22.08.2016

Screen ze smoleńskiego forum

Dla przypomnienia:

Czarna skrzynka "prezydenckiego jaka"

Zarówno poprzednia, jak i obecna, nowa, ekipa władzy zadbały o to, by nie została odtworzona praca MON i MSZ w dn. 10-04-2010, pozostaje zatem wciąż nierozwiązaną zagadką sprawa „prezydenckiego jaka-40”, o „problemach z lądowaniem którego” miał zrazu, owego tragicznego ranka, poinformować media ówczesny rzecznik MSZ P. Paszkowski[1]. Z buńczucznych zapowiedzi aktualnego szefa MSZ, W. Waszczykowskiego[2], który 10 Kwietnia był pracownikiem BBN głoszącym w porannej Trójce (na wieść o tym, że, uwaga, samolot z prezydencką parą rozbił się w okolicach Smoleńska), że prezydent mógł się przesiąść jednak[3], wynika, że we wrześniu br. planuje on opublikować jakieś kwity na rząd Tuska, ale chyba kwitów dotyczących „prezydenckiego jaka-40” nie przewidział do ujawnienia w tym „pakiecie”. W oficjalnej narracji dotyczącej przebiegu zdarzeń z 10-04, jak wiemy, „prezydenckiego jaka-40” (bn. 044) wziął sobie na Okęciu por. A. Wosztyl; tam też miano upchać wszystkich dziennikarzy (z których przynajmniej część pierwotnie miała lecieć z Prezydentem[4]), a ów samolot został przechrzczony potem na „dziennikarskiego jaka”. Miał on też, co również wiadomo z ofic. danych, wylądować o godz. 7:25 na Siewiernym. Dopiero o 7:27 zaś miał wystartować z Okęcia „prezydencki tupolew”. Ten ostatni wystartować miał, by udać się (tak jak i „dziennikarski jak”) na XUBS, niemniej jednak, o czym nadmieniłem na początku, pierwsze doniesienia medialne były takie, że „problemy z lądowaniem” miał „prezydencki jak”[5]. Tak za MSZ-em podawał od godz. 9:19 J. Kuźniar na antenie rządowej telewizji  (przy czym mówił on też, jakoby start – w domyśle „prezydenckiego jaka-40” – miał być o godz. 6:50), takie też (tj. na jaka-40) były pierwsze reakcje polityków w studiu Trójki (i gości w studiu TVN-u24[6]), dopóki nie „okazało się”, że chodzi o „rozbicie się prezydenckiego tupolewa”. Warto przy tej okazji zwrócić uwagę, że TVN24 na paskach u dołu ekranu operuje zrazu enigmatyczną frazą „samolot z prezydentem” (ewentualnie „prezydencki samolot”)[7], a nie – co przecież powinno być oczywiste już parę minut po „godzinie katastrofy”, czyli od 8:41 – „prezydencki tupolew”. Tak jakby – i tu wracam do „freudowskiego przejęzyczenia” Waszczykowskiego – dla Prezydenta przewidziane były na 10-04 dwa samoloty. I jest wiele śladów potwierdzających taki właśnie scenariusz. Zaraz tę sprawę rozwinę.

Niestety, zapisów czarnej skrzynki „dziennikarskiego jaka”, mimo że 10 Kwietnia żadnej katastrofie on na Siewiernym nie uległ (a w związku z tym nie trzeba było czekać na żadne kopie z Moskwy ani informacje o parametrach buczenia ruskiego prądu), nigdy nie opublikowano, tak jakby kryły w sobie jakieś nieziemskie wprost tajemnice[8]. (Podobnie zresztą wiele lat upłynęło nim światło dzienne ujrzały „zapisy z druta” (owego „dziennikarskiego jaka”), które, nawiasem mówiąc, sprawiały wrażenie zdekompletowanych.) Tymczasem KBWLLP w swej dokumentacji sygnalizowała, iż 044 to miał być „zapasowy samolot” dla tupolewa[9] i dodawała, że [n]ie istniał żaden plan użycia w razie konieczności samolotu zapasowego uwzględniający znaczną różnicę pojemności między samolotem Tu-154M a Jak-40 – choć przecież taki plan istnieć nie musiał, jeśli chodziłoby o… Parę Prezydencką i towarzyszące jej (np. kilkunastoosobowe) grono osób[10], a nie o wszystkich pasażerów tupolewa.

I kto wie, czy pierwotnie właśnie w planie na 10-04 nie było: „dziennikarskiego jaka”, „prezydenckiego jaka” i… „prezydenckiego tupolewa”. Jak pamiętamy z relacji dziennikarzy (np. P. Świądra), na Okęciu przygotowane były 4 statki powietrzne: (jaki) 045, 044, tupolew i „samolot w hangarze”, a ponadto odlatującym żurnalistom zapowiedziano, iż po 6-tej odleci następna część delegacji. I faktycznie mógł być przewidziany wariant z dwoma „prezydenckimi” samolotami, gdyż w delegacji prezydenckiej było dwóch prezydentów: Kaczyński i Kaczorowski. Ale np. ze względów bezpieczeństwa (vide choćby komunikat z 9-04-2010) „zapowiedziano by”, że „prezydenckim jakiem” leci Kaczyński z Małżonką, naprawdę jednak poleciałby, dajmy na to, Kaczorowski[11]. Śladów „prezydenckiego jaka” istnieje dość sporo. W „stenogramach z wieży” XUBS pojawia się – na co kiedyś zwrócił uwagę R. Misiewicz – zwrot pierwszy Polak (w odniesieniu do PLF 031, czyli jaka-40), jakby (dla kogoś) to był/miał być właśnie „prezydencki samolot”, tudzież samolot zgłoszony/zgłaszający się jako „prezydencki”[12]). W relacji producentki P. Tamulewicz z TVN24 (film Poranek[13]) pojawia się takie wspomnienie z 10-04 (w kontekście telefonujących ze Smoleńska/Katynia dwóch korespondentów: J. Mroza i R. Poniatowskiego, z których ten pierwszy miał przylecieć „dziennikarskim jakiem”): brakowało potwierdzenia, który to był samolot i kto był na pokładzie. Z kolei operator Polsatu (tak jak Mróz z TVN-u lecący „dziennikarskim jakiem”) P. Wudarczyk mówi 10 Kwietnia na antenie: ci ludzie, o których wspominałaś, czyli marszałkowie sejmu, pan Prezydent z Małżonką, no i wszyscy ministrowie, to był jeden, ale był jeszcze jeden samolot[14]. Wspomniany już Kuźniar, gdy pojawi się 10 Kwietnia tuż przed 11-tą pol. czasu informacja o stu kilkudziesięciu ofiarach „katastrofy” (dokładnie 132), powiada: agencje rosyjskie mogły niesłusznie złączyć dwie delegacje[15]. Prezydencki minister J. Sasin podaje na posiedzeniu ZP (październik 2010), że 36 SPLT najpierw podał czas lotu dłuższy, a potem skorygowano to o pół godziny[16] - jakby chodziło najpierw o wolniejszy, a później o szybszy statek powietrzny (dla Prezydenta).       

