili eksperci) do „lotniczej katastrofy”. Pierwszy z nich to także były szef kontrwywiadu wojskowego, a więc osoba znakomicie poinformowana, jak możemy się domyśleć – czymże bowiem kontrwywiady się nie szczycą jak dostępem do najprzeróżniejszych topowych, tudzież top secretowych informacji. Drugi to prezydencki minister, jeden z organizatorów uroczystości katyńskich – też zatem osoba posiadająca pewną niebanalną wiedzę. Zwykle osoby dobrze poinformowane wskazują na źródła swoich informacji, w tych dwóch jednak przypadkach (dwóch ministrów) pojawia się drobny problem z ustaleniem źródła  bądź źródeł.

Pos. A. Górski, który na łamach Naszego Dziennika zasłynie parę dni po 10-tym Kwietnia oskarżaniem Moskwy o katastrofę[1], wspomina na swej stronie rok później, że 10-04-2010, gdy spaceruje po Cmentarzu Katyńskim, zadumany min. A. Macierewicz (późniejszy fenomenalny, niezapomniany, błyskotliwy „przewodniczący ZP” ze znakomitym zapleczem naukowo-badawczym), odbiera telefon od kogoś, po czym powiada w te słowy do Górskiego: Nie uwierzy pan, ale spadł samolot z prezydentem[2]. Górski, niestety, nie precyzuje w żaden sposób godziny/minuty tego telefonicznego połączenia, choć z kontekstu można by wnioskować, iż było to jakoś tak „wcześnie”, gdyż mało kto chciał w to (że spadł samolot) „wierzyć”. Kim mógł być świadek upadku samolotu, który to świadek konfidencjonalnie zawiadomił przez komórkę byłego szefa SKW? Chyba nie ma o tym świadku mowy w żadnym z dotychczasowych pięciu „raportów ZP”, nad którymi, było nie było, sprawuje pieczę sam „pan minister”, gdyż „przewodniczący” – przez wzgląd na swą pokorę i skromność – nie powołuje się na własną osobę, pisząc ze światowej sławy ekspertami „raporty” o upadku, a ściślej, rozpadzie w powietrzu, pewnego samolotu. Któż to zgadnie, o kogo może chodzić z tym telefonowaniem do Katynia 10 Kwetnia, do legendarnego AM? Musiałby to być ktoś zaufany, skoro miałby taki numer (telefoniczny). Nie każdy chyba może posiadaniem takiego ekskluzywnego numeru tel. pochwalić – i nie od każdego chyba takie połączenia w chwili cmentarnej zadumy by były szef SKW odbierał lub chciał odebrać. Może dzwonił ktoś z, by tak rzec, „okolic lotniska” XUBS? Ale kto, skoro tam, co też wiemy z drobiazgowych ustaleń ZP i dziennikarzy śledczych, „BOR-u nie było”? No i chyba nie red. W. Bater z Polsatu (jeden z pierwszych na świecie „powiadomionych” o „katastrofie smoleńskiej”) czy J. Mróz z TVN24 (jeden z pierwszych na świecie powiadomionych tak trochę… potajemnie, jakby w bramie, tzn. przy bramie wjazdowej na lotnisko, przez moonwalkera S. Wiśniewskiego[3]).

Informatorem min. Macierewicza nie mógł być też ten jedyny w istocie rzeczy świadek, na którego powołuje się „komisja Millera” (w Zał. 4[4], bo w „raporcie” w ogóle na żadnego, w przeciwieństwie do „MAK”, który to radziecki zespół badawczy aż 4 naocznych świadków przywołuje – w przeciwieństwie do ZP, który na przestrzeni 5 lat znajduje ocziewidców już chyba w ilości kilkuset osób[5]), bo KBWLLP zaznacza, że świadek, o którym w Zał. 4 mowa, sądził, że rozbiła się awionetka, a nie duży samolot. Jeśli komuś nasuwa się tu skojarzenie z polskim montażystą „katastrofy smoleńskiej”, to zapewne jest to uzasadniona, a nie niezdrowa, asocjacja tudzież sensacja. Jak wiemy jednak z burzliwego posiedzenia ZP z tymże polskim świadkiem ze słynnego hotelu Nowyj, opowieści Wiśniewskiego wcale nie zrobiły dobrego wrażenia na parlamentarzystach zgromadzonych wokół Macierewicza, zwłaszcza na pos. Zubie. Dlaczego? Z dwóch podstawowych powodów.