I specyficzny ślad mogą stanowić (w dn. 10-04) niezwykle zastanawiające reakcje głównego akustyka prezydenckiego na wyjątkowo tajemnicze (w kontekście „smoleńskiej katastrofy”, rzecz jasna) informacje T. Stachelskiego (ówczesnego szefa protokołu dyplomatycznego) w Katyniu o tym, że jakiś samolot zjechał z pasa[17] i wydarzył się wypadek w samolocie. Rekcje te bowiem świadczą, jakoby Sasin skądś wiedział, iż na pokładzie „samolotu, który zjechał z pasa”… nie mogło być Pary Prezydenckiej. Przypomnijmy sobie, jak to relacjonuje Sasin na posiedzeniu ZP: mówi mi, że, wie pan, no, dostałem informację, że… jakąś dziwną informację, że zdarzył się jakiś wypadek. Ja mówię: „jaki wypadek?” A on mówi na to, że wypadek w samolocie. (…) Taka moja myśl była, że być może stało się coś któremuś z pasażerów. (…) Pierwsza myśl, która mi przeszła, że być może coś się stało Prezydentowi Kaczorowskiemu, no, który był człowiekiem niezwykle leciwym (…) on [Stachelski – przyp. F.Y.M.] mówi: „nie, nie, nie – jakiś wypadek przy lądowaniu (…) samolot zjechał z pasa, czy coś takiego”[18]. Sasin dzwoni więc wtedy do M. Wierzchowskiego, ale nie może się dodzwonić, a ponadto rozmawia z jakimś oficerem BOR-u, który o niczym nie wie. Następnie prezydencki minister (wedle jego relacji, zaznaczam) urządza jakieś narady w Katyniu i prosi borowców o zorganizowanie transportu na wojskowe smoleńskie lotnisko, choć jak na razie ma (Sasin) wiedzieć jedynie to, że „samolot zjechał z pasa”, wcześniej zaś miał słyszeć, iż samolot zostanie skierowany do Moskwy. Nie wchodząc dalej w meandry opowieści głównego prezydenckiego akustyka, pragnę przypomnieć jedynie, że zanim Sasin przybędzie 10 Kwietnia do Katynia, by doglądać krzesełek i nagłośnienia przed uroczystościami, urządzi sobie blisko godzinną wycieczkę po Smoleńsku. O jej szczegółach nic jak dotąd nie wiemy, ale warto by kiedyś ustalić podczas jakiegoś poważnego przesłuchania (nie takiego w stylu ZP), czy jednym z punktów sightseeingu nie było lotnisko cywilne Jużnyj, na które mogłaby się udać jakaś część delegacji „prezydenckim jakiem”.  

Zauważmy, że moonwalker S. Wiśniewski na posiedzeniu ZP (luty 2011) mówi o delegacjach czekających na przylot Pary Pre- i poprawia się zaraz szybko całej delegacji polskiej[19] - tak jakby chciał zasygnalizować, iż Prezydent z Małżonką (zapewne z jakimiś osobami towarzyszącymi) mieli przylecieć osobnym, mniejszym, statkiem powietrznym. Wątek delegacji oczekujących i „pełnych autokarów”, na które mógł spaść „prezydencki tupolew”, nie zostaje wszelako podjęty przez ZP – A. Macierewicz kwituje to tylko stwierdzeniem, że ma wrażenie, iż te autokary były puste, choć dalibóg na żadnym lotnisku chyba na nikogo 10 Kwietnia nie czekał, by takie rzeczy wiedzieć. Na smoleńskim forum natomiast owego tragicznego dnia pojawia się, co już nieco uleciało nam pewnie z pamięci (choć jeszcze w kwietniu 2011 dygresyjnie wracała do tego Czerska Prawda[20]), enigmatyczne doniesienie o tym, że coś się zdarzyło z polskim samolotem na naszym lotnisku… stoi bez kół, wszyscy strażacy z miasta są tam. Osobliwość tego komunikatu dostrzec łatwo, gdy się go zestawi z „symbolicznymi” odwróconymi kołami z polanki samosiejek z 10-04 (o której można wiele powiedzieć, lecz na pewno nie to, iż jakikolwiek samolot na niej tamtego dnia stał). Bloger Arturb wynalazł kiedyś przed laty rus. wizualizację pokazującą „miejsce upadku samolotu” przy Jużnym i sugerował, że informacja o zjechaniu z pasa mogła pochodzić od kogoś z pasażerów[21] - z kolei w CNN miała być przez moment fotka z Jużnym i podpisem Crash kills Polish president.    
 
Oczywiście, gdyby 10 Kwietnia najpierw doszło do „zjechania z pasa” jakiegoś samolotu (tu: „prezydenckiego jaka”), a potem do „rozbicia się prezydenckiego tupolewa”, to w wydarzeniach z 10-04 brałyby udział trzy samoloty: 044 (PLF 031), (zniknięty w narracji) X oraz PLF 101 czyli Tu-154M bn. 101. Na koniec warto zaznaczyć, iż o godz. 9:35 Paszkowski z MSZ-u podaje na antenie rządowej telewizji (zdumiewającą w kontekście „katastrofy smoleńskiej”) informację o tym, że podejmowana jest przez „służby” próba wydobycia pasażerów samolotu prezydenckiego. Już kilka minut później, bo o 9:41, TVN24 podaje jednak, powołując się na agencję Reuters, że 87 osób zginęło w katastrofie w Smoleńsku (o 9:56 będzie zaś mowa o tym, że nikt nie przeżył). Skąd takie dokładne wyliczenie, skoro Sasin, przybywszy (koło 9:40, a może dużo wcześniej, jeśli widzieć miał strażaków, którzy dogaszali[22]) na Siewiernyj z Katynia, 1) dolicza się kilku/kilkunastu ciał, z których żadnego nie może zidentyfikować i zakłada, że większość ciał znajduje się gdzieś tam w…, prawda, w samolocie oraz 2) poza strażakami nikt tam czynności wobec tego wraku nie podejmował?      



[5] Pomijam w tym miejscu zupełnie zagadkowy pod wieloma względami wątek z W. Baterem i jego źródłami informacji.
[6] Tu jedynie „pan Władimir” od razu wiedział, że może chodzić o „problemy z tupolewem”.
[8] Jakie tajemnice? Dotyczące choćby radiowej korespondencji załogi PLF 031, ale też dotyczące tego, jakie zmiany zaszły na EPWA (kto czym kiedy leci). Początkiem tych zmian wszak było wzięcie przez Wosztyla jaka-40 bn. 044, a nie jaka-40 bn. 045, który był dla pierwszej grupy wylatujących przygotowany. W ofic. narracji tłumaczy się to „awarią” 045 (i koniecznością przesiadki pasażerów), aczkolwiek owym 045 po południu miała się udać do Smoleńska ekipa prokuratorsko-badawcza, więc awaria chyba nie była zbyt poważna. KBWLLP informuje, że na jaka-40 (045) do przewiezienia delegacji dziennikarzy (…) 36 splt nie wystąpił o zgodę na przelot i lądowanie w Smoleńsku (por. http://freeyourmind.salon24.pl/346023,samoloty-zastepcze-i-inne), ale nie wiemy (gdyż do tej pory nie opublikowano „Białej księgi” z dokumentacją obrazującą korespondencję instytucji związanych z przygotowaniami do uroczystości katyńskich), czy nie było np. wariantu z przelotem i lądowaniem w Witebsku, skąd – jak z kolei podawali autorzy filmu Syndrom katyński – do Katynia była godzina drogi samochodem.  
[10] Kto to mógłby być? Te osoby, które wiedziały, iż muszą się stawić na warszawskim lotnisku bardzo wcześnie rano.
[11] W tej chwili abstrahuję od tego, czy „prezydencki jak” to byłby rzeczywiście jak-40, a nie np. CASA, wyczarterowany samolot cywilny, „lewy” tupolew etc. – istota rzeczy polega na tym, że byłby to trzeci samolot z jakąś częścią delegacji na 10-04 – utajniony potem w ofic. narracji (z oczywistych względów: dwóch katastrof lotniczych nie dałoby się przedstawić w mediach jako losowych wypadków wynikających z niepogody i głupoty pilotów).
[12] Do dziś nie wiemy (choćby dlatego, że zapis CVR „Wosztyla” przepadł), jak wyglądało zgłaszanie się załogi PLF 031 białoruskim instytucjom kontroli ruchu powietrznego. Po wypowiedzi dyspozytora sygnalizującego Plusninowi, że o 8:55 rus. czasu ASKIL będzie przekraczał „pierwszy Polak”, pojawia się stwierdzenie Plusnina, iż Logika oszukała (ewentualnie wprowadziła w błąd) – czyżby chodziło o to, że ów jak-40 (wbrew zapowiedziom/zgłoszeniom) nie ma na pokładzie „głównego prezydenta” lub „głównego Polaka”? Zresztą użyte także w „stenogramach” określenie „główny prezydent” (o 10:30 lądowanie głównego prezydenta, mówi Krasnokucki do Sypki) może dodatkowo znaczyć, iż Ruscy rozróżniali Kaczyńskiego i Kaczorowskiego (tego pierwszego uważając za głównego).
[13] Por. Czerwona strona Księżyca rozdział Medialny obraz Zdarzenia.
[16] http://freeyourmind.salon24.pl/408456,2-przesluchanie-sasina-cz-2 Sasin tu zapewnia, że [w]szyscy polecieli jednym samolotem, gdyż drugi tupolew był remontowany w Rosji. Ale przecież wcale nie musiało być tak, że Para Prezydencka nie ma innej możliwości udania się na uroczystości, jak tylko lot tupolewem.
[22] Kiedy dokładnie kto przybył (o ile przybył, bo to też sporna kwestia) na XUBS trudno ustalić bez wiarygodnej dokumentacji (choćby zdjęciowej). Jak dotąd nie udało się znaleźć blogerom żadnego zdjęcia pokazującego Sasina (jak też A. Kwiatkowskiego, M. Wierzchowskiego) chodzącego po „miejscu katastrofy” przy XUBS. Jednakże w kontekście „godziny przyjazdu” Sasina na XUBS warto wspomnieć o tym, co w sejmie mówiła pod koniec kwietnia 2010 pos. J. Wiśniewska:  Kiedy czekałam w Katyniu na przylot prezydenta Kaczyńskiego wraz z polską delegacją, już ok. godz. 8.40 było dziwne zamieszanie i poruszenie wśród funkcjonariuszy BOR, wszyscy mieli słuchawki przy uszach, czuliśmy bardzo duży niepokój, narastało napięcie  (por. https://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-uchod-experiment-suplement.pdf s. 175). Około 8:40 to przecież zanim doszło do „upadku tupolewa”, czyż nie? Ale może już po „zjechaniu z pasa” jakiegoś samolotu. Może to był ten „mały, wojskowy”, o którym tyle swego czasu opowiadał S. Wiśniewski?