Po pierwsze, polskiemu montażyście nie udało się zarejestrować ani też choćby zmontować[6] żadnego filmu z upadkiem samolotu[7], o którym to filmie już nocą z 10 na 11-04, wracając pociągiem, opowiada Macierewicz, tak nieco konspiracyjnie, ściszonym, trochę niepewnym, jakby tajnym, głosem, o. T. Rydzykowi. Opowiada tak, jakby ten film - ów były szef SKW - jakoś widział[8], choć przecież ujrzeć na własne oczy raczej nie mógł, bo (jak twierdzi AM wtedy nocą na antenie, wracając ze Smoleńska) uniemożliwiono jakąkolwiek, jakikolwiek kontakt, (…) zabierano wszystkie aparaty, (…) wyrywano nawet karty pamięciowe z telefonów komórkowych dziennikarzom[9], tak aby nie było jakiegokolwiek świadectwa i śladu tego, co naprawdę się, tego, co naprawdę się wydarzyło.

Materiały filmowo-zdjęciowe SW, cudem, jak można sądzić po tym, co przeczytaliśmy wyżej, ocalałe z poniewierki moonwalkera na „miejscu katastrofy”, wykorzystała w swych pracach „badawczych” legendarna KBWLLP – ale już nie jeszcze bardziej legendarny, dziś trochę przykryty kurzem historii, „MAK”. I już nie (wciąż aktualny i aktywny w przeciwieństwie do KBWLLP i „MAK”) „Zespół Parlamentarny”. Dlaczego? Ponieważ – i to drugi poważny powód, wyszczególniony przez niezwykle spostrzegawczą pos. Zubę na posiedzeniu z moonwalkerem – Wiśniewskiemu  nie udało się z kamerą dotrzeć na plac usłany ciałami na „miejscu katastrofy”. Jakim sposobem ten plac dojrzała Zuba z ul. Wiejskiej w Warszawie, jeden diabeł smoleński wiedzieć może, no ale skoro o tym placu Zuba na posiedzeniu ZP wspomina, to coś więcej powinna i wiedzieć, i powiedzieć (i może ukaże się to np. za rok w szóstym „raporcie Zespołu”). Wiśniewski wszak zapewniał w sejmie, tak jak i w wielu wywiadach, że nie dostrzegł - podczas filmowania i wędrowania - ani ciał, ani foteli pośród lotniczych szczątków, co jak na rezultat nie tylko „upadku samolotu z prezydentem”, ale szczególnie „eksplozji prezydenckiego tupolewa nad Smoleńskiem” musiało dla parlamentarzystów PiS być niezwykle podejrzane. Jeszcze bardziej podejrzane mogło być twierdzenie świadka, że sądził, iż „spadający samolot był pusty”. Nic tylko puknąć się w czoło na takie dictum.