16.08.2016

"Kwitancja" Waszczykowskiego

Czy czeka nas zaraz po wakacjach smoleńska „kampania wrześniowa”, skoro szef MSZ W. Waszczykowski (w dniu 10-04 w BBN) grozi kwitowaniem poprzedniej władzy[1], czy też okaże się wnet, że „złapał Kozak Tatarzyna”? A może czeka nas po prostu burza w szklance wody? Obecna władza wszak niemalże od roku od momentu wygrania wyborów parlamentarnych nie zrobiła nic, by doszło do autentycznego przełomu w sprawie wyjaśnienia tragedii z 10-04. Gdyby bowiem PiS faktycznie chciał wyciągnąć i pokazać „kwity” na poprzednią władzę, to by niedługo po wyborach zaczął od obszernej publikacji „białej księgi” z dokumentami pochodzącymi z MON, MSZ, KPRM, KP i BBN, BOR, COP, SKW, ABW, NPW itd., której publikacja stanowiłaby nowe i poważne otwarcie w śledztwie. Tymczasem PiS nic takiego nie zrobił i nic nie wskazuje na to, by do takiej przełomowej publikacji miało w ogóle dojść. Co więcej, obecna władza wykasowała strony z dokumentacją KBWLLP, „komisji Laska”, NPW, jednocześnie nie powołując ani komisji międzynarodowej ani nawet sejmowej (na tę ostatnią kwestię zwracał uwagę red. L. Misiak w rozmowie z L. Pietrzakiem[2]). Jak wiemy, powołano jedynie „podkomisję Berczyńskiego”, co do której, jak na razie dochodzą słuchy, iż od miesięcy zajmuje się przygotowaniami do modelowania tupolewa. Żadnego nowego rozdziału w sprawie 10-04 nie otworzono, choć nie kto inny a stanowiący emanację PiS-u „zespół parlamentarny” zwany przez złośliwych „komisją Macierewicza”, w swych „raportach” większość swojej uwagi poświęcał „rządowi Tuska” (obok zagadnienia „końcóweczki”).

Gdyby tego było mało, to przecież nie została zdjęta (przez nową władzę) zasłona milczenia i tajemnicy wokół - nagłośnionego przecież przez ZP i byłego szefa SKW - komunikatu z 9-04-2010 mówiącego o zagrożeniu terrorystycznym dla jednego z unijnych samolotów[3]. Nie ujawniono więc tego, jak polskie służby na ten komunikat zareagowały, jakie wdrożono zapobiegawcze procedury, a przede wszystkim: czy zawiadomiono o tym zagrożeniu polskiego Prezydenta oraz Generalicję. Nie wiemy też więc nadal, w jaki sposób zarządzano sytuacją na Okęciu przed odlotami, kto na lotnisku podejmował decyzje związane z roszadami pasażerów, czy przydzielono dodatkową ochronę poszczególnym osobom etc. Wspomniany przeze mnie Waszczykowski, mimo że stoi obecnie na czele MSZ-u, nie wyjaśnił również do tej pory, jak to się stało, iż 1) tenże MSZ 10 Kwietnia przekazał zrazu do mediów, że to „prezydencki jak-40” miał problemy z lądowaniem, 2) przez kilka godzin trwało ustalanie „listy pasażerów” („prezydenckiego tupolewa”). Sam Waszczykowski zresztą, przypomnijmy, miał w porannym programie B. Michniewicz w radiowej Trójce, na wieść o „katastrofie”, głosić: Możemy tylko powiedzieć (…), że są inne, sprzeczne wiadomości, które mówią, że to nie ten samolot, że jednak jest nadzieja, że prezydent mógł się przesiąść jednak[4] – i do dnia dzisiejszego (sierpień 2016) WW nie wyjawił, skąd takie „sprzeczne wiadomości” w dn. 10-04 uzyskał.

Ale i to nie wszystko, jeśli chodzi o rozmaite możliwe do przeprowadzenia „kwitancje”. Z wielkim hukiem przecież nowa władza przejęła „media publiczne”, które odegrały olbrzymią, jeśli nie decydującą, rolę w „obrazowaniu katastrofy”. Oto zatem, gdy z mgły smoleńskiej wyłania się po raz trzeci legendarny montażysta S. Wiśniewski, o którym niedawno pisałem[5], wypadałoby po latach wyjaśnić, w jaki sposób poddano weryfikacji w TVP – o ile uczyniono to w ogóle – niezwykle tajemniczy i podejrzany materiał filmowy przekazany przez moonwalkera (wedle relacji operatora R. Sępa i red. P. Kraśki[6]) do wozu transmisyjnego w dniu tragedii. Wideo z „miejsca katastrofy” TVP, a za nią inne polskie oraz światowe stacje, wyemitowała bez „zegara kamery”, jak wiemy, a przecież dość spore były problemy w pierwszych dniach i tygodniach po „zdarzeniu” z ustaleniem jego dokładnego czasu. Warto by też odsłonić kulisy pracy TVP (nie tylko na miejscu w Smoleńsku i Katyniu, lecz w Warszawie), by zostało wyjawione, dlaczego ówczesny przekaz telewizyjny skoncentrował się na… Krakowskim Przedmieściu ewentualnie na migawkach z Katynia – nie zaś, na przedstawianiu na żywo sytuacji w samym Smoleńsku. I dlaczego nie pokazano żadnych archiwalnych materiałów sprzed porannych odlotów z Okęcia.

Jeśli więc w takiej sytuacji, jaką zarysowałem powyżej, Waszczykowski chce rozpocząć „kwitowanie” starej władzy, to może to przybrać formę klasycznego już cyrku medialnego w stylu niezapomnianego pod tym względem ZP, który w biciu piany chyba nie miał sobie równych. Ale też może być tak, że WW przez przypadek, nieświadomie, otworzy puszkę Pandory i nagle wysypie się zawartość różnych depozytów zgodnie trzymanych dotąd pod kluczem przez starą, jak i nową władzę. I dowiemy się przy okazji np., czemu parlamentarzyści PiS, poinformowani o „katastrofie”, nie udali się na „miejsce wypadku” i kto wtedy w Katyniu (na jakiej podstawie) stanowił „ciało decyzyjne” – jak też, jak wyglądała dokładnie historia z identyfikowaniem ciał ofiar na pobojowisku. No bo chyba jakieś protokoły tego typu czynności w Warszawie są, prawda? I to może nawet w MSZ-ie, skoro to pracownicy polskiej ambasady mieli się tym zajmować.           



[6] W przypadku Kraśki niewyjaśnioną wciąż zagadką pozostaje to, że przybywszy do hotelu Nowyj (po „powrocie z miasta”) dowiaduje się on od wydawcy programu A. Daniluk-Jankowskiej, że dostała ona telefon od kogoś (nie wiadomo, od kogo i skąd), że „coś się stało z samolotem – awaria” (por. http://freeyourmind.salon24.pl/285796,oko-zaby-4), z czego wynikałoby, że Daniluk-Jankowska o „awarii samolotu” nie dowiaduje się z sytuacji za oknami hotelu Nowyj tylko telefonicznie.

10.08.2016

Moonwalker - reaktywacja



Można by powiedzieć, że ten człowiek-legenda wyłania się ze smoleńskiej mgły po raz trzeci. Za pierwszym razem „montażystę TVP” S. Wiśniewskiego widzieliśmy w kwietniu 2010 jako jedynego polskiego naocznego świadka „katastrofy”. Później „świat o nim zapomniał” jakoś aż do lutego 2011, kiedy to – miesiąc po „zamknięciu badań” przez MAK i niedługo po głośnej „prezentacji KBWLLP” (oba zdarzenia - styczeń 2011), w której premierowo upubliczniony został „mgielny sitcom”, tj. wideo-zapis z parapetu hotelowego – na swe posiedzenie zaprosił moonwalkera „zespół parlamentarny” A. Macierewicza. Z tej okazji skorzystała potem jedna z twórczyń „kinematografii smoleńskiej” A. Gargas, która z kolei wzięła moonwalkera do swojego filmu (o czym drobiazgowo i krytycznie pisałem nie tylko w Czerwonej stronie Księżyca, ale i w opracowaniu Wizja lokalna (por. choćby https://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-wl1.pdf); teksty dostępne tu: https://yurigagarinblog.wordpress.com/2014/02/03/komplet/). Potem znów „świat zapomniał” o montażyście Wiśniewskim, ale oto po latach, w sierpniu 2016, smoleńska legenda powraca, znów nieco w cieniu jakiegoś wielkiego wydarzenia medialnego – tym razem chodzi o zbliżającą się dużymi krokami wrześniową premierę filmu A. Krauzego, który to film ma obrazować hipotezę wybuchową, na rozwijaniu której zęby zjedli eksperci ZP oraz uczestnicy kilku konferencji smoleńskich. Nie wiadomo jednak, czy ten comeback moonwalkera stanowi zarazem zwiastun końca „smoleńskiego sezonu ogórkowego”, jaki zapadł po przejęciu władzy przez PiS, czy nie.

Artykuł pt. Sławek Wiśniewski nie padł (aluzja do pewnej pieśni aż nadto czytelna) autorstwa Agnieszki Żądło (Polityka, 33/2016, s. 36-37) przybliża historię słynnego montażysty w kontekście miejskiej legendy (rozpowszechnianej przez trailery filmu Krauzego), zgodnie z którą autor materiału wideo pochodzącego z „miejsca katastrofy” zginął. Moonwalker więc żyje, jak się dowiadujemy i ma się całkiem dobrze, a nawet usiłował wykłócać się z producentami fabularnego filmu o to, by zamieścili jakieś sprostowanie (a przy okazji, by zapłacili za wykorzystane zdjęcia ze Smoleńska). Natomiast z pamięcią chyba nie jest u SW najlepiej. Niestety, zdani jesteśmy na relację autorki, a nie na zapis samej rozmowy moonwalkerem, więc w ostateczności w przekręcaniu elementów jego historii może być też częściowo wina Żądło, skoro pisze ona, że (s. 36):

montażysta Telewizji Polskiej, 10 kwietnia 2010 r. ustawił w oknie pokoju nr 201 hotelu Nowyj niedaleko smoleńskiego lotniska Siewiernyj prywatną kamerę. Chciał nagrać lądowanie prezydenckiego samolotu we mgle. Ciekawiło go, jak uda się to małemu tupolewowi, skoro dwa dni wcześniej duży Ił 76 ledwie sobie poradził.

Tak jest w oryginale, w druku. Mały tupolew, a w dodatku duży ił nieradzący sobie z lądowaniem „dwa dni wcześniej”. Ale czytamy dalej:

W sąsiednich pokojach spali koledzy z innych ekip telewizyjnych i prasowych. Odpoczywali po wczorajszych zakrapianych urodzinach kierownika produkcji.           