Wracając więc do czegoś bardziej wiarygodnego (od SW), jak np. źródło informacji, które stoi za „katyńskim telefonem” do min. Macierewicza w dn. 10-04-2010. Niestety, tu właśnie mamy spory problem, ponieważ „pan przewodniczący” ani podczas posiedzenia „zespołu”, ani też podczas nocnej, kwietniowej (10/11-04-2010), co chwilę urywającej się, jakby ktoś złośliwie ją zakłócał, rozmowy z o. Rydzykiem, ani też nigdzie indziej, nie podaje, kto Macierewicza poinformował o upadku samolotu z prezydentem. Należy wobec tego żywić nadzieję, że najbliższe lata, a może miesiące, choć kto wie, czy nie tygodnie, odpowiedź na to palące pytanie przyniosą, zwłaszcza gdyby się okazało (nagle, kiedyś – nie mówię: jutro lub pojutrze), że ów tajemniczy, by nie rzec, „ściśle tajny” - jakby jakiś paranoik mógł zaraz głupio „pokojarzyć fakty” - telefon z 10 Kwietnia do byłego szefa SKW będącego w Katyniu, nie był „wykonany” (jak to pięknie powiada min. J. Sasin i inny wybitny prezydencki min. A. Duda[10]) przez kogoś ze Smoleńska, tylko był „wykonany” z jakiegoś innego miejsca na mapie. Takiego, w którym polski „samolot z prezydentem” wylądował, a nie na które spadł. Chociaż, gdyby wylądował, to czemu miałby jakiś polski „pan minister” rozgłaszać (choćby pos. Górskiemu), że spadł? Może więc Górski coś z tym telefonem pokręcił, wspominając zdarzenie „rok później”?

Pozostaje nam przejść do wspomnień drugiego ministra, prezydenckiego tym razem, właśnie J. Sasina. Tego świadka (choć może niekoniecznie samego upadku samolotu), co już na pierwsze, zrazu zgoła niealarmujące, jak sam twierdzi, wieści o „katastrofie”, której „miejsce” niemal natychmiast pognał zobaczyć wraz z borowcami z Katynia[11], zaczął wydzwaniać do domu, zapewniając, że jemu, tj. prezydenckiemu ministrowi, się nic nie stało, a więc jakby (nieświadomie, mimowolnie, bo jakżeby inaczej?) potwierdzając, iż ocalał po upadku samolotu – choć żadnym tupolewem miał do Smoleńska nigdy, a co dopiero 10 Kwietnia rano, nie lecieć. Nim jednak do tego „wykonywania telefonów” doszło, prezydencki minister miał w Katyniu otrzymać jedną intrygującą – może nawet o wiele bardziej zastanawiającą niż ta (także otrzymana w Katyniu) przez Macierewicza o upadku samolotu z prezydentem – informację, którą chyba do tej pory mało kto przeanalizował. Jaką? O… wypadku Prezydenta R. Kaczorowskiego.

Kiedyś Yurko na swym blogu przypominał[12], że zrazu Czerska Prawda - już o godz. 8:38 pol. czasu w materiale zatytułowanym Dekapitacja Polski - podaje, że doszło do śmierci właśnie Kaczorowskiego (jak też Pary Prezydenckiej) i że jest wyeksponowane na stronie Gazety, jako pierwsze, zdjęcie tego byłego polskiego Prezydenta. Później ten materiał zostaje (na stronie Czerskiej Prawdy) „uaktualniony” zgodnie z „katastroficzno-lotniczą” narracją ze Smoleńska (wsje pogibli) i zilustrowany księżycowym wideo Wiśniewskiego, a dziś chyba jest nie do odzyskania, dopóki nie otworzą się szerzej dziennikarskie depozyty (które już zaczęły z wolna się uchylać[13], nie wywołując na razie ani bojaźni, ani drżenia[14]). Otóż wspomniany min. Sasin o tym, że coś się stało właśnie Kaczorowskiemu – a nie Kaczyńskiemu (na przykład), myśli, tak, myśli jakoś odruchowo, natychmiastowo, w ramach „pierwszego skojarzenia”, można powiedzieć (pierwsza myśl, która mi przeszła, wyznaje na posiedzeniu ZP). Myśli tak sobie na Cmentarzu Katyńskim min. Sasin po rozmowie z T. Stachelskim z protokołu dyplomatycznego, który to Stachelski – dodajmy, jeden z wymienionych na „rozszerzonej liście poległych” przed południem na antenie TVP Info[15] – ma otrzymać od kogoś, znów, do dziś nie wiemy, od kogo, bo Sasin nie wyszczególnia (ale podejrzewa, że… może od amb. J. Bahra[16]), telefon o… wypadku w samolocie. Prześledźmy relację Sasina[17] (z październikowego (2010) posiedzenia ZP):

Ja mówię: „a co się stało?” I on wtedy mówi mi, że: „wie pan, no, dostałem informację, że... jakąś dziwną informację, że zdarzył się jakiś wypadek”. Ja mówię: „jaki wypadek?” A on mówi na to, że wypadek w samolocie. To pamiętam, yyy..., dokładnie to stwierdzenie, bo ono mnie niezwykle zaskoczyło.  Co może oznaczać „wypadek w samolocie”? Skala czy, czy  zakres wypadków, które mogą się zdarzyć na pokładzie samolotu, no jednak, yyy..., dosyć jest ograniczona. Taka moja myśl była, że być może stało się coś któremuś z pasażerów, yyy..., że być może... Ja przepraszam, bo mówię może o swoich odczuciach, co może nie ma większego znaczenia dla, dla sprawy yyy... że stało się może coś komuś z pasażerów. Miałem taki nawet... Pierwsza myśl, która mi przeszła, że być  może coś się stało Prezydentowi Kaczorowskiemu, no, który był człowiekiem niezwykle leciwym już... yyy..., i że coś takiego się mogło wydarzyć, więc to mnie niezwykle zaniepokoiło. I zacząłem go dopytywać. Mówię: „jak to  z samolo..., w samolocie?” A on mówi: „nie, nie, nie – jakiś wypadek przy lądowaniu.”

I co jeszcze dodaje Stachelski? Że - wg Sasina, zaznaczam, bo samego Stachelskiego nigdy nie słyszeliśmy, by cokolwiek zeznawał/wspominał/opowiadał etc. - samolot zjechał z pasa, czy coś takiego. Nie chcąc już powtarzać wywodu z mojej innej notki[18], przypomnę tylko, że te informacje (o wypadku w samolocie, o zjechaniu z pasa) ma Sasin uzyskać po wcześniejszym „news”-ie (od swego adiutanta, prezydenckiego urzędnika A. Kwiatkowskiego), iż „delegację prezydencką skierowano do Moskwy”. Tymczasem dalsza relacja Sasina wobec szacownego gremium ZP sprawia wrażenie, jakby prezydencki minister od razu wiedział (nie wiedzieć właściwie, skąd), że chodzi o Smoleńsk-Siewiernyj, choć przecież ani na XUBS nie czekał, ani na pokładzie żadnego tupolewa nie był, prawda. Prawda? Czy min. Sasin więc w ten sposób nas między wierszami informuje[19], że 10 Kwietnia pierwszy z Delegatów zaginął, a następnie zginął Prezydent Kaczorowski? Możliwe, choć o szczegóły trzeba by dopytać samego prezydenckiego ministra, który (z adiutantem Kwiatkowskim) w te pędy na wieść o „katastrofie smoleńskiej” chciał wracać do pilnych obowiązków do Polski i to takim piorunem, tzn. samolotem, że „nie przez Moskwę”, jak mu to zaproponował w Katyniu po mszy amb. Bahr[20], tylko przez Smoleńsk-Północny, najlepiej „Wosztylem”, czyli jakiem-40. Tylko – sprawa najważniejsza – od kogo by Sasin tę wieść (o „wypadku niezwykle leciwego Kaczorowskiego”) pozyskał, skoro najwyraźniej nie mówił mu nic o tym Stachelski (wszak Sasin miał sobie tak o Kaczorowskim pomyśleć)? Czyżby i do prezydenckiego ministra, tak jak i wspominanego wcześniej, byłego ministra spraw wewnętrznych będących w Katyniu rankiem, ktoś zaufany zadzwonił – z jakąś informacją?

Kwestia tego, kto do osób w Katyniu wydzwaniał i do kogo one z kolei się dodzwaniały, jest o tyle istotna, że – wedle TOKFM[21] 10 Kwietnia o godz. 9:42 pol. czasu ma rozgrywać się na Cmentarzu taka scena: Do delegacji w Katyniu dzwonią ludzie z Polski, którzy o wypadku dowiedzieli się z telewizji. Krążą plotki, że stało się coś złego. Beata Kempa na wieść o katastrofie krzyczy: „Wyrok! Ale za co?” Antoni Macierewicz wpada w panikę i krzyczy, że chce natychmiast wyjechać z Rosji. Tym razem min. Macierewicza już pomińmy, wszak sporo miejsca zajął w niniejszych rozważaniach, pytanie na koniec bowiem: od kogo z kolei Kempa się o jakimś wyroku dowiaduje w Katyniu 10 Kwietnia – wszak wyroki zwykle zapadają przeciwko ludziom, a nie samolotom, prawda? Niestety, mimo że Kempa na posiedzeniu ZP (tym z udziałem świadka Sasina wysłuchiwanego przez świadków Macierewicza, Zubę, Kempę itd.), proponowała „już” we wrześniu 2010, by w charakterze świadków „Zespół” przesłuchał także parlamentarzystów z Katynia, to jednak propozycja ta została przez „przewodniczącego” odłożona ad acta, jakby nie należało drążyć tych wspomnień. To („odłożenie” i niedrążenie) zupełnie zrozumiałe, skoro do „katastrofy” doszło „nad Smoleńskiem”[22], a nie np. w Katyniu, choć to akurat w Lesie Katyńskim o niej usłyszano jakby najszybciej. Tak sobie myślę, czy nie czasem szybciej niż dowiedzieli się Bater i inni dziennikarze.    


[1] Wywiad ten (z 12-04-2010) dość trudno obecnie znaleźć „guglując”, taką NDz zrobił inwentaryzację archiwalnych swych wydań, ale opublikował go też u siebie Albatros: http://albatros.salon24.pl/306441,aqua-terra-z-lotu-ptaka Zacytuję fragment: Jedna wersja wydarzeń mówi, że samolot cztery razy podchodził do lądowania, gdyż za każdym razem Rosjanie odmawiali zgody na lądowanie, wysyłając maszynę z prezydentem na lotniska do Mińska lub Moskwy. Mieli podawać przy tym wątpliwe powody, a to że mgła nad lotniskiem, a to że system nawigacji nie działa, bo jest w remoncie, a to że za krótki pas do lądowania. Tylko że niecałą godzinę wcześniej lądował na tym lotnisku samolot z dziennikarzami, a kilka dni wcześniej premierzy Donald Tusk i Władimir Putin. Druga wersja mówi, że wieża podała błędne koordynaty pilotom i ci już nie zdążyli podnieść samolotu i zahaczyli o drzewa. Obawiam się, że możemy nigdy nie poznać prawdy...
[2] http://www.artur-gorski.waw.pl/?p=1834 Pamiętam, że czekając na rozpoczęcie uroczystości, oglądałem miejsca, w które kiedyś wsiąkła krew polskich oficerów, zamordowanych przez NKWD. Spacerując po cmentarnych alejkach spotkałem posła Antoniego Macierewicza, który szedł w wielkiej zadumie. Przez chwilę mu towarzyszyłem. Nagle ktoś do niego zadzwonił. Pan Antoni przystanął. Myślałem, że to jakaś tajna rozmowa i nie chce, bym słyszał jej treść. Po chwili podszedł do mnie i powiedział: „Nie uwierzy pan, ale spadł samolot z prezydentem”. Nie uwierzyłem. Nie dotarło to do mnie. Inni uczestnicy katyńskich uroczystości także nie chcieli uwierzyć, nie mieściło im się to w głowie, że na rosyjskiej ziemi może spaść samolot z głową państwa polskiego. Słyszałem, jak pewna kobiet krzyczała na mężczyznę, żeby nie rozpowiadał takich głupich, nie potwierdzonych informacji.
[5] A nie jest to pewnie jeszcze lista zamknięta, bo ZP wciąż „bada katastrofę”.
[6] Proszę zwrócić uwagę, jak (podczas posiedzenia z Wiśniewskim) nad problemem zmontowania moonfilmu pochyla się z troską „przewodniczący ZP”. Chyba nawet na występach parafialnych i kinowych zaraz po tymże posiedzeniu, jak dobrze pamiętam, Macierewicz podkreśla to, iż materiał Wiśniewskiego był montowany, czyli – mądrej głowie dość dwie słowie – wideo SW pomija to, co się „naprawdę wydarzyło”. Pomija, rzecz jasna, „katastrofę nad Smoleńskiem”, a nie np. brak jakiejkolwiek katastrofy lotniczej. Co warte przypomnienia (w kwestii montowania) „przewodniczącemu” wcale nie przeszkadza potem to, że ruska telewizja Ria Novosti zmontowała materiał filmowy z „katastrofą nad Smoleńskiem”, na który to materiał - jako na dowód - się ZP powołuje w swej „dokumentacji analityczno-badawczej” (por. też http://www.fakt.pl/Rosyjski-film-potwierdza-wybuch,artykuly,206936,1.html).
[9] Podobną wersję wydarzeń podaje wspomniany na początku pos. Górski w wywiadzie z 12-04: http://albatros.salon24.pl/306441,aqua-terra-z-lotu-ptaka.
[11] Jest to jedna z najniezwyklejszych rzeczy, jeśli chodzi o zachowania „katyńskie”, że się tak wyrażę. Sasin gna na Siewiernyj, choć żaden z parlamentarzystów w Katyniu nie spieszy się na „miejsce katastrofy”, jak wiemy. Wprost przeciwnie, parlamentarzyści w ogóle nie będą chcieli nawet obejrzeć z daleka „miejsca katastrofy”. Ktoś powie: może sądzili, że ich nikt nie wpuści w pobliże – tak jak dziennikarzy. Skąd w takim razie Sasin wiedział, że jego „wpuszczą” na miejsce? Ktoś powie: może Sasin naprawdę sądził, że spadł samolot z prezydentem? Może tak sądził, lecz gdy przybył na miejsce i ujrzał, jak sam twierdzi przed ZP, „kilka/kilkanaście ciał”, których nie mógł zidentyfikować, to wcale nie stwierdził (ani przed ZP, ani przed żadną kamerą, ani na żadnym publicznym spotkaniu, choćby podczas głośnych projekcji filmu Mgła), że do katastrofy nie doszło, prawda? Czy i Sasin, i Kwiatkowski nie opowiadali w Mgle o tym, że wycofali się z pobojowiska w obawie, by nie chodzić „po szczątkach kolegów”, że potraktowali „miejsce” jak „cmentarz”? No właśnie – ktoś powie. Jeśli tak, to czemu Sasin z Kwiatkowskim nie pojechali do Katynia po księży, by przybyli na „smoleński cmentarz” lub, by w jego pobliżu odbyła się msza dla parlamentarzystów?
[13] http://www.fakt.pl/polityka/wszystkie-zdjecia-z-wnetrza-tu-154m-przed-tragedia-smolenska,galeria,538115,8.html To „uchylanie rąbka tajemnicy” może być zapowiedzią „trzęsień ziemi” w Warszawie i Moskwie.
[14] W przeciwieństwie do „bomby zegarowej”, jaką wysadził RMF z NPW (http://freeyourmind.salon24.pl/640565,rewelacja-z-cvr-4), która wywołała pewne nerwowe poruszenie, ale ono zaraz ucichło, jakby to się wnet okazało, iż to tylko „niewybuch”, a nie prawdziwa eksplozja nad Warszawą.
[16] Nie powiedział mi wtedy, z kim rozmawiał. Znaczy ja, jakby odruchowo przyjąłem, że on rozmawiał z amb. Bahrem, bo wiedziałem, że amb. Bahr znajduje się na lotnisku i no, wydawało mi się to naturalny kanał yyy informacji, tym bardziej, że wiem, że panowie, jakby, dobrze się znają (…) – opowiada (http://freeyourmind.salon24.pl/408456,2-przesluchanie-sasina-cz-2) I dodaje po chwili: Sam sobie już potem zadawałem takie pytanie, prawda, od kogo on tą informację uzyskał.
Jak jednak można sądzić – sam sobie już potem na to pytanie Sasin nie odpowiedział.
[19] Określenie „między wierszami” nie jest szydercze tym razem – to właśnie Sasin w Katyniu do mikrofonu podaje przedziwne w brzmieniu ogłoszenie o nieobecności prezydenta i o „tragicznych w skutkach katastrofie lotniczej”.
[20] http://freeyourmind.salon24.pl/408456,2-przesluchanie-sasina-cz-2 Zapytałem go, czy on może mi pomóc w zorganizowaniu transportu do Warszawy. On mi odpowiedział, że najprostszym, najprościej będzie udać się w tej chwili samochodem do Moskwy i on tam załatwi mi bilet na samolot. No, ja jakby przyjąłem to, to, co on mi powiedział. Mmm… Byłem w jakimś takim zaćmieniu, więc nie pomyślałem rzeczywiście o tym drugim samolocie, który był na lotnisku. Dopiero któryś z moich pracowników mówi mi, że po co mam jechać do Moskwy, przecież stoi jak, na, na lotnisku, którym można wrócić do, do Warszawy.
Niesamowicie ciekawe, prawda? Tym pracownikiem „podpowiadającym o jaku na lotnisku” jest Kwiatkowski, który, jak można sądzić – mimo że jak Sasin nie miał czekać na Siewiernym na nikogo – nie jest w stanie takiego zaćmienia jak Sasin. Nie jest w „katyńskim zaćmieniu” Kwiatkowski, skoro będąc na Cmentarzu wie, że przecież stoi jak i to taki którym można wrócić do, do Warszawy. I znów pytanie: skąd ma Kwiatkowski taką wiedzę? Kto go o tym poinformował, skoro „na lotnisku”, na którym „stoi jak”, miało dojść parę godzin wcześniej do „katastrofy”? Ktoś odpowie: pewnie adiutant Sasina widział jaka-40, gdy z borowcami wpadli na Siewiernyj, by „oglądać miejsce katastrofy”, z którego zaraz pomknęli z powrotem do Katynia, wpadłszy w nastrój wybitnie pobożny, goniąc na mszę, na której obu (Sasina i Kwiatkowskiego) widać za pustymi rzędami pozostawionymi dla Delegatów. Może Kwiatkowski widział jaka-40, ale skąd miał wiedzieć, że np. lotnisko nie jest zamknięte? Ktoś powie: pewnie widział przylatujące ruskie samoloty, śmigłowce itd. Może i widział. Ale skąd mógł wiedzieć, że polski samolot może wystartować z XUBS i odlecieć do Warszawy – po „katastrofie”? Może sądził, że Ruscy nie będą tu robić przeszkód. Ale skąd w takim razie wiedział, że „Wosztyl” już nie odleciał, np. gdy zaczęła się msza? A może Kwiatkowskiemu z Sasinem… nie chodziło po mszy o wylot, a o… schron? Czy nie siedzą „w ciemnym” (bo ponoć brakuje prądu) jaku-40 kilka godzin – obaj prezydenccy urzędnicy – jakby się czegoś panicznie obawiali – trochę tak, jak ci prezydenccy urzędnicy co szafą zastawiają drzwi w smoleńskim hotelowym pokoju nocą z 10 na 11-04? Czy doszły ich może wieści, że nie tylko byli, lecz nadal są na liście pasażerów? W ramach uzupełnienia tych refleksji warto ponownie obejrzeć Syndrom katyński z wyeksponowaną rolą Sasina – i oczywiście Mgłę – dwa już „klasyki”, powiedzmy, „kina smoleńskiego”.   
[21] http://freeyourmind.salon24.pl/473352,list-otwarty-do-p-dr-g-przybylskiej-wendt (post scriptum do tekstu mojego „listu otwartego”) Niestety, źródłowy link prowadzący do podstrony TOK FM  jest już nieaktywny.