Tak w oryginale. Zdając sobie sprawę z tego, że brać dziennikarsko-operatorska za kołnierz nie wylewa, a zatem i ma pełne prawo sobie potem, tj. po jakimś imprezowaniu, pospać, należałoby jednak uwzględnić (w tekście) to, że akurat „tamtego ranka” (10-04) od wczesnych godzin porannych ekipy żurnalistów tłumnie ciągnęły do Katynia, by „czekać” na delegację prezydencką. Oczywiście nie wszyscy wyjeżdżali o tej samej porze. Taki np. (nieco mniej legendarny od Wiśniewskiego) red. M. Pyza (wtedy związany z TVP) miał jeszcze osobiście słyszeć z hotelu Nowyj „podchodzenie tego samolotu do lądowania” (http://freeyourmind.salon24.pl/297779,zakrzywienie-czasoprzestrzeni), o co go jednak żaden ekspert ZP analizujący właśnie „podchodzenie do lądowania” PLF 101 nie zapytał na żadnym posiedzeniu ZP.

Niektórzy ludzie mediów wszelako nie wyjeżdżali z goroda-gieroja rankiem 10-04. Taki red. P. Kraśko, który chyba jako pierwszy wydał później książkę o „Smoleńsku” i jako jedyny znalazł się tragicznego sobotniego ranka w okolicy wozu strażackiego blokującego dostęp do pobojowiska przy XUBS, w ogóle nie udał się do Katynia, gdyż akurat „wracał z centrum miasta” (http://freeyourmind.salon24.pl/285796,oko-zaby-4). I były też 10 Kwietnia osoby związane z TVP, które – tak jak Wiśniewski – pozostawały w hotelu Nowyj, gdy „prezydencki tupolew spadał”, jak np. (wspominana w książce Kraśki) A. Daniluk-Jankowska, do której pokoju Kraśko miał wejść (po „powrocie z miasta”) i od której miał się dowiedzieć o „awarii samolotu”, o której to awarii Daniluk-Jankowska miała się dowiedzieć od kogoś telefonicznie – co jakiegoś nierozgarniętego czytelnika mogłoby skłonić do głupawego wnioskowania, iż Daniluk-Jankowska żadnej katastrofy nie zauważyła ani nie usłyszała, siedząc w hotelu Nowyj. No ale może tak głośno rozdzwoniły się telefony po prostu. Pech chce, że ZP nie zainteresował się tym świadkiem – podobnie i kinematografia smoleńska a la Gargas.

Wracając jednak do „człowieka z mgły”, czyli Wiśniewskiego. W tekście Żądło natykamy się na kolejną zagadkę:

Około godziny ósmej Lolek [SW – przyp. F.Y.M] musiał wyłączyć sprzęt, bo za jego oknem robotnicy zaczęli remonty. Usłyszał nienaturalny huk, aż ziemia lekko zadrżała, zobaczył 30-metrowy słup ognia, oniemiał, nerwowo zaczął szukać baterii, karty pamięci do aparatu. Pobiec w stronę lotniska czy nie pobiec?

Wprawdzie pradawna (i też już owiana legendą) KBWLLP w jednym ze swych astronomicznych wyliczeń sytuowała „katastrofę” w czasowych okolicach godziny ósmej (pol. czasu) („raport Millera”, s. 39: Wschód słońca w Smoleńsku w dniu wypadku był o godz. 03:02 [UTC – przyp. F.Y.M., por. tamże s. 13 przyp. 1]. Wypadek zdarzył się w porze dziennej, około trzech godzin po wschodzie słońca), ale czy autorce artykułu także o to chodziło? Czy może z biegiem lat zatarła się jej w pamięci ta wałkowana do niemożliwości godzina 8:41 (co do sekund i ułamków sekundy specjaliści nie doszli do konsensusu) – po wcześniej wałkowanej 8:56? Czy też może sam świadek Lolek już zapomniał, iż jego hotelowy materiał wideo z „blacharzami” urywał się (wedle „zegara kamery”) o godz. 8:37, czyli raczej nie było to „około ósmej”? Żądło relacjonuje dalej:

Na rosyjskim wojskowym terenie nie można swobodnie się przemieszczać. Pobiegł, po około 5-6 minutach był już na miejscu. Nadal nie wiedział, co się stało, oprócz tego, że to katastrofa jakiegoś polskiego samolotu. [Autorka najpierw opowiada (za SW, jak się domyślamy), że świadek chciał nagrać lądowanie we mgle prezydenckiego samolotu, ale naraz, tj. po „katastrofie” miałby nie wiedzieć nic ponad to, że to „jakiś polski samolot” – przyp. F.Y.M.]. Krzyknął nieparlamentarnie: „Ja pierd…, to nasz!” i nagrywał. Jeszcze nie wiedział, że to tupolew prezydencki.

I jak wiemy z moonfilmu, czyli z księżycowego materiału Wiśniewskiego, wcale (świadek) nie usiłował się dowiedzieć. Nie pyta przecież (podczas filmowania) „strażaków”: co to za samolot? Ani też: co się stało? Nie pyta: co z rannymi? Ale mniejsza z tym, nie będę już powtarzał tego, co po wielokroć, analizując materiały SW, pisałem (zainteresowanych odsyłam choćby do analiz tu: https://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-uchod-experiment-suplement.pdf). Wiśniewski zaś powtarza (na potrzeby artykułu Żądło), jak wyglądały jego perypetie z ruskim służbami (zatrzymanie, przekazanie innej kasety, pokazanie, że „nic nie nagrał” etc.), wspomina też o tym, że stacja telewizyjna Russia Today chciała kupić materiał za 30 tys. dolarów – co jest o tyle dziwne, iż (jako się rzekło) SW miał podwójnie wystrychnąć na dudka ruskich bezpieczniaków (kaseta „na wabia” i okazanie „braku zapisu”). Skąd bowiem ludzie z RT mieli wiedzieć, iż SW ma jakiś niezwykle cenny dla telewizji materiał? I czy w takim razie nie zainteresowałyby się tym ruskie służby? Jak zwykle więc historia moonwalkera rozłazi się w szwach, ale kto by się tym przejmował. SW tak historycznie konkluduje: Jedni robią dzieci, inni piszą książki,  jeszcze inni podpalili Rzym. W ten sposób utrwalają się w pamięci świata. Ja byłem pierwszy w Smoleńsku.

Pytanie tylko: dokładnie kiedy? Nie wiemy tego do dziś.       

06.06.2016

W poszukiwaniu dziennikarza śledczego



Wydawać by się mogło, że po zwycięstwie wyborczym niegdysiejszej niezłomnej opozycji, która przecież „Smoleńsk” miała wypisany na sztandarach, sprawa wyjaśnienia tragedii z 10-04 ruszy w błyskawicznym tempie i wprost zasypani zostaniemy nowymi materiałami, publikacjami, fotografiami, stenogramami, filmami i analizami. A tu minęło pół roku i nic. I żeby było śmieszniej, ale zarazem ciekawiej, zainteresowania takim stanem rzeczy nie przejawia żaden dziennikarz śledczy, choć nad Wisłą jest ich takie multum i tyle odważnych książek wydają. Potwierdza to moje podejrzenie, że to, co we współczesnej Polsce szumnie nazywane jest dziennikarstwem śledczym, w istocie stanowi działanie związane z realizacją politycznych zamówień, nie zaś poszukiwanie (często niewygodnej dla środowisk politycznych) prawdy i jej ujawnianie na własną rękę, a więc bez czyjegokolwiek przyzwolenia.

Takie spolityzowane dogłębnie dziennikarstwo śledcze charakteryzuje się więc tym, że 1) prowadzi się pozorowane ruchy, 2) steruje się emocjami odbiorców (kierując wzburzenie emocjonalne czytelnika/widza na ściśle wskazane obiekty/obszary), 3) publikuje się rzeczy z (ideologicznego) klucza, 4) przekazuje się odbiorcom to, co ma być im przekazane, a nie przekazuje się tego, co „nie powinno” być przekazane i – co najważniejsze, a zarazem przynoszące efekt komiczny – 5) szuka się tylko „tam” i wyłącznie „tego”, gdzie/czego należy szukać, tj. gdzie poszukiwanie jest politycznie dozwolone. Rezultat komiczny polega na tym, że z biegiem lat po takiej działalności śledczej pozostają zupełnie nietknięte przeróżne sfery związane z daną sprawą, ponieważ nie szukało się tam, gdzie „nie wolno było” szukać – co tym bardziej wzmacnia tezę, że mamy do czynienia z komedią, a nie autentycznym dziennikarskim i śledczym drążeniem tematu. Po 6 latach trudno doprawdy mówić o przypadku w tej materii – zjawisko wszak jest zbyt powszechne (bez względu na to pod jakim szyldem jest to dziennikarstwo śledcze uprawiane), by nie stanowiło obrazu pewnej procedury systemowej. Tak więc, czyli metodą pewnej „filtracji świata”, ten mechanizm działa (i może kiedyś nastaną dni, gdy będzie się pisać na ten temat prace magisterskie).

Ktoś jednak powie: zaraz, ale przecież powstała nowa komisja (Berczyńskiego) – dajmy jej podziałać, jeszcze wszystko przed nami. Nasuwa to skojarzenia z czasami działania KBWLLP, a potem ZP. „Dajmy im podziałać”, mówiono i pisano, gdy ruszały prace „komisji Millera” (a ściślej Grochowskiego-Klicha-Millera, por. https://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-brkm.pdf oraz https://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-lego-smolensk.pdf). Nie inaczej uspokajano nastroje niecierpliwych, gdy z medialnym impetem zaczynała „badania” - niezwykle płodna w najprzeróżniejsze „raporty”, jak się potem okazało - sejmowa „komisja Macierewicza”. Najnowsza komisja już od paru miesięcy nastawia nas na długofalowe prace, na modelowanie, na rekonstrukcje, na tunele aerodynamiczne i inne cuda-niewida. Te prace powinny szczególnie zainteresować tych, co nie tylko przegapili działalność ZP z jego przewybitnym gronem ekspertów, ale i kilka konferencji smoleńskich, na których nie czemu innemu, jak rozmaitego typu modelowaniu, symulacjom, rekonstrukcjom etc. „końcóweczki” poświęcono mnóstwo czasu i miejsca. Ale też, jak się dowiedzieliśmy nie tak dawno, komisja Berczyńskiego znalazła się – jakim sposobem, tego już nie podano – w posiadaniu nowych zdjęć satelitarnych (zwłaszcza z 9-04-2010) i jakichś nagrań korespondencji załogi PLF 101 pochodzących z Łotwy. I aż by się prosiło, by jakiś dziennikarz śledczy dopytał o to, CO dokładnie jest na tych zdjęciach, a CO na nagraniach i – co też niezwykle ważne – KIEDY zostaną te materiały opublikowane (np. podczas jakiejś konferencji prasowej ekspertów z Berczyńskim na czele). Niby rzecz prosta, a nikt na nią nie wpadł, choć przecież polski dziennikarz śledczy ma łeb jak sklep.

Nikt też nie dopytywał o szczegóły, jak np. czy widać na zdjęciu z 9-04 śniegi na polance samosiejek, w jakim stanie jest „masyw leśny”, jak w ogóle kształtują się wtedy okolice smoleńskiego północnego lotniska (no bo o południowe to już w ogóle nikt z dziennikarzy śledczych w swym dociekaniu nie zahacza, mimo iż 10 Kwietnia to właśnie ekipa z Jużnego miała zawiadamiać mundurowych z Siewiernego, że nadlatuje PLF 101). Nikogo też nie zaciekawiło, jak wygląda zawartość enigmatycznych nagrań z Łotwy – choćby w porównaniu z tym, co do tej pory, jeśli chodzi o komunikację PLF 101, opublikowano. I w ten sposób dochodzimy do sedna sprawy. Nowa komisja niby działa, ale żadnej nowej dokumentacji nie publikuje. Historia jednak nie kończy się na ludziach Berczyńskiego. Nie kto inny wszak, a były szef SKW, a późniejszy szef ZP, a więc ktoś, kto dokumentacją dotyczącą wydarzeń związanych z 10-04, powinien być żywotnie zainteresowany, stoi na czele MON, a mimo to tenże MON nie uchyla ani rąbka tajemnicy.

A byłoby co ujawniać, skoro historia z 10-04 to historia „wojskowa” właśnie. Wojskowe samoloty, wojskowe załogi, wojskowy specpułk, wojskowe lotnisko w Warszawie, wojskowe procedury, najwyżsi wojskowi dowódcy w prezydenckiej delegacji etc. etc. Już zresztą wspomniana przeze mnie wcześniej KBWLLP sygnalizowała, że w dokumentacji wojskowej pojawiają się pewne „braki” czy nieprawidłowości (http://freeyourmind.salon24.pl/346023,samoloty-zastepcze-i-inne). Ciekawostek (w kontekście 10-04) można by znaleźć o wiele więcej. Wyjątkowo wybrakowane zapisy wideo z Okęcia, historia tajemniczego samolotu SP-LCX, o którym pisałem w Suplemencie
(https://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-uchod-experiment-suplement.pdf , s. 186-193), problem wyglądu kokpitu 101-ki (Suplement, s. 195-199), zagadnienie „zaginionego” raportu gen. Załęskiego (http://freeyourmind.salon24.pl/374828,medytacje-smolenskie-5-okecie-warszawa), rekonstrukcja przebiegu lotów z 7-04-2010 do Smoleńska, dokumentacja lotów tupolewa/ów na Jużnyj, czy - generalnie rzecz biorąc - obieg informacji w wojsku w dn. 10-04. Jak może pamiętamy z finałowej konferencji KBWLLP, płk Grochowski wyjawił tam, że inspektorat bezpieczeństwa MON miał otrzymać wieść o „katastrofie” dopiero o godz. 9:12. W Centrum Operacji Powietrznych zaś jeszcze koło 9-tej miano sądzić, iż „on jest teraz w powietrzu”, choć „powinien praktycznie lądować w tej chwili” (jak to ujawniali dziennikarze Wprost jesienią 2010 https://www.wprost.pl/215934/Oficerowie-monitorujacy-lot-Tu-154-Witebsk-jest-na-Bialorusi). To tak, tj. w takim ekspresowym tempie, rozchodziły się informacje w polskim wojsku w dn. 10-04 – czy też jest to legenda dorobiona już na użytek narracji powypadkowej, że się tak wyrażę?

Niestety, sprawami spod tej, jak się okazuje, najciemniejszej, wojskowej latarni, nie interesuje się żaden dziennikarz śledczy, toteż po dziś dzień nie mamy nawet pełnej publikacji stenogramów rozmów oficerów Centrum Operacji Powietrznych i nie wiemy, jak de facto wyglądała łączność między Warszawą a załogami udającymi się do Katynia. Nawet więc tak elementarne sprawy nie zostały wyjaśnione na przestrzeni 6 już lat (i ostatniego półrocza), tymczasem nowa komisja zamierza poświęcić się kompleksowym badaniom wirtualnego tupolewa. Czy można mieć jeszcze wątpliwości, dokąd to wszystko zmierza? Na zakończenie ciekawostka z kwietniowego (br.) wywiadu z A. Krauzem (https://www.youtube.com/watch?v=5f8jmx05UGU), który opowiadając o trudnościach z zakończeniem prac nad swym filmem dzieli się z widzami swoimi doświadczeniami i wątpliwościami. Jakimi? Np. takimi, że nie uzyskał zgody na kręcenie zdjęć na pokładzie tupolewa 102-ki (na stojance od lat w Mińsku Mazowieckim) – jedynie udało mu się jakąś skromną migawkę z kokpitu zrobić i to z udziałem legendarnego ppłk. B. Stroińskiego (wielkiego nieobecnego co do rekonstrukcji przebiegu kwietniowych lotów z 2010). Rozumiem, że za poprzedniego rządu taki zakaz obowiązywał, ale czy i przez ostatnie pół roku był on utrzymany i nie można było dokręcić jakichś scen? Krauze dziwi się też, że oczekujący na Siewiernym 10-04 rano nie wszczęli alarmu po tym, jak „Frołow” odleciał, (alarmu) ze względu na to, iż nie ma samochodów dla delegacji prezydenckiej – Krauze dodaje „jakby wiedzieli, że samochody nie będą potrzebne”. Rzeczywiście sprawą tą mógłby się zająć jakiś dziennikarz śledczy – ale czy ktokolwiek chciałby niepokoić zbędnymi pytaniami np. „smoleńską” ekipę min. Sasina, kiedy tak wiele dowiedzieliśmy się od niej z filmu „Mgła”? I jeszcze poruszona przez polskiego reżysera, kwestia  (ujawnionego już w pierwszej wersji „stenogramów rozmów z kokpitu” PLF 101) rus. dialogu dotyczącego „wybroski”, czyli zrzutu, która to kwestia także nie została dotąd wyjaśniona. Czy zajmie się nią nowa komisja? Nie sądzę